Trakt Północny

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Fraemas
Posty: 11
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1220

Trakt Północny

11 gru 2011, 17:41

Trakt północny jest najdłuższym, a zarazem najrzadziej uczęszczanym traktem, w całej Autonomii Wolenvain. Ciągnie się on bowiem od północnej bramy tegoż miasta, aż do Wiecznych Gór Północnych. Jeżdżą bowiem tędy tylko odległe karawany kupieckie handlujące z "Północą".
Idąc od strony gór będziemy mogli zaobserwować jak zmienia się krajobraz. Zaczyna się niemalże płasko, gdzieniegdzie jednak pojawiają się iglaki. Dalej zmienia się on już w zwyczajny iglasty las. To właśnie najdłuższy odcinek całego gościńca. Zbliżając się do miasta przeobrazi się on w las mieszany. Zbaczając z tego odcinka dotrzemy do jednych z najlepszych terenów łownych.
Na całej długości praktycznie braknie wszelkiego rodzaju rozwidleń, aż do samego miasta. Szlak omija bowiem wszystkie pomniejsze miasta i ciągnie się jeno do stolicy.
Nawierzchnia nie jest jednolita. Im bliżej gór tym mniej bitej drogi, a więcej usypanego żwiru. Przechadzka po nim nie jest miła, jednak możemy mieć pewność, że nie zbłądzimy. Na całym trakcie nie ma bowiem żadnego znaku informacyjnego.


*****


Fraemas szedł cały czas patrząc się przed siebie ufając, że dotrze tędy do Wolenvain. Nie przejmował się, czy zgubił, czy też nie jego "towarzyszy". Droga była pusta. Przeszedł on już dobrą połowę, a nie ujrzał ani jednej żywej duszy…
W międzyczasie słońce zdążyło ulec księżycowi, który wezbrał na sile.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

24 lip 2012, 16:15

Słowa, które wypowiadał, ten wywód, o jaki się pokusił (co było jakże rzadkim wydarzeniem) podziałał także na jego wyobraźnię. Z każdym słowem, z każdym zdaniem jego pamięć wskrzeszała dawno martwe, zapomniane, zaszyte w najgłębszych czeluściach umysłu wspomnienia. Najpierw ożywił w głowie obraz stepu – zrozumiał, jak piękny był step, chociaż krajobraz ów należał wówczas do jego codzienności i nie zwracał nań większej uwagi, i jak bardzo tęskni za swoim domem. Razem z miłymi, nostalgicznymi wspomnieniami pojawiła się wątpliwość. Zadał sobie pytanie: "czy dobrze zrobiłem, opuszczając go?". Refleksje napływały falami, aż w końcu uderzyła go inna. Jak bardzo nie pasował do swoich braci. Przypomniał sobie, jak wiele razy objechał step wzdłuż i wszerz – sam. Uświadomienie sobie samotności, jaka ciążyła nad nim wówczas, jak i teraz uderzyła go jak młot. Podczas młodzieńczych lat nie zyskał sympatii żadnego z rówieśników. Dlaczego? Może był zbyt uzdolniony, a zazdrość i zawiść, tak charakterystyczna dla dzieciństwa i dorastania skutecznie blokowały jakąkolwiek sympatię. A moze wina leżała po jego stronie – zawsze był zamknięty w sobie i niewielu ludzi nie wzbudzało w nim pogardy. Zachowaniem, stosunkiem do życia, wszystkim. Lata mijały, stawał się starszy i zyskiwał szacunek pobratymców. Został dowódcą – miał przy sobie lojalnych ludzi, którzy czuli do niego respekt. I nic więcej – żadnego z nich nie mógł nazwać przyjacielem. Z drugiej strony – wrodzona, nieprzełamana po dziś dzień nieśmiałość do kobiet, brak odwagi w kontaktach międzyosobowych i niezdecydowanie nie pozwoliło mu znaleźć kobiety, która mogłaby go odmienić. Zmienić na lepsze – przyzwyczajenia, stosunek do ludzi. Swoje prawdziwe pragnienia i uczucia trzymał pod twardą, niewzruszoną i skutą lodem maską cynizmu.
Zmiana środowiska, ucieczka, ciężka przeprawa na wschód, potem przybycie, aklimatyzacja, liczne podróże nie pozwoliły mu – nie dały okazji – by się odmienić. Stawał się zgorzkniały, zmieniał się w materialistę, przywiązywał do majątku, a jego celem stało się jego pozyskiwanie. Rok przeżyty tutaj pozwolił mu zgromadzić całkiem sporo pieniędzy, ale jeszcze bardziej pogłębił go w pogardzie do życia i ludzi. Jednak wciąż pozostawała nadzieja. Był to wielki świat – znacznie bardziej zaludniony, bardziej… cywilizowany niż stepy. Żyło tu bardzo dużo ludzi o różnych charakterach – wciąż mógł natrafić na kogoś, przed kim będzie można się otworzyć.
Czekał na cud.

