Korytarz

Podziemie pałacu to pilnie strzeżone miejsce przeznaczone dla skazanych i oczekujących wyroku czy wykonania kary osób. W szczególnych przypadkach mogą być oni odwiedzani.
Awatar użytkownika
Posty: 67
Rejestracja: 19 wrz 2011, 16:31
Karta Postaci: viewtopic.php?t=760

Korytarz

27 gru 2011, 21:05

Istny labirnyt, łączący ze sobą pomieszczenia strażników oraz cele zarówno dla chłopstwa, jak i dla szlachty. Podłogę stanowią równoułożone, płaskie, kamienne bryły, zaś na ścianach poustawiane są liczne pochodnie, które oświetlają przejście. Wysokość pomieszczenia pozwala wyprostować się osobom znacznie wyróżniających się niecodziennym wzrostem. Liczne załamanie i zakręty sprawiają, że łatwo się zgubić w niekończącej się plątaninie.



Kontynuacja postu spod "Bramy".


Widział mężczyznę. Ubranego w buty z cholewami kończącymi się tuż za kolanami, luźne spodnie oraz zwiewną tunikę wpuszczoną za pas. Zgrabnie przystrzyżony ciemny zarost okalał cienkie usta, które stanowiły jedynie kreskę na długiej, pociągłej twarzy. Krótkie włosy, odchylone w tył nadawały roztrzepany nieco wygląd. Delikatne ręce najprawdopodobniej nigdy nie zaznały trudu pracy. Ów mężczyzna musiał urodzić się jako książę. Książę złodziei. Świadczyły o tym zawadiackie rysy twarzy i figlarny błysk w oku. W jego obecności należało uważać na zawartość własnej sakiewki.
Kayleigh rozejrzał się. Leżał na ziemi w tej samej pozycji, w której umierał, lecz na jego ciele nie było już ran. Zniknął także pałac, ludzie i całe miasto Wolenvain. Nie potrafił opisać miejsca, w którym się znalazł. Przestrzeń wydawała się nieograniczona, nie dało się wyróżnić ścian, podłogi ani nawet sufitu. Ciemne barwy unoszące się w powietrzu nadawały pomieszczeniu mroczną atmosferę. Czyżby tutaj trafiały dusze wszystkich zmarłych? Jeśli tak, to gdzie one są? Kim był ten mężczyzna? Władcą tej krainy? Kayleigh wkrótce miał się o tym dowiedzieć.
Nieznajomy zbliżył się. Przyklęknął przy młodzieńcu i podłożył mu pod głowę swoją dłoń, po czym uniósł ją, aby ich oczy znalazły się w bezpośrednim kontakcie.
– Zawiodłeś mnie, Kayleighu.
– Wybacz mi, panie.
Zrozumiał. Oto przed nim znajdowała się osoba, której nie pojmował swym wątłym umysłem. Istota, której moc samym swym ogromem przytłaczała Kayleigha. Młodzieniec sądził, że nie był godzien nawet spojrzeć na tę postać, a co dopiero z nią rozmawiać.
– Obdarzyłem twe ciało mocą, za którą wielu potrafiłoby zabić. Dlaczego więc marnujesz swe życie w tak głupi sposób?
– Nie chciałem. Sprawy się pokomplikowały. Nie marzyłem o byciu wampirem.
Tłumaczył się, lecz nawet w jego uszach zabrzmiało to głupio. Jak w ogóle mógł usprawiedliwiać się przed istotą tak potężną? Powinien kłaniać się i prosić o wybaczenie, zamiast wystawiać mężczyznę na próbę.
– Co byłbyś w stanie poświęcić, aby mnie przebłagać?
– Wszystko.
Tylko to się dla niego liczyło. Nie chciał dłużej czuć na sobie gniewu istoty, która zmiażdżyłaby jego ciało samym tylko mrugnięciem powieki. Wolał mieć w niej sojusznika niż wroga. Jednak po chwili zrozumiał bezsens swej wypowiedzi. Jak mógł poświęcić wszystko, skoro nie miał nic? I wiedział, że mężczyzna równie dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
– Następnym razem mnie nie zawiedziesz. Wypełnisz moje rozkazy, choćby były całkowicie pozbawione sensu.
– Inaczej się nie stanie, mój panie.
Tym razem nie zrozumiał. Co mógł jeszcze dla niego zrobić, skoro nie żył? Miał rozprawić się z nieczystymi duszami, które już dawno opuściły swe ciała? Co mógł uczynić martwy człowiek? Nie pojmował. Być może jego umysł był zbyt ograniczony, by zrozumieć skomplikowany sposób działania mężczyzny.
– Posłuchaj mnie uważnie. Kiedy wrócisz, dokończysz dzieła, lecz będziesz działał rozważniej i osiągniesz sukces.
– Panie mój, racz mi wyjaśnić, albowiem nie rozumiem.
Nie uzyskał odpowiedzi. Jeszcze nie. Może zrozumienie przyjdzie z czasem. Lecz dokąd miał wrócić? Czyżby trafił do tego miejsca na rozkaz mężczyzny, opuszczając czułe objęcia raju lub czeluści świata podziemnego? Jaką rolę nieznajomy odgrywał w procesach istniejącego wszechświata?
– Teraz stanie się wedle mojej woli.
Wtedy Yiridiar sięgnął w ciało Kayleigha i swą dłonią odnalazł serce młodzieńca. Jego palce, wcześniej tak delikatne, przekształciły się w długie szpony, które przekuły cienką warstwę mięśni i dostały się do krwi. Krisshna zakrztusił się, po czym wygiął ciało w łuk, targany niekontrolowanymi spazmami. Jednak bóg nie potrzebował krwi. Poprzez serce dostał się do żył i tętnic, gdzie odnalazł Cień. Tchnął w niego swoją moc i wtedy zaczął się sączyć. Rozlał się wewnątrz ciała, zalewając narządy. Krew znów zaczęła krążyć, a serce bić. Dopiero teraz Kayleigh zdał sobie sprawę, że w czasie całej rozmowy nie wziął ani jednego wdechu. Teraz zaś oddychał pełną piersią. Cień stał się siłą napędzającą jego organizm. Czy wcześniej też tak było?

