Opowiadania związane z lokacjami

Dział, w którym zgłaszać można uwagi dotyczące funkcjonowania Leviathana oraz rozmawiać o wszystkich jego aspektach. Najlepsze miejsce na zadawanie związanych z nim pytań.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Opowiadania związane z lokacjami

23 sty 2016, 13:57

Niebawem Leviathana czeka całkowita restrukturyzacja działów i tematów w nich zawartych. Wspólnie z Mistrzami Gry postaram się ograniczyć ich ilość, ale też – o ile życie pozwoli – szerzej opisać. W tej drugiej roli sprawdzić może się również każdy z Was, jednak nie chodzi mi tutaj o pisanie samych tekstów opowiadających ssczegółowo o danej lokacji, ale osadzonych w nich opowiadań.

Krótsze czy dłuższe historie związane z lokacjami mogą pomóc każdemu w wyczuciu jej klimatu, bez potrzeby czytania wątków w niej zawartych, z których niektóre mogą mieć nawet kilka lat i nie obrazować rzeczywistego stanu rzeczy. Każde z takich opowiadań będzie wrzucone do pierwszego posta tematu z lokacją (i podpisane nickiem autora), co pozwoli na szybkie ich znalezienie i zapoznanie się z nimi. Uznane będą za kanoniczną część historii świata gry i jeśli zaczepią o fabułę globalną, to jest duża szansa, że motywy w nich zawarte przewiną się w kolejnych postach.

Nie przewiduję żadnego ich limitu i przyjmę wszystko, o ile nie będzie przejawem oczywistego trollingu czy zbyt mocnego oderwania od lokacji czy świata gry. Oczywiście nie zakładam, że opowiadania będą bezbłędne, więc ze swej strony oferuję korektę wszelkich ich aspektów, tak pozafabularnych, jak i fabularnych. W tym drugim przypadku mogę odpowiedzieć na dowolne pytania dotyczące lokacji, ale też zasugerować zmiany w już gotowym opowiadaniu, tak, aby pozbawione były nieprawidłowych informacji i były lepiej osadzone w fabule Leviathana.

Jeżeli więc np. czekasz na post od swojego Mistrza Gry (kto nie czeka…), a rozsadza Cię wena, to nie wahaj się i napisz coś swojego. Opowiadanie musi spełniać wymogi opisane w regulaminie fabularnym, jego długość jest dowolna, podobnie jak postacie, które będą w nim występować (można użyć nawet postaci (NPC) znanych z sesji, o ile zachowywać będą się zgodnie z tym, co zostało już na ich temat zaprezentowane).

Nie sądzę, aby akcja ta kiedykolwiek się zakończyła - im więcej tego rodzaju tworów powstanie, tym lepiej.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

23 sty 2016, 18:24

To opowiadanie uznaję za zbyt egoistyczne i je wycofuję.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

24 sty 2016, 02:15

Dramatis personæ:
Dariusz Wolen – Król Autonomii, ostatni z rodu.
Metrionas – Elf, wróżbita, magik, zaufany przyjaciel króla.
Etrot Wolen – Starszy syn Dariusza.
Untos Woeln –Młodszy syn Dariusza.
Materwin – Młody rycerz, członek Lwów Króla.
Upadek Wolenów
Rok 405 Ery Feniksa, stolica Autonomii

W stolicy Autonomii panował chaos. Wieść o armii barbarzyńców dotarła do uszu króla tygodnie temu, ale lud dowiedział się o tym w ostatniej chwili. Teraz, kiedy hordy z północy były zaledwie kilka mil stąd i upadek miasta zdawał się nieuchronny wybuchła prawdziwa panika. Nikt nie był w stanie zapanować nad tłumem. Większość zamożniejszych obywateli, mających dojścia na dworze, uciekła wraz z majątkami dawno temu na wieść o pierwszej przegranej bitwie. Urdil Dwa Topory zdawał się być niepokonany. Wyrąbywał sobie drogę w stronę serca Autonomii pozostawiając za sobą jedynie zgliszcza oraz krwawy ślad, który długo, o ile, nie zniknie.

Król Dariusz z rodu Wolen posępnie spoglądał przez okno komnat Pałacu Sprawiedliwości na panoramę miasta. Ludzie kłębili się przy zamkniętych bramach. Głupcy, trzeba było uciekać wcześniej – pomyślał z irytacją. Teraz nikt wam nie otworzy bram, a jeżeli tak zrobi to zaiste stolica zostanie stracona. W momencie, w którym żelazne kraty się uniosą tłum będzie się przez nie przelewał aż do przybycia barbarzyńców, a wówczas … nie ocaleje nikt.

