Trakt Północny

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Fraemas
Posty: 11
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1220

Trakt Północny

11 gru 2011, 17:41

Trakt północny jest najdłuższym, a zarazem najrzadziej uczęszczanym traktem, w całej Autonomii Wolenvain. Ciągnie się on bowiem od północnej bramy tegoż miasta, aż do Wiecznych Gór Północnych. Jeżdżą bowiem tędy tylko odległe karawany kupieckie handlujące z "Północą".
Idąc od strony gór będziemy mogli zaobserwować jak zmienia się krajobraz. Zaczyna się niemalże płasko, gdzieniegdzie jednak pojawiają się iglaki. Dalej zmienia się on już w zwyczajny iglasty las. To właśnie najdłuższy odcinek całego gościńca. Zbliżając się do miasta przeobrazi się on w las mieszany. Zbaczając z tego odcinka dotrzemy do jednych z najlepszych terenów łownych.
Na całej długości praktycznie braknie wszelkiego rodzaju rozwidleń, aż do samego miasta. Szlak omija bowiem wszystkie pomniejsze miasta i ciągnie się jeno do stolicy.
Nawierzchnia nie jest jednolita. Im bliżej gór tym mniej bitej drogi, a więcej usypanego żwiru. Przechadzka po nim nie jest miła, jednak możemy mieć pewność, że nie zbłądzimy. Na całym trakcie nie ma bowiem żadnego znaku informacyjnego.


*****


Fraemas szedł cały czas patrząc się przed siebie ufając, że dotrze tędy do Wolenvain. Nie przejmował się, czy zgubił, czy też nie jego "towarzyszy". Droga była pusta. Przeszedł on już dobrą połowę, a nie ujrzał ani jednej żywej duszy…
W międzyczasie słońce zdążyło ulec księżycowi, który wezbrał na sile.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

01 lip 2012, 15:14

Wszystko poszło zgodnie z planem. Prawie.

Na jego sygnał, z wyraźnym ociąganiem, Ves przystąpiła do swojej części planu. Stał za drzewem i obserwował rozwój wydarzeń – był zbyt daleko, by usłyszeć co im powiedziała, ale treść nie była istotna. Najważniejsze było, że łowcy obecnie poświęcali uwagę czemu innemu i stali odwróceni plecami. Jeden z nich sam ustawił się tak, by zasłonić ruiny. Lepszej okazji już nie będzie. Fechmistrz zatarł ręce i ruszył.
Ruszył biegiem w stronę wzgórza, nie spuszczając oka z myśliwych i dziewczyny. Nic się nie zmieniło, toteż szybko wdrapał się na wzgórze i wszedł do ruin lekko pochylony, starając się ustawić tak, by ściany ruin zasłaniały go przed ewentualnymi, nerwowymi zerknięciami przez ramię, jakie mogli wykonywać mężczyźni. Hargad leżał tam, przywiązany do czegoś, co wyglądało jak resztki pieca. – Lepiej dla ciebie, dziwkarzu, żeby mi się to opłaciło – pomyślał oficer, wyjmując zza pasa kupiony chyba milion lat temu sztylet. Bez zastanowienia i zbędnej zwłoki przeciął więzy i schował sztylet, poświęcając rzut oka sytuacji na dole. Najmłodszy z myśliwych wykonywał jakieś zapraszające gesty, jakby chciał zaprowadzić gdzieś dziewczynę. Prawdopodobnie od wioski, zależy, co im powiedziała.
Plan miał oczywiście słabe punkty, jak każdy plan, a na pewno taki, wcielany w życie bez zastanowienia ani konsultacji. Narzucił Ves swoją wolę, więc w razie porażki wina leżeć będzie po jego stronie. Jednej rzeczy nie przemyślał – gdzie później odnajdzie dziewczynę. Nie umówili żadnego punktu spotkania. No i co zrobi z więźniem. Nie mógł zostawić go bez opieki, nawet nieprzytomnego.

Plan miał luki taktyczno-strategiczne, ale było za późno, by nad tym płakać.– Ciężki jesteś, skurwysynu – wymruczał, podnosząc więźnia i zarzucając go na plecy. Tyle dobrego, że tamten się nie ocknął przy podnoszeniu. Ves ze swojej strony spisała się świetnie – żaden z myśliwych nawet się nie odwrócił. Ciekawe, co im nagadała – pomyślał i popatrzył w tamtą stronę, kierując się w stronę krańca lasu. W końcu, gdy udało mu się tam dojść nie siląc się nawet na delikatność zrzucił Hargada na ziemię. Wyjął butelkę z wodą i oparłszy się o drzewo zaczął myśleć nad owymi słabymi punktami planu. Nie bardzo wiedział, co zrobić – nie było mądre zostawiać go tu samego, nawet nieprzytomnego. Powiedział Ves, że przyjdzie po nią, ale nie wiedział nawet, gdzie obecnie jest. Dalej zagaduje tamtych, czy pozwoliła zaprowadzić się do wioski? Nie zdążył jednak wymyślić niczego konkretnego, gdyż były więzień się ocknął i zaczął mamrotać. No cóż, przesłuchanie będzie musiało odbyć się bez udziału dziewczyny.
- Jasne, nie twoja wina – powiedział, komentując jego jęki i pociągając łyka z butelki. Wprawdzie nie znał całej sytuacji, co trochę utrudniało Sarlowi uprawianie szyderstwa pod adresem tamtego. Utrudniało, ale nie uniemożliwiało.
- Nie, krasnoludki cię uwolniły. Odkrycie, kurwa, roku – odpowiedział, niezbyt zadowolony z lotności umysłu Hargada. Zrobił małą przerwę, po czym kontynuował. – Słuchaj. Nie uwolniłem cię dlatego, że mam dobre serduszko. Ten twój interes pewnie przynosił ci zyski, więc jestem pewien że gdzieś schowałeś trochę forsy. Pokażesz, przyniesiesz, to pójdziesz sobie wolno. Nie pracuję za darmo.
Ale co zrobi, jeśli okaże się że złota nie ma? Zabije go? To bez sensu.
Ves "prosiła go", by uratował więźnia, a on to zrobił. Po co? A dlaczego jej tak zależało na jego życiu?
Pytania bez odpowiedzi.
Oficer miał już dość tego wszystkiego.

Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

16 lip 2012, 21:34

Jej aktorskie wygłupy chyba przyniosły jakiś skutek. Wprawdzie niepokój, jaki okazali mężczyźni na jej pojawienie się trochę ją zaniepokoił, ale tez nie spodziewała się, że przyjmą nieproszonego "gościa" na polanie ze stoickim spokojem. Prawdę powiedziawszy, sama zapewne w takiej sytuacji zareagowałaby nawet jeszcze gwałtowniej. Tymczasem panowie łowczy, po usłyszeniu jej wymyślonej na poczekaniu historyjki, uspokoili się w miarę. Wydawało się, że uwierzyli dziewczynie. Miała przynajmniej taką nadzieję, jeśli ją przejrzeli i tylko udawali spokój, to miałaby niemałe kłopoty, bo nie była na taką ewentualność przygotowana. A w każdym razie nie spodziewała się takich gierek, po zdenerwowanych wieśniakach, którzy nic by nie zyskali na zwlekaniu z atakiem na nią.
Kątem oka Ves widziała jak Wordar podnosi się ze swojego miejsca i ustawia tak, żeby zasłonić jej widok na ruiny, gdzie leżał skrępowany właściciel karczmy. Dopilnowała, by na jej twarzy nie pojawił się usatysfakcjonowany uśmiech i starała nie spoglądać nadmiernie w tamtym kierunku, ale też nie unikała Wordara wzrokiem. Jeszcze zanim skończyła swoją opowiastkę zidentyfikowała wszystkich mężczyzn, a przynajmniej tak jej się wydawało. W każdym razie z całą pewnością rozpoznała Chagsa, który wyszedł przed grupę i najwyraźniej przejął inicjatywę rozmowy. Reszta się nie wtrącała, zapewne chcąc tylko jak najszybciej pozbyć się jej z okolicy.
Dziewczyna zirytowała się, słuchając jego słów. "Ja mu dam "piękną"" marudziła w myślach, a jego, przynajmniej na pozór, życzliwy uśmiech, wcale nie nastroił jej do niego przychylniej. "Ciekawe, czy jakbym wparowała tu z mieczem i nie popisywała się głupotą, to też by tak mówił. Od kiedy to brak inteligencji i uroda to to samo?" Rzadko kiedy ktoś nazywał ją piękną, gdy poszukiwała zleceń, a nawet jeśli– to, był nietrzeźwy w takim stopniu, że jego opinie były mało wiarygodne. Jeśli natomiast pojawiała się gdzieś zupełnie prywatnie, często w dodatku zaliczając jakąś wpadkę, albo robiąc z siebie niezdarę, zdarzało się to zdecydowanie częściej. Sama już nie wiedziała, czy ma to uznawać za komplementy, czy też obrażać się. Zresztą w rozmowie z poznanym wczoraj też się nie popisała. Ponownie postarała się nie okazywać, co naprawdę sobie myśli i skupiła na słowach łowczego.
Gdy zaproponował, że ją odprowadzi uśmiechnęła się z ulgą, odpowiadając tym samym na jego uśmiech. Jednocześnie zastanawiała się nerwowo nad ukrytym znaczeniem jego wypowiedzi. Trudno było nie zauważyć, że położył nacisk na ostatnie słowo i spojrzał na domniemanego Terlisa. Nie była tylko pewna czy tym samym daje mu do zrozumienia, że nie powinien był tak "zaatakować" jej, gdy wyszła na polankę, czy też daje im jakiś sygnał, że "załatwi" tą sprawę. Miała wielką nadzieję, że jednak to pierwsze.
Przestąpiła jeszcze z nogi na nogę przed odejściem. Nie była pewna, czy tyle czasu wystarczyła Sarlowi na wykonanie jego planu, ale nie bardzo widziała jak mogłaby to ciągnąć, by jeszcze mu pomóc. Mogła jedynie odrobinę się ociągać, nie za dużo, by nie zwrócić ich uwagi na ten fakt. Żeby choć trochę uwiarygodnić to wahanie, obejrzała się jeszcze za siebie, w stronę, z której nadeszła, tym razem pilnie unikając jakiegokolwiek spoglądania w stronę ruin.
Potem odwróciła się powrotem, uśmiechnęła ładnie do czekającego na nią Chagsa, a skinieniem głowy i nieznacznym dygnięciem podziękowała i pożegnała łowczych. W miarę szybkim krokiem dogoniła swojego przewodnika, zastanawiając się, jak u licha znajdzie potem swój miecz po tych krzakach i już była niezadowolona, że będzie musiała ponownie tu przyjść po zakończeniu tej całej szopki. Tymczasem musiała jeszcze jakiś czas udawać "damę w opałach", albo w każdym razie coś w tym guście. I zastanawiała jednocześnie, jakim cudem się uwolni od swojego "wybawiciela". Wcześniej zupełnie o tym nie myślała.
Dziękuję, że zgodził się pan mi pomóc, panie…- powiedziała, mimochodem pytając o imię. W końcu nie powinna go znać. –Czy we wiosce jest kowal? Nie mogę tak po prostu zostawić Gwiazdki w lesie. Może dałabym radę jakoś opatrzyć jej nogę, ale jeszcze ta zgubiona podkowa…
Starała się, by w jej głosie zabrzmiała troska i już nie przejmowała się tak bardzo, jak idiotycznie brzmi to, co mówi. Jeśli uwierzył w tamtą historyjkę to już na wiele może sobie pozwolić. Zanim jeszcze przebyli połowę drogi zdążyła zasypać go informacjami. Prawie jej się spodobało wymyślanie tego wszystkiego na poczekaniu. Pilnowała tylko bardzo, żeby nie przekręcić jakiś faktów, natomiast nad ich sensownością w danej sytuacji– nie za bardzo. Tak więc Chags dowiedział się, że nazywa się Anne Charman, poznał całą historię jej rodziny– od ojca, zubożałego szlachcica, na wuju chorym na podagrę kończąc., kilka drobniejszych "faktów" z jej życia i ogólnie całą masę informacji, które z pewnością nie były mu do szczęścia potrzebne. Po części miała nadzieję go tym odstraszyć. Sama by chyba uciekła od osoby, która się tak zachowuje, ale mężczyźni to niekiedy uparte istoty.
W przerwach na oddech zastanawiała się nadal nad sposobem spławienia go, gdy dotrą na miejsce i w jej głowie zaczął nawet układać się pewien plan, ale nie była na razie pewna, czy cokolwiek z tego będzie. Jednocześnie starała się obserwować rozmówcę (a właściwie adresata tego jej monologu). Jeśli miał jakieś złe zamiary, to lepiej mieć go na oku, a Ves mu nie ufała. Po tym jak zaczął do niej mówić "piękna", nie mógł liczyć na jej sympatię, nie mówiąc już o tym, że właśnie usiłowała przeszkodzić mu i jego kompanom w zabójstwie człowieka.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

