Polana w lesie deszczowym

Niziny te dzięki wielu pomniejszym rzekom i strumyczkom są mocno zazielenione i bogate w różnoraką florę. Mimo ich uroku ludzie nieczęsto się tam zapuszczają - są to podobno ziemie minotaurów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Polana w lesie deszczowym

22 wrz 2013, 22:53

Zróżnicowany krajobraz Nizin Szmaragdu niósł niesamowite wrażenia estetyczne. Położone na południu, potężne Góry Graniczne strzegły zdradliwych bagien, błękitnych rzek, dusznych lasów i trawiastych równin stanowiących dom dla wielu niepojętych istot. Nie było jednak łatwym dostanie się tutaj i podziwianie ich. Był to teren najeżony niebezpieczeństwami i niemal niezaludniony. To tutaj, mimo woli władyków miast takich jak Khan'Sal czy Quaten znajdował się jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody znanego świata. Żadna ludzka potęga nie odważyła się go zdobyć, nawet mimo ogromnych bogactw, które domniemanie skrywała ta ziemia.

Gdzieś na południowym zachodzie Nizin, w głębi potężnego lasu deszczowego znajdowała się mała, pokryta niską, wielkolistną roślinnością polana. Co dziwne, wydawało się, jakby ktoś o nią dbał – każda roślina miała dostęp do światła słonecznego, przy czym nie było widać tutaj ani jednego, choćby bardzo młodego drzewka. Pośrodku polany znajdował się płaski, zaokrąglony jajowato, omszały głaz.


MG

Umierające, niewidoczne zza drzew słońce zabarwiło pełne szarych chmurek niebo krwistą poświatą. Hałaśliwe życie ustępowało miejsca życiu o wiele bardziej tajemniczemu, działającemu w ukryciu. Jak codziennie o tej porze w lesie następował istny przełom, inny jednak od tego, jaki miał tutaj miejsce o wschodzie słońca. Budziły się siły, które niezdolne były do istnienia w świetle Lorven. Przesycone mocą dwóch odmiennych światów przejście pomiędzy dniem a nocą było idealnym czasem, aby dokonać czegoś wiekopomnego. Spokój polany, której centrum stanowił omszały głaz, został zakłócony.

Było ich czterech. Spotkawszy się o zachodzie słońca, potajemnie, niepewnie wkroczyli na polanę. Ich ubrania przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, zakrywając tylko najbardziej wstydliwe części ich starych ciał. Nadeszli niemal równocześnie, przedzierając się przez mięsiste liście. Minotaur, elf, wilkołak i krasnolud. Zobaczyli się już z daleka, ale powstrzymali okrzyki radości i pozdrowienia. Nie było tu miejsca na konwenanse czy wylewne okazywanie emocji. Mieli tutaj coś do zrobienia, coś, czego nie robili już od bardzo dawna. Ryzyko było ogromne, ale ich podupadająca tradycja i zwyczaje wymagały od nich tego śmiałego ruchu. Potrzebowali go, jak wysuszona ziemia deszczu. Chcieli jeszcze raz, wspólnie, dokonać czegoś wielkiego.

Szamani zbliżyli się do eliptycznego kamienia, ustawiając się symetrycznie po jego bokach. Pozwolili sobie nawet wymienić uśmiechy, nie odzywając się jednak ani słowem. Atmosfera skupienia była tak gęsta, że można było ją ciąć mieczem. Wszystko zostało już ustalone, obgadane i postanowione, nie było czasu do stracenia. Swoje przygotowania rozpoczęli w skupieniu, tkając wspólnie jedną myśl. Zaśpiew rozpoczął łysy elf o najczystszym głosie. Dopełniona następnie przez basowe pomrukiwanie minotaura pieśń niespiesznie zyskiwała na mocy, nieinwazyjnie niczym lekki wiaterek przecinając ciężkie, duszne powietrze Nizin Szmaragdu. Krasnolud bez palców u lewej dłoni zaczął obchodzić głaz, zdrapując paznokciami mech w taki sposób, aby nieporośnięte nim już miejsca układały się w skomplikowany, cyrkularny wzór. Jego siwa, przerzucona przez lewe ramię broda zaczęła powiewać z lekka, gdy nieczęsty w tej okolicy młody zefir wpadł z ciekawości w odwiedziny na polanę. Wraz z karłem krążyli wszyscy szamani, poruszając się z wolna w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara. Wilkołak poruszał się z opuszczonym pyskiem, mrucząc coś pod nosem. Jego wyliniała, szarobiała sierść była pomalowana szkarłatem w wielu miejscach, tworząc plemienny, piękny w swej prostocie wzór. Wyglądał, jakby spokojnie się modlił bądź rozmawiał z własnym sumieniem, pojednując się z samym sobą.