***
Była noc, kiedy przebudził się ze snu. Otworzył jedynie oczy, gdyż resztą ciała nawet gdyby chciał, nie mógłby poruszyć. Czuł jednak, że Cień powoli budzi wszystkie narządy do funkcjonowania. Zaczął kroczyć ścieżką uzdrawiania. Choć Kayleigh mógłby dać sobie rękę odciąć, że płynna magia sama w sobie nie potrafiła leczyć. Dopiero pobudzona dotykiem Yirdiara mogła zmienić swe przeznaczenie. Ale czy to spotkanie zdarzyło się naprawdę? Czy młodzieniec przypadkiem nie widział tego oczami wyobraźni? Dlaczego żyje? Nie powinien. Jego ciało już dawno powinno pokryć robactwo. A jednak przeżył. A raczej został przywrócony do życia. Przez magię, która do tej pory osłabiała jego organizm, prowadząc do nieuchronnej śmierci. Może jeszcze nie była przygotowana na stratę żywiciela. Bądź co bądź, Krisshna był jeszcze dosyć młody, a jego pobratymcy zwykle umierali po trzydziestce. Jednak nigdy nie słyszał, aby Cień przywrócił życie zmarłemu. Może inni oddawali cześć nieodpowiednimi bogom. Wiara Kayleigha w Yiridiara opłaciła mu się, o tak. Dzięki niej mógł teraz oddychać, poruszać się, myśleć, żyć. Jakie będą tego skutki? Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za dar życia? Tego jeszcze nie wiedział, lecz był pewien, że nie spodoba mu się odpowiedź. A dzień zapłaty prawdopodobnie będzie najgorszym dniem w jego dotychczasowej egzystencji.
Kiedy rozejrzał się, zdał sobie sprawę, że wrzucono go i zamknięto w jednej z obmierzłych cel Wolenvainskich lochów. Ogarnął go chłód kamiennej podłogi. Warunki nie do pozazdroszczenia. Trudno było o drogę ucieczki. Kraty wydawały się solidne i raczej trudno byłoby je wyważyć kopniakiem. Murowane ściany zdawały się nieprzekraczalną barykadą… która posiadała jedyny słaby punkt. Niewielką lukę wielkości ludzkiej głowy tuż przy rogu. Kayleigh zaintrygowany zajrzał przez otwór i przekonał się, że po drugiej stronie śpi okropnie wyglądająca kobieta z czarnymi obwódkami wokół oczu, które zostały jej wypalone. Czyżby zobaczyła coś, czego nie powinna, i postanowiono temu zaradzić w najbardziej okrutny sposób? Jej dni zapewne były policzone. Kiedy napatrzył się wystarczająco, stęknął z wysiłku, jakim było uniesienie górnej partii ciała na wysokość kilkunastu centymetrów, i padł na plecy.
– Jak widać, bogowie cały czas mają mnie w opiece – mruknął pod nosem z ironią.
Wtedy usłyszał szelest ubrania o podłogę. Jego czuły słuch wyłowił ten najcichszy odgłos, a umysł podpowiedział mu, że oto kobieta, która wyglądała na nieprzytomną, teraz przystawia twarz do otworu łączącego ich cele.
– Czy jesteś kapłanem, młody człowieku, że ośmielasz się mówić o bogach? – zapytała, a w jej głosie dało się usłyszeć szczerość i zapał. Jakby oczekiwała jego przyjścia.
– Tak, siostro, przybyłem, aby cię wysłuchać. – Nie miał pojęcia, dlaczego skłamał. Po prostu uznał, że tak będzie najlepiej. Być może tego właśnie potrzebowała ta kobieta u kresu swojej marnej egzystencji i nie chciał odmawiać jej ostatniego życzenia.
– Cóż za szczęście przytrafiło się starej kobiecie pod koniec jej życia. Ojcze, powiedz mi, co mnie czeka po drugiej stronie.
Ach, gdyby tylko wiedziała, komu zadaje to pytanie. Osobie, która doznała śmierci, lecz nie poddała się jej tak łatwo. Osobie, która zaznała widoku drugiej strony lub jej iluzji. Jednak nie potrafił odpowiedzieć. Jego przypadek był wyjątkowy. Sam Yiridiar sprowadził go do swego królestwa, żeby z nim porozmawiać, ukarać go i rozkazywać mu. Czy tak było w przypadku każdego? Czy Patroni wzywali do siebie swoich podopiecznych, żeby ich rozgrzeszyć lub skazać na męki?
– Będziesz musiała dokonać wyboru, siostro. Między życiem a śmiercią. Proś bogów o łaskę, a zostaniesz wysłuchana.
Powiedział to i zdziwił się swoimi słowami. Czy on też dokonał takiego wyboru? Jeśli tak, to którą opcję wybrał, a która została mu narzucona? Istnieją sprawy, których nie należy poznawać, i to zapewne była jedna z nich, tak więc Kayleigh przerwał te filozoficzne rozważania.
– Co to znaczy, ojcze? Czy możliwe jest, że wrócę do żywych?
– Wyjaw mi swoje grzechy.
– Widziałam moją panią w niestosownej sytuacji z pewnym szlachcicem. Zajrzałam tylko przypadkiem, lecz moja obecność została wykryta, a mi za karę wyłupiono oczy i skazano na śmierć.
– Do kogo się modlisz?
– Czczę najjaśniejszą panią Lorven w podzięce za pozytywne widoki na otaczający nas świat.
Czyż to nie było piękne? Oto zetknął się z kobietą, której patronką była bogini, którą nie tak dawno sam wyznawał i którą zdradził na rzecz pana złodziei i oszustów. Dawni bogowie zaczęli przypominać sobie jego zdradę, a on kpił sobie z jednej z ich podopiecznych. W końcu spotka go kara, której nie załagodzi nawet opieka Yiridiara. Aż zadrżał na jej wspomnienie.
– Czy teraz bogowie przyjmą mnie pod swoją opiekę, ojcze? – zapytała z nadzieją tak mocną, że aż niewyobrażalną.
– Podaj mi swą dłoń – nakazał jej Kayleigh, po czym cierpliwie poczekał, aż kobieta namaca otwór w ścianie. W końcu jednak pojawiła się pomarszczona ręka, która zaznała wiele trudów i znojów, tak inna od delikatnej dłoni Yiridiara. Krisshna postanowił uwolnić dawną służącą od męki i trosk, jednocześnie samemu dając upust swoim potrzebom. Tłumił głód krwi zbyt długo. Powinien sumiennej dbać o siebie, o swoje ciało i swój umysł. Chwycił zniszczoną dłoń, przyciągnął ją nieco ku sobie i zatopił kły w okolicach nadgarstka tak samo, jak niegdyś Iskra postąpiła wobec niego. W zaspokajaniu pragnienia nie przeszkodził mu krzyk kobiet ani jej wierzgania. Wzmocnił tylko uścisk, aby nie uronić choćby jednej kropli krwi. Kiedy posilił się dostatecznie, wypuścił bezwładną rękę i odpoczął. Czuł, jak Cień, pobudzony dawką energii, przyspiesza obroty. Ból ustępował coraz szybciej. Jednak uszkodzeń ciała nie tak łatwo zlikwidować. Potrzeba będzie wielu dni, aby naprawić zniszczone kości, aby uszkodzone tkanki zregenerowały się. Dotknął palcami swojej twarzy. Oj, zostanie po tym blizna. Najważniejsze jednak, że cierpienie się kończyło. Poczucie ulgi minęło, kiedy zdał sobie sprawę z tego, co dopiero nadejdzie. Nie wiedział, dlaczego jego zwłoki zostały przytargane do więzienia. Szczerze wątpił, aby zostawiono je tutaj, by zgniły. Fetor skutecznie drażniłby nos wartowników, zniechęcając ich do pełnienia służby. Wobec tego musiał założyć, że niedługo ktoś po niego przyjdzie, aby z powrotem zabrać jego ciało. I albo ktoś je wyrzuci, albo postąpią z większym szacunkiem i zakopią go lub spalą. Żadna z tych opcji nie napawała optymizmem. A więc musiał działać natychmiast. Wytężył wszystkie siły i zdołał zmienić pozycję z leżącej na siedzącej. Zasapał się przy tym niemiłosiernie i poświęcił kilka minut na ponowne zebranie sił. W tym czasie na nowo przeanalizował swoją obecną sytuację i doszedł do wniosku, że to, co teraz robi, było największą głupotą. Powoli i ostrożnie osunął się z powrotem na podłogę. Żołnierze strzegący więźniów zapewne niedługo przyjdą po jego ciało. Co by zrobili, gdyby ich oczom ukazał się żyjący trup? Nie mógł teraz ryzykować. Nie po to został przywrócony do życia, aby umrzeć ponownie po zaledwie kilku godzinach. Jedynie co mógł teraz robić, to zbierać siły na to, co nadejdzie.

