Sklep i dom myśliwego Sasuka

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Sasuk
Posty: 27
Rejestracja: 28 kwie 2011, 21:48

Sklep i dom myśliwego Sasuka

06 maja 2011, 16:07

Dom i sklep myśliwego znajdował się w jednej najbardziej opuszczonej ulicy. Kiedyś była to mała, lecz zgrabna kamieniczka, posiadająca jedynie parter, gdzie kiedyś znajdował się sklep z zapleczem, oraz piętro do którego teraz prowadziły wąskie i strome schody. Wejście do części mieszkalnej utrudniała wyłamana poręcz, oraz brak jednego schodka. Parter, stracił cały blask dawnej świetności sklepu. Jedynie leżący tuż za progiem podniszczony szyld, oraz niewielka lada przypominały o zadaniu jaki spełniał ten budynek.
Piętro, tylko ciut czyściejsze od parteru, składało się z dwóch pokoi. Całkowicie rozgrabione i zniszczone dla samej przyjemności. Jedynym meblem który przetrwał było mocne krzesło o wysokim oparciu i solidnych podłokietnikach, na których jeszcze teraz można było dostrzec resztki zdobień.

Sasuk po przybyciu do miasta od razu pomyślał o zyskach więc poprosił burmistrza o wybudowanie Sklepu i dostał na to pozwolenie. Mieszkał tam a zarazem sprzedawał swoje zdobycze

Dodane po 17 godzinach 25 minutach:

Sasuk powróciwszy wraz ze swoim przyjacielem do domu przygotował skóry i mięso na sprzedasz.. Posprzątał… poszedł na górę i wziął się za studiowanie książki ,która otrzymał od Gwynbleidd'a
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Ssen
Posty: 50
Rejestracja: 24 gru 2012, 11:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39203#39203

26 sty 2013, 19:36

Ssen zaciągnął Rowenę do budynku. Nie była to co prawda daleka droga, ale Ssen unikał wszelkiego błota, oraz ciągnięcia nóg kobiety po ziemi. Dodatkowo te skrzypiąca podłoga i schody denerwowały czarnowłosego. Jednak po wielu trudach udało się dotrzeć na piętro, do pokoju z oknem wychodzącym nad wejściem i posadzić porwaną na krześle.

Lina, lub gruby sznur, to było teraz potrzebne porywaczowi. Uśmiech na pojawiający się na twarzy Ssena mógł świadczyć, że nie zapomniał tego ważnego narzędzia.

***
-Co każdy podróżny powinien posiadać?-zapytał, wysoki czarnowłosy mężczyzna o twarzy przeoranej wieloma już zmarszczkami, chodząc wzdłuż stołu z ciemnego drewna za którym na zdecydowanie zbyt dużym krześle siedział młody chłopak.
Na pierwszy rzut oka widać było, że jest on rodziną dorosłego, lecz uważny obserwator dostrzegłby jak chłopak się w pierwszej chwili po usłyszeniu głosu skulił, lecz nawet nie oderwał swych zielonych oczu od tekstu który starannie pisał.
-eee… broń – odpowiedział pytającym tonem
-jak masz się wysławiać– zdenerwowany ton, oraz trzaśnięcie trzcinką ukrytą trzciną w dłoń świadczyło o poirytowaniu mężczyzny
-tak, ojcze– odpowiedział syn lekko drżącym głosem, w krótkiej przerwie między skrobaniem pióra.
-Masz mówić pewnym siebie głosem, nawet gdy czegoś nie wiesz, a wędrowiec powinien posiadać zawsze linę. Na jutro przygotujesz mi do czego można użyć liny, oraz czym ją zastąpić w podstawowych przypadkach[/i]
***

Grzebiąc, aby wyciągnąć gruby sznur, Ssen dostrzegł jednak coś ciekawszego. Pasy z mocnej skóry dziurawione, aż do samej topornej sprzączki.
Mocno ściskając przywiązał za ich pomocą Rowenę do krzesła. Krępując ruchy siedmioma pasami w połowie ud, w nadgarstkach i tuż pod łokciami, przywiązując je do podłokietników, oraz ostatnim pasem tuż pod piersiami.

Po czym odwracił kobietę razem z krzesłem przodem do rozlatujących się drzwi. Sam zaś ubrał maskę przeciw pylną i okulary, ukrywając w ten sposób swą twarz.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 sty 2013, 22:19

MG

Minaloit nigdy nie należało do szczególnie zaludnionych miast. Inna sprawa, że po przybyciu krasnoludów ze Złotego Wąwozu populacja miasteczka zwiększyła się ponad czterokrotnie. Brodaczy wszędzie było pełno, wprost uwielbiali przebywać pod gołym niebem, odwiedzać swych ziomków w innych domach, biegać jeden do drugiego ze świeżo wydestylowanym alkoholem, pomagać sobie wzajemnie… Nie sposób było uniknąć krasnoludzkiego wzroku, gdziekolwiek się nie poszło. Zima wszystkim dała się we znaki, więc część krasnoludów pochowała swe czerstwe twarze do wnętrz swych domostw, dając zapełnionym karłami ulicom nieco odetchnąć. Teraz jednak śnieg topniał, a życie w Minaloit rozkwitało na nowo. Społeczność okrzepła, zacieśniając stosunki. Krasnoludy nie stroniły od górników i mieszczan, ci natomiast starali się pokazać im, jak bardzo dzięki brodaczom Minaloit ożyło. Wraz z nadejściem pełnoprawnej wiosny mająca na celu odkrycie zapomnianej kopalni Dravenghr ekspedycja miała ruszyć dalej… W domach krasnoludów wrzało od przygotowań, choć żaden z ludzkich obywateli miasteczka o niczym nie wiedział.

