Polana w lesie deszczowym

Niziny te dzięki wielu pomniejszym rzekom i strumyczkom są mocno zazielenione i bogate w różnoraką florę. Mimo ich uroku ludzie nieczęsto się tam zapuszczają - są to podobno ziemie minotaurów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Polana w lesie deszczowym

22 wrz 2013, 22:53

Zróżnicowany krajobraz Nizin Szmaragdu niósł niesamowite wrażenia estetyczne. Położone na południu, potężne Góry Graniczne strzegły zdradliwych bagien, błękitnych rzek, dusznych lasów i trawiastych równin stanowiących dom dla wielu niepojętych istot. Nie było jednak łatwym dostanie się tutaj i podziwianie ich. Był to teren najeżony niebezpieczeństwami i niemal niezaludniony. To tutaj, mimo woli władyków miast takich jak Khan'Sal czy Quaten znajdował się jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody znanego świata. Żadna ludzka potęga nie odważyła się go zdobyć, nawet mimo ogromnych bogactw, które domniemanie skrywała ta ziemia.

Gdzieś na południowym zachodzie Nizin, w głębi potężnego lasu deszczowego znajdowała się mała, pokryta niską, wielkolistną roślinnością polana. Co dziwne, wydawało się, jakby ktoś o nią dbał – każda roślina miała dostęp do światła słonecznego, przy czym nie było widać tutaj ani jednego, choćby bardzo młodego drzewka. Pośrodku polany znajdował się płaski, zaokrąglony jajowato, omszały głaz.


MG

Umierające, niewidoczne zza drzew słońce zabarwiło pełne szarych chmurek niebo krwistą poświatą. Hałaśliwe życie ustępowało miejsca życiu o wiele bardziej tajemniczemu, działającemu w ukryciu. Jak codziennie o tej porze w lesie następował istny przełom, inny jednak od tego, jaki miał tutaj miejsce o wschodzie słońca. Budziły się siły, które niezdolne były do istnienia w świetle Lorven. Przesycone mocą dwóch odmiennych światów przejście pomiędzy dniem a nocą było idealnym czasem, aby dokonać czegoś wiekopomnego. Spokój polany, której centrum stanowił omszały głaz, został zakłócony.

Było ich czterech. Spotkawszy się o zachodzie słońca, potajemnie, niepewnie wkroczyli na polanę. Ich ubrania przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, zakrywając tylko najbardziej wstydliwe części ich starych ciał. Nadeszli niemal równocześnie, przedzierając się przez mięsiste liście. Minotaur, elf, wilkołak i krasnolud. Zobaczyli się już z daleka, ale powstrzymali okrzyki radości i pozdrowienia. Nie było tu miejsca na konwenanse czy wylewne okazywanie emocji. Mieli tutaj coś do zrobienia, coś, czego nie robili już od bardzo dawna. Ryzyko było ogromne, ale ich podupadająca tradycja i zwyczaje wymagały od nich tego śmiałego ruchu. Potrzebowali go, jak wysuszona ziemia deszczu. Chcieli jeszcze raz, wspólnie, dokonać czegoś wielkiego.

Szamani zbliżyli się do eliptycznego kamienia, ustawiając się symetrycznie po jego bokach. Pozwolili sobie nawet wymienić uśmiechy, nie odzywając się jednak ani słowem. Atmosfera skupienia była tak gęsta, że można było ją ciąć mieczem. Wszystko zostało już ustalone, obgadane i postanowione, nie było czasu do stracenia. Swoje przygotowania rozpoczęli w skupieniu, tkając wspólnie jedną myśl. Zaśpiew rozpoczął łysy elf o najczystszym głosie. Dopełniona następnie przez basowe pomrukiwanie minotaura pieśń niespiesznie zyskiwała na mocy, nieinwazyjnie niczym lekki wiaterek przecinając ciężkie, duszne powietrze Nizin Szmaragdu. Krasnolud bez palców u lewej dłoni zaczął obchodzić głaz, zdrapując paznokciami mech w taki sposób, aby nieporośnięte nim już miejsca układały się w skomplikowany, cyrkularny wzór. Jego siwa, przerzucona przez lewe ramię broda zaczęła powiewać z lekka, gdy nieczęsty w tej okolicy młody zefir wpadł z ciekawości w odwiedziny na polanę. Wraz z karłem krążyli wszyscy szamani, poruszając się z wolna w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara. Wilkołak poruszał się z opuszczonym pyskiem, mrucząc coś pod nosem. Jego wyliniała, szarobiała sierść była pomalowana szkarłatem w wielu miejscach, tworząc plemienny, piękny w swej prostocie wzór. Wyglądał, jakby spokojnie się modlił bądź rozmawiał z własnym sumieniem, pojednując się z samym sobą.

