Polana w lesie deszczowym

Niziny te dzięki wielu pomniejszym rzekom i strumyczkom są mocno zazielenione i bogate w różnoraką florę. Mimo ich uroku ludzie nieczęsto się tam zapuszczają - są to podobno ziemie minotaurów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Polana w lesie deszczowym

22 wrz 2013, 22:53

Zróżnicowany krajobraz Nizin Szmaragdu niósł niesamowite wrażenia estetyczne. Położone na południu, potężne Góry Graniczne strzegły zdradliwych bagien, błękitnych rzek, dusznych lasów i trawiastych równin stanowiących dom dla wielu niepojętych istot. Nie było jednak łatwym dostanie się tutaj i podziwianie ich. Był to teren najeżony niebezpieczeństwami i niemal niezaludniony. To tutaj, mimo woli władyków miast takich jak Khan'Sal czy Quaten znajdował się jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody znanego świata. Żadna ludzka potęga nie odważyła się go zdobyć, nawet mimo ogromnych bogactw, które domniemanie skrywała ta ziemia.

Gdzieś na południowym zachodzie Nizin, w głębi potężnego lasu deszczowego znajdowała się mała, pokryta niską, wielkolistną roślinnością polana. Co dziwne, wydawało się, jakby ktoś o nią dbał – każda roślina miała dostęp do światła słonecznego, przy czym nie było widać tutaj ani jednego, choćby bardzo młodego drzewka. Pośrodku polany znajdował się płaski, zaokrąglony jajowato, omszały głaz.


MG

Umierające, niewidoczne zza drzew słońce zabarwiło pełne szarych chmurek niebo krwistą poświatą. Hałaśliwe życie ustępowało miejsca życiu o wiele bardziej tajemniczemu, działającemu w ukryciu. Jak codziennie o tej porze w lesie następował istny przełom, inny jednak od tego, jaki miał tutaj miejsce o wschodzie słońca. Budziły się siły, które niezdolne były do istnienia w świetle Lorven. Przesycone mocą dwóch odmiennych światów przejście pomiędzy dniem a nocą było idealnym czasem, aby dokonać czegoś wiekopomnego. Spokój polany, której centrum stanowił omszały głaz, został zakłócony.

Było ich czterech. Spotkawszy się o zachodzie słońca, potajemnie, niepewnie wkroczyli na polanę. Ich ubrania przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, zakrywając tylko najbardziej wstydliwe części ich starych ciał. Nadeszli niemal równocześnie, przedzierając się przez mięsiste liście. Minotaur, elf, wilkołak i krasnolud. Zobaczyli się już z daleka, ale powstrzymali okrzyki radości i pozdrowienia. Nie było tu miejsca na konwenanse czy wylewne okazywanie emocji. Mieli tutaj coś do zrobienia, coś, czego nie robili już od bardzo dawna. Ryzyko było ogromne, ale ich podupadająca tradycja i zwyczaje wymagały od nich tego śmiałego ruchu. Potrzebowali go, jak wysuszona ziemia deszczu. Chcieli jeszcze raz, wspólnie, dokonać czegoś wielkiego.

Szamani zbliżyli się do eliptycznego kamienia, ustawiając się symetrycznie po jego bokach. Pozwolili sobie nawet wymienić uśmiechy, nie odzywając się jednak ani słowem. Atmosfera skupienia była tak gęsta, że można było ją ciąć mieczem. Wszystko zostało już ustalone, obgadane i postanowione, nie było czasu do stracenia. Swoje przygotowania rozpoczęli w skupieniu, tkając wspólnie jedną myśl. Zaśpiew rozpoczął łysy elf o najczystszym głosie. Dopełniona następnie przez basowe pomrukiwanie minotaura pieśń niespiesznie zyskiwała na mocy, nieinwazyjnie niczym lekki wiaterek przecinając ciężkie, duszne powietrze Nizin Szmaragdu. Krasnolud bez palców u lewej dłoni zaczął obchodzić głaz, zdrapując paznokciami mech w taki sposób, aby nieporośnięte nim już miejsca układały się w skomplikowany, cyrkularny wzór. Jego siwa, przerzucona przez lewe ramię broda zaczęła powiewać z lekka, gdy nieczęsty w tej okolicy młody zefir wpadł z ciekawości w odwiedziny na polanę. Wraz z karłem krążyli wszyscy szamani, poruszając się z wolna w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara. Wilkołak poruszał się z opuszczonym pyskiem, mrucząc coś pod nosem. Jego wyliniała, szarobiała sierść była pomalowana szkarłatem w wielu miejscach, tworząc plemienny, piękny w swej prostocie wzór. Wyglądał, jakby spokojnie się modlił bądź rozmawiał z własnym sumieniem, pojednując się z samym sobą.

Ciągle śpiewający elf po zatoczeniu pełnego koła pochwycił leżący teraz u jego stóp, parciany worek, który zabrał tu ze sobą. Taniec zatrzymał się na chwilę, gdy długouchy wysypał całą zawartość pakunku na środek omszałego głazu. Była to zwyczajna kupka rozwiewającego się szybko na wzbierającym wietrze, szarego prochu. Mężczyźni ruszyli w przeciwnym kierunku, przyspieszając kroku. Wraz z nimi przyspieszała wichura, szarpiąc ich ubrania oraz strukturę rytuału. Zwyczajowy w tych stronach, obfity deszcz lunął na nich znienacka, jednak oni wyglądali, jakby byli na to przygotowani. Niewzruszeni niesprzyjającymi im warunkami pogodowymi szamani kontynuowali swe dzieło, wykonując kolejny pełny obrót, podczas którego krasnolud jeszcze raz sprawdził nakreślone przez siebie symbole. Dając znak przez kiwnięcie głową, brodacz położył swą okaleczoną dłoń na pierwszej wyrysowanej przez siebie runie. Wszystkie znaki rozświetliły się lekką czerwienią.

Nagle na środek głazu jednym susem wskoczył dotychczas spokojny wilkołak. Jego włochate stopy zostały oblepione przez zmieszany z deszczem proch. Pozostali rytualiści zapełnili lukę po swym towarzyszu, oddalając się od siebie, aby nadal zachować pełną symetrię. Znajdujący się w centrum szaman długo popatrzył każdemu z nich w oczy, zanim zamknął swoje i odetchnął głęboko, z ulgą. Bezwłosy, nieprzerywający swego pięknego śpiewu elf przyłożył stulone dłonie do swego mostka, a w powietrzu przed nim zaczęły materializować się niewyraźne, chwiejne kształty. Duszki otoczyły ciągle stojącego na głazie wilkołaka, podrygując wokół niego i rozmazując jego sylwetkę. W pewnym momencie zaczął z nimi tańczyć jeszcze jeden cień, nieco większy i mniej podobny do reszty. Ciało humanoida zaczęło się zmieniać, jednak szczegóły tego procesu nie były widoczne.