Ciągle śpiewający elf po zatoczeniu pełnego koła pochwycił leżący teraz u jego stóp, parciany worek, który zabrał tu ze sobą. Taniec zatrzymał się na chwilę, gdy długouchy wysypał całą zawartość pakunku na środek omszałego głazu. Była to zwyczajna kupka rozwiewającego się szybko na wzbierającym wietrze, szarego prochu. Mężczyźni ruszyli w przeciwnym kierunku, przyspieszając kroku. Wraz z nimi przyspieszała wichura, szarpiąc ich ubrania oraz strukturę rytuału. Zwyczajowy w tych stronach, obfity deszcz lunął na nich znienacka, jednak oni wyglądali, jakby byli na to przygotowani. Niewzruszeni niesprzyjającymi im warunkami pogodowymi szamani kontynuowali swe dzieło, wykonując kolejny pełny obrót, podczas którego krasnolud jeszcze raz sprawdził nakreślone przez siebie symbole. Dając znak przez kiwnięcie głową, brodacz położył swą okaleczoną dłoń na pierwszej wyrysowanej przez siebie runie. Wszystkie znaki rozświetliły się lekką czerwienią.

Nagle na środek głazu jednym susem wskoczył dotychczas spokojny wilkołak. Jego włochate stopy zostały oblepione przez zmieszany z deszczem proch. Pozostali rytualiści zapełnili lukę po swym towarzyszu, oddalając się od siebie, aby nadal zachować pełną symetrię. Znajdujący się w centrum szaman długo popatrzył każdemu z nich w oczy, zanim zamknął swoje i odetchnął głęboko, z ulgą. Bezwłosy, nieprzerywający swego pięknego śpiewu elf przyłożył stulone dłonie do swego mostka, a w powietrzu przed nim zaczęły materializować się niewyraźne, chwiejne kształty. Duszki otoczyły ciągle stojącego na głazie wilkołaka, podrygując wokół niego i rozmazując jego sylwetkę. W pewnym momencie zaczął z nimi tańczyć jeszcze jeden cień, nieco większy i mniej podobny do reszty. Ciało humanoida zaczęło się zmieniać, jednak szczegóły tego procesu nie były widoczne.

Kierowane przez długoucha, niematerialne istoty zabrały ze sobą tę większą, która pojawiła się już po nich. Wzleciały ku górze, znikając gdzieś w chmurach. Ciało wilkołaka osłabło, tracąc pion, jednak zanim zdążył on upaść, do akcji wkroczył krasnolud. Wykrzykując kilka twardych, jednosylabowych, mocnych słów wywołał reakcję uprzednio wyrysowanych symboli, które doprowadziły znajdujący się pośrodku polany głaz do stanu magicznego wrzenia. Upłynniona nagle skała poruszyła się w górę, oblepiając znajdującego się w środku szamana niemal w tym samym momencie, gdy ziemią wstrząsnął pierwszy burzowy grzmot. Minotaur z lubością spojrzał w niebo, po czym wraz ze swoimi towarzyszami oddalił się od kryjącego żywy rdzeń, bulgoczącego pomnika. Jeden ruch zaciśniętej pięści byka zesłał błyskawicę dokładnie na głowę tego, który poświęcił się dla sprawy. Wilcza sylwetka zapłonęła żywym ogniem, ogniem, którego nawet silny deszcz nie był w stanie ugasić. Szamani pracowali niestrudzenie, nadal prowadząc rytuał, każdy na swój sposób. Płomienie opadły wreszcie, a wraz z nimi słabł też deszcz. Ostatnie płomyki pełgały leniwie po szarym futrze. Z dogasających ogników wyłonił się… Tarreth.

Były, jeszcze do tej chwili uznawany za martwego majordomus Autonomii Wolenvain kwilił jak dziecko, krzycząc w Wolnej Mowie przez łzy. Wyglądał, jakby został wyrwany z rozemocjonowanej konwersacji i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Jego ciało nie miało na sobie ani jednej blizny, jawił się też jako młodszy, niż przed śmiercią. Jego mięśnie były słabe, organy zawodne, a skóra zwiotczała. Z początku niewiele pamiętał. W jego głowie częściej niż faktyczne wspomnienia pojawiały się jedynie mgliste odczucia na temat jego przeszłości. Ledwo udało mu się odzyskać zdolność składnej mowy, gdy przypadł do niego łysy, stary elf w przepasce biodrowej.

