Browar i karczma "Kacerstwo"

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Meledan
Posty: 396
Rejestracja: 03 wrz 2011, 23:53
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?t=642

Browar i karczma "Kacerstwo"

12 wrz 2011, 17:43

Browar "Kacerstwo" znany jest na całym terytorium Autonomii i nie tylko. Złocisty trunek warzony w Minaloit gościł na stołach niemal każdego bogatszego mieszczanina, barona, czy nawet kapłanów, z których wielu na rzecz minaloitańskiego trunku zrezygnowało z wina. Plotki głosiły, iż ten należycie gorzki z lekką nutką słodyczy nektar gościł na ołtarzach podczas obrządków nowo-powstałych sekt. Nikt do końca nie widział, kto był twórcą tych plotek. Jedno było natomiast wiadome. Na pewno tą personą nie był siwo-włosy karczmarz, który sprawował pieczę nad całym lokalem spełniającym również funkcję karczmy.

----------------------------------------------------------------------------------------
Opis lokalu:

Cały lokal podzielony został na cztery części. Pierwsze dwie były znacznie mniejsze od dwóch pozostałych. Trzecia z izb była największa, to w niej znajdował się magazyn na uwarzony trunek, czekający na eksport.

----------------------------------------------------------------------------------------
Karczma:

Drugą co do wielkości izbą w całym budynku była karczma. Pomieszczenie było na prawdę sporej wielkości, nawet jak na karczmę. Miała ona kształt dużego prostokąta z wrośniętym cypelkiem z węższej strony. Tam mieściła się wysoka, dębowa lada za którą stał zwykle siwowłosy mężczyzna w podeszłym wieku. Miał on trochę ponad 6 stóp wzrostu. Był barczysty, mimo wieku mięśnie były należycie zbite, starannie kryjąc się pod białą, lnianą koszulą którą zwykle nosił barman. Zwykle na nią zarzuconą miał czarną, ekstrawagancką kamizelkę bez rękawów. Od grubego, skórzanego, podwójnego pasa w dół znajdowały się spodnie wykonane przez krawca o mistrzowskim kunszcie krawieckim. Tuż za karczmarzem znajdował się potężny regał, również dębowy na którym znajdowało się kilka specyfików dodawanych do piwa oraz wina należytej maści. Pod ladą znalazłaby się również dobra, śliwkowa wódka dla gości o nieco większych potrzebach. Tuż na prawo od lady znajdowały się grube, podbite stalą drzwi do dalszej części lokalu, do których klucz miał karczmarz.

Sala była sporej wielkości, a mimo to wyglądała na bardzo ciasną z powodu dużej ilości stołów i krzeseł. Te pierwsze były standardowymi, okrągłymi o promieniu około dwóch stóp. Wykonane podobnie, jak solidne krzesła z oparciem, z sosny. Choć browar był jednym z najspokojniejszych lokali w całej Autonomii, to zdarzały się tutaj pijackie spory, których owocem były połamane meble, stąd nieco ubogi wystój karczmy znanej w całym regionie.
W jednym z kątów było jednak trochę miejsca dla przyjezdnych artystów, którzy chcieli zarobić trochę grosza, grając dla gaszących pragnienie piwoszy.

----------------------------------------------------------------------------------------

W pierwszej, najmniejszej izbie znajdował się pokój właściciela całego lokalu. Nikt nie miał tutaj wstępu, gdyż klucz do pokoju zamkniętego za grubymi, dębowymi drzwiami miał jedynie karczmarz. W środku panował porządek, jeśli można to tak nazwać. Niemal całą część podłogi, z wyjątkiem niewielkiego skrawka na którym stało łoże, biurko oraz szafa pokryta była warstwą słomy, na którą zarzucona była gruba, prawdopodobnie niedźwiedzia skóra położona łysą stroną. Na macie znajdowało się kilka manekinów wykonanych z zaszytej grubą warstwą lnu – słomą. Na jednej ze ścian znajdowały się uchwyty na których stało kilka różnorakiej maści oręży. W jednym z kątów nie pokrytych skórą stało wąskie, acz wygodne łoże starannie zaścielone błękitnym, bawełnianym prześcieradłem, niedźwiedzią skórą obszytą warstwą lnu. Na jednym z krańców łoża znajdowała się poduszka w postaci zwiniętej sarniej skóry starannie zawiniętej lnianą warstwą.

