Gęstwiny przy Dziwnym Trakcie

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

Gęstwiny przy Dziwnym Trakcie

25 lip 2012, 17:50

Przy trakcie, łączącym stolicę Autonomii – rozwijające się, potężne miasto Wolenvain – oraz zniszczoną wioskę – ruiny Varti – rośnie sporych rozmiarów, gęsty las. Wielkie, wiekowe drzewa, pochylają się nad drogą, rozkładając nad nią baldachim potężnych gałęzi, rozszczepiających światło na słabe promyki tu i tam. Głucha cisza, która roznosi każdy odgłos na sporą odległość, dodaje temu miejscu spokoju i harmonii, tak bardzo potrzebnego komuś, kto większość życia spędził wśród zgiełku miasta.
Wśród drzew swoje życie od zawsze prowadzą przeróżne gatunki ptaków, grających koncert niemal bez przerwy. Pomniejsze zwierzęta przemierzają runo leśne, szemrają w ściółce i wdrapują się po wysokich pniach, niezwykle czujne na jakikolwiek ruch czy odgłos w pobliżu. Im dalej w las, tym atmosfera staje się bardziej tajemnicza, drzewa rosną gęściej, światła do runa dociera mniej. Gdzieniegdzie można znaleźć kępki paproci wśród których skrywają się te najmniejsze zwierzęta. Jagody, jeżyny, dzikie maliny, borówki… To tylko mały procent z tego, co w lesie może znaleźć wprawne i znające się na tych sprawach oko.


Z tego miejsca możesz udać się do:
Ruin bramy zachodniej Wolenvain;
Traktu południowego.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

25 wrz 2012, 19:41

MG

Niedźwiadek zasnął z wykończenia zaraz po tym, jak minotaur skończył swoją pracę. Brunatna, zafarbowana teraz miejscami na ciemną czerwień, zlepiona częściowo zaschniętą krwią, poruszała się wraz z młodym ciałkiem w rytm słabego oddechu. Jego życie nadal wisiało na włosku i zależało od działań nowych opiekunów.
W jednym z nich nieświadomie wzbudził wspomnienie syna. Bezbronnego, małego, futrzastego minotaura. Tarnal był szczęśliwy niemal tak samo, jak zmęczony pracą z magicznym artefaktem. Szczęśliwy, że uratował życie, choć nic nie było jeszcze przesądzone. Uratował kogoś, kto przypominał mu jego własne dziecko. Czy to nie cudowne? Czy to nie dobry omen?
Wstał z kolan, natychmiast odczuwając skutki zmęczenia. W oczach pociemniało oraz pojaśniało jednocześnie. Przez zawrót głowy omal się nie przewrócił. Uratowało go przed tym jedynie drzewo, o które instynktownie się oparł. Odczekał chwilę, zanim rozwiał jakiekolwiek inne działania. Zanim czarne i białe plamy zniknęły spod powiek.
Sekunda, dwie, pięć, pół minuty… Minęło. Świat przestał wirować.
Krew z rany już dawno przestała lecieć, zgęstniała i zaczynała schnąć. Thar mógł spokojnie się nią zająć. Tak też zrobił. Zioła, które do niej przyłożył, w ciągu kilku minut złagodziły ból. I tak nie był on zbyt dotkliwy dla bykowatego, doświadczonego wojownika. Niejedną ranę zdzierżył, niejedną dużo groźniejszą. To było tak naprawdę tylko draśnięcie. Bardzo niefortunne draśnięcie.
Adrenalina niemal całkowicie opadła, a ptaki w większości odleciały, przez co w lesie nastała głęboka cisza. I szum. Głośny szum, bynajmniej nie będący jedynie śpiewem wiatru. Był w głowie Tarnala. Trwał już kilka sekund. Oby tylko to zmęczenie nie powaliło go tam na ściółkę, bo tyle od niego zależało. Nie mógł przecież zostawić Dariane samej. A już na pewno nie niedźwiadka. Nie mógł zawieść. Musiał wziąć się w garść.
Podszedł do powalonego zwierza, polecając kobiecie zaopiekowanie się malcem, i dźwignął go na plecy. Trzeba było wracać na trakt. Entropii przyda się pożywienie, które pojawiło się na jego drodze całkowicie nieoczekiwanie. Miał zbierać zioła, a tymczasem upolował niedźwiedzia. I przygarnął jego małego braciszka. Los potrafi być szalony…
Dariane posłusznie wzięła na ręce niemal bezwładne, acz nadal żywe na szczęście, ciałko biedaka. Ostrożnie i bardzo delikatnie, by nic mu nie zrobić. Był taki kruchy, taki bezbronny. Wystarczył jeden nieprawidłowy gest i mogłoby się coś stać. Byk ruszył w sobie znanym kierunku, zerkając przez ramię, czy kobieta za nim podąża. Podążała. Szła powoli, trzymając niedźwiadka w silnym objęciu, niczym najdroższy skarb, który trzeba chronić przed otoczeniem. By nic jej go nie odebrało.
Przedzierali się jakiś kwadrans, mijając po drodze na przemian porośnięte jagodą, borówką, paprocią i kilkoma rodzajami urazy polany. Kilka krzaków jeżyn, a nawet jakąś malinę! Poszycie leśne nie było zbyt gęste – kalina i jarzębina wraz z średniej wielkości krzakami czarnych, trujących jagódek rosły nierównomiernie rozsiane po lesie. Nie tworzyły ścian, nieprzeniknionych murów.
Dzięki temu Tarnal mógł dostrzec towarzyszy z traktu już z kilkudziesięciu metrów. Elf, ten z wielkim mieczem był tam na pewno. Ubierał się. Gdzieś obok było jeszcze kilka postaci, jakaś leżąca, kucająca… Trudno było określić. Ale ich znalazł. Znaleźli. Nie był to trakt, ale przynajmniej nie mogli się już bardziej zgubić.
Wtedy minotaur mógł przeżyć chwilę przerażenia, zrezygnowania, złości, czy innego gwałtownego odczucia. Otóż, gdy tylko odwrócił twarz ku Dariane, zauważył jak leci w dół. Przewraca się. Ona, nie on. Przewróciła się z cichym, niezrozumiałym jednak szeptem na bok, nie robiąc nic malcowi. Na szczęście. Jednak czy można było się teraz martwić o zwierze, gdy członek grupy przewraca się ot tak? Zmęczenie? Strach? Zbytnia nerwowość? Czy to one były powodami, czy przez to zemdlała? Oby. Bo był za nią odpowiedzialny i zapewne wolałby, by nie spotkało jej nic gorszego…