Skończył swoją opowieść i zagłębił się w refleksjach. Usłyszał kolejne słowa, wypowiadane przez Ves. Wbity w własne rozważania nie słuchał ich, ale pozwoliły one mu wrócić do rzeczywistości. Ostatnią myślą, jaka przeszła mu przez głowę było pytanie, jakie postawiła przed nim jego własna podświadomość. Brzmiało ono: "Nikt jeszcze nie okazał zainteresowania moją przeszłością, a rzadko ktoś chciał wysłuchać tego, co miałem do powiedzenia. Może właśnie dostałem taką szansę?"
Nie wiedział, jak skomentować to, co usłyszał. W gruncie rzeczy myślała podobnie co on.
Zgadza się – rzekł, zupełnie neutralnie i bez śladu emocji w głosie, w odpowiedzi na pytanie o monotonię tamtejszego krajobrazu. Zapewne pomyślała, że źle się wyraziła, gdyż zaczęła się tłumaczyć. – Myślałem wówczas tak samo. Nie zwracałem uwagi na krajobraz, który mnie otaczał. Na pewno się nim nie zachwycałem. Dopiero teraz, przebywając gdzie indziej, wywoławszy obrazy z przeszłości we wspomnieniach, zaczynam go doceniać.
Mówiła prawie przez cały czas, co nie pozwalało mu zagłębić się ponownie w myślach i rozmowie z samym sobą. Zadała kolejne pytanie, na które odpowiedział od razu.
Nie, nie. Na stepach żyją różne zwierzęta, nie tylko konie, często w dużych stadach. W tamtych stronach myślistwo jest sprawą trudną, ale szybkie wierzchowce i mocne łuki pozwalają zaspokoić zapotrzebowanie na mięso. Głównie parają się tym nomadzi, prowadzący koczowniczy tryb życia, ale osiadli mieszkańcy też polowali. Oprócz tego, przy każdym grodzie znajduje się kilka sporych wsi. Żyzne ziemie świetnie nadają się do wypasania bydła i uprawiania roli. Wodę czerpie się głęboko spod ziemi, kopiąc studnie i specjalne rowy wzdłuż pól, do których doprowadza się z nich wodę. Jak już mówiłem, nie ma tam ani rzek, ani jezior, a woda jest na tyle głęboko, że nie sięgają tam korzenie, więc lasów też nie ma – przerwał na chwilę. Nie wiedział zbyt dużo o rolnictwie, więc mógł mówić nieskładnie lub zaplątać się w słowach.
Byłem żołnierzem, nie rolnikiem, więc o tym nie wiem wiele – dodał, jakby dla usprawiedliwienia.
Pytała ponownie, tym razem wyrażając uznanie dla jego opowieści.
Nie wiedziałem, nikt jeszcze nie wyraził zainteresowania mną i moją przeszłością. Jeśli naprawdę cię to interesuje… doceniam to – powiedział szczerze. Jednak dostał swoją szansę.
Pomyślał przez chwilę nad odpowiedzią na jej prośbę. Nie wiedział za bardzo od czego zacząć.
Oprócz nomadów, stepy zamieszkują cztery Wielkie Rody i ich podwładni, zamieszkujący miasta otoczone wieloma kręgami palisady. Właśnie je otaczają wsie, o których już mówiłem. Przywódcą rodu staje się jeden z posadników, czyli głów poszczególnych rodzin szlacheckich, który wykaże się wyjątkowymi zdolnościami przywódczymi i udowodni swoją wartość. Urząd sprawuje aż do śmierci.
Przerwał, po czym podjął, zmieniając nieco kierunek.
Największym honorem dla człowieka stepu jest śmierć na polu bitwy. Rzadko który żołnierz umiera ze starości. Szczególnie dowódca – jego obowiązkiem jest prowadzenie do boju swoich podwładnych. Jego miejsce zawsze jest na czele formacji. Ci najlepsi, którzy przeżyli i dowiedli swojej odwagi, otrzymują najwyższe stopnie.
Pauza.
– Na stepach nie ma żadnych bóstw. Dla każdego żołnierza bogiem jest jego dowódca. Bezgranicznie lojalni, podążają za nim aż do śmierci lub zwycięstwa. Armia składa się z zawodowej kawalerii – strzelców i lekkich jednostek szturmowych i poborowej piechoty, prawie nigdy nie używanej na otwartym polu, jedynie do obrony. Jak już chyba wspomniałem, stepy nie są gościnnym miejscem. Ludzie również nie. Na obcego patrzy się tam krzywo. Ale rzadko kiedy ktokolwiek skądinąd pojawia się tam. Większość pada ofiarą drapieżników, gubi się lub wykańczają ich nomadzi.
Mógł tak mówić i mówić, ale przerwał, pozwalając Ves skomentować jego wypowiedź albo zadać kolejne pytanie. Przechylił się nieco w siodle i wyjął bukłak z wodą, odkorkował go i pociągnął łyka. Nie pamiętał, kiedy rozgadał się aż tak bardzo, żeby zaschło mu w gardle.
Wiedział, że prędzej czy później dziewczyna zapyta o powody jego odejścia. Rozumiał to, w końcu jego opowieść, niesiona nostalgią, miała pozytywne zabarwienie, toteż pytanie to samo cisnęło się na usta.
Powodów było wiele – rzucił. – W pewnym momencie dotarło do mnie, że po prostu tam nie pasuję. Zawsze różniłem się od reszty moich ludzi. W wielu aspektach, od zachowania po cele życiowe. Do tego dochodziły jeszcze problemy rodzinne. Miałem tego coraz bardziej dość, a na dodatek byłem ciekaw świata. Wiedziałem, że świat nie kończy się tylko na stepach. Wiedziałem, że za pustynią są jeszcze inne ziemie, o których mało było wiadomo. W pewnym momencie po prostu podjąłem decyzję – pozbierałem się i ruszyłem. Mówiłaś, że kochałem te ziemie. Mylisz się. To jedynie nostalgia, czar wspomnień. Nie wszystkie są takie kolorowe.
Zdał sobie sprawę, ze jego ostatnie słowa były nieco enigmatyczne. Tknięty nagłą myślą, postanowił dodać:
Dziękuję ci… że pytasz.
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