----------------------------------------------------------------------------------------

W drugiej izbie mieścił się sam browar. Stało tutaj sporej wielkości dębowych beczek oraz niezliczona ilość mniejszych, takich jakie znajdowały się w karczmie. W kącie leżało sporo worków wypełnionych po brzegi najwyższej jakości jęczmieniem pochodzącym z Nizin Szmaragdu. Panował tutaj chłód oraz półmrok.

----------------------------------------------------------------------------------------

Historia powstania browaru była nie do końca znana. Wiele źródeł podawało związek z krasnoludami, inne zaś mówiły o starym roskvarze. Jedno było jednak pewne. Browar założony został przez osobnika znanego pod imieniem Koshimazaki, który rzekomo służył również dawnej królowej Autonomii, która abdykowała, zostawiając kraj na pastwę losu. Były również i takie źródła, które mówiły o powiązaniu z obecnym monarchą Tarretem. Nikt jednak nie zajął się tą sprawą poważnie, gdyż wszyscy, którzy zajrzeli do karczmy błyskawicznie zapominali o tajemnicy ciesząc swoje podniebienie tym cudownym trunkiem.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

02 wrz 2013, 12:05

Aż dziwne, alkohol zaczynał Dahhardowi niesamowicie smakować. Przestał już czuć jakiekolwiek uczucie pieczenia w gardle związane z przepływającą przez nie gorzałką. Jakże ona była dobra!
Niestety z biegiem czasu chłopak coraz bardziej zatracał się w piciu wysokoprocentowego napoju co skutkowało niczym innym jak lekką utratą kontroli nas swoim umysłem i ciałem. Utratą, która z chwili na chwilę powiększała się, a każdy następny kieliszek wódki przybliżał maga do jakże popularnego o wiejskich chłopów całkowitego odpłynięcia w skutek upojenia się alkoholem. - Napiłbym się piwa – powiedział po krótkiej chwili zadumy.
- A dajże spokój kobieto… – Chłopak znacząco machnął ręką. - Gorzkie żale, gorzkie. Mistrz mój został zamordowany to i zapijam swoje smutki. – Dodał po chwili po czym ponownie machnął ręką. Alchemik nie zwracał specjalnie uwagi na kobietę, dopóki ta nie zechciała napić się razem z nimi. Jeszcze jeden łeb do picia, jeszcze jedna flaszeczka znaczy. – Pomyślał i uśmiechnął się nieznacznie. Jakże rzadko robił to tego dnia. - Przynieś jeno jakąś mocną flaszkę – powiedział do nieznajomej kobiety. - Nessir jeszcze po jednym? – Uniósł butelkę do góry, sprawdził jej zawartość po czym starannie, na tyle ile był wstanie rozlał po równo do dwóch kubków po czym swój niezwłocznie przechylił. Próbował wstać, a gdy mu się to udało poczuł potworne zawroty głowy. -Ło matko, jak tu wszystko wiruje – krzyknął z impetem siadając na ławie. - O czym ja to? – Podrapał się po głowie. - A tak. Flaszeczka, znaczy mistrz. Racja. Szukajmy, zabijmy, bo kutas, bo morderca, bo zabił mojego nauczyciela, bo pozbawił mnie domu, bo… – Rozpłakał się niemal jak dziecko. Łzy strumieniem ściekały mu po policzku. Próbował coś mówić, szlochał, lecz jego niewyraźnego pijackiego bełkotu nikt i nic w żaden sposób zrozumieć nie potrafiło. Po chwili wszystko ustało. Jak szybko się zaczęło tak szybko się skończyło. - Nie ma wódeczki – powiedział dość przytomnie. - Ale jest piękna niewiasta – stwierdził zaraz, oblepiając przybyszkę swym wzrokiem. Dahhard był bardzo pijany i chyba nie za bardzo wiedział co mówi. Może nie zostanie na dzień dobry nauczony dobrych manier przez zgrabną kobitę.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