Pokręcił głową wychodząc z komnaty. Pałac świecił pustkami. Tylko on pozostał, jego rodzina i najwierniejsi z gwardzistów, Lwy Króla. Dwóch strażników przy wejściu stanęło na baczność uderzając końcami długich halabard o posadzkę. Przez twarz władcy przemknął nikły uśmiech. Wierzą w zwycięstwo? Spytał samego siebie. Czy też może maskują swój strach? Ich jedyną nadzieją była odsiecz. Szlachta z głębi kraju ponoć zwołała pospolite ruszenie i miała przybyć za dnia. Wiedział jednak że to nie pomoże. Miasta nie ocalą. Nie mieli wojska. Garstka rycerzy, która została nie obroni murów, a pośpiesznie uzbrojeni mieszczanie lub okoliczni chłopi nie zmienią losu bitwy.

Zerknął na wiszący obraz jego i dwójki młodych synów, Etrota i Untosa oraz ich nieżyjącej matki, Baril. Słodka Baril. Odkąd zmarła sześć lat temu nie pokochał żadnej kobiety. Ani cieleśnie, ani duchowo. Pielęgnował pamięć o niej niczym piękny kwiat. Wiedział że wielu mówiło o tym jak o obsesji, lecz nie potrafił o niej zapomnieć. Żyła w jego snach, jego duszy. Mógł tylko liczyć, że jeżeli zginie to spotka się z nią po prawicy Świetlistej Bogini. Najbardziej szkoda mu było jego synów, którzy mieli przed sobą wizję długiego życia, a mogło się zakończyć lada chwila w cierpieniu i upokorzeniu. Jeżeli przyjdzie im zginąć to z własnej ręki. Znał zwyczaje tych barbarzyńców. Obchodzą się z pokonanymi okrutnie. Nie zezwoli na to. Jest królem! I to on zdecyduje jak umrze on i jego następcy!

Zauważył zbliżającą się sylwetkę elfa. Mężczyzna o długich złotych włosach odziany w szaty uśmiechnął się do niego jakby starając się pocieszyć zmartwione serce.

- Jesteśmy gotowi, wasza wysokość – rzekł Metrionas, najbliższy z zaufanych króla. Anderandikos był człowiekiem o głębokim spojrzeniu w sprawy mistyczne. Wierzył w moc snów, bogów i ich wolę. Metrionas jako mag o wielkim darze był jego pośrednikiem z zaświatami i Baril, słodką Baril, którą potrafił przywołać za sprawą magii i umożliwić królowi krótkotrwałe połączenie. Członkowie dworu natomiast szeptali, że to Metrionas za sprawą magicznych sztuczek omotał sobie władcę wokół palca i wykorzystywał do własnych celów. Dla wielu ludzi, wrogich elfom, to on stanowił winowajcę obecnego stanu rzeczy i szarą eminencję pociągającą za sznurki. Czy taka była prawda? Trudno orzec. Z pewnością mag wpływał na króla i potrafił to wykorzystać, nie był jednak zły, raczej oportunistyczny. We wszelkich kwestiach politycznych zazwyczaj nie miał swego zdania.

- Dziękuję ci – westchnął Dariusz kładąc dłoń na ramieniu elfa. – Tyś mi był najbliższy. I nie opuściłeś mnie nawet teraz, w tej najczarniejszej z chwil życia. – Cofnął dłoń – Chodźmy, muszę połączyć się z moją Bari nim zapadnie zmierzch mego żywota.

- Oczywiście, mój panie – odpowiedział delikatnie elf i ujął Dariusza pod ramię. Ten cierpiał bowiem od paru miesięcy na straszliwe bóle w lewej nodze i nie był w stanie schodzić ze schodów bez pomocy. Poza tym jako mężczyzna około czterdziestki trzymał się nadzwyczaj dobrze. Wielu mogłoby go pomylić z młodzieniaszkiem. Miał zdrową, opaloną cerę, zielone oczy pełne życia, ciało umięśnione i zawsze na wszelkich balach otaczały go tłumy kobiet.

- Co z moimi synami? – spytał elfa schodząc wraz z nim coraz głębiej w mroki lochów i dalej, wędrując ukrytymi przejściami nieznanymi nikomu poza nielicznymi.

