Przedsionek Lochów

Podziemie pałacu to pilnie strzeżone miejsce przeznaczone dla skazanych i oczekujących wyroku czy wykonania kary osób. W szczególnych przypadkach mogą być oni odwiedzani.
Awatar użytkownika
Posty: 885
Rejestracja: 05 lut 2011, 21:54
Lokalizacja postaci: Loszek
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?t=216&highlight=viridar

Przedsionek Lochów

18 gru 2011, 21:05

Niespecjalnie obszerne pomieszczenie służące normalnie za miejsce gdzie więźniowie są przeszukiwani, przebierani w więzienne łachmany, w razie potrzeby zakuwani w dodatkową parę kajdan. Jest to pokój o zimnej, twardej kamiennej podłodze w kształcie kwadratu o boku około 4 metrów i równie nieprzyjemnych kamiennych ścianach.

MG
Do jakże mało imponującego i nieodpowiedniego do swojego chwilowego celu pomieszczenia dwóch strażników wniosło pokaleczonego i nieprzytomnego Saitavera po czym położyli go na prowizorycznej pryczy na której z reguły jeden strażnik spał, a drugi pilnował porządku, oczywiście w niech kiedy nie spodziewali się kogoś ważnego a zaraz za dwójką żołnierzy przybiegł lekarz który bez zastanowienia zajął się nieprzytomnym pacjentem ale wpierw wlał mu do ust jakąś mieszankę ziół i przechylił Zabójcy głowę tak by owa mieszanka trawiła do żołądka. Owa mieszanka była środkiem usypiającym, i miała na celu upewnienie się ze pojmany nie obudzi się z krzykiem podczas zabiegów, oraz że spokojnie zaczeka na decyzję Majordoma w swojej sprawie.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 758
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

30 gru 2011, 23:07

STÓJ!
Nakazał głos w głowie Samaela. Ten był stanowczy i demoniczny, lecz można było wyczuć w nim coś…elfiego? Mniejsza. Tak, to Linandar się z nim komunikował. I jednocześnie kontrolował jego ciało, więc nawet jeżeli jemu się to nie podoba, to nie może nic z tym zrobić. Zazwyczaj opętani tak mają, mimo że chcą to jednak nie mogą się ruszyć tam gdzie chcą, jednak bardzo "chętnie" podążają tam, gdzie ten który opętał nakazuje ciału iść. No a co biedny Samael może w tej chwili na to poradzić? Nic, wyłącznie nic, więc musiał zrobić to co chciał i wysłuchać, co też cień ma do powiedzenia.
DŁUGO SZUKAŁEM, LECZ TO DOPIERO TY WYDAŁEŚ MI SIĘ NAJLEPSZYM, HMM, WSPÓLNIKIEM…
Lepiej powiedzieć "wspólnikiem, niż ofiarą, nieprawdaż?
…DO MOJEGO PLANU. BEZ ZBĘDNYCH CEREGIELI – BĘDZIESZ W MOIM IMIENIU POSZUKIWAŁ MASKI. MASKI, KTÓRĄ PRZED LATY ZA ŻYCIA UTRACIŁEM. DZIĘKI TEMU PRZEDMIOTOWI BĘDĘ W STANIE POSIĄŚĆ WIELKĄ MOC, A KTO WIE, CZY SIĘ WTEDY NIĄ NIE PODZIELĘ. POSŁUCHAJ…
Tu Piaskowy Demon kazał Samaelowi usiąść po turecku na zimnej podłodze.
…POSZUKASZ PEWNEGO OSOBNIKA IMIENIEM GAŁGAR. ON POWINIEN MIEĆ TEN PRZEDMIOT PRZY SOBIE. ZNAJDZIESZ I ODBIERZESZ, A POTEM ODPRAWIMY RYTUAŁ. ZGODA?
Oczywiście ostatnie pytanie było retoryczne, ponieważ Ciemnowidz i tak będzie siedział w głowie Samaela, aż w końcu ten nie wypełni swego zadania
Awatar użytkownika
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

30 gru 2011, 23:16

Lek. Oto co ogarneli Samaela. jednak sluchal. Demon nie mogl zrobiic mu wiekszej krzywdy, a Samael, jakby sie odpowiednio skupil moglby sie uwolnic.
Dobrze. Jednak jest problem. Osoba, ktorej szukasz nie zyje. Widzialem jej smierc. A maska moze dalej tam jest.
To co mowil duch o mocy zaciekawilo demona.
Awatar użytkownika
Posty: 758
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

30 gru 2011, 23:36

PROBLEM? WRĘCZ PRZECIWNIE. SKORO ON JUŻ NIE ŻYJE, A MASKA DALEJ MOŻE TAM BYĆ. SŁUCHAJ, TERAZ ODDAM CI KONTROLĘ NAD SWYM CIAŁEM, JEDNAK NADAL BĘDĘ Z TOBĄ, ROZUMIESZ? DOPIERO, GDY ZNAJDZIEMY MASKĘ I ODZYSKAM SWE CIAŁO, POMYŚLIMY O NAGRODZIE. W TEJ CHWILI NIE MOGĘ CI NIC ZAOFEROWAĆ, PONIEWAŻ MAM TYLKO NAMIASTKĘ SWOICH MOCY…
Po chwili w pomieszczeniu zrobiło się bardzo ciemno, lecz Samael swoje ciało mógł zobaczyć doskonale. Gdyby się w tej chwili przyjrzał ścianom, to mógłby zobaczyć kilkanaście par błyszczących czarnych ślepi wpatrujących się w niego. To nie była jakaś super skomplikowana sztuczka kuglarska, tylko umiejętność używania klonów cienia, które jakby "zlepiły" się ze ścianą. Jednocześnie w pomieszczeniu zaczęły się unosić drobne ziarenka piasku, które już zdążyły się tutaj nagromadzić. Chwilę to trwało, ale po jakiejś minucie wszystko wróciło do normy.
MASZ, MOŻESZ WŁADAĆ SWOIM CIAŁEM, OD TEJ CHWILI JEDNAK BĘDĘ CI CAŁY CZAS TOWARZYSZYĆ, CZY CI SIĘ TO PODOBA, CZY NIE.
Mężczyzna po odzyskaniu kontroli nad swoim ciałem udał się w drogę.