Ciągle śpiewający elf po zatoczeniu pełnego koła pochwycił leżący teraz u jego stóp, parciany worek, który zabrał tu ze sobą. Taniec zatrzymał się na chwilę, gdy długouchy wysypał całą zawartość pakunku na środek omszałego głazu. Była to zwyczajna kupka rozwiewającego się szybko na wzbierającym wietrze, szarego prochu. Mężczyźni ruszyli w przeciwnym kierunku, przyspieszając kroku. Wraz z nimi przyspieszała wichura, szarpiąc ich ubrania oraz strukturę rytuału. Zwyczajowy w tych stronach, obfity deszcz lunął na nich znienacka, jednak oni wyglądali, jakby byli na to przygotowani. Niewzruszeni niesprzyjającymi im warunkami pogodowymi szamani kontynuowali swe dzieło, wykonując kolejny pełny obrót, podczas którego krasnolud jeszcze raz sprawdził nakreślone przez siebie symbole. Dając znak przez kiwnięcie głową, brodacz położył swą okaleczoną dłoń na pierwszej wyrysowanej przez siebie runie. Wszystkie znaki rozświetliły się lekką czerwienią.

Nagle na środek głazu jednym susem wskoczył dotychczas spokojny wilkołak. Jego włochate stopy zostały oblepione przez zmieszany z deszczem proch. Pozostali rytualiści zapełnili lukę po swym towarzyszu, oddalając się od siebie, aby nadal zachować pełną symetrię. Znajdujący się w centrum szaman długo popatrzył każdemu z nich w oczy, zanim zamknął swoje i odetchnął głęboko, z ulgą. Bezwłosy, nieprzerywający swego pięknego śpiewu elf przyłożył stulone dłonie do swego mostka, a w powietrzu przed nim zaczęły materializować się niewyraźne, chwiejne kształty. Duszki otoczyły ciągle stojącego na głazie wilkołaka, podrygując wokół niego i rozmazując jego sylwetkę. W pewnym momencie zaczął z nimi tańczyć jeszcze jeden cień, nieco większy i mniej podobny do reszty. Ciało humanoida zaczęło się zmieniać, jednak szczegóły tego procesu nie były widoczne.

Kierowane przez długoucha, niematerialne istoty zabrały ze sobą tę większą, która pojawiła się już po nich. Wzleciały ku górze, znikając gdzieś w chmurach. Ciało wilkołaka osłabło, tracąc pion, jednak zanim zdążył on upaść, do akcji wkroczył krasnolud. Wykrzykując kilka twardych, jednosylabowych, mocnych słów wywołał reakcję uprzednio wyrysowanych symboli, które doprowadziły znajdujący się pośrodku polany głaz do stanu magicznego wrzenia. Upłynniona nagle skała poruszyła się w górę, oblepiając znajdującego się w środku szamana niemal w tym samym momencie, gdy ziemią wstrząsnął pierwszy burzowy grzmot. Minotaur z lubością spojrzał w niebo, po czym wraz ze swoimi towarzyszami oddalił się od kryjącego żywy rdzeń, bulgoczącego pomnika. Jeden ruch zaciśniętej pięści byka zesłał błyskawicę dokładnie na głowę tego, który poświęcił się dla sprawy. Wilcza sylwetka zapłonęła żywym ogniem, ogniem, którego nawet silny deszcz nie był w stanie ugasić. Szamani pracowali niestrudzenie, nadal prowadząc rytuał, każdy na swój sposób. Płomienie opadły wreszcie, a wraz z nimi słabł też deszcz. Ostatnie płomyki pełgały leniwie po szarym futrze. Z dogasających ogników wyłonił się… Tarreth.

Były, jeszcze do tej chwili uznawany za martwego majordomus Autonomii Wolenvain kwilił jak dziecko, krzycząc w Wolnej Mowie przez łzy. Wyglądał, jakby został wyrwany z rozemocjonowanej konwersacji i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Jego ciało nie miało na sobie ani jednej blizny, jawił się też jako młodszy, niż przed śmiercią. Jego mięśnie były słabe, organy zawodne, a skóra zwiotczała. Z początku niewiele pamiętał. W jego głowie częściej niż faktyczne wspomnienia pojawiały się jedynie mgliste odczucia na temat jego przeszłości. Ledwo udało mu się odzyskać zdolność składnej mowy, gdy przypadł do niego łysy, stary elf w przepasce biodrowej.

- Odrodzony przez ogień, grom, ziemię, wodę i powietrze! Zesłany przez przodków ku ich chwale! Zniszczony ludzką tyranią Tarrethu, powstań! - wykrzyknął starzec, a z jego nosa buchnęła krew. Długouchy zatoczył się, upadając na plecy. Od razu dopadli do niego podobnie ubrani towarzysze – minotaur i krasnolud. Ułożyli go płasko na ziemi, sprawdzając tętno. Zamieszanie, jakie powstało wokół słabującego szamana pozwoliło Tarrethowi rozeznać się nieco po okolicy. Silny zapach ozonu szczelnie wypełnił jego nozdrza, nie pozwalając wyczuć żadnej innej woni. Cudem ożywiony wojownik znajdował się w głębokim lesie, w otoczeniu roślin, których nigdy jeszcze w życiu nie widział. Właśnie przestało padać, wszystko było jeszcze mokre od deszczu. Powoli docierały do niego odgłosy budzącej się nocy, a jego wilcze zmysły dostrajały się do nowych warunków. Czuł, jakby wszystkie napędzające jego ciało mechanizmy poruszały się niezwykle ociężale, zardzewiałe od długiego czasu nieużywania. Mógł tylko czekać, aż rozruszają się na tyle, aby pozwolić mu na jakieś działanie.

