Polana w lesie deszczowym

Niziny te dzięki wielu pomniejszym rzekom i strumyczkom są mocno zazielenione i bogate w różnoraką florę. Mimo ich uroku ludzie nieczęsto się tam zapuszczają - są to podobno ziemie minotaurów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Polana w lesie deszczowym

22 wrz 2013, 22:53

Zróżnicowany krajobraz Nizin Szmaragdu niósł niesamowite wrażenia estetyczne. Położone na południu, potężne Góry Graniczne strzegły zdradliwych bagien, błękitnych rzek, dusznych lasów i trawiastych równin stanowiących dom dla wielu niepojętych istot. Nie było jednak łatwym dostanie się tutaj i podziwianie ich. Był to teren najeżony niebezpieczeństwami i niemal niezaludniony. To tutaj, mimo woli władyków miast takich jak Khan'Sal czy Quaten znajdował się jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody znanego świata. Żadna ludzka potęga nie odważyła się go zdobyć, nawet mimo ogromnych bogactw, które domniemanie skrywała ta ziemia.

Gdzieś na południowym zachodzie Nizin, w głębi potężnego lasu deszczowego znajdowała się mała, pokryta niską, wielkolistną roślinnością polana. Co dziwne, wydawało się, jakby ktoś o nią dbał – każda roślina miała dostęp do światła słonecznego, przy czym nie było widać tutaj ani jednego, choćby bardzo młodego drzewka. Pośrodku polany znajdował się płaski, zaokrąglony jajowato, omszały głaz.


MG

Umierające, niewidoczne zza drzew słońce zabarwiło pełne szarych chmurek niebo krwistą poświatą. Hałaśliwe życie ustępowało miejsca życiu o wiele bardziej tajemniczemu, działającemu w ukryciu. Jak codziennie o tej porze w lesie następował istny przełom, inny jednak od tego, jaki miał tutaj miejsce o wschodzie słońca. Budziły się siły, które niezdolne były do istnienia w świetle Lorven. Przesycone mocą dwóch odmiennych światów przejście pomiędzy dniem a nocą było idealnym czasem, aby dokonać czegoś wiekopomnego. Spokój polany, której centrum stanowił omszały głaz, został zakłócony.

Było ich czterech. Spotkawszy się o zachodzie słońca, potajemnie, niepewnie wkroczyli na polanę. Ich ubrania przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, zakrywając tylko najbardziej wstydliwe części ich starych ciał. Nadeszli niemal równocześnie, przedzierając się przez mięsiste liście. Minotaur, elf, wilkołak i krasnolud. Zobaczyli się już z daleka, ale powstrzymali okrzyki radości i pozdrowienia. Nie było tu miejsca na konwenanse czy wylewne okazywanie emocji. Mieli tutaj coś do zrobienia, coś, czego nie robili już od bardzo dawna. Ryzyko było ogromne, ale ich podupadająca tradycja i zwyczaje wymagały od nich tego śmiałego ruchu. Potrzebowali go, jak wysuszona ziemia deszczu. Chcieli jeszcze raz, wspólnie, dokonać czegoś wielkiego.