2x Z/T
Awatar użytkownika
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

17 wrz 2012, 19:33

MG

Skazańcy, obecnie w cięzkim położeniu, musieli w końcu podjąć jakąś decyzję. Działania, jakie wykonali wcześniej, owszem, przybliżyły ich w kierunku wolności – wszak uwolnili się z cel, mieli broń (wprawdzie jedną na czterech, ale co tam) i ambitne zadanie przed sobą. Musieli jednak zaplanować, jak będzie wyglądać ich droga ku wolności.
Na początek musieli się zająć swoim kolegą – Cathalem, zranionym przez ogłuszonego teraz klawisza. Wódki, znalezionej przy nim nie wystarczyło na odkażenie całej rany, toteż towarzysze, czy bardziej sam zainteresowany podjął decyzję o użyciu rozgrzanego żelaza. Odważna decyzja. Roskvar musiał zdawać sobie sprawę z bólu, na jaki się skazuje, ale było to zło konieczne, mające zapobiec jeszcze gorszym konsekwencjom. Fraen zrozumiał to i włożywszy zdobytą klingę w ogień pochodni, trzymał ją tam chwilę, pozwalając żelazu osiągnąć odpowiednią temperaturę. Wilk wiedział, jaka może być reakcja mężczyzny podczas i po zakończeniu takiej operacji, toteż polecił pozostałym przytrzymać młodszego ziomka i włożył broń w ranę. Znał procedury – wiedział, jak to zrobić skutecznie. I dopiął swego, chociaż kosztem dużego cierpienia pacjenta.
Cathal najpierw poczuł szczypanie, gdy podły alkohol wpłynął w jego ranę. Znał jednak ten ból – czuł go nieraz podczas walk, gdy został ranny. To było jednak tylko preludium. Zdawał sobie sprawę, że spirytusu jest zbyt mało, by zdezynfekować całą ranę i uniknąć zakażenia. Dlatego też poprosił kolegów o użycie gorącej stali. Trzymany z obu stron czuł rozdzierający ból, gdy czubek miecza raz po raz dotykał zranionej skóry. Zaciskał zęby z całej siły – nikt nie pomyślał, by dać mu coś do zagryzienia, lub po prostu niczego takiego nie posiadali. Fraen jednak znał się na rzeczy i skończył szybko. Młody padł na podłogę. Ból mijał powoli Podniósł się z klęczek, gdy tylko stał się możliwy do zniesienia, wciąż jednak rana dawała się we znaki, jednak była to jedynie kwestia czasu. Zorientował się do tego, że zaciskana z całej siły szczęka również odezwała się tępym bólem. Można było mieć jedynie nadzieję, że nie pokruszył sobie zębów.
Bruno z nich wszystkich był w najcięższej sytuacji. Nie dość, że ranny już wcześniej, to jeszcze teraz poddany dużemu wysiłkowi. Odizolował się więc od wszelkich dyskusji – swoje działania ograniczył do słuchania i obserwacji, pragnąc w jak największym stopniu zregenerować nadwątloną energię. Zaczął się rozgrzewać, jednak nie szło mu to tak, jak by chciał. Prawie przy każdym ruchu czuł ból, czy to z mięśni, czy połamanych części ciała.
Fraen, z racji swojego doświadczenia, przejął inicjatywę. Do tego rozumował logicznie. Wiedział, że nie mają szans w klasycznej ucieczce. Wymyślił plan, który miał rację bytu – mógł się udać, wiele jednak zależało od szczęścia. Od tego, na kogo trafią w przedsionku, czy uda im się polubownie załatwić sprawę, czy też dadzą radę w ewentualnej walce. Rzucony przez niego pomysł zakładał wykorzystanie przebranego Marcifila, by poprowadził ich w stronę pałacu, siedziby majordomusa, gdzie mogliby zostać sprawiedliwie osądzeni, a przez próbę walki oczyścić się z win. Gdyby jednak zostali zatrzymani, a nie udało im się przekonać pozostałych klawiszy do swoich racji, pozostawała walka, będąca loterią w obecnej sytuacji. Mieli szansę. Jeden miecz. Jeden weteran, drugi zdolny, lecz niedoświadczony, trzeci cieżko ranny, a czwarty niebędący wojownikiem. Szansa zawsze była.
Drużyna, złożona z księcia północy, wojownika, nekromanty i piwowara podjęła decyzję. Nie mieli już ani czasu, ani ochoty na dalsze rozważania. Przystali na plan ich przywódcy. Nie pozostało już nic, jak tylko zacząć – przynajmniej spróbować – wprowadzać go w życie. Przebieraniec szedł pierwszy – dzierżąc w dłoni klucze prowadził swoich towarzyszy ku nieznanej przyszłości. W końcu, obejrzawszy się na resztę i ujrzawszy wszystkich tuż obok, otworzył drzwi. Klucz zazgrzytał w zamku, drzwi zajęczały w zawiasach, a na Marcifila padły światła pochodni, którymi oświetlony był przedsionek.

