Kamienne cele

Podziemie pałacu to pilnie strzeżone miejsce przeznaczone dla skazanych i oczekujących wyroku czy wykonania kary osób. W szczególnych przypadkach mogą być oni odwiedzani.
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

Kamienne cele

06 lip 2012, 23:51

Rząd kamiennych, ciemnych cel, zamykanych na grube, drewniane wrota z małymi, zakratowanymi "okienkami", przez które straż mogła obserwować, co dzieje się w środku. Tam zaś zamykano zwykle pojedynczo, bądź podwójnie oprychów, którzy przeskrobali coś więcej, niż jakaś kradzież, czy bójka. Morderstwo, zamach na jakąś ważną osobistość, czy wyjątkowe denerwowanie wpływowej osoby…
W środku, w kącie stała jedna, mała prycza, bądź dwie, zależnie od przeznaczenia celi. Jednak nigdy nie dbano o to, czy liczba łóżek odpowiada liczbie zamykanych w środku. Z jednej strony zawsze znajdowało się małe wgłębienie w kamiennej podłodze, oraz niewielki rowek, prowadzący do niedużej dziury w ścianie. Do czego to służyło, trzeba się jedynie domyślić.
Przed celami zwykle przechadzał się korytarzem od czasu do czasu uzbrojony strażnik. W oddali, za zakrętem, znajdował się przedsionek, gdzie czekali kolejni. Na korytarzu co jakiś czas umieszczone były płonące pochodnie, by wszystko rozświetlić bladym, tańczącym płomienien.


Z tego miejsca nie możesz udać się nigdzie, chyba, że przyjdzie czas wolności, wtedy czeka:
Przedsionek Lochów.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 114
Rejestracja: 28 lut 2012, 23:58
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1645

18 sie 2012, 11:21

No cóż, na razie poszło wszystko dobrze – strażnik leżał na ziemi nieprzytomny, a do tego nikogo nie zaalarmowało całe to zdarzenie. Wszystko na razie szło u dobremu, na co wyglądało. O bogowie, że też znalazł się w takim miejscu. Ale z drugiej strony – mógł nie podpalać karczmy. Co prawda był pijany w sztok, no ale w oczach straży to go nie usprawiedliwiało.
Po całej akcji podszedł jako pierwszy do ogłuszonego strażnika i przeszukał go, licząc na to, że znajdzie klucze, jednakże po tym, jak ich nie znalazł wpadł w chwilową panikę, jednakże przypomniał sobie, że skoro strażnik otwierał drzwi do celi, to tam powinien być wetknięty w dziurkę od klucza. Zresztą – jak nawet nie on to by pewnie jego towarzysz na to wpadł, na szczęście nie musiał, gdyż sam po chwili wziął, jakże cenny teraz przedmiot w swoje ręce. Lecz w lochach nie byli sami – wszak musieli jeszcze uwolnić Fraena, oraz Bruna, o którym nie wiedział, a któremu będzie wdzięczny za pomoc zaraz jak się o tym dowie. Lecz najpierw trzeba było otworzyć celę obok i ich uwolnić, a jak pchnął już drzwi od więzienia to się zdziwił lekko, że Fraen nie był tam sam, tylko z kolegą, który im tam pomógł. Lecz nie miał tego świadomości, zresztą nie było to w tej chwili najważniejsze.
Odwrócił się w kierunku Cathala i dopiero teraz zobaczył rysę na jego twarzy. Pomyślał sobie, że w tych warunkach jakich teraz są lada moment może się tam wdać zakażenie, jednakże nie mógł z tym nic teraz zrobić. O jakże w tym momencie by się przydała mu chociaż mała buteleczka z trunkiem jakimś, alkoholem mógłby oczyścić tą ranę, jednakże w tej chwili można było to najwyżej zostawić. Albo wyleczyć, tak jak Cathal wcześniej jego magią próbować, co zresztą dało trochę efekt. Czuł, że mniej go bolą oparzenia, ale nadal tam są. No cóż, się wyliże, jak zawsze.
- Dobra, panowie. To gdzie teraz?
Awatar użytkownika
Posty: 124
Rejestracja: 03 lut 2012, 11:37
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1555

18 sie 2012, 14:27

Zmęczenie jakie nagle ogarnęło Bruna sprawiło, że mimowolnie opadł na kolana. Jego oddech był ciężki a puls bardzo szybki. Ciało drżało, a umysł, jak zawsze, był spokojny. Klęczał tak chwilę odzyskując panowanie nad samym sobą, gdy nagle przy drzwiach pojawił się piwowar. Spojrzał na niego kątem oka nie odzywając się ani słowem. Sekundy później powolnie pozbierał się z ziemi i udał się w kierunku drzwi. Przeszedł przez korytarz, z którego już widział ciało strażnika – o dziwo jeszcze żywe.
Wchodząc do celi, jego oczom rzucił się od razu obraz poharatanej buźki Cathala. Cholera jasna, ostatnio widział ten widok za często. Wolno przechodząc przez celę, ominął beznamiętnie roskvara, po czym rozłożył się na pryczy. Jak gdyby nigdy nic, zasłonił przedramieniem oczy i zaczął medytować. To było jego miejsce, jego aura. Mroczny klimat i atmosfera sprzyjała jego magicznej drodze, a co za tym idzie pobierając ją, stawał się coraz silniejszy. O dziwo, nie rozdysponowywał je fundując sobie odnowę kondycji i zredukowanie zmęczenia. Większą jej część posyłał w kierunku strażnika, otaczając jego umysł i z wolna przejmując nad nim kontrolę. Mniejszą część z kolei, zatrzymywał by być w stanie podzielić swą świadomość na dwie części, nie tracąc przy tym zmysłów.
Po dwóch minutach Saviano zerwał się z pryczy, a zaraz za nim jak miał nadzieje strażnik, gotowy na wszystkie jego mentalne rozkazy.
Idziemy. – Rzucił Bruno, udając się w kierunku przedsionka lochów.
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

25 sie 2012, 05:27

Post teraz, a nie wcześniej, bo wakacje z dziewczyną, jak wszyscy wiecie. 1-IX będę z powrotem w pełnej dyspozycji, a wcześniej… może być różnie. Nie mniej, nie lękajcie się – dla chcącego nic trudnego, jak mawiają. A, że z moimi chęciami jest różnie, tak proszę Was o sukcesywny spam na komunikator, co GG się zwie.
Teoretycznie planowałem 23’000 słów, ale Bruno powiedział, że nikomu nie będzie się chciało czytać, a i ja nie mam czasu. Za kilka godzin znów w trasę. Także… To później.
Teraz macie to. Styl wynika z pory, jaką posta pisałem, także wybaczcie mi.
Wszystkie "błędy" zamierzone, przecież nie wypadam z formy.
Poza tym, trochę wyjaśniłem, trochę uściśliłem, na trochę sobie pozwoliłem. Wszystko jednak pod okiem MG. Spokojnie, Infi.