Siedzący na dachu jednego z opuszczonych domów krasnolud Hevidoritt zdecydował, że czas, aby wyregulować Rykoszetkę. Mimo, że ostatnimi dniami słabował nieco, ciągle czując w swych kościach chłód lodowego oddechu smoków, które kilka miesięcy temu zaatakowały miasto, zdecydował się wyjść z domu i poużywać życia. Szło mu niezgorzej. Powoli jego palce przypominały sobie dawną sprawność, a jego kusza zaczynała trafiać dokładnie tam, gdzie sobie tego życzył. Oczywiście, nie przeszkadzało to innym mieszkańcom miasta zatrzaskiwać okiennic na jego widok. Nie bez powodu jego kusza posiadała tak dźwięczne miano, bowiem zanim wystrzelone z niej pociski osiągały jakikolwiek cel, odbijały się od wszystkich napotkanych przeszkód. Hev lubował się w obliczaniu trajektorii lotu pocisków jego ogromnej broni, już teraz będąc w tym prawdziwym mistrzem. Po tym, jak jeden z bełtów wpadł niefortunnie w okno przybramnej baszty nikt mu już jednak nie ufał.

Krótkowzroczne oczy wypatrywały celu. Zwabione powracającym do Autonomii ciepłem ptaki wydawały się idealne. Mimo, że latały zdecydowanie zbyt szybko, a jakoś żadnemu nie umyśliło się, aby usiąść na którymś z dachów w zasięgu Rykoszetki, Hevowi nic nie zdołało popsuć zabawy. Chyba, że…

W dole słyszalne były jakieś hałasy. Ktoś gadał. No, cóż. Ludzie gadają. Hev zerknął. Jego słabe oczy zobaczyły trzy barwne plamy. Czarną, brązową i białą. Rozmowa jakoś się nie kleiła, bowiem plamy biała i brązowa po kilku minutach klapnęły bez oznak życia w lepkie, wczesnowiosenne błocko. Wtem jednak czarna plama poniosła białą do pobliskiego domu, a brązowa pozostała na miejscu bez oznak życia. Nawet tak krótkowzroczny krasnolud, jak Hev, wiedział, że coś jest nie tak. Czym prędzej więc ześlizgnął się po naprędce zbudowanym we wnętrzu okupowanego przez siebie domu drewnianym rusztowaniu, szybko zszedł po schodach i wybiegł na ulicę. Dopadł do nieprzytomnego Kot'eleviena, w mig wzrokowo oceniając fakt, że leżący na ziemi elf (bo faktycznie brązowa plama okazała się elfem) przez sam fakt przynależności rasowej nie potrzebuje jego fachowej pomocy i nie warto nawet go dotykać. Napięta kusza skierowała się więc w stronę rudery, do której zaniesiono białą, wyraźnie kobiecą plamę. Hevidoritt wiedział, że jedyna w dosłownym tego słowa znaczeniu białogłowa obecna w Minaloit jest nałożnicą jego kuma, Aleksa. Nie godziło się zostawiać jej z czarną, niegodziwą z samego koloru plamą. Drzwi dawnego sklepu rozwarły się z impetem, gdy krasnolud wpadł na parter. Ze sprawnością strzelca wyborowego ocenił, że zagrożenie nie znajduje się na tym poziomie, toteż czym prędzej podążył na górę. Kolejny kopniak wyrzucił rozpadające się drzwi pokoju na piętrze z zawiasów. Rykoszetka skierowana została prosto na ukrytą za maską twarz Ssena.

- Nożesz kurwa twoja mać - stwierdził wyraźnie zdegustowany całą sytuacją kusznik.

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

27 sty 2013, 12:31

Ból. Obudził ją rozsadzający głowę ból. Pulsując w skroniach promieniował do oczu. Drżące powieki otworzyły się przysparzając cierpienia, którego nie była w stanie opanować. Światło dnia raziło momentalnie, gdy wyrwała się ze szpon ciemności, jaka dotąd ją otaczała. Zachłysnęła się pierwszym oddechem. Zakasłała ciężko. Powoli odzyskiwała świadomość, doświadczając tego poprzez ból. Teraz nie tkwił on tylko w głowie. Bolał ją niemal każdy mięsień, jakby w ciele szalał pożar, trawiąc od środka. Jednocześnie kończyny miała zesztywniałe do granic możliwości i nie mogła nimi poruszyć. Nie mogła, choć chciała. Musiała zmienić pozycję, bo od tej niemiłosiernie bolały ją plecy. Nie potrafiła jednak nic zrobić. Nie mogła się ruszyć, jakby była unieruchomiona… Przywiązana.
Ogarnęła ją panika. Zmusiła się do bolesnego mrugania, by spędzić mgłę z oczu. Pierwsze, co ujrzała, były skórzane pasy na udach. W mimowolnym odruchu chciała poruszyć nogą. Nagłe szarpnięcie uświadomiło ją, że przywiązane do poręczy krzesła ma również ręce. Kolejny pas uciskał przeponę, uniemożliwiając swobodne oddychanie. Wszystko to zarejestrowała na poły nieprzytomnym wzrokiem. Oblał ją zimny pot. Głowa ciążyła, kiwała się spuszczona. Widok na otoczenie przysłaniały jej strąki brudnych włosów. Długo zbierała się, aby ją podnieść…
Na co jej to wszystko było? Nie rozumiała, dlaczego i jak się tu znalazła. Nie pamiętała, co się stało. Ostatnim obrazkiem w pamięci był elf, z którym się przekomarzała. Potem spotkali kogoś, ale kto to był? Za żadne skarby, nie mogła sobie przypomnieć ani imienia, ani twarzy napotkanego człowieka. Była uwięziona, to pewne, ale przez kogo? I najważniejsze – dlaczego? A zaraz potem – w jakim celu?
Przeklęła dzień, w jakim zjawiła się w Minaloit. W Wolenvain nie wiodło jej się najlepiej, ale mogła przecież obrać inny kierunek, inne miasto. Lokent, Aldhal… Co ją podkusiło, aby wybrać ponurą, górską mieścinę? Pobyt w Minaloit przysporzył jej wiele kłopotów. Zyskała tyle samo, co straciła. Na dodatek zgubiła samą siebie w natłoku zdarzeń, w jakich uczestniczyła. Powinna się wynieść i zacząć od nowa daleko stąd.
Wśród tylu myśli nadal nurtowała ją tylko jedna. Dlaczego? Była ona tak natrętna i niezrozumiała, że szybko została wyartykułowana.
Dla…czego? – wykrztusiła, gdyż gardło miała suche.
Uniosła z trudem głowę. Potoczyła spojrzeniem po wnętrzu pomieszczenia. Była to niewielka izdebka, zniszczona i zaniedbana. Po podłodze walały się nadgryzione zębem czasu sprzęty. W powietrzu unosił się kurz i zapach stęchlizny. Przed sobą miała wejście. Za plecami musiało być okno, przez które wpadały blade promienie słońca, oświetlając pokoik. Poruszyła się raz, drugi, jęcząc żałośnie. Pasy wpijały się w skórę przy nadgarstkach. Łapiąc ciężko oddech, szukała rozbieganym i rozgorączkowanym wzrokiem sprawcy. Musiał tu być. Czuła to. Czuła na sobie jego tryumfalne spojrzenie. Był mordercą? Szaleńcem? Gwałcicielem? Może była to zemsta za śmierć kogoś bliskiego? Wszystkie opcje były dobre. Każda z nich miała swoje racje. Rowena wolałaby jednak wiedzieć, za co przyjdzie jej zginąć. Bo zginie niechybnie. Ta myśl powoli wtłaczała w jej żyły Lęk. Na karku poczuła zimny oddech Śmierci. Kości palców zacisnęły się na barku dziewczyny, ściskając je mocno, niemal miażdżąc. Nie mogła oddychać, nie mogła, krztusiła się. Wszystko to było jednak wytworem chorego umysłu. Nim jednak zdołała się uspokoić, drzwi izby wypadły z zawiasów z gniewnym impetem.
W wejściu stał krasnolud. Spojrzała nań, unosząc wzrok. Głowę miała pochyloną, jakby miała zaraz zwymiotować. Tym czasem dziewczyna usilnie próbowała złapać oddech. Jej słaba psychika była na skraju obłędu. Po raz kolejny. Nie miała siły nawet by zemdleć.
Gdy w końcu udało jej się odetchnąć, wyszeptała poruszając z wolna spierzchniętymi wargami:
Zabij mnie.
Ssen
Posty: 50
Rejestracja: 24 gru 2012, 11:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39203#39203