Strażnik więzienny Orryn ze zrezygnowaniem opuścił koszary miejskie, ruszając w kierunku budynku lochów. Nienawidził tej roboty, ale i tak się cieszył, że ma chociaż ją. Zawsze mogło być gorzej – powtarzał sobie nieustannie. Owszem, ta praca była znacznie lepsza od bezrobocia. Z czego by wtedy żył? A jak już, zawsze mógł dostać gorszy przydział. W lochach przynajmniej nie było aż takiego rygoru. Można było swobodnie pogadać, pograć w kości, zjeść coś czy przewietrzyć się od czasu do czasu… Nie musiał stać jak kołek przez pół dnia, tak jak ci nieszczęśnicy w pałacu, albo łazić w pełnym słońcu (albo zimnie, cholera, robiło się coraz chłodniej) po mieście ganiając za rzezimieszkami. Zawsze mogło być gorzej.
Zbliżał się coraz bardziej do miejsca swojej pracy. Poprawiwszy sobie trochę humor nie podchodził już tak negatywnie do najbliższych kilkunastu godzin siedzenia na dupie. Po drodze dołączyło do niego jeszcze kilku jego znajomych klawiszy. Trochę pracował w straży, więc znali się dobrze. Obiło mu się jednak o uszy, że do straży więziennej przekierowali jeszcze jednego typa z innego stanowiska, czy jakiegoś nowego rekruta, cholera wie. Nie zobaczył go wśród otaczających go kolegów.
Gdy wszedł do środka, kilku ludzi z nocnej zmiany było jeszcze wewnątrz. Na widok zmienników poczęli zbierać się z miejsca, ziewając. Cieszyli się, że mają już fajrant, pewnie nie mogli się doczekać. Orryn dostrzegł swojego starego przyjaciela, Burrila i zaczepił go, pytając jak minęła noc.
Przyprowadzili jakichś nowych, zrobili rozpierduchę w "Kocie". Trzech, potem jeszcze jednego, cholernie potłuczonego, nie pamiętam za co dokładnie. Poza tym, jak co dzień, nic nie kombinowali, żadnych awantur. Śpią pewnie. Ja też lecę, trzymaj się, stary. Powodzenia.
Orryn pożegnał kumpla i razem z pozostałymi, drogą losowania, wyznaczyli kogoś, kto rzuci okiem na więźniów. Na całe szczęście, nie wypadło na niego, toteż spacerek przypadł komuś innemu. Ktoś, jak zawsze, wyjął kości. Część dosiadła się do jednego stolika, niektórzy przychodzili, inni odchodzili z gry, niektórzy gadali… Co jakiś czas ponownie typowano kogoś do obchodu. Dzień jak co dzień wśród strażników…
Nowego, który w końcu się pojawił, większość zlekceważyła. Nie zwracano na niego uwagi, a przynajmniej nie czynił tego Orryn, więc siadłszy w kącie, po pewnym czasie zagadał do kogoś.
Kilka godzin później rozległy się jakieś krzyki z części przeznaczonej dla więźniów. Wyglądało na to, że jakiś więzień nawołuje. Żołnierze obrócili twarze, ściągnięte irytacją, w kierunku drzwi. Któryś z nich musiał ruszyć cztery litery i sprawdzić, co się dzieje. Ej, nowy! – rozległ się okrzyk. Jego adresat obrócił się ku wołającemu, a na gwizd, połączony z ruchem ręki z wyprostowanym wskazującym palcem w stronę drzwi podniósł się z miejsca i poszedł rozeznać się w sytuacji. Nie przyciągał specjalnej uwagi. Nowy jak nowy, po paru dniach zaaklimatyzuje się i będzie swój. Po wyjściu, niektórzy załapali, że nawet nie zapamiętali jego twarzy.
Wytypowany jakoś nie kwapił się z powrotem, pomyślał Orryn jakiś czas po jego zniknięciu.. Cholera go wie, pewnie zaczął gadać z więzniami. No bo przecież go nie załatwili, no nie? Dłuższa nieobecność została całkowicie zlekceważona. Przynajmniej aż do chwili, gdy drzwi prowadzące do cel ponownie się otwarły, a wyszło przezeń czterech ludzi, nie jeden. Głośno wyraził swoje zdziwienie, zwracając tym uwagę kolegów, po czym zerwał się z miejsca i wyszedł naprzeciw nowoprzybyłym. Zastanawiał się, po jakiego cholernego diabła ten kretyn przyprowadził tutaj tych skazańców. Byli to prawdopodobnie ci od rozpierduchy w "Kocie", o których mówił Burrill.
Pojebało cię już zupełnie, typie? – głośno wyraził swoje myśli Orryn. – Na kiego chuja wyprowadziłeś tych więźniów? Kazał ci ktoś, czy co? Nudzi ci się? Popisać się chcesz?
Strażnik zasypał Marcifila retorycznymi pytaniami Przyjrzał się uważnie "nowemu". Nie mógł stwierdzić różnic w jego wyglądzie przed i po wyjściu, nawet nie przyszło mu to do głowy. Teraz usiłował się po prostu dowiedzieć, co tu się w ogóle dzieje.
Marcifilo miał szansę, by spróbować przekonać strażnika do tego, co planował zrobić wraz z towarzyszami, wszak póki co uniknął wpadki, czystym fartem. Pozostało mu wybrać, czy wymyśli coś na poczekaniu czy użyje wersji wcześniej ustalonej przez Fraena.
Tak przynajmniej myślał, dopóki nie rozległ się krzyk, poprzedzony gwizdem, jaki wydaje miecz wyciągany z pochwy. Krzyk brzmiał "On ma broń!".
Orryn nie wiedział o co chodzi, przynajmniej w tej chwili, ale Marci, jak i więźniowie, mogli. Któryś z klawiszy podbiegł i przyłożył końcówkę miecza do gardła Fraena. Widocznie zobaczył broń, zawiniętą w szmaty, którą trzymał w dłoni.
Rzuć to, już! – krzyknął.
Spostrzegli to także pozostali strażnicy – dało się słyszeć kilka podobnych gwizdów. Orryn przyglądał się temu, kręcąc głową, po czym przeniósł wzrok na Marciego, który wciąż był dla niego "nowym", chwytając za rękojeść swojej broni.
Obyś miał, twoja mać, dobre wytłumaczenie…
Zachodził w głowę, dlaczego, jasny gwint, ten więzień miał przy sobie broń, a strażnik nie. Co zrobił ze swoją? Oddał mu? Dlaczego, do cholery?
W głowie żołnierza rodziły się już podejrzenia, tak samo jak u jego kolegów, zbliżających się do uciekinierów z obnażoną bronią. Wciąż jednak oczekiwał na wyjaśnienia, chcąc usłyszeć usprawiedliwienie tych niedorzecznych działań.
Jak wytłumaczą broń w posiadaniu więźnia? Jak wyjaśnią całe opuszczenie lochów? W jaki sposób ominą strażników? Chociaż przewidzieli te problemy wcześniej, decyzje, jakie zostaną podjęte teraz zaważą na przebiegu całego przedsięwzięcia. Musieli jakoś wybrnąć z sytuacji – jeśli nie chcą wrócić tam, skąd przybyli.