17 lip 2012, 03:15

MG

Słysząc słowa, jakie wypowiadał Sarl, porwany zmarszczył brwi. Zapewne zastanawiał się, czy nie trafił w gorsze ręce, niż przed chwilą. Jego twarz wyglądała koszmarnie. Chudy, zagłodzony przez te kilka dni, blady, pobity… Cień człowieka.
Gdy usłyszał o tym, że uratował go jedynie dla pieniędzy, niewiele myśląc złożył dłoń do sakwy. Chwilę się z nią tarmosił. Był zdenerwowany, albo przestraszony, jednak już dużo mniej, niż przed chwilą. Nawet zdarzyło mu się lekko odetchnąć z ulgą. Choć frustracja go nie opuszczała. Wszyscy uważali, że był jakimś pieprznonym alfonsem, czy kimś podobnym. Że prowadzi burdel. Może jeszcze, że bierze za to pieniądze! Ludzki umysł, o jednym tylko myśli. Ale co on miał do powiedzenia? Chciał się bronić, to go porwano. Z prymitywami się nie dogada.
Postanowił więc już nic na ten temat nie mówić. Obcy, to obcy. Od razu rozpoznał, że Sarl jest podróżnikiem. Być może nigdy już go nie spotka. Oby. Pewnie i tak zapomni o wszystkim już jutro, będąc kilka mil stąd. Po co mu się tłumaczyć? Uratował mu życie, za to był bardzo wdzięczny, bez względu na prostackie odzywki.
W końcu Hagradowi udało się wyjąć z sakwy garść monet. Podniósł się, wciąż opierając o drzewo, i rzucił pieniądze pod nogi mężczyzny.
- Myśl sobie, co chcesz, człowieku. To zapłata za uratowanie życia. - powiedział szybko, po czym błyskawicznie wycofał się z lasu i pobiegł w stronę Nalin.
Sarl mógł odnieść wrażenie, że tamten był niewdzięczny, jednak Hagrada niezbyt to obchodziło. Martwił się o swoją przyszłość. O dom, rodzinę. Przecież tamci w końcu wrócą do wioski. Co wtedy zrobi? Co musi zrobić z tym wszystkim?
Ale to już nie była sprawa Sarla. Miał pod nogami sporo srebrnych monet. A i złota się trafiła. Czy było warto? On oceni.
Tymczasem u Ves… Droga Ves. Ona wszystko źle zrozumiała. Myślała, że Chags nazwał ją pięknością tylko dlatego, że gadała, jak idiotka. Że oni wszyscy jej tak łatwo uwierzyli ponieważ tacy już są – łatwowierni. Że młody mężczyzna próbował ją poderwać, zabrać do wioski w jakichś niecnych celach. Nie miała pojęcia, dlaczego to wszystko się tak potoczyło. Nie wiedziała, że tamci byli zbyt przerażeni pojawieniem się kogoś obcego, podczas gdy za nimi znajdował się przyszły trup, by słuchać dokładnie jej słów. By się zastanawiać nad ich realnością. Nie chcieli robić stosu trupów, wystarczał im jeden. Nie skojarzyła, że Chags nie chciał się mieszać w to wszystko, że kłócił się z Terlisem właśnie o to. Że tylko dlatego tak chętnie odszedł od pozostałych, by nie brać udziału w zabójstwie. Był dla niej miły tylko dlatego, by uznała go za niegroźnego i zgodziła się na jego towarzystwo. Chciał po prostu jak najszybciej oddalić się od druhów, przez co tamci patrzyli na nich spode łbów. Szczególnie Terlis. A właściwie tylko on. Wordar zaczął grzebać coś przy zwierzynie, parskając na całą sytuację. Jednak nie odezwali się. Terlis odprowadzał ich wzrokiem.
Gdy podczas drogi powrotnej do wioski, Ves wspomniała o Gwiazdce, Chags się zaśmiał. Jednak nie skomentował.
- Chags… Tak, mamy. Pawela. – powiedział tylko, kiwając głową.
Mógł przecież zaproponować, by wrócili po konia i zaprowadzili go do kowala. Zignorował to jednak. Tak samo, jak resztę opowieści. Wydawało się, że nie słucha. Z początku może i tak, wtrącał co chwila jakiś komentarz, czy zadawał krótkie pytania, by sprawiać pozory dobrego słuchacza, jednak szybko jego myśli przyćmiło to, do czego miało za chwilę dojść tam, w lesie. Ale przynajmniej on do tego już bardziej ręki nie przyłoży. Nie przejmował się tym, że kobieta może pomyśleć, iż jest niemiły. Już nie. Oddalił się od tamtych. Teraz pójdzie się schlać, by o wszystkim zapomnieć i tyle. Na pewno jakiś alkohol w Rogaczu pozostał. Swoją drogą, ale są idiotami. Gdzie teraz będą pić? I tak trwała podróż. Ves mówiła i mówiła, by odstraszyć go przed podjęciem jakichś działań względem niej, on miał to gdzieś, rozmyślając o swoich sprawach.
Lecz gdy dotarli przed zabudowania Nalin na powrót stał się miłym mężczyzną, który uważa Ves za piękną.
- Jesteśmy, piękna… - powiedział, uśmiechając się życzliwie - Zaprowadzić cię gdzieś, czy poradzisz sobie sama? – spytał uprzejmie, pokazując drogę do wioski, jakby w geście zaproszenia.
Nie spotkali na drodze Hagrada, ponieważ dotarł do Nalin przed nimi nieco inną trasą. Zresztą, biegł. Śpieszył się do domu. Do rodziny.
Ves miała więc możliwość powiadomienia Marji o tym, co zaszło, albo wrócenia po miecz i Sarla. Ten zaś mógł szukać jej. Co zrobią z tym wszystkim, co się wydarzyło, ich decyzja.