27 sty 2013, 19:53

Dom i jednocześnie sklep myśliwego stoi w otoczeniu wielu podobnych kamieniczek. Niegdyś białawy, odbijający światło odcień ścian, teraz szary i pokryty plamami świadczącymi o pojawieniu się grzyba, dawał przygnebiający nastrój, dopełniony przez ślady przeszłości, świadczące o życiu toczącym wartko życiem. Okopcony fragment wskazywał, gdzie na stole, teraz leżącym na ziemi w postaci desek i drzazg, stała zazwyczaj świeca. Jaśniejszy fragment ściany, oraz dziury po gwoździach insynuują gdzie kiedyś na wieszaku właściciel domostwa, po całym dniu ciężkiej pracy wieszał swoje ubranie.
Jednak nie tylko prawowity właściciel mieszkał w tym domu. Już kilka miesięcy po opuszczeniu przez niego domostwa w sienniku znalazła schronienie rodzina szczurów. Nie dane było jej jednak dane długo żyć w spokoju. Mniej więcej tydzień po ich zadomowieniu się, kamienicę odwiedzili pierwsi rabusie. Wtedy jednak w domu znajdowało się jeszcze dostatecznie dużo sprzętów, aby proste łoże padło ich ofiarą. Złodzieje, przychodzili co przez jakiś czas systematycznie, ale gdy nie pozostało nic godnego uwagi, pojawiali się coraz rzadziej, aż w końcu przestali przychodzić, za to jakiś czas później pojawili się młodzi przedstawiciele różnych ras, którzy tylko dla swej własnej uciechy demolowali wszystko czego się nie dało wynieść, całkowicie przewracając życie sporej już rodzinki szczurów zamieszkujących siennik. Przez cały ten czas przez ten budynek przewijali się różni bezdomni, bądź podróżni, którzy z różnych powodów nie mogli zatrzymać się w karczmie. Oni także pozostawili w domostwie po sobie ślad.

Ostry, lecz osłabiony przez czas zapach moczu dotarł do nosa Ssena właśnie w momencie gdy klęcząc za oparciem topornie ciosanego krzesła, przewlekał ostatni pas przez toporną, lecz mocną metalową klamrę. Sztywna skóra ciężko się naciągała, ale wreszcie się udało trafić i za pomocą lewej ręki przewlec zimną sprzączkę przez dziurkę. Ssen słysząc metalowe szczęknięcie, poluzował chwyt i rozluźniona skóra pasa lekko cofnęła się przez podniszczoną pracą, szorstką dłoń czarnowłosego mężczyzny.

Ledwo wstał i już miał otrzepywać swoje białe spodnie, gdy dostrzegł pierwsze objawy budzenia się kobiety. Lekkie ruchy głową będące oznaką zachwiania równowagi, mruganie powiekami, oraz mrużenie oczu w celu wyostrzenia obrazu, były najczęściej nieświadomymi oznakami wybudzenia po truciźnie, jaka znajdowała się w alkoholu. Mało kto od razu po wybudzeniu jest świadomy swojej sytuacji, tak samo niewielu wie jak porządnie udawać otumanionych.

Zwykle uśmiechnięty Ssen jednak nie okazywał szczęścia, zresztą nikt by nie zobaczył uniesionych kącików warg, czy błysku dobrego humoru w oku. Zdecydowanie nie teraz, gdy zielarz był skupiony. Dlaczego wpadł na taki głupi pomysł? Przecież teraz nie mógł od tak uwolnić jej, a doprowadzenie wszystkiego do końca… To będzie ciężka i długa droga pod górę, a on zaledwie wlazł na pagórek. Nie ma jednak już odwrotu. Wyrzucał sobie w myślach, nie wiedząc jeszcze, że dopiero za chwile, poczuje jakie problemy zapoczątkował. Choć w przypływie wisielczego humoru sarknął pod nosem do siebie –Im wyżej w góry, tym mocniejszy wiatr- To było prawie jak przepowiednia, gdyż jeden z przysłowiowych porywów wiatru szybkim krokiem małych nóg zbliżał się do kamienicy.
Mimo wszystko do Ssena dotarło wyksztuszone z ledwością pytanie. Jednak odpowiedź musiała poczekać. Alchemik musiał się zrelaksować, odpocząć, lub jak kto woli zabawić się. Schylając się jakby chciał wyszeptać czułe słówko, sięgnął lewą ręką odgarnąć z policzka Roweny brudny kosmyk, niegdyś białych włosów. Kobieta słyszała jedynie głęboki oddech, oraz dostrzegła pojawiające się z drugiej strony palce, które jednak nie dotarły do celu i zawisły w powietrzu. Jakby zaczarowane odgłosem otwieranych drzwi na parterze.