Kierowane przez długoucha, niematerialne istoty zabrały ze sobą tę większą, która pojawiła się już po nich. Wzleciały ku górze, znikając gdzieś w chmurach. Ciało wilkołaka osłabło, tracąc pion, jednak zanim zdążył on upaść, do akcji wkroczył krasnolud. Wykrzykując kilka twardych, jednosylabowych, mocnych słów wywołał reakcję uprzednio wyrysowanych symboli, które doprowadziły znajdujący się pośrodku polany głaz do stanu magicznego wrzenia. Upłynniona nagle skała poruszyła się w górę, oblepiając znajdującego się w środku szamana niemal w tym samym momencie, gdy ziemią wstrząsnął pierwszy burzowy grzmot. Minotaur z lubością spojrzał w niebo, po czym wraz ze swoimi towarzyszami oddalił się od kryjącego żywy rdzeń, bulgoczącego pomnika. Jeden ruch zaciśniętej pięści byka zesłał błyskawicę dokładnie na głowę tego, który poświęcił się dla sprawy. Wilcza sylwetka zapłonęła żywym ogniem, ogniem, którego nawet silny deszcz nie był w stanie ugasić. Szamani pracowali niestrudzenie, nadal prowadząc rytuał, każdy na swój sposób. Płomienie opadły wreszcie, a wraz z nimi słabł też deszcz. Ostatnie płomyki pełgały leniwie po szarym futrze. Z dogasających ogników wyłonił się… Tarreth.

Były, jeszcze do tej chwili uznawany za martwego majordomus Autonomii Wolenvain kwilił jak dziecko, krzycząc w Wolnej Mowie przez łzy. Wyglądał, jakby został wyrwany z rozemocjonowanej konwersacji i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Jego ciało nie miało na sobie ani jednej blizny, jawił się też jako młodszy, niż przed śmiercią. Jego mięśnie były słabe, organy zawodne, a skóra zwiotczała. Z początku niewiele pamiętał. W jego głowie częściej niż faktyczne wspomnienia pojawiały się jedynie mgliste odczucia na temat jego przeszłości. Ledwo udało mu się odzyskać zdolność składnej mowy, gdy przypadł do niego łysy, stary elf w przepasce biodrowej.

- Odrodzony przez ogień, grom, ziemię, wodę i powietrze! Zesłany przez przodków ku ich chwale! Zniszczony ludzką tyranią Tarrethu, powstań! - wykrzyknął starzec, a z jego nosa buchnęła krew. Długouchy zatoczył się, upadając na plecy. Od razu dopadli do niego podobnie ubrani towarzysze – minotaur i krasnolud. Ułożyli go płasko na ziemi, sprawdzając tętno. Zamieszanie, jakie powstało wokół słabującego szamana pozwoliło Tarrethowi rozeznać się nieco po okolicy. Silny zapach ozonu szczelnie wypełnił jego nozdrza, nie pozwalając wyczuć żadnej innej woni. Cudem ożywiony wojownik znajdował się w głębokim lesie, w otoczeniu roślin, których nigdy jeszcze w życiu nie widział. Właśnie przestało padać, wszystko było jeszcze mokre od deszczu. Powoli docierały do niego odgłosy budzącej się nocy, a jego wilcze zmysły dostrajały się do nowych warunków. Czuł, jakby wszystkie napędzające jego ciało mechanizmy poruszały się niezwykle ociężale, zardzewiałe od długiego czasu nieużywania. Mógł tylko czekać, aż rozruszają się na tyle, aby pozwolić mu na jakieś działanie.

//Rozpoczynamy pierwszy rozdział sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Rozdziałów będzie cztery bądź pięć, w zależności od rozwoju sytuacji fabularnej. Więcej informacji mogę udzielić Ci drogą prywatną.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

02 lip 2014, 19:27

Nie było sensu tego przeciągać. Tarr był zwycięzca, pogromcą bestii, był silniejszy od tego, przed którym całe oddziały żołnierzy drżały ze strachu. Jednak nie był potworem. Nie lubował się w bezsensownym niesieniu bólu. Walcząc starał się, by przeciwnik nie cierpiał – by nawet, jako słabszy, jako pokonany – mógł odejść z godnością. Bowiem stanął naprzeciw tego, który był mu śmiercią i walczył do ostatniej chwili. Z tą myślą w głowie, Ożywieniec szybko uniósł nogę i uderzył stopa w gardło trolla, by ostrze toporka nie tylko zniszczyło drogi oddechowe, ale zdewastowało też kręgi szyjne stwora – by już nie czuł bólu. By szybko zginął. Jak najszybciej.
"Sztuką nie jest wygrać. Sztuką jest wygrać z godnością" mawiał jego ojciec. Nie było żadnej godności i honoru w pozwalaniu, by wróg się wykrwawiał. Nie było nic zaszczytnego, co zadowalałoby Przodków w niesieniu długotrwałego cierpienia, odmawiania umierającemu szybkiego dołączenia do Duchów. Ciemnogrzywy Wilk przypomniał sobie czasy, gdy jego Niszczyciel Legionów siał spustoszenie na polach bitwy. Pamiętał, że w jego niemal potwornej brutalności, pośród tych wszystkich zdekapitowanych, rozczłonowanych ciał, z których krew obficie lała się na jego ostrze, na jego samego i okolicę – żadna z ofiar już nie czuła bólu. Nie cierpiała.
I będąc w zaświatach ten krótki czas, słuchając swych mentorów – nigdy nie słyszał, by jego Przodkowie nie byli z niego dumni.
W brutalności tego świata kryje się bowiem balans życia. Jest to element jego kręgu, nad którego spójnością dbały wszystkie Duchy, które pod postacią żywiołów i pierwotnych instynktów napędzały świat. To jest piękne, mimo swej przerażającej oprawy.