***
Obudził go stukot podbijanych metalem butów. Chwilę później do odgłosów dołączyła rozmowa dwóch strażników. Nieśli go. Jego ciało spoczywało zawieszone na ramieniu jednego z żołnierzy. Do jego zmąconego umysłu dochodziły także inne myśli. Przypomniała mu się rozmowa z Yiridiarem, zbyt nieprawdopodobna by uznać ją za fakt, a jednak jej skutki było widać na nim samym. Żył! Później dosięgła go wizja śmierdzącej celi i rozmowy z kobietą. To było o wiele bardziej realistyczne. Czy to się zdarzyło naprawdę? Raczej nie. Wyobraźnia po prostu pozwoliła mu zrozumieć sytuację, jego stan, a także odpowiedzieć samemu sobie na pytania o kwestię śmierci. Ostatnio wspomnienia wracały do niego zbyt często, tak więc potrafił oddzielić prawdę od snów. Jednak czy ta wizja nie miała jeszcze innego znaczenia? Może ukazywała przyszłość. Jeśli tak, to jak daleką?
Wtedy przypomniał sobie o oddechu. Podczas swoich rozmyślań nie zauważył nawet, że jego klatka piersiowa się nie unosi. Kiedy jednak zdał sobie z tego sprawą, poczuł palącą potrzebę wzięcia wdechu. Nie mógł pozwolić sobie na taki luksus. Zacisnął delikatnie usta i czekał. Po upływie kilkunastu sekund Kayleigh poczuł żar w płucach. Potrzebował powietrza! Miał nadzieję, że dłużej uda mu się wytrzymać, ale połamane żebra najwidoczniej poczyniły poważniejsze szkody niż przewidywał i wstrzymywanie oddechy przyszło mu z największym trudem. Zakręciło mu się w głowie. Jego mózg zaraz zacznie wariować. Dłużej nie da rady. Udusi się.
Odetchnął. Najdelikatniej, jak potrafił. Zbawczy kęs powietrza ugasił ogień w płucach. Jednak znikomy ruch jego ciała nie umknął uwadze doświadczonego żołnierza.
– Ej, stary, to truchło się poruszyło. Przysięgam.
– Znów ci coś odwala? Chłopie, jak martwiak mógł się poruszyć? Zastanów się i skończ wreszcie z ciągłym chlaniem gorzałki i zabawianiem się w burdelach
– Dobrze wiem, co poczułem. Poruszył się.
Wykorzystując zamieszanie, Kayleigh zrobił kolejny wdech. Tym razem udało mu się nie zwrócić uwagi strażnika, lecz kłótnia trwała dalej. Dla potwierdzenia swojej pozycji żołnierz zatrzymał się i dalej twardo się upierał przy swojej racji. Drugi wartownik, chcąc nie chcąc, również zaprzestał dalszego pochodu i podjął gorączkową dyskusję. Trwało to zbyt długo. Jeśli nie ruszą dalej, Krisshnie nie uda się zamaskować swojej martwoty. Ogień w płucach wzniecał się na nowo. Mózg domagał się powietrza. Kayleigh musiał coś wymyślić. Pomysł przyszedł zaskakująco szybko. Światła, acz nieco ryzykowna idea. Ostrożnie sięgnął palcami prawej dłoni za rękaw koszuli i wymacał monetę, którą już wiele razy wykorzystywał w rożnego rodzaju sztuczkach magicznych. Chwycił ją i upuścił na ziemię. Potoczyła się po kamieniach, zataczając kilka okręgów. Brzęk nie uszedł uwadze strażników. Odwrócili się, a jeden z nich przykucnął, by z bliska przyjrzeć się znalezisku. Ten moment wykorzystał Kayleigh. Przyłożył dłoń do pleców wciąż stojącego wartownika i, korzystając z Cienia, wytworzył ostry szpikulec, który wycelowany był prosto w kręgosłup tamtego. Drugą dłoń przesunął nad kark klęczącego i ponowił proces. Teraz wszystko leżało w rękach, a może szponach, Cienia. Kayleigh całą nadzieję na wydostanie się z tej katastrofalnej sytuacji pokładał w płynnej magii. Mimo iż przez lata niszczyła jego organizm, teraz zdawała się być dla niego jedynym ratunkiem. Co się stanie, jeśli czarne ostrza uśmiercą niewinnych? Zyska wolność. Na jak długo? Dopóki starczy mu sił, by podołać woli Yiridiara i dokończyć to, co zaczął. Uda mu się? Marne szanse, ale czego się nie robi, aby wypełnić boskie nakazy. Krisshna nie miał nawet pojęcia, co spotka go za następnym zakrętem w labiryncie Wolenvainskich lochów, jednak jego upór w dążeniu do celu dodawał mu sił, żeby się nie poddawać. Być może po raz pierwszy spotyka się z problemem na tak dużą skalę, lecz był pewien, że poradzi sobie z przeciwnościami. Z pomocą Yiridiara nie mogło się stać inaczej. A kiedy przyjdzie zapłacić cenę za jego łaskę, będzie gotów na największe choćby poświęcenie. Wszystko w okrutnych szponach Cienia, którego moc zachwycała i przerażała zarazem.