Kolejka:
1. Fraen
2. Marcifilo
3. Cathal
4. Bruno
Wszelkie pytania – gg.
Awatar użytkownika
Posty: 114
Rejestracja: 28 lut 2012, 23:58
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1645

24 wrz 2012, 19:53

Prowadził ich, aż w końcu doszli w czwórkę do przedsionka. Szło dobrze, nie licząc tego, ze na wolności byli dopiero co pięć minut, zresztą też nielegalnie, jakby tak patrząc. No ale cóż zrobić – takie nastały czasy, rebeliantów i bohaterów, jak widać. A bohaterów teraz ku wolności kierował właśnie on – prosty, zwykły rzemieślnik, który niby potrafi walczyć, jednakże to są tylko żołnierskie podstawy, które poznał podczas tych kilku lat na służbie. Zresztą był kucharzem polowym – już prędzej wyczaruję pyszną zupę z mchu niż powali oponenta. a Mszówkę to on akurat dobrą robił. Akurwat, jakby to jego wujek Infery powiedział. No i właśnie z taką myślą wszystko zaczęło walić… a począwszy od początku złapał ich strażnik. To dziwne, że nie poznał, że więźniów jest czterech a nie trzech, ale to służyło im jedynie na korzyść. No, do czasu, gdy jakiś zauważył broń u Fraena, co oznaczało jednocześnie jej brak u pseudostrażnika. No cóż, jakby to powiedział wujek… jesteśmy w dupie, panowie.
Oj tak…
Zanim zaczął wymyślać wymówkę na poczekaniu to stało się coś, co go bardzo zaskoczyło. Przy jego krtani pojawiło się ostrze, i to nie było bynajmniej ostrze strażnika. Tak, "przywódca" grupy postanowił wykorzystać fakt, że nie pamiętają twarzy strażnika i wziął Marcifila jako zakładnika. Szczwany plan, jednakże Wygnaniec chyba za bardzo wczuwał się w rolę, gdyż poleciała krew. Tyle dobrego, ze wcześniej to ostrze wyparzył w ogniu, chociaż jakby się tak zastanowić – owinął je w jakieś brudne szmaty. No cóż, miejmy nadzieję, że jego krtani przynajmniej nie będą musieli przypalać żelazem, tak jak to miało miejsce w przypadku Caleirdira. Przez chwilę nawet się szarpał naprawdę, ze zdziwienia,a potem zdał sobie sprawę, że może to być próba dyplomacji. I oby ona wypaliła, bo jak nie to będą martwi. Nie zniewoleni ale trupem położeni. Jednakże wyjdą z tego, jakoś. Miejmy nadzieję.
Awatar użytkownika
Posty: 16
Rejestracja: 17 mar 2012, 21:05
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1699

27 wrz 2012, 14:38

Spieszyli w kierunku wyjścia, chcąc odejść z tych lochów jak najszybciej. Nie mieli się tam znaleźć, byli niewinni, a przynajmniej w prawie i obyczajowości jego ojczyzny. Jednak nie byli tam, tylko tutaj, więc należało działać, aby znaleźć się tam. Proste i logiczne, prawda?
Prowadzący ich Marci pchnął drzwi i znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie strażnicy przeważali ich liczebnie jakoś… prawie trzykrotnie, orężem dziesięciokrotnie – uciekinierzy posiadali jeden miecz, który trzymał Fraen. A ostrze tego oręża błyskawicznie znalazło się przy szyi piwowara. Na twarzy młodego roskvara, nie pojawiło się zaskoczenie – znał takie zagrywki i wiedział, że może się to udać. Musieli dobrze grać i pewnie też walczyć. Do jego uszu doszły wycedzone przez zęby słowa w jego ojczystym języku – polecenie od Księcia, która należało błyskawicznie wykonać. Strażnik lasu podbiegł do najbliższej dostępnej pochodni, do której droga nie była zagrodzona przez klawiszy i ująwszy ją w ręce, wyjął. Mieli teraz miecz i pochodnię, co delikatnie zwiększało ich szanse. Światło ognia pochodni, rzucało złowieszczy cień na twarz młodego roskvara, która przedstawiała stanowczość i wolę walki Ludu Północy.
Ryzykowali życiem Marciego, to prawda. Ale każdy z nich postawił na szali losu swe życie, wszyscy wiedzieli czym grozi próba ucieczki. Wiedzieli jednak jedno – łatwo tego życia nie dadzą, choćby mieli walczyć z hordą olbrzymich, ognistych gadów. A tutaj było aż, albo tylko dziesięciu strażników. uciekinierzy w większości byli ranni lub zmęczeni – albo jedno i drugie. Mieli jednak wiarę, która dawała siły.
Czekał więc razem ze swym Suzerenem i obserwował uważnie reakcje i ruchy klawiszy – oceniałodległości i możliwość wykorzystania wystroju części lochów.
Awatar użytkownika
Posty: 124
Rejestracja: 03 lut 2012, 11:37
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1555

27 wrz 2012, 22:57

Bruno przespał na stojąco cały rozwój wydarzeń. Śnił o bujnych cyckach swych kochanek. Przede wszystkim Elizojdy, Margaryny i Baśki. Ach… Baśka.
Gdy w końcu przebudził się z lekkiego transu, od razu rozgarnął co się dzieje. Teatr Fraena i Merciego był prawdziwym majstersztykiem. Zawsze lubił aktorstwo, a więc teraz będzie mógł sprawdzić się wchodząc i rozwijając tą gre.
– Na kolana i łapy za głowę tępe pizdokleszcze. – Wycedził przez zęby, podnosząc na wysokość klatki piersiowej prawą rękę i tworząc wkoło swej dłoni mroczną mgłę, która miała zachęcić strażników to gibkiego wykonania rozkazu. Gdy zakładającoczywiście wszyscy już znajdywali się na klęczkach, Bruno podszedł i ustawił się naprzeciw celników i wykonał szybki ruch ręką, rozmieszczając ciemną masę przed ich licami. Moment później począł podchodzić do każdego i wyciągać miecze z pochew i rzucając je w kierunku towarzyszy. Robił to bardzo ostrożnie, by nie zostać przypadkiem sam pojmany jako zakładnik i spierdolić tak cudownego planu. Umiejętność tworzenia czarnej mgły Bruno wyniósł z Rebbeki, a i nauczył się jej w najlepszym możliwym momencie. Teraz, chcąc zdezorientować strażników nie byłoby lepszej magicznej sztuczki.
Awatar użytkownika
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