- Bezpieczni i zdrowi pod czujnym okiem straży. Śpią, dałem im eliksir nasenny.

- Dobrze, obudzą się z tego koszmaru tylko za moim przyzwoleniem. Nie pozwolę żeby cierpieli, nie pozwolę żeby padli ofiarą dzikusów. – Zatrzymał się łapiąc mocno elfa za ramię i wbijając w niego nieugięty wzrok – Przysięgnij mi, że nie pozwolisz, aby ich pohańbiono. Lepsza śmierć niż niewola czy bogowie wiedzą co jeszcze. – Ton jego głosu był władczy i potężny jak przystało na Lwa.

- Panie, ty jesteś królem i ich ojcem, jeżeli nadejdzie taki moment samemu wymierzysz koniec. Masz me słowo.

Ta odpowiedź uspokoiła władcę, który ruszył dalej. W końcu dotarli do starych drzwi. Elf przekręcił kluczyk i weszli do małej, przytulnie urządzonej komnaty. Zapaliły się świecie, których ogień lśnił na niebiesko tworząc aromatyczny dym unoszący się rzadką chmurą. Usiedli przy zdobionym stoliku.

- Zanim zaczniemy – odezwał się król ściszonym głosem – Pokaż mi przyszłość. Chcę wiedzieć co się stanie.

Metrionas milczał, a cisza dłużyła się potęgując aurę niepewności.

- Panie – zaczął. Na jego pięknym licu wykwitł grymas bólu i współczucia. – Przyszłość może się zmienić w każdym momencie. Mogę tylko dostrzec jedną z jej dróg, nic więcej. Gałąź wielkiego drzewa czasu. A jest ich tysiące. To co widzę to tylko jeden obraz z wielu. Wiedza ta w niczym nie pomoże. Tylko niepokój wzbudzi, niepotrzebne myśli...

- Chcę wiedzieć! – krzyknął Wolen drżąc. – Proszę – dodał spokojniej.

- Bardzo dobrze – szepnął mag z cichym westchnięciem. Jednym ruchem w jego dłoni znalazła się talia kart. Wykonane były z drewna, bogato zdobione, oplecione misternymi napisami, spajała je magia, stara i potężna. Nawet ktoś nieobdarzony talentem magicznym jak Dariusz potrafił to wyczuć.

Elf postawił talię przed sobą i płynnym gestem rozłożył ją niczym wachlarz po całym stoliku.

- Ścieżki czasu trudno dostrzec będąc zamkniętym w klatce prostych myśli i emocji. By tego dokonać należy otworzyć się na większą świadomość, ale jak? – mówiąc to zachęcił władcę, by ten wskazał kartę. Ten niepewnie przyjrzał się im, leżały odwrócone toteż nie wiedział jakie symbole mogły przedstawiać, jakie ścieżki mogły otwierać. – Trzeba uwierzyć. Ale nie ślepą wiarą. Należy uwierzyć poprzez szukanie prawdy. A jeżeli ją znajdziemy, trzymać i nigdy nie puścić.

Dariusz wskazał kartę. Mag dotknął jej.

- A prawda nas wyzwoli. Pozwoli dostrzec niewidoczne. Zedrzeć kurtynę szarego świata i otworzyć na coś… – Odwrócił kartę. – Wspanialszego – dokończył słabym głosem. Karta przedstawiała bowiem ściętego króla, którego korona leżała rozbita i wielki napis: Upadek.

- A więc jednak – pobladł Dariusz – Koniec. Królestwo upadnie.

Elf nic nie powiedział tylko czekał na kolejną kartę wskazaną przez króla. Tym razem cały czas milczał. Kolejną kartę odwrócił z zapartym tchem. Ukazywała wykluwające się smocze jajo.

- Odrodzenie – oznajmił mag z wyraźną ulgą – Siła, nowy początek. To nie będzie koniec. To tylko przejście do nowego rozdziału.

- Ale beze mnie – wspomniał król posępnie.

- Tego nie wiemy, być może to upadek naszych wrogów?

- Hmm, może – mruknął Dariusz stukając pałacami o blat. Pozostała trzecia, ostatnia karta do wskazania. – Ta.

I samemu ją odsłonił. Widniała na niej kostucha i śmierć z oskarżycielsko wyciągniętym palcem. Król aż odsunął się od stolika.