Szamani zbliżyli się do eliptycznego kamienia, ustawiając się symetrycznie po jego bokach. Pozwolili sobie nawet wymienić uśmiechy, nie odzywając się jednak ani słowem. Atmosfera skupienia była tak gęsta, że można było ją ciąć mieczem. Wszystko zostało już ustalone, obgadane i postanowione, nie było czasu do stracenia. Swoje przygotowania rozpoczęli w skupieniu, tkając wspólnie jedną myśl. Zaśpiew rozpoczął łysy elf o najczystszym głosie. Dopełniona następnie przez basowe pomrukiwanie minotaura pieśń niespiesznie zyskiwała na mocy, nieinwazyjnie niczym lekki wiaterek przecinając ciężkie, duszne powietrze Nizin Szmaragdu. Krasnolud bez palców u lewej dłoni zaczął obchodzić głaz, zdrapując paznokciami mech w taki sposób, aby nieporośnięte nim już miejsca układały się w skomplikowany, cyrkularny wzór. Jego siwa, przerzucona przez lewe ramię broda zaczęła powiewać z lekka, gdy nieczęsty w tej okolicy młody zefir wpadł z ciekawości w odwiedziny na polanę. Wraz z karłem krążyli wszyscy szamani, poruszając się z wolna w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara. Wilkołak poruszał się z opuszczonym pyskiem, mrucząc coś pod nosem. Jego wyliniała, szarobiała sierść była pomalowana szkarłatem w wielu miejscach, tworząc plemienny, piękny w swej prostocie wzór. Wyglądał, jakby spokojnie się modlił bądź rozmawiał z własnym sumieniem, pojednując się z samym sobą.

Ciągle śpiewający elf po zatoczeniu pełnego koła pochwycił leżący teraz u jego stóp, parciany worek, który zabrał tu ze sobą. Taniec zatrzymał się na chwilę, gdy długouchy wysypał całą zawartość pakunku na środek omszałego głazu. Była to zwyczajna kupka rozwiewającego się szybko na wzbierającym wietrze, szarego prochu. Mężczyźni ruszyli w przeciwnym kierunku, przyspieszając kroku. Wraz z nimi przyspieszała wichura, szarpiąc ich ubrania oraz strukturę rytuału. Zwyczajowy w tych stronach, obfity deszcz lunął na nich znienacka, jednak oni wyglądali, jakby byli na to przygotowani. Niewzruszeni niesprzyjającymi im warunkami pogodowymi szamani kontynuowali swe dzieło, wykonując kolejny pełny obrót, podczas którego krasnolud jeszcze raz sprawdził nakreślone przez siebie symbole. Dając znak przez kiwnięcie głową, brodacz położył swą okaleczoną dłoń na pierwszej wyrysowanej przez siebie runie. Wszystkie znaki rozświetliły się lekką czerwienią.

Nagle na środek głazu jednym susem wskoczył dotychczas spokojny wilkołak. Jego włochate stopy zostały oblepione przez zmieszany z deszczem proch. Pozostali rytualiści zapełnili lukę po swym towarzyszu, oddalając się od siebie, aby nadal zachować pełną symetrię. Znajdujący się w centrum szaman długo popatrzył każdemu z nich w oczy, zanim zamknął swoje i odetchnął głęboko, z ulgą. Bezwłosy, nieprzerywający swego pięknego śpiewu elf przyłożył stulone dłonie do swego mostka, a w powietrzu przed nim zaczęły materializować się niewyraźne, chwiejne kształty. Duszki otoczyły ciągle stojącego na głazie wilkołaka, podrygując wokół niego i rozmazując jego sylwetkę. W pewnym momencie zaczął z nimi tańczyć jeszcze jeden cień, nieco większy i mniej podobny do reszty. Ciało humanoida zaczęło się zmieniać, jednak szczegóły tego procesu nie były widoczne.

Kierowane przez długoucha, niematerialne istoty zabrały ze sobą tę większą, która pojawiła się już po nich. Wzleciały ku górze, znikając gdzieś w chmurach. Ciało wilkołaka osłabło, tracąc pion, jednak zanim zdążył on upaść, do akcji wkroczył krasnolud. Wykrzykując kilka twardych, jednosylabowych, mocnych słów wywołał reakcję uprzednio wyrysowanych symboli, które doprowadziły znajdujący się pośrodku polany głaz do stanu magicznego wrzenia. Upłynniona nagle skała poruszyła się w górę, oblepiając znajdującego się w środku szamana niemal w tym samym momencie, gdy ziemią wstrząsnął pierwszy burzowy grzmot. Minotaur z lubością spojrzał w niebo, po czym wraz ze swoimi towarzyszami oddalił się od kryjącego żywy rdzeń, bulgoczącego pomnika. Jeden ruch zaciśniętej pięści byka zesłał błyskawicę dokładnie na głowę tego, który poświęcił się dla sprawy. Wilcza sylwetka zapłonęła żywym ogniem, ogniem, którego nawet silny deszcz nie był w stanie ugasić. Szamani pracowali niestrudzenie, nadal prowadząc rytuał, każdy na swój sposób. Płomienie opadły wreszcie, a wraz z nimi słabł też deszcz. Ostatnie płomyki pełgały leniwie po szarym futrze. Z dogasających ogników wyłonił się… Tarreth.

