Cele drobnych rzezimieszków

Podziemie pałacu to pilnie strzeżone miejsce przeznaczone dla skazanych i oczekujących wyroku czy wykonania kary osób. W szczególnych przypadkach mogą być oni odwiedzani.
Awatar użytkownika
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Cele drobnych rzezimieszków

26 lis 2011, 12:19

Zwykłe cele, pełne wilgotnych murowanych ścian określające granice 2-3 osobowych, ciasnych pomieszczeń, wypełnionych czymś na wzór prycz, którym uroku dodawały klimatyczne, mosiężne, okratowane drzwi, prowadzące z wąskiego korytarza do każdej kolejnej celi. "Apartamenty" te przeznaczone były miedzy innymi dla pomniejszych rzezimieszków, awanturników, złodziejaszków, którzy zazwyczaj po odsiedzeniu za kare paru dni/tygodni, bywali wypuszczani na wolność. Tak więc, nie było powodu dla którego byłyby na te miejsce nakładane jakieś magiczne bariery etc, ograniczano się jedynie do 1-2strażników i klucznika z krzywym nosem, któremu od czasu do czasu towarzyszyła gromadka szczurów w codziennych obowiązkach.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dwaj strażnicy zrobili, to co nakazał im namiestnik, czerwieniąc się przy tym ze wstydu. No ale nic, zdarza się czasem pomylić piracka pijaczynę z morskim delegatem, prawda? Czy nie? W każdym bądź razie Jean wylądowała w jednej z cel. Będąc przy tym ciągle jeszcze w półśnie nie bardzo orientowała się w sytuacji w jakiej się znalazła. Jednak z czasem, ten stan rzeczy zaczął ulegać zmianie, a wszystko za sprawą tego, iż Jean czując jak senność powoli ją opuszcza, a zastępuje ją nieznośna chęć napojenia ust rumem, której w żadnym wypadku nie należało odrzucać i ignorować, sięgnęła za pazuchę w poszukiwaniu drogocennego bukłaczka. Jednak nic nie znalazła. W końcu wszystkie swoje manierki utraciła w Karczmie Pod Pechowym Linoskoczkiem…ironia? W każdym bądź razie to nie speszyło Pani Kapitan zanadto, dlatego też podniosła się chwiejnie z wilgotnej ziemi i nie zwracając uwagi na niepokojącą przestrzeń w której się znalazła podeszła do drzwi o ciekawej kraciastej konstrukcji. Phi…fanaberie pospólstwa~~. Jednak kiedy takowe fanaberyjne drzwi, otworzyć się nie chciały…ba! Nie posiadały nawet klamki, zaniepokoiło to Jean, która odwróciła się ze ściągniętymi brwiami w stronę ciasnego, ograniczonego wnętrza z dwoma pryczami.
-Hmmm…czyżby…cela?
-Ano cela – odpowiedział jej cichy pomruk chuderlawego osobnika, gnieżdżącego się na pryczy, którego cudem jakimś nie dostrzegła. Człowieczyna ten Kerokles się nazywał i widać było, że ząb czasu zdążył go pokąsać sowicie, jednak nie odbierając mu przy tym pewnego rodzaju młodości w oczach. Nie zmienia to faktu, że i tak nie spodobała się owa informacja Pani Kapitan, kiedy dowiedziała się od współwięźnia o swojej sytuacji, która napawał ją niechęcia, zgrozą i troską.
-Wypuszczą cię, gdy uznają, że trzeźwy umysł już posiadasz, wiec nie przejmuj się-mówił dziad, jednak te słowa ani trochę nie uspokajały Jean, która chcąc swój niepokój, jak i szepty błagające o rumu łyk zagłuszyć, chodziła w tą i z powrotem po celi. Również rozmową próbowała zająć swoje myśli, którym ciężko było się pogodzić z faktem iż z każdą chwilą są coraz rzadszą mgiełką oparów alkoholowych zasnute, że są coraz bardziej świadome…Z tego powodu Jean trajkotała ze swoim współwięźniem o wszystkim, dowiadując się, że ów jegomość ma blisko 52lata, pochodzi z południa, ma córkę i wnuczkę, żona jest wiedźmą(nie dosłownie), mieszka nieopodal Wolenvain, zamknięty został za dawanie upustu swym fizjologicznym potrzebom po sycie zakrapianej libacji, z nieszczęściem takim, że owa ściana która ten upust przyjmowała na swoją powierzchnie należała do domostwa jakiegoś urzędnika…zresztą żeby to pierwszy raz! Tak więc, Dzia-dzia okazał się być dość psotnym staruszkiem, często bytującym w owej celi, która jest jego ulubioną. I tak Jean słuchała starszyźnianych opowieści, z pewnego rodzaju torturą, czując jak gardło ją suszy, świat traci kolory, każde zasłyszane słowo staje się nienaturalnie wyraźne. I w ten sposób, naszej Pani Kapitan mijał…pierwszy dzień niewoli…