Wybaczcie błędy. Noc, pośpiech i takie tam.
Ves, jeśli spławisz Chagsa, on po prostu odejdzie. Będziesz mogła działać sama. Broń możesz spokojnie odnaleźć, jeśli wrócisz do lasu.
Możecie spotkać się i prowadzić grę swobodną. Zostawiam Was na kilka kolejek, dopóki nie wrócicie do Marji, bądź porywaczy.
Miłej gry.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

17 lip 2012, 21:46

Były pułkownik nigdy nie przesadzał z uprzejmością wobec nowo poznanych. Powodów ku temu było wiele. Z reguły nie spotykał na swojej drodze ludzi, którzy warci byli jakiegokolwiek dobrego słowa czy dłuższego utrzymywania kontaktu, lub wrogość prowokowali ze swojej strony. Oczywiście jak zawsze zdarzały się wyjątki, ale cóż… Byli niczym innym niż właśnie wyjątkami od reguły, perłami w stosie gówna… Zdarzali się wyjątkowo rzadko, ku jego zawodowi i smutkowi. Zewnętrzny chłód, oschłość, cynizm były bowiem jedynie maską, za którą krył się ktoś inny. Gardził honorem, uczuciami, wszystkim, czym przejmują się ludzie, ale skrycie (i dosyć bezsensownie) pragnął, by znalazł się ktoś, kto pomógłby mu zmienić swoje przekonania, odnaleźć coś, dla czego warto żyć…

Karczmarza, do którego czuł pogardę chociaż nie znał jego sytuacji, ocalił przed śmiercią nie z własnej życzliwości, lecz na prośbę Ves. Dlaczego tak jej na tym zależało? Nie wiedział, podobnie jak nie wiedział o niej wielu innych rzeczy. Na przykład, co planowała zrobić z Hargadem po jego uratowaniu. Tego Sarl nie miał możliwości się dowiedzieć, wszakże nie było jej tutaj. Dlatego też postanowił upomnieć się o korzyści dla siebie i ujrzeć coś, co na chwilę obecną było jego jedynym celem życia – złoto. I ujrzał je – karczmarz, widocznie zdenerwowany jego słowami rzucił mu pod nogi garść monet, wśród których pobłyskiwało złoto i pozbierawszy się z ziemi ruszył w stronę wsi. Oficer nie próbował go zatrzymywać – nie widział takowej potrzeby, a monety, leżące teraz na ziemi, były wystarczającym dowodem na "wdzięczność" uratowanego. Nie oczekiwał przytuleń i miłych słówek. Gdy tylko obrażony umknął, szermierz przyklęknął, wyjmując pustą, skórzaną sakiewkę i wyzbierał pieniądze. Zbierając po jednym, po dwóch dało się je policzyć – łącznie uzbierało się około dwóch suwerenów w jednej złotej i kilkunastu srebrnych monetach. Porządna garść pieniędzy, wypełniła gdzieś w trzech czwartych małą sakiewkę, która wylądowała w kieszeni płaszcza.

Spełniwszy prośbę i odebrawszy należność pozostało mu tylko wypełnić zobowiązanie i zmykać z tej dziury. Zrobił sobie małą przerwę – oparł się o drzewo i popijając wodę przemyślał następne działania. Pozostawił Ves w lesie, rozmawiającą z myśliwymi. Pytanie, czy jest tam dalej, czy udała się gdzieś indziej, na przykład do wioski? Miał dwie opcje – wrócić do punktu wyjścia, do wioski i stamtąd ruszyć do lasu, lub na odwrót = przeczesawszy las przejść do wioski. Po namyśle wybrał pierwszą opcję. Od rozpoczęcia akcji minęła już jakaś godzina – wątpił, czy Ves dalej znajduje się w lesie, wszak "gadka odwracająca uwagę" nie mogła trwać tak długo. A jeśli jednak – prędzej czy później na siebie natrafią.

Schowawszy bukłak ponownie na swoje miejsce fechmistrz ruszył w drogę, bez pośpiechu, ciesząc się świetną pogodą. W istocie, lato było już w pełni – słońce przygrzewało wesoło, coraz wyżej wysuwając się na nieboskłonie, na którym próżno było szukać jakiejkolwiek białej plamy. Dominował wyłącznie głęboki błękit i błyszcząca, złota kula. Poniżej, na ziemi wszystko się zieleniło – trawa, zioła, krzewy, drzewa, a ciepły wiatr przynosił zapachy kwitnących kwiatów i owoców. Do tego wszechobecny, głośny pisk różnych ptaków, intensywnie dyskutujących ze sobą podniesionymi, piskliwymi głosami. Wiosna wraz z charakterystycznym dla niej chłodem praktycznie w jednej chwili przerodziła się w czyste lato. No cóż, kaprysy natury nie są nikomu znane. Dla Sarla, nie unoszącego się ckliwie nad pięknem, klimat ten był po prostu przyjemny, dlatego też nie śpieszył się w drodze powrotnej

Wioskę było widać już z daleka. Na polach uprawnych, otaczających ją dało się widzieć chłopów uprawiających rolę, wraz ze zwierzętami. Na okolicznych pastwiskach widać było też konie i krowy, a w samej wsi uwagę ściągało olbrzymie, złote drzewo, którego kwiaty rozkwitły w pełnym słońcu. Spacer nie trwał długo. Sarl zauważył Ves niemal od razu po wejściu do wioski, rozmawiającą, jak się okazało, z najmłodszym z myśliwych. Najwidoczniej poprosiła go o odprowadzenie do wioski. Dobry pomysł – uznał. W końcu nie musiał tułać się po lasach w jej poszukiwaniu. Podchodząc do nich przyszło mu do głowy, czy jego bezceremonialne rozpoczęcie rozmowy nie wzbudzi podejrzeń i nie zburzy pozorów, jakie zostały stworzone, ale uznał, że już po fakcie małe zamieszanie nie będzie przeszkodą. Nie przejmując się obecnością Chagsa, podszedł i poprosił Ves na stronę, po czym zaczął, odrobinę przyciszonym głosem:

Wszystko się udało. Uwolniłem go i wypuściłem – powiedział, wyjmując sakiewkę z kieszeni. – Zostawił trochę pieniędzy za uratowanie. Pomyślałem, że należą się tobie. W końcu ty chciałaś, bym go uwolnił. Poza tym i tak mówiłaś, że nie masz pieniedzy. Weź je więc i zapomnijmy o całej sprawie. Powiadomię o sytuacji tę kobietę i zbieramy się stąd – dokończył sucho.
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

18 lip 2012, 15:01

Ves niepotrzebnie się martwiła. Mężczyzna zgodnie z obietnicą odprowadził ją bezpiecznie do wioski i nawet nie wykazywał szczególnych chęci, by towarzyszyć jej dalej. Właściwie wydawał się być myślami gdzieś daleko. Nie mogła powiedzieć, żeby jej to przeszkadzało. Czasem zastanawiała się jak bardzo jej osąd rzeczywistości różni się od innych ludzi przez to jak żyła. Wydawało jej się coraz częściej, ze o pewnych sprawach niewiele wie i wykazuje się ignorancją, a w innych jest bezzasadnie nieufna.
Uśmiechnęła się, tym razem bez wysiłku, bo ucieszyła się, że może pozbyć się Chagsa bez problemu. Może rzeczywiście nie kierowały nim żadne niecne motywy.
Jeszcze raz dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła. Teraz dam sobie radę, tylko wskaż mi gdzie… – przerwała, bo nagle obok pojawił się Sarl. Na jego widok zrobiła lekko zaskoczoną minę, a on poprosił ją na stronę. Zerknęła na Chagsa lekko spłoszona. Orientuje się, że coś jest nie tak? On jednak nadal wydawał się nie za bardzo przejmować otoczeniem, pogrążony najwyraźniej w jakiś ponurych myślach. Ves pożegnała się krótko i odeszła do Sarla, który przeszedł do rzeczy, nim zdążyła go o cokolwiek zapytać. Odetchnęła z ulgą słysząc, że wszystko się udało.
Widzisz, mówiłam, że ci się to opłaci - powiedziała tonem znawcy i skrzyżowała ręce na ramionach. – Ale to pieniądze z pewnością nie należą do mnie. Płaci się za robotę, nie mówienie o niej. I tak zresztą siedzę ci na głowie, tak?
Wzruszyła lekko ramionami. Nie miała pieniędzy, fakt. Ale też nie uważała, że akurat te jej się należą. W najlepszym razie były ich obojga, a skoro nadal jeszcze podróżowali razem, to nie widziała sensu, żeby to teraz roztrząsać. Chyba, ze już go zmęczyła? Zerknęła na niego niepewnie.
Muszę jeszcze wrócić do lasu, zostawiłam tam coś- powiedziała, zanim odszedł. – Spotkamy się przy stajniach, dobrze?
Miała nadzieję, że jej tak nie zostawi. Całkiem przyjemnie jej się podróżowało w jego towarzystwie. Potem pomyślała, że dałaby sobie radę. Zawsze jakoś dawała. Jej nastrój i pewność siebie znacznie się poprawiły, odkąd opuściła Wolenvain. Chyba rzeczywiście lepiej czuła się w drodze.
Przyszło jej tez do głowy, że Marija chyba się ucieszy, że jej mąż nie zrobił nikomu krzywdy. On sam też pewnie po namyśle dojdzie do takiego wniosku. Nie był złym człowiekiem, tylko rozeźlonym. Nie wyobrażała sobie, by z pełni z premedytacją chciał zamordować właściciela, albo, że później by tego nie żałował. Akurat w tej kwestii miała pewne doświadczenia. Chwilowo jednak wolała uniknąć spotkania z łowczymi, więc starała się naśladować Sarla i robić jak najmniej hałasu, zbliżając się do miejsca, gdzie zostawiła broń nieco okrężną drogą. Kilkakrotnie musiała przystawać, by zorientować się gdzie jest i nie zgubić drogi, a i tak nie była pewna, czy podąża we właściwa stronę. W końcu poszła trochę za daleko, a pomiędzy drzewami dostrzegła zarys ruin. Rozejrzała się nieco niepewnie. Musiała tu trafić od niewłaściwej strony. Jak jej się to udało? Zawróciła i obeszła polankę, tym razem trafiając we właściwe miejsce. Odnalazła miecz i skierowała się z powrotem do wioski, starając się podążać mniej więcej tą samą trasą, którą prowadził ją Chags. Łowczy już zapewne wrócili do wioski, podczas gdy ona się wałęsała po lesie. Tak czy siak, była dumna, że udało jej się odzyskać swoją zgubę i nie pobłądzić. Aż tak bardzo.
Wróciwszy do Nalin usiadła pod ścianą najbliższego domu, odpoczywając. To takich spacerów nie była przyzwyczajona. Szczególnie pierwsza część, gdy podążali śladem Wordara, dała jej się we znaki. To uświadomiło jej, że straciła kondycję. Będzie musiała nad tym popracować, bo to wręcz żałosne. Może i nie chciała iść w ślady ojca, ale nie wyobrażała też sobie siebie, siedzącej gdzieś nad uczonymi księgami, a do wszystkiego innego kondycja jest w ten czy inny sposób potrzebna.
Wiedziała, że Sarl na nią czeka, ale nie chciało jej się ruszyć. Pogoda była piękna, słońce grzało, a mieszkańcy pracowali na okolicznych polach i wszystko wydawało się takie leniwe i spokojne. Po dłuższej chwili stwierdziła, że jednak powinna iść. Sprawdzić przynajmniej, czy jej nie zostawił, bo jeśli tak, to trzeba by załatwić sobie inny transport. A potem dorwałaby go i wygarnęła. Czuła jednak, ze to znów nieuzasadnione niczym podejrzenia. Powinna zdecydowanie postarać się dostrzec w ludziach więcej pozytywnych cech. Może świat stałby się wtedy mniej ponury. Może nawet potrafiłaby wybaczyć ojcu. Na razie nie było jej na to stać. Wydawało jej się, ze sobie z tym poradziła, ale wciąż o tym myślała, choć już bez takich emocji jak wcześniej. Gdyby rzeczywiście uporała się z przeszłością, nie towarzyszyłaby jej ona nieustannie. Tak jej się przynajmniej wydawało.
Skierowała się na umówione miejsce krokiem nieśpiesznym, ale też nie ociągając się specjalnie. Nie potrafiła chodzić wolno, zawsze wydawało jej się wtedy, że staje się zmęczona i ociężała, nawet, gdy rzeczywiście taka była i wolniejszy krok byłby zupełnie uzasadniony. Celowo przeszła przez centrum wioski, by popatrzeć na złote drzewo. Wczoraj w nocy zamknęło już kwiaty i nie robiło takiego wrażenia, jak wtedy, gdy widziała je za pierwszy razem. Teraz z przyjemnością patrzyła na niezwykłą roślinę i w pełnym słońcu ponownie wydała jej się olśniewająca. Potem szła już prosto do stajni. Nie mogła przecież kazać swojemu towarzyszowi czekać na siebie w nieskończoność.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