Były, jeszcze do tej chwili uznawany za martwego majordomus Autonomii Wolenvain kwilił jak dziecko, krzycząc w Wolnej Mowie przez łzy. Wyglądał, jakby został wyrwany z rozemocjonowanej konwersacji i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Jego ciało nie miało na sobie ani jednej blizny, jawił się też jako młodszy, niż przed śmiercią. Jego mięśnie były słabe, organy zawodne, a skóra zwiotczała. Z początku niewiele pamiętał. W jego głowie częściej niż faktyczne wspomnienia pojawiały się jedynie mgliste odczucia na temat jego przeszłości. Ledwo udało mu się odzyskać zdolność składnej mowy, gdy przypadł do niego łysy, stary elf w przepasce biodrowej.

- Odrodzony przez ogień, grom, ziemię, wodę i powietrze! Zesłany przez przodków ku ich chwale! Zniszczony ludzką tyranią Tarrethu, powstań! - wykrzyknął starzec, a z jego nosa buchnęła krew. Długouchy zatoczył się, upadając na plecy. Od razu dopadli do niego podobnie ubrani towarzysze – minotaur i krasnolud. Ułożyli go płasko na ziemi, sprawdzając tętno. Zamieszanie, jakie powstało wokół słabującego szamana pozwoliło Tarrethowi rozeznać się nieco po okolicy. Silny zapach ozonu szczelnie wypełnił jego nozdrza, nie pozwalając wyczuć żadnej innej woni. Cudem ożywiony wojownik znajdował się w głębokim lesie, w otoczeniu roślin, których nigdy jeszcze w życiu nie widział. Właśnie przestało padać, wszystko było jeszcze mokre od deszczu. Powoli docierały do niego odgłosy budzącej się nocy, a jego wilcze zmysły dostrajały się do nowych warunków. Czuł, jakby wszystkie napędzające jego ciało mechanizmy poruszały się niezwykle ociężale, zardzewiałe od długiego czasu nieużywania. Mógł tylko czekać, aż rozruszają się na tyle, aby pozwolić mu na jakieś działanie.

//Rozpoczynamy pierwszy rozdział sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Rozdziałów będzie cztery bądź pięć, w zależności od rozwoju sytuacji fabularnej. Więcej informacji mogę udzielić Ci drogą prywatną.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