26 lip 2012, 18:16

Sarl wyglądał jakby wyrwała go z rozmyślań tymi swoimi pytaniami, ale cierpliwie udzielał odpowiedzi. Ucieszyła się, że nie tylko nie obraził się na nią, ani za może niefortunną wypowiedź, ani za to, że go tak zamęcza.
Bardzo sprytne- skomentowała lakonicznie, ale z podziwem sprawę nawadniania pól. Nie była obeznana w hodowaniu czegokolwiek, ale zaopatrzenie w wodę miejsca, gdzie niemal w ogóle nie pada, nie wydawało się łatwym przedsięwzięciem, nawet, jeśli była ukryta gdzieś pod ziemią.
Nie przejmuj się, ja też nie jestem. Pewnie i tak bym nie zrozumiała – wzruszyła ramionami. To, co opowiadał, było ciekawe, ale przecież nie musiała znać wszystkich szczegółów technicznych. Jakoś nie wydawało jej się, by los sprawił, że będzie musiała sadzić ziemniaki gdzieś na stepach, więc informacje ściśle rolnicze, nie były dla niej szczególnie fascynujące.
Jasne, że mnie interesujesz –odpowiedziała natychmiast, słysząc jego słowa. W jej głosie pobrzmiewało lekkie zdziwienie. – W końcu razem podróżujemy.
Zainteresowanie współtowarzyszami wydawało jej się zupełnie oczywiste i naturalne. Nie miała zamiaru wyciągać z kogoś informacji, jeśli nie chciał rozmawiać, poruszać trudnych tematów ani prywatnych spraw. Nic z tych rzeczy, chyba, że niechcący. Po prostu ciekawiło ją, kim jest osoba, z którą przyszło jej spędzać czas, co ma do powiedzenia. Nie uważała, żeby było to coś nadzwyczajnego, za co trzeba dziękować.
Zresztą, mamy tu coś lepszego do roboty, niż rozmowa? – zapytała po chwili, rozglądając się nieznacznie na boki. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a Ves zastanowiła się przez moment, czy to dobrze, czy źle. Mogło to oznaczać, że są już całkiem blisko Aldhal, albo też, że zmarnowali czas w Nalin i są dalej niż powinni. –Wydawało mi się, że zabrałeś mnie ze sobą, bo miałeś dość samotności, więc chyba masz, co chciałeś.
Uśmiechnęła się przy tym. Może nie dostrzegł tego na jej twarzy, mógł jednak usłyszeć w lekko rozbawionym głosie. Cieszyła się, że mu to nie przeszkadza i w tym momencie zażartowała, choć nadal miała jakieś nikłe poczucie, że powinna go trochę oszczędzać. Szczególnie, ze krótko potem, zrobił przerwę w opowieści, by zwilżyć zaschnięte gardło.
Wydaje mi się, że czasem dowódca może lepiej wydawać rozkazy, mając pełen ogląd sytuacji. Na wzgórzu, albo jakimś wzniesieniu. Ale to chyba tylko w przypadku dużych armii. Zresztą nie znam się zupełnie na taktyce.
U boku ojca nauczyła się walczyć. Potrafiłaby też podejść potwora, tak, by mieć większe szanse w starciu z nim. Ale dowodzenie kimkolwiek, było dla niej rzeczą, którą potrafiła sobie wyobrazić i niczym więcej. Jej praktyczne pojęcie o temacie było żadne.
Naprawdę? Żadnych bóstw? A co z kobietami, dziećmi, chłopami, czy tam myśliwymi? Z tymi, którzy nie walczą, tylko zajmują się zapewnieniem bytu rodzinie?
Wydawało jej się to dziwne, mimo, że sama właściwie nie wyznawała wiary w żadnego z bogów. Nie modliła się do niech, ale to nie znaczyło, ze nie wie albo nie wierzy w ich istnienie. Widziała wielu ludzi, który przykładali do tego dużą wagę i którym modlitwa dawała siłę, wsparcie. Wydawało jej się, że w tak trudnych warunkach, jak na stepie, powinien to być dość ważny aspekt życia, ale najwyraźniej się pomyliła. Po chwili do głowy przyszło jej coś jeszcze.
Chwileczkę. Dowodziłeś oddziałem, czyli poniekąd byłeś bogiem, tak? Widzę, że wylądowałam w doborowym towarzystwie.
Znów pozwoliła sobie na mały żarcik i chwilkę rozbawienia. Nie był najwyraźniej przewrażliwiony na tym punkcie, więc czuła, że może sobie trochę pogadać i powoli pozwalała sobie na więcej. Oby się jeszcze do tego nie rozgadała, bo wtedy to już zupełnie przestanie myśleć nad tym, co mówi.
Nastrój Sarla najwyraźniej zupełnie różnił się od jej humoru. Wiedziała, że pytanie o powód odejścia może być różnie odebrane i takiej melancholijnej reakcji też się właściwie spodziewała, mimo to udzielił jej się jego smutny ton i zrobiło jej się go żal. Samotność jest bardzo przykrym i trudnym uczuciem. Jeśli do tego, wśród swoim czuł się wyobcowany, to musiał mieć naprawdę nielekkie życie.
Bardzo mi przykro – powiedziała cicho, po czym skrzywiła się. Naprawdę tak się czuła. Chciała go trochę podnieść na duchu, a zabrzmiało to jak wyświechtany frazes. W odpowiedzi na jego podziękowanie najpierw pokiwała, a następnie pokręciła głową.
Nie masz za co dziękować. To ja powinnam– za opowieści – odparła i dodała ostrzeżenie: – Lepiej nie zachęcaj mnie do dalszych pytań. Potrafię być męcząca.
Miała nadzieję trochę odwrócić jego uwagę od ponurych myśli. I nie zrobiła tylko dlatego, że poczuła swojego rodzaju sympatię do towarzysza, ale też dla siebie. Chyba nie ma nic gorszego, niż zasmucony rozmówca.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

