Brama Miasta

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Gałgar
Posty: 1147
Rejestracja: 06 lut 2011, 20:50
GG: 42238913
Karta Postaci: viewtopic.php?t=30

Brama Miasta

06 kwie 2011, 21:04

Duża, wykuta z żelaza brama. Kraty wykute z metalu.
Dwóch strażników stojących bo bokach bramy, uzbrojeni w halabardy które trzymają w ręku, miecze przy pasie i kusze na plecach.
Nad bramą są wybudowane dwie wieżyczki strzelnicze.
Znajdują się w nich czterech strażników uzbrojonych w łuki i w kusze.

***

Gałgar wylądował w smoczej formie niedaleko bramy przy polanie, zmienił kształt na ludzką formę i ruszył ku żelaznej bramie.
Kiedy do niej dotarł był już zmierzch, podszedł do strażników a ci zaczęli.
– Kim jesteś starcze?
– Nikim innym jak tutejszym kowalem.
Obaj strażnicy się zaśmiali, zapewne nie wierzyli w prawdomówność i siłę Gałgara.
– Żartujesz sobie dziadku? Idź stąd precz albo psami cię poszczuje.
– Żądasz pokazu siły? No to chodź, weź halabardę, miecz a nawet kuszę przeciwko mnie. Ja stanie do walki bez broni.
– Jak chcesz głupi dziadku.

Gałgar i jeden ze strażników stanęli naprzeciw siebie na drodze, strażnik wystawił halabardę i ustawił się w pozycji do szarży, Gałgar tylko się złośliwie uśmiechał, strażnik runął na maga w sprincie, ostrze halabardy roztrzaskało się na kawałeczki a kij na którym było umocowane ostrze pękł na dwie połowy.
Strażnik osłupiał, na Gałgara patrzył jak na dziwoląga, wyciągnął miecz i zaczął atakować, machał nim na prawo i lewo tylko by trafić szybkiego maga. Gałgarowi z pod rękawów zaczęły wyrastać ostrza, uformowały się w błękitne miecze, mag szybkim ruchem przeciął bok strażnika a ten zawył z bólu, padł na ziemię i jęczał.

– Starcze, wybacz że wątpiłem w pańską siłę, przełaź pan przez bramę i do kuźni migiem.
– I widzisz? Po co niby były te pokazy siły?
Gałgar wyciągnął za szaty fiolkę z zielono-niebieskim płynem.
– Wypij to, rana się szybciej zagoi i nie będzie krwawić.
Leżący strażnik wypił fiolkę, wstał, wziął halabardę i wrócił pod bramę.
Mag ruszył ku bramie a ta się z piskiem otworzyła, przed Gałgarem stało przepiękne miasto Minaloit.
Gałgar ruszył ku kuźni.

Z/T
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Misser
Posty: 110
Rejestracja: 09 mar 2012, 21:42
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1678

27 wrz 2012, 21:32

Po wyjściu z karczmy udał się wraz z Cariell do bramy kierując się naprzemiennie wybuchającymi i gasnącymi emocjami. Nie było czymś przyjemnym zdążać ku nienawiści, złości czy cierpieniu jednak jeżeli chcieli wydostać się z miasta pełnego krasnoludów nim będzie za późno musieli przedostać się przez bramę. Jednak sytuacja w jakiej najpewniej ona była uniemożliwiała tę z pozoru prostą czynność. Jedyną ich szansą było wspomożenie obrońców miasta, których istnienie Misser wywnioskował prostą zależnością. Jeżeli to najazd, to skąd ten ból i złość jeżeli nikt z nikim nie walczy? Powoli zbliżali się do celu. Misser łokciami przedzierał się przez gęsty tłum by po chwili wydostać się na stosunkowo otwartą i wolną od gapiów przestrzeń. Nim jednak cokolwiek zdążył zrobić czy pomyśleć, chwiejnie przeleciał nad nim smok by po chwili znaleźć się poza murami – Tam gdzie teraz pragnął być Misser wraz z Cariellą. Jednak drogę ku upragnionej wolności zagradzały mu smoki. Przepiękne istoty. Stworzone w pełnej harmonii z naturą, bezbłędnie wykorzystujący prądu powietrza tańcząc w powietrzu niczym podczas królewskiego baletu. Jednak wprawne oczy Missera mimo delikatnej skórzanej zasłony wychwytywały błyskawicznie różnice między poszczególnymi osobnikami. I nie tylko takie rzucające się w oczy, jak rozmiar czy kolor, ale także sposób walki poruszania się czy… odczuwania….??? Tak, to jest to. Niemal namacalnie empata mógł przejrzeć różnorodną gammę nastawień do obecnej sytuacji. Od zawziętości, śmiertelnej wściekłości po niepewność i wątpliwość. To oznaczało iż nie wszyscy atakują miasto z jednej pobudki. Mimo iż jeszcze nie znaleźli się w epicentrum zmagań, już jego percepcja nienaturalnie się rozszerzała pozwalając mu wnikliwie obserwować więcej niż jedną potyczkę. Jednak mimo podzielnej uwagi, za największe zagrożenie uznał dwie istoty. Obydwie to były smoki. Tyle że jeden aż kipiał od nienawiści, tłumionego bólu i agresji szukając przeciwnika podczas gdy drugi z chłodnym spokojem okraszonym lekką złością? Agresją? Najbezpieczniej będzie powiedzieć zawziętością. Jako że nie widział bezpośredniego zagrożenia dla siebie ani towarzyszki pozwolił zmysłom odlecieć i uwolnił jedną z najbardziej niszczycielskich sił jakie istnieją na świecie, jednak z których siły mało kto zdaje sobie sprawę. Mianowicie emocje. Czuł jak od dawna duszona złość wraz z rozkosznym dreszczem podniecenia przebiega jego ciało dostarczając mu niezbędnej siły by chociaż spróbować przeszkodzić miecznikowi atakującego jakiegoś rannego elfa. Kaprysem woli opanował emocję i korzystając z szerokiego spektrum uczuć skierował dość sporą dawkę przerażenia do powietrza. Halo w jego oku zaczęło kręcić się troszkę szybciej jednak nie na tyle by było to zauważalne. Empata dzięki wyzwolonej sile będzie starać się wytworzyć kilka metrów przed szarżującym smokiem cienką zasłonę próżniową tak by ten, gdy swym pędem na nią wpadnie przerwał wiązanie i powodowany nagłym wiatrem stracił rytm a może i równowagę. Gdy energia zostanie już wyzwolona i kierunkowana Misser postara się odnaleźć wzrokiem główne skupiska obrońców oraz spróbuje dostać się do któregoś z nich.