- Upadek, następnie odrodzenie i ostatecznie śmierć. Autonomia jest skończona. Mój ród wygaśnie! – Wstał oddychając ciężko. Wszystko nad czym pracował, marzenia jego i jego ojca i ich ojców, dziadów i pradziadów. Skończone.

- To tylko jedna z możliwości. Przyszłość zmienia się w tej chwili. W stronę stolicy zmierzają posiłki. Odeprzemy najeźdźców, upadną, nastąpi odrodzenie twych rządów i spokojna, sprawiedliwa śmierć. Według mnie to dobry znak.

Król uspokoił się nieco siadając z powrotem na krześle. To brzmiało rozsądnie i skoro tak mówił mag to z pewnością tak miało być, lepiej się znał na tych sprawach od niego. Musiał zaufać, uwierzyć. Odetchnął głęboko.

- Jestem gotowy, skontaktuj mnie z moją ukochaną. Chcę z nią porozmawiać ten ostatni raz.

Mag skinąwszy głową schował karty i przywołał misę wypełnioną wodą. Ustawiwszy ją pośrodku stolika zawiesił nad nią ręce i zamknął oczy. Cisza zapadła w pomieszczeniu, które przejął grobowy chłód. Ogień świec zgasł, zapadł głęboki półmrok. Woda w misie zaczęła się burzyć, aż w pewnym momencie wystrzeliła do góry przybierając rozmazany kształt kobiecej twarzy. Elf otworzył oczy i wstał.

- Pozostawię was – I to powiedziawszy wyszedł z komnaty zamykając za sobą głucho drzwi. Teraz król będzie rozmawiał ze swoją królową.

Uśmiechnął się pod nosem. A przynajmniej tak będzie sądził. Prawda była taka, iż Metrionas nie potrafił przywoływać umarłych. Potrafił za to manipulować słabymi umysłami. Dym świec, którymi stroił pomieszczenie rytualne, posiadał właściwość osłabienia umysłu. Zacierania granicy między snem i jawą. Wówczas łatwo było nagiąć świadomość do własnych celów. Dzięki antidotum był odporny na ten efekt. Dziwne że król nabierał się na tę sztuczkę od przeszło sześciu lat, ale najwidoczniej żałoba głęboko zakorzeniła się w jego istocie. Odpowiednio nią kierując pogłębił ją jeszcze bardziej dając mu złudne nadzieje. Nie robił tego, ponieważ chciał zaszkodzić królowi, nie. Robił to, gdyż zapewniało mu to godne warunki życia. Życia, które wkrótce pewnie straci. Musiał myśleć o sobie, o własnej przyszłości. Po tych latach czuł nawet swoistą sympatię do Dariusza, ale nie zapomniał kim był. Człowiekiem, potomkiem tego, który doprowadził jego rasę na skraj zagłady. Pomimo sympatii do mężczyzny nie potrafił zatrzeć tej rysy na ich relacjach. Może i było to małostkowe, lecz to go nie interesowało. Był oportunistą. Jeżeli nie zadba o siebie to nikt tego nie uczyni.

Oparł się o ścianę. Teraz musiał myśleć nad tym jak przeżyć nadchodzącą walkę. Najrozsądniej byłoby przeczekać w tajnych przejściach pod Twierdzą. Barbarzyńcy, o ile uda im się dostać do miasta, to i tak nigdy go nie znajdą. A odsiecz przybędzie lada dzień. Nawet w najgorszym scenariuszu, kiedy zarówno miasto upada jak i odsiecz zostaje rozbita, wciąż mógł wymknąć się niezauważonym wykorzystując proste zaklęcie maskujące. O ile zachowa się cicho i wykorzysta chaos, który rozpęta się po zdobyciu stolicy nic mu się nie stanie. Ucieczka była ostatnim czego chciał. Ukrył bowiem w przejściach liczne łupy i drogocenne klejnoty, kiedy Dariusz powierzył mu nadzór zabezpieczenia królewskich skarbów. W każdym razie był ustawiony do końca długiego życia. Może po tym wszystkim kupi sobie kawałek ziemi, jakąś posiadłość i poświęci nauce?

Tak rozmyślając czekał aż efekt dymu i zaklęcia minie. Po jakimś czasie w końcu drzwi otworzyły się i wyszedł z nich Dariusz. Miał zaczerwienione oczy, zapewne od łez. Kiwnął ku elfowie wyrażając swoje podziękowanie. Ten tylko skłonił się skromnie z lekkim uśmiechem ciesząc się z dobrze wykonanego obowiązku.