01 paź 2014, 01:19

Nie był to specjalny szok dla wilkołaka. Widział doskonale, w jakim stanie był elf, to nie mogło potrwać długo. Jednak, dotknął go pewien zawód. Przodkowie pragnęli, by ten odbudował Drogę Przodków w świecie, a on jednak znał ją tylko, jako słuchacz, a nie mówca. I to też nie wszystko. Jak mógł nieść ich słowo, jak mógł być ich Piewcą, jeśli nie przez zostanie szamanem? Ogniwem, łączącym Świat Duchów z tym światem?
Nadzieja pozostała w samych Przodkach, którzy go nie zostawią, pomogą mu zgłębić te tajniki. Głęboka nadzieja, że to, co stało się w puszczy nie było jedynie cudem, a początkiem. Nowym początkiem, który zdefiniuje drogę życia Tarra. Odruchowo zerknął na pieczarę. Ozdoby i materiały tu zgromadzone, zdecydowanie służące sztuce szamanistycznej wprawiały wojownika w pewien stan spokoju.
Spojrzał znów na swego mentora. Z pewnym smutkiem w oczach patrzył na jego męki, na jego rychło przybywającą śmierć. Położył swą wielką dłoń na jego ramieniu, zamknął oczy i spuścił lekko głowę.
Obyś szybko odnalazł drogę do swych Przodków, Czcigodny – Nie wiedział, czy tak należy. Nikt nie uczył go tego typu obrzędów. Zrobił to, co nakazywało mu serce. Pożegnał tego, który niedługo wkroczy do Świata Duchów i dołączy do panteonu Przodków.
Następnie wstał i podszedł do miejsca, gdzie zgromadzone było jedzenie. Poszukałby jakiegoś worka i zapakował co się da, zostawiając jednak trochę mięsa w wolnej dłoni – w końcu trzeba było coś zjeść. I gdy już miał opuścić grotę, zatrzymał się i odwrócił do szamana z ostatnim pytaniem:
Gdzie znajdę to drzewo, Mistrzu? – ogólnikowa wskazówka szamana zostawiła Odrodzonemu całą dżunglę do obskoczenia. Na to jednak czasu nie było. Wszelka wskazówka byłaby mile widziana.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

20 paź 2014, 13:10

MG

Przemawianie do osoby, która straciła przytomność nigdy nie należało do zbyt dobrych pomysłów. Jakkolwiek pożegnania i życzenia szybkiego odnalezienia drogi do Przodków były w takim przypadku jak najbardziej na miejscu, zadawanie konkretnych pytań w kierunku siedzącego bez życia elfa nie niosło za sobą niczego dobrego. Jeżeli Tarr spodziewał się, że obudzi tym ostatniego ze swoich mentorów – tego, z którym przebywał najmniej czasu – to grubo się pomylił. Wyraził swoje wątpliwości na głos, ale nie przyniosło to rozwiązania jego problemu. Musiał poszukać wspomnianego przez elfa drzewa i Żalu Przodków na własną rękę.

W swej łapie trzymał pleciony, elastyczny kosz wypełniony prowiantem, dzięki któremu będzie mógł podróżować przez co najmniej kilka dni. Wyszedł z jaskini, po raz kolejny wystawiony na piękne, górskie widoki. Ośnieżone granie przeplatały się z bardziej płaskimi terenami, a ze swej pozycji wilkołak mógł dostrzec prawie całe Niziny Szmaragdu. Widział ogromne połacie zieloności, w których przebywał przez kilkadziesiąt ostatnich dni. Dalej rozciągały się stepy, o których wiedział, że zamieszkane są przez minotaury. Wiedział, gdzie są bagna i w którym kierunku szukać przypustynnego Khan'Sal. Jego percepcja wyostrzyła się niewyobrażalnie, zupełnie jakby świat sam pchał mu się do oczu.

Wreszcie dostrzegł ostateczny cel swej wędrówki. Za głęboką kotliną, na skalistym wzniesieniu rosło drzewo, co do którego nie miał żadnych wątpliwości. Choć znajdowało się ono na granicy wzroku Tarra, widział, że jego rozłożyste gałęzie miały na sobie niewiele liści, choć nadal onieśmielały swoimi rozmiarami. Roślina, niegdyś potężna, obumierała, zupełnie tak, jak starożytna wiara w Przodków. Wilkołak stał tak jak urzeczony, przepełniony naturalnym dlań smutkiem. Czuł się tak, jakby patrzył na śmiertelne chorą, a niezwykle bliską mu osobę. Miał czas, aby przyzwyczaić się do tego, że wkrótce jej zabraknie, a mimo tego jego gardło zacisnęło się, gdy patrzył na to, co zostało mu objawione. Musiał iść tam, gdzie mu polecono, nieważne, jakie niebezpieczeństwa czyhały na tej ostatniej ścieżce.