Po mnie będzie pisała jeszcze Cariella, więc proszę o uwzględnienie Jej w kolejca :)
Awatar użytkownika
Cariella
Posty: 46
Rejestracja: 15 sie 2012, 18:57
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33020#33020

28 wrz 2012, 15:27

Szła za Misserem od oberży, nie zatrzymując się ani na chwilę. Zdecydowanie szła na przód. Nie zamierzała, przynajmniej na razie, się z nim rozstawać, to wydawało się jej dziwne… Samo pojęcie rozstania. Jednakże nie to teraz było najważniejsze, tylko brama i to, co tam się działo. Nie widziała jeszcze, kto atakuje miasto, ale czuła silne jednostki, a wokół widziała pełno krasnoludów. Ciekawość ciągnęła ich ku bramie, że w końcu musiała się obok nich przeciskać. Świetnie, jednakże nie krasnoludy jej ciążyły w sercu, tylko Misser. Co będzie, jeśli staną do walki? Tego właśnie się obawiała od samego początku, że w takim przypadku, podczas walki, będzie się o niego bała. Uczucia… Nie. Nie powinna się nim przejmować. Z pewnością miał większe doświadczenie w używaniu swoich mocy niż ona, a w dodatku miał większy asortyment. Da sobie radę. Musiała w to uwierzyć… Wierzyła. On wiedział, co robi i ona też. Na wątpliwości było już za późno. Nic złego mu się nie stanie.
Gdy dotarli do bramy, nad ich głowami przeleciał smok… Tak, to musiał być smok. Wyglądał trochę inaczej niż go sobie wyobrażała, ale co w wyobrażeniach jest równe rzeczywistości? Miał w sobie coś ciekawego i był ładny, ale to właśnie on wraz z pobratymcami chyba atakował miasto, a ona, jeśli nie chciała w nim utknąć z masą krasnoludów, musiała przyłączyć się do obrony, co niechybnie uczynił już Misser. Stał skupiony prawdopodobnie na swoich sztuczkach, co oceniła Car. Ona natomiast rozejrzała się wokół. Zamierzała ocenić liczbę atakujących, jak i broniących, poza tym ważne dla niej było otoczenie. To ono decydowało o tym, co może, a czego nie powinna… Tak, jej żywioł… Ziemia… Zamierzała szczególnie zwrócić uwagę na ilość i rodzaj natury ożywionej, bo to właśnie z niej najlepiej pobierało jej się energię, moc. Na wypadek, jeżeli coś by ją zaatakowało, miała w prawej dłoni Adalię gotową do użycia.
Awatar użytkownika
Senk Khel
Posty: 135
Rejestracja: 15 lut 2012, 00:13
GG: 17524824
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1613