- Sprawy z martwymi zakończyłem. Teraz pozostała mi tylko jedna, ostatnia rzecz – Przełknął głośno ślinę. – Dziękuję ci za twoje usługi, Metrionasie. Służyłeś wiernie koronie. Ofiarowałbym ci wiele, ale obawiam się, że w świecie, który nastanie złoto na niewiele ci się przyda. Moja ukochana ujawniła mi przyszłość lepiej niż twoje karty. To smutny świat, zniszczony i pusty. Nie ma w nim miejsce na radość. Nawet jeśli zwyciężymy nastaną okrutne czasy. Kraj zostanie rozerwany kolejną, straszniejszą wojną. Nie chcę tego dożyć.

Mówiąc to spoglądał przed siebie wzrokiem nieobecnym i odległym, zagubionym w labiryncie wspomnień, marzeń i myśli. Otworzył usta jakby chcąc coś dodać, ale zamknął je natychmiast. Odwrócił się w stronę elfa. Przyglądał mu się. Spojrzenie to wyrażało tyle emocji, że elf przez chwilę ugiął się i był gotów wyjawić swe kłamstwo. Nie uczynił tego jednak.

- Chciałem stworzyć z Autonomii kraj dla wszystkich. Wiem że moi przodkowie wyrządzili twoim pobratymcom wiele zła. Gdybym mógł cofnąłbym czas, ale nie potrafię. Życie poświęciłem idei mego ojca, w której Autonomia jest schronieniem dla każdej z ras. Wielką latarnią oświetlającą drogę zabłąkanym. Niestety okazałem się zbyt słabym królem. O kruchym sercu, naiwnym, niezdecydowanym. Lepiej by było gdyby mój starszy brat objął władze, lecz tego odebrali bogowie w swej mądrości. Ja zamiast królem powinienem być mnichem lub pustelnikiem. Nigdy nie chciałem tego brzemienia.

Zwiesił głowę.

- Pomóż mi wejść po schodach i wówczas będziesz zwolniony ze swej służby.

Elf bez żadnego słowa uczynił to. Nie potrafił wykrztusić z siebie żadnej odpowiedzi. W całym życiu nigdy nie brakowało mu słów. Teraz zaś nie umiał wymówić żadnego. Czuł wstyd, jednakże skrywał go głęboko utwardzając się w swoim przekonaniu przywołując gorycz i gniew. Hartował własne serce, aby to go nie zdradziło w tym momencie. Kiedy na nowo znaleźli się w Pałacu Sprawiedliwości przełamał opór i rzekł:

- Panie, muszę ci się do czegoś przyznać. – Dariusz zaciekawiony zerknął ku niemu zachęcając go. On zaś błądził wzrokiem po podłodze gubiąc język w gardle. Zacisnął pięści, nie potrafił. Nie po tym wszystkim. – To był zaszczyt móc ci służyć.

Król uśmiechnął się szeroko, ale w tym uśmiechu czaił się smutek.

- Dziękuję. Teraz jesteś wolny, możesz odejść, przyjacielu. Ratuj się.

Metrionas z pochyloną głową wycofał się i popędził z bijącym sercem przed siebie.

Dariusz stał tak wpatrując się w pusty korytarz wypełniony wrzaskami dochodzącymi z zewnątrz.

- Wiedziałem od samego początku – wymamrotał nie mogąc pohamować łez– Chciałem byś tylko powiedział mi to w twarz. – Otarł twarz skrawkiem rękawa.

Tak, przejrzał sztuczki magika. Początkowo – przez rok – naprawdę w nie wierzył i te działały. Później jednak zauważył, iż coś jest nie tak. Szybko zorientował się co działo się w rzeczywistości. Elf próbował nim manipulować przy pomocy narkotyku i magii. Po licznych seansach uodpornił się na efekt świec. Gdy odkrył sekret chciał zgładzić oszusta, lecz pewna jego cząstka naprawdę w to uwierzyła. Chwile spędzone z fałszywym odbiciem Baril pozwalały mu wyrzucić z siebie wszystkie smutki i przez złudny, fałszywy moment poczuć jej obecność. Jednak efekt tego nie był z zewnątrz, ale wewnątrz. Zrozumiał że nie potrzebował do tego żadnego pośrednika czy medium. Ale elf nie był zły. Służył mu wiernie i poza tym ewidentnym kłamstwem czynił wszystko według jego woli, uratował mu nawet dwa razy życie. To chyba to przeważyło szalę i sprawiło, iż kontynuował ten teatrzyk w efekcie czego Metrionas samemu uwierzył w swoje kłamstwo.