Jedno uderzenie serca wystarczyło. Ssen cofnął się od Roweny o krok. Środowisko zewnętrzne łatwo oszukać, ale samemu swojego ciała się nie da.


Jedne uderzenie serca wystarcza. Całe ciało przecina impuls, setki lat później nazwany impulsem nerwowym.


Jedne uderzenie serca wystarcza. Do krwi, jak jad setki tysięcy węży zostaje wstrzyknięta substancja.


Kolejne uderzenie serca. Krok skierowany w stronę drzwi. Serce, niczym pompa z mięśni pobudza krew do ruchu, rozprowadzając substancję po całym organizmie.


Tak człowiek jest stworzony, że wystarczą dwa uderzenia serca i człowiek może być gotowy do walki i ucieczki.


W odległej przyszłości substancja ta zostanie odkryta i nazwana hormonem 3F, od strachu, walki i ucieczki, popularnie tez zwana adrenaliną.

Kolejny krok, postawiony przez dwie istoty. Jedną szybko wchodzącą do budynku i małymi kroczkami odnajdującą schody wiodące ku górze i drugą wyższą, zaczynającą czuć mrowienie spinających się mięśni gotowych do działania.
Następny krok, połączony z wyciagnięciem sztyletu lewą ręką, nie zaburzył prędkości przemieszczania sią, pozwalając by następny krok został zagłuszony przez chichot wydobywający się coraz głośniej od jakiegoś czasu z gardła zielarza.
Hormon walki działał, dotarł do całego ciała. Gdy Ssenowi brakowało około dwóch kroków do drzwi otworzył jedną z skórzanych sakiewek wiszących przy kaftanie.


Jedna szczypta wystarczy. To normalna dawka, zioła które może spowodować omdlenie człowieka. Jednak Ssen nie jest normalnym człowiekiem. Zioła w normalnych dawkach nie działają z pełną siłą, zielarz wiedział, że taka dawka go znieczuli.
Tak, jedna szczypta wystarczy.


Słono-gorzkawy smak, bardzo szybko przestał być wyczuwalny na języku który zdrętwiał. Dodatkowo suchość w gardle utrudniała przełykanie. Jednak w końcu się udało.
Wreszcie Ssen dotarł do ściany przy wyłamanej zasuwie wiszącej teraz na drzwiach, o którą oparł się na krótko.
W ostatnich chwilach spokoju otworzył kolejną sakiewkę, w której przesypywał się drobniutki czarny proszek.

Coraz szybciej bijące serce, nienaturalnie rozszerzone źrenice, głębsze oddechy, tak ciało Ssena się przygotowywało do walki, a on cicho chichotał. Trzymając w jednej ręce sztylet, drugą ciągnąc pas przechodzący pod przez jego klatkę piersiową na skos, a do którego przyczepiona była laska, czekał.


Nie było to jednak długie oczekiwanie. Dosłownie kilka przyspieszonych uderzeń serca i drzwi zostały otworzone z trzaskiem.
Ssena nie zdziwiła nisko trzymana kusza. Nie żeby się spodziewał krasnoluda, ale po prostu teraz w jego głowie była tylko walka i krew.



Wszystko działo się na raz. Ssen najpierw szybkim ruchem wycelował ostrze sztyletu równolegle do łoża kuszy, mając zamiar zaklinowując rękę w łokciu odciąć ostrym ostrzem zwolnioną cięciwę. Jednocześnie jego prawa dłoń puściła pas, aby pod ciężarem laski doszło do jego odpięcia. Przecież półtora metrowa laska jedynie przeszkadzałaby w walce w drzwiach. Jednocześnie jak najszybciej tylko umiał sięgnął po czarny proszek z odpiętej sakiewki, aby całą jej zawartość wycelować mniej więcej w oczy przeciwnika.



***
-Z czego zbudowane jest pióro– zapytała ognistowłosa kobieta siedząca na stole i beztrosko machając nagimi nogami wyłaniającymi się z rozcięć bocznych spódnicy. Robiła to tak, jakby nie zauważyła, że pyta siedzącego obok niej, przy stole mężczyzny, któremu mimo iż trudno było się skoncentrować z powodu ud pięknej towarzyszki, udało się odpowiedzieć.
-Z dutki, stosiny i chorągiewki, która to składa się z promieni– odpowiedział mężczyzna po krótkiej przerwie na zebranie myśli. Na szczęście dla niego były ona na tyle krótka, by nie spowodować niezadowolenia jego pani.
-Oprócz znaczenia alchemicznego, sproszkowane pióra świetnie się nadają do pobudzania pewnych intymnych miejsc, lecz należy uważać, długo unoszą się w powietrzu, a gdy wpadną do oka mogą na chwilę oślepić, zaś wdychane powodują silne podrażnienie nosa– Tak, rudowłosa pani uwielbiała dodawać wstawki do lekcji. Zazwyczaj były one krótkie, lecz treściwe. Jednak tym razem ciągnęła dalej-dlatego pamiętaj, gdy się nimi zajmujesz, ubierz maskę i okulary ochronne. A teraz podaj etapy jak ucierać lotki…

***

Ssen mając nadal lewą rękę zablokowaną w ramieniu miał zamiar wepchać się bokiem za łuk kuszy, aby jak najbardziej zejść z pola rażenia broni, zaś jeśli to tylko będzie możliwe Ssen zamierzał przeciąć cięciwę. Gdyby zaś przeciwnik znalazł się w zasięgu Ssena, ten nie zawahałby się zakończyć walkę ciosem sztyletem w oczy. Wszystkiemu zaś akompaniuje straszny, zniekształcony przez maskę i zdrętwiały język, chichot.