29 wrz 2012, 11:05

Na nieszczęście Missera i Cerielli, tłum przez który właśnie przedarła się ta dwójka, był najbliższym i najłatwiejszym celem dla rozwścieczonego Senka. Na szczęście ich małe rozmiary nie mieściłiły się w polu widzenia rozwśćieczoneo potwora więc mogli zobaczyć jak zaczyna wyrzynać trzymetrowym mieczem niewinnych cywili. Wielu z nich gdy próbuje uciekać, jest powalanych na ziemię telekinetyczną mocą i potężnym ogonem. Przez cały czas wydzielra się i próbuje zionąć ogniem. Gniew wzmaga się, jeśli za każdym razem nie udaje mu się wydobyć z gardzieli ognistej, smoczej mocy, a w głowach wszystkich osób, które przebywają w tym mieście i do ktróych Senk jest w stanie się dostać, narasta smoczy ryk i słowa "wyrżnę wszystkich!".
Kolejne minuty samobójczego użytkowania mocy prawdziwego draha mijają…
Awatar użytkownika
Ellia
Posty: 53
Rejestracja: 22 kwie 2012, 17:13
GG: 10771379
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1820

29 wrz 2012, 12:40

Senk oberwał serią pocisków, Ellia ryknęła ze strachu o jego życie i zaatakowała wieżyczkę, która nie zaprzestawała strzelać, lodowym oddechem. Zastosowała salwę dając Senkowi nieco wytchnienia, uśmiechnęła się pod nosem widząc udaną akcję. " To jest męczące…coraz więcej krwi. Trzeba to szybko załatwić"
Dostrzegła jakiś sztylet lecący w jej stronę, jednakże nie do niej. Przeczesała wzrokiem teren, nie znalazła jednak śmiałka, który to wykonał, w dodatku tak badziewnie. Smoczyca szybko darowała sobie szukanie tak marnej mrówki, trzeba było rozwalać całe stada i gniazda. Już się za to zbierała gdy nagle oberwała jakimś bełtem. Nie zrobiło jej to rany, jednakże obiło ją mocno. Warknęła i załopotała skrzydłami mocniej zgarniając powietrze, ból na chwilę przyćmił jej umysł zasłaniając go niewielka kotarą. Potrząsnęła łbem by się jej pozbyć i by nadal funkcjonować, zlustrowała okolicę i dostrzegła krasnoluda, który starał się wymierzać. Czy to on? Ten bełt wyglądał dość groźnie….."Ty zamierzasz strzelić we mnie!? Hah! W swoich trafiłeś ślepcu!" Machnęła gwałtownie skrzydłami robiąc szybki wymyk w bok, aby utrudnić przeciwnikowi wymierzenie w cel. Otworzyła przy tym szeroko paszczę i dmuchnęła w cały ten tłumek lodowatym zionięciem wkładając w to mnóstwo mocy, wyciągając długą szyję. Po tym ataku wykonała kolejny zręczny wymyk, latała w różnych kierunkach robiąc mnóstwo susów powietrznych chowając swój brzuch i uważając na skrzydła. Jej ślepia obserwowały najbliższe otoczenie, by być gotowym na jak najlepszy unik. Jeśli jej oddech sprawiłby za mało problemów – miała zamiar wykonać go drugi raz, mając zamiar wyziębić ich kończyny, sprawić im lodowe piekło.
Bawiła się tak, dopóki na horyzoncie nie pojawił się smok…prawdziwy smok. Mienił się burzliwą czerwienią na tle delikatnie niebieskiego nieba, Ellia zatrzymała na nim wzrok zapominając na sekundę o rzeczywistości. Ów smok krwawił, nadlatywał z terenów ludzkich. Czy to któryś z nich go tak urządził? Czy ona sama to zrobiła, atakując jego ludzką formę? Nie chciała zbytnio tego wiedzieć, nie przyjęłaby myśli o tym, że zniweczyła ciało jej brata. Łomotnęła skrzydłami, aby ruszyć się w jakieś miejsce i nie oberwać, poleciała nieco wyżej, aby wszelkie łuki miały problem z trafieniem jej cielska. Czerwony smok zachwiał się na moment, leciał jak skazaniec na śmierć. Smoczyca nadal była w szoku. Tak mało jest smoków na ziemi, a jeden z nich leci ranny przed jej czami. Za bramą opadł, jego skrzydła nie wytrzymały, ugięły się jak patyki w powietrzu zrzucając go na ziemię. Był teraz niezdolny do walki, ryknął coś w stronę bramy. Tak, to jeden z naszych go tak załatwił.
Ellia odwróciła łeb, mocno zacisnęła szczękę. Nie mogła być zdekoncentrowała, nie w takiej sytuacji. Musiała skupić się na tych krasnoludach, którzy w jej mniemaniu byli niebezpieczni. Zionęła ponownie, kiedy tylko byli zziębnięci tak, że mieli problemy z poruszaniem się, miała zamiar zaatakować. Zniżyła wtedy lot, zapikowała w dół i przeleciała łukiem tuż nad nimi, strzeliła z ogona jak z bicza chcąc ich najprościej zabić. To pewnie było za mało, ale wielki ogon dla małego krasnoluda był nie lada wyzwaniem. Kiedy wykonała ruch wzbiła się ponownie wyżej, aby uniknąć wszelkiego ataku z dołu.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 wrz 2012, 19:13