30 wrz 2012, 01:09

MG

– Co tu się kurwa dzieje…
Pytanie to przyszło Orrynowi do głowy niedługo później i w pełni obrazowało to, co czuł podczas tych wydarzeń, które wydarzyły się kilka minut później. Poprzednio dało się to jeszcze jakoś znieść – no, nieczęsto zdarza się, by strażnik z własnej inicjatywy uwalniał więźniów i próbował ich wyprowadzić, w dodatku oddając swoją broń (chyba że zrobił to nie z własnej woli, ale jak niby miało to zostać dokonane, to było nie na głowę zwykłego klawisza, którym, nie oszukujmy się, był Orryn). Z każdą kolejną chwilą jednak sprawy komplikowały się coraz bardziej.
W chwili, gdy jeden z kumpli strażnika – nie pamiętał już nawet który konkretnie, ale to i tak nieistotne – dostrzegł nieudolnie ukrytą broń, więzień, największy i wyglądający na najstarszego wśród swoich towarzyszy, zareagował szybko. Zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, chwycił on Marcifila (notabene, wciąż uznawanego za nowego żołnierza przez Orryna i resztę) i przyłożył mu broń do gardła z wściekłym wyrazem twarzy.
Wśród straży zapanowało poruszenie. Właściwie żaden z nich nie orientował się w sytuacji, czemu trudno było się dziwić. Nikt, przynajmniej na razie, nie znał właściwego przebiegu akcji, jaki miał miejsce jeszcze w celach. Nie wiedzieli, co mają zrobić, jednak zorganizowali się nader szybko – z wyciągniętą bronią poczęli zaciskać utworzony już wcześniej krąg wokół kompanii, której członkowie zostali zmuszeni cofnąć się o krok. Krok w stronę drzwi – do tyłu, w kierunku tak niedawno opuszczonego więzienia…
Orryn wysunął się poza obławę już wcześniej. Teraz wyglądało na to, że przejął rolę samozwańczego negocjatora. Sam się temu dziwił, szczególnie tym, że przyszło mu to tak lekko, bez wewnętrznego oporu. Czyżby odnalazł w sobie jakieś ukryte zdolności?
Zaraz, powoli – powiedział, nie wyciągając broni. Zdjął dłoń z rękojeści miecza i uniósł ją w górę. – Zastanów się, co robisz. Nie możesz go zabić. Już chyba lepiej odsiedzieć swoje, niż zawisnąć, no nie? Puść go.
Uważał, że mówił z sensem i uznał, że Fraen przyjmie zdroworozsądkowe tłumaczenie. Ale tak swoją drogą, cała ta akcja ze zdrowym rozsądkiem mało miała wspólnego. Po jaką cholerę ich wyprowadzał? Tylko po to, by zaraz zostać zakładnikiem?
Roskvar wydał jakieś gardłowe okrzyki, może polecenia, których nie szło zrozumieć. Najwyraźniej o to chodziło – próbował się jakoś zorganizować.
Orryn powoli zastanawiał się, co powiedzieć i co zrobić dalej. Krąg powoli się zacieśniał – więźniowie nie mieli szans. Na ich nieszczęście parę sekund później wydarzyło się coś, co jeszcze bardziej umniejszyło ich szanse, za to zyskali nowego towarzysza niedoli. Zupełnie niespodziewanie drzwi wejściowe do przedsionka rozwarły się, a stanął w nich gość – strażnik pałacowy w pełnym rynsztunku. Wszyscy obejrzeli się w kierunku, z którego nadbiegł hałas. Otworzywszy drzwi z impetem wpadł do środka i donośnym krzykiem wyraził zarówno swoje emocje, jak i myśli Orryna.
Co tu się kurwa dzieje?! – zapytał, rozglądając się. – Dawaj go tutaj, szybko. Mamy problem.

Wielkie umysły myślą podobnie – pomyślał Orryn.
Ostatnie słowa ciężkiego strażnika były adresowane do jego podobnie wyposażonego kolegi, który wpadł przez drzwi tuż za nim. Niósł na plecach nieprzytomnego, chudego dziada w szacie. Rzucił go w najbliższy wolny kąt i popatrzył na ludzi, którzy zebrali się w środku. Niczego nie rozumiał, tak samo jak reszta, i tak samo jak reszta nie miał prawa rozumieć. Ten, który otworzył drzwi od razu dobył kuszy, w jaką był wyekwipowany, i wymierzył nią w świeżo uwolnionych więźniów, zbliżając się doń nieco. Stojący mu na linii strzału żołnierze dostrzegli to w mig i rozstąpili się. W sumie, nawet cieszyli się, że zaszczycił ich obecnością ktoś o nieco większym doświadczeniu i umiejętnościach.
Odłóż tę pierdoloną broń i puść go! – wykrzyczał do Fraena.
Cała dyplomacja wzięła w łeb – pomyślał Orryn. Pewnie to nawet lepiej. Zawsze można się wywinąć od odpowiedzialności, jak sprawa spierdoli się dokumentnie. Świadków jest aż nadmiar, a wypadki przy pracy się zdarzają.
Wartownik pałacowy celował swoją bronią w głowę Fraena, widoczną spoza ramienia Marcifila-przebierańca. Kusza, którą miał na wyposażeniu, nie posiadała przyrządów celowniczych, co utrudniało oddanie precyzyjnego strzału, ale dawało większe pole widzenia. Właśnie przez to stało się to, co się stało.
Kathal, który rzucił się w kierunku ściany obok drzwi za jego plecami, by chwycić za pochodnię, miał pecha. Miał pecha dlatego, że czynił to dokładnie w chwili, gdy wartownik wymierzył swoją kuszę. Ten zaś, zdenerwowany i zdezorientowany, widząc nagły, gwałtowny ruch odruchowo wystrzelił, pobieżnie tylko wycelowawszy. Bełt przeleciał kilkanaście centymetrów obok zetkniętych ciał Marciego i Fraena, po czym wbił się w udo Kathala, który od razu upadł, wrzeszcząc. Szczęście w pechu – bełt mógł polecieć znacznie wyżej.
W lukę w formacji, którą utworzyli towarzysze (Kathal stał przedostatni, za nim, najbliżej drzwi, tylko Bruno) wbił się anonimowy klawisz, zacieśniając krąg obławy. Fraen z zakładnikiem zmuszony był obrócić się nieco i cofnąć w stronę ściany, na prawo od drzwi. Bruno zaś został wepchnięty niemal w kąt między framugą drzwi a prostopadłą doń ścianę. Dookoła nich stali uzbrojeni żołnierze, a przy drzwiach wychodzących na zewnątrz, położonych naprzeciw tym do cel, mierzył do nich gwardzista, gdy w końcu uporał się z naciągnięciem cięciwy i założeniem bełtu. Trochę mu to zajęło, więc pozostali członkowie kompanii mieli czas na konkretne działanie bez zagrożenia z dystansu.
Nekromanta ocknął się w chwili, gdy rozległ się ryk Kathala. Mógł jedynie oglądać, jak roskvar pada ze strzałą wbitą w nogę. Od razu, nie zwróciwszy na to specjalnej uwagi, przystąpił do swojego planu. Mgła, jaka wytworzył, nie była aż taka potężna, jak sobie wymarzył. Obłok zdołał chwilowo obezwładnić klawisza, który zbliżył się do nich najbardziej – upuścił on swój miecz i zaniósł się kaszlem, cofając o parę kroków. O pozostałych efektach nie było nawet mowy – mgła rozwiała się szybko, a co do kontroli, Bruno nie dał rady przejąć nawet otępiałego, obezwładnionego strażnika, a co dopiero mówić o kilku, w pełni sił.
Plany, jakich wykonania przedsięwzięła się ekipa, rozpadały się dość szybko. Stracili jednego człowieka, teraz leżącego na ziemi i mogącemu jedynie wrzeszczeć z bólu i otrzymali dwóch nowych przeciwników, nie zdążywszy nawet spróbować dyplomacji. Zyskali za to nowego kolegę – starszego osobnika w szacie, nieprzytomnego, lecz powoli odzyskującego świadomość po bliskim kontakcie z glebą.
Jaki będzie ich kolejny krok ku wolności, lub niewoli, zależał w tym momencie od nich.