Prawa północy były zgoła inne od tych południowych. Tu ludzie nie rozumieli czym jest spokój, ani nie potrafili bez reszty oddać się danej idei. Twarda mentalność roskvarów i zadufanie ludzi z Autonomii to dwa różne światy. Człek z Hōdgårdu nigdy nie znajdzie wspólnego języka z "południowcem". Poza tym, coś bardziej przyziemnego – statuty miast i regionów. Ktoś, kto całe życie spędził w Åhveg-av’byvrr nie mógł w obrębie Wolenvain czuć się swobodnie. Chcąc nie chcąc – Wilk pochodził ze szlachty, więc i zasady ulic nie były mu znane. A nawet jeśli, to ocierał się znów tylko o te z Północyu, Tronów… A nie "kolebki wolności i prawa", czyli dziury, gdzie właśnie tkwił.
Heodrenowi nie można było odmówić odwagi. Niczym podręcznikowy mieszkaniec Północy rzucił się w nieznane. Tu mógł ufać tylko poznanym wcześniej, w jego rodzinnych stronach – przepisom natury i silnym jak korzenie dębu mechanizmom ludzkiej ułomności, które niezależnie od miejsca na świecie – są wszędzie takie same. Nie znał zaś ani trochę tych miejscowych, stanowionych przez obywateli. Właśnie tę niewiedzę przypłacił odsiadką w więzieniu.
Lochy… Polityczne więzienia nie są żadną nowością na tym świecie. I gdyby nie przezorność księcia, padłby on ofiarą kajdan jeszcze na Północy. Cóż, jego głowa nadal jest przymocowana do korpusu i nie zwiastuje końca Rebelii. Kara jednak, która go teraz spotkała, nie miała żadnego odwołania do "lorda Horfrad". Został bez osądu przyprowadzony do celi, jako bezimienny, karczemny furiat. Nikt go nie znał…
Miało się to jednak szybko zmienić. Jego sława zapewne już dawno go wyprzedziła. A po ujawnieniu się, czekać tylko na opowiedzenie się za nim lub przeciw niemu. W tej wojnie nie ma ziemi niczyjej…
Mały, ciemny karcer zapewne nie odpowiada nikomu. I Fraen, gdyby mógł wybierać, zdecydowałby się pewnie na wygodne, słomiane łoże, w skórach, z pierzynami, przy bliskim sąsiedztwie kominka. Acz w jego aktualnej pozycji, po tym, co przeszedł na tej ziemi i czego mu zbrakło, nie pogardził tym miejscem. Tak cichym i tak spokojnym. Zdawał się nie zwracać większej uwagi na to, że trup ściele się gęsto właśnie w miejscach takich, jak to.
Oddał się strażnikom w zasadzie bez walki, szybko znalazł w tym nieszczęściu szczęście. W kilka chwil podjął, w jego opinii, słuszną decyzję. Mógł ich zarżnąć. Mógł uciekać z miasta. Zdecydował się jednak na nieco sensowniejszą i wygodniejszą opcję. Miał dach nad głową, pryczę. Z głodu też nie daliby mu umrzeć, a kiedy wszystko zostałoby już przemyślane i zaplanowane – mógłby ruszyć dalej, wymykając się sprytnie.
Nie planował w żadnym wypadku dostać się za kraty. Ale skoro stało się – stać się miało. Tak chcieli bogowie. Gdzie tu miejsce na rozpacz i paniczne szukanie "wolności"? To karczma… Tylko trochę inna. I nie były to myśli szaleńca, choć zapewne niejeden, który odszedł już od zmysłów w tym miejscu – właśnie tak się pocieszał.
Zdrowie psychiczne Fraena niewątpliwie zakwestionowałoby wielu pałających się analizą osobowości. Z jednej strony myśliciel, rozsądny i opanowany milczek; z drugiej charyzmatyczny przywódca, który z garstką ludzi ruszył na chordy Imperium. Jednak… Czy to się kłóci? Nie był głupcem, w żadnym wypadku. Oto i on, taki, a nie inny. W czasach tchórzy, sprzedawczyków i zdrajców, ludziom odważnym przypina się łatkę wariatów i oszołomów. Impulsywność połączona z umiejętnością decydowania dawała najlepszy możliwy efekt. Pewnie przez to, jaki jest – wciąż żyje i ma się dobrze. Może też być to przez to, że nigdy nie dał się ponosić emocjom, nie pluł byle komu w twarz i nie szukał wrogów…? Gdybać można w nieskończoność.
Jeżeli ktoś stwierdzi łby, że ten wojowniczy huskarl cierpi jednak na rozdwojenie jaźni, to w tym momencie był tym "wiecznie spokojnym, skrytym". Nie interesowało go nic. Nie musiał już włóczyć się po tym mieście, nie musiał szukać taniej karczmy, nie musiał walczyć, ani analizować taktyk na przeżycie i zaskarbienie sobie miłości. W końcu zdobył czas tylko dla siebie, na uporządkowanie swoich myśli…
Rozmyślanie nad plugastwem tego świata nie jest łatwym. Chciał on jednak wreszcie "zacząć".
Coby nie było, roskvar jest roskvarem. Duchy wilka, niedźwiedzia i kruka walczą ze sobą nieustannie i każde Dziecię Północy raz to jest przywódcą, raz to wojownikiem, raz to stoikiem. Miłość do odwagi, siły i nostalgii… To cechy prawdziwego mieszkańca skutej lodem Północy.
Spektrum, Leviathan, Autonomia, Wolenvain, plac rynkowy, karczma… Im dalej by wyliczać, tym Fraen był głupszy i bardziej zielony. Spektrum, Leviathan, Hodgerd, Hōdgård, Trony, zamek, poddasze… W tę zaś stronę wiedział coraz więcej z każdym stopniem. Wiedział, gdzie jest stojak na broń, które schody prowadzą na strych, na którym wzgórzu stoi cytadela, którym traktem dojść do stolicy, ile jezior ma każda prowincja, kiedy kraj został zjednoczony. To tylko przykłady.
Nawałnice myśli ścierały się ze sobą w sztormie, gdzie fale zderzają się z falami.
Rzekłby kto, jak roskvar, czyli latorośl wolności, może być tak spokojny w lochach. I otóż może. Bo gdzie kończy się wolność? Za grubym murem celi, po słowach "jesteś teraz niewolnikiem", czy utracie mieszkania…?
Młody jarl rozumiał to inaczej. Zawsze powtarzał, że wolny jest ten, kto ma wolne serce. Nie trzeba mieć przywilejów oraz wpływów, można być aktualnie w celi, karczmie i mieszkaniu – wszędzie.
Ciało jest ciałem. Da się je spalić i zmienić, zrobić z nim wszystko. Słowa innych też są pyłem. Każdy może powiedzieć dosłownie wszystko. A to, czy zostanie wysłuchany, zależy od jego pozycji. A i tu jeden posłucha, a drugi nie. Jeden nie usłyszy, a drugi zignoruje, trzeci zaś usłyszy pół zdania. Co wtedy?