MG

Wczesnozimowy chłód omiótł przypominającą ludzką twarz Daniela Kirmona, gdy ten w iście smoczym tempie przebiegł odległość dzielącą go od elfa Finaroda. Leżąca ofiara nie miała najmniejszych szans. Sprint został zakończony efektownym i, jak się okazało, efektywnym cięciem z przestawnego młyńca. Skrzydlaty stwór we wzorowy sposób wykorzystał pęd swojego ciała do wyprowadzenia morderczego ciosu ostrzem trzymanym w prawej dłoni. Miecz opadł, a jego krótki wizg był ostatnim, co usłyszała ofiara. Zimna stal przeorała plecy Finaroda, docierając do nasady karku i wreszcie z impetem wbijając się w jego potylicę. Mieszanina krwi i mózgowia splamiła przedpole Minaloit równiutką smugą. Włosy przysłoniły na chwilę wizję wojownika, który począł badać teren pod kolejny atak. W powietrzu wręcz namacalnie unosiła się energia pochodząca z obcego, nieudanego zaklęcia.

Jego oczom ukazał się piękny, lecz na swój sposób przerażający obraz. Ellia wirowała w locie, unikając większości posłanych w jej kierunku strzał i bełtów. Jeden pocisk gładko przebił się przez jej skrzydło na wylot, nie czyniąc smoczycy większych wstrętów niźli człowiekowi czyni ugryzienie osy. Póki co cała wystrzelona przez strażników amunicja cudem omijała podbrzusze Ellii, która po opadnięciu Senka na ziemię stała się głównym celem. Nagle zza bramy od strony miasta wyleciał wielki, czerwony gad. Widać było, że smok ledwo trzyma się w górze, a jego prawe skrzydło nie daje sobie rady z ciężarem. Safari uderzył bokiem o jedną z przymrożonych wież strażniczych, na szczęście nie niszcząc jej, po czym spadł po drugiej stronie, prosto przed nadal gotowym do ataku Danielem.

W tym czasie w mieście krasnolud Hevidoritt postanowił posłuchać słów burmistrza. Co niepodobne, nie komentował sprawy. Popchnął tylko chorego na żołądku Aleksisa za węgieł, gdzie gromadził się coraz większy tłumek rozentuzjazmowanych, krasnoludzkich gapiów. Mało który brodacz przejmował się bezpieczeństwem swoim i swoich ziomków, a kibicowaniu i okrzykom zachęcającym do walki nie było końca. Zgodnie z zaleceniami burmistrza, Hev zanurzył jeden z ogromnych bełtów w butelczynie z tajemniczą esencją. Mikstura, o dziwo, nie śmierdziała. Grot ledwo zmieścił się do środka, jednak w końcu dał radę. Krasnal wyciągnął go z butelki, obejrzał… był taki sam, jak wcześniej. Umoczył znowu.

- E, chuj… - żachnął się, widząc podobny efekt. Wraz do stojących w bezpiecznym miejscu mężczyzn podbiegł Kazkrin, szybko przedstawiając swój plan.

- Dobra - zgodził się Hev po trzech sekundach namysłu, wystawiając język i liżąc krótką lotkę bełtu, który następnie prędko załadował do Rykoszetki. – To zaś idź tam, a ja tutej - zakomenderował, używając jakiejś skomplikowanej, acz całkiem zrozumiałej dla odbiorców formy komunikacji niewerbalnej. Wtem jednak na ulicy odezwały się potępieńcze krzyki. Ellia zaatakowała tłum cywilów, oczyszczając drogę dla kroczącego główną ulicą miasteczka Senka. Jej zionięcie było niespodziewane, mało kto zdążył się przed nim uchylić. Ci, których lód nie dotknął, zaczęli od razu pomagać poszkodowanym, w których znajdowali się Cariella i Misser. Tak dalekosiężne uderzenie wyraźnie odbiło się na zasobach magicznych smoczycy, jednak spełniło swoją rolę – tłumek krasnali został rozbity, a gniew wręcz z niego kipiał.