- Odrodzony przez ogień, grom, ziemię, wodę i powietrze! Zesłany przez przodków ku ich chwale! Zniszczony ludzką tyranią Tarrethu, powstań! - wykrzyknął starzec, a z jego nosa buchnęła krew. Długouchy zatoczył się, upadając na plecy. Od razu dopadli do niego podobnie ubrani towarzysze – minotaur i krasnolud. Ułożyli go płasko na ziemi, sprawdzając tętno. Zamieszanie, jakie powstało wokół słabującego szamana pozwoliło Tarrethowi rozeznać się nieco po okolicy. Silny zapach ozonu szczelnie wypełnił jego nozdrza, nie pozwalając wyczuć żadnej innej woni. Cudem ożywiony wojownik znajdował się w głębokim lesie, w otoczeniu roślin, których nigdy jeszcze w życiu nie widział. Właśnie przestało padać, wszystko było jeszcze mokre od deszczu. Powoli docierały do niego odgłosy budzącej się nocy, a jego wilcze zmysły dostrajały się do nowych warunków. Czuł, jakby wszystkie napędzające jego ciało mechanizmy poruszały się niezwykle ociężale, zardzewiałe od długiego czasu nieużywania. Mógł tylko czekać, aż rozruszają się na tyle, aby pozwolić mu na jakieś działanie.

//Rozpoczynamy pierwszy rozdział sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Rozdziałów będzie cztery bądź pięć, w zależności od rozwoju sytuacji fabularnej. Więcej informacji mogę udzielić Ci drogą prywatną.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 12:35

MG

Gość Tarra nie odpowiedział na jego zaczepki, wyraźnie nie rozumiejąc mowy wilkołaka. Ten ostatni miał powody do narzekań – trafił mu się nauczyciel-niemowa. Mimo tego, że minotaur nie pojął dokładnego przesłania, wyczuwał w tonie głosu swego towarzysza, że coś mu się w zaistniałej sytuacji nie podoba. Dla pewności więc uszczypnął go silnie w nos, po czym skinął głową. Poprowadził swojego podopiecznego przez las, daleko od miejsca, w którym znajdowała się jego chatka. Wilkołak starał się zapamiętywać drogę, ale niewiele mu to dawało. Na Nizinach Szmaragdu nie było udeptanych ścieżek, jasno wytyczonych szlaków i znaków przy drodze. Wędrówka trwała kilka godzin, podczas których szaman często przystawał, pokazując Tarrowi rozliczne wytwory matki natury. Czasem dawał mu do zrozumienia, że dane drzewo rodzi smaczne owoce, czasem pokazywał, których miejsc lepiej unikać. Dawał swojemu towarzyszowi bezcenną wiedzę. Na tym się jednak nie skończyło.

Mężczyźni dotarli w końcu do płynącej wesoło, czystej rzeki, przy której dane im było się odświeżyć. Poszli dalej, w górę potoku, napotykając po chwili malowniczy, choć niezbyt duży wodospad. Minotaur gestem zachęcił Tarra do zbliżenia się. Wilkołacze oczy ujrzały naturalną, zasłoniętą przez spływającą wodę grotę – cel podróży. Szaman oczekiwał, że jego podopieczny przejdzie pod strumieniem czystej jak łza cieczy, dostając się do środka. Gdyby ten przystał na jego propozycję, jego oczom ukazałoby się kamienne wnętrze jaskini. Początkowo nie widziałby niczego niezwykłego, choć ilość światła wpadającego do środka zdecydowanie umożliwiała rozeznanie się w terenie. Dopiero po przejściu paru kroków w stronę niemal idealnie pionowej, tylnej ściany grotu Tarr dojrzałby rozliczne, zdobiące ją malunki.

Historia przedstawiona na obrazkach w prosty sposób odnosiła się do tego, w jaki sposób powstały niektóre z zamieszkujących Lewiatana ras. Początkowo widać było tylko zarysy zwierząt – wilka lub psa, byka, jaszczurki i kota. Wszystkie zostały zebrane w jednym, mistycznym miejscu, z tańczącymi wokół nich duchami, gdzie nadeszła ich transformacja. Zwierzęta powstały na dwie nogi, upodabniając się do siebie i przyjmując postawę wyprostowaną, zachowując jednak przy tym swoje cechy gatunkowe. Ostatni malunek przedstawiał cztery istoty stojące obok siebie, nagie i naznaczone przez samych Przodków. Tarr zrozumiał, że znajduje się w miejscu odosobnienia, ogromnej wiedzy i przyczynku jego wiary. Ściana upstrzona była odciskami dłoni i łap rozlicznych wyznawców, którzy najwyraźniej pielgrzymowali w to miejsce przez całe wieki. Większość z nich była jednak stara, zmurszała niczym pierwotne obrazki. Wilkołak poczuł ciężar dziedzictwa, jaki spadł na jego barki. Był jedynym całkowicie sprawnym wyznawcą religii Przodków, jakiego znał. Poczuł on wtedy, że wie już, dlaczego został przywrócony do życia, dlaczego musi żyć i przetrwać. Jego zadaniem było odzyskanie dawnej potęgi przekazanie prawdy dalej, do nieznających jej istot. Był jej jedyną szansą.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