"Być bez granic swojego kraju – tu wolność ogranicza się do walki o tenże każdego dnia myślą i czynem. Mimo wszystko jednak – wciąż jesteśmy wolni." – powtarzał.
"Czasem pragniemy jednak i tej fizycznej wolności, nie tylko tego słodkiego stanu naszej duszy, co jest nie do opisania. Pragniemy iść na łąkę i krzyknąć ‘ja jestem sobie panem! To moja ziemia!’
roskvarowie walczą o każdy kawałek swojej ziemi. Ci, których napędza marzenie o wolności, ci, którzy mają już tylko swoją dumę, oręż i nadzieję, na lepsze jutro.
Tak…
Wtedy to do niego dotarło. Z każdą chwilą ginie nowy, młody kwiat. On zaś tu tkwi. Fraen zapragnął znów chwycić za miecz i pognać w stronę wroga, by zasmakować jego krwi. Trzeba było się jednak najpierw wydostać… A i na to miał plan.
Czas płynął, a książę dalej myślał…
Z Północy rzucony do Autonomii. Mała przechadzka po górach i karczma. Brak snu, ach – sen. Gdyby nie zadanie, które szlachcic sobie postawił – byłby już dawno spał na tej… jakże fantastycznej pryczy. W karczmie, do której trafił, spotkał jeno gwar, pijaństwo i kurwę. Błędne ulice zaprowadziły wędrowca do parku, gdzie nabrał siły, poznał niewiastę, zrobił wiele kroków, co znów go zmęczyło… Miał dość, żyłka na dupie prawie mu pękła. Ulżył sobie na kilku przechodniach, co im źle z oczu patrzyło, no i w końcu dotarł… Do kolejnej karczmy. Wydarzenia stamtąd spowodowały szereg reakcji łańcuchowych, które skończyły się tu – w celi. A nie zrobił przeto nic złego. Wręcz przeciwnie!
Trzech pijanych oprychów śmiało zakpić z największej miłości jego życia, Hōdgårdu. Każdy, kto przy zdrowych zmysłach pozostaje w takiej sytuacji – broni dobrego imienia Ojczyzny. Nie jeden roskvar, co bardziej nerwowy – nie poprzestałby na zamordowaniu. Ba, zgotowałby mu niezłe tortury przed zbezczeszczeniem zwłok. Szybka śmierć była łaską i wypływała jedynie z wyrozumiałości Heodrena, który ma wbrew wszelkim spekulacjom, bardzo dobrą naturę…
Na Północy, pierwszy lepszy nieznajomy-gap postawiłby mu piwo, a tu – idzie do więzienia. Cóż, co kraj, to obyczaj.
Krótka przemowa i uśmiechy. Czyżby przyszłych towarzyszy…?
Dalej wpadli strażnicy. Pewni siebie, ale nie reprezentujący żadnego poziomu, jeżeli chodzi o sztukę walki. Dla Wilka był to dosłownie sparing. W trakcie jednak doszło do niego, że wszystko to nie ma sensu. Gwardziści rzekli "złóżcie broń" i tak też zrobili, a przynajmniej on. Znał swoje możliwości, nie chciał ryzykować utraty zdrowia. Uznał, że może przydać mu się w dalszej części planu.
Heodren naturalnie zdążył już zapomnieć imiona towarzyszy. Zresztą, były one teraz najmniej ważne. Tak, czy inaczej – oni wybrali okrężną drogę. Fakt, faktem – nie ze swojej winy, ale zawsze – nie wyszli oni z tego w stanie sprzed rozpoczęcia walki, w przeciwieństwie do Fraena.
Mimo, że strażnicy nie znali Wilka, traktowali go inaczej, od reszty. Z jakby większym, podświadomym szacunkiem. Zresztą, nie wyglądał on na byle pierwszego pijaka karczemnego. Długa, obszerna peleryna, obszywana futrem; zbroja; wielki, grawerowany miecz… Heh. Czy to nie wzbudza respektu w sekundę?
Jarl nie szczerzył jednak kłów w zachwycie. Nie była to dla niego nowość. Był przyzwyczajony do tego typu zachowań. Uniósł jeno dumnie głowę, a jego kamienna mina nie zmieniła wyrazu, podobnie do reszty chwil spędzonych w tym przybytku.
Prowadzony przez miasto, nie był popychany, czy też ciągnięty, jak reszta "winnych", którzy opowiedzieli się za nim. Kiedy jednak stróż prawa kładł dłoń na jego łopatce, czy też nieco niżej – nie ma co ukrywać, Fraen jest dość wysoki – od razu został obdarowywany srogim spojrzeniem, spod gogli hełmu.
Wszyscy oskarżeni zostali doprowadzeni po niekrótkiej przeprawie przez miasto do majestatycznego pałacu. Nie przyszli jednak tu ani na witanie, ani na ucztę, czy zwiedzanie komnat. Poprowadzono ich bocznym wejściem, krętymi schodami – pod ziemię. Zawilgotniałe miejscu. Nieprawdopodobne, jak blisko siebie znajdować mogą się światy szlachty i męt.
Wystrój wnętrz nie unosił szczególnie byłego wodza rebelii na Północy. Nie przygnębiał też go. Był mu raczej… obojętny. Szedł, bo szedł. Miał już dość tego pieprzonego chodzenia. Nogi wchodziły mu już w tyłek, chciał usiąść i odpocząć, obojętnie gdzie. Śmierdziało tam trupem i jakąś padliną. Słychać było też piski szczurów.
Horfrad szedł, z nim reszta. Bez sądu i rady. Doprowadzeni do swoistego przedsionka zostali do końca rozbrojeni. Twarz Fraena wykrzywił wstrętny uśmiech, kiedy jeden z gwardzistów niemalże padł na kolana, po chwyceniu Skojra. Jego claidheamh mòr powędrował razem ze sporym pancerzem i częścią ubrań do jednej z przepróchniałych szafek. Zostały na nim wyrobione, skórzane spodnie do połowy łydek i duża, tkana koszula z rozdarciem ku szyi. Stracił nawet rzemień do związywania włosów. W efekcie, spadły mu one na twarz, dodając mroku.
Książę oddychał ciężko, lecz mimo takiej kompromitacji i upodlenia, nie dał po sobie poznać, że jest gniewny. Wciąż z tą samą poważną miną i ze zmrużonymi oczami, które wodziły dokładnie po pomieszczeniu – stał wyprostowany, z dumnie wypiętą piersią.
Jemu, jak i dwójce pozostałych przydzielono długie tuniki więzienne. Przepocone i cuchnące. Wojownik zwinął swoją i wsadził ją pod pachę, ani myśląc, zarzucać to na siebie; mimo, iż sam nie pachniał już najpiękniej.