Wilkołak pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Uniósł łeb ku niebu i zaczerpnął powietrza głęboko raz jeszcze, oddając się refleksji dotyczącej tego wszystkiego. Słyszał szum lasu, słyszał wszystko to, co w niewyjaśniony sposób było nieme, gdy ten walczył. Wojownik oddałby się w stan błogiego spokoju, gdyby nie ból ciała. Ból, który przypominał mu nie tylko o tym, jak spartaczył sprawę, ale też o tym, ze żył i zwyciężył, mimo swoich słabości. Jego usta poruszyły się, oddając bezdźwięczne dzięki swym Przodkom, którzy w chwili próby byli z nim.
Następnie spojrzał na martwego przeciwnika. Zakrwawionego trolla, którego martwe ślepia utkwione były… Gdzieś. To była jego zdobycz. Tarr skinął głową w geście szacunku.
Niech Duch twój szybko dołączy do grona Przodków, by swą siłą służyć światu – powiedział cicho do bestii, po czym odmawiając modlitwy, które znał jeszcze z dzieciństwa, oraz modlitwy, których nauczył się od krasnoluda począł wydobywać, co go interesowało. Potężne kły trolla, które wkrótce miały dołączyć do szeregu paciorków i totemów szamanistycznego wojownika I odłamek potężnej kości promieniowej łapy, która go dusiła. W przyszłości miał być to jeden z potężniejszych paciorków Wilka, chroniący go przed utratą sił, przepełniony mocą trolla, którego zabił. I niechaj Duch jego przebaczy Tarrowi, który był tutaj łowcą, drapieżnikiem.
Po zabraniu tego, co mu było potrzebne, zabrał też całą swoją broń, a trolla przykrył liśćmi, nucąc żałosne litanie dla jego Ducha i Przodków, o jego rychłe dołączenie do prastarego grona Duchów.

potem zaś ruszył dalej, rozmyślając nad tym wszystkim, dalej czujny i gotowy do obrony. Obrony – wilkołak zastanawiał się, czy ta walka była konieczna. Czy musiał zaatakować bestię? Mógł przecież się ukryć, przejść bokiem, bądź pozwolić przejść. Chował się przecież doskonale. Duchy wystawiały go na próbę raz a razem i miał tylko nadzieję, ze jeszcze Ich nie zawiódł…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

14 lip 2014, 19:58

MG

Dalsza podróż przebiegła Tarrowi bez większych przygód, choć podejście pod coraz bardziej stromą górę nie należało do najłatwiejszych. Na szczęście ścieżka prowadząca go do celu była tak wygodna, jak tylko mogła być. Oczywiście nie oznaczało to, że prowadziła przed siebie prosto, jak w mordę strzelił. Co bardziej niebezpieczne rejony omijała, wijąc się tym bardziej, im wyżej znajdował się wilkołak. Jego stopy wkrótce zaczęły boleć. Cały czas jednak rozmyślał o tym, co wydarzyło się podczas walki. Wiedział, że niektóre rzeczy mógł zrobić lepiej, a inne – gorzej. Analizował to wydarzenie, było bowiem jednym z pierwszych, w których walczył z niemal równym sobie przeciwnikiem, zdany tylko na swoje odradzające się umiejętności.

Bardziej jednak trapiła go kwestia Przodków oraz tego, czy pochwaliliby oni taki czyn. Czuł się w pewien sposób winny, wiedział, że mógłby sprawę rozegrać inaczej i nie atakować trolla, który po prostu schodził ścieżką. Wszystko potoczyło się jednak inaczej, a Tarr, mimo oddania zmarłemu odpowiednich honorów czuł się coraz bardziej skażony i brudny. Im wyżej się znajdował, tym obecność starożytnych duchów wydawała mu się potężniejsza i tym bardziej do wewnątrz siebie zapadał. Percepcja wilkołaka stała się ograniczona, gdy rytm wędrówki wprowadził jego umysł w stan podobny medytacji. Nadal pozostawał czujny i gotowy, jednak podświadomie czuł, że nic więcej mu tutaj nie zagrozi i będzie tym samym miał chwilę na refleksję. Pokonał groźnego trolla, najmocniejsze stworzenie, jakie dane mu było spotkać po wskrzeszeniu, prawdziwą bestię Gór Granicznych. Po tym heroicznym czynie mało co mogło stworzyć dla niego zagrożenie.

Szedł tak do zmierzchu, nie zbaczając ze ścieżki i nadal bijąc się z myślami. Wreszcie uczuł, że oto nadszedł czas na postój. Doskonale wiedział, jak legnąć obozem, toteż rozłożenie się nie powinno mu sprawić żadnych trudności, jednak równie dobrze mógłby iść dalej, pokonując kolejne mile nocną porą. Decyzja należała tylko do niego. Z jednej strony był bardzo zmęczony, a z drugiej niechybnie ciekawiło go, co znajdzie na końcu swojej wędrówki oraz jakie jeszcze wyzwania zgotują mu Przodkowie.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