Wzruszył ramionami. To bez znaczenia. Zawołał strażnika.

- Przygotować mą paradną zbroję i królewskie insygnia – rzekł dostojnie. – Niech to będzie ostatnia scena życia.

Strażnik, niezbyt rozumiejąc drugie zdanie, popędził ku królewskiej zbrojowni. Dariusz walczyłby gdyby mógł. Ból w nodze uniemożliwiał mu to. Był bardzo dobry w walce mieczem, ale z tym bólem nie poradzi sobie. Wystarczy jeden silniejszy cios w nogę i się nie podniesie. Nie, zamiast zostać upokorzonym w boju odejdzie majestatycznie i honorowo jak przystało na króla. Na Lwa! Lecz pierw musiał uczynić najgorszą rzecz w życiu.

Wróciwszy do sypialni wyjął z kufra mały flakonik pełen niezdrowej, zielonej cieczy. Zaciskając zęby aż do bólu ruszył w stronę wieży. Dzięki strażnikowi udało mu się na nią wspiąć. Na samym szczycie, przed wysokimi drzwiami stał członek jego gwardii, Lew Króla. Rozpoznawał go. Młody mężczyzna o szlachetnej budowie ciała oraz urodzie wyprostował się dumne opierając dłoń o rękojeść miecza. Materwin.

- Książęta śpią wedle zaleceń Metrionasa, wasza wysokość.

Zacisnąwszy wargi pokiwał głową. Uniósł wzrok i zbliżył się do rycerza tak blisko, że czuł jego młodzieńczy oddech.

- I nie mogą się już nigdy obudzić, mój drogi Materwinie. – Wzbijał wzrok w niebieskie oczy chłopaka szukając zrozumienia. Zrozum, powtarzał w myślach. Nie mogę ci tego tłumaczyć, nie mam na to sił, nie dam rady. Wtem źrenice chłopaka rozszerzyły się w zdumnieniu, grozie i przerażeniu.

- Wasza wysokość… – zaczął błagalnie, jednak Dariusz uniósł rękę nie dając mu dokończyć.

- Tak musi być. Otwórz drzwi.

Rycerz nie bez wahania wykonał okrutne zadanie. Okrągłe pomieszczenie było zaciemnione. Na wielkim łożu mogącym bez trudu pomieścić trójkę dorosłych leżała dwójka chłopców mających nie więcej niż dziesięć lat. Pogrążeni w śnie nie mieli pojęcia o terrorze, który miał nadejść.

- Śpijcie – wyszeptał przez łzy łamiącym się głosem Dariusz – Oh, śpijcie wiecznym, słodkim snem. – Otworzył buteleczkę. Woń zabójczej trucizny rozlała się po pokoju. Wystarczyła tylko jedna kropelka w usta i nawet ork padnie trupem. Kazał przygotować tę truciznę tydzień temu. Przewidywał co miało się stać. Zapewniano go że śmierć jest szybka, bezbolesna i natychmiastowa.

- Moje młode lwiątka – zaszlochał pochylając się nad synami. Każdego ucałował w czoło i opiekuńczo pogładził po bujnych lokach. – Gdy spotkacie mamę powiedzcie, że tata wkrótce do was dołączy. – Łzy obficie skapywały z twarzy króla brocząc dziecięce policzki, lecz wpływ sennego eliksiru był zbyt silny żeby je obudzić. Gdyby do tego doszło nie dałby rady. Umoczył kawałek chusteczki leżącej na pobliskim stoliku i z roztrzęsioną dłonią przystawił ją do najstarszego z synów, uchylając mu lekko usta. – Jeżeli bogowie istnieją pojmą i wybaczą. Jeśli nie to są okrutni i przeklinam ich imiona we wszystkich językach świata.