- NA NAS?! - wydarł się ktoś w pobliżu, widocznie uważając, że Wolna Mowa lepiej trafi do smoczycy, która tak czy inaczej nijak nie mogła słyszeć tych słów. - POŻAŁUJESZ, GADZIE! - dodał gniewny brodacz, biegnąc do stojącego nieopodal wozu. Ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach, migiem ruszyli po uzbrojenie. Okazało się, że w obliczu zagrożenia krasnoludzkie klany potrafią zjednoczyć się jak nigdy. Nie było mowy o tym, żeby dla chętnych nie znalazł się topór czy choćby wyszczerbiony sztylet. Karły podzieliły między sobą najbliżej dostępny ekwipunek. Kilku z nich zdążyło już nawet wrócić w pełnym rynsztunku, gdy Ellia zaatakowała ponownie, tym razem z wyższego pułapu. Jej oddech dziwnym trafem musnął czuprynę Aleksisa, któremu od razu zebrało się na wymioty. Gdzieś obok usadowiono zamroczonych Cariellę i Missera. Krasnoludy uznały wyraźnie, że ich miejsce jest przy kimś, kto może poszczycić się podobnym wzrostem. Przymrożona para trzęsła się z zimna, trwając na granicy przytomności.

Ktoś w mieście zadął w róg. Mobilizacja krasnoludów była szybka, w mig ogarnęła niemal całe miasto. Prędko formowane szeregi zbierały się w większe oddziały. Niscy zbrojni nadciągali z każdego zakątka kolonii górniczej, a każdemu z nich przyświecał jeden cel – ubić smoki.

Mimo wszystko, jako pierwsi na miejsce dotarli ludzie. Uliczką nadszedł wreszcie z dawna wyczekiwany oddział straży, który widząc, co się dzieje, w mig umknął w czeluście jednego z budynków, przy których zebrał się tłumek krasnali. Strzelanie z okien wydawało się niezgorszą taktyką, choć znający umiejętności straży Minaloit obrońcy nie mieli z czego się cieszyć.

- Mocniej napiąłem… - sapnął Hev, który zamiast pomagać rannym, faktycznie naciągał cięciwę swojej wielkiej kuszy do granic możliwości. Drewno zatrzeszczało złowieszczo, ale wytrzymało opór. Tylko bogowie wiedzieli, co chodzi brodaczowi po głowie.

Przekonana o tym, że ze strony ciągle tkwiących pośrodku ulicy, spowolnionych krasnoludów nic jej nie grozi, Ellia zapikowała, a tuż pod nią kroczył dożynający zdemobilizowanych przeciwników Senk Khel. Jej ogon wyprężył się, gotów do ataku.

- Me-a-len! - wykrzyknął posiadacz Rykoszetki, wypadając zza załomu dokładnie naprzeciwko smoczycy. Jaszczurzyca zaatakowała, kusznik wystrzelił… Siła jego broni zmiotła go z nóg, a ogon Ellii smagnął mocno, posyłając karła i wielu jego przymrożonych przyjaciół w krótki lot. Nie wiedziała, ilu zabiła, ale wielu z brodaczy zupełnie przestało się ruszać.

Mimo ciężkiego stanu strzelca, który go posłał, ogromny bełt wykonał swoją pracę. Wbijając się w obojczyk latającego gada utkwił głęboko w jego ciele, niemal łamiąc grubą, smoczą kość. Przytępiona bólem Ellia nie była w stanie dłużej kontrolować toru lotu, co naraziło ją na kolejne ataki. O jej podbrzusze zahaczył topór do rzucania, skrzydła zostały podziurawione. Smoczyca wzniosła się z trudem, mimowolnie skręcając wgłąb Minaloit, nadal ostrzeliwana z krasnoludzkich kusz.

Ciągle walczący, będący w szale drahelf natknął się wreszcie na realny opór. Mikroskopijny czworobok złożony z uzbrojonych w rozliczne sprzęty krasnoludów zagrodził mu drogę do najbardziej rannych i osłabionych. Mieli przewagę liczebną, jednak Senk rzygnął na nich najprawdziwszym ogniem, co pozwoliło mu niemal natychmiastowo ukatrupić czterech z szesnastu przeciwników. Czuł, jak jego sprawność maleje, a rany dają się we znaki, jednak nie dawał po sobie tego poznać. Walczył do końca.

//Nie wiem, czy wiecie, ale w bodaj pierwszym MG-poście napisałem, że ludzka część Minaloit dawno pochowała się po domach. Na ulicy stały tylko krasnoludy, głównie z racji tego, że… w większości nie posiadają jeszcze domów, a że odważne są, to nie szkodzi im czasem z załomu wyjrzeć i pogapić się.
Senk – Twoja postać najpewniej umrze w następnej kolejce;
Ellia – zostałaś zniesiona w stronę miasta, możesz próbować utrzymać się tutaj albo zrobić z/t np. nad Ratusz. Zawsze pozostaje awaryjne lądowanie.
Wybaczcie, że ten post pojawił się po tak długim czasie. Ze względu na to (oraz kilka innych spraw, o których pisałem w Nieobecnościach) nie ustalam terminu na napisanie kolejnego posta. Odpiszę najszybciej, jak pozwoli na to sytuacja (oraz Wasza aktywność). Kolejka, ponownie – nieustalona.
Awatar użytkownika
Kazkrin
Posty: 47
Rejestracja: 28 sie 2012, 23:10
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2159