~~ *~~

Jean zleciała z pryczy ze stęknięciem na wilgotną ziemię. Naburmuszona wyjrzała przez kraty na przyczynę – drącego się w niebogłosy, jakiegoś co zdrowy na umyśle nie był i rzucało to się wyraźnie w oczy po zachowaniu srebrno-zębnego krzykacza wyprowadzanego z celi ku wyjściu w obstawie strażników.
-A temu co?– rzuciła od niechcenia Jean, obracając się na plecy, tak żeby zachwycać się sufitem i wiszącej na nim parce nietoperzy wzrokiem pustym, przysłoniętym na wpół zmęczonymi powiekami.
-Opętany. – rzucił wesoło, dzia-dzia leżąc w swej pryczy i podrzucając z nudów kamyczek.
-Opętany?
-Chory na umyśle. Często tu bywa. Na zmianę tu, potem placówka psychiatryczna, a potem go wypuszczają i tak w kółko. Ciekawie sobie poczyna, prawda?
-A czemu go wypuszczają skoro nie normalny na umyśle?– Spytała, chcąc podtrzymać ta rozmowę, tak by czas nudy zabić i by nie myśleć o zabiciu kogoś. Spokojnie! Jedynie by nie myśleć, gdyż Jean dopiero co się obudziła i nie specjalnie skora do wysiłku, a takie łamanie kości, wgryzanie się w tętnice, wyskrobywanie pazurkami oczek jest wyjątkowo męczące, zwłaszcza kiedy ofiara się miota. A wierzcie lub nie, lecz zazwyczaj bardzo się miota. W każdym bądź razie na szczęście współwięzień był typem gawędziarza dlatego sukcesywnie kapitański czas zabijał swymi opowiastkami błahymi, bezsensownymi, momentami ciekawymi i zabawnymi, w każdym bądź razie dzia-dzia potulnie z uradowany odpowiadał, jakby mu to radość sprawiało.
-Ponoć normalnieje w tym szpitalu, a gdy wychodzi, pokrótce w dziwne stany majaczenia znów wpada i zakłóca porządek na ulicach i ludzi trapi. Temu tu często trafia, a stad dalej…
-A o czym on tak majaczy że ludzi drażni?– Jean teatralnie udała zainteresowanie, ddziad się jednak nie spostrzegł i kontynuował.
-O potworach morskich majaczy.
-O potworach?
-Ano smokach. Nie byle jakich, bo o morskim lawranach.– uśmiechną się cwaniacko– Mówi, że przeżył atak stwora tego na morzu, że widział, że skoro "TEN" lawren istnieje to i "TO" też.
-Jakie "To"? – Teraz Jean podniosła się lekko, tak że siedziała na ziemi, podpierając się rękoma. Jak to zwykłe nie domówienie powoduje falę ciekawości, prawda? Zwłaszcza kiedy jest się piratką. Doprawdy~~
-No, mówi na to "TO". – wzruszył ramionami– Kij go wie co ma na myśli, temu właśnie mówi się, że majaczy. Chodzi po ludziach i mówi "TO istnieje! Widziałem TO" i te brednie o lawrenie, morskim lawrenie…phi! Człek zajął by się sobą, a nie to tak, doprawdy…-Tym samym dzia-dzia skoczył swoją anegdotkę i przeszedł na temat marudzenia na inne pokolenia, tego jaki on stary, jaki świat młody, a potem na szczęście został zabrany przez strażników, kiedy to podirytowana Jean chciała mu zrobić krzywdę…cóż. Trzeźwy pirat to nerwowy pirat. W każdym bądź razie Jean została teraz sama i faktem jest, że dziadzia zasiał ziarno chciwości i ciekawości w Pani Kapitan, która teraz sobie dumała na temat "TEGO". Miną dzień drugi….