//Rozpoczynamy pierwszy rozdział sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Rozdziałów będzie cztery bądź pięć, w zależności od rozwoju sytuacji fabularnej. Więcej informacji mogę udzielić Ci drogą prywatną.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

22 wrz 2013, 23:34

Co się działo? Nie wiedział. Co było wcześniej? Nie pamiętał. Zupełnie, jakby ledwo się urodził. I tak de facto było.
Starał się otworzyć oczy, jednak te, jakby nie chciały. Jakoby chciały wmówić odrodzonemu, że tak jest lepiej i wygodniej. Łatwiej. Jednak Tarreth instynktownie chciał je otworzyć, wiedział, że musi. I otworzył je. Zamazane obrazy powoli musiały zebrać się w całość. I był to długi i ciężki proces. Lecz w końcu udało mu się. Ujrzał trzy postaci, których wizerunek przypominał mu to, za czym kiedyś tak bardzo tęsknił – szamanów.
Chcąc oddać im honory – choć nie do końca wiedział jeszcze, za co – próbował się ruszyć. Jednak jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Nie syknął, nie jęknął – bo go nic nie bolało. Jednak jego oczy starały się przeprosić za swój nietakt.
Gdzie… Gdzie… ja jestem…? Co… ja tu… robię? – zapytał ociężale i powoli, dobierając każdą głoskę z osobna, jakby uczył się mówić. Jednak zdawało się, jakby szybko odzyskiwał władzę nad językiem. Chociaż i nie do końca pewny był, czy oni go rozumieją… Posługiwał się mową, którą znał.
Wszystko było takie… wielkie, silne. Tarreth czuł się dziwnie nieswojo, słabo – i to nie tylko fizycznie.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

02 paź 2013, 05:30

MG

Leżący w wysokiej roślinności elf wpadł w konwulsje, a schylający się nad nim minotaur i krasnolud nie wyglądali na uszczęśliwionych tym faktem. Minotaur schwycił lekko głowę długoucha, mrucząc coś pod nosem. Starał się go uspokoić, podczas gdy jego towarzysz usiadł choremu na nogach. Karzeł spojrzał na Tarra i zacisnął gniewnie zęby, jakby obwiniał wilkołaka o całą tę sytuację. Nie odpowiedział na jego pytania, mając teraz pełne ręce roboty. Wspólnie z drugim szamanem obrócili elfa na bok, a z jego ust popłynęła spieniona ślina. Po chwili, która zdezorientowanemu, odrodzonemu właśnie wilkowi wydała się wiecznością, atak ustąpił. Trzeci szaman otworzył oczy, jednak nie pozwolono mu się od razu podnieść. Wtedy dopiero nadeszła kolej na chłonącego od nowa świat zmartwychwstałego majordomusa.

- Jesteś chłopie na nizinach - rzekł łamaną Wolną Mową krasnolud, twardo i chrapliwie wypowiadając wszelkie głoski. Minotaur uśmiechnął się, dobrotliwie mrużąc oczy. - 'Szystko ci Sysza wytłumaczy - dodał, wskazując na oddychającego już swobodnie elfa. Chwilę zajęło długouchemu dojście do siebie. Gdy mówił, jego głos był słaby i załamujący się. W deszczu prawie nie było go słychać.

- Przywróciliśmy cię do życia, ponieważ chcieli tego przodkowie – powiedział z wolna, patrząc na Tarra z czymś na kształt podziwu. – Na wszystko przyjdzie czas. Sam musisz dojść do tego, kim byłeś, kim jesteś i kim będziesz. Początki będą najtrudniejsze. Pamiętasz swe miano? - zapytał, unosząc się na łokciach. Gdy tak mówił, do wilkołaka podszedł nadal milczący minotaur. Zajrzał mu głęboko w oczy, po czym położył dłoń na gardle, naciskając na szczęki, aby się rozwarły. Zajrzał wskrzeszonemu do paszczy, sprawdził uszy, obejrzał łapy, genitalia, ogon i stopy. Wyrwał kilka włosów futra, wąchając je następnie swym wielkim nosem. Pomógł wilkowi wstać, zgiął jego rękę w łokciu, uniósł całego majordoma dwoma potężnymi łapskami i postawił ponownie, po czym kiwnął głową z aprobatą, oddalając się nieco i zachęcając go do przejścia kilku kroków.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