Dariane zemdlała. Nic jej nie jest, ale nie obudzi się, dopóki nie odpisze. Puszczam Was wolno. Ciebie Byku znaczy.
Malec też będzie żył. Więcej info na gg.
Byczek – 10 PCh
Dariane – 5 PCh
Krótko było, ale konkretnie. Dzięki za grę.
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

09 paź 2012, 20:03

Potężnie przeładowany informacjami pochodzącymi z przełomu ostatnich kilku godzin umysł Łowczyni dał upust swej dezorganizacji i zagmatwaniu wykreowaniem najbardziej niespodziewanych, będących uiszczeniem najgłębiej skrywanych, pierwotnych lęków Arael. Mimo, że ciało zabójczyni nie dawało po sobie poznać kaskady skrajnych uczuć targających jej świadomością, ta ostatnia zachowywała się tak, jakby chciała za wszelką cenę uciec, wyrwać się z fizycznych okowów, ukryć gdzieś tam, gdzie koszmary nie mają władzy ani dostępu.

Łowczyni widziała kolejne obrazy, z których każdy jeden wzbudzał w niej niepokój dalece bardziej natężony niż dreszczyk niepewności towarzyszący walce, akrobacjom czy kryciu się pod niepewną osłoną cieni. Pierwsza z wizji dręcząca umysł czerwonookiej przedstawiała starego wilka w podziurawionej zbroi. Jego futro w wielu miejscach było nieregularnie obcięte, z rozlicznych ran i zadrapań obecnych na jego ciele wypływały strużki krwi, barwiąc gęstą sierść na kolor ciemnego karmazynu. Mimo niezaprzeczalnie wyniszczonego stanu wilkołaka, ten nadal próbował wstać, warcząc i zaciskając potężne pazury, przesiewając między nimi zakrwawiony piasek. Jego zwykle pieczołowicie splecione warkocze były rozpuszczone, zarzucone byle jak. Wojownik powstał, unosząc pysk i groźnie spoglądając przed siebie szkarłatnymi ślepiami. Uniósł górną wargę, ukazując rzędy złaknionych krwi kłów, chwycił potężną ręką olbrzymi miecz i z rykiem możliwym do usłyszenia po drugiej stronie pola bitwy ruszył przed siebie. Nie zdążył jednak zadać ciosu, gdyż nieznana siła pochodząca z niedostrzegalnego źródła zwaliła go z nóg, odtrącając Niszczyciela Legionów gdzieś poza pole widzenia Arael. Niepokonany wojownik znów powstał, i tym razem z samymi pazurami rzucił się na niewidzialnego przeciwnika z nadzieję, że pazury będą zdolne go rozszarpać, zniszczyć. Na próżno. Raz za razem Wilk padał, by w końcu nie mieć wystarczająco sił, by mrugnąć, a co dopiero wstać i podjąć dalszą walkę. W powietrzu rozległ się donośny głos.
– Porwałeś się na tych, których powstrzymać nie możesz. Nie kłóć się z naszymi wyrokami, inaczej ulegniesz zniszczeniu.
Łowczyni chciała krzyczeć, pomóc mu, podnieść, by wspólnymi siłami zniszczyć to, co nie chciało ulec jednemu z najpotężniejszych wojowników istniejących w tym spektrum. Nie była jednak w stanie zmienić niczego w położeniu swoim lub wilka, była bierną, nieruchomą obserwatorką, zmuszoną do pasywnego oglądania ostatniego upadku swojego mistrza tylko po to, by za chwilę móc stracić go z zasięgu wzroku, a w miejscu, gdzie przed chwilą leżał siwy wilkołak dostrzec mlecznowłosego elfa, klęczącego nad swoim białym, martwym koniem.