~~*~~

Jean wstała wcześniej niżby to zazwyczaj zrobiła…mijał 3 dzień, a zdaniem straży wciąż produkowała wyziewy alkoholu, którymi nie pogardziłby żaden pijaczyna co skonał z ich nadmiaru. Sama Jean dotkliwie odczuwała przerwanie systematyczności pojenia się rumem. Wszystko zaczynało drażnić jej zacną personę, wydawać się bezużytecznym śmieciem który nadaje się jedynie do zniszczenia bądź też jednorazowego wykorzystania, a następnie zniszczenia. W końcu jakim sposobem ona, Jean Hawk, Kapitan Jean Hawka miałaby kilkukrotnie z czegoś korzystać? W każdym bądź razie, wszystko wydawało się być ciągle pod kontrolą, biorąc pod uwagę, że na chwilę obecną Jeanowy mózg produkował takie myśli, uświadamiając ją i podsuwając koncepty jak by tu…usunąć wszystko z jej drogi, zgnieść, unicestwić….tak, by ona się pławiła widokiem poległych, bezwartościowych istot, kiedy ona sama będzie trzymała w dłoni puchar pirackiego nektaru. Na pierwszy ogień poszły by kasztanki które ją tu zaciągnęły, strażnicy, klucznik i ten szczur co za nim łazi oraz….zresztą, ba! Wszyscy mieszkańcy! Wszak, gdyby ich tu nie było…to to miasto by nie powstało, nie było by wojny, nie zgubiłaby kamratów, nie trafiła tutaj…Podsumowując– Jean była karmiona krwawymi wizjami, jednak jeszcze nie wcielała ich w życie…gdyż jej ciało wydawało się okropnie ciężkie, senne, leniwe, pozbawione rumu…Dlatego też Pani Kapitan siedziała posępnie oparta o ścianę spoglądała na chodzących od czasu do strażników i na innych więźniów z pogardą nieskrywaną. Z czasem zaczynała warczeć co na niektórych posyłając przy tym morderczy wzrok na pierwszego lepszego co się nawiną. Kiedy zaczął się kolejny dzień, a Jean jak capiała "zalanym w trupa", tak capiała dalej. Dla wszystkich był to powoli swego rodzaju fenomen…no ale nic. Ważne jest to, że tego dnia Jean wpadła na koncept godny pirata i zaczęła z samego rana śpiewać nieustannie, godzinami pirackie skowyty, by tylko zobaczyć na twarzach innych grymas niezadowolenia, braku cierpliwości etc. Jak łatwo się domyśleć po dłuższej chwili czynność ta zaczynała irytować innych, przez co w jej kierunku leciały wyjątkowo "poetyckie" określenia ze strony więźniów, jak i strażników, którzy po 14godzinach mieli serdecznie dość. Tak więc, czwartego dnia, dziwną jednomyślnością i strażnicy, i klucznik, jak i więźniowie, stwierdzili , że Pani Kapitan powinna opuścić to miejsce…ciekawe, prawda? Jednak sama Jean Hawk, odburknęła jedynie cos nie wyraźnie i kontynuowała skowyt, pomimo iż wszyscy siła chcieli się jej pozbyć. Tyle radości, a zerowy wysiłek praktycznie i sobie ubrań krwią nie upaćka. Tak, tak, satysfakcje przednią wręcz miała Celina. Ostatecznie jednak, kiedy zaczynał się dzień piąty, a pod jej otwartą celę złożono broń, jak i bukłaczek miodu pitnego postanowiła z łaski swojej wielkiej opuścić zacne towarzystwo z zadowoleniem stwierdzając, że nawet kasztanki na nią czekają…wsiadła wdrapała się więc na wóz i zaczęła kierować się do pierwszego punktu rzeźniczego…