Teraz cała trójka wyglądała już dużo mniej groźnie i strażnicy pozwalali sobie na więcej, także i w stosunku do poważnego roskvara, który nie odezwał się jeszcze od czasu starcia ostrz ani słowem. Pchnięto ich w pewien korytarz. Znajdowały się tam szeregi grubych wrót. Nie trzeba było wyjaśnień. Tan Rubieży obejrzał się i spojrzał złowrogo na strażnika z pochodnią, jakby mówiąc "pożałujesz tego".
Przed jego nowym domem wdepnął w coś bosą stopą. Było to obślizgłe i wolał nie zadawać sobie pytania "co to". Drzwi się otwarły, a Fraen wszedł, szepcąc coś w swoim ojczystym języku.
Ciemno, jak w jaskini – pomyślał. Rozejrzał się następnie, dostrzegając dwie prycze. Ciekawe kogo mam oczekiwać…
Rozłożył swoją nową "szatę" na jednym z łóżek i usiadł na nim. Westchnął głęboko, po czym spojrzał w sufit, zapierając się rękoma, bo już po kilku chwilach spuścić wzrok na ziemię i splatając ręce rozpocząć długie rozmyślania.
Paradoksalnie – cieszył się. W końcu chwila dla niego.
Czas ten jednak szybko upłynął. Za szybko, chciałoby się rzec. W niebywale głośny sposób bowiem dostarczono i kolejnego skazańca losu. Dosłownie wrzucony do środka… kaleka? – leżał obolały, jak przypuszczał huskarl. Zmarszczył on brwi, ale milczał. Siedząc tutaj, spokojnie, w ciemnym kącie – był jak cień. Niezauważalny. I mimo, iż Heodren przypuszczał, że współwięzień go dostrzegł – nie odzywał się. Nie był typem tak wygadanego gościa, jak bywają niektórzy. Zresztą, on też milczał. Po co więc zaczynać…?
Nie.
Musiał pozyskać sobie miłość tych, którzy będą w stanie ręczyć swoim życiem. A któż nie ma równie mało, co więzień? Horfrad zacisnął zęby i pięści w akcie konsternacji. Warknął coś niemo do siebie, pewnie przeklinając bogów za ten los.
Zmasakrowany jegomość usiadł na pryczy, wstał, znów usiadł… Zasnął. A kiedy się obudził, Wilk zaczął go uważnie obserwować kątem oka. On miał już plan, czas było spojrzeć, czy i kaleka też.
Miał.
Plan był tragiczny. Zupełny brak logicznego podejścia do sprawy. Po akcie desperacji kolegi Wygnaniec wyprostował się, zaciskając wargi. Chce wydostać się stąd siłą.
Pierwsze, co cisnęło mu się na myśl to "idiota". Odwaga odwagą, ale między nią a głupotą się cienka linia, którą on właśnie zdawał się przekroczyć.
Człek przeprosił spojrzeniem jak zbity pies. Bohater zaś pokręcił tylko głową.
- Trukke oss ut herfra, når den tid kjohra – szeptał burkliwie w pośpiechu, po czym położył dłoń ramieniu pomysłodawcy i inicjatora.
I w ten… Do uszu Spadkobiercy Tronów doleciała piękna, miodna melodia…
Ponad gór omglony szczyt,
Lećmy, zanim wstanie świt,
Tu pieśni drzemią mnogo,
Niesłyszane przez nikogo.
Nagle sosen słychać szum,
Wichrów nocą zawył tłum.
I czerwonym, żywym ogniem,
Drzewa płoną jak pochodnie.
Dymią góry w blasku gwiazd,
To dla roskvarów przyszedł czas.
Po pagórkach, po urwiskach,
W księżycowych biegną błyskach.
To dla roskvarów przyszedł czas,
To dla roskvarów przyszedł czas…
Po plecach Wilka przebiegły dreszcze. Jak długo on nie słyszał już tej pięknej pieśni… Jeszcze z Kraju Ojców. Gdzieś tu blisko jest jego brat. Tak. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości. Musiał zaskarbić sobie ich miłość.
Kroki.
Przybył strażnik. Plan jego kolegi przy boku spalił na panewce. Jednak to nie było ważne. Gwardzista mówił dalej. I to, co rzekł, było dla niego wyrokiem śmierci. Syn Wilczej Pełni zapragnął krwi tego głupca.
- Wołania naszych Ojców nie uciszysz… – rzekł do siebie.
To co działo się dalej było nieco niezrozumiałe dla byłego generała. Jakieś hałasy, otwarły się któreś z drzwi. Klawisz chciał, aby mu dogodzono. Nieczysta świnia… – splunął.
Góral nasłuchiwał i marszczył brwi, ale nic nie rozumiał. Widział, jak nowoprzybyły zbystrzał. I Fraen tak uczynił. Żołnierz zerwał się na równe nogi, kiedy usłyszał odgłosy walki, krótkie, na ziemię padło ciało. Nie trzeba było być geniuszem, coby stwierdzać, że być to strażnik.
Bohater nie czuł podniecenia, cały czas był nieziemsko spokojny. Spojrzał na klęczącego i skinął głową. Wymusił nawet półgębkiem uśmiech.
Wszystko działo się błyskawicznie. Wnet rozwarły się i odrzwia, które blokowały drogę jarlowi. Stanął on w pozycji gotowości, jedną nogą się zapierając, a drugą uginając przed sobą i podnosząc pięści do gardy. Zabił niejednego w walce "na gołe klaty". Później mówiono, że dłonią potrafi zmiażdżyć czaszkę uhyrea.
Na szczęście. W drzwiach pojawił się śmieszny pijaczek, przy którym Heodren nie potrafił powstrzymywać się od szczerego uśmiechu. Opuścił pięści i pomógł pozbierać się z ziemi (nie)znajomemu, łapiąc go za fraki. Poklepał go po ramieniu i wyszedł pośpiesznie za nim. Książę rozejrzał się.
- Dzięki wam za pomoc – powiedział mimo wszystko, między innymi to, że miał zgoła inny plan i nieco przyśpieszyli jego ucieczkę. Miał w planach bowiem spędzić tu nadchodzącą noc. Przy czym o ile nie stracił wyczucia czasu, to właśnie musiało się zmierzchać.
- Mamy niewiele czasu – zauważył. - Musimy stąd jak najprędzej uciec i skryć się w bezpiecznym miejscu, z dala od tego pałacu i miejsc, gdzie będą mogli nas rozpoznać – prawił ze śmiesznym, północnym akcentem.
Plan w teorii łatwy, jak jednak będzie z jego wykonaniem…?
- Na miejscu ustalimy, co dalej, gdyż nie na to teraz pora - nie na to, jak i nie na wymienianie uprzejmości, jednak Horfrad tuszył, iż są oni na tyle bystrzy.
- Ktoś zna plan miasta? – zapytał, postępując krok za mało ostrożnym Brunem, który miał ochotę chyba wyjść stąd pierwszy; a nie dostrzegając jeszcze rannego Cathala – myślał zwyczajnie, że jest w innym skrzydle i jeszcze będą go szukać.