02 paź 2013, 11:32

Wilkołak milczał. Łaknął informacji, jednak… Coś… Coś mówiło mu, że należy poczekać. Jakby był już dawno wyuczony cierpliwości. Stoicka postawa żołnierza. Słuchał uważnie słów krasnoluda – który chyba go nie lubił – i elfa, niedawno mającego jakiś atak. Spytany o imię, nie odpowiedział. Nie odpowiedział, bowiem minotaur zaczął go… badać. Wszystkie jego akcje przyjmował ze spokojem… A może raczej musiał przyjąć, bowiem był zbyt słaby by oprzeć się mocarnemu przedstawicielowi tej dumnej rasy. I wtedy mignęło mu coś… A raczej ktoś przed oczami.
Tak podobny do minotaura, który przed nim stał, a tak inny. Pamiętał, że miał on tarczę i… Złamany róg? Chyba tak. I nie pamiętając, kim była ta osoba, zmartwychwstały wiedział, że lubił tego gościa.
I wtedy pomyślał o zadanym mu pytaniu. Lecz nie potrafił odpowiedzieć. I dlatego też zaczął znów sobie wyobrażać minotaura, którego przez chwilę widział. Im dłużej go widział, starał się sobie wyobrazić jego jakiekolwiek akcje, jego głos… Jego umysł zaatakowały obrazy. Niczym gromy z burzowego nieba – tak gniewnego i rozdartego – atakowały go obrazy. Obrazy bitwy, żołnierzy, krwi. Krzyki. Mnóstwo krzyków i śmierci. Widział, jak jacyś żołnierze patrzyli na niego, mówiąc "kapitanie". Usłyszał potężną eksplozję! Wątły wilkołak aż skulił się lekko, obawiając się uderzenia – bowiem nie pamiętał, co to było.
I tak oto coraz więcej obrazów i dźwięków atakowało jego umysł. Na wielu z nich widział swą rękę – potężną, dzierżącą potężny, ciężki miecz, którego jedno uderzenie zabijało pięciu chłopa. I gdy to oglądał, czuł łaknienie. Chciał więcej. Jego umysł, jak gąbka pragnął chłonąć informacje, wspomnienia. Wciąż jedynie pojedyncze obrazy – nie tworzące spójnej całości tworzyły chaos w jego głowie. Jednak powtarzały się dwa, a potem trzy słowa: "kapitan", "majordomus" i…. "Tarreth".
To ostatnie w końcu odbiło się echem w głowie młodego wilka, gdy jedyne, co widział to bladą kobietę. Przypominała człowieka, jednak było w niej coś nieludzkiego. I po tym jednym imieniu, nie słyszał już nic i nie widział nowych obrazów, poza twarzą tej kobiety, która patrzyła głęboko w oczy wilkołaka. Jak na przyjaciela, towarzysza i brata. Była w coś ubrana – zwiewnego i jasnego… Lecz Wilk nie zwracał na to uwagi. Za to jej oczy, jej usta i te echo tego słowa…
Tarreth… – Rzekł w końcu, po dość długiej ciszy – Me imię to Tarreth – powtórzył, wkładając w to trochę wysiłku. Myślał nad tymi tytułami, ale… Zdecydował nie zaprzątać sobie tym głowy, jeszcze.
Póki co siedział i czekał, zdradziwszy już swoje – nowo odkryte – imię.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

03 paź 2013, 20:40

MG

Twarz elfa rozpromieniła się, gdy tylko długouchy usłyszał miano dopiero co wskrzeszonego wilkołaka. Pamiętał! Funkcje życiowe też miał w normie, choć osłabione, a potwierdziła to szczegółowa ekspertyza szamana-minotaura. Wyglądało na to, że wszystko działa poprawnie, a dzieło powiodło się w stu procentach. Owszem, okazem zdrowia to może i Tarr nie był, ale wszystko miało się już potoczyć ku lepszemu.

Głodny jak wilk (dosłownie) były majordomus Autonomii Wolenvain mimowolnie wyczuwał powagę chwili. Nie paplał, nie zadawał zbędnych pytań. Czekał, dając swoim nowym mentorom odsapnąć po tym, czego dokonali. Wydawało się, że elf nie będzie w stanie się teraz ruszyć. Pod czujnym okiem swych towarzyszy nawet nie próbował gwałtownych ruchów. Leżącego wyraźnie zjadała ciekawość, jakby chciał wiedzieć więcej, niż nadal nieco skonfundowany w tej sytuacji Tarreth. Długouchy miał jednak lepszą pozycję. W przeciwieństwie do wilkołaka wiedział, co zaszło na polanie.

- Doskonale - powiedział łamiącym się głosem, z nutką czającą się w nim gdzieś głęboko dumy. - Teraz zaniesiesz mnie do mego domu, gdzie będziemy kontynuowali rozmowę - zarządził, wywołując nagłą reakcję otaczających go szamanów. Krasnolud uderzył go otwartą ręką w twarz i potrząsnął nim w obawie, że elf ponownie straci kontakt z rzeczywistością, a minotaur począł burczeć jakieś niezrozumiałe słowa w swoim ojczystym języku. Nic to jednak nie dało, bo łysy był nieugięty. – Rzekłem – powiedział, patrząc z gniewem na brodatego furiata.