29 wrz 2012, 20:08

Chrząknął przeciągle i splunął na bruk. Schował swoją broń za pazuchę, jednocześnie odwracając się na pięcie.
- Pierdole..
Wyszedł, odszedł, ruszył przed siebie. W dziwny sposób cała sytuacja nagle utkwiła mu w dupie.
z/t
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

29 wrz 2012, 21:39

Było źle. Plan alchemika nie poszedł po jego myśli. Nie było w tym niczego dziwnego, nie zbadał esencji, nie spodziewał się tego, iż płyn nie utrzyma się na grocie sporych gabarytów bełtu. Przynajmniej ujrzał – jako tako – gęstość substancji. Aleksis zmarszczył brwi. Zamkną buteleczkę i schował ją z powrotem do nośnika. Po chwili złapał się za brzuch, ogniskujący ból złośliwe go gnębił, nie dając chociaż chwili wytchnienia. Bezsilność irytowała go, sprawiała, że czuł się zbędny, niepotrzebny. Chciał działać, cokolwiek czynić, by pomóc w sprawie. Zostało mu obserwować.

Krasnoludzka społeczność była twardym ludem, najwidoczniej nie obchodził ich los walczących żołnierzy, mieli w głębokim poważaniu uszkodzenia bramy. Czy oni musieli być tacy obojętni? Zaskakujące, że dla jednych ta chwila była koszmarem, a dla drugich ciekawym widowiskiem. Komedia, czysta komedia. Aleksisa pożerała niemoc, jego oczy szybko poruszały się jakoby czegoś szukały – a szukały zajęcia. Zacisnął pięści, prawy zestaw palców silnie ściskał kawałek drewna, który robił za laskę.

Hev, wraz z krasnoludem z ratusza, udali się w cień uliczek. Aleksis mógł tylko snuć spekulacje, co chcą zrobić. Kusznik wykonał parę skomplikowanych gestów swymi pluchami, alchemik wpatrywał się w nich zainteresowaniem. Zważając na okoliczności, pewnie kombinują jakąś taktykę. Bentrum chciał widzieć rezultat poczynań, albowiem niedługo potem Hev ruszył.

Zaatakował smok, a jego oddech zabijał ciepło z każdej żywej istoty. Zionięcie przynoszące druzgocący mróz, a ci, którzy zostali trafieni, czekał marny los. Alchemik w końcu mógł sprecyzować, jaka bestia używała zamrażającego zionięcia, smoczyca – choć Aleksis nie znał płci potwora – była istotą odpowiedzialną za panującą w tym miejscu temperaturę. Była jedną z tych, którzy przyszli, by pochłonąć miasto w cień śmierci. Czarny Kamień dostał zimnem po włosach, lecz tylko tyle wystarczyło, aby zmusić go do upadku na klęczki. Boleśnie uderzył kolanami o ziemię, ledwo utrzymywał równowagę, podparł się rękoma. Chciał wymiotować, ze wszystkich sił starał się powstrzymać to. Osłabł, tracił moc w mięśniach. Po chwili musiał utrzymywać cały swój ciężar na rękach i kolanach, albowiem niewiele brakowało, aby całkowicie się wywalił. Próbował oddychać głęboko, spojrzał zza siebie – na zbiorowisko brodaczy. Przeraził się.

- Ghan'To… Dopomóż mi, błagam… – Zmęczone oczy ujrzały widok rozbitego zbiorowiska. Krasnoludy, natychmiast zareagowały, gdy smok skierował na nich swój gniew. Długowieczna rasa mobilizowała siły, jednakże taka grupka mogła nie podołać wyzwaniu. Alchemikiem wstrząsnął widok rannych… Częściowo zamrożonych brodaczy. Nieważne czy człowiek, elf, krasnolud, jaszczuroczłek… Każdy jest podatny na taką dawkę zimna. Aleksis musiał im pomóc, musiał to zrobić, choć nie wiedział czy jego ciało to wytrzyma. Wzbierał w sobie ostatki sił, błagał boga o pomoc. Zamknął swe oczy, próbował ujrzeć coś więcej w otaczającej go ciemności. Poszukiwał prawdziwej siły… Woli walki. - Ghan'To, proszę… Wspomóż swego sługę, który chce… POMÓC TYM ISTOTOM! – Ryknął, prosząc swego boga o wsparcie. Musiał na czymś oprzeć swą psychikę, nieświadomie poszukiwał w wierze. Chciał wierzyć, że bóg mądrości usłyszy wołanie sługi. Chciał myśleć, że jego siły powoli wracają. Chciał odnaleźć niezwykle ważną motywację… Złapał ją mocno.