Ach, tak, wiem. Post może wydawać się nieco dziwny, bo… Bo jest dziwny. Nie czytałem go, ale po zapachu czuję, że coś z nim nie tak. Te powtórzenia i śmiesznie sformułowane zdania, et cetera… Cieszcie się, że w ogóle jest!

I hah, dwie minuty przed świtem, więc nawet nie zarwałem nocy. Dwie minuty snu, "like a boss".
Awatar użytkownika
Posty: 16
Rejestracja: 17 mar 2012, 21:05
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1699

01 wrz 2012, 17:07

Ostrze przeorało lewą stronę jego twarzy, pozostawiając ranę, która już na zawsze będzie świadkiem tej historii. Poczuł rozszerzajacy się impuls bólu, który penetrował jego myśli, jednak strażnik został obalony przez Marcifilo. Cathal zaś złapał się odruchowo za twarz, przykrywając ranę dłońmi. Upadłu roskvar na kolanach, trzymał dłonie przy lewej stronie twarzy, a pomiędzy jego palcami płynęła szkarłatna posoka. Otworzył oczy – na szczęście nie zostało ono uszkodzone i widział raczej normalnie. Podpierając się prawą ręką podniósł sie powoli z ziemi i podszedł do jeszcze żywgo strażnika. Dziecko północy potrzebowało teraz czegoś do odkażenia rany, spowodowanej przez zabrudzony miecz. Zaczął przeszukiwać jego ciało w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu. Przecież było to dno lochów, a on byłstrażnikiem. Nie mógł tu chodzicć na trzeźwo – gdyby był czysty, to nie chciałby, aby roskvar zrobił mu to, co ten chciał aby zrobił.
-Jeśli coś procentowego zostanie znalezione, to odkaźcie mi to gówno. – Warknął przez zaciśnięte z bólu zęby. Nie chciał aby ta łachudra żyła, ale mógł im być potrzebny. Rękoma przeszukiwał jego ubiór w poszukiwaniu jakiejś gorzały, która mogła uratować go od powolnej śmierci. -Jeśli nic nie znajdziecie, będę potrzebował czasu, pochodni i jakiegoś żelaza do wypalenia tej rany. - Dodał i kontynuował poszukiwanie.
-Panie, o ile dobrze pamietam Pałac znajduje się w południowo-zachodniej części miasta. Najblizej jest do bramy zachodniej, która jest uszkodzona, oraz południowej. nie jestem pewien w jakim jest stanie. – Rzekł do przywódcy i czekał na wytyczne.
Awatar użytkownika
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