26 lip 2012, 23:15

Silny powiew wiatru z północy ponownie uderzył go w twarz. Tym razem miał odwrotne działanie – przegnał resztkę wspomnień, które ogarnęły go pod wpływem rozmowy. Zawsze tak było – tuż za nostalgicznymi refleksjami przychodziły te złe, negatywne, i przyćmiewały te dobre. Przyszło mu to z nadspodziewaną łatwością, jakby wypowiedzenie własnych przeżyć i tego, co siedziało mu w głowie pozwoliło – kolokwialnie mówiąc – wyrzucić to z siebie. Naprawdę pożałował, że tak rzadko miał okazję na szczerą rozmowę.
Słysząc jej wątpliwości na temat kwestii taktycznych, postanowił wyjaśnić sprawę.
Z tego co mi wiadomo, tak robią tutaj, w armiach wschodnich. Główny dowódca zajmuje wyższy punkt, rozstawia ludzi i wysyła uzupełnienia, i tak dalej i tak dalej. Na stepach nie ma takiej potrzeby, zresztą to jedna wielka równina, więc trudno byłoby o dobry punkt obserwacyjny. Każdy żołnierz zna swoje miejsce i wie co ma robić. Lekka jazda szarżuje na wroga, strzelcy jeżdżą dookoła i ostrzeliwują. Dowódca inspiruje ludzi, prowadzi ich do szarży. Z reguły podczas oblężeń jest czas na jakieś większe ruchy taktyczne.
Później, usłyszawszy pytania o bóstwa zrozumiał, że za mało rozwinął wypowiedź.
Mój błąd, skupiłem się tylko na kwestii wojskowej. Ale naprawdę nie ma tam żadnych bogów. Ludzie pokładają wiarę w siebie, w to, co robią, a także w innych ludzi. Mistrz jest autorytetem dla ucznia, więc ten stara się go naśladować. To racjonalni ludzie, nie zajmują się wiarą w głupoty i modły do wyimaginowanych bóstw. Rzeczywistość jest zbyt ciężka. W tej sprawie akurat mam podobny pogląd, co pozostali. Wierzę w siebie i w moją broń – powiedział silnym, rzeczowym tonem. Chciał dodać "i wierzę, że w końcu coś się zmieni" ale powstrzymał się przed tym.
Szczerze wypowiedział swoją opinię. Wiarę w bogów uważał za głupotę – nie miał żadnych dowodów na to, że istnieją. Zresztą był tak zatwardziałym agnostykiem, że nawet podstawienie mu dowodów pod nos mogło nie wystarczyć.
Nawiązanie do "boskości" dowódcy sprawiło, że na dotychczas niewzruszonym obliczu byłego oficera pojawił się niewymuszony i pozbawiony szyderstwa, szczery uśmiech. Chociaż niedługo zniknął, gdy zaczął opowiadać dalej, przez dłuższy czas jego cień pozostał.
To już przeszłość – powiedział głośno i wyraźnie w odpowiedzi na współczucie Ves, jakby chciał i siebie do tego przekonać. – Staram się patrzeć teraz jedynie przed siebie, ale to wraca do mnie. Głównie te złe wspomnienia. Ale teraz być może przestanie, bo się wygadałem, wyrzuciłem to z siebie. No cóż, pozwolisz, że zlekceważę twoje ostrzeżenie i powiem wprost – zamęcz mnie swoimi pytaniami. Nie jest to dla mnie problemem, a póki co udało mi się zaobserwować tyle, że wychodzi ci to nawet nieźle.
Tym razem on pokusił się o odpowiedź w żartobliwym brzmieniu. Uśmiech ponownie zagościł na jego wargach.
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

27 lip 2012, 18:17

W odpowiedzi na jego tłumaczenia odnośnie taktyki stepowych oddziałów tylko pokiwała głową w zamyśleniu. Nie pomyślała , że na stepie przecież nie ma żadnych wzniesień. Sarl przecież o tym mówił. Logiczne, że wobec tego strategia musiała być inna. Zresztą, naprawdę się na tym nie znała.
Okazało się też, że rzeczywiście tamtejsi ludzie nie wierzą w żadnych bogów. Spodziewała się innego sprostowania. To było bardzo… rzeczowe. Być może dawało równocześnie pewne pojęcie o ogólnym charakterze tych ludzi. Jeśli nie tylko do religii podchodzili w ten sposób.
"Wiara w głupoty i wyimaginowane bóstwa"? -zapytała, tym razem się nie uśmiechając. W porządku, może nie modliła się i tak dalej, ale jednak wierzyła w te "głupoty". –Dość skrajne podejście do tematu.
Wiedziała jednak, że jakiekolwiek dyskusje na tematy religijne prowadzą donikąd, więc tylko wzruszyła ramionami. Umiała uszanować cudze poglądy nawet jeśli nie do końca jej się podobały. W końcu inna kultura, to inne podejście. I tak nie była gorliwą wyznawczynią. Może powinna zajrzeć do kaplicy, kiedy już dotrą do Aldhal?
-–Widzisz? Mówiłam, że powinieneś częściej opowiadać – powróciła do tematu, już na powrót pogodna. Nie było sensu się przejmować. – Teraz to wpadłeś w tarapaty. Daj mi znać, kiedy będziesz miał dość, bo jak zacznę pytać nie wiem, kiedy skończyć.
Uśmiechnęła się, nieco złośliwie. Sam tego chciał. Nie trzeba jej było prowokować. Jednak wszystko po kolei. Mieli w końcu czas, choć dzień powoli się kończył.
W takim razie – macie na pewno na tym stepie miasta. Różnią się czymś od naszych?
Miasta zawsze ją trochę ciekawiły. Wychowywała się blisko jednego z nich, ale nie pamiętała, żeby często tam bywali. Później, w drodze, też oczywiście zajeżdżali do większych ludzkich skupisk, ale rzadko kiedy byli tam mile widziani, a i pracy dla ojca nie było, więc opuszczali je bardzo szybko. Lepiej zresztą czuła się na trakcie, ale spacerowanie w otoczeniu, dla którego jesteś zupełnie anonimowy i monumentalne budowle powodowały, że zawsze lubiła te krótkie wizyty.
Właściwie, czemu zdecydowałeś się wyruszyć akurat tutaj, do Autonomii? Mogłeś odejść z domu dokądkolwiek?- dodała po krótkiej przerwie. Ją sytuacja tu po prostu zastała, ale… – Ja, gdybym postanowiła odejść z domu, chyba nie ruszyłabym akurat tu. Nie, nie wydaje mi się.
Cały świat stał przed nim otworem. Niezbadane krainy we wszystkich kierunkach, a on pojechał do nudnej Autonomii. Zastanawiające. W prawdzie spotykało się tu mnóstwo kultur i ich przedstawicieli, ale nie przyjemniej byłby na własne oczy zobaczyć ich rodzime strony, nie tylko o nich słuchać. To podsunęło jej kolejne pytanie.
-Jak daleko leżą Stepy?
Może kiedyś, gdyby odnalazła się już trochę w życiu i znalazła coś, czym chciałaby się zajmować, wybrałaby się w taką szaloną podróż. Może nie koniecznie akurat tam – Sarl wspominał, że mieszkańcy nie są zbyt gościnni– ale dobrze byłoby się przynajmniej trochę orientować w temacie.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