09 wrz 2013, 22:28

Breiva spotkała w życiu całkiem wielu mężczyzn, ale żaden jeszcze nie popełnił tylu towarzyskich potknięć na samym wstępie. A przede wszystkim żaden, jak do tej pory, nie zaczął znajomości od rzewnego rozpłakania się. Żmija skrzywiła całkiem ładnie wykrojone, blade usta.
Żałosne.
– Jest parę rzeczy, panowie, o których winniście wiedzieć – zaczęła powoli, cedząc słowa. Przez chwilę nie zapanowała nad akcentem, nagle stał się chropawy i gardłowy, ale zarazem dziwnie śpiewny. Sięgnęła za plecy i poprawiła miecz, tak, by nie przeszkadzał jej w siedzeniu na ławie. Następnie opuściła dłonie i splotła je na kolanie, przeszywając ich stalowym, lodowatym wzrokiem.
– Po pierwsze, tam, gdzie jest mój dom, niezbyt ładnie traktują kobiety. Gdyby mi się to podobało, to bym tam nie została. A że jestem tutaj… to już sobie wnioski opracujcie sami. – Błysnęła zębami w wilczym uśmiechu.
Sięgnęła do kubka Dahharda i bez pytania zarekwirowała resztkę błąkającej się na dnie cieczy. Było tego może na dwa łyki, które Żmija wysączyła bez żadnych problemów, jak chłop, odchyliwszy głowę do tyłu. Przez chwilę widać było skrawek jej bladej, smukłej szyi oraz bliznę w całej okazałości. Oblizała usta.
Dobre, chociaż trochę słabe. W Autonomii ciężko było o porządny alkohol.
– Po flaszkę sam sobie idź, jeśli łaska – wycedziła w stronę Dahharda tonem tak zimnym, że mógłby rzeki skuć lodem w środku lata. – Po wtóre, jestem Breiva.
Uwagę o "pięknej niewieście" puściła mimo uszu. W stanie upojenia Dahharda wszystko, co było płci żeńskiej, było piękne. Właściwie to wszystko było piękne, bez zróżnicowania na płeć. Breiva podejrzewała, że gdyby kieckę zarzucić na jej Svarrę, to i takiemu pijakowi byłoby dość.
Zwróciła twarz w stronę Nessira, gdyż wydawał jej się konkretniejszy, a przynajmniej mniej podpity.
– Po trzecie, sądzę, że waszego przyjaciela da się jeszcze uratować – dodała cicho, znacznie ciszej. Tak, że słyszeli ją tylko oni dwaj.
Albo przynajmniej miała nadzieję, że słyszeli.
Poderwała się z ławy zręcznym, kocim ruchem, rzucając pełne żalu spojrzenie w stronę szynkwasu. Właściwie to dawno nic nie jadła. Właściwie to z chęcią by coś przetrąciła. Właściwie to dziczyznę może, albo coś…
Właściwie to nie bardzo było ją stać na roztrwonienie pieniędzy na obżeranie się w karczmie. Trzeba się uśmiechnąć do zimnego, suchego prowiantu. Albo do tych dwóch.
– Idziecie ze mną i słuchacie po drodze… – zaczęła – … czy uraczycie damę śniadaniem i słuchacie tutaj, przy stole?
Co prawda nie wiedziała, czy może sobie pozwolić na taką zwłokę, zwłaszcza że i tak zmarnowała sporo czasu. Mieli tylko trzy dni, po ich upływie Aleksis Bentrum będzie definitywnie martwy. Trzy dni. A jej się zachciewa jeść w karczmie. Iście babskie zachowanie.
Zgrzytnęła zębami.
– Nieważne, mogę jeść po drodze – mruknęła. – Twoim mistrzem, jak sądzę, był Aleksis Bentrum. Jest sposób, by go uratować, jeśli tylko znajdą się śmiałkowie gotowi zmierzyć się z ryzykiem, by tego dokonać. Po takich tu przyszłam. Jeśli jesteście ciekawi, chodźcie.
Mrugnęła do Nessira i zaczęła zręcznie przeciskać się w stronę głównych wrót karczmy, na powrót przytwierdzając sakiewkę do swojego pasa. Miała nadzieję, że ta zapijaczona dwójka idzie za nią.
– Ach, jest jeszcze coś, co musicie wiedzieć. – Zatrzymała się w pół kroku. – Lubię mężów, którzy nie wylewają za kołnierz. I nienawidzę tych, którzy długo potem trzeźwieją.