05 wrz 2012, 20:04

MG

Czwórka ludzi miała przed sobą ciężkie zadanie. Biorąc pod uwagę ich stan psychiczny i fizyczny można by stwierdzić, że porywali się z motyką na słońce. Owszem, wykorzystawszy nietypowe skłonności strażnika udało im się obezwładnić osobnika, dzięki czerpiącemu siłę z mroku, lecz połamanemu Brunowi i skoordynowanemu telepatycznie atakowi pozostałych. Strażnik leżał przed nimi, nieprzytomny, a oni zastanawiali się, co mają zrobić teraz. A sytuacja nie przedstawiała się dla nich różowo – byli poobijani i zmęczeni jeszcze po ostatniej rozróbie, a w tych lochach nie dane im było należycie odpocząć.
Dostali jednak w swoje ręce pęk kluczy – standardowy zestaw, który otrzymywał każdy strażnik więzienny. Otwierały one wszystkie cele i drzwi w całym więzieniu. Rzecz niewątpliwie przydatna, wręcz niezbędna w działaniach, których się podjęli. Na początek należało połączyć siły – wypuścić zamkniętych w celi Fraena i Bruna. I tak też uczynił Marcifilo, otworzywszy okratowane drzwi i podniósłszy północnego księcia.
Bruno, pokiereszowany już wcześniej, i to dość mocno, poczuł jeszcze większe wyczerpanie po mentalnym sparaliżowaniu strażnika. Dlatego też, zarówno z powodu podjętej wcześniej akcji, a także rany utrudniły mu wykonanie planu, który przed sobą postawił. Krótka medytacja, nawet w sprzyjającym otoczeniu mogła pozwolić mu co najwyżej na ograniczony wpływ na umysł człowieka, i to utrzymanego w przytomności. W obecnym stanie nawet poruszanie się sprawiało mu trudność, a co dopiero korzystanie z bardziej zaawansowanych mocy.
Fraen nie był zadowolony z podejścia Bruna. Uważał, że w takim stanie próby wydostania się z więzienia siłą byłaby głupotą. Może i miał rację, ale z faktami ciężko dyskutować. Nie był świadkiem całego zdarzenia – przybycia strażnika i jego obalenia, słyszał to jednak i wiedział, co się dzieje. Gdy Marcifilo otworzył jego celę i wypuścił obu jej mieszkańców na zewnątrz, księciu północy nie pozostało nic innego, niż tylko dołączyć do reszty i wspólnie rozpocząć przygotowywanie planu działania.
Cathal zaś rozpoczął gorączkowe poszukiwania czegoś, czym będzie mógł odkazić ranę. W więzieniu próżno było szukać alkoholu. Pozostawała jednak nadzieja, że nowoprzybyły strażnik będzie miał takowy przy sobie. I tutaj roskvarowi się poszczęściło. Ogłuszony teraz klawisz, co ciekawe, miał nie tylko nietypowe zainteresowania seksualne, ale także zamiłowanie do alkoholu, i to niezbyt wyszukanego. Z tego też powodu miał on przy sobie butelkę najpodlejszej wódki, nabytej zapewne za kilka miedziaków. Gorzej, że jej właściciel dobrze się nią zaopiekował – była pusta. Prawie. Na dnie znajdowało się jedynie kilka kropel tego specyfiku. Mogło wystarczyć, jeśli dobrze tego użyć, ale wiele tego nie było, a nic innego na chwilę obecną nie posiadali.
W tym momencie tylko od owej czwórki zależało, co stanie się dalej. Co zaplanują, jakie podejmą kroki ku wolności, a gdy im się uda, lub nie, co zrobią później. Niczego jednak nie mogli być pewni.
Może im się poszczęści, może nie.
Awatar użytkownika
Posty: 114
Rejestracja: 28 lut 2012, 23:58
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1645

08 wrz 2012, 22:21

Dobra, tamci wolni, ale jeszcze jedna sprawa była. Marcifilo miał klucze, a strażnik leżał w korytarzu, co mogłoby jakiemuś klawiszowi, jakby to zauważył, zapalić w głowie ogieniek myślenia oraz dojść do tego, że coś tutaj się stało. więc trzeba coś z nim zrobić. A piwowar miał już swój pomysł, który też zaczął realizować. Najpierw zaciągnął nieprzytomnego strażnika do celi,w której sam z Cathalem wcześniej bytował., gdzie też go rozebrał do naga.
Ech, zwis męski sie widać smutno tutaj u gościa prezentuje… jakbym cyce jakiejś zielarki widział.
Po rozebraniu by przymierzył ciuchy, mając nadzieję, że nie będą zbyt małe, albo zbyt duże na niego, chociaż w tą drugą ewentualność szczerze wątpił. Następnie wyszedł z celi i zamknął ją na klucz, po czym zwrócił się do swych towarzyszy prezentując się w nowym ubiorze swym towarzyszem, oraz zdradzając im swój plan ewakuacji stąd, który jemu wydawał się najrozsądniejszy.
- Dobrze przyjaciele, plan się taki nam jawi, żebym was poprowadził jako więźniów do wyjścia z tego zamtuzu. Musielibyśmy znaleźć jeno kajdany jedynie, żeby uwierzyli w wersję, że was rzeczywiście prowadzę na stracenie. No i też jako strażnik powinienem mieć tu jako jedyny tutaj broń, gdyż jej brak przy pasie mógłby przynieść na mnie podejrzenia. No, i to ubranie przynajmniej nadpalone nie jest… Em, chyba że macie jakieś swoje pomysły. Och, zapomniałbym, paskudnie to wygląda, pokaż tą butelkę.
Po tych słowach podszedł do Cathala i wziął z jego dłoni butelkę wódy, albo raczej taniego sikacza, który przynajmniej miał jakiś procent. więc mógł służyć do odkażenia rany, do czego też się zabrał, robiąc to bardzo delikatnie, gdyż płynu było niewiele, a rana była długa. No ale cóż, odkazić trzeba, bo inaczej będzie źle.
Awatar użytkownika
Posty: 16
Rejestracja: 17 mar 2012, 21:05
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1699

09 wrz 2012, 19:51

Marci przebierał się w ubiór strażnika, a potem zaczął odkażać mu ranę. Tyle tego nie wystarczy…
Marci, druhu. Nie wystarczy tego na całą ranę, weź tylko kawałek dobrze przeczyść. - Powiedział, zanim ten przystąpił do działania. –Wodzu, niech zdejmie Pan pochodnię i rozgrzeje ostrze miecza i przypali resztę rany. Jakoś to wytrzymam. – Rzekł do Fraena. Wiedział ,że musi to zostać zrobione, aby nie szczeznąć niedługo, jeśli im się uda uciec.Syknął z bólu, kiedy Marcifilo zaczął obmywać szramę na jego twarzy. Spojrzał kątem oka na roznegliżowanego strażnika. Grymas obrzydzenia pojawił mu się na twarzy gdy widział go. Jeszcze ta atmosfera lochów… Chciał stąd wyjść i usiąść przy ognisku.
Awatar użytkownika
Posty: 124
Rejestracja: 03 lut 2012, 11:37
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1555