//Post nieważny fabularnie do czasu wyjaśnienia. Proszę o zgłoszenie się na PW – Infi.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 67
Rejestracja: 19 wrz 2011, 16:31
Karta Postaci: viewtopic.php?t=760

30 sty 2012, 20:57

Ułożył ciała strażników przy ścianie w pozycji siedzącej. Gdy odsunął się od nich, wyglądali jakby zasnęli. Snem wiecznym, rzecz jasna. Nie dało się ukryć krwawych plam na ich ubraniach ani na podłodze. Czerwona ciecz ochlapała nawet strój Kayleigha, który i tak nie był czysty. Śmierdziało od niego. Fetorem potu zmieszanego z krwią. Na szczęście jego ciało szybko zostało na powrót napełnione życiem, dzięki czemu nie przesiąkło rozkładem.
Krew mąciła zmysły Kayleigha. Wstrzymywał się już zbyt długo. Musiał ugasić pragnienie. Pochylić się w stronę jednego z martwych strażników i wbił kły w jego szyję. Ciepła jeszcze posoka wprowadziła młodzieńca w prawdziwy błogostan. Tego właśnie potrzebował. Od razu poczuł się lepiej, a ból popękanych żeber jakby ustąpił na chwilę. O tak, krew przyspieszy proces leczenia, tego był pewien. Być może szybciej powróci do dawnej kondycji niż mu się wcześniej wydawało.
Jego ręka przesunęła się po twarzy. Ogromne strupy, jakie wyczuł, już niedługo pozostawią jeszcze bardziej szkaradne blizny. Urody już nie odzyska. Będzie musiał ukrywać swą facjatę przed okiem bliźnich, aby nie dostrzegali w nim dziwoląga lub mutanta. Czyżby od teraz na zawsze miał pozostać odmieńcem?