18 lip 2012, 23:59

Co mnie skłoniło do tego? – pomyślał sobie później, gdy odeszła. W istocie, sytuacje gdy dobrowolnie chciał oddać komukolwiek swój zarobek, a szczególnie w takiej ilości. Może jednak miał w sobie jakieś resztki ludzkich odruchów. Pamiętał, że nie miała pieniędzy – powiedziała mu to kiedyś, ale nie zwrócił na to wówczas większej uwagi – i jako że ona skłoniła go do akcji ratowniczej uznał, że to jej należą się te pieniądze. I nie czuł żalu, że się z nimi rozstaje. A gdy odmówiła, poczuł się… źle. Uznał, że należą się jej. Postanowił jednakże nie drążyć tematu.

Skinął głową, gdy odchodziła, chowając ciążącą mu w dłoni sakiewkę. Patrzył za nią chwilę, jak odchodzi, i chwilowo popadł w zadumę, puszczając myśli własnym biegiem. Zacisnął nieświadomie dłonie, a zgrzyt żelaza rękawicy wyrwał go z zamyślenia. Rozejrzawszy się po okolicy postanowił nie marnować już więcej czasu – dokończyć swoje sprawy tutaj i zmywać się stąd czym prędzej.

Parę kroków później znajdował się niedaleko owego złotego drzewa, czyli jakby głównym rynku miasta – najprawdopodobniej jego centrum. Poprzedniego dnia nie wypił zbyt wiele, toteż dobrze pamiętał drogę do domu Marii. Idąc doń, układał sobie w myślach rozmowę – myślał, co powie, jak uargumentuje decyzję o uwolnieniu więźnia. Nie wiedział, jak kobieta zareaguje na wiadomość, że jej mąż chciał zabić człowieka. Kilka chwil potem, nawet nie zauważył kiedy, znalazł się tuż pod drzwiami, lekko uchylonymi. Pchnął je i wszedł powoli do hallu, gdzie zobaczył Marię siedzącą na fotelu. Dalej nie wiedział, co powie, ale musiał jakoś zacząć. Szczerość nakazywała mu powiedzieć o wszystkim ze szczegółami, tak jak obiecał. Ciche westchnienie poprzedziło pierwsze słowa.

To nie było zwykłe polowanie, tak, jak myślałaś. Twój mąż z przyjaciółmi uwięził właściciela tego waszego miejscowego domu schadzek, czy co to jest, mniejsza o to. Uwięzili go z zamiarem zabicia, jak podsłuchałem, tylko nie wiedzieli, jak się za to zabrać, jakby wątpili w słuszność tego, co robią. Ale koniec końców przeszkodziłem im, niepostrzeżenie uwolniłem więźnia i wypuściłem go, więc nic złego się nie wydarzyło.

Mówił to wszystko bez żadnego zabarwienia emocjonalnego, spokojnie i z opanowaniem. Nie było potrzeby unosić się, a spokojny ton mógł pomóc kobiecie lepiej przyswoić informacje. Gdy skończył swój wywód, spłaciwszy dług, zechciał wyruszyć jak najszybciej, jako że nic już nie trzymało go w Nalin. Ruszył w stronę wyjścia, nie czekając na odpowiedź. W drzwiach obrócił się i po raz ostatni poświęcił kobiecie spojrzenie.

Bywaj – powiedział, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Kolejnych parędziesiąt kroków później znalazł się w stajniach, gdzie czekał jego koń. Wyprowadził go na zewnątrz i czekał cierpliwie, aż pojawi się Ves. Gdy w końcu się zjawiła, wsiedli na konia i pojechali dalej traktem północnym, w stronę tego, co przyniesie przyszłość.

Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

19 lip 2012, 03:55

MG

Gdy do Ves i Chagsa dołączył Sarl, ten drugi niemal wcale się nie przejął. Miał akurat odpowiedzieć kobiecie na zadawane przez nią pytanie, lecz została ona odciągnięta na bok, na co tylko machnął i oddalił się w stronę wioski w poszukiwaniu jakiegoś trunku.
W lesie natomiast, zanim kobieta wróciła po swą broń, reszta z mężczyzn zdążyła już zorientować się, że Hagrad zniknął. Gdy szła w kierunku lasu mogłaby przysiąć, że słyszy podniesione głosy. O wiele bardziej podniesione, niż wtedy, gdy ich śledzili. To Terlis kłócił się o coś z Wordarem zapewne, bo odkąd Chags ich opuścił, tylko on był na tyle zawzięty, by sprzeciwić się najsilniejszemu. Na szczęście w lesie ich nie spotkała, słyszała, ale nie widziała. Znajdowali się gdzieś dalej, przeszukując gęstwiny, nie przy ruinach. Kolhera nie było słychać w ogóle. Pewnie poszedł do wioski. No nic. To nie sprawa Ves. Znalazła ukrytą broń i wróciła do Nalin. Co za dzień. Czy spodziewała się, że kiedykolwiek będzie tyle chodzić pieszo po takim gruncie?
Sarl tymczasem zawitał do domu Marji, która niecierpliwie czekała na jakiekolwiek nowiny. Niecierpliwie, acz nadzwyczaj spokojnie. Sprzeczność. Jak to możliwe? Potrafiła ukrywać emocje, wręcz perfekcyjnie. Gdy mężczyzna wszedł i odezwał się, jedynie lekki dreszcz przeszył jej ciało, wskazując na zaskoczenie i odrobinę strachu. Nic więcej. Nie odezwała się, nie podniosła z fotelu, słuchała. Słuchają z przerażeniem w oczach, których Sarl nie mógł dostrzec, bo siedziała tyłem do niego, w bezruchu, zamarła. Jego mąż niedoszłym mordercą. Milczała. Najgorsze było to, że podejrzewała, że wszystko to siedziało gdzieś tam w jej głowie, ale bała się wyrazić to na głos, by nie urzeczywistnić swych obaw. Najgorsze, najkoszmarniejsze… Że miała rację.
- Dziękuję, podróżniku… - wyrzuciła z siebie jedynie bardzo powoli i cicho, gdy ten już odchodził. Nie była w stanie powiedzieć niczego więcej.
Sarl ruszył do stajni przygotować konia i zaczekać na Ves. Gdy się zjawiła, odjechali w dalszą podróż. Zostawili za sobą wszystko. To, co miało się tu za chwilę stać. Zostawili Hagrada i jego problemy, mężczyznę, którego życie wcale nie zostało jeszcze ostatecznie uratowane. Zostawili ruinę Rogacza, która przez żądze wieśniaków i ich kobiet już nigdy zapewne nie zyska lepszej sławy, chyba że jej nazwa zostanie zmieniona, a i porządku ktoś zacznie pilnować. Zostawili Marję, która być może już nigdy nie przestanie się bać swojego męża, która w jakiś sposób zaplątana była w całą tą aferę. Zostawili Wordara i jego przyjaciół, którzy niezbyt jednomyślnie chcieli jakoś posądzić sobie z całą tą sytuacją, wybierając nie do końca dobre rozwiązanie i nie potrafiąc wykonać go do samego końca. Wreszcie, zostawili Nalin, które nastrój zaraz po przywitaniu lata doskonale prezentowało wielkie złote drzewo w samym centrum placu, opływając w bogate kwiecie, uśmiechające się ku słońcu.
Ruszyli.