z/t
Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

10 wrz 2013, 23:23

Szesnaście godzin wcześniej gospodarz chwilowo zajęty był opanowywaniem niewielkiego kryzysu. Niewielki kryzys szarpał się i wierzgał, próbując wyrwać się dwóm młodzieńcom i odepchnąć od siebie karczmarza. Głośne rżenie przeplatało się z soczystymi klątwami pachołków. Gospodarz mruknął kilka niepochlebnych słów odnośnie właścicielki wściekłego bydlaka, bezskutecznie próbując choć odpiąć popręg. Siodło przekrzywiło się nieco na bok, a jedno ze strzemion stukało co chwila w koński bok, dodatkowo drażniąc ogiera.
Taką scenę zastała przed karczmą elfka, targając ze sobą dwa tobołki szmat. Po drodze zastanawiała się ile kości połamał już jej wierzchowiec. Ku jej radości, sytuacja nie przedstawiała się aż tak źle. Zazwyczaj sytuacje nie przedstawiały się aż tak źle, więc przynajmniej miała wtedy powód do radości.
Gospodarz nie był tak radosny. Zuch właśnie nadepnął mu na stopę i nie chciał zejść. Elfka porzuciła tobołki pod ścianą karczmy, zebrała szatę i pognała na "ratunek".
– Cicho ciii, Fredziu, cicho ciii… – powtarzała, próbując zbliżyć się do wierzchowca. Nietypowy strój sprawił, że zwierzę początkowo nie poznało właścicielki. Ogier szarpnął się jeszcze raz, próbując uwolnić się od sznurów, którymi był utrzymywany w miejscu. Wreszcie uspokoił się nieco i cicho zarżał, jakby z urazą. Ailei wydawało się, że karczmarz mruknął coś o szyszkach…
– Puść. – rzuciła w stronę jednego z pachołków, wyjmując mu z rąk uwiąz. Pogłaskała prychającego ogiera po szyi, po chrapach, uspokajając go głosem. Zuch przestał się szarpać i pozwolił zdjąć z siebie siodło. Ailea odebrała z rąk młodzieńca drugi uwiąz. Jakimś cudem udało im się włożyć mu kantar, ale ogłowie wciąż pozostało zapięte. Uporawszy się ze sprzączkami, uwolniła go od wędzidła.
Karczmarz był zły. Ailea nie należała do osób o wybitnych umiejętnościach negocjacyjnych, a przy tym żywiła głęboko skrywaną niechęć do ludzi wyznania pieniężnego. Jednakże musiała komuś oddać brudne szmaty, no i, bądź co bądź, ten człowiek zaopiekował się jej koniem.
– Bardzo dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, że nie narobił szkód.
Mina karczmarza sugerowała coś dokładnie odwrotnego. Elfka nie pozwoliła mu jednak dojść do słowa.
– Zapewne nie powinnam prosić pana o nic więcej, po tym co pan dla mnie zrobił, ale mamy w lecznicy tylu rannych, że brakuje nam już czystych bandaży. – zrobiła smutną minę. A przynajmniej się starała. – Powiedziano mi, że mogę liczyć na pomoc z pana strony.
– Yyy? – wydusił z siebie.
– Bandaże. Trzeba je wyprać, wygotować, a my…
Twarz mężczyzny rozjaśniła się nagle. Krzyknął na chłopaka, który pognał po porzucone pod ścianą toboły. 
– Trza było od razu mówić, żeście z lecznicy. Jak się tam sprawy majo, hę?
Tym razem elfka miała problem ze złożeniem zdania.
– Źle. Ale robimy co w naszej mocy, by ofiar było jak najmniej.
Karczmarz zasępił się nieco i wzruszył ramionami. Ailea zachwiała się, gdy Zuch dla zasady szarpnął łbem.
– No, robota czeka a my tu gadu gadu. Zdrowia życze. – powiedział gospodarz, zabierając się do odejścia.
– Mogę gdzieś zostawić siodło? I ogłowie? – zapytała pospiesznie – Gdziekolwiek, byle by było sucho.
– Mogę schować gdzieś na tyłach… – mruknął po chwili, najwyraźniej niezbyt zachwycony. Uparta, długoucha baba nie stanowiła potencjalnego materiału na dobrego klienta.
– Jak tylko choć trochę się tu uspokoi, postaram się panu odwdzięczyć. – uśmiechnęła się.
Karczmarz westchnął i podniósł siodło. Elfka oddała mu ogłowie i odpięła swoją torbę. Podziękowała jeszcze raz uprzejmie. Przynajmniej nie będzie musiała martwić się, że zniszczy rząd. Za to potem będzie musiała pomartwić się nad sposobem odwdzięczenia się. W jej głowie zabrakło miejsca na talent do interesów.
 Zacmokała na Zucha i zagłębiła się w jedną z szerszych uliczek.
– I co, gało? – burknęła z urazą. Koń, jak to koń, nie odpowiedział.
Krasnoludy najwyraźniej nie znały takiej instytucji jak stajnia dla koni, lub też elfka nie umiała szukać. Postanowiła ulokować go gdzieś w pobliżu lecznicy. Mniej ludzi, a może uda mu się znaleźć przy okazji jakieś zielsko. I tak musiała tam wrócić. Ponagliła Zucha do szybszego chodu.