//Po Twoim poście, o ile zdecydujesz się ponieść elfa zgodnie z jego propozycją, dodam nową lokację do działu i tam przeniesiemy sesję. Możesz dać sobie z/t, elf udzieli Ci wszelkich informacji na temat tego, jak dotrzeć do jego domostwa.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

03 paź 2013, 22:46

Kiszki marsza grały, a płuca spragnione były powietrza. Jednak było to niczym wobec głody informacji. Wilkołak musiał wiedzieć, co się stało. Jednak wiedział też, że na wszystko przyjdzie czas. Zatem milczał, siedząc z powagą i żołnierską cierpliwością. Gdy natomiast elf – który zdawał się być ich liderem – wydał Tarrethowi polecenie, ten uniósł uszy w lekkim zdumieniu. Przecież… Ledwo czuł nogi, ręce. I miał go przenieść? Krasnolud i minotaur zdawali się podzielać zdanie milczącego wciąż zmartwychwstałego. I wtedy stało się… Coś.
Ostatnie, stanowcze, nie przyjmujące słowo elfa, zdawało się być… Rozkazem. Nie było nim dosłownie, jednak wystarczyło to, by militarne zwyczaje Tarretha znów dały o sobie znać.
Tak jest – odparł tylko twardo. Był pewny, co ma zrobić i czuł, że nie ma innej opcji. W wojsku nie ma miejsca na niewykonanie rozkazu. Rozkaz bowiem jest świętym słowem każdego żołnierza, którego zasranym obowiązkiem jest go wykonać czy mu się to podoba czy nie. I żołnierz zaczynał zdawać sobie z tego sprawę.
I dlatego też Tarreth… Wstał. Biorąc kilka ostatnich wdechów, podpierając się rękami wstał. Chciał sprawdzić swoją siłę, swoje możliwości. Nie było to same w sobie męczące, co… Dziwne doznanie. Mięśnie, jakby w panice chcące trzymać ciało w pionie, jakby się dopiero tego uczyły.
Wilkołak zaklął w myślach, chcąc zmusić swoje ciało do posłuszeństwa i… Ogarnięcia się. Trwało to krótką chwilę, lecz w końcu młody wilk pojął sztukę stania. Teraz trzeba było opanować całą resztę.
I tak oto postawił on pierwszy krok. Chwiejny, niepewny krok, który zdawał się decydować o wszystkim. Jednak jakaś siła zdawała się pomagać Tarrethowi, który lekko tylko się zachwiał. Wyglądało to, jakby sprawdzał jedynie podłoże. A może to po prostu wiedza i umiejętności, które przetrwały proces wskrzeszenia i wracały do życia? I powoli, nabierając wprawy, osłabiony wilkołak podszedł do elfa. Po drodze przeciągnął się kilka razy też niezbyt mocno, a tylko poruszając stawami łokciowymi, stawami ramion i karku. Gdyby nie zamiary wilkołaka i jego wątła postura, można by rzec, że ten idzie spuścić elfowi lanie. Nic bardziej mylnego!
Wilkołak spojrzał szkarłatnymi oczami na elfa, potem zaś na minotaura i krasnoluda. Uklęknął na jedno kolano obok elfa i delikatnie starał się go unieść, lecz po chwili zrezygnował.
Tak tego nie zrobię. Nie wiem, czy jest Pan w stanie choćby się dźwignąć, nie wspominając o tym, ze nawet opierając się na mnie dojdziemy na miejsce – przerwał, ponownie spoglądając na innych szamanów – Dlatego poniosę pana na plecach. Z tym że w tym wypadku będzie potrzebna pomoc jednego z Pana towarzyszy, bo w ten sposób też nie mamy pewności, czy da radę Pan wstać – wytłumaczył wilkołak z szacunkiem, oczekując werdyktu elfa. Niezależnie od jego decyzji, Tarreth na pewno zrobi wszystko, by tego dokonać.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

04 paź 2013, 05:00

MG

Z małą pomocą ciągle paplającego pod nosem minotaura udało się w końcu umieścić słabującego elfa na plecach Tarretha. Mimo, że utraciły one większość ze swojej dawnej siły, nadal były szerokie i mocne, a sam wilkołak ani myślał mierzyć mniej, niż przed śmiercią. Jego ciało, choć wychudzone, zachowało swe potężne proporcje. Wątłe ramiona długoucha oplotły wilczy kark, a te z kolei przytrzymane zostały przez kosmate, pazurzaste łapska byłego majordoma. Już chodzenie samodzielnie wydawało się wskrzeszonemu nazbyt trudne, ale robienie tego samego z dodatkowym balastem szczególnie go nadwyrężyło. Tarr zachwiał się kilkukrotnie, zatrząsł, zwątpił… i zaciskając zęby poniósł swego towarzysza najlepiej, jak był w stanie. Elf nie należał do osobników ważących wiele, ale nieprzywykłe do wysiłku, zastałe mięśnie nowonarodzonego mimo tego jęczały w proteście. W Tarrethu był jednak potężny upór i wewnętrzna siła, która mimo tajemniczych okoliczności i nagości słabego ciała kazała mu dostosować się do poleceń szamana, który uśmiechnął się jeno z satysfakcją, jakby wilkołak przeszedł właśnie jakiś skomplikowany test.

Towarzysze wymizerowanego, niezdolnego do samodzielnego poruszania się elfa zostali odprawieni, a wokół Tarra zapanowała przyjemna, przetykana odgłosami nocnych zwierząt cisza. Co jakiś czas szaman dawał swojemu pomocnikowi wskazówki, jak dotrzeć na miejsce. Zmysły wilka wyostrzyły się kilkukrotnie, widział, czuł i słyszał więcej, niż jeszcze przed chwilą. Ponownie dostrajał się do tego świata.