Sesji koniec!
Ves – 35 PCh
Sarl – 35 PCh
Dzięki za grę.

Tyle punktów, bo dwa miesiące czasu, ponad trzy strony tekstu i sporo akcji.
Możecie to traktować jako koniec części pierwszej naszej sesji. Jeśli będziecie zainteresowani na ciąg dalszy, który dotyczyć będzie listu, proszę o kontakt. Na razie możecie swobodnie grać ile wlezie.
Dzięki za zabawę i do napisania w takim składzie!
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

21 lip 2012, 01:47

Bogowie, przepraszam, że tak późno, beznadziejnie krótko i nieciekawie, ale naprawdę nie wiedziałam jak zacząć tą podróż i co z nimi zrobić. Jakaś blokada twórcza czy coś…
Sarl oczywiście czekał na nią. Poczuła się nawet trochę winna, że myślała o nim takie rzeczy, ale zaraz wrócił jej humor. Ważne, że już nie musi chodzić nigdzie pieszo. Oboje dosiedli wierzchowca i ruszyli w drogę. Ves miała nadzieję, że tym razem obejdzie się bez niespodzianek. Gdy coś się działo było ciekawie, ale w umiarkowanych dziennych dawkach, a sprawa z łowczymi i karczmarzem, w opinii dziewczyny, zupełnie wystarczała jak na jedną podróż. A jeszcze wciąż mieli przy sobie tajemniczy list. Właściwie mogliby omówić ta kwestię, skoro mają chwilę wolnego czasu.
Sarl –zagadnęła. –Nie pokazałbyś mi tego listu do Aldhal? Chciałabym go obejrzeć. Wiesz, na własne oczy.
Nie miała zamiaru łamać pieczęci i czytać wiadomości. Choć mogliby przecież skłamać, że znaleźli ją w takim stanie. Za to nikt nie bronił jej pooglądać wszystkiego. Czasem dało się odczytać fragmenty tekstu, nie zostawiając śladów. Ves wyznawała zasadę, że im więcej posiadasz informacji, tym lepiej. Z tego samego powodu zaczęła tez zagadywać swojego towarzysza, by opowiedział coś o sobie, choć już wiedziała, że nie będzie to proste. Zazwyczaj życie innych niewiele ją obchodziło, ale to nie była taka sytuacja. Podróżowała z nim, więc wypadałoby się choć trochę lepiej poznać. Na początek poprosiła go, by opowiedział jej coś o swojej ojczyźnie. Wydawało jej się to dość naturalne i mało wścibskie.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

21 lip 2012, 03:08

Słońce powoli wznosiło się na nieboskłonie, a na drodze rozlegał się regularny stukot końskich kopyt. Droga nie była daleka, ale dłużyła się niemiłosiernie Biegła ona przez malowniczą dolinę, pomiędzy lasem a odległymi górami na wschodzie. Sarlowi nie śpieszyło się zbytnio, toteż nie popędzał konia. Jechali w milczeniu. Oficer zresztą nie był dobrym rozmówcą – rzadko znajdował partnerów do rozmowy, wszak antypatia i zewnętrzny cynizm nie przysparzały mu popularności.

Ciszę, urozmaicaną jedynie okazjonalnymi powiewami wiatru i śpiewem ptaków z okolicznego zagajnika przerwała Ves, zwracając się do niego z prośbą obejrzenia listu. Nie odzywając się, sięgnął do kieszeni i wyjąwszy papier podał go jej.

Tylko go nie rozwijaj – rzucił po krótkiej chwili.

Mimo nudy, nie zajmował swojego umysłu przemyśleniami, ani na temat towarzyszki, ani o obecnej sytuacji. Patrzył przed siebie, co jakiś czas obracał tylko głowę na boki, nawet nie dla podziwiania krajobrazu, lecz w poszukiwaniu ewentualnych nieprawidłowości, takich jak pułapka czy drapieżne zwierzę. Z rytmu wyznaczanego regularnym stukiem wyrwały go kolejne słowa, tym razem usłyszał w nich prośbę. Pytanie nie tyle go zaskoczyło, co wybudziło z letargu – w końcu niewiele miał okazji, by opowiedzieć coś komukolwiek. Ponownie odezwał się po krótkiej, lecz znaczącej pauzie.