27 mar 2014, 12:49

To było… Magiczne. To było niesamowite. Jakby Tarra uderzyli wszyscy Przodkowie naraz. Jednocześnie potężne uderzenie, związane z tą nową wiedzą, ale i opiekuńczy dotyk Duchów. Wilkołak uniósł łapę, by dotknąć jednego z rysunków. Tego ostatniego. Nie dotknął go jednak. Nie czuł się wręcz godzien dotykania tej historii. Mógł ją podziwiać, mógł… Mógł być jej orędownikiem. I musiał nim być.
Odwrócił się do minotaura, a jego wzrok pełen był poruszenia i zaskoczenia.
Więc jestem tu… By to przetrwało? – spytał, starając się gestykulować swoje słowa tak, by szaman to zrozumiał.
To było jednak ciężkie. Tarr jeszcze w… Poprzednim życiu – jeśli tak można to nazwać – był żołnierzem. Jego głównym interesem była służba. Oddawał cześć Duchom, honorował Przodków i czuł respekt przed dziełami Ziemi. Jednak robił to dla siebie. Robił to, bo tak był wychowany i w to wierzył. Nie czuł żadnej misji szerzenia tej wiedzy – zresztą mało spotkał osób, które by były zainteresowane jego wiarą. Oni mieli swoich bogów – cynicznych, aroganckich, złych, dobrych, pobłażliwych i opiekuńczych. Niby niczym się od Duchów nie różniące byty… A jednak.
Czego Duchy ode mnie chcą? – spytał jeszcze, również starając się to gestykulować. Był tak zaskoczony tym wszystkim. Oniemiały wręcz.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 14:08

MG

Porozumiewanie się z osobą niezdolną do zrozumienia żadnych słów nigdy nie należało do łatwych. Z tego też względu Tarr postawił na gestykulację, licząc, że minotaur pojmie jego przekaz. Ten zaś wykazał się sporą dozą cierpliwości, pozwalając swojemu podopiecznemu na odpowiednie sformułowanie swoich myśli. Szczęściem niektóre z nich były całkiem zrozumiałe nawet bez słów, a tego typu reakcja wilkołaka była do przewidzenia. Minotaur pokiwał przeto głową, odpowiadając na jego pierwsze pytanie. Ujął po tym głowę wilkołaka, następnie klepnął go silnie w pierś, a potem oparł mocarne dłonie na jego ramionach. Przekaz był jasny: bądź mądry, silny i współczujący. Tego oczekują po tobie Przodkowie, tego chcą Duchy i tego pragnie Ziemia.

Przywróciliśmy cię do życia nie bez powodu, otrzymałeś niezwykle istotne zadanie. Przed tobą całe lata nowego życia, podczas którego będziesz w stanie krzewić naszą wiarę. My nie jesteśmy w stanie tego zrobić, jesteśmy tylko cieniem tej krainy.

Szaman, choć niemy, zdolny był do przekazywania swoich myśli na odpowiednim poziomie. Chociaż Tarr nie wiedział, jak do tego doszło, zrozumiał go perfekcyjnie. Ich rozmowa zakończyła się, a wilkołak trafił na powrót do swojej chatki, gdzie przyszło mu spędzić samotnie wiele kolejnych tygodni. Minotaur odwiedzał go co około cztery doby, ciągając do świętej jaskini, gdy tylko było to możliwe. Tarr poznał okolice chatki, nie gubiąc się w lesie nawet przy braku oznakowań na drzewach. Wiedza, jaka szła w parze z życiem w takim miejscu w naturalny sposób łączyła się z odzyskiwaną przez niego sprawnością fizyczną. Po kilku miesiącach wilkołak był w szczytowej formie. Biegał po lesie, ćwiczył, polował i zbierał owoce, ciągle odkrywając coś nowego. Zespolił się z naturą, znajdując swoje miejsce w tym nowym świecie. Wiedział, że aby wypełnić wolę Duchów musi być sprawny. Jego myśli z biegiem czasu uspokoiły się, zyskał na cierpliwości, pełnymi garściami korzystając z doświadczeń swego poprzedniego życia. Stawał się mądrym, starym wilkiem w młodym ciele, niesamowitym darze.

Pewnego dnia u progu chatki Tarra nie stanął spodziewany w tym dniu minotaurzy szaman. Zamiast niego na wilkołaka łypał spode łba ktoś o wiele niższy – znany mu z początku jego nowego istnienia krasnolud. Nadal brakowało mu palców u lewej dłoni, a jego siwa broda po przerzuceniu przez ramię sięgała ziemi. Bujna, poskręcana i pełna zaschniętych liści oraz gałązek czupryna dodawała mu nieco wzrostu.