09 wrz 2012, 21:08

Mimo, że zmęczenie pomału schodziło z Bruna, ten postanowił, że zacznie już rozgrzewać się na dalszą walkę. Ucieczka z lochów na pewno nie minie im łatwo, więc lepiej by jego siły, czy też raczej to co z nich zostało były przygotowane. Raz po raz kręcił głową to w tą to w tą stronę rozgrzewając bolące mięśnie szyi.
Z uwagą jednocześnie przysłuchiwał się otaczającemu go towarzystwu. Duży to jakiś wódz, mniejszy to jego przydupas, a najmniejszy rozdawał piwo. Z taką ekipą to tylko na wojnę – narzekał w myślach Saviano. Póki co milczał, zdarł już wystarczająco gardło wykrzykując komendy i rozkazy w czasie pobytu w przytułku, tak więc teraz jego struny mogłby mu sprawić jedynie niepotrzebny ból.
Gdy skończył się rozgrzewać oparł się o ścianę i popatrzył na wielkiego, brodatego roskvara. W myślach starał się zajrzeć choć odrobinę do jego świadomości by odkryć dlaczego blondyn żywi do niego takim uczuciem, lecz po dłuższej chwili stwierdził, że jest na to zbyt leniwy i zmęczony. Jedyne co zrobił, to spuścił głowę, zamknął oczy i począł przysłuchiwać się naradom ziomków.
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