Po chwili, która wyczerpanemu tym krótkim marszem wilkołakowi wydawała się wiecznością, jego czułym oczom ukazała się ruina chatki. Zbudowana została w miejscu, gdzie jedno z wielu obecnych w tym lesie, ogromnych drzew zakończyło swój żywot, łamiąc się niemal w połowie. Ukośny daszek prowadzony był przez konar, osiągając swój najwyższy punkt dokładnie w miejscu złamania. Porośnięta mchem i porostami budowla była w buszu niemal niezauważalna, a jej pojedyncze drzwi i okno zasłonięte były liśćmi jakiejś pnącej się i wijącej na wietrze zieloności.

Gdy Tarreth przekroczył coś na wzór progu, schylając się potężnie, aby nie uszkodzić swego delikatnego towarzysza oraz własnej głowy, jego oczom ukazała się jedna, właściwie nieumeblowana izba. Jedyne przejawy luksusu stanowił tutaj barłóg ze świeżych, miękkich liści, mniejszy pieniek, na którym można było przysiąść i większy, pełniący rolę małego stolika. Elf kazał ułożyć się na posłaniu, gdzie odetchnął z ulgą, dziękując raz po raz. Odpoczął tak chwilę, dając też odsapnąć swemu dobroczyńcy, który zmęczył się nie na żarty.

- Siedzisko jest wydrążone w środku. Gdy je podniesiesz, znajdziesz kilka jadalnych owoców - rzekł z wolna długouchy, zdradzając Tarrethowi miejsce ukrycia kilku sztuk mango, bananów i nieco podstarzałych fig. - Możesz spać gdziekolwiek tutaj bądź na zewnątrz. Wybacz, ale jestem zbyt zmęczony, aby teraz rozmawiać. Jeszcze raz ci dziękuję, Tarrethu. Dobrej nocy - wymamrotał na koniec, zasypiając niemal natychmiast i pozostawiając wilkołaka sam na sam z jego myślami. Noc przebiegła bez ekscesów, jednak poranek objawił straszliwą prawdę – elfa na miejscu już nie było.

//Zdecydowałem, że jednak zostaniemy w tej lokacji, bo nie ma co zaśmiecać działu nowymi tematami, w których pewnie i tak nie będziesz zbyt długo przebywał. Rozpoczyna się część pierwsza Twojej sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Zobaczymy, jak poradzisz sobie w lesie deszczowym.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