- Ha! Wreszcie wyglądasz porządnie, chłopie! - wykrzyknął łamaną Wolną Mową, darując sobie wszelkie wstępy. - Byk dobrze cię wykarmił. Teraz się nauczysz czegoś lepsiejszego, ha! – szczeknął, uderzając Tarra w mostek z taką siłą, że aż wilkołakiem zachwiało. - Czym walczysz? - zapytał, mając najwyraźniej na myśli preferencje wilkołaka z przeszłego żywota oraz jego umiejętności w zakresie walki wręcz.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

27 mar 2014, 15:19

Ten czas był… Wspaniały. Niemal beztroski. Tarr oddał się temu, czemu oddawali się jego Przodkowie przed wiekami. Życiu w spokoju, w zgodzie z naturą. Nie przejmował się rozkazami, nie przejmował się obowiązkami żołnierza, czy mieszkańca miasta. Był Wilkiem. Był łowcą. Był Panem terenu, który znał. I nie próżnował. Każdy dzień spędzany był na trenowaniu, odzyskiwaniu sprawności, odzyskiwaniu wszystkiego, co utracił. Tworzeniu pułapek na zwierzynę, broni do polowań. Z początku było ciężko, bowiem do polowania służyła dzida z kamiennym grotem i broń tego samego typu z krótkim na jego dłoń uchwytem – nożem. Jednak nie były to rzecz jasna jedyne narzędzia, w jakie zaopatrzył się mieszkaniec puszczy. Narzędzia do skórowania, oczyszczania skóry… Miejsca, by te skóry rozłożyć, aby wyschły i były zdatne do użytku. wiele dni Tarr odkrywał to, co potrafił… I uczył się kompletnie nowych rzeczy. Miejsce prowizorycznej, lekkiej przepaski na biodra zajęła nowa – wytrzymalsza, grubsza z futra, powlekana grubą skórą w pasie, pełniąc funkcje paska. Skórzane, powlekane rzemieniem buty, które stanowiły dodatkową osłonę przed ostrymi kamieniami… Lecz przede wszystkim przed jadowitymi stworzeniami, które pierwej musiały przebić się przez obuwie, by dotrzeć do nóg.
Te dwa, skromne, acz konieczne i wygodne dodatki… Ozdabiane były przez Tarra kostkami i zębami zwierząt, które upolował z czasem i drewnianymi, ręcznie wygrawerowanymi, małymi totemami – które niewątpliwie miał czas robić. Zwisające na rzemieniach sznury wypełnione były tymi ozdobami z kości, drewna i piór. Ozdoby te były zarówno na butach, jak i przepasce. Nawet na szyi wilkołaka spoczywał naszyjnik z drewnianym totemem, a po obu jego stronach było kilka kłów.
Czas ten spędzony był też na usprawnianiu, sprzątaniu chaty. Nie było to wiele, lecz na tyle, by można było to nazwać zadbaną samotnią. Wnętrze pełne było podobnych, drewnianych, kościanych ozdób z piórami i malunkami na ścianach.
Lecz czy tego wszystkiego dokonał sam Tarr? Nie. Minotaur go wspierał. Pokazywał mu, jak robić to, czego on sam jeszcze nie znał. Jak pozyskiwać barwniki naturalne, jak wykonywać konkretne ozdoby i jak czcić Przodków. Odrodzony wiele zawdzięczał szamanowi. Traktował go, jak ojca.
I wtem, pewnego dnia, gdy wilkołak zajęty był oddawaniem czci Duchom w swej chatce, ktoś go odwiedził. Cieszył się z wizyty minotaura, lecz gdy się odwrócił, ujrzał krasnoluda. Tego, którego poznał wcześniej. Był trochę zaskoczony jego obecnością, a nie swego mentora. Powitał go jednak z szacunkiem – w końcu on też był szamanem. Po otrzymanym pytaniu jednak, mina Tarra trochę stężała.
Gdzie jest Twój przyjaciel? Minotaur? – spytał. Było to niezręczne. Tyle czasu go znał, a nie wiedział nawet, jak ma na imię. Nie zwlekając jednak, odpowiedział na pytanie.
A walczę… Wszystkim, co siecze, miażdży. Ostatnio zacząłem się uczyć strzelać z łuku – odparł, wskazując na leżący w kącie łuk, zdobiony tak, jak wszystko inne. Tarr się zmienił. Dużo większą uwagę zwracał na swoje korzenie i oddawanie czci Duchom. Chciał, by wszystko, co posiadał i co robił honorowało jego Przodków, chroniło go.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 21:32

MG

Obserwowanie krasnoluda było dla Tarra zupełnie nowym doznaniem. Przez te wszystkie dni, które minęły od jego wskrzeszenia aż do momentu ponownego spotkania brodatego szamana wilkołak miał do czynienia tylko ze swoim minotaurzym mentorem. Przywykł do swego jedynego towarzysza, nie mając nikogo, do kogo mógłby się odezwać. Krasnolud wydawał się zupełnie odmienny. Gwałtowny, szybki w swych osądach i o wiele bardziej komunikatywny sięgał ogromnemu Tarrowi nieco powyżej pasa.