Mężczyzna wstał i otrzepał ręce. Jego pięta zakręciła w charakterystyczny, zapowiadający obrót całego ciała, sposób. Merratron znów stanął twarzą w twarz z Łowczynią. Jego oczy pozbawiony były głębi, jak dwa stawy o dnie położonym na nieznanej wysokości, a jedyne, co można stwierdzić na pierwszy rzut oka to "kurwa, jak głęboko". Elf powolnym ruchem wyjął swój długi miecz z pochwy i płaskim cięciem w okolice bioder, połączonym z wypadem na lewą nogę, rozpoczął walkę. Arael odzyskała władzę w kończynach z lekkim opóźnieniem, jednak ruch elfa i tak był jedynie markowanym ciosem, gdyż pozycja lewej nogi umożliwiła mu szeroki piruet i zaatakowanie "z ósmej", i gdyby nie niekontrolowane, dzikie odruchy czerwonookiej, byłaby rozcięta wzdłuż pleców. Skumulowanie energii w łydce umożliwiło jednak opad na kolano połączony ze skuleniem całego tułowia, co sprawiło, że miecz przeciął powietrze, a oponet wytracił równowagę. To wystarczyło do wyprostowania drugiej nogi i kopnięcia obunóż w tors, podtrzymując ciało rękami. Po zetknięciu się ciał Arael wykorzystała impet i fakt, że Merr akuratnie leciał do tyłu i błyskawicznie opuściła nogi, by okrążyć nimi łydki mlecznowłosego elfiątka i nadać jego upadkowi nieco dramatyczniejszy wydźwięk. Jednakże po tym ruchu ponownie utraciła władzę w kończynach i była zmuszona do oglądania kolejnych ruchów z sekundy na sekundę straszniejszego mężczyzny. W końcu stanął pionowo nad Arael i wyjął małą, złożoną kartkę, na której ktoś użył węgla, by przedstawić zaskakująco dokładne twarze dwóch kobiet. Chciała krzyczeć, wyrywać się, jednak wszystko, do czego było zdolne jej ciało, to uwolnienie kilku samotnych łez spływających po policzku. Z dłoni elfa wyprysnął niebieski płomień, który w mgnieniu oka pochłonął arkusz, obracając go w kupkę popiołu.

Powrót do rzeczywistości nie należał do najprzyjemniejszych wydarzeń. Łowczyni zerwała się, przenosząc z pozycji leżącej do imitacji siedzenia. Panicznymi ruchami włożyła rękę za pancerz, niemalże krzycząc z bezradności jako, że elementy ochronne przylegały do jej ciała dość ciasno. W końcu jednak odniosła sukces i opuszki jej palców zacisnęły się na skrawku starego, jednak cholernie trwałego papieru. Znacznie spokojniejsza, wyjęła go i zlustrowała wzrokiem obrazek, który znała na pamięć, z każdym detalem. Uznała, że będzie musiała kiedyś zrobić coś, by zaimpregnować papier w sposób uniemożliwiający zniszczenie go.

Arael nie widziała niczego, co mogłoby zwrócić jej uwagę. Patrzyła na karteczkę, nie do końca będąc zainteresowaną otaczającym ją światem i, jeszcze przed chwilą hasającym nago po lesie, Asteriasie.

Po dłuższej chwili schowała arkusz i tłumiąc w sobie emocje omiotła szkarłatnym spojrzeniem nieruchomego Czerwonego, który wyglądał, jakby ktoś wsadził mu w rzyć kij. Nie zastanawiając się nad przyczyną tego stanu wstała, otrzepała z małych liści, korzonków, ziemi i piasku pośladki i uda, po czym udała się przed siebie. Chciała jeszcze chwilę powłóczyć się po lesie, trochę zmęczyć, by sen w wieczornych porach przyszedł łatwiej.

z/t
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

23 paź 2012, 21:38

Cisza. Tak niespotykane zjawisko w ostatnich czasach. Aster upajał się nim do ostatniej chwili. Być może ostatni raz oddycha tak świeżym i przyjemnym powietrzem, może się napić tak czystej wody… Wyprawa zapowiadała się na niebezpieczną ze względu na jej cel, a dodając do tego przywódcę… Mieszanka była naprawdę wybuchowa. Nawet nie było pewnie, czy Infi w nagłym przypływie adrenaliny nie rozerwie reszty na strzępy. Prawdopodobnie cała reszta Entropii tego nie wiedziała, jednak sam elf czuł to w głębi siebie.
W mieczniku leżała uśpiona, potężna siła, być może sam o tym nie wiedział, jednak instynkt Astera ponownie daje o sobie znać. Możliwe, iż tym razem się myli, choć to bardzo wątpliwe. W końcu, gdyby nie owy instynkt, młody mag już dawno gryzłby glebę od spodu.