10 wrz 2012, 02:05

Czwórka przypadkowych znajomych została, w dosłownym tego słowa znaczeniu, zmuszona do współpracy. Na razie tymczasowej, a jak to będzie później – czas pokaże. Fraen żywił cichą nadzieję, że więzi między nimi się umocnią i w końcu zacznie wypełniać swoje przeznaczenie, przywodząc pierwszej drużynie na ziemi obcych z południa.
Wtrąceni do lochów mogli tylko oczekiwać cudu. Wilk wiedział jednak, jak pomagać cudom się ziszczać. Kompani jego zaś… mieli jeszcze inny plan. Wykorzystali chwilę i… udało im się, kto by przypuszczał. Heodren wzruszył ramionami i tak samo spokojny i opanowany wyszedł, jak i wszedł uprzedniej. Nie zużywał zbyt dużych pokładów energii wcześniej, w czasie krzyżowania mieczy w oberży, ani teraz – przy ewakuacji. Przewidywał bowiem, że jego niezużyta potęga przyda się później.
Byli wolni, no tak, ale co dalej. Góral starał się wpaść na jakiś pomysł. Uciec poza miasto? – myśl instynktownie poprawna. Z dala od zagrożenia. W pytaniu o plan miasta, odpowiedział mu waść, który wyszedł zza winkla. Mistrz zamieszania, jak się potem okazało. Kiedy ten mówił, książę dopiero ujrzał jego ranę. Spięło go po pierwszym spojrzeniu, na samo wyobrażenie bólu, nigdy nikt go tak nie ranił. Co prawa, on niejedno kroć pozbawiał urody swoich wrogów, właśnie celnymi cięciami w twarz. Tutaj jednaj… rana nawet obficie nie krwawiła. Musiała być płytka. Przyzwyczajenia do walki dwuręczną bronią nie pozwalały Horfrad wyobrazić sobie, jak było to możliwe…
Po pewnym czasie jednak, były tan Rubieży wyszczerzył się bezczelnie. Taki młody, a już niezniszczalny. roskvar jak się patrzy, takich ludzi było mu trzeba.
Garść informacji, którą otrzymał od młodziana była cholernie przydatna. Szybka ewakuacja i ogólny rys – jest. W razie, gdyby coś nie wyszło w planie, który właśnie krystalizował się w głowie woja. A więc to pałac… – analizował po kolei każde słowa. Nie można przepuścić takiej okazji. Coś mu świtało…
Mieli klucze, strażnika bez przytomności, flaszkę jakiegoś trunku – odnalezioną u strażnika, jeden podrdzewiały miecz, pochodnie nie ścianach i kilka łach, które dostali na przebranie, a których nikt nie raczył przywdziać – może to i dobrze. Heodren zmierzył wzrokiem wszystkich po kolei. Mały grubcio coś kombinował. Dobrze, że nie tkwili w bezczynności. Co prawda ten, który został przydzielony mu za współwięźnia dyszał teraz jak koń, opierając się o ścianę i regenerując siły. Jego jednak dostarczyli najbardziej zmanierowanego, niczym… po upojnej nocy z krasnoludzicą. Coś musiała go dodatkowo wymęczyć jeszcze w celi, bohater nie wiedział na razie jeszcze co.
Po chwili namysłu, zza tego samego progu, co wcześniej raniony mąż, wyłonił się śmieszny mężczyzna o krągłych kształtach. Był przebrany za strażnika, co zaintrygowało mieszkańca Północy. Nie dało się go pomylić ze strażnikiem, o nie. Był zbyt… charakterystyczny. Pod osłoną nocy jednak, kto wie – może inni klawisze dadzą się nabrać. Facet zaczął przedstawiać swoją koncepcję.
Po słowach, które Fraen usłyszał od trzeźwiejącego, zmrużył oczy. Plan był dziwny.
- Wyprowadzisz nas jako więźniów, a przy pierwszym mijaniu, pytany o powód – będziesz łgał? Nie mamy ani żadnego glejtu, ani co ważniejsze podstaw, aby sądzić, że nam się uda – wyperswadował bez ogródek.
Na ślepej wierze w plany laików można się sparzyć. Góral wiedział, czym najpewniej się to skończy. Po momencie dodał jednak, usprawniając nieco plan brzuchacza.
- Gdybyśmy jednak rzekli, że prowadzisz nas, abyśmy mogli wyznać winy, oddelegowano by nas pod sąd niezawisły - gdybał nienazwany kapitan, mamrocząc sam do siebie. - Tam moglibyśmy prosić o walkę honorową, która by oczyściła nasze imiona… O ile naturalnie takie prawo tutaj funkcjonuje.
Rzekł roztropnie, po czym spojrzał na towarzyszy. Jeden ledwo żyje, drugi jest ranny, a trzeci… zostałby poćwiartowany jeszcze harcach. Pokręcił przecząco głową.
W czas, kiedy lord z Północy zastanawiał się, pomysłowiec zaczął odkażać ranę alkoholem. Książę zacisnął zęby, ściskając wargi tak mocno, że aż mu pobladły. Podczas "operacji", ranny towarzysz… wydał Wilkowi polecenie. Zrobił to naturalnie z pełnym szacunkiem i czcią. Sam fakt jednak sprawił, że zszokowany wojownik otworzył szerzej oczy. Zuchwałek – pomyślał, po czym wziął miecz i postąpił zgodnie ze wskazówkami, ogrzewając klingę w ogniu. Nie był pewien, czy był to dobry pomysł, ale to nie czas, ani miejsce na myślenie. Rana była cięta, więc ucisk płazem nie wchodził w grę. Gdy jednak przyłożył zwyczajnie, jak ranę zadano – mógłby go dotkliwiej skaleczyć. Miecz nie był jednak ostry jak brzytwa, a samo przyłożenie niewiele powinno zmienić…
Kiedy skończył, kiwną głową do młodziana.
- Trzymajcie go mocno – wydał twardy rozkaz i ujmując krótki mieczyk w dwie dłonie, dla precyzji, zbliżył się. - Słyszałeś, pomóż mu go trzymać! – niemalże warknął przez zęby do obolałego druha. Czasu im uciekał…
Kiedy wszyscy byli na pozycjach, "medyk" przyłożył rozgrzane żelazo, najwolniej jak mógł, czubkiem do początku blizny. Zerknął szybko, czy miecz mu się nie zsuwa, po czym wbijał się wzrokiem w oczy rannego. Oderwał narzędzie od skóry, widząc ból, jaki przeżywa jego towarzysz. Nie zastanawiając się jednak długo, znów do zrobił. Teraz jednak krócej, zjeżdżając w dół i pokładając ostrze. Odrywał je co chwilę, mając nadzieję, że szczęście im dopisze. Pot wychodził tedy nie tylko na Cathalu, ale i Horfrad, który pełen skupienia pomagał jak mógł. Wszelkiego rodzaju polowe praktyki były mu dobrze znane z frontu, nie była to zatem dla niego pierwszyzna.
Kończąc, odsunął się dwa kroki, mając nadzieję, że cios w pysk otrzyma mężczyzna w szacie strażnika. Była to nie tyle tradycja, co swoisty upust gromadzonej podczas odkażania rany agresji. Każdemu dobrze to robi.
- Dajcie mu odpocząć – wymamrotał po całym tym zamieszaniu.
Książę zamiótł wzrokiem brudny sufit, a następnie przedstawił swoją wersję planu…
- Możemy spróbować uciec za miasto. Co jednak nam to da? Tak, czy owak, będziemy tu musieli wrócić. Naszych lic nie zmienimy, a listy gończe zaraz zostaną rozesłane. To miasto jest największym skupiskiem pospólstwa w całym tym regionie. Jeszcze tego nie wiecie, ale los połączył nasze żywota, abyśmy wspólnie dokonali czegoś wielkiego. Stworzeni dla większych celów, nie możemy kryć się jak szczury… – sama ta myśl wręcz obrzydzała Wilka.
- Musimy oczyścić nasze imiona, aby móc zacząć normalnie działać. Teraz jesteśmy w pałacu… Co znaczy, że najpewniej gdzieś tu, w którejś w sali, na górnych poziomach, znajdują się komnaty urzędników, szlachty, a może i nawet samego króla! Władcy państw są mężami światłymi i wiedzą, czym jest honor. Nie wpuszczą nas tam jednak tak łatwo. Tutaj, przyda się zatem twój plan - spojrzał na Marcifila, robiąc krok ku niemu - wyprowadzisz nas, a jak kto pytać będzie, rzekniesz, że winy przed grododzierżcą wyznawać chcemy. Jeżeli się uda, nie martwcie się już niczym, a nas oswobodzę.
Plan teoretycznie bez szwanków. Zawsze trzeba być jednak zabezpieczonym, mając plan awaryjny.
- Będziemy mijać przedsionek lochów. Tam jest nasze uzbrojenie. W razie, gdyby wszystko poszło tak, jak chcemy, wrócimy tam później i weźmiemy co nasze polubownie. Tam też odpoczywają zmiany straży. Domyślacie się zatem, że to właśnie tam zapytani zostaniemy, co tu się wyprawia. I jakby który alarm podniósł, czeka nas sroga walka. Element zaskoczenia będzie po naszej stronie, mamy więc szanse wygrać z… jednym mieczem. Oraz trzema parami pięści.
Chrzest bojowy, rzekłby kto – szaleńca. Nie mniej, to jest wojna. A nowi rekruci powinni się do niej przyzwyczaić.
- Po pierwszym kontakcie z wrogiem, dobieramy mieczy i siłą wdzieramy się do komnaty króla. Władcy doceniają atrybuty sił. Faktem jest, że król jest najbardziej strzeżoną osobą w całym państwie. Straż będzie zaciężna i w normalnych okolicznościach przyszłoby nam się mierzyć z całą armią. Pilnujcie się jednak mnie, a wyjdziecie z tego bez szwanku.
Misja jest ryzykowna. Najbardziej ryzykowna w całym życiu księcia, a i zapewne reszty jego towarzyszy. Balansują na pograniczu. Najmniejszy błąd i cała czwórka wyląduje w grobie. Gdyby nie doświadczenie Heodrena, pewnie skończyłoby się to marnie. Kto jednak nie poszedłby za taką osobą w paszcze Otchłani?
- Styrke og ære, venner – rzucił pogodnie w swoim języku, co oznaczało ni mniej, ni więcej, niż "siła i honor, przyjaciele". Znane powiedzonko Północnych. - Ruszajmy.
- Ach… – dodał na koniec. - I broń – uniósł miecz do góry - wezmę ja.
Rzekł, po czym przemieścił się z powrotem do celi, biorąc łachy, na których siedział i owinąłwszy nimi miecz, wskazał ręką "strażnikowi" drogą, samemu stawiając za nim powoli kroki.
Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

10 wrz 2012, 06:47

Pisać, pisać… na razie MG-post niepotrzebny. Pojawi się przy próbie przekroczenia przez Was przedsionka, po z/t wszystkich. I te cholerne czapki kucharskie mi wywalić!

Wróć do „Lochy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Grynfa, Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.