***
Przykucnął przy zakręcie. Miał stąd całkiem niezły widok na dwóch strażników wartujących przy drzwiach okutych żelazem. Nawet stąd Kayleigh słyszał dobiegające zza nich podniesione głosy. Wśród nich znalazł się nawet śmiech, szczery i radosny. Być może za tymi drzwiami czekała wolność, ale równie prawdopodobne było, że za przekroczenie progu trzeba zapłacić życiem. Krisshna miał dylemat. Z dwoma żołnierzami być może poradziłby sobie, mając po swojej stronie przewagę zaskoczenia. Jednak za drzwiami zapewne czekało wielu więcej strażników. Może nawet sam majordomus zamierza osobiście doglądać tego, co zamierzali zrobić z jego ciałem.
– Czujesz ten smród? Stary, wziąłbyś wreszcie kąpiel. Cuchniesz trupem! – odezwał się jeden z wartowników.
– Odwal się, myłem się dwa tygodnie temu. Poza tym ja nic nie czuję – odpowiedział mu drugi.
Kayleigha zaskoczyła ta wymiana słów. Wszystko wskazywało na to, że go wyczuli, choć było to niemożliwe. W końcu zakrył swój zapach Sztuką Cienia. Nawet pies nie powinien go wywęszyć. Żeby się upewnić, obwąchał kołnierzyk swojej koszuli. Na jego twarzy pojawił się zabawny grymas. Sztuka Cienia nie zadziałała. W dalszym ciągu wystawiał się na zmysły strażników. Skupił się w sobie i jeszcze raz sięgnął ku magii. Gdy wykonał wszystkie potrzebne procesy, odkrył, że w dalszym ciągu nic się nie stało.
– Idź to sprawdzić. Ten smród jest nie do wytrzymania – nakazał wartownik koledze.
– Czemu ja? Mi to nie przeszkadza.
– Bo jestem starszy stopniem, idioto. Raz, raz!
Sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Strażnik powoli się zbliżał, a Kayleigh nie wiedział, co się w ogóle dzieje. W końcu postanowił się wycofać. Gdy ukrywał się za następnym zakrętem, kawałek jego ubrania zafalował i wystawił się na wzrok strażnika, jednak w tym momencie ukryła go Sztuka Cienia.

***
Postanowił sprawdzić z drugiej strony. Cofnął się tą samą drogą, którą już przeszedł. Po drodze minął ciała strażników. Ten widok nieco go zaniepokoił. Oznaczało to, że nie przechodził tędy żaden patrol, z czego należy wnioskować, że niedługo do tego dojdzie. A Kayleigh wolałby się na niego nie napatoczyć.
Na końcu drogie ponownie zatrzymał się przy drzwiach obsadzonym dwoma wartownikami. Na drewnianych deskach widniała trupia czaszka ochlapana ciemnoczerwoną mazią. Najwidoczniej ostrzeżenie dla tych, którzy z własnej woli chcieliby tu wejść. A to oznaczało, że za tymi drzwiami czyhają straszne rzeczy. Kayleigh już wiedział, że przekroczy ten próg. Trzeba było tylko zastanowić się, jak pozbyć się wartowników. Gdyby Krisshna był w pełni sił, nie stanowiłoby to problemu. Ale teraz ryzyko porażki było zbyt duże. Koniecznością więc stało się zastosowanie podstępu.

Po raz kolejny tego dnia układał przy ścianie martwe ciała. Poszło nieco łatwiej niż przewidywał. Pierwszy strażnik, sprowokowany odgłosem Kuli Cienia uderzanej o ścianę, podszedł do Kayleigha niezbyt ostrożnie i nieprzygotowany na nagły atak. Ostrze z Cienia przebiło jego serce w ciągu kilku sekund. Jednakże jęk, jaki wydał, umierając, zaalarmował drugiego wartownika, który wolał nie popełnić błędu kolegi i na wszelki wypadek przygotował broń. Kayleigh załatwiłby to szybciej, gdyby nie nagły ból, który eksplodował w ramieniu w trakcie wymachu. Nagły spazm, jaki ogarnął młodzieńca, zakłócił jego równowagę, przez co ostrze ominęło strażnika o dobre kilkanaście centymetrów. Tamten zaś wykorzystał ten moment i zadał pchnięcie włócznią w bok Krisshny. Na szczęście wąski korytarz nie pozwalał żołnierzowi na komfortowe używanie długiej broni, co prawdopodobnie uratowało Kayleighowi życie. Dzięki temu łatwiej przychodziło mu unikanie ciosów i sam mógł kilka wyprowadził. W końcu udało mu się wyprowadził śmiertelne cięcie. Jednak wysiłek, jakiego doznał, powalił go na ziemię jeszcze szybciej niż śmierć strażnika. Krew płynęła ze zranionego boku obficie, a pokaleczone dłonie utrudniały powstanie. Na szczęście niedostatek życiodajnego płynu mógł uzupełnić na miejscu dzięki życzliwości straży miasta Wolenvain.
Kiedy wreszcie się pozbierał, podszedł do drzwi lekko się chwiejąc. Przystawił ucho, aby rozeznać się trochę w sytuacji. Dobiegła go przytłumiona rozmowa. Kolejni strażnicy. Najwidoczniej byli zaniepokojeni odgłosami ich walki. I nie dziwne. Bardziej zaskakiwało to, że tak późno się zorientowali.
– Sprawdźmy to! – zakomenderował jeden ze strażników.
Kayleigh szybko odsunął się od drzwi i przylgnął do ściany. Wartownicy nie zauważyli go, gdy wyszli na korytarz. Krisshna wykorzystał okazję, gdy byli odwróceni do niego plecami i dźgnął ostrzami wytworzonymi z Cienia. To, co później się stało, przyprawiło go o zdziwienie, jakiego nie doznał od czasu odkrycia swojej prawdziwej natury. Gdy ostrza miały już zagłębić się w ciało, okazało się, że zniknęły. Zapewne musiał wyglądać idiotycznie z wyciągnięty rękami, dotykając pleców strażników. Spojrzał jeszcze na ściągnięte z gniewu, zaskoczenia i niedowierzania twarze wartowników, po czym stracił przytomność po ciosie jednego z nich.