//Zakreślone na ciemnoczerwono i pogrubione fragmenty tego posta są nieakceptowalne – to jest Lewiatan, a nie Ziemia, więc nie wiesz, czy i w jaki sposób odkryte zostaną subtancje i zjawiska, o których piszesz ani tym bardziej jak zostaną one nazwane. Dodatkowo używasz odniesienia do języka angielskiego (3F to flight, fright, fight), co jest, zgodnie z regulaminem, nie do przyjęcia, co jako starszy stażem gracz powinieneś doskonale wiedzieć. Ciesz się, że nie otrzymałeś za to ostrzeżenia – Infi.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

30 sty 2013, 01:39

Nie, pisanie retrospekcji i sztuczne wydłużanie pełnego błędów posta nijak nie pomaga, drogi Ssenie.MG

Spojrzenie zmrużonych, bladych oczu blondwłosego, dzierżącego ogromną kuszę krasnoluda wbiło się w sylwetkę porywacza. Ten, będąc pod działaniem sproszkowanego zioła, które zażył, a które miast go otępić, jedynie nieco znieczuliło, zareagował instynktownie. Zrzucił swój przeciążony pas na drewnianą podłogę i szybkim ruchem doskoczył do kusznika. W jego dłoni błysnął wyciągnięty nie wiedzieć skąd sztylet. Hev również miał instynkt nie od parady. Nacisnął spust zaraz przed tym, jak w jego oczy trafiła żrąca substancja.

Bełt śmignął nad lewym barkiem Ssena, odbił się od sufitu, ściany i podłogi, pomknął koło ucha Roweny i wbił się prosto w prawy, nadal zgięty łokieć czarnowłosego łotra, druzgocąc jego kość w stopniu gwarantującym kalectwo do końca życia. Sztylet wypadł z człowieczej dłoni, upadając z brzękiem.
Mimo zażytych ziół ciałem porywacza wstrząsnął dreszcz, a chichot uwiązł mu w gardle. Ssen mimowolnie upadł na kolana, czując ból, jakiego nie zaznał jeszcze nigdy w życiu. Całe jego ramię promieniowało cierpieniem, a każdy ruch kończył się jedynie potężnym, niekontrolowanym dreszczem i wstrząsem całego ciała.

Oślepiony krasnolud wyciągnął z kołczana przy pasie kolejny bełt, w mgnieniu oka na wyczucie umieszczając go w rowku kuszy. Szło mu to i tak wolniej, niż zwykle, a choć przeklinał, pluł i szybko mrugał, nie przerywał swej czynności. Wiedział, ze jeżeli ustanie w próbach naciągnięcia cięciwy, zemrze niechybnie. Usłyszał, że jego bełt trafił tam, gdzie miał trafić, jednak jego załzawione, przekrwione oczy nie były w stanie tego potwierdzić. Nie, żeby były szczególnie przydatne – Hev był urodzonym krótkowidzem, nie rozpoznając wiele szczegółów, jeśli dany przedmiot znajdował się w odległości większej niż metr od jego twarzy. Rykoszetka zaczęła się napinać…

Mimo wielu przesłanek, dla których mógłbym zwyczajnie odrzucić powyższy post Ssena (rozbieżności w KP, masa błędów stylistycznych, niespójności fabularne, odwołania do świata rzeczywistego) postanowiłem jednak go bez większych konsekwencji zaakceptować. Znaj łaskę pana… i pilnuj się, bo drugi raz tak dobry nie będę.
Roweno – wybacz, chciałem napisać coś o tym, co dzieje się w głowie Twojej postaci, a co od niej niezbyt obecnie zależy, jednakże stwierdziłem, że gdybym zrobił to teraz, jakość mojego wpisu znacząco odbiegałaby od poziomu, jaki sobie przy takich okazjach narzuciłem, a nie chciałem już przedłużać akcji. Być może zrobię to w kolejnym MG-poście. Nie musisz odpisywać w tej kolejce.
Ssen
Posty: 50
Rejestracja: 24 gru 2012, 11:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39203#39203

31 sty 2013, 12:11

Pustka.
Cisza niezakłócona nawet oddechem.
Szum krwi płynącej przez wąskie tętnice i popychanej przez silne i miarowe, lecz rozpaczliwe uderzenia serca.
Pustka.
Cisza i dochodzący gdzieś z oddali głos.
Zbliża się.
Coraz głośniejszy chichot przeraziłby niejednego.
Krew, ten głos mimo że nieartykułowany nawołuje.
Ból, w chichocie brak słów, lecz tego żąda głos rodzący się w głowie Ssena.
Pustka.
Nie ma nic, prócz walki.
Nie ma nic prócz krasnoluda z kuszą.
Usta Ssena otwierają się i przelewa się przez nie upiorny śmiech.
Niczym fala, która powstaje z uszkodzonego żeremia. Najpierw cichy chichot, ledwo słyszalny, jak słaby strumyk wody, przedostający się przez małą dziurę w tamie, który jednak powoli rośnie, zabierając ze sobą fragmenty zapory i poszerzając ujście.

Walka.
Krew.
Dużo krwi, by zaspokoić łaknienie głosu w głowie, by utopić go i ściszyć.
Jest krasnolud – ofiara i teren walki.
Nawet Rowena znika gdzie w świadomości Ssena tworząc tło.
Ofiara może gryźć, żądlić, drapać. Z pewnością będzie walczyć. Jednak to Ssen jest drapieżnikiem. To on chce zaspokoić pragnienie.

Atak.
Pewne, płynne ruchy drapieżnika.
"Nie łuska czyni smoka, lecz umysł" powiedzenia starych bab, których kości zżera gościec, można na wiele sposobów interpretować.
Krasnolud żądli.
Nie trafia, lecz Ssen nie zwraca na to nawet uwagi.
Liczy się tylko krew.
Hałas rykoszetującego bełtu, odłupiającego drzazgę z sufitu, kruszącego rozmiękczoną zaciekami farbę na ścianie, czy też rysującego podłogę, szum lotek pocisku, świst rozdzieranego grotem powietrza nie dociera do Ssena.
Krew.
Ból.
Czas nakarmić głos.
Lśniące ostrze sztyletu mającego zadać celny i śmiertelny cios, unosi się niczym pazur kota chcącego dobić zdobycz.