28 lip 2014, 23:56

To był test. Tarr wiedział o tym. wiedział także, że ten test oblał. Czuł, jak jego Przodkowie karcą go spojrzeniami z Zaświatów. Tarr nie był już żołnierzem, wojownikiem, sługą Prawa i obrońca bezbronnych. Nie wykonywał rozkazów i ich nie wydawał: nie odpowiadał za nikogo, poza sobą. Lecz… odpowiadał nie tylko przed sobą i swoim poczuciem moralności. Od czasu reinkarnacji czuł większą więź z duchami. One to wszakże przywołały go do życia z misją, wierząc, że ten poszanuje prawa Duchów, dotyczące balansu w świecie, który wszystkie cywilizacje notorycznie łamią. Karczują lasy i mordują zwierzęta. Dewastują to, co Natura im dała w imię władzy, wpływów, rozwoju i… Wojny.
Wojna. Słowo tak bliskie wilkołakowi, że nawet śmierć nie zdołała go wykorzenić z serca i umysłu byłego Majordoma, który stanął do walki z trollem nie, by bronić się przed bestią, tylko by dominować. By zwyciężyć i udowodnić swą wyższość nad innymi. Wciąż był skażony życiem żołnierza i w jego sercu zrodziło się zwątpienie, czy kiedykolwiek zdoła wyswobodzić się z uścisku Wojny. Przez wiele lat żył tylko tym. Nawet, gdy żył w leśnej samotni, walczył. Walczył z bandytami, łowcami głów i innego rodzaju mendami, które miały to nieszczęście gnębić kogoś w lesie, czy uzurpować sobie prawo do mieszkania w nim bez zgody Tarretha – jedynego pana lasu niedaleko Wolenvain. Tam też walczył dla dominacji, wpływów i sławy. Tylko wtedy robił to w szlachetnym celu – chronił potencjalne ofiary przed oprawcami. Tutaj… Brakowało tego.
Zaczęło się ściemniać. Wilkołak wciąż czuł efekty walki na swoim ciele, musiał odpocząć. Poszukał zatem odpowiedniego miejsca, by rozpalić ogień. Samo rozpalenie paleniska nie powinno stanowić już problemu, a ognisko stanowiło kluczowy element dla każdej nocy spędzanej w dżungli. Zwierzęta wszakże boją się ognia.
Gdy ognisko już zaczęło płonąć, Tarr usiadł nieopodal, opierając się o pień drzewa. Nie mógł zasnąć od razu, musiał nasłuchać okolicy, czy nie czai się tam nic niebezpiecznego. Pewny swej samotności, zacząłby doczepiać kły trolla do swych sznurów z paciorkami na ubraniach i naszyjniku. Miały przypominać wszystkim o sile Tarra. O tym, że jest on zdolny powalić trolla w pojedynkę. Miała być to przestroga dla wszystkich, którzy ośmieliliby się stanąć przeciw niemu. Potem zaś, Ożywieniec pochwycił ostatnie trofeum z walki – odłamek grubej kości promieniowej trolla – z mocarnej ręki, którą niemal udusił wojownika. To nie miało być trofeum. To miała być relikwia. To miała być miniaturowa kapliczka, poświęcona Duchom, Świątynia Zadumy i potężny monument, przypominający Tarrowi, że służy Duchom i Ich prawom, a nie prawom śmiertelnych. Kość ta miała mu przypominać o jego miejscu w tym świecie i chronić go przed kolejnymi błędami. I niechaj Duch Trolla patrzy na Tarra i pilnuje go. Niech będzie mu Strażnikiem i Wzorem – tym, kogo Tarr widzieć winien zawsze, gdy miał pójść za daleko w swych poczynaniach.
Korzystając z kamiennego noża i własnych pazurów, Tarr wygrawerował na kości kilka run krasnoludzkich, których nauczył się podczas treningu z Kilgarmatinem.
Były to: "Pokora", "Wytrwałość", "Siła" i "Honor". Te słowa miały prowadzić Tarra przez nowe życie, gdzie silny miał być nie tylko w ciele, ale i w duchu. Gdzie utrzymać miał Honor nie tylko swych przodków, ale wszystkich Duchów. GdzIe tylko pokorny i wytrwały, mógł sprostać jego Żądzy Wojny.
Ten odłamek kości znalazł swe honorowe miejsce na szyi wilkołaka. Tuż przy sercu. I to stamtąd miał być największym talizmanem.

Potem zaś… Usnął, zmęczony dniem, walką i… Sobą.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

10 sie 2014, 17:37

MG

Sny nawiedzające wskrzeszonego wyznawcę pradawnych Przodków rzucały jego leżącym przy dogasającym ognisku ciałem. Mimo tego, że pogodzony ze sobą Tarr zdołał zasnąć, wiedząc, jak bardzo istotna jest w dziczy regeneracja sił, jego umysł nadal rozważał przeszłe uczynki wilkołaka. Choć spał lekko, gotów do natychmiastowego przebudzenia się na wypadek zagrożenia, niespokojne wizje nie przerwały jego odpoczynku – zupełnie tak, jakby obserwujące go Duchy chciały, aby doświadczył wszystkich zesłanych na niego widziadeł. Jego myśli krążyły wokół walki, do której doprowadził na własne życzenie oraz kary, na jaką za ten czyn zasługiwał. Nie postąpił właściwie, pozbawiając trolla życia. Nic go nie usprawiedliwiało. Stwór nawet go nie widział, a zabójstwo nie zostało dokonane, jak w innych przypadkach, z potrzeby posilenia się. Przepełniony doświadczeniem z dawnego życia Tarr dał się ponieść walce, choć istota, którą zabił, nie była mu wroga. Jedyne, co go ratowało, to przeświadczenie o własnej klęsce moralnej i hołd, jaki oddał zmarłemu po śmierci. Wiedział, że tylko dzięki temu Przodkowie nie odwrócili się od niego. Czuł jednakże, że prędzej czy później równowaga zostanie przywrócona, a kara go nie minie.

Obudził się na krótko przed świtem, czując dreszcz przechodzący przez jego wyziębione ciało. Temperatura na tej wysokości obniżyła się nieco, ale głównym sprawcą nieprzyjemnego chłodu była zalegająca wszędzie, gęsta mgła. Dalsza wędrówka niechybnie zostanie przez nią utrudniona, choć wąski trakt nadal był doskonale widoczny. Zmieniły się także odgłosy otaczające wilkołaka. Tak jak wcześniej pewien był tego, co i kiedy je wydaje, tak teraz do jego czułych uszu dobiegały dźwięki o niejednoznacznym pochodzeniu. Ryki bestii, tryle ptaków i odgłosy stąpania większych zwierząt dochodziły go zza nieprzeniknionej, mgielnej bariery, sprowadzając na niego uczucie krańcowego niepokoju. Nie mógł być pewien, co za chwilę wypadnie na niego spośród drzew, a głos gór przestał być mu przychylny.

Drugi dzień wędrówki już na samym początku postawił przed Tarrem potężne wyzwanie, któremu musiał podołać, jeśli chciał kontynuować swoją ostatnią podróż. Nie wiedział, w jaki sposób znaleźć ostatniego szamana – łysego, słabującego elfa, a droga przez Góry Graniczne miała dla niego wymiar raczej symboliczny. Ufał, że długouchy znajdzie go w odpowiednim momencie, nie pozwalając sobie, póki co, na żadne wątpliwości. Teraz jednak sytuacja zmieniła się, a trudność zadania wzrosła. Czyżby Przodkowie nie chcieli, aby kontynuował? Wszak gdyby okazał się godzien, trzeci przewodnik znalazłby go choćby teraz.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