Kolejka ulega małej zmianie:
1. Fraen
2. Marcifilo
3. Bruno
4. Kathal
5. Madramix

Otrzymujecie limit czasu na odpis – powiedzmy, 2 dni, czyli 48 godzin. Tak jak poprzednio, pytania, sugestie i zażalenia na gg.
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

02 paź 2012, 00:55

Post teraz, a nie później – no niestety, z przyczyn technicznych. Ograniczone możliwości przy komputerze, a pisać na komórce to nie robota. Wybaczcie. Ew. literówki będę wyłapywał o ludzkiej godzinie.

W co też najlepszego oni się wpakowali… Niewinny incydent w karczmie, gdzie książę udał się, aby zorientować się w sytuacji regionu oraz odpocząć – zaprowadził go do lochów. Jego i jego towarzyszy, jeżeli, naturalnie, można ich takowymi nazwać.
Sprawy nie miały się dobrze. A mówiąc właściwiej – było źle. Jakkolwiek jednak by nie szło – wszystko zapisane było w gwiazdach. Przeznaczenie jednych jest jasne i proste, a innych – przeciwnie. Tak miało być – powtarzał sobie w myślach, co rusz. Jego przygoda nie mogła zakończyć się w tak błahy i banalny sposób. Niespodziewane rozwiązanie akcji miało nadejść lada moment. Taką również tuszył cichą nadzieję. Bogowie urządzali sobie igrzyska, patrząc, jak Wilk walczy z psami.
Nie był jednak w tej walce osamotniony. Miał przy boku przyjaciół broni i towarzyszy, którzy zdawali się milczeniem poprzysięgać mu wierność i stronnictwo w jego sprawie. Walcząc razem lub ginąc – byleby dopełnić boskich planów. A te były z góry już przesądzone. Jednak ostateczne losy znają jedynie sprawcy opaczności w raju. Nie dane jest zaznać spokoju ducha śmiertelnikom, ni ludziom, ni roskvarom.
Zwykłe uczucia targały Fraenem, kiedy rzecz się dokonywała. Zapomniał on, że ma żyć i ma dopełnić Przepowiedni. Bał się i lękał, w gniewie wielkim i nadziejach zgubnych. Jak ślepy kroczył po rozżarzonych węglach, ale szedł dalej. I mimo wszystko, ta ścieżka na najprostszą nie wyglądała.
Cokolwiek nie będzie na mnie czyhać za rogiem, czy pianę z ust tocząc i oddechem ognistym zionąć, czy zbroić się po zęby w wielkiej przewadze – dam radę. Podołam wszystkiemu – obiecał sobie. I ta właśnie obietnica miała mu pomóc w oswobodzeniu Ludu Północ. Przysięgał na swą krew, że życie odda za Roskvarów z Wysokiego Hodgerdu oraz zerwie łańcuchy Zachodu. Przyrzekł to so sobie, ojcu, przodkom, Krukom, przyjaciołom i poddanym. Miał stać się symbolem.
Na razie jednak… Był tu. Tak zaczynała się jego droga, a losy najwyraźniej zawieść miały go do lochów, gdzie właśnie spoczywał. Tak miało być! Podstępem jego niedoszłej kompanii – wydostali się. Pierwszy krok ku wolności uczyniony. Zaraz potem i drugi – plan górala został zaaprobowany przez całość czteroosobowego składu. Jeden z mężczyzn przebrał się za strażnika i powiódł ich ku wyjściu.
Przekroczyli drzwi, więc i kolejny krok za nimi. Wojownik miał nadzieję, że już niedługo emocje się skończą i będą mogli oddychać pełną piersią. Niestety, złudne były jego nadzieje. Czekała ich bowiem jeszcze długa przeprawa. Przede wszystkim – naprzeciw nim stanął orszak strażników, w liczbie dziesięciu. Każdy z czwórki uciekinierów widząc ich tedy, zaklną tedy pod nosem.
Świat idealny nie istnieje. Podobnie ma się to do planów. Jednak – mimo braku czynnika idealności – lepszy jest plan dobry, niż zły. Oni mieli dobry, na szczęście. Mimo to, trzeba było na gorąco wymyślać dalsze części, kiedy tenże zdążył się posypać – praktycznie na samym początku. Chciałoby się zmrużyć oczy – nie było aliści czasu i na to.
Gdy jeden z klawiszy dostrzegł, jakimś cudem, broń – jedyne narzędzie śmierci, które mieli przy sobie – zadziałał instynkt przywódcy. Należało odegrać teatr. Heodren pochwycił piwowara za ramię i obnażone ostrze przytknął mu do gardła, cofając się o krok. Dał wszystkim czas. W języku północnych rzucił do swojego współziomka polecenia, o ujęcie pochodni w garść. Był gotowy na ostateczność – czyli walkę.
Przeciwnicy utworzyli krąg, zmuszając drużynę do ustąpienia o krok. Dziewięciu wrogów obnażyło swe ostrza, po kolei. Walka mogłaby zakończyć się teraz tragicznie. Nie był to czas na samobójczą szarżę, oj nie. W głowie północnego ponownie klarowała się dalsza część planu.
Jego mięśnie napięte były do granic wytrzymałości. Serce biło mu nad wyraz szybko, a źrenice rozszerzyły się okropnie. Miecz przylgnął swemu towarzyszowi za mocno, co poskutkowało utoczeniem kilku kropel krwi, acz nie czuł tego. Wodził groźnym wzrokiem po potencjalnych nieprzyjaciołach. Wszystko mogło się jeszcze wydarzyć.
Horfrad w oczach strażników dojrzał niepewność ich działań. Więźniowie byli o wiele wyżsi od nich i widać było, że zaprawieni w bojach to mężowie.