29 lip 2012, 22:23

Oficer miał dosyć radykalne poglądy na religię, podobnie jak na wiele innych tematów czy dziedzin życia. Pytania, jakie zostały zadane skierowały jego, dotychczas skierowane w stronę niewesołej przeszłości myśli w stronę jego przyzwyczajeń, tego, co nim kierowało i jego poglądów. Przypomniał sobie, odpowiadając, jakim stosunkiem jego lud darzył ogólnie pojętą religię – jakakolwiek wiara w coś nadprzyrodzonego była traktowana niemal jak przestępstwo. Do głowy po raz kolejny uderzyło mu wspomnienie. Grupa osobników nieznanego pochodzenia w długich szatach narobiła szumu na rynku, nazywając wszystkich grzesznikami, wymachując dziwnymi statuetkami, opowiadając jakieś niestworzone historie o potężnym, jedynym bóstwie i namawiając mieszkańców, by się nawrócili. Nie skończyło się to dla nich zbyt miło, wszak naruszyli dość drażliwy temat, a w dodatku byli obcymi. Do tego na mało delikatne próby zaniechania tego procederu zareagowali, jak się można było spodziewać, nerwowo i nie przestraszyli się obnażonego żelastwa, toteż porządkowi, do których jako dowódca zaliczał się także Sarl, podjęli drastyczne kroki. Najbardziej uniesiony i poirytowany "kapłan" skończył ze szlaczkiem wyrytym w okolicach klatki piersiowej, podobnie jak jego kolega po fachu, przebity na wylot włócznią któregoś z strażników. Do pozostałych aluzja dotarła i z własnej woli zostali wyrzuceni na pysk z miasta, a potem odprowadzeni w szczere pole. Dość drastyczne, lecz typowe działanie w tamtych stronach. Nikt nie zamierzał patyczkować się z obcymi wywrotowcami.
Stosunek do wiary fechmistrz odziedziczył po swoich pobratymcach. Kapłanów wszelakich i obnoszących się ze swoją religijnością traktował nie tyle z otwartą pogardą, co z lekceważeniem, jakby miał do czynienia z osobnikami niespełna rozumu. Pochodził z miejsca, gdzie wszyscy wierzą wyłącznie w siebie i to, co stworzyli własnymi rękami, a autorytety czerpią z otoczenia, poszukując ich wśród wybitnych przedstawicieli swojego społeczeństwa, bóstwa zaś traktują jako wytwory wyobraźni i próbę ucieczki od trudów codzienności. Uważał to za mądre, i godne naśladowania postępowanie – trzymanie się rzeczywistości, trzeźwe myślenie, wiara w siebie i samodoskonalenie odtąd kierowały jego życiem.
Cień uśmiechu utrzymywał się na wargach oficera, gdy słuchał komentarzy dziewczyny, przerywające ciąg jego opowieści i nierzadko będące dobrym podsumowaniem tego, co mówił. Interesowała się jego przeżyciami, słuchała jego rozwlekłej, powodowanej wspomnieniami gadaniny, co samo w sobie doceniał. Do tego była miła i wesoła, jej zachowanie nie odrzucało go – nie znajdował powodów, by okazywać jej otwartą wrogość czy traktować ze wzgardą. Naprawdę rzadko spotykał takich ludzi. Pożałował, że nie dane było mu spotkać jej wcześniej, gdy dopiero zawitał w te strony. Wtedy z pewnością on także zadawałby jej wiele pytań – zakładając, że przełamałby swoją wrodzoną nieśmiałość do kobiet, co takie łatwe nie było. Irytowała go ta, jakże niepasująca do niego cecha, ale cóż mógł zrobić.
Jeśli do tej pory nie miałem dość, to już na pewno wytrzymam – rzucił. Miało to żartobliwy kontekst, w rzeczywistości takie zasypywanie pytaniami było dla niego miłe, wszak nie zaznał tego zbyt często. Dlatego też sam zachęcał ją do ich zadawania.
– Tak, mamy, jak już wspominałem. Jedynie cztery, siedziby Wielkich Rodów. Są kompletnie odmienne od tych tutaj. Każde z nich posiada okręgi, dzielnice, oddzielone od siebie ścianami z palisady, czyli drewnianego ostrokołu z kamiennymi fundamentami. Niektóre z okręgów należą do szlachty, inne są typowo mieszkalne, lub rzemieślnicze. Największe z miast posiadają po sześć, pięć okręgów. No i każde jest otoczone przez kilka wsi. Mieszka tam ogólnie około kilkunastu tysięcy ludzi, razem z wioskami.
Przerwał, wysłuchał kolejnego pytanie i od razu zebrał się do odpowiedzi.
Widzisz, nie znam się aż tak bardzo na świecie. Nie wpadła mi w ręce mapa świata, ani nic w tym guście.Kiedy opuszczałem dom, wiedziałem jeszcze mniej. Wiadomo mi było o dość popularnej i kosmopolitycznej krainie leżącej na wschodzie, więc ruszyłem – przerwał i ponownie pociągnął łyka. – Nie wiem, czemu uważasz to miejsce za nudne. Już rok tłukę się z miejsca na miejsce, większość zakamarków tej krainy zdążyłem zwiedzić i nie przesadzałbym z tą nudą. Zresztą, przypuszczam że żyłaś w jednym miejscu i dlatego tak myślisz, ale mogę się mylić. Jeśli znudzę się życiem tutaj, zapewne ruszę dalej. Na razie… staram się nie narzekać.
Sam w sumie nie wiedział, czego oczekuje od życia. Miał jeszcze dużo czasu by się dowiedzieć i, być może, zrealizować zamiary. Do tej pory trawiła go samotność – różnych natrafiał na swojej drodze, przychodzili i odchodzili, i nie dane było mu spotkać kogoś, z kim można byłoby utrzymać dłuższe kontakty. Liczył na to, że Ves wytrzyma z nim jakiś czas i swoimi pytaniami wypełni tę pustkę.
Kilkadziesiąt kilometrów na zachód, tuż za pustynią – odparł rzeczowo. – Trudna trasa. Pamiętam, że na pustyni ktoś mnie odnalazł i pomógł mi się przez nią przedrzeć, ale nie przypominam sobie szczegółów.
W istocie, wydarzenia z pustyni były dla niego czarną plamą. Przypominał sobie tylko piasek, konia, który padł po drodze i dziwaczne miasto, w którym odzyskał przytomność. Niewykluczonym było, że wydarzenia, które pozostały mu w głowie były zwykłym wytworem jego wyobraźni? Że i miasto, i ucieczka stamtąd były halucynacjami, kiedy samotnie przedzierał się przez piaski? Nigdy akurat nad tym epizodem się nie zastanawiał. Może jednak lepiej byłoby spuścić na to zasłonę milczenia. Albo wręcz przeciwnie – może powinien powiedzieć to, co pamiętał?
Pustynia była chyba najcięższa – w końcu wydusił z siebie. – Upał, piasek… Nic miłego. To właśnie dzieliło mnie od nowego życia. Ale przeszedłem przez nią, i żyję.
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