22 sie 2014, 19:42

Jest uczynek i są tego konsekwencje. Wilkołak popełnił błąd. Wielki błąd, wystąpił przeciw kreacji Duchów bez powodu. Dogasające resztki jego dawnego życia, dalszego od szamanizmu znów zaczęły się tlić, a on rzucił się w wir walki – prawdziwą rozpałkę jego bytu. To nasuwało pytanie: "Czy kiedykolwiek będzie inaczej?"
Tarr zastanawiał się, czy nawet ponowne narodziny są w stanie wychować go na nowo. W końcu duch pozostaje ten sam, a on swe upodobania, siły i słabości ma. Jednak od tego są szamani. By prowadzić Duchy i śmiertelnych tak, by harmonia była zachowana. By spokój świata i w nim żyjących był nie zakłócony. Od czasów pierwszych walk między plemionami, jest to trudniejsze. Z czasem, część ras odrzuciła Duchy, przyjmując inne potężne byty na swych przewodników. Jednak nie Tarr. Tarr był wierny zawsze Duchom. I z każdym krokiem we mgle, wszystko stawało się coraz jaśniejsze dla niego. Całe jego poprzednie życie i te zmiany.
Wcześniej bowiem, nie był w stanie słyszeć Duchów, czuć ich obecności i nie wiedział, że coś wokół eterycznej aury Zaświatów jest nie tak. Wtedy w to po prostu wierzył. Wierzył, że Przodkowie go wspierają, bo nie przynosił im hańby. Teraz jednak czuł, że Przodkowie chcą go ukarać. Wiedział, że nie jest skreślony. Przodkowie nie odwracają się od nikogo, kto wyraża skruchę, chce się poprawić. Tym bardziej, jeśli dotyczy to… Dzieci. Jakby na to nie spojrzeć, Tarr narodził się na nowo. Uczył się mówić i chodzić. uczył się walczyć i rozumieć świat. Uczył się wszystkiego od nowa – w tym najtrudniejszego: Drogi życia. Dla dzieci normalną rzeczą jest popełnić błąd. Są za to karane, lecz kara ma zamiar nauczyć. I w nauce i przewodnictwie tkwi istota szamanizmu, istota Wiary Przodków.
Wilkołak zatem się nie bał. Szedł dumnie przed siebie, gotów przyjąć karę. Gotów przyjąć naukę. Pragnął, by Duchy były z nim na dobre i na złe. Prowadziły go przez sukcesy, porażki, a nawet ból. Ból przez nie same zadany.
Musiał znaleźć ostatniego szamana. Musiał nauczyć się więcej o drodze szamanizmu. Tarr zapragnął być szamanem, bowiem to szaman prowadzi lud w Wierze Przodków. I Przodkowie w odbudowaniu tej wiary swe plany wobec wojownika związali.

Nie był swojej dedukcji jednak pewny. Był jedynie ożywieńcem, który próbuje wszystko skleić w spójną całość. Miał jednak głęboką nadzieję, że ma rację…

I tak, przepełniony pokorą, wiarą i modłami do Duchów szedł naprzód. Gotowy na wszystko.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

24 sie 2014, 01:51

MG

Zatem szedł. Trudna noc wpłynęła nieco na jego tępo, zmęczony bowiem wilkołak nie był w stanie iść tak szybko, jak dnia poprzedniego. Wydawało się, że szlak uznał jego wartość w boju i nie zsyłał na niego żadnych niebezpiecznych stworzeń. Zamiast tego postawił go przed inną trudnością – nieprzeniknioną mgłą, przez którą wskrzeszeniec zmuszony był przejść. Wkrótce okazało się, że, zgodnie ze wszelkimi przewidywaniami, przeszkadzająca Tarrowi mgła nie jest czymś zupełnie zwyczajnym. Co rusz daleko po prawicy Tarra rozbłyskały zielonkawe światła, które znikały, gdy tylko próbował skupić na nich swój wzrok. Towarzyszyły mu gdzieś na skraju polu widzenia, idąc za nim krok w krok i nie dając mu żadnych wskazówek na temat swojego pochodzenia.

Kusiło go, aby iść w ich stronę, ale wiedział równocześnie, że musi trzymać się ledwo widocznego pod jego łapami traktu. Piął się w górę, otoczony przez Przodków, których obecność czuł całym sobą. Wydawało mu się, że mgła złożona jest z duchów dawno zmarłych istot, które otaczają go ze wszystkich stron. To mistyczne morze dusz zamykało mu drogę widzenia, próbując odwieść go od dawno zaplanowanej podróży. Wilkołak szedł bardzo długo, tak długo, że poczuł senność. Choć słońce winno być wysoko na niebie, były majordomus Autonomii Wolenvain poczuł, że oto przyszedł czas na odpoczynek. Rozumiał jednocześnie, że nie jest to dla niego naturalne. Znał swoje ciało i wiedział, że powinno pozwolić mu na więcej. Niestety, otaczająca go aura, przez którą szedł, którą oddychał i która zdawała się przenikać jego skórę zadecydowała inaczej. Tarr zachwiał się i przytrzymał drzewa po lewej stronie traktu. Przed oczami widział tysiące zielonkawych ogników, jednak wszystkie po chwili niknęły we mgle, tak jak powoli niknął on sam.

Czuł, że duchy, które nie odeszły, obsiadły go całą chmarą, chętne do wzięcia jego życia w swoje posiadanie. Były nienasycone, a wilkołak był dla nich jedynym pokarmem. Cisza, jaka zapadła wokół niego niosła ze sobą złą wróżbę. Druga próba była o wiele trudniejsza od pierwszej, bowiem tym razem nie było materialnego przeciwnika, z którym można byłoby walczyć. Czyżby Przodkowie mścili się za przedwcześnie odebrane trollowi życie? Ta historia nie mogła przecież się skończyć w ten sposób, nie dlatego, że Tarr popełnił na swej drodze jeden błąd. Z pewnością istniał jakiś sposób, który pozwoliłby mu na dalszą wędrówkę, jednak ten mógł znaleźć tylko on sam.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