  z/t
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

11 wrz 2013, 03:39

Nessir wręcz podręcznikowo zaliczał wszystkie fazy otępienia alkoholem. Z początku zaczęło się niewinnie bo jedyne co czuł to lekkie zmęczenie, później dopiero przyszedł moment na poprawę humoru. W końcu dotarł do krótkiego etapu smutków i żali, aż pojawił się upragniony stan gdzie było mu wszystko jedno. Nagle nie przejmował się tym, że nie ma gdzie spać, mieszek staje się coraz lżejszy, czy w końcu sam nie wie co robi w tym paskudnym mieście. Na chwilę obecną skupił jednak całą swoją uwagę na stojącym przed nim kubku z gorzałą. Wręcz słyszał jak trunek sam zachęca go do wypicia. Uśmiechnął się sam do siebie i bardzo delikatnym ruchem chwycił naczynie w dwa palce. Szybki wdech i jeszcze szybsze dwa wydechy. Znów poczuł ten charakterystyczny smak w gardle. Musiał przyznać, że pomysł picia z Dahhardem był jednym z lepszych w tym tygodniu.
W końcu podniósł głowę i starał się na nowo włączyć do rozmowy. Nawet nie zauważył jak całkowicie wyłączył się od towarzystwa. Na jego szczęście temat był prosty do odgadnięcia. Kątem oka złowił ruch ręki Dahharda i wiązankę jakichś mało istotnych słów. Już miał zamiar znów zapewnić, że wszystko będzie dobrze gdy ten rozbeczał się jak dziecko. Trzeba było przyznać, że dawno Nessir nie czuł takiej nieodpartej chęci przypierdolenia komuś w twarz z otwartej dłoni. Wiedział, że w gruncie rzeczy to mało męskie zachowanie i nie należy tak robić, jednak gdy miał przed oczami płaczącego faceta to jakiś wewnętrzny zły duch pobudzał go do działania.
Jeszcze raz wypuścił wolno powietrze, starając się uspokoić za wszelką cenę. W końcu znał go od niedawna i takie zachowanie mogło by zadziałać na jego niekorzyść. Aż sam był zdziwiony, że po takiej ilości alkoholu podjął tak słuszną decyzję.
– Słuchaj no, przessstań się mazać jak baba i nie kszzyycz na całą karczmę, że chkcemy kogoś zabić. – powiedział powoli, ostrożnie dobierając każde słowo. Może efekt byłby lepszy, gdyby co kilka sekund głowa nie leciała na dół.
Zaraz gdy jego nowy kolega się uspokoił, Nessir postanowił, że weźmie na swoje barki misję zdobycia nowej butelki. Nie było to wcale takie łatwe, jak mogło się początkowo wydawać. Zgrabnym ruchem złapał się za kolano i podniósł je do góry, aby przełożyć nogę na drugą stronę ławy. Miał dużo szczęścia bo udało mu sie nie zahaczyć stopą o kant i z najwyższym trudem utrzymał równowagę. Był z siebie tak dumny, że przydzielił sobie w nagrodę chwilę odpoczynku. Chcąc zagospodarować jakoś wolny czas, spojrzał na kobietę. Coś mówiła, nie wiedział dokładnie co, ale to była chyba jakaś dawna opowieść. W alkoholowym uniesieniu zrozumiał coś o rodzinnych stronach, kobietach i upodobaniach względem traktowania ich. Nie wiedział czy wszystko usłyszał jak trzeba, ale wolał się o nic nie dopytywać. Wzruszył ramionami i lekko się uśmiechnął, dając tym znak, że opowieść była przednia. Już miał chwycić się na drugą nogę i przystąpić do powtórzenia manewru, gdy kobieta która przedstawiła się jako Breiva zwróciła się w jego stronę i zaczęła coś mówić. Teraz to miał naprawdę przejebane.
Wytężył słuch i zmrużył oczy wpatrując się w rozmówczynię. Nie wiedział czemu, ale zaczęła gadać o byłym mistrzu Dahharda. Spojrzał na puste butelki i zadał sobie zasadnicze pytanie.
Co ja właśnie, kurwa, wypiłem.