Trzask.
Gruchot miażdżonego łokcia.
Ból.
Cierpienie jakie doznał Ssen, rzucił nim na kolana, a chichot zamarł w jednej chwili jak ucięty ostrzem.
Brzęk wypadającego sztyletu z rozluźnionej prawej dłoni.
Ból jaki rozlewał się po całym ciele przy najmniejszym nawet ruchu.
Może zwykły człowiek by się poddał. Jednak Ssena nie można nazwać zwykłym człowiekiem.
Ból jest bólem, jeden podobny jest do drugiego. Czasami otumania, czasami orzeźwia, tym razem przywołał wspomnienia bólu jaki był znoszony przez prawie dwadzieścia lat.
Mutacja, żar wypalający prawe oko, tworzący drugą powiekę, łuski rozrywające policzek, krew gorąca jak smoła i setki wypróbowanych eliksirów i jadów, w tym także torturujących. Gdyż ból to było coś co pociągało jego panią.
Ssen uniósł głowę. Spodziewał się ujrzeć pewną siebie twarz krasnoluda ze wzrokiem zwycięzcy. Przez chwilę wydawało mu się, że dostrzegł tam swoją znienawidzoną panią, lecz to była ułuda, która szybko zniknęła.
Zaczerwienione, niewidzące oczy. Plucie i przekleństwa, typowe oznaki zdenerwowania. Nic dziwnego, w końcu toczyła się walka o życie, a dla Ssena wręcz walka o śmierć krasnoluda.
Wdech.
Przekręcenie w lewej dłoni sztyletu do chwytu szermierczego.
Wydech i odpoczynek.
Ostatni wdech, przed ostateczną próba pokonania krasnoluda. Jeśli teraz się nie uda, to pewnie nigdy.
Lewy łokieć mocno przyciśnięty do ciała, ostrze skierowane ku górze.
Powietrze wdzierające się do płuc, dające siłę i znak do działania.
Trzeba się skupić. Pokonać ból, nie bać się go, by nakarmić głos gniewu krzyczący w głowie.
Ssen zamierzał wstać, a raczej rzucić się ostatnimi siłami na krasnoluda wbijając mu sztylet, tam gdzie ten karzeł powinien mieć męskość, oraz przy okazji swoim ciałem wybyć mu kuszę z rąk. W końcu muszą się jakoś rozmnażać, chyba że bajdy mówią prawdę i rodzą się one z błota tak jak muchy z brudu. Cóż wszystkiego dowie się w swoim czasie, ostatecznie postara się wbić temu brodaczowi sztylet w oko.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 lut 2013, 12:47

MG

Obaj walczący byli więcej, niż skołowani. Krasnolud Hevidoritt mrugał, próbując pozbyć się pyłu, który dostał się do jego oczu, bezskutecznie starając się napiąć Rykoszetkę. Mimo, że bełt został wprowadzony idealnie w rowek kuszy, samo bezwzrokowe napinanie szło mu już o wiele gorzej. Jego broń nie była skomplikowana (przynajmniej jak na standardy klanu Wędrujących Wichrów), ale wymagała kilku regulacji przed oddaniem każdego strzału. Teraz na te regulacje nie było czasu, a Hev nie wziął ze sobą innej broni. Jego ruchy stały się nerwowe. Krótkie palce brodacza trzęsły się, gdy na oślep próbował doprowadzić swą kuszę do porządku. Cały czas szedł do tyłu, tak długo, aż przywarł do ściany po lewej stronie ciągle przywiązanej do krzesła Roweny. Nie było ucieczki. Ślepy kusznik zawahał się.

Tymczasem Ssen po początkowym spowodowanym bólem zaćmieniu umysłu podniósł się już na nogi. W jego zdrowej ręce zabłysnął kolejny sztylet, a adrenalina, strach o życie i determinacja dały mu nowe, niespotykane siły. Czarnowłosy rzucił się przed siebie w rozpaczliwej próbie zgładzenia swego przeciwnika.

Wszystko to było jednak niczym wobec tego, co działo się w głowie milczącej, białowłosej, spętanej dziewczyny. Koszmary, jakie gnieździły się w jej umyśle od niepamiętnych czasów w chwili kryzysu powróciły ze zdwojoną siłą. Chociaż zła magia nie miała prawa jej odnaleźć, niewieścia psychika nadal była spaczona. Mimo, że zaniknął czynnik odpowiedzialny za taki stan rzeczy, umysł Roweny nie zdążył się jeszcze zregenerować. Miriady poplątanych, niespójnych wizji przepłynęły przez mózg białowłosej, katując ją w każdej sekundzie jej istnienia. Dziewczyna mimowolnie zaczęła się miotać na krześle, do którego mocno ją przytwierdzono, niezdolna do wyrwania się z okowów zarówno fizycznych jak i psychicznych. Wspomnienia, przeżyte okropności, poprzednie wizje – wszystko to zlepiło się w jedną, bezkształtną masę, a wśród niej jasno jął słyszeć się powtarzający w nieskończoność te same słowa głos.

- Jeszcze się spotkamy.

Pogruchotany łokieć prawej ręki nie przeszkodził Ssenowi w próbie zadraśnięcia swego przeciwnika. Mimo kierujących nim instynktów i żądzy mordu nie znał się on na krasnoludzkiej anatomii, a jego ruchy nie były precyzyjne. Trafił Heva prosto w pachwinę, pod skosem, wbijając swój sztylet z wypadu, jakby dźgał puginałem. Zrazu wydało mu się, że osiągnął swój cel, bowiem krasnolud targnął się mocno, konwulsyjnie uskakując w bok i dając czas na wyprowadzenie kolejnego ataku. Potem jednak wszystko pokryła nieprzenikniona ciemność.

Blondwłosy brodacz spojrzał na smętne szczątki łuczyska w swoich dłoniach. W akcie desperacji pochwycił swą kuszę jak topór, zamachując się z siłą zawodowego kowala Derinu. Połamał ją na łbie Ssena zaraz po tym, jak w jego ciało wbił się sztylet, wyzwalając całą swą furię i ból w jednym potężnym uderzeniu. Rykoszetka nie nadawała się już do użytku, ale porywacz zemdlał jak rażony piorunem. Hev wolał mieć jednak pewność – kopnął tam, gdzie zobaczył zarys jego głowy, łamiąc Ssenowi nos. Nadal niewiele widział, ale po odrzuceniu kuszy miał przynajmniej wolne ręce. Przetarł swe oczy. Na jego pozbawionych palców rękawicach pojawiły się kropelki krwi. Proszek, którym posłużył się Ssen jeszcze bardziej uszkodził wzrok i tak krótkowzrocznego kusznika.