30 lip 2012, 18:05

Ves cieszyła się, że Sarl się tak otworzył. Odpowiadał zupełnie inaczej niż wcześniej, obszerniej. Newet żartował.
Chyba masz rację- westchnęła teatralnie. –Teraz powinieneś przetrwać jeszcze kobiecą paplaninę, a zniesiesz już wszystko.
Uśmiechnęła się, nawet bardziej do siebie, niż do niego, bo przypomniała sobie swoją "rozmowę" z Chagsem, gdy odprowadzał ją do Nalin. Zwykle nie miała okazji prowadzić takich monologów, a to było całkiem zabawne, w gruncie rzeczy. Przynajmniej z jej strony.
Słuchała jego słów w milczeniu, przyglądając się z nijakim niepokojem wędrówce słońca po niebie. Zbliżała się noc i powinni byli już widzieć miasto na horyzoncie. W końcu ten etap podróży był krótszy niż poprzedni. Miała tylko nadzieję, że wpuszczą ich przez bramy, bo nocowanie pod miastem byłoby nieciekawe, skoro są już tak blisko. Muszą być.
Jego wyjaśnienia odnośnie jego przybycia tutaj wydawały się całkiem logiczne.
Tak, to wszystko wyjaśnia – mruknęła pod nosem i dodała głośniej: – Pewnie masz rację. Te ziemie wydają mi się takie zwyczajne, ale nic dziwnego, skoro jeżdżę po nich od tylu lat. Chciałam zamieszkać w mieście, ale sam widzisz jak to się skończyło.
Westchnęła lekko. Jakoś ostatnio jej się nie układało. Odkąd postanowiła zmieniać życie. Może to był jakiś znak, że źle robi? Nie, niemożliwe. Postąpiła słusznie i nie wolno jej było teraz rezygnować, choć może być ciężko.
Byłam kiedyś w pobliżu pustyni – odezwała się po dłuższej chwili milczenia, zamyślona. – Dość dawno. To była taka niewielka wioska, na południe od Varti i ojciec dowiedział się w mieście, że powinna tam być dla niego jakaś praca. Pustynia była o pół dnia drogi, a on nie pozwolił mi tam jechać. Do teraz żałuję, że nie uciekłam mimo zakazu. Mogłam mieć jakieś 15 lat, więc dałabym sobie radę.
Zakończyła niepewnie, zastanawiając się czy to nie było później. Czasem te wszystkie historie były tak do siebie podobne, że nietrudno było je pomylić, a jeszcze łatwiej poprzekręcać szczegóły. Potrząsnęła głową odganiając wspomnienia. To było dawno temu. Czemu znowu takie rzeczy do niej wracały. Od kilku tygodni męczyły ją wspomnienia. Zupełnie jakby ojciec uparł się uprzykrzać jej życie nawet zza grobu.
Uwaga, teraz będą trudniejsze pytania- ostrzegła sztucznie poważnym tonem. – Jak zostałeś wojownikiem i dowódcą?
Przeszła do pytań osobistych. Jakiś pogląd na jego ojczyznę już miała. Teraz chciała dowiedzieć się więcej. Tymczasem w oddali, przed nimi pojawiły się pierwsze zarysy celu ich podróży.
Jest miasto – ucieszyła się, nie bacząc czy nie przerywa towarzyszowi w pół słowa. –Przepraszam. Bałam się, że nie zdążymy przed zmrokiem.
To poprawiło jej humor jeszcze bardziej. Perspektywa odpoczynku i kolacji zawsze działa na człowieka pozytywnie.
Pozwoliłam sobie "dotrzeć" w pobliże miasta. Kiedyś trzeba.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