Jak mieli uratować kogoś, kto nie żył. Osobiście widział mowę pogrzebową gdy kilka godzin temu wybierał się na wycieczkę po Minaloit z trójką krasnoludów. Był pewien, że Breiva chce po prostu pocieszyć jakoś przybitego chłopaka do momentu gdy nie postanowiła ruszyć ku wyjściu i zachęcić ich do tego samego. Wtedy był już pewien co do swojej teorii. W sumie dziwił się Breivie, że postępuje w ten sposób. Mogła sobie znaleźć byle kogo do cielesnych uciech gdziekolwiek indziej, w końcu była całkiem niebrzydką kobietą. Jednak los chciał, że akurat postanowiła wejść do Kacerstwa i wybrać ich dwóch z pośród całego zapijaczonego towarzystwa. Uśmiechnął się na samą myśl, jakie przyjemności spotkają ich w niedalekiej przyszłości.
– Wsssstawaj, ale nam sie poszzzcześciło. – powiedział do Dahharda pukając go lekko w ramie.
Wyszczerzył zęby do Breivy na znak, że wszystko doskonale pojął i zaraz obaj dołączą do niej na zewnątrz. Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, że postanowiła mrugnąć w jego stronę. Bardziej dosadnego znaku nie mógł dostać. Tak się ucieszył, że podnosząc nogę zahaczył stopą o ławę i stracił równowagę. Nawet nie próbował się niczego chwycić, tylko oddał się w pełni sile grawitacji. Mimo woli zamknął oczy i czekał na zderzenie z twardą podłogą. Nie musiał długo czekać i już po chwili czuł nieprzyjemne mrowienie na prawym policzku. Przez dłużą chwilę leżał bez ruchu, ciesząc się przybraną pozycją. Gdyby było nieco ciszej, mógłby w spokoju zasnąć i miło zakończyć pijacką noc. Szybko jednak przypomniał sobie o tym, że ktoś na niego czeka. Takiej okazji nie mógł puścić mimochodem. Otworzył oczy i zaparł się z całej siły rękami. Gdy już w bezpiecznej pozycji klęczał, czuł, że świat wiruje mu w głowie nieco za mocno. Musiał za wszelką cenę dźwignąć się na równe nogi i iść do szynkwasu po jeszcze jedną flaszkę. Jako, że ława była dość daleko od niego, postanowił wstać o własnych siłach. Był to jeden z gorszych pomysłów w jego życiu. Zbytnia brawura i wiara w swoje możliwości doprowadziły do tego, że znów wylądował na ziemi, jednak tym razem na tyłku. Zły na samego siebie, doczołgał się do najbliższej ławy i z jej pomocą dźwignął się na równe nogi.
Nie wiedział ile to wszystko trwało, jednak Dahhard jak i Breiva nadal stali na swoich miejscach więc nie mogło być tak źle. Chwiejnym krokiem zaczął zmierzać do szynkwasu, za którym znajdował się karczmarz. Również i ta podróż nie należała do najłatwiejszych. Znosiło go bowiem na wszystkie strony i często musiał robić sobie krótkie postoje, opierając się co rusz o jakiś mebel czy filar podtrzymujący dach.
– Jeżdże jedną flasshkę oraz dwa kubki zimnej wody. – powiedział z wyraźną dumą w głosie. Tak jakby za sklecenie całego zdania należała mu się jakaś nagroda.
Odebrał od karczmarza zamówienie z tym, że dwa kubki z zimną wodą wypił sam. Od razu poczuł się lepiej. Przyjemny chłód ogarnął jego ciało, a on sam delektował się smakiem zwykłej wody. Otarł usta rękawem i chwycił butelkę za szyjkę. Idąc w stronę drzwi spojrzał na nią i lekko się skrzywił. Powoli zaczął łapać znajomy syndrom drgań brzucha i momentalnie przeszła mu ochota na dalsze picie. Butelkę wręczył Dahhardowi, gdy już udało mu się do niego dojść i znów poklepał go po ramieniu aby zbytnio nie zwlekał z opuszczeniem lokalu.
Świat mocno wirował mu w głowie, był pewien, że wiele trudności sprawiło by mu odróżnienie dnia od nocy. Gdy zlokalizował w końcu Breivę, uśmiechnął się do niej i jeszcze raz przyjrzał. Nie wiedział po co to robi, w końcu niemożliwym było w jego stanie wyłapanie choćby najmniejszego detalu jej ubioru czy wyglądu. Otrząsnął się jakby z letargu i przemówił:
– No to prowadź. -powiedział z rozbawieniem w głosie. Co gorsza naprawdę miał ambicje na dalszą rozmowę, ale niestety, nic z tego, bo promile aż nad to mu zniweczyły dykcję.