- Dobrze się czujesz, dziecino…? - warknął pytająco krasnolud, ciągle słysząc szum swego przyspieszonego tętna w uszach. Nie widział, że Rowena nadal miota się jak oszalała, nie widział, że jej twarz wyraża czyste cierpienie. Przestąpił kilka kroków w stronę białowłosej, ciągle mrugając jak oszalały.

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

09 lut 2013, 20:02

Całe szczęście prośba, która świadczyła o utracie kontaktu z realną rzeczywistością, nie została spełniona. Mimo wrażenia, jakie sprawiała, Rowena nie pragnęła śmierci, a przynajmniej nie rychłej i hańbiącej. Było przed nią jeszcze tyle czasu… A co powiedziałaby matka, gdyby Rowena dała się zabić jakiemuś kundlowi? Niestety dziewczyna była skutecznie unieruchomiona i nie mogła nic zrobić. Każda próba wyszarpnięcia się z więzów kończyła się niepowodzeniem i cierpieniem, gdy pasy boleśnie wrzynały się w skórę. Wówczas, gdy porywacz bezczelnie chwycił kosmyk jej włosów i wówczas, kiedy w izbie rozgorzała walka. Lęk wzmagał się. Uczucie strachu potęgowało to, że splątane strąki włosów opadające na twarz uniemożliwiały obserwację i ocenę sytuacji. Zesztywniały kark bolał niemiłosiernie przy każdym ruchu. Nie widziała, jak nieznajomy człowiek wyjmuje broń w postaci sztyletów oraz ziołowych substancji. Nie widziała, że krótkowzroczny krasnolud napina rykoszetkę i naciska spust. Bełt śmignął z impetem odbijając się niemal od wszystkich ścian. Dziewczynę przeraził świst, niewyraźny kształt i poruszenie włosów, gdy pocisk przemknął tuż obok ucha. To jeszcze bardziej wpędziło w panikę wojowniczkę, która nigdy wcześniej nie znalazła się w podobnej sytuacji. Bezbronna i bezradna. Jedyne co widziała, to tylko rozmazane, migające kształty, które wkrótce zlały się w całość.

Roweno – posłyszała wołanie pomiędzy szyderczymi chichotami. – Roweno…
Ten głos, on zawsze był przyjemny, miękki. Głos mężczyzny. Jednak białowłosa nigdy nie odpowiedziała na to wołanie. Słowa wypływały z ciemności, jaka ją otaczała. Pustka, mrok i wołanie – tak zwykły zaczynać jedne z najgorszych wizji. Tych, których bała się najbardziej. Przez długi czas obraz się nie zmieniał. Wołanie stało się bardziej natarczywe, pretensjonalne. Postanowiła od niego uciec. Biegła na oślep dalej i dalej w ciemność.
Potknęła się. Upadła, uderzyła głową o kamienną posadzkę, lecz nie straciła przytomności. Czuła pod palcami wilgoć, taką, jaka panuje na skalnych ścianach jaskiń. Była w grocie? Otworzyła oczy i ujrzała czaszkę. Zerwała się na równe nogi. To nie była jaskinia! To była krypta! Mała, ciasna, duszna krypta! Mimowolnie zaczęła się krztusić, a każdy oddech przyprawiał o kłucie w płuca. Trupi odór był nie do zniesienia.
Kiedy wzrok przyzwyczaił się do mroku, a węch do smrodu rozejrzała się. Bardzo ostrożnie i powoli. Lękała się tego, co mogłaby ujrzeć. Na każdy szmer reagowała zbyt nerwowo, szukając zagrożenia. Po dłuższej chwili spostrzegła cztery, pięć sarkofagów. Na każdym z nich była wprawiona tablica, a w niej wykute imiona zmarłych. Ciemność panująca w grobie, uniemożliwiała szybkie przeczytanie imion. Rowena odważyła się podejść do pierwszego z nagrobków. Położyła palce na tablicy i zaczęła wolno przesuwać opuszkami po wyrytych zagłębieniach, chcąc wyśledzić w ten sposób litery i złożyć je w całość. Trwało to długo. Prawdopodobnie w prawdziwym świecie nigdy nie domyśliłaby się, cóż to za wyraz. Jednak to nie był prawdziwy świat. Ta kraina, zbudowana z wizji, koszmarów i wspomnień była zdecydowanie bardziej bezlitosna, bezwzględna dla młodej kobiety.
Gwałtownie odsunęła się od sarkofagu, wpadając na drugi, Jej palce natrafiły na tablicę. Cztery imiona…Aleksis, Kot’eleiven, Adramelech, Nikoletta… Ty ich zabiłaś! Zabiłaś ich wszystkich!
Ujrzała łunę pożogi. Usłyszała krzyki i poczuła smród palących się ciał. Płomienie pożerały jej rodziców, którzy wyciągali do niej płonące ramiona. Niebo pokryły masywne cienie. Skrzydlate bestie ziejące ogniem krążyły nad wioską…nad Minaloit. Aleksis klęczał, trzymając się za okaleczoną rękę. Krew trysnęła, plamiąc ziemię. Strumienie posoki buchające z rozciętej wątroby elfa spływały rynsztokami, zmieszane z błotem i wodą. Stała w strugach deszczu, który gasił pożar…zostały tylko zgliszcza. Gryzący zapach dymu i żelazisty smak krwi. Cofała się przed atakującymi obrazami przeszłości. Nagle krypta zatrzęsła się, a ściany zaczęły przybliżać się do siebie. Sufit opadał. Znów potknęła się. Szczur zapiszczał. Spojrzała w dół. Piąty sarkofag… Stała do pasa w grobie, usiłując odpędzić nogą szczury. Ostre zęby gryzoni wpiły się z lubością w jej ciało. Zwierzęta zaczęły ogryzać ją żywcem do samych kości. Sufit opadał, aż wreszcie się zamknął. Coś huknęło, opadając na nagrobek. Krzyknęła.
Znów stała w krypcie, przy piątym grobie. Przesunęła palcami po tablicy, choć wcale nie musiała. Znała wyryte na nim imię. Rowena…
Nagle wszystko zawirowało.
Jeszcze się spotkamy – powiedział ten sam aksamitny głos dobiegający znikąd.