02 wrz 2014, 00:16

Nie widział ich postaci. Nie widział nic, poza dziwnym światełkiem… Jednak i to było coraz bardziej odległe. To było przerażające. Walka nawet z kolosalnym wrogiem materialnym jest o wiele łatwiejsza, niż walka z duchami. Bowiem żywą istotę można zarżnąć – duchów nie można. Czuł, jak chmara pasożytniczych duszków obsiada go, niczym robactwo, zwabione zapachem padliny. Czuł, jak siły opuszczają jego młode ciało… Czuł wszystko i bał się. Bał, jak nigdy dotąd, bowiem tylko duchy były bytami, przed którymi Tarr czuł nie tylko respekt, ale uznawał ich wyższość.
Złe duchy czaiły się wszędzie i szamani potrafili z nimi walczyć. Jednak… wilkołak nie był szamanem. Był oświeconym wojownikiem, który o duchach wiedział tyle, co opowiadali mu jego mentorzy. Był śmiertelnikiem na pastwie złych sił. Jedyne, co mu zostało, to modły.
Modlił się do swych przodków, prosząc o siłę, o wskazówki. Błagał ich o wstawiennictwo, o siłę do walki… O opokę. Jednak po chwili bez odzewu nawet jego modły ustały, a do ożywionego Wilka dotarło, że nie ma nadziei. I niczym dziecko, przerażone i popchnięte przez pierwotne zachowania, załamanym głosem, cichym i pełnym strachu, zawołał:
Mamo…
ADN Compositions – Legion
I wtedy przytłaczająca, przerażająca i wysysająca jego życie cisza była jakby… przerwana. Tarr miał zamknięte oczy, a jednak widział promyki światła, tańczące w cieniu. Słyszał głosy i muzykę, mimo, że nikt wokół nie miał prawa grać. I z każdą chwilą dźwięki były mocniejsze, a obraz wyraźniejszy. I w obliczu swej kolejnej śmierci, wilkołak ujrzał kolorowe istoty, niemal bezkształtne, a jednak rozpoznawalne, jako wilki, które poruszały się rytmicznie, niczym jedno ciało w rytm dziwnej muzyki. I jak muzyka stawała się głośniejsza, tak duchy były wyraźniejsze, a ich ruchy bardziej stanowcze i silne. I wtem, jeden duch pojawił się tuż przed nim. Był to wilk biały, niczym śnieg. Wielki, równający się swym wzrostem z wzrostem Tarra. Patrzył głęboko w oczy wojownika, a ten patrzył na ducha. I nagle… Duch uderzył z impetem w osaczonego w śmiertelnej pułapce Potomka. Wszystko rozbłysło, a Tarr… Otworzył oczy.
I gdy obraz mu się po chwili wyostrzył, a zmysły zaczęły odzyskiwać swą ostrość, ujrzał, jak jego obie ręce są wyciągnięte przed nim, a jego dłonie wyglądały, jakby miał zamiar zaraz kogoś chwycić swymi pazurami. To było dziwne… Jednak to nie był koniec. Muzykę w dalszym ciągu słyszał i to wyraźnie. Słyszał i… czuł ją. Czuł, jak jego własne serce niemal dostosowuje się do jego rytmu, napędzając wilkołaka. Czuł się natchniony, czuł… Że płonie. Płonie tak, jak niegdyś płonął, gdy skakał w wir walki. Nie wiedział, co się z nim dzieje… Czuł. I było to dla niego naturalne. Tak, jak oddychanie, jak władanie bronią i uśmiercanie wroga, tak ta muzyka i jego tajemniczy ruch wydawał mu się czymś, co robił od zawsze. W międzyczasie poczuł też… że duchy wokół jego rąk i ramion się rozproszyły, mimo, ze wciąż wokół niego krążyły.
I wtedy to pojął. Jego Przodkowie zesłali na niego wizję, zstąpili do jego umysłu, by przekazać mu tą prastarą szamanistyczną sztukę rozmowy i… walki z duchami. Był to taniec.
Szamani od zawsze oddawali się transom, w których wyraźniej widzieli, słyszeli i czuli duchy. Gdzie mogli z nimi rozmawiać, gdzie mogli z nimi walczyć, odpędzając klątwy i złe uroki. W trans mogli się doprowadzać w różny sposób… Bardziej, lub mniej inwazyjny i niebezpieczny. Jednak najprostszym sposobem na ukazanie siebie duchom, na przekazanie im swoich myśli, na zaistnienie między nimi i na bój o dominację… Był taniec. Naturalne ruchy, dzięki którym szaman mógł przyciągnąć, bądź odepchnąć od siebie duchy wszelkiej maści. Ruchy, dzięki którym potrafił zmieniać kierunek wiatru, mógł sprowadzać deszcz, bądź suszę… Potężny rytuał, którym mógł manipulować energiami Świata Duchów, by pokrzepić czyjąś duszę, bądź ją osłabić.
Trans – sztuka walki szamanów… Musiała być teraz sztuką walki Tarra. Bowiem teraz musiał on walczyć o swoje życie z wrogiem, który nie imał się stali.
Pokrzepiony, gdy tylko poczuł następne uderzenie muzyki, jego ciało natychmiast zareagowało, wprawiając go w kolejny ruch, który sprowadził go do pionu. Machnął rękami potężnie i stanowczo, a zaraz po tym wykonał krok,tupnięcie. Gest narzucania swej woli. Czuł się wolniejszy. Duchy już na nim nie siedziały, chociaż chciały ponownie na nim osiąść. Jednak on, porwany przez mistyczny rytm, wykonał kolejne kroki – jedną nogą tupnął szybko kilka razy, co raz przesuwając ją kilka centymetrów w przód, by potem skoczyć energicznie, akcentując to donośnym warknięciem.
Złe Duchy… Znajcie me imię… – wypowiedział w myślach, robiąc spokojniejszy ruch rękoma, jakby odgarniający coś przed sobą – Jestem.. – napiął mięśnie i wyskoczył.
TARR! – ryknął na głos, uderzając w ziemię. Pamiętał, jak siłą swej woli, swym gniewem i stanowczością doprowadził do swej reinkarnacji. Przebłyskami pamiętał burzę, która jego ryki w zaświatach wywołały. Pamiętał, jak duchy pomagały mu ze wszystkich sił. I teraz, pamiętając o sile swej woli – miał zamiar narzucić ją duchom, które były poza jego szacunkiem. Pasożyty i demony.
Porwany przez szamanistyczny trans, tańczył. Z każdym ruchem żywiej, energiczniej i żwawiej, zmuszając złe duchy do pokory. Walczył z nimi. wola przeciw sile. Śmiertelnik, przeciw duchom. Każdy kolejny gest ciała wilkołaka powoli zmuszał duchy do posłuszeństwa. Niechętne, chcące się na nim żywić… Nie mogły doń dotrzeć, zatrzymywane przez jego nieustające fale energii Świata Duchów, które wywoływał, a którym duchy były podległe. Tupnięciami i krokami robił sobie miejsce. Ogniki cofały się, niczym ławice ryb, spłoszone przez drapieżnika. Ruchami rąk narzucał on duchom kierunek, w którym te miały – i musiały – się udać, tworząc im prawdziwy spacer na smyczy. Głos Tarra… Był, jak bat. Karzący i wprawiający duchy w drżenie.
Wilkołak nie był prawdziwym szamanem. Był wojownikiem, którego Przodkowie sobie ukochali i pragnęli, by żył i się uczył. Daleko mu było do pojęcia wiedzy szamanistycznej, mogąc świadomie wykorzystywać szamanizm. Jednak jego Wola była niczym stal – nieugięta, zimna i nieprzyjazna. I to Wola była zawsze i zawsze będzie najpotężniejszą bronią szamana, który stawiając czoła duchom nie mógł doprowadzić, by te nim zawładnęły.
Taniec misterny… Zdawał się być czymś naturalnym. Jakby to było wszystko, czym kiedykolwiek się wojownik zajmował. Wielki awatar wojny, postrach pól bitew, który swoimi najmniejszymi ruchami potrafił zarówno pokrzepić, jak i zgładzić… Robił teraz dokładnie to samo. jednak na poziomie, którego nigdy wcześniej nie znał.
Tańczył bez ustanku, uniesiony przez wizję Przodków. I nie zamierzał przestać, póki pasożyty nie odeszły w niebyt, uznając jego wyższość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