[z/t]
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

15 wrz 2013, 11:26

Dahhard pokręcił głową, otarł jedną ręką łzy, a drugą machnął w powietrzu dość bezsensowni, by po chwili podeprzeć na niej swą głowę, która najwyraźniej sprawiała mu już wiele problemów. Chyba najlepiej by było, gdyby teraz ktoś mu ją obciął. Początkowo ignorował gadanie dziewczyny, ale tylko do momentu, gdy ta bez pytania, bez wyraźnej zgody zabrała mu kubek i wypiła wszystko co w nim zostało. Postąpiła bardzo źle. Gdyby chłopak miał na to siły pewnie by jej coś odpowiedział. Teraz wystarczyło mu mocy tylko na wysłanie w jej stronę groźnego spojrzenia, którego nawet dziecko by się nie wystraszyło. - Ktoś chyba bardzo chciał się do Ciebie dobrać – mruknął sobie pod nosem. Uśmiechnął się krzywo. Co za baba. – W głowie szumiało mu potwornie mimo to co jakiś czas coś do niego docierało. - Breivo – powiedział po czym okropnie zakaszlał. - Breivo, czego chcesz od nas – warknął dość ostro.
Gdy alchemik usłyszał, że mistrza można jeszcze uratować zaśmiał się bardzo głośno. Wyśmiał kobietę. - Przestań sobie żartować… głupia. – Chwycił za butelkę zapomniawszy, że już od jakiegoś czasu jest pusta. Może to i dobrze. Kolejnego kubka wódki mógłby już nie wytrzymać. Padłby jak długi na ławę, którą już dziś zdążył bardzo dobrze poznać i zasnął na niej momentalnie.
Chłopak spojrzał na Nessira, który najwyraźniej był zadowolony z propozycji Breivy. Cóż, może i on powinien skorzystać? - W sumie co mi szkodzi – rzucił na odczepnego poczym oprał ręce na stole i spróbował wstać. - Pójdę z Tobą. – Był już bliski wyprostowania się, jednak alkohol robił swoje. Nie pozwalał na odpowiednią koordynację ruchów, takich, które przypominałby styl poruszania się człowieka rozumnego. Po kilku próbach stał, jednak na własnych nogach względnie wyprostowany, tak, że brodą omal nie zarył w podłogę. Zaśmiał się, gdy zobaczył przewracającego się przyjaciela, jednak mało brakowało, a sam poszedłby w jego ślady. Chwycił się, jednak mocno ramienia przechodzącego obok mężczyzny i w ten sposób utrzymał się w pozycji stojącej. - Czeeekaj! – zawołał głośno. Czuł, że nie da rady iść tak szybko jak kobieta, było to niewykonalne. Tym bardziej w jego