Sprawa logiki wydarzeń z perspektywy gwardzistów mogła być postrzegana różnie. Jeden z nich idzie nadzorować więźniów, po czym wyprowadza ich, dając jednemu z oskarżonych o zbrodnię broń. Do tego momentu wydaje się być to zrozumiałe. Co dalej – ów klawisz zostaje zakładnikiem! Czyżby… wcześniejsza umowa, a późniejsza zdrada? Tak to mogło wygląda. Jak jednak rzeczywiście było – to miało się dopiero okazać.
Fraen nie był do końca pewny swoich wyborów. Dział impulsywnie. Adrenalina wymuszała na nim takie, a nie inne zachowania. Na razie jednak wszystko wyglądało w miarę dobrze. Mimo zaciskanego przez żołnierzy kręgu – nie szykowała się walka. Ich, jak mniemał, przywódca podjął się próby dyplomacji i rozwiania wszelkich wątpliwości, co jak najbardziej pasowało Wilkowi.
Wściekłość na twarzy zastąpił tajemniczy uśmiech. Rozluźnił lekko mięśnie, powoli oddalając klingę od gardła przyjaciela. Wziął oddech, kiedy nagle…
Do środka wpadł jeszcze jeden strażnik. O wiele lepiej uzbrojony, niż ci tu obecni. Wyglądał na prawdziwego weterana, który przybył tu, aby zaprowadzić porządek, z ramienia kogoś wyżej. Heodren modlił się, aby nie była to prawda. I zaiste – przybyli oni, prowadząc ze sobą jeszcze jednego więźnia. Echo o ich ucieczce nie odbiło się jeszcze nigdzie indziej.
Zszokowany gwardzista ryknął coś i wyciągnął kuszę. Hegemon kompanii znów warknął, unosząc wargę niczym prawdziwy wilk i zaciskając pięść na rękojeści miecza, znów przycisnął go do gardła. Cała szopka na ponów zaczynała się tak samo. Mężczyzna pochylił się nieznacznie tak, aby ciało zakładnika lepiej go zasłaniało. Wiedział, że żołnierz nie strzeli – nie miał jak.
Plus był taki, że otaczający ich – osunęli się. Mieli więcej pola do manewru.
Drugi roskvar, który miał za zadanie powziąć pochodnię – zabrał się za to. Zrobił to jednak w najgorszym możliwym momencie. Gwałtowny zryw zwrócił uwagę kusznika, który wypalił odruchowo w jego kierunku. Północny dostał w udo. Mieć trzeba nadzieję, że nie w tętnicę. Śmierć byłaby bowiem następstwem postrzelenia.
Cóż jednak za ból musiał go przeszyć, że tak rosły mąż był w stanie tylko paść na ziemię i krzyczeć z bólu. Za moment powinien się pozbierać – przewidywał Fraen.
W ten, jeden z bezimiennych strażników również pękł od emocji i wskoczył między nich z mieczem w garści. Obezwładnić postanowił go ostatni drużynnik, który zdawał się być najbardziej obolałym. Postąpił roztropnie. Walka nie mogła zacząć się w tak niekorzystnych warunkach. A i kto wie – może dało się jej jeszcze zapobiec? Jak się okazało – jegomość był magiem. Za pomocą swoich czarów wytworzył czarną mgłę, która jakoby otumaniła zbrojnego. Upuścił on miecz. Nie można było tego nie wykorzystać.
Książe odchylił się nieco w tył, by następnie kopnął z całych sił porywczego żołdaka, zapewniając sobie przeciwwagę ręką z mieczem. Tą samą nogą nadepnął następnie na dodatkowo pozyskany oręż, z nadzieją, że jego miękkie ruchy nie sprowokują następnych. Nie kusząc jednak losu, szybko uniósł zbrojne ramię ku górze. Wyglądało to, jakby chciał zaniechać zabójstwa. I bezbronnego bez miecza, i zakładnika.
- Wstrzymajcie ostrza! – ryknął, zanim ktokolwiek zdążył zareagować.
Nastała cisza. Wciąż z napięciem w oczach, ale już nie gniewem patrzył na kolejnych stróżów prawa. Omiótł wzrokiem i rannego kolegę, z niejaką troską. Na czarodzieja spojrzał tak, jakby chciał go uspokoić. Wyglądał na porywczego, co nie zawsze było dobre.
- Wstrzymajcie ostrza – powtórzył łagodniej, ale wciąż donośnie. Opuścił prawą ręką w dół, lewą wciąż jednak trzymał Marcifila.
Zerknął na kusznika, po czym nawiązał kontakt wzrokowy z "negocjatorem".
- To wszystko to nieporozumienie – zaczął chrapliwie, dysząc. - Żaden z nas nie chce przelewać niesłusznej krwi. Bez osądu nas jednak osadzono, a ludzkie oko ślepym jest… – Korzystał z chwili ciszy.
- Ten strażnik prowadził nas przed sądy, gdzie tym mieczem – który właśnie uniósł nieznacznie - będę mógł podjąć się próby walki, oczyszczając nasze dobre imiona. Wiem, że takie prawo mi przysługuje!
Sytuacja była zawirowana, jednak miał nadzieję jak najrychlej to wyjaśnić przed osobą króla. Zacisnął wargi, nie oczekując nawet odpowiedzi.
- Prowadźcie nas przed oblicze władcy… – warknął jeszcze na koniec.
W zanadrzu miał jeszcze dwa plany. Każdy genialniejszy od drugiego. Nie mniej… czemu mieliby nie posłuchać? Ba, tu nie ma mowy o ich dobrej woli. Prawo jest prawo, a…- każdy król szanuje honor i w swej nieskończonej dobroci przed swą osobą winien gościć niegodziwie skazanych na kraty – jak dodał na sprostowanie.
I cokolwiek by się nie wydarzyło – pewne było jedno – wydostaną się z tej zgniłej dziury już niebawem…
Awatar użytkownika
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