Zabrzmiał róg, Aleksis otworzył oczy. Próbował wstać i ruszyć ku rannym, opierając się na lasce. Pragnął użyć swych wszystkich dostępnych środków, coby ustabilizować stan zmrożonych krasnoludów. Zależało mu na utrzymaniu małej iskry życia, kiedy chłód próbował ugasić najwspanialszy dar. Aleksisowi nie zależało w tym momencie na własnym życiu, gdy część traciła swój płomień. Jego wzrok poszukiwał, a gdy miał szansę ujrzeć potrzebującego, natychmiast zająłby się nim. Użyłby całej swej dostępnej wiedzy i środków, by ustabilizować każdą napotkaną ofiarę.

- POMÓŻCIE, TUTAJ SĄ RANNI! -Krzyknąłby, aby zdobyć choć jedną parę rąk do pomocy.

Awatar użytkownika
Kazkrin
Posty: 47
Rejestracja: 28 sie 2012, 23:10
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2159

30 wrz 2012, 00:47

Nie uszedł daleko. Ryk smoków, świst bełtów oraz krzyki zatrzymały go w miejscu.
Miał przeczekać wszystko w karczmie, pijąc piwo. Właśnie: taki był zamiar.
Charakterystyczny dźwięk oddechu smoka i krzyki rannych, wykrzywiły w grymasie bólu twarz krasnoluda. I tylko jego twarz dawała świadectwo przeżywania tego co przeżywali pobratymcy, bo myślami był lata wstecz w czasach gdy walczył w regularnej armii.

Trwała kampania którą wódz orków Gurtz Wyrwignat prowadził przeciw królestw krasnoludów. Przeklęty ork zebrał pod swoim silnym przywództwem masy orków i goblinów, paląc i plądrując nieliczne wioski krasnoludów które nie kryły się wśród skał gór. Orkowy wódz byl tak bezczelny, iż dostał się do opuszczonych kopalni i nieużywanymi szybami dotarł do ukrytych miast-fortec.
Kilka z nich padło.. jednak rodzinne miasto Kazkrina nie poddawało się.
– Dalej! Formować mur! – krzyczy Kazkrin do swoich żołnierzy. Jest uzbrojony w pełny rynsztunek i charakterystyczny hełm regimentu w którym służy. Mówią na nich "Żelazne Brody" bowiem hełmy mają przyłbice w postaci twarzy z długą brodą. I dziś, Żelazne Brody, utrzymują ważny odcinek tuneli w oczekiwaniu na posiłki.
Brodacze formują półkolisty mur z tarcz. Przez szczeliny rąbią toporami, berdyszami i nielicznymi mieczami napierających orków. Jednak fala jest zbyt mocna.. obrona zaraz pęknie.
Kazkrin słyszy szczęk broni któremu wtóruje opętańcze ryki zielonoskórych. Jęki rannych i umierających grają upiorne crescendo do spółki z głuchym dźwiękiem uderzeń o tarczę.
Jest sierżantem. Jest odpowiedzialny za nich, bo dowódca padł od przeklętej goblińskiej strzały.
Zaciska mocno zęby. Palce oplatają stylisko topora jeszcze mocniej.. czara goryczy się przelewa. Kazkrin odwraca się ku powstającej w obronie wyrwie. Podnosi topór i z krzykiem na ustach rzuca się w wir walki aby pomóc braciom.


I tak też, powróciwszy do rzeczywistości, robi Kazkrin. Zrywa się z ogromnym krzykiem ku murowi z krasnoludów który dzielnie opiera się atakom smoka. Widzi jak przeklęty gad swoim ogonem gromi kilku z jego braci. Niektórzy nie wstają.
Kazkrin chwyta tarczę jednego z martwych wojowników i dobiega do pozostałych przekrzykując w krasnoludzkim języku, bitewną wrzawę. Jego głos jest pełen autentycznego gniewu i furii. Czuć w nim domieszkę troski jaką zwykł okazywać swoim żołnierzom. Da się wyczuć wojskowy dryl.
- Formować ścianę z tarcz! Tworzymy mur! Gdy ponownie będzie pikować, uskakujemy robiąc mały korytarz aby smok mógł przelecieć i siekamy w niego czym kurwa popadnie!
Awatar użytkownika
Senk Khel
Posty: 135
Rejestracja: 15 lut 2012, 00:13
GG: 17524824
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1613