10 wrz 2014, 00:25

MG

Bliski omdleniu Tarr przeszedł w stan pomiędzy jawą a snem, stan najbliższy otaczającym go duchom. Niezłomna siła woli wilkołaka wygenerowała przed jego oczami rozliczne, abstrakcyjne, acz pokrzepiające obrazy. Zaczął doświadczać zjawisk, których nigdy jeszcze nie doświadczył. Niezdolny do odróżnienia widziadeł od rzeczywistości zaufał im, uczepiając się ich niczym ostatniej deski ratunku. Była to ostania rzecz, której mógł się w tej sytuacji chwycić, bowiem prócz niej na górskiej drodze czekała go jedynie otchłań.

Wiedział, że nie może sobie pozwolić na sen, że musi zmusić swoje zastałe nagle mięśnie do ruchu. Myślami trafił na nauki przekazywane mu przez matkę oraz szamanów, którzy opiekowali się nim po śmierci. Rozdzicielka Tarra sama była szamanką – może nie tak światłą jak ci, którzy go wskrzesili, ale nadal zasługującą na wszelki szacunek. Pradawne gawędy, jakimi raczyła swoje dziecko, ożyły w umyśle starego na duszy, choć młodego z lica wojownika. Był pewny siebie, mając w pamięci przychylność Przodków, której wielokrotnie dane było mu doświadczyć.

To on miał ponieść brzemię starożytnej, umierającej wiary na swoich barkach. To on miał pokazać ją innym, udając się daleko stąd – do Autonomii Wolenvain. Chciał z całych sił sprostać powierzonemu mu zadaniu, wiedząc, że jego słabość nie będzie tolerowana. Lepszy martwy czempion niż niekompetentny.

Zatem tańczył. Zmęczony, bujał się na swych włochatych łapach, tupał i klaskał w rytm sobie tylko znanej melodii. Nie dostrzegł, że unosząca się wokół niego mgła rzednie, że migotliwe światła rozpraszają się i ostatecznie znikają. Skupiony na swym zadaniu walczył z duchami, które nie odnalazły swojej drogi. Wysyłał je w głębsze rejony gór, aby tam czekały na kogoś, kto pokaże im dobroć. Usypiał gniewne istoty, dając im nadzieję na przyszłość. Złożył im swoistą obietnicę. Każdy z duchów, nieważne, czy dobry czy zły, pragnął tego samego – pamięci. Odrodzenie wiary w Przodków zapewniało wszystkim niespokojnym duszom ukojenie. Zło opuściło Tarra… do czasu.

Obudził się kilka godzin później, czując skrajne otępienie i ból mięśni. Nie wiedział, czy to, czego doświadczył, wydarzyło się naprawdę. Mógł uważać się za szczęśliwca, bowiem żaden z grasujących w Górach Granicznych drapieżników nie pokusił się na jego mięso. Zauważył, że znajduje się w zupełnie innym miejscu niż uprzednio. Zimne powietrze otaczało go ze wszystkich stron, bowiem oto trafił na o wiele wyższe tereny. Niewiele było tutaj roślinności, a otoczenie było dostrzegalne jak na dłoni. Nie dalej jak pół mili dalej wilkołak zauważył wejście do jaskini, obok którego kończyła się niewyraźna ścieżynka, którą najwyraźniej w szamanistycznym widzie podążył. Czuł, że tam znajduje się koniec jego podróży – jakikolwiek by on nie był. Gdzieś tutaj żył ostatni z szamanów, umierający elf, który miał być finalnym mentorem Tarra. Zmęczony, ale i szczęśliwy wilkołak wreszcie mógł podążyć prosto w stronę jego pieczary.

//Zgodnie z ustaleniami prywatnymi przyjąłem, że Twoja postać zaszła do jaskini.

Skalne wnętrze groty nie różniło się niczym od większości grot, jakie można było napotkać w górach. Po przeciśnięciu się przez dość wąską szczelinę szło się niskim, bo około metrowej wysokości korytarzykiem, który na szczęście szybko się rozszerzał. Kończąc się jednak kolejną wąską szczeliną chronił wejście do mieszkalnej, zasiedlanej przez jedną osobę, skromnie umeblowanej – o ile w ogóle sprzęty tutaj rozrzucone można było nazwać meblami – izby. Wszystko zbudowane było z patyczków, które w łatwy sposób można było tutaj przerzucić. Robota była to iście misterna, ciesząca oko i zadziwiająca jednocześnie. Od razu można było rozpoznać siedzisko i posłanie, mieszkaniec tego miejsca zbudował sobie też coś na kształt regału, na którym spoczywały rozliczne przedmioty o znacznym pięknie – czaszki zwierzęce, świetliste kamienie, suszone kwiaty i kawałki metalu.

Prawie niezauważalna postać siedziała pod przeciwległą w stosunku do wejścia ścianą, usadowiona na drugim, wyglądającym na niedokończone siedzisku przypominającym raczej stos patyczków. Był to znany już Tarrowi, kompletnie łysy i zgrzybiały elf. Jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu na widok gościa.

- Przodkowie nam sprzyjają! - rzekł szaman chwacko w Wolnej Mowie, próbując wstać, jednak zaraz po tym ponownie siadł z impetem, posyłając patyczki we wszystkie strony. - Chyba musisz się do mnie nachylić – stwierdził z przekąsem po krótkiej chwili namysłu.