04 paź 2012, 23:03

MG

Pojawienie się nieoczekiwanych "przyjaciół" ucieszyło również Orryna. Byli to gwardziści pałacowi – w hierarchii na pewno stali wyżej niż zwykły szef zmiany u klawiszy. Widać to było nawet po uzbrojeniu. Z wydarzeń, które nastąpiły po tym nagłym wejściu, to jest niewyglądającym na specjalnie przypadkowym wystrzale i wykrzyczanych słowach wątpił, czy będzie kontynuował swoją, nie do końca z własnej woli przybraną rolę negocjatora z uciekinierami. I faktycznie, przybysze przejęli inicjatywę, toteż Orryn odsunął się w cień. Nie zamierzał brać za nic odpowiedzialności. Miał wystarczająco dużo na głowie, żeby brać na siebie negocjacje i być obwinionym za śmierć strażnika, a w ogóle dopuszczenie do ucieczki więźniów. Podejrzewał zresztą, że skończy się tak czy inaczej rozlewem krwi.
Gwardziści byli nie tylko zdenerwowani, ale także zdezorientowani tą całą sytuacją, i mieli do tego prawo. Dostali zadanie dostarczenia więźnia do lochów i przekazania go klawiszom – żaden z nich nie spodziewał się takiego burdelu, w dodatku takiego, z którym trudno było sobie poradzić. Strzał, jaki oddał ten z kuszą, był tylko pośrednio spowodowany dezorientacją. Strzelający myślał bowiem, że cała ta zbieranina zasługuje na śmierć, więc wykorzystał po prostu okazję. Największym problem jednak stanowił ten z mieczem i zakładnikiem. Gwardzista, podobnie jak jego kolega i pozostali myślał, jak z tego wybrnąć bez strat własnych. Zdawali sobie jednak sprawę, że może się to okazać niemożliwe, chociaż celem każdego było tego uniknąć.
Orryn, odtąd przyglądający się sprawie z boku, dostrzegł akcję dotąd nieaktywnego i nierzucającego się w oczy więźnia. Wyglądało na to, że jest czarodziejem. Utworzył on jakiś rodzaj dymu, który otumanił któregoś z żołnierzy, chcącego zacisnąć pętlę obławy. Skończyło się na rozbrojeniu i chwilowemu wykluczeniu z działań. Porywacz próbował do tego jeszcze wykonać kopnięcie, ale ogłuszony odszedł zbyt daleko, by mógł go sięgnąć. Jego oręż jednak upadł na tyle blisko, by dało się go dotknąć.
Szef zmiany nie wydawał się poruszony, pozostali jednak zdecydowanie ruszyli do działania. Kusznik, załadowawszy w końcu broń zmienił pozycję – podszedł bliżej, zbliżywszy się do kręgu i odsunął się na prawo. Teraz mógł mieć na muszce zarówno w większośći zasłoniętego Fraena, jak i wciśniętego w kąt Bruna. Nic mu nie przeszkadzało w strzeleniu do nekromanty – ten nie miał żadnych środków obronnych, ani czegokolwiek, by się zasłonić. Na wciąż leżącego Kathala nikt nie zwracał uwagi. Kolega po fachu kusznika, uzbrojonego jednak w długi, zapewne półtoraręczny miecz o smukłym ostrzu, dotychczas pozostający biernie, też ruszył z miejsca z obnażonym orężem. Wyszedł on spokojnie przed szereg, tuż przed Fraenem, patrząc wprost na jego twarz wystającą znad ramienia przebranego piwowara. Nie trzymał broni przed, lecz za sobą, swobodnie, ale w gotowości. Nie wyglądał, jakby miał zamiar go użyć, przynajmniej na razie.
Gdy Fraen mówił, nowy negocjator-gwardzista słuchał go w ciszy, nie spuszczając go z oka. Przerwać monolog odważył się tylko strzelec.
Za ucieczkę z celi i napaść na straż należy ci się jedynie śmierć, a nie żadne próby, gnido! – wrzasnął. Na to jednak obrócił się miecznik. Sam wzrok wystarczył, by ostudzić gniew kusznika. W tym spojrzeniu wyrażało się również zdecydowanie, a także rozkaz. Adresat zrozumiał go.
Gwardzista przeniósł wzrok na Heodrena, a gdy ten skończył, odezwał się lodowatym, wiejącym cynizmem i pogardą głosem.
Nie mam żadnego powodu, by wzywać tu majordomusa – tutaj zaznaczył ostatnie słowo – tylko dlatego, ze tego żądasz. Jak zapewne usłyszałeś z ust mojego dość gwałtownego kolegi, za twoje czyny ceną jest śmierć, no, może zesłanie na roboty.
Przerwał. Cisza, jaka nastała, miała na celu wywrzeć wrażenie na rozmówcy.
Sam spójrz, jak wygląda twoja sytuacja. W jakiś sposób, razem z tymi ludźmi – lekki wyrzut ramienia z wyciągniętym palcem, wskazującym za plecy księcia – samowolnie opuściłeś celę, a potem pojmałeś tego oto strażnika. Ciężko mi uwierzyć w twoją wersję. Nawet jeśli ten człowiek – wskazał na przebierańca – wyprowadził was z więzienia, również zrobił to samowolnie. W przeciwnym wypadku nie czekałby tu na was komitet powitalny, a ty nie przykładałbyś miecza do gardła swojemu… wybawcy. Niemniej, uczyniłeś to i za to zostaniesz ukarany. Jeśli złożysz broń, być może rozważę twoją propozycję.
Ostatnie słowa nie były zbyt szczere. W istocie, nie miał najmniejszego zamiaru przekazywać tych bzdur komukolwiek, a na pewno z własnej woli mówić o tym Tarrethowi.
W czasie, gdy "negocjator" gadał, czy tam uprawiał dyplomację, strzelec powoli zataczał krąg, zachodząc Fraena z boku, uzyskując lepszą pozycję do strzału. Robił to dyskretnie – miecznik swoimi słowami miał za zadanie odwrócenie uwagi. Powoli, ale zdecydowanie.
Gwardzista zmarszczył brwi i kontynuował wbijanie wzroku w Horfrad. Ciekawiła go jego reakcja.

Post po wcześniejszych ustaleniach, z pominięciem kolejki, o czym – mam nadzieję, uczestnicy wiedzą.

Wróć do „Lochy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1041
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Lel
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.