zt
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

30 kwie 2013, 21:48

MG



Azur poczłapał w stronę drzwi. Skurczone, zastałe mięśnie protestowały. Stawy, nadwyrężone przez przebywanie dłuższy czas w mokrej zimnicy, przeszywały go ostrym bólem przy każdym ruchu. Nie zważał na to. Właściwie, żeby być ścisłym – niezbyt ten fakt w ogóle rejestrował. Czym był ból JEGO w porównaniu z JEJ bólem? Pierdnięciem motyla na ramieniu. Dlatego właśnie Azur szedł, odruchowo starając się zachowywać ciszej.
Nie, nie dlatego, że mógłby pobudzić strażników. Dlatego, żeby przypadkiem nie zagłuszyć JEJ, bo… chyba cichła. Tak.
Nim troll dobrnął do uchylonych drzwi, cichy oddech po drugiej stronie umilkł zupełnie. Drzwi jednak pozostawały uchylone. Azur naparł na skrzydło, zmuszając je do ciężkiego, zgrzytliwego jęku, który nawet trupa winien postawić na baczność. Lodowata gula stanęła mu w gardle.
Na korytarzu było pusto. Pustka. Jednolita ciemność, zupełnie jakby na końcu wąskiego, cuchnącego korytarzyka zalęgło się coś, co pożerało wszelkie źródła światła. Karmiło się jasnością, w zamian wypluwając gęsty, lepki mrok. Piwniczny zaduch, odór gówna, szczyn, wymiocin. Momentami krwi. Paskudnej, więziennej strawy. Charakterystyczny zapach mokrego, szczurzego futra i niemytych ciał. Paskudna woń strachu. Aromat winy i kary za nią.
Ale ani trochę zmysłowego, delikatnego, kobiecego zapachu. Nie było jej. Była za to ciemność i pustka. Korytarz. Naprawdę. Był. Pusty. Mógł wyjść.
Nie, mogli wyjść! Razem! Jeśli tylko Mohlin zechce towarzyszyć Azurowi, jeśli tylko zechce kroczyć ramię w ramię (czy może łapsko w łapę) z mordercą. Z katem niewinnej, subtelnej kobiety, która zawiniła tylko tym, że była elfem. Zawiniła tym, że była piękna. Jej największą życiową porażką był fakt, że ośmieliła się stanąć na drodze Azura i powiedzieć coś nie tak, jak trzeba, albo zgoła nie powiedzieć nic. Bogowie są przewrotni. Ich kary za tak haniebne przewinienia potrafią nawet najmężniejszym kamasze z nóg strącić.
Mohlin, wiedziony iście zwierzęcym instynktem, wymsknął się przez malejącą szczelinę w drzwiach, nim Azur zatrzasnął je zupełnie. Jedynie rozsądkowi mógł zawdzięczać to, że opamiętał się i przytrzymał ciężkie skrzydło dłonią, nim narobiło jeszcze więcej hałasu. A potem…
Potem mogli iść. Razem. Jeżeli tylko chcieli.
Wyglądało na to, że korytarz naprawdę jest pusty. Strażnicy, jeśli w ogóle to możliwe, naprawdę śpią. Nawet więźniowie, zwykle umilający sobie późne godziny nocne donośnym wyciem w lochach, które z natury obdarzone są potężnym echem, wyjątkowo zrobili sobie przerwę w ryczytalach i umilkli. Azur widział jedynie ciemność, ale nie oznaczało to, że nie mógł posuwać się ślamazarnym krokiem naprzód, z dłońmi przy wilgotnej ścianie, tak zimnej, że zdawała się aż kąsać w palce chłodem.
Kilkadziesiąt kroków. Dokładnie tyle dzieliło go od pierwszego powiewu świeżego powietrza na trollich nozdrzach. Mohlin mógł zaufać mysiemu instynktowi i znaleźć drogę na własną rękę, ale równie dobrze też mógł po prostu pójść za nim. Jeśli w ogóle będzie chciał. Razem.
Na zawsze.
Albo chociaż do bram więzienia.