- Na pewno jesteś głodny. Weź sobie co chcesz, mi się i tak nie przyda – zaprosił, machając krótko w stronę jednej ze ścian jaskini. Tuż pod nią stał wielki, pleciony kosz pełen wędzonego mięsa, jakichś dziwacznych, ziołowych i twardych na kość placków oraz owoców o długiej trwałości – głównie ananasów. W koszu znalazło się również miejsce na kilka orzechów, a tego wszystkiego było na tyle dużo, że mogłoby wykarmić rosłego Tarra nawet przez trzy dni. Ten jak na komendę poczuł atakujący żołądek. Szaman miał rację – Tarr był głodny. Jak wilk.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

20 wrz 2014, 14:13

Idąc wgłąb jaskini, Tarr nie był przygotowany na to, co zobaczy. Nie był przygotowany na przechodzenie prawie się czołgając pod niskim przejściem do groty. Groty, która urażała Tarra swym wyglądem. Ujrzał stertę patyków, które miały służyć za meble. widział niemal rozpaczliwe próby nazywania domem czegoś, co przy takim przejściu było lepiej nazwać grobowcem. Widział, w jak opłakanym stanie jest jego mentor, kim stał się przez lata samotnych praktyk, a kim mógł być. Szamanizm to potężna sztuka, dzięki której można obrócić losy swoje i wszystkich dookoła. Wilkołak był tego świadkiem i prekursorem, gdy uchronił się od śmierci z rąk pasożytniczych duchów. Ta sztuka nie mogła zostać zapomniana. I jeśli Duchy pragnęły, by to właśnie Tarr niósł ich mądrość do śmiertelnych, tak też się stanie. Jednak wpierw, wojownik pragnął poznać tajniki szamanizmu. Musiał być szamanem, by móc uczyć go innych, by móc dzielić się tym, co ważne.
Upadający na ziemię elf – to był widok, który ukłuł Tarra w serce. Tak nie powinno być. Tarr był bardzo głodny – lecz głód ciała był niczym, w porównaniu do głodu, jaki cierpiała jego dusza i umysł. Podbiegł do elfa i kucnął przy nim, oferując swe silne ramiona, jako pomoc.
Czcigodny, naucz mnie drogi szamanów. Chcę wyprowadzić Duchy z cienia przeszłości na ich należyte miejsce – pośród żywych, szanujących je i ich wolę. Pomóż mi zrozumieć drogę Elementów – poprosił, wyrażając się z najgłębszym szacunkiem – Jak mam prowadzić innych, gdy sam nie widzę? – dodał po chwili.
Wilkołak był zdeterminowany. Kościany wisior na jego szyi z kawałkiem kości trolla przypominał o tym, co obiecał Tarr przed Przodkami. Wszystkie jego kościane, drewniane i kamienne paciorki, które nosił dumnie na swym skórzanym ubraniu mówiły o tym, gdzie Tarr zmierza, gdzie chce być. To, co się stało w puszczy… to był cud. Przodkowie wojownika pomogli mu, lecz… Tego można było uniknąć, gdyby ten rozumiał naturę duchów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 wrz 2014, 17:50

MG

Smutny uśmiech nie dał rady rozjaśnić zmęczonego lica łysego elfa. Wsparł się na Tarrze i ustał o własnych siłach. Nie wyglądało na to, że będzie potrzebował podpory, ale też nie ruszał się z miejsca, zapewne w obawie o stracenie równowagi. Teraz przynajmniej mógł rozmawiać z wielkim wilkołakiem z podobnego pułapu. Był od niego niższy, ale przynajmniej nie hańbił się już siedzeniem, gdy jego rozmówca stał.

- Obawiam się, że nie mamy tyle czasu - rzekł szaman, a do Tarra dotarła przerażająca prawda. Ostatni z jego mentorów był właściwie jedną nogą w grobie. Z jego głosu emanowało ponadto kilkaset lat doświadczenia. Ta wiedza nie była możliwa do przekazania, nawet, jeżeli na elfa czekały jeszcze lata szczęśliwego życia. Świadomość upływu czasu stała się wręcz namacalna. Ostatni z przystanków Tarra był tym najważniejszym, ale nie zapowiadało się na to, aby był najdłuższym. Bezwłosy szaman zaczerpnął powietrza w swe płuca. Jego wątła klatka piersiowa uniosła się, a potem poczęła stopniowo opadać, gdy z jego ust spłynęły słowa mądrości.

- Każdy z nas został tym, kim jest teraz, odkrywając własną drogę. Nasz milczący przyjaciel umiłował sobie żywioły, ostatecznie znajdując z nimi pojednanie. Jego lud pozostał wierny dawnym tradycjom, ale teraz niewielu Przodków ich słucha. Krasnoludy też nie zapomniały o swoich korzeniach, ale odarli je. Kiedyś byli narodem szamanów, a teraz takich jak Kilgarmatin jest niewielu. Pamiętają o swoich Przodkach, ale opatrzyli kult rytuałami, normami i zwyczajami. Ludzie zawsze patrzyli za daleko, nie dostrzegając tego, co mają pod nosem. Wierzą w wydumane bóstwa, które prowadzą ich do dalszych wojen. Elfy zaś… mają czas. Szanują to co widzialne i niewidzialne, nie skupiając się na niczym konkretnym. Przodkowie są tylko mało znaczącą częścią ich rozległej filozofii.


Ja ich odnalazłem, a wybrali mnie sobie na swego powiernika. Tylko w ten sposób przyprowadziłem cię do tego świata. Byłem głównym wykonawcą ich woli, akceptując poświęcenie pozostałych. Zaraz po tym, jak padłeś w boju, dobre duchy otoczyły cię i ochroniły. Gdyby nie to, nie stałbyś teraz przede mną. Są wobec ciebie wielkie plany, plany, których nawet ja nie rozumiem. Nie jestem w stanie niczego cię nauczyć. Postępuj zgodnie ze swoim sercem. Myśl, współczuj i nie spiesz się. Z czasem wszystko zrozumiesz.

To powiedziawszy, wyraźnie opadł z sił. Przestąpił kilka kroków i opadł na siedzisko z patyków. Dyszał ciężko, jakby właśnie przebiegł kilka staj.

- Idź. Weź prowiant i znajdź drzewo. Czeka tam na ciebie ostatni podarek, przed którym przystąpisz do wędrówki na własną rękę. Czeka na ciebie… Żal Przodków – rzekł i omdlał, żyw jeszcze, ale dla tego świata już stracony.

Wróć do „Niziny Szmaragdu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.