***
Obudził się w znajomym miejscu. Mała przestrzeń, kamienne ściany, zakratowane wejście. To cela z jego snu z tą różnicą, że tutaj bardziej śmierdziało. Fetorem ludzkiego potu, krwi, moczu, kału i innych przyjemności, jakich można spodziewać się w ciele człowieka. Chwilę zajęło mu, zanim całkowicie doszedł do siebie, a gdy się to stało, zdał sobie sprawę, że znajduje się po drugiej stronie drzwi z trupią czaszką. Dowodem na to był samotny strażników, którego próbował zabić, a który żył najwidoczniej. Jego kolega pewnie poszedł zameldować przełożonym o zdarzeniu.
Jeśli Kayleigh chciał żyć, musiał prędko coś wymyśleć. Miał bardzo mało czasu, podobnie jak możliwości. Rozejrzał się dokładniej po pomieszczeniu. Przyglądał się pozostałym więźniom. Większość z nich stanowiła idealne zobrazowanie koszmarów wielu ludzi. Ogromni, wytatuowani, z milionem blizn i złem wypisanym na twarzy. Przy nich Kayleigh wyglądał na groźnego niczym dziecko. Jego głowa z łatwością zmieściłaby się w pięści jednego z tych największych. Kobietę wypatrzył tylko jedną, a i to przyszło mu z trudem, gdyż niewiele różniła się od współwięźniów, którzy byli chyba najgorsi w swoim rodzaju. W tym właśnie momencie Krisshna zrozumiał, jakie przesłanie niosła czaszka wymalowana na drzwiach.
Wymyślił. Pomysł z dość dużą szansą powodzenia. Teoretycznie nie mógł się nie udać. A niedługo okaże się również, jak będzie w praktyce. Wstał, podszedł do drzwi i wytworzył z Cienia pilnik. Przyłożył go do jednego z prętów i zaczął go przecinać. Hałas, jaki spowodował, stanowił w tym momencie najpiękniejszą melodię dla jego uszu. Przeciwnego zdania był strażnik, który nakazał Kayleighowi zaprzestać. Krisshna nie posłuchał i dalej piłował. Kilku więźniów podniosło z zaciekawieniem głowy, w końcu to jakaś odskocznia od codziennej egzystencji w tym parszywym miejscu, jednak większość nawet nie zwróciła na to uwagi. Zaś strażnik miał prawdziwy dylemat. Nie wiedział, czy podejść i dosadniej przywołać niespokojnego więźnia do porządku czy poczekać na drugiego wartownika. W końcu uznał, że nic się nie stanie, jeśli na chwilę opuści posterunek, i przeszedł te kilkanaście kroków, jakie dzieliły go od celi Kayleigha. Gdy zrównał się z nim, ponowił upomnienie. Krisshna zignorował je tak samo, jak poprzednio. Tego było za wiele dla niespokojnych nerwów strażnika. Sięgnął po swoją włócznię i tępym końcem uderzył w młodzieńca. Ten nie uchylił się dostatecznie szybko i skulił się z bólu po ciosie w żebra. Nie zraził się tym jednak i chwilę później udało mu się powstać i dalej piłował. Wartownik również nie miał zamiaru dać za wygraną. Uderzył ponownie, a gdy Kayleigh leżał na ziemi, zadał jeszcze jeden cios. Lecz tym razem było inaczej. Krisshna czekał właśnie na ten moment, kiedy strażnik da ponieść się nerwom i jego ciosy staną się bardziej gwałtowne niż umiarkowane. Cień pochwycił drzewce i pociągnął ku sobie. Zaskoczony żołnierz poleciał na kraty i wyrżnął głową o pręt. Kayleigh czym prędzej wstał, chwycił włócznię i uderzy, celując grotem w serce. Strażnik, co prawda stracił spokój, lecz refleks pozostał ten sam. Udało mu się zatrzymać broń dłońmi kilka milimetrów przed ciałem. Gdyby młodzieniec był w pełni sił, ten cios okazałby się śmiertelny. Ale w obecnej sytuacji właśnie uciekała mu jedyna okazja do ucieczki. Silniejszy strażnik już prawie wyrwał mu włócznię. Siłą w tym starciu na pewno nie wygra. Zdecydował się jeszcze na jedno pociągnięcie, po czym zrezygnowany wypuścił broń. Wartownik, popchnięty pędem, poleciał w tył na kraty sąsiedniej celi. A tam czekał na niego jeden z tych więźniów, którzy z zaciekawieniem przyglądali się zdarzeniu. Chwycił swego prześladowcę za głową i przyciągnął mocniej ku sobie, po czym gwałtownym ruchem skręcił mu kark. Po chwili bezwładne zwłoki leżały na ziemi, a w całej sali rozlegał się donośny rechot ubawionych więźniów. Kayleigh także się uśmiechnął, lecz nie tracił więcej czasu, tylko przeszedł do działania. Wytworzył z Cienia sztylet, niezwykle ostry, i podszedł do kraty. Spróbował przeciąć nim zasuwkę od zamka, gdy okazało się, że magia znów go zawiodła. Rozpłynęła się. Była i nagle znikła. Krisshna osunął się na ziemię zrozpaczony. To miała być najprostsza część planu. Rozciąć stal niezwykle ostrym Cieniem. To strażnika trzeba było się bać. Kayleigh był zbyt osłabiony, żeby sobie z nim poradzić, więc musiał go unieszkodliwić, zanim jeszcze wyszedł z celi. A teraz okazuje się, że nie potrafi tego dokonać. Co za porażka. Teraz równie dobrze będzie mógł tu zgnić, chociaż wątpił, aby tak łaskawie się z nim obeszli. Raczej zostanie poddany torturom, a na koniec czeka go niezwykle bolesna śmierć.
A gdyby tak? Strażnicy nie przeszukali go. A przynajmniej niezbyt dokładnie. Nie miał przy sobie żadnej większej broni, więc po prostu wrzucili go do celi. Tak mu się przynajmniej wydawało. Przez jakiś czas był nieprzytomny i nie wiedział, co się z nim dzieje. Zdjął swój but i przyjrzał mu się z bliska. Tego nie mieli prawa wykryć. Wyjął ze środka specjalną wkładkę. Później wymacał w środku kawałek szorstkiego materiału i oderwał go. Pod nim, przywiązany cienkimi nićmi, czekał na niego wytrych. Drugi schowany był w lewym bucie. Po chwili miał już komplet. Jego wykonanie było dosyć prymitywny, ale Kayleigh nie oczekiwał po nich wiele, skoro nie potrafił ich używać. Teraz ta umiejętność uratowałaby mu życie. Cóż, człowiek uczy się cały czas, nie zawadzi spróbować. Włożył metalowe pręciki do dziurki od klucza i zaczął nimi gmerać, myśląc, że tak powinno się to robić.
– Nie tak, chłopcze. Nigdy nie otwierałeś zamków? – Więzień z celi obok postanowił skomentować wysiłki młodzieńca.
– Szczerze mówiąc, to nie. To mój pierwszy raz – odpowiedział uprzejmie.
– Daj mi je. Wiem, jak trzeba ich użyć. Uwolnię mnie, a później ciebie. Daj mi je!
Coś nie spodobało się Kayleighowi w jego głosie. Zbytnia zachłanność i pragnienie wolności. Pewne było, że ten człowiek uciekłby sam, zostawiając młodzieńca na pastwę losu.
– Nie ma mowy. Jeśli chcesz stąd uciec, powiedz, co mam robić. Wtedy zastanowię się, czy ci się odwdzięczę.
– Ranisz mnie, chłopcze. Nie da się ot tak nauczyć otwierania zamków. Daj mi te wytrychy.
– Nie zmienię swojego zdania. Może w końcu mi się poszczęści, a wtedy ci nie pomogę. Chyba że zmienisz zdanie, co pewnie przyspieszy ten proces.
– Aaach, niech ci będzie. To prosty zamek, może ci się uda.
Kayleigh, zadowolony z rozwoju sytuacji, zajął się pracą. Z początku złote rady więźnia niewiele mu pomagały. Ciągle nie potrafił zrozumieć, co tamten ma na myśli. W końcu jednak zrozumiał podstawowe założenia działania zamków i wiedział już, do czego powinien zmierzać. Przez chwilę wydawało mu się, że prawie mu się udało, nawet sąsiad zagryzł wargę w oczekiwaniu, jednak zawahał się i wytrych wypadł mu z ręki.
– Zgłupiałeś? Omal go nie złamałeś! Jeśli nie masz na podorędziu drugiego kompletu, nie rób tego więcej.
Kayleigh nie rozumiał. Wytrych tylko wypadł mu z ręki. Przecież nic wielkiego się nie stało. A może jednak? Tamten znał się lepiej od niego na rzeczy, więc postanowił nie protestować. Posłusznie podniósł z ziemi pręcik i ponowił próbę. Męczył się i pocił przez około piętnaście minut, ale w końcu usłyszał szczęk zamka i krata się otworzyła. Wolność. Nareszcie, siedział w tej celi już zbyt długo. Wyszedł na wąski korytarzyk i zasmucił się. Do prawdziwej wolności jeszcze długa droga. Będzie musiał znaleźć wyjście, przedrzeć się przez zastępy strażników, wydostać się z Pałacu, opuścić miasto. Dla jednej osoby było to za wiele. Wiedział, że nie ma szans. Inaczej rzecz miałaby się, gdyby nie był ranny, a Cień nie zawodził go, jak teraz, co było rzeczą dziwną i niepokojącą zarazem. A co, gdyby zakończyć tę sprawę tu i teraz? Na próbę sięgnął ku magii i wytworzył z Cienia sztylet. Jak na ironię nie wtedy, gdy był potrzebny. Przyłożył ostrze do żyła na nadgarstku. Jedno pociągnięcie. Szybko wykrwawi się na śmierć. Niezbyt godna śmierć, ale czego jeszcze można oczekiwać w takiej sytuacji?
Wtedy usłyszał chrząknięcie. To więzień z celi obok upominał się o spłatę długu. Niech mu będzie. Kayleigh dokończy później. Pochwycił z ziemi wytrychy i już miał je cisnąć tamtemu, gdy wpadł na pewien pomysł.
– Uwolnisz pozostałych. Słyszysz? W tych lochach roi się od strażników. Jeśli chcesz uciec, będziesz potrzebował wsparcia. A ja widzę tu ludzi, którzy takowe by nam zapewnili – powiedział.
Nie czekając na odpowiedź, rzucił więźniowi wytrychy, a sam podszedł do drzwi. Szczęk zamka usłyszał już po kilku sekundach. To rzeczywiście był prosty zamek.