Długi czas miotała się na krześle. Więzy odcisnęły na ciele krwawe pręgi. Twarz miała wykrzywioną w okropnym, przerażającym grymasie, a szeroko rozwarte oczy zapalały się i gasły na zmianę, nic nie widząc. Rowena wyła stłumionym głosem, wijąc się wciąż, chcąc uciec od okrucieństw swej wizji. To, co rozgrywało się wokół nie istniało. Z jej oczu mimowolnie spłynęły łzy, znacząc ścieżki na brudnych policzkach. Z ust wypłynęła ślina. Między wyciem i łkaniem, krztusiła się i charczała, jak zwierzę.
Po skończeniu wizji, opadła bez życia.
Chwilę później głośno wciągnęła powietrze w płuca, wracając do świata żywych. Pamiętając nie wiele, lecz czując ból podwójnie. Była silnie zestresowana i zalękniona. Bezwiednie zaczęła płakać. Rozwarła usta w niemym krzyku. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie krasnoluda. Łkała tylko, chwytając płytkie, urywane oddechy. Przez proszek, jaki uszkodził mu wzrok, krasnal nie spostrzegł cierpienia wymalowanego na twarzyczce białowłosej. Niewiele mógł zrobić, jak tylko spróbować ją uwolnić. Rowena jednak upadła by jak szmaciana lalka na podłogę, nie mając sił ani rozumu, bliska postradania zmysłów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

13 lut 2013, 22:35

MG

Jej jaźń dryfowała, zahaczając o odczucia w swej drodze ku normalności. Emocje wzrastały i opadały, gdy poszatkowany przez mroczne dziedzictwo i obcą wolę umysł Roweny w chwili zagrożenia popadł w istny obłęd. Wystarczył mały impuls, aby wpędzić ją w dawne szaleństwo, aby rzucić dumną wojowniczkę na kolana. Na nic zdało się jej zwykle pragmatyczne myślenie i ostrożność. Nie miała władzy nad swymi skołatanymi myślami. Nic nie mogło jej pomóc.

Wizje powróciły w zdwojonej sile, mszcząc się za próbę ich odrzucenia. Temperatura ciała białowłosej wzrosła nawet mimo tego, że fizycznie była ona niemal całkowicie zdrowa. Posoka zdawała się rozsadzać jej żyły, a zaciskane do bólu zęby poczęły kruszeć. Smak krwi przestał być wyłącznie metaforyczny, a obrazy, które pojawiały się w głowie Roweny straciły jakikolwiek sens. Myślała, że wraca do świata żywych, jednak odczucie to było złudzeniem. Była dzieckiem przeklętych ludzi, porzucona przez światłość i skazana na wieczną tułaczkę wśród duchów przeszłości. Każdym włóknem swego ciała od urodzenia płaciła za grzechy, których nie popełniła. Jej przeznaczeniem było płonąć.

…I płonęła.

Umierała i odradzała się tylko po to, aby ponownie poczuć nieludzką mękę. Bogowie zapomnieli o niej, nie chcieli jej oglądać. Odwrócili się od niej, gdy ta krzyczała w agonii, wywracając krwawiącymi oczami, wołając o pomoc. Jej tętnice eksplodowały, zalewając cały świat szkarłatnym oceanem. Rozdarta na części przez tłum żądnych ludzkiego mięsa demonów czuła wszystko dokładniej, niż kiedykolwiek. Walczyli o nią… Każdy chciał choć kawałek. Potwory karmiły się samą jej esencją, robiąc sobie przystawkę z ludzkiej duszy i zapijając wszystko cierpieniem. Pociągały za sznurki, pozwalając nadziei dojść do głosu, po czym wpychały go z powrotem do jej gardła.

Niektóre, podobne jej istoty współczuły Rowenie, jednak nie próbowały nawet dodać jej otuchy. Patrzyły biernie i czekały na swą kolej, aby wziąć w posiadanie jej umysł. Niczym kanibale obserwowały widowisko, wiedząc, że tylko branie w nim udział zapewni im dalszą egzystencję. Wreszcie dostały swą szansę, z początku brutalnie zajmując się tym, co pozostało ze spaczonej jaźni białowłosej, naśladując potężniejsze byty. Mimo wszystko ich wpływ osłabł o wiele szybciej, a zdruzgotana dziewoja wreszcie podniosła się, ciągle silna na tyle, żeby się im przeciwstawić. Wiedziała, że nigdy się ich nie pozbędzie, że będzie obserwowana, a gdy tylko tamte, o wiele bardziej złowrogie stwory znajdą do niej dojście, wykorzystają ją ponownie. Duchy gardziły nią, a ona gardziła nimi, nienawidząc ich z całego serca. Była jednak z nimi na dobre i na złe… Głównie na złe.

Krasnolud Hevidoritt nie doczekał się odpowiedzi, ze strachem obserwując śliniącą się przed nim kobietę. Rzucała się na swym krześle, ale brodacz nie miał zamiaru jeszcze jej wyswobodzić. Dopiero, gdy wszystko się uspokoiło, kusznik podjął męską decyzję i wymacał pasy, którymi przypięta była zakładniczka. Sporo czasu minęło, zanim zdołał je odpiąć, a sprawy nie ułatwiała rana, której doznał i zasnuty krwawą mgiełką wzrok. Rowena otworzyła oczy, zmęczona jak po kilkudniowym marszu. Głodna, śpiąca i zagubiona patrzyła, jak Hev osuwa się przed nią na kolana, ściskając podbrzusze, z którego powoli sączyła się krew. Przepływała przez jego palce, a on sam próbował jakoś ją zatrzymać. Szło mu niezbyt dobrze, potrzebował fachowej pomocy. Znowu wpakował się w kłopoty, z których tym razem mógł nie wyjść cało.

- Dziecino… – powiedział słabo, mrugając, aby widzieć lepiej, choć na nic się to zdało. Tracił powoli kontakt z rzeczywistością. Gdzieś na ulicy przebudził się Kot'elevien.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.