31 lip 2012, 19:59

Widzisz, też się już przyzwyczaiłem, a przecież minął dopiero rok jak tu jestem. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem tutejsze ziemie. Te lasy, wzgórza, doliny, góry – tu wskazał na widoczne w oddali, sięgające chmur szczyty. – Wiedziałem, że istnieją takie formy krajobrazu, ale widziałem je pierwszy raz w życiu. Tylko las widziałem wcześniej, i to nie byle jaki. Las Zachodni, leżący jeszcze dalej niż stepy. Był głównym źródłem drewna wśród mojego ludu, ale ludzie kierujący się tam z zamiarem jego zdobycia zawsze mieli ze sobą silną obstawę. Była sytuacja, że do niej należałem, zapewne nawet nieraz. Ale pamiętam jeden z nich…
Po raz kolejny już nawiedziło go wspomnienie, tym razem obfitujące w śmierć. Znowu się rozgadał, tym razem bez konkretnego pytania wypowiedział kolejny epizod ze swojej przeszłości.
Ja i dwudziestu innych osłanialiśmy ludzi, którzy mieli wyciąć parę drzew i przetransportować je do miasta – podjął. –Za szybko to nie szło, wiadomo – konie transportowe z obciążeniem nie mogły zbyt szybko jechać, więc było to zajęcie praktycznie na cały dzień. Gdzieś po wycięciu pierwszego drzewa i wyprawieniu z nim transportu z powrotem zauważyłem w gęstwinach jakiś ruch, a byłem wtedy kawałek od reszty i wypatrywałem zagrożenia. Wiedziałem, co to oznacza. Szybko ruszyłem z powrotem, by zarządzić odwrót, ale zanim zdążyłem z lasu zaczęły wylatywać strzały. Dwóch moich padło od razu, reszta odpowiedziała ogniem. Wydzierałem się, żeby się wycofali, ale zanim udało się uciec straciłem może połowę ludzi. W lesie były widoczne jedynie sylwetki – byli dobrze zakamuflowani, ale widziałem, jak spadają z drzew, trafieni strzałami moich. Ale taka walka nie miała sensu – mieli przewagę, potyczka była na ich terenie, a walili dość celnie. Gdy się wycofaliśmy, nikt nas nie gonił. Kto to był, nigdy do końca nie było wiadomo. Podobno elfy, broniące swojego terytorium. Nie zawsze się pojawiały, czasami udało się odjechać bez strzelaniny.
Ponownie wyrzucił z siebie monolog, nawet nie do końca świadomie. Przyszło mu do głowy to samo, co poprzednio – że jeśli opowie o swojej przeszłości komuś, kto zechce go wysłuchać, będzie mu łatwiej.
Widzisz, ile przez ciebie gadam? – powiedział z uznaniem. I faktycznie, nie przypominał sobie wcześniej takich wywodów w swoim wykonaniu.
Miałem talent, zostanie przywódcą było mi dane – odpowiedział po małej chwili na oddech. – Trochę gubię się już, nie wiem, o czym już mówiłem, a o czym nie. W każdym razie, jestem wysoko urodzony, i wyróżniałem się talentem w walce. Zacząłem się wyróżniać, ludzie widzieli we mnie przywódcę, także dzięki szlacheckiej krwi. Gdybym tam został, pewnie piąłbym się coraz wyżej w hierarchii… a w końcu padłbym w jakiejś batalii, prowadząc natarcie.
Zwróciła uwagę na miasto, widoczne już przy końcu drogi. Pognał więc konia dalej, zwracając uwagę jak szybko czas minął na tej rozmowie. Mogli jechać nieco szybciej, ale w sumie, po co się śpieszyć. I tak nie mieli konkretnego celu przed sobą – oddadzą list, odbiorą zań ewentualną nagrodę, ale co dalej? Oficer pomyślał, że możnaby zostać tu dłużej – urządzić sobie małe wakacje nad morzem, ale później przyjdzie zima, i co wtedy? W zamieci i grubej warstwie śniegu zalegającej na ziemi ciężko będzie się przemieścić. Ale, póki co morze było dla niego kuszącą sprawą.
Wkrótce zbliżyli się bardziej do miasta. Nie było wielkie, było raczej dość zacofaną wioską, żyjącą z połowu ryb.
– To co robimy? Od razu idziemy z listem, czy najpierw idziemy znaleźć miejsce do spania? – zagadnął, gdy wjechali do miasta. Poprowadził konia główną ulicą, w poszukiwaniu stajni, gdzie mógłby zatrzymać konia. Znalazł takowe, lecz nie były one duże – w niczym nie przypominały tych z Wolenvain. Zeskoczył z konia z gracją, jaka przychodziła doświadczonemu jeźdźcowi, a zaczekawszy jak Ves również zejdzie, poprowadził wierzchowca do środka. Rzuciwszy monetę stajennemu i wydawszy instrukcje ponownie pojawił się na zewnątrz.