01 paź 2012, 00:36

Z każdą minutą jego ruchy stawały się coraz wolniejsze, słabsze i niecelne, jego umierające ciało prowadziło już jedynie walkę z powietrzem, zamazanymi sylwetkami i śmiercią. Wszyscy już mogli zauważyć, że ten nieśmiertelny potwór zaczyna padać z nóg, chociaż nadal całkowicie opiera się atakom, które nie sprawiają na nim najmniejszego wrażenia. Nagle stanął i spojrzał na sylwetkę Bentruma. Wściekły ryknął przeciągle i wypuścił w niebiosa potężny strumień ognia który momentalnie się skończył. Drahelf rozwścieczony rzucił się na Aleksisa, trzymając swą potężną broń oburącz i zamachnął się, by zadać ostateczny, rozczłonkowujący cios…
Dotarł do swego celu, w połowie drogi gubiąc miecz… serce z przesilenia przestało bić, a podrygujący ogon i skrzydła ostatnimi staraniami próbowały się na cokolwiek przydać, niestety na marne…
Safari
Posty: 108
Rejestracja: 25 mar 2012, 11:18

01 paź 2012, 20:51

Z każdą chwilą czuł się coraz gorzej. Na dodatek już ledwo mógł ustać na tych łapach. Był coraz słabszy z powodu znacznej utraty krwi z rany jaką doznał na samym początku bitwy. Wprawdzie w tej wojnie nie zdołał nic zrobić nie licząc uszkodzenia samego siebie, ale zapewne otrzymał jedną z najgorszych ran jakie mogą być. Prawie by ramie stracił i to w najgłupszy sposób. Naraził swe zdrowie jak i życie tylko po to by pogadać ze wściekłym gadem. Jak dotychczas, to nikogo nie obronił, nawet siebie. Teraz ma okazję umrzeć próbując to zrobić (w jakże komiczny sposób). Los od początku tej walki nie był mu przychylny, jak i podejmowane decyzje, które marnie się kończyły. Mimo wielu przeżytych lat, to nadal był niczym pisklak z marną ilością doświadczenia jak i wiedzy. Nadal podejmował kiepskie decyzje co też się źle na nim odbijało. Najlepiej co umiał to walczyć czy polować, co teraz w obecnym stanie było prawie niemożliwe. Tylko siebie mógł za to winić. A teraz znajdował się tuz przed murami miasta jak i jedyną bramą. Łapy pod jego cielskiem się już chwiały. Skrzydło znajdujące się tuż nad rannym barkiem zwisało czy też spoczywało wyprostowane na ziemi dając wrażenie złamanego. Drugie natomiast ściśle przylegało do tułowia. Ogon za smokiem zakończony kostnym grotem zrobił kilka wymachów . Śmigający w powietrzu ostry koniec był zdolny przeciąć czy też uszkodzić wiele rzeczy. Gdyby ktoś podszedł od tyłu, to by raczej marnie skończył. Jak szynka w plasterkach.

Już zaczynał mieć mroczki przed oczami. Wstrząsnął łbem w celu ich odgonienia. Jednak to nie pomogło a tylko sprawiło, że łańcuch zaczął pobrzękiwać na jego szyi robiąc nieznaczny hałas, który drażnił teraz jego uszy. Saf powoli tracił czucie na ciele. Był coraz słabszy i nadal tracił mnóstwo krwi. Tuż pod ranną łapą tworzyła się coraz większa kałuża ciemnej posoki. Ten ciężki uraz nie chciał się zasklepić. Cięcie było zbyt głębokie na to. Gdyby nie ta rana, to jako w pełni sprawny jak i zdrowy smok byłby zdolny do walki, a tak to teraz był cieniem samego siebie. Przekreślił już swój los już na samym początku. Teraz czy przeżyje, to już nie była jego decyzja.
Jego łuski straciły jaskrawy kolor, a wzrok zaczął się robić mętny. Nawet krzyk Drahelfa nie ważne jaki do niego nie docierał. Czerwony gad był na skraju świadomości. W jednej chwili zmienił się w człowieka krzywiąc się z bólu z winy rany na ramieniu i zdartej skóry na twarzy. To była zachęta by tamtemu ułatwić zadanie, bo w końcu w tej formie jest prawie bezbronny. Od taki se golutki facet stał kilkadziesiąt metrów od bramy prowokując człekogada do zabicia go. To była niezłą okazja do zemsty dla tamtego.

-Nie jestem teraz zdolny do niczego. Żadnej ze stron nie mogę przynieść jakiekolwiek korzyści będąc rannym. Zabij mnie, to będzie jedna przeszkoda mniej.– skierował te słowa do Daniela, a potem ugięły się pod nim nogi i padł na ziemie bez świadomości. Stracił przytomność lądując przy okazji we własnej krwi, która powoli wsiąkała w ziemie zapewne nawożąc ją niestabilną magią. W tym stanie nie wiedział co się dzieje. No i czy ten humanoidalny smok spełni jego prośbę – Bo czy nie lepiej zginąć niźli robić za najgorszego bohatera – Się dopiero okaże…

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52216
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.