- Byku dość już cię nauczył – powiedział krasnolud drapiąc się po podbródku. - Kiedyś opuścisz ten padół, musisz być gotowy. Przypomnę ci jak się trzyma brzeszczot. Za mną – polecił, odwracając się na pięcie i zaskakująco szybko jak na jego posturę przemierzając kolejne sążnie. Poprowadził swego towarzysza daleko na południe, do znanej mu formacji skalnej. Dobrze ukryte za drzewami przejście prowadziło do groty mieszkalnej brodacza, przed którą kazał Tarrowi poczekać. Nie było go ze dwa kwadranse, po których wyszedł z jaskini tuląc do siebie dwie półtorametrowe, porządne lagi. Jedną z nich podał wilkołakowi, testując jego refleks. Był w normie. Następnie niespodziewanie zdzielił go kijem przez łeb.

- Orientuj się - wydusił, uśmiechając się złośliwie. Wyglądało na to, że jego nauki nie będą tak bezinwazyjne, jak te minotaura. Brodacz zdecydowanie nie należał do mistrzów oręża, ale swoją robotę znał. Dla jego podopiecznego cała sytuacja była czymś nowym, przynajmniej od chwili, gdy otworzył swe oczy w nowym ciele. Walka z dzikimi zwierzętami nie mogła równać się ze stojącym przed nim na podobnych warunkach, realnym i doświadczonym przeciwnikiem. Krasnolud szturchnął Tarra swoją lagą, wyraźnie zachęcając do ataku. Ten mimo całego szacunku, jakim obdarzał szamana, poczuł gniew i chęć do bitki.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

27 mar 2014, 22:01

Czyżby… Nauka? A i owszem. Gdy Tarr dostał badylem przez łeb, pierw nie wiedział, co się dzieje. Słyszał głos krasnoluda, lecz nie widział go. Widział… Co on widział? Duchy jedne wiedziały. Był to bowiem chaos. Dużo ruchów jego, ruchów innych osób. Uzbrojonych. Przebłyski, które niewiele wnosiły, lecz uświadamiały wilkołaka. Uświadamiały go jeszcze bardziej, że był kiedyś wojownikiem. Był potężnym wojownikiem. Historia jednak to jedno, a stan obecny to drugie.
Walka w puszczy pomogła Odrodzonemu zapoznać się z orężem, wyczuć to, co każdy łowca czuć powinien. Walczył z drapieżnikami, których ruchy były… do przewidzenia. Jednak to nie to samo, co walka z uzbrojoną osobą. Ta także zazwyczaj znała się na rzeczy i trzeba było mieć wszystko na uwadze.
Ścisnął mocniej drewniany oręż w łapie i uniósł go. Podświadomie wiedział, jak broń ustawić, by łatwo było wyprowadzić atak, bądź przejść do defensywy. Póki co jednak…
Zamach z góry obwieszczony był przez krótkie warknięcie Wilka, jakby informujące o szykowanym ataku. Wyprowadził potężny zamach i spuścił broń w dół, chcąc odpłacić krasnoludowi pięknym za nadobne. Miał przewagę wzrostu, prawdopodobnie też siły i zręczności. Nie czuł się zagrożony. Pewny krok w przód i atak.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 mar 2014, 16:18

MG

Doświadczony wojownik wiedział, jak posłużyć się dowolną bronią w celu zadania innej osobie bólu. Dostrzegał jej słabe i mocne strony, wiedząc, czego się po niej spodziewać. Dopasowywał do niej swoje ruchy, obserwując przy tym swego przeciwnika. Zaznajomiony był ze sposobami, w jakie odpierało się ataki, jak się je kontrolowało i przejmowało. Doświadczony wojownik, tak… Kiedyś Tarr był takim.

Teraz jednak zniecierpliwienie i pewność siebie wzięły górę. Ciało wilkołaka, choć młodzieńczo sprawne, nie zachowało informacji o odruchach, jakie nabył podczas poprzedniego życia. Zaatakował głupio, narażając się uszczerbek. Niespodziewanie szybka reakcja jego przeciwnika, który podniósł swój kij nad głowę zbiła dawnego majordoma Autonomii Wolenvain z tropu. Krasnolud przejął jego cios, kierując włochtą rękę daleko od ciała. Jego odpowiedź spadła wtedy prosto za kolana, powodując zachwianie i w konsekwencji upadek Tarra. Wyglądało na to, że szaman w końcu nauczy go cierpliwości, tak niezbędnej, jeżeli zamierzał kontynuować swój fach. Wedle tego, co zrozumiał po szkoleniu, jakie zapewnił mu bezrogi minotaur, jego miejsce nie było na Nizinach Szmaragdu. Miał powrócić, a do tego musiał potrafić walczyć.

- Pierwsze koty za płoty – rzekł krasnolud, szczerząc złośliwie ubytki zębów. Pomógł swemu podopiecznemu wstać. - Jestem Kilgarmatin ze Złotego Wąwozu, ale możesz mi gadać „Kil” – przestawił się wreszcie, wymawiając swoje imię tak, jakby przełykał kamienie. – Będziesz tu przyłaził co drugi dzień, tak długo, aż mnie powalisz. Ni jestem już pierwszej młodości, ale coś-tam pojmniesz. Tak? – zapytał retorycznie, opierając się na swoim kiju. Wyglądało na to, że brak palców u lewej dłoni nijak nie utrudni szkolenia. Staruszek mimo wieku i doznanych zapewne przez setki lat żywota kontuzji był całkiem żwawy. – 'Reszcie se możesz do kogoś gębę otworzyć, co nie?