Azur, Mohlin – możecie w swoich postach wstawić z/t. Chyba że wolicie w Lochach zostać.
Awatar użytkownika
Posty: 26
Rejestracja: 13 sty 2013, 18:08
Karta Postaci: viewtopic.php?p=40436#40436

03 maja 2013, 11:30

- Azur –– szepnął, widząc jak troll zmierza ku drzwiom. Podświadomość nakazała ruszyć się z miejsca. Podbiegł do trolla i lekko wychylił się przez szczelinę w wejściu. Cokolwiek to było, zniknęło. Czmychnął przed zamykającymi się drzwiami, które o włos nie zgniotły mu ogona. – Po co ktoś miały to robić – pomyślał. Sam fakt o wolności za kilka metrów napawał by mysz optymizmem, ale nadal niepokoiło go zachowanie szczurów. Mógł się ich przecież zapytać, lecz teraz było na to za późno. Drzwi zostały zamknięte. Mohlin pomyślał także, iż elfka dała Azurowi szanse, bo przecież są to dobre istoty. Tak przynajmniej zawsze zostawały opisywane. Schował miecz i podskoczył, chwytając swoimi pazurkami dłoń trolla. Starając się nie wbijać ich zbyt mocno, wspiął się na jego ramię. – Pójdę pierwszy, nikt nie zwróci uwagi na mysz. Pomyślą że to kolejny szczur. Gdyby to była zasadzka lub "ona" wrócę i ostrzegę cię. Nie pobiegł jednak czekając na reakcję kompana, który mógł mieć lepszy pomysł na wydostanie się z więzienia.
Awatar użytkownika
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

05 maja 2013, 22:52

Weszliśmy w to razem, wychodzimy razem. – Schylił się ku myszy. Na jego twarzy widniał wyraz ulgi, jednocześnie jednak, jego pomarańczowe oczy przygasły znacząco. Obawiał się kolejnych natarć ducha, a także strażników na których niechybnie się natkną. Ciepłe łzy, tak żarliwe jak gdyby właśnie zauważył śmierć Czubka, tworzyły rowki w brudzie zaschniętym na twarzy. Otarł je szybkim ruchem, szczęśliw że to już prawdopodobnie koniec. Przez chwilę w małych oczkach myszki dostrzegł odbicie swego dawnego blasku. Zdziwiło go to, wątpił nawet w wyjście z więzienia. Dzielny Mohlin, przetrwał z nim tyle, a jeszcze długa droga przed nimi. Elfka nie przestanie, czuł to w kościach. Lecz z jakiegoś dziwnego powodu im pomogła. Popatrzył na swą wielką rękę… Gdyby tylko mógł dotknąć jej ręki, zrozumieć dlaczego! Dlaczego ona mu to zrobiła! Dlaczego musiał tak cierpieć!

Wskocz proszę na me ramię. Wychodzimy.- Był wyraźnie zdecydowany. Musiał działać, skoro miał okazję. Ręka zawisła przed Mohlinem, dając mu okazję na wtargnięcie na grzbiet trolla. Jeśli ten zdecyduje się na owy manewr, Azur podąży ku wyjściu. Jeśli nie – pozostanie.

Mohlinie, możesz dać z/t za nas dwóch w swoim poście jeśli wychodzimy. Jeśli nie – zostajemy obydwaj.
Awatar użytkownika
Posty: 26
Rejestracja: 13 sty 2013, 18:08
Karta Postaci: viewtopic.php?p=40436#40436

08 maja 2013, 14:51

Mohlin kolejny raz wspiął się na Azura. Mając wielkiego trolla przy sobie czuł się o wiele pewniej. Nawet lęk przed duchem przestał go gnębić. - Tylko się pośpieszmy, możemy stracić okazjeszepnął. Nie mógł się doczekać ciepłych promieni słońca ogrzewających jego sierść i chłodnej, czystej wody. Jego futerko lepiło się do ciała od nadmiaru wilgoci i gdyby nie ubiór zapewne wyglądał by komicznie.

Z/T (Mohlin i Azur)

Wróć do „Lochy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 14 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Grynfa, Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.