Wyobraź sobie bezkresną równinę – powiedział beznamiętnym, lecz rzeczowym tonem, wskazując opancerzoną rękawicą teren dookoła. – Bezkresną równinę bez lasów, rzek, jezior, ciągnącą się aż po horyzont, pokrytą wysoką trawą. Kilka niewielkich pagórków w oddali. Nad równiną, przez nieskalany chmurami błękit kołuje jastrząb. Wyobraź sobie stada dzikich koni, przebiegających nieskrępowanie przez nieskończoną równinę, pasących się na łąkach, na ziemiach, na których deszcz jest rzadkim gościem. A gdy nadejdzie zima, a ziemię przykrywa warstewka białego puchu, wszystko, zebrawszy zapasy zaszywa się w swych legowiskach i układa się do snu,

Przerwał, po czym kontynuował wywód.

Wyobraź sobie grupę jeźdźców, ubranych w lekkie, powłóczyste szaty i skórzane ubrania, dosiadających olbrzymich koni, Przy ich bokach przymocowane pokrowce, w nich krótkie, mocno wygięte łuki, obok nich szable. Jeźdźców, podążających za dowódcą w kierunku wielkiego grodu, widocznego już z daleka i leżących w jego cieniu wsi. Grodu, otoczonego kilkoma kręgami palisady, wewnątrz których znajdowały się niskie, podłużne chałupy, warsztaty rzemieślnicze i okazałe posiadłości.

Kolejna przerwa.

To właśnie moja ojczyzna. Nigdy nieposkromione, niebezpieczne, dzikie ziemie. Ziemie, na których panuje prawo silniejszego, a człowiek jest myśliwym, zwierzęciem czerpiącym z tego świata jak każde inne zwierzę, będące jego częścią. Nazywają ją stepem.

Zamilkł, przywołując ponownie ciszę i pozwalając Ves wykreować w wyobraźni ów świat.

Świat, który był jego domem.

Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

23 lip 2012, 23:05

Sarl podał jej list w milczeniu. Dopiero po chwili przypomniał jej, by go nie rozwijała.
Przecież wiem- Dziewczyna starała się, by jej głos nie zabrzmiał jakby była tym urażona, bo wcale tak się nie czuła. Chciała tylko jakoś zasygnalizować, że jest na tyle rozsądna, by nie zrobić czegoś, co może obniżyć wartość ich zapłaty, a nawet narazić na kłopoty. Oględziny dokumentu jednak nie zdały się na nic. Nie dowiedziała się nic ponad to, co już wiedzieli. Pieczęć niemal na pewno przedstawiała herb Aldhal, ale nie wiadomo było nic o adresacie, nadawcy ani treści wiadomości. Kierowali się więc tylko nikłą poszlaką, przeczuciem i faktem, że ktoś zabił gońca, więc list może być cenny.
Na wspomnienie o zabójcy, który był w końcu tak blisko nich, musiał być, rozejrzała się z niepokojem po okolicy. Pogoda jednak prezentowała się wspaniale, krajobrazy były całkiem urocze, a przyroda pogrążona w całkowitym spokoju. Trudo było niemal uwierzyć w takiej scenerii, że może ci się tu przytrafić coś złego. Tak więc Ves zupełnie łatwo przekonała się, że wszystko jest w zupełnym porządku i nie podąża za nimi morderca.
Sarl odpowiedział na jej prośbę obszerniej niż się spodziewała. W czasie jego słów z łatwością wyobraziła sobie opisywaną przed niego krainę. Pomyślała, że powinien częściej się odzywać, bo chyba miał w sobie nierozwinięty talent gawędziarski. Już niemal otwierała usta, bo to powiedzieć, ale opanowała się. Nie przerywa się przecież, jak ktoś mówi. W dodatku jak mówi takie ładne rzeczy. Ves po prostu pozwoliła mu mówić dalej i obraz przed jej oczyma stawał się coraz bardziej szczegółowy.
-Musi tam być pięknie- powiedziała cicho, wciąż pod wrażeniem jego słów i swojej wyobraźni podpowiadającej jej obraz bajkowej niemal krainy. Po chwili jednak do głosu doszła praktyczniejsza strona dziewczyny. Wyobrażony krajobraz stał się bardziej realistyczny.
Nie wiem jak wy się tam orientujecie –dodała nieco głośniej, swoim normalnym tonem i westchnęła lekko. –Zgubiłabym się tam pierwszego dnia. Zresztą tak przed dłuższy czas, to chyba trochę monotonne, co?
Zdała sobie sprawę, że mogła tym trochę urazić, mężczyznę. To w końcu jego dom. Poza tym mogła nie mieć racji. Opis doliny, którą jechali również z pewnością nie byłby porywający, a krajobraz prezentował się raczej zachęcająco.
To znaczy, takie morze traw na pewno wygląda bajkowo, ale… – Urwała, bo straciła watek, a tak na dobrą sprawę, nawet nie wiedziała, co chce powiedzieć. Zwiesiła lekko głowę, stwierdzając, że zrobiła się ostatnio przerażająco niezgrabna w normalnych kontaktach z innymi ludźmi. Jeszcze trochę to zrobi się prawdziwą samotniczką. Trzeba by to jakoś naprawić.
Step – powtórzyła użyte przez Sarla słowo, by lepiej je zapamiętać. Zawsze może się przydać taka wiedza, czyż nie? Po chwili, jakby zupełnie niepomna swoich napomnień sprzed chwili, kontynuowała swoje nieprzemyślane pytania.– Co wy tam jadacie, tak właściwie? Brak deszczu, same trawy, zima… Koninę?
Jej ton zdradzał autentyczne zainteresowanie. Wciągnęła się w to i choć początkowo chciała drążyć zupełnie inny temat, teraz najwyraźniej zamierzała zamęczyć towarzysza pytaniami.
Opowiedz mi coś jeszcze o ludziach, o twoich pobratymcach. Naprawdę ładnie to wszystko opisujesz. Aż chce się ciebie słuchać i od razu widać, że kochałeś to miejsce. Powinieneś więcej opowiadać. Masz talent – Przypomniała sobie o wcześniejszych przemyśleniach i pomyślałam, że tym komplementem może trochę zatuszować ewentualne nieuprzejmości, których mogła się dopuścić. Teraz i zapewne w najbliższej przyszłości, jeśli uda jej się coś jeszcze z niego wyciągnąć.
Dlaczego odszedłeś? –zadała po krótkiej pauzie nurtujące ją pytanie. Tym razem ponownie mówiła cichej, jakby z pewnym namysłem i niepewnością. To już były sprawy osobiste. Powinna wtykać tak nos w nie swoje sprawy?

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 5 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.