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

29 mar 2014, 23:13

To było zaskoczenie. Wilkołak nie spodziewał się po szamanie umiejętności walki. De facto bagatelizował to, co krasnolud chciał robić… Do czasu, gdy ten sprowadził go do parteru praktycznie jedną ręką. Wtedy dopiero poczuł, jakby ktoś go oblał kubłem zimnej wody. Przez umysł Tarra przeniknęły pierwsze wspomnienia, jakie miał z treningów bojowych – jeszcze ze swoim ojcem. I wtedy Tarr leżał na ziemi po pierwszej próbie ataku. I leżał tak wielokrotnie. To były dobre wspomnienia. Wszystkie, które dotyczyły jego ojca i wojska, żołnierz zawsze pielęgnował. Dbał o nie, przekazując je nowym rekrutom na własny sposób, gdy to on trenował innych.
Stęknął ciężko – nie z bólu. Z poczucia tej porażki, ze świadomości tego, że jest uczniem. Znowu.
Kil – zaczął Odrodzony, zbierając się z ziemi – Mam do Ciebie pytanie. Czy Duchy akceptują… Zemstę? – pytanie to było dość posępne, ponure i przepełnione goryczą. Tarr nie miał bowiem zamiaru odpuścić nikomu, kto przyczynił się do jego śmierci w taki sposób. Tarr był martwy. I nie wiedział nawet, czy miasto, któremu służył, którego bronił i które chciał umocnić nawet o nim pamięta. Bał się.
Stał tak i patrzył na krasnoluda, oczekując odpowiedzi z miną kamienną.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

30 mar 2014, 21:46

MG

Szaman przystanął na chwilę, a mina mu zrzedła. Nie spodziewał się takiego pytania tak wcześnie. Rozmyślał nad nim przez chwilę, nie dając po sobie poznać, że nie posiada na nie gotowej odpowiedzi. Religia Przodków nie posiadała jasno określonych zasad, jedynie pewne nienaruszalne ramy, co wymagało głębokiego przemyślenia każdej tego typu sprawy. Po chwili krasnolud przytaknął. Nie mógł uniknąć odpowiedzi, a Tarr zdecydowanie na nią zasługiwał. Pewne było, że w końcu jej zażąda, że pełen jest gniewu wobec tych, którzy pozbawili go życia. Nie należało go za to winić.

- Wszystko ma swój porządek – powiedział Kilgarmatin, starając się dokładnie wypowiadać wszystkie słowa. Nie znał za dobrze Wolnej Mowy, ale czuł powagę chwili nakazującą mu zachowanie odpowiedniego nastroju. Mówił powoli i prosto, ostrożnie dobierając słowa. - Jeżeli Przodkowie cię wskrzesili, to w mieli w tym cel. Istnieją duchy harmonii, ale też duchy gniewu. Pierwsze zawiodły – mówił, szybko przechodząc do sedna sprawy. – Nikt nie powie ci tego samego, ale… przyszedł wedle mnie czas na gniew. Powstałeś z ognia, znasz jego oczyszczającą moc. Tylko on może pokonać chaos. A teraz… Stawaj! – wykrzyknął, machając swoim kijem. Sprowadził Tarra do defensywy, a ten, zmuszony do obrony, wykonał kilka dość udanych manewrów. Dawne odruchy nadal gdzieś w nim siedziały, chociaż były niesamowicie głęboko ukryte. Krasnolud nie był szczególnym mistrzem walki, dodatkowo dawał wilkołakowi fory, niemniej ten ostatni mógł być dumy z tego, że nie oberwał… od razu. Po chwili znowu leżał na ziemi.

- Dobrze… – sapnął Kil. – Pamiętaj jeno, aby brać wszystko pod uwagę. Nie jestem wyrocznią - kontynuował poruszony wątek jak gdyby nigdy nic. – Gdybym mógł, sam bym tam poszedł i nauczył ich wszystkich moresu. Inni są mięciutcy jak cieplutkie masełka, nie walczą o swoje. Chcą przeminąć, w spokoju wyciągając swoje stare nogi. Ale nie lza przeca Przodków zapomnąć! – dokończył, akcentując swoje słowa kolejnym atakiem. Trwało to przez jakiś czas. Tarr dowiedział się, że stojący przed nim szaman jest chyba najbardziej gniewnym z całej trójki, ponadto kimś, dla kogo wiara w Przodków nie była pierwszą.. On pierwszy rwał się do bitki i z radością zaakceptował słowa wilkołaka dotyczące zemsty. Był zupełnie inny od minotaura, który szkolił Tarra poprzednio. Tamten był raczej pacyfistą, rzadko jadł mięso i raczej stronił od przemocy, ten zaś już na pierwszym spotkaniu zaczął ćwiczyć swego podopiecznego za pomocą kija. Po zakończonym szkoleniu Kilgarmatin odprowadził Tarra do jego chatki, informując o tym, że od teraz będą spotykać się na treningi dwa razy w tygodniu, bez żadnych wymówek.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