z/t
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

31 lip 2012, 22:53

Ves wysłuchała wypowiedzi towarzysza, choć miała ochotę się wtrącić w trakcie. Pozwoliła mu jednak skończyć, za to powierciła się trochę w siodle i odezwała się, gdy tylko przerwał, by złapać oddech.
Widzisz, też zaraz zacznie ci się nudzić- mruknęła w odniesieniu do zwyczajności krainy. –Można tu znaleźć kilka ładnych miejsc, ale nie da się powiedzieć, że krajobraz jest fascynujący.
Ją bardzo szybko przestały interesować mijane lasy, pola i jeziora, chyba, że było w nich coś naprawdę niezwykłego. Może zwyczajnie nie była zbyt wrażliwa na uroki natury. Ostatnim miejscem, które wywarło na niej większe wrażenie był z pewnością ten park w Wolenvain, którego nazwy nie znała. Chciałaby odwiedzić, go o tej porze roku. Naprawdę wyglądał bajecznie. Prezentował taką różnorodność. Nieszczególnie znała się na ogrodnictwie, ale zdawała sobie sprawę, że niektóre rośliny, które tam rosły były rzadko spotykane. W sumie dość podobnie było z mieszkańcami miasta. Z tego co widziała zawsze znalazł się ktoś wybijający się ponad normę.
Za to ludzie się ciekawi. A właściwie nie tyle ludzie, co przybysze- powiedziała i dodała zaraz żartobliwie. –Ale jakoś nigdy nie chcą odpowiadać na intymne pytania obcej dziewczynie.
Jedno i drugie było prawdą, choć tylko raz zdarzyło jej się zrobić coś podobnego i nie była wtedy do końca trzeźwa, a i poznani wtedy "kompani do picia" ją podpuścili. Zaczepiony krasnolud, nie chciał odpowiedzieć na pytanie odnośnie zależności rozmiarów pewnej męskiej części ciała od wzrostu, za to chętnie zaprezentował rozmiar swojego topora. Swoją drogą, miała wrażenie, że oni wszyscy są zawsze uzbrojeni i mają kiepskie poczucie humoru, ale może źle trafiała.
Słuchała dalej opowieści o przygodzie na skraju lasu i zmarszczyła brwi. Nie znała całej sytuacji, ale słuchanie o czyjejś śmierci, nawet nieznajomych, bezimiennych członków oddziału, nigdy nie było przyjemne.
Niektórym elfom odbija na punkcie natury- skwitowała i wzruszyła lekko ramionami. – Może na takie trafiliście… Nie wydajesz się tym bardzo przejęty –kontynuowała niepewnie. Po Sarlu ciężko było poznać, co naprawdę czuje. –To się często zdarzało? Śmierć podkomendnych?
Może nie miała najlepszego wyczucia sytuacji, a już na pewno nie nadawała się do pocieszania kogokolwiek. Nawet okazywanie współczucia nie szło jej tak, jakby chciała. Za rzadko po prostu miała okazję porozmawiać w ten sposób. W pewnym sensie cieszyła się więc, że jej towarzysz podróży jest taki nieporuszony. Z drugiej strony czasem wolałaby wiedzieć, co sobie myśli.
Mówisz, że byłeś szlachcicem. Z jednego z tych Wielkich Rodów? – zapytała z autentyczną ciekawością. Wydawał się coraz ważniejszą personą tam w swojej ojczyźnie. Musiał się naprawdę źle tam czuć, skoro tak to wszystko rzucił i został najemnikiem.
Jeszcze zanim na dobre wjechali do miasta poczuli woń ryb i słonej wody. Tak, to zdecydowanie były zapachy Aldhal, pamiętała jeszcze z pierwszej wizyty w miasteczku. Za momencik powinni też usłyszeć szum morza, teraz zagłuszany przez typowe, codzienne odgłosy.
Najpierw nocleg – zadecydowała, ale chwilę potem zdecydowała się rozwinąć myśl. –Załatwmy to, będę spokojniejsza. Nie musimy tam długo zostawać. Może jeszcze zdążymy dostarczyć list gdzie trzeba.
Patrząc na zachodzące słońce nie była dobrej myśli, ale trudno. Najwyżej załatwią tą sprawę rano. Nigdzie im się przecież nie spieszyło.
A potem idziemy nad spacer brzegiem morza –uśmiechnęła się do niego, zsiadając z konia. Z tego akurat nie zamierzała rezygnować. Chciała zobaczyć wodę jeszcze dzisiaj i koniec. Znała zresztą ładne miejsce, tylko kawałek marszu plażą. Nie czuć tam było aż tak bardzo rybiego zapachu i przybrzeżne skały tworzyły ciekawe formy. O ile oczywiście nic nie zmieniło się, odkąd była tam ostatnim razem.

z/t
Awatar użytkownika
Fiern
Posty: 8
Rejestracja: 06 wrz 2012, 22:54
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2175

22 wrz 2012, 20:41

Na oko, pora dnia wyglądała na południe, kiedy Fiern stanął w umówionym miejscu. W zasięgu jego dobrego wzroku nie było Maurycego i jego dwóch kompanów. Nie wiedział, jak długo każą na siebie czekać. Wiedział tylko, że nie znosi niepunktualności. Rozglądał się wokoło, przyglądał podróżującym traktem ludziom i nie-ludziom, obejrzał swoje strzały. Nie chciało mu się trzymać łuku, więc przełożył go równolegle do kołczanu, wygiętą częścią w stronę pleców. Poprawił się, żeby cięciwa nie wpijała się w szyję. Miał dobry humor, ale mimo to zastanawiał się, czy zrobił dobrze, zapraszając mężczyzn na polowanie. Już mu się odechciewało wyprawy, ale wiedział, że szybko miną mu takie myśli. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Czekał.
Awatar użytkownika
Ari
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

26 wrz 2012, 12:26

MG

Fiern nie musiał czekać długo. Jego przestępowanie z nogi na nogę trwało zaledwie kilkadziesiąt minut. W końcu mógł usłyszeć ożywioną rozmowę, z której wybijał się podniecony głos Gustawa. Nadciągali. Trójka młodych paniczów i jeden tragarz, który dźwigał prowiant i worek kartofli. Gustaw powiewał brązową, starą peleryną, która wyglądała nawet gorzej niż ów worek z kartoflami. Ba, worek prezentował się całkiem dobrze. Wszyscy trzej wzięli sobie do serca prośbę Fierna o stosowny ubiór, jednak tylko Gustaw zastosował się do tego tak ekstremalnie. Maurycy miał zamiar zaprezentować się na polowaniu w zupełnie nowej tunice, brązowej oczywiście. Przepasał ją skórzanym, brązowym paskiem. Miał na sobie także skórzane spodnie do kolan, trudno zgadnąć jakiego koloru. Trzewiki z brązową klamrą i kapelusz z szerokim rondem przyzdobiony brązowym ptasim piórem. Jedynie rajtuzy nie były brązowe, dlatego też jego łydki odcinały się na tle całej, brązowej postaci. Dopełnieniem całości była średniej długości peleryna.
Albert wykazał się największym rozsądkiem z całej ich trójki. Zachował równowagę pomiędzy Gustawem i Maurycym. Gdyby nie szedł z nimi, mógłby uchodzić za całkiem normalneho człeka. Przez ramię przewiesił sobie linę, a koło jego nogi szedł myśliwski pies.
Tragarz w zasadzie nie wyglądał, ponieważ spod pakunków wystawał jedynie skrawek twarzy.
Przybyli na miejsce spotkania, gdzie Gustaw nie omieszkał pochwalić się swoim odzieniem.
Kupiłem to za marne dziesięć suwerenów! Czy to nie jest to, o czym mówiłeś? Teraz wyglądam jak biedak! -tak, był niezwykle podekscytowany swoją metamorfozą. Trzeba przyznać, że w tym odzieniu, czymkolwiek to było wcześniej, wyglądał nadzwyczaj uroczo.
Albert przewrócił oczami, ale nie wypowiedział się na temat stroju Gustawa. Nie chciał zaczynać kolejnej dyskusji.
No dobrze, jesteśmy. Co dalej? Mamy kartofle, mamy linę i prowiant. Ba, zabrałem też jednego z moich psów, może nam się przyda. Co teraz?

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 14 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.