Ciche westchnięcie poświadczyło, że trucizna zadziałała. Ciało chłopca wygięło się i bezgłośnie zwiotczało pozbawione życia. Dariusz ponowił zbrodniczy czyn. Dopełniwszy zadania zawył jak ranne zwierzę ujmując martwe ciała. Szlochał długo. Tylko siła jego gniewu wynikająca z rozpaczy i nienawiść powstrzymała go od odebrania sobie życia tutaj, w tym miejscu. W końcu załamany, zgięty i jakby postarzały o kolejne czterdzieści lat wyszedł. Rycerz siedział pod drzwiami kryjąc twarz w rękach. Król zignorował go schodząc – i pomimo bólu – nawet nie wydając ani jednego stęknięcia.

- Ubrać ich w najlepsze szaty i przynieść do sali tronowej – rozkazał schodząc.

Niczym cień zszedł na dół. Niby martwy wrócił do sypialni, gdzie czekał na niego giermek z królewską zbroją, koroną, berłem i jabłkiem. Jak kukła podnosił to opuszczał ręce, unosił kolana odziewany w ciężki pancerz bogato zdobiony złotem i kamieniami szlachetnymi. Krwista peleryna ze złotym lwem spływała z jego pleców i z każdym jego ruchem podrywała się szydząc z jego starań. Oto król w całej swej okazałości. Żywy trup pokonany przez barbarzyńców, dzikusów. Oto koniec wielkich idei. W starciu z siłą zawsze wygra siła. A on był słaby.

Odziany udał się do sali tronowej. Tam dwójka gwardzistów, w tym Materwin, trzymali na rękach ciała martwych książąt. Słowa nie były potrzebne. Zasiadł na tronie – po jego prawicy zaś na ozdobnym krześle jego najstarszy syn, po lewicy zaś młodszy. Tak oto wyglądał koniec Wolenów.

- Jak wygląda sytuacja? – spytał szarym, pozbawionym życia głosem. – Sądząc po odgłosach doszło do jakiś zamieszek. Czy już nas atakują?

- Nie, ale tłum sforsował bramy, na ulicach leje się krew. – oświadczył Materwin.

- Rozumiem, rozumiem – zaśmiał się, a jego śmiech odbił się pustym echem od ścian. – A gdzie wróg?

- Nadchodzi, widać go na horyzoncie. Przed zmrokiem zaatakują. W mieście nie ma prawie w ogóle rycerzy zdolnych do walki. Większość ruszyła w głąb kraju przegrupować się, zebrać siły i uderzyć. Sądzono że uda się dotrzeć do stolicy przed atakiem barbarzyńców. To co mamy nie przetrzyma szturmu.

- Mamy malarza? – spytał Dariusz podpierając się na dłoni. Prawdą było, iż sytuacja w mieście w ogóle go już nie interesowała. Nic go nie interesowało. Zaakceptował koniec i przyjął go dogłębnie.

- Panie? – spytał Materwin niepewien co król na myśli.

- Pomyślałem że to obraz wart uwiecznienia. Nazwałbym go „Upadek Wolenów”, pompatycznie, tak jak lubię.

Materwin wymienił spojrzenie z drugim rycerzem.

- Obawiam się że nie ma nikogo takiego.

- Szkoda, wielka szkoda – Dariusz westchnął zapadając się w tronie. – Zresztą i tak pewnie by nie przetrwał. Dziękuję wam za służbę – powiedział siląc się na wyniosły ton, lecz słyszał że mu nie idzie, więc machnął lekceważąco ręką. – Zwalniam was ze służby. Jeżeli chcecie bierzcie konie z królewskiej stajni i uciekajcie. Żyjcie albo gińcie, dla mnie wszystko jedno. Mam tylko ostatnią prośbę, zaryglujcie wrota od sali tronowej. Niech się chociaż ci barbarzyńcy namęczą nim tu wejdą.

Dwójka rycerzy skłoniła się i bez słowa opuściła pomieszczenie. Król odczekał moment, spojrzał na swoich synów i wyjął flakonik. Uniósł wzrok ku górze.

- Idę do was – wyszeptał.

I z tymi słowami wypił całą zawartość flakonika, a raczej spróbował, gdyż ledwo językiem dotknął zielonej substancji umarł. Ostatni z Wolenów odszedł. Ciało mężczyzny osunęło się, ale nie upadło. Zamarło w pozycji z wysoko zadartą szyją i spokojem wypisanym na twarzy. Takie były ostatnie chwile ostatniego Lwa. Dumnego do samego końca.

Za murami pałacu natomiast terror miał się rozpocząć.

- (Za wszelkie błędy przepraszam, postaram się je na dniach wyłapać i poprawić)

Wróć do „Dyskusje i propozycje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 5 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.