31 mar 2014, 23:50

Bez wymówek. Jak w wojsku. Tarr już wtedy polubił krasnoluda… Chociaż ciężko mu było zagadać do niego o sprawy bardziej duchowe – mimo, iż ten był szamanem tak, jak minotaur. Pytał jednak, gdy nadarzała się ku temu okazja. Głównym jednak celem tego wszystkiego był trening. Z początku ciężki trening, przypominający naukę chodzenia u kogoś, kto przez wiele lat był sparaliżowany i nagle przez Wolę Przodków ozdrowiał.

ADN Compositions – Legion

Wrócił do swojej chaty z kijem w ręku. Usiadł i patrzył na niego. Patrzył długo, kontemplując nad swoim życiem, tym, co ma, a czego mu brakuje. I im dłużej patrzył, tym kij nabierał znajomych kształtów szerokiego ostrza. I wtem nagle, podświadomie machnął nim, naśladując ruch, który sobie nagle przypomniał. Był on niedoskonały, krzywy i chwiejny. Jednak był.
Szybko zabrał się do pracy. Z kamieni i patyków – według nauk minotaura – utworzył prowizoryczne noże, toporki, buławy. Niektóre, dłuższe kije lekko naostrzył, tworząc z nich miecze. A z kilku warstw kory, powlekanej rzemieniami zrobił tarczę. To była jego broń treningowa.
Co drugi dzień przychodził do krasnoluda i trenował pod jego okiem, ćwiczył opanowane ruchy, sparował z nim. Jednak Tarr byłby chory, gdyby to byłby koniec jego treningów. Każdą wolną chwilę poświęcał na doskonaleniu siebie. Trenował ciało, gdy Duch już uleczony był.
Wstając, biegał, ćwiczył. Jego rutyna dni zawierała wspinaczki po drzewach i skałach. Skoki i ćwiczenie tężyzny fizycznej. Co kilka dni trenował też z bronią – sam. Wybierał tą samą broń i chodził z nią w różne miejsca, trenując ruchy z nią. Oswajając się z nią, przypominając sobie wszystko, czego nauczył się w poprzednim życiu. Trenował w lasach, korzystając z drzew nie tylko, jako celów, ale i elementów obrony. Trenował ataki zza drzew i zasłanianie się nimi. Manewrował.
Chodził na skały, gdzie trenował na bardzo ograniczonym terenie. Szedł nad rzekę, gdzie skakał ze skały na skałę, nie dopuszczając, by wpadł do wody. Każdą broń trenował osobno – wszędzie. I dopóki nie był zadowolony z efektów swej pracy, nie poddawał się. I codziennie słyszał w głowie słowa swego ojca i innych nauczycieli, którzy wyryli sobie w jego pamięci słowa, które przez dziesięciolecia były mu Świętą Księgą. Odkrywał się powoli, ale odkrywał. Skakał dalej, biegał szybciej. Wspinał się lepiej, skradał uważniej. Operowanie bronią robiło się coraz łatwiejsze, aż znów czuł że jest to część jego.
Walczył z Kilem i niezależnie, czy mu się udawało, czy nie – trenował pod jego okiem dalej. Chciał osiągnąć perfekcję. Jego młode ciało dawało mu tyle możliwości, których kiedyś już nie miał.
Jedną z metod treningu we władaniu bronią, do której potrzebny był krasnolud, był "Taniec". Tarr machał dowolna kombinacją broni, naśladując ruchy, ataki, bloki – do czasu, gdy Kil rzucał w jego stronę dowolną, losową inną broń. Rzecz polegała na tym, by Tarr ją przechwycił i natychmiast potrafił ją wykorzystać. Bez żadnej przerwy. Wojownik musiał się stać Zbrojmistrzem. Musiał zostać Wojmistrzem. Musiał być Wojną i Śmiercią. Musiał być tym, kim był kiedyś. I niestrudzony, z obranym tym jednym celem parł do przodu, nie oszczędzając się. Tak, jak nie oszczędzał się za młodu, w wojsku. Znów mógł dawać z siebie wszystko. Jego pamięć, ruchy, wszystko wracało.
Czuł wsparcie Przodków. Swego ojca i wszstkich innych, którzy walczyli przed nim. Czuł ich siłę, czuł ich prowadzące ręce. Rozmawiał z Kilem, często. Prosił go o rady, o słowa od Duchów. Potrzebował tego.


W końcu musiał być gotowy.

Wróć do „Niziny Szmaragdu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Grynfa, Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.