***
Kayleigh stał przy drzwiach i nasłuchiwał. Zbliżali się. Kilku strażników uzbrojonych w miecze, wygodniejsze w potyczce w wąskim korytarzu. Szczęk żelaza był słyszalny nawet przez grube drewno. Młodzieniec odwrócił się i rozejrzał. Zaledwie kilku więźniów pozostało zamknięty. Krisshna wiedział jednak, że będzie potrzebował ich wszystkich. Ponaglił więc wspólnika, a sam czekał, nie wiedząc co robić. Chwilę później usłyszał zgrzyt. Wytrychy się złamały, a w celi pozostał jeszcze jeden mężczyzna. Kayleigh zobaczył coś na kształt rozpaczy w oczach tamtego. Szybko jednak zniknęła zastąpiona przez chłodną obojętność. Ten mężczyzna był zbyt bezwzględny by przejmować się takimi przeciwnościami. Zaszył się głębiej w celi, nie chcąc patrzeć, jak umyka mu jedyna szansa na ratunek. Wtedy z niewielkiego tłumu, jaki utworzył się na korytarzu, wystąpiło kilku zwalistych mięśniaków. Jeden z nich był tak wysoki, że Kayleigh musiał zadzierać wysoko głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Nie mówili nic. Po prostu podszedł do jedynej zamkniętej celi i, ustawiwszy się po równo, pociągnęli za pręty, naprężając wszystkie muskuły. W końcu metal zaskrzypiał i pojawił się niewielki otwór. Mężczyzna, przed chwilą jeszcze skazany, a teraz odratowany, czym prędzej przecisnął się przez dziurę, co nie przyszło mu łatwo ze względu na jego posturę. W końcu jednak był wolny, jak wszyscy pozostali. W tym samym momencie Kayleigh usłyszał zza drzwi rozmowę. Coś o wyważaniu. Aha, chcieli wyważyć drzwi i wtargnąć niespodziewanie niczym herosi z opowieści. To pewnie byłoby widowiskowe. Chyba usłyszeli jakieś odgłosy po stronie młodzieńca i stąd ta decyzja. Jednak Krisshna postanowił nie dopuścić tamtych do głosu. Skinął głową na kilku mężczyzn, a później za drzwi. Tamci zrozumieli. Zebrali się w sobie i runęli na drewno. Wrota opadły z hukiem, przygniatając żołnierzy po drugiej stronie. Z ogłuszającym rykiem kilkunastu najgorszych bandytów, morderców, oprawców, katów, gwałcicieli runęło na zaskoczoną straż. Po chwili było po starciu. Pierwsze zwycięstwo dla tej niewielkiej armii Kayleigha. Na dodatek zdobyli broń. Było jej niewiele, ale zawsze stanowiła jakąś pociechę.
Już niedługo ponownie zobaczy słońce, z tą myślą poprowadził byłych więźniów ku wolności.