14 paź 2013, 16:03

Wilkołak szybko zajrzał do miejsca, gdzie były ukryte owoce. Musiał coś zjeść – jednak nie wszystko. Był wykończony, chciał spać… I był pewny, że śniadania tak łatwo nie zdobędzie – nie w tym stanie. Dlatego też zostawił trochę na rano. Położyć się nie miał specjalnie jak. Siedząc na mniejszym pieńku, opierając ręce na większym, schował łeb i zasnął. To była… dziwna noc. Młody wilkołak miał sny. Koszmarami nie były – nie wierzył w koszmary. Jednak były to sceny, które zdawał się znać. Czuł je! Czuł, pamiętał, odgrywał – żył tymi scenami. Do momentu przebudzenia. Niczym oddech gasi płomień świeczki, tak i większość obrazów z pamięci wojownika zniknęło. Westchnął ciężko i odwrócił się w stronę… pustego posłania. Cholerne elfy. Czemu jego mentor zniknął, kiedy miał mu pomóc? I jak zniknął? Zapewne Duchy maczały w tym palce – były majordom wiedział już, jak potężna jest więź jego i jego braci szamanów z Duchami. I dlatego też, mimo że nie bardzo to było mu w smak – przyjął z szacunkiem to, o się stało.
Tylko… Co teraz?
Rozejrzał się po pomieszczeniu… I ponownie westchnął, łapiąc za resztę owoców. Zaczął rozmyślać. Czemu go zostawili? Czemu go przyzwali? Czemu jest tutaj?
Za dużo pytań, których wilkołak nie trawił. Kochał przedstawiać i mieć przedstawione wszystko na tyle jasno, by pytania były zbędne. Niezależnie od wszystkiego, pytania musiały czekać. I niezależnie od tego, czy szamani wrócą, czy też nie, Tarreth musiał przeżyć. Spojrzał na swą łapę. Wątłą, słabą. W takim stanie na pewno nic nie upoluje. Musiał działać ostrożnie, spokojnie. Nie mógł się spieszyć, bo to mogłoby go zbyt wiele sił kosztować. Uważnie wąchał każdy owoc, jaki został, zanim go zjadł, a nawet w trakcie posiłku. Pewnym było, że przez najbliższy czas to będzie główne pożywienie zmartwychwstałego. Gdy zjadł, zaczął przeszukiwać chatę. Potrzebował jakichś narzędzi, czegokolwiek. Musiał mieć cokolwiek, czego by użył, jako torby. Czegokolwiek do użycia, jako broni.
Gdyby niczego takiego nie znalazł.. musiał to sobie zrobić. Wyjść z chaty, znaleźć kamień i w miarę gruby – tak pasujący do jego dłoni – kij i go ciosać. Starać się go wystrugać, by był zaostrzony. Jaki długi miał być kij? Nie było to ważne. Najwyżej by skrócił broń. Kolejną sprawą był krąg kamieni, który służyłby za palenisko. Może taki był? A może nie. W każdym razie ułożenie czegoś takiego to pestka. Wilkołak nie miał czasu na siedzenie.
Naturalnie, starał się odpoczywać, nie nadwyrężać się, jednak nie mógł sobie pozwolić na bezczynność. Musiał znaleźć pożywienie. Posiadając przy sobie w jednej ręce znalezioną, bądź stworzoną bronią, a w drugiej kamień, którym mocno dewastowałby korę drzew, napotkanych po drodze – znacząc w ten sposób drogę powrotną, na wypadek, gdyby nie było możliwości wywąchania właściwej. Gdzieś pod przepaską byłaby torba, którą znalazł… A gdyby takowej nie było, a nie mając czasu i pomysłu, jak takową zrobić… Nie zrobiłby jej.
Tarreth… Podświadomie wiedział, co robić. Nie deptać po niczym, konarach, kupkach ziemi, nie wkłada do żadnej dziury rąk… Niektóre sprawy były logiczne, a niektóre wynikały z tego, co… po prostu wiedział. Nie wiedział, skąd. Czujny, nasłuchując wszystkiego w okolicy, wąchał, starając się znaleźć drzewa owocowe. Był czujny. musiał uważać na ewentualne zwierzęta, które chciałyby go zaatakować. Tyle do zrobienia!
Woda. Woda musiała być znaleziona… Jednak sądząc po wilgoci powietrza, w tych okolicach wody powinno być pod dostatkiem. Napić się porządnie, orzeźwić i szukać dalej. Priorytetem są zapasy żywności. Znajdując odpowiednie drzewa, wyciągnąłby torbę i trzymając ją w zębach (zostawiając inne narzędzia na dole) wszedłby na nie… Najlepiej, jak potrafił, choć nie szybko. Wiedział, że potrafi tam wejść, tylko… nie był pewny jak. Musiał ostrożnie stawiać każdy ruch, lecz był pewny, że ruch, który wykonał, byłby właściwy. Potem tylko nazbierać owoców i zejść – równie ostrożnie. W przypadku braku torby, ściągnąłby przepaskę i związał ją tak, by stworzyć torbę.
Mieszkaniec dżungli musiał mieć siły, dlatego podjadanie podczas zbiorów zabronione nie było.
Wracając, posiadając wszystko przy sobie, starałby się znaleźć kamienie odpowiednie do rozpalania ognisk. Naturalnie – podczas całej wyprawy czujny, gotów był by bronić się.
Po powrocie, dłuższym odpoczynku i kilku lekkich ćwiczeniach rozciągających… Które znał, choć nie wiedział, skąd… Postanowił zorganizować sobie swoje nowe lokum. Uporządkować je, trochę wyczyścić i odświeżyć. I dbać o siebie. Tarreth musiał jeść i ćwiczyć. Wiedział, jak. Podświadomie. Jakby… Urodził się z tym.
To wszystko było takie zagadkowe… Wilkołak modlił się do Duchów, by uzyskał odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

25 gru 2013, 07:00

MG

W miejscu takim, jak to, łatwo było zatracić się w pierwotnych instynktach. Jakkolwiek nietaktowne jest mówienie o człowieczeństwie nieludzi, tak je właśnie zdawał się stopniowo zatracać Tarr. Czy, właściwie – nie zdążył go jeszcze zyskać. Jego umysł pracował na niskich, czystych rejestrach, wtłaczając cały swój potencjał w jedno – wolę przetrwania. W tym momencie nie był niczym więcej od zwierzęcia, jednak zwierzęcia szlachetnego i inteligentnego. Oczyszczał się, wcześniej przez ogień i piorun, teraz przez krew i pot. Stawał się silniejszy z każdą chwilą, stopniowo odkrywając własne ja. Zaczynał od tego, co było podstawą egzystencji jego najstarszych przodków – zdobywania pożywienia.

Chociaż z początku myśli zaprzątały mu przebłyski z dawnego życia, niepokój i niepewność, wkrótce odrzucił je na rzecz praktycznego działania. Nie miał czasu do stracenia. Zostawiając za sobą ułożony przed podniszczoną chatką krąg kamieni, który w przyszłości miał utrzymać w sobie ogień, dzierżąc naprędce zrobioną z grubej gałęzi broń wyruszył w leśne ostępy. Nie miał ni kozika ni ostrej skały, nie zaostrzył swej włóczni, nagi przemierzał nowy świat. Jego przepaska biodrowa trzymała teraz ważniejsze klejnoty – kilka różnobarwnych, jadalnych owoców i trzy znalezione w niskim gnieździe, podobne kurzym, smakowite jaja. Wilkołak biegał po drzewach, hasał w mokrej, wysokiej roślinności, spijał wodę z wielkich liści. Nie znalazł strumyka, ale zaspokoił swe pragnienie z nawiązką, podobnie zresztą jak i głód. Wrócił bezpiecznie, z pokaźnymi zapasami.

Niziny Szmaragdu chętnie dzieliły się tym, co miały, choć ich mieszkańcy nie zawsze należeli do przyjaźnie nastawionych. Raz Tarr musiał salwować się szybką ucieczką, gdy natknął się na zakamuflowanego wysoko w koronie drzewa, wielkiego węża. Owady były wszędzie – kąsały go moskity, właziły nań pająki i żuki, im mniej się ruszał, tym więcej. Czuł się bezbronny i odsłonięty, obserwowany. Żył na równych zasadach z każdym innym stworzeniem, ale wiedział, że te silniejsze od niego mają pełne prawo do jego mięsa. Był drapieżnikiem, ale niestojącym na szczycie drabiny pokarmowej – ba!, nawet nie w jej połowie. Był więc ostrożny, czujny, skupiony. Nie myślał zbyt wiele, nie kontemplował widoków i pozwalał pierwotnym duchom władać swoim ciałem. Te pradawne byty z radością wzięły go w swe posiadanie, zapewniając mu rozwagę i bezpieczeństwo. Mimo że minął dopiero jeden dzień, poznał tryb życia najstarszych doskonale.

Gdy wieczorem przyszło wilkołakowi wyjść przed chatkę, zobaczył w krajobrazie coś (a właściwie kogoś) nowego. Przy palenisku siedział stary minotaur w parcianych, podartych szatach. Jego rogi były odcięte przy samej głowie, a przez przegrodę nosową przełożył pordzewiały kolczyk z trzech czwartych stalowego koła. Był to ten sam osobnik, który badał Tarra zaraz po jego cudownym odrodzeniu się. Jego oblicze było tak samo łagodne, jak wcześniej, nic się nie zmieniło. Nadciągnął on niepostrzeżenie, tak, że nawet czuły, wilkołaczy nos nie był w stanie go wywąchać. Niegdysiejszy majrodom Wolenvain dostrzegł go dopiero po wyjściu ze swego lokum.

Szaman rozciągnął swe usta w czymś na kształt uśmiechu, ukazując rząd pożółkłych, miejscami połamanych zębów. Był zniszczony przez życie, ale wyglądał na szczęśliwego, jakby osiągnął permanentny spokój ducha. Gdy dostrzegł Tarra, powstał. Był wyższy od wilka o prawie dwie stopy, jego potężne ciało wyraźnie kontrastowało z ciałem wychudzonego wskrzeszeńca, który po odpoczynku, jaki sobie zafundował, czuł już zmęczenie po całodziennych wojażach. Wszak pierwsza wyprawa była dla niego trudna i czasochłonna – nie znał okolicy i otoczenia, musiał działać powoli. Minotaur nie wyrzekł ani słowa, czekając na ruch tego, kogo odwiedził. Duchy po wielu modlitwach dały wreszcie odpowiedź, choć odpowiedź w postaci niemowy – byk, sądząc po wcześniejszym zachowaniu, nie znał nawet Wolnej Mowy. Być może ją rozumiał, jednak to musiał Tarr sprawdzić na własną rękę.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

17 mar 2014, 13:30

Ta cisza była… Byłaby denerwująca. Jednak coś wewnętrznie uspokajało wilkołaka, który stał i czekał. Jakby był wyuczony takich zachowań przez lata. I stałby tak długo, gdyby nie doznał oświecenia przez Przodków, ujawniających mu niemowę. Wtedy to dopiero odmłodzony Wilk chrząknął długo, rozluźniając się lekko.
Czytać w myślach nie potrafię – oznajmił z miejsca Tarr lekko cynicznie. Rad był z wizyty szamana, lecz… Denerwowało go, że nie jest nawet poznać przyczyny tej wizyty. Spomiędzy zębów wydobył się nieartykułowany dźwięk, wyraźny znak niezadowolenia. Jednak coś poradzić trzeba było.
Czcigodny szamanie – zaczął z szacunkiem, który wymył wszelkie oznaki wcześniejszych nastrojów. Tarr był wychowywany w wierzeniach szamanistycznych. Wierzył w moc Duchów i koneksje szamanów z nimi. Nigdy nie śmiałby nawet próbować okazać szamanowi braku szacunku – Jesteś tutaj z jakiegoś konkretnego powodu. Mówić nie możesz… Jeśli chcesz mnie gdzieś zaprowadzić, prowadź. Jeśli chcesz mi coś pokazać, pokaż mi to – Oznajmił, wykonując dłonią zapraszający gest. Co mógł więcej zrobić? W tym momencie mógł jedynie czekać na reakcję minotaura.
W pewnym momencie postawił uszy wysoko, wydawało mu się, że coś słyszał w oddali. Mogła to być woda, opadająca z zielonych liści lasu, bądź jakieś zwierzę, szukające drogi do pożywienia. Niemniej jednak to przypomniało ożywionemu, że jest tutaj tylko gościem i musi ciągle mieć się na baczności… Być może nawet ta chata była pod zagrożeniem ze strony puszczy…

Wróć do „Niziny Szmaragdu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 17 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.