stanie. Za przykładem wstającego Nessira poprosił o zimną wodę. Jeden kubek wypił, a drugi wylał sobie na głowę, jakby to miało pomóc wrócić do normalności. - Dobra idziem – powiedział po czym otworzył drzwi. Ledwo, bo ledwo, ale o własnych siłach opuścił lokal. Jeśli chciał uratować mistrza musiał to zrobić. Chociaż z ich rozmowy pamiętał niewiele czuł, że dziwna kobieta mu pomoże.

z/t
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

12 sty 2014, 20:55

Wiedział dobrze, że musi działać szybko. Sądząc z zachowania Festera, jego słów oraz przeczuć najemnika wynikało, że krasnoludy będą szykować obławę – z racji ich liczby tworzone przezeń problemy mogły okazać się poważne. Na jego korzyść działał czas; tym brodatym ćwokom pozbieranie się trochę zajmie. Wprawdzie uczestniczył w walce, lecz gdzieś obiło mu się o uszy, że dla krasnoludów ludzie wyglądają tak samo. I na odwrót. Uśmiechnął się pod nosem.

Nie przyciągał uwagi. Póki co. Śpieszył się, lecz do karczmy wkroczył tak, jak gdyby był zwykłym, choć uzbrojonym klientem. Od razu zbliżył się do oberżysty i w kilku słowach wytłumaczył mu sprawę, powołując się na wcześniej ubity interes. Zagadnięty skwapliwie pokiwał głową i opuścił przybytek, by wykonać podane mu instrukcje. Chorąży natomiast wyszedł z budynku i tam czekał. Karczmarz miał przepędzić wojowników, których wynajął do pilnowania rzeczy swojego gościa, po czym przyprowadzić mu je razem z koniem. Fechmistrz obawiał się, że krasnoludzcy żołnierze zapamiętają go i ochoczo wykapują swoim pobratymcom, a nie wiedział, czy daliby się przekupić. A zresztą zawsze starał się unikać zbędnych i możliwych do uniknięcia wydatków.

Nie musiał długo czekać. Chwilę potem zobaczył wspomnianego typa; szybki rzut oka na dobytek utwierdził w przekonaniu, że wszystko było na swoim miejscu. Sarl szybko umieścił zdobyczną zbroję i hełm, wciąż zawiniętą, w któryś z juków i odebrał końskie lejce. Podziękował gościowi; skusił się nawet na uścisk dłoni, wszakże żadnego swojego zadania nie zawalił.

Cholera, przemarznę tam – pomyślał, kierując się w stronę bram. Zdarza się.

z/t

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Grynfa, Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.