Przepraszam za jakość posta. Ciężko mi się go pisało, gdyż nie miałem na to ochoty ani pomysłu.
Poza tym prosiłbym GM-a sprawdzającego ten post o dopisek "[z/t]", gdyby cała akcja się powiodła. Nie zamierzam dłużej siedzieć w więzieniu.
Awatar użytkownika
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

30 sty 2012, 23:41

MG
Plan idealny. Wszystko fajnie i świetnie, banda zabijaków miała broń, szykowała się do ucieczki. Jednak było stanowczo zbyt głośno. Gdy dotarli na powietrze, zimne i zimowe ujrzeli gwardzistów. Lepiej uzbrojeni, przeważając ich liczebnie. No ale wyjścia już nie było. Skazańcy ruszyli do ataku.
Wszyscy, poza prekursorem ucieczki, który postanowił się nie mieszać w tego typu sprawy i ulotnić bokiem. Trochę to trwało, ale wyszkolenie pozwoliło mu uciec.

Nie oglądał się za więźniów, nie obchodzili go oni.
A ucieczka została krwawo stłumiona. Pewni, że wszyscy zginęli, strażnicy zaczeli sprzątać, zapominając o liczbie skazanych, co było niesamowicie pomocne oszpeconemu chłopakowi. Mógł się zająć sobą.

Kayleigh (nigdy nie przestanie mnie zadziwiać to imię…) był wolny.
[z/t]

Wróć do „Lochy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 24 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 23 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52247
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.