Pierwszym z nich była wspomniana kotlina – jej obejście kosztowałoby zbyt wiele czasu, natomiast zejście na jej dno i wspinaczka po drugiej stronie mogły okazać się zbyt niebezpieczne (szczególnie zważywszy na to, że Tarr nie miał przy sobie liny). Życie ponownie postawiło go przed trudnym wyborem, choć przynajmniej teraz znał już swoją destynację. Z pewnością nie zamierzał poddawać się u samego końca swej wędrówki.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

07 gru 2014, 21:20

Tarr spojrzał w niebo. Chrmury odbiły się w jego oczach i tylko ich ruch, podążający za samotnym jastrzębiem zdradzał, że nie są to szklane kule. Wilkołak nie bez powodu patrzył na ptaka. Drapieżnik, szybki, nieuchwytny i szanowany przez wiele kultur leciał prosto w kierunku drzewa. Był tylko on, bezkresne niebo i cel jego wędrówki. I pomimo, iż sam wojownik skrzydeł nie posiadał – wiedział, że to jest jego droga. Nie było czasu na okrążenie tego wąwozu. Duchy chciały, by Tarr odnalazł to, co kryje to piękne drzewo, posąg ku czci jego Wiary. I wiedział, że Duchy mu sprzyjają. Dzięki ich pomocy powstał z martwych. Dzięki ich wsparciu przeszedł wiele testów i prób. Dzięki nim wiele się nauczył. I to wszystko w jakimś celu. Z pewnością nie po to, by miał teraz zdechnąć w jakimś wąwozie, bądź szukać dróg na około, szukać dróg łatwiejszych. Nigdy nie był tego uczony. Westchnął głęboko i ciężko, po czym sprawdził ekwipunek. Swoje toporki, nóż, łuk.
Dokąd mnie prowadzicie, Przodkowie? – mruknął zamyślony, robiąc pierwszy krok ku swojemu przeznaczeniu.
Wiedział bardziej, niż doskonale, że obrana droga jest niebezpieczna. Lecz on był silny, a prowadzili go Przodkowie. Z ich wsparciem musiało się udać.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 gru 2014, 01:27

MG

Nie zważając na potężną stromiznę, u której skraju stanął, Tarr wykonał pierwszy krok w kierunku majaczącego w oddali drzewa Przodków. Szedł ostrożnie, ale nie miał przy sobie żadnej liny, na której mógłby się wesprzeć, a luźne kamienie złowieszczo chrzęszczały pod jego stopami. Przyczepność była tutaj bardzo niska, a nachylenie znaczne. Niewiele czasu trzeba było, aby wilkołakowi powinęła się noga.

Upadł na plecy, ześlizgując się na nich w dół i nie będąc w stanie powstrzymać własnego pędu. Machał niezbornie łapami, usiłując uchwycić się czegokolwiek, co mogłoby pomóc mu w zatrzymaniu się. Jego ubranie poszarpało się, przerzucony przez plecy łuk złamał, a pas przetarł, rozdzielając się na dwoje i porzucając tym samym przypięte doń, kamienne toporki, które szybko stoczyły się w dół. Torba pękła z trzaskiem, wypuszczając z siebie całe pożywienie, jakie Tarr miał na drogę. Gdzieś w połowie tego szaleńczego, coraz szybszego spadku Tarr zatrzymał się wreszcie, chwytając jakiegoś krzewu.

Nadal leżał na plecach, płasko do podłoża, którego płaszczyzna była niemal pionowa. Poobijał się na skałach, w wielu miejscach zdarł sobie skórę razem z futrem i stracił część ekwipunku, ale mógł mówić o sobie jako o szczęściarzu. Lecąc dalej z pewnością złamałby sobie przynajmniej kilka kończyn. Należące doń przedmioty spływały leniwie na dno kotliny; niektóre z nich zatrzymały się gdzieś po drodze, inne dotarły na sam dół. Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo.

Wróć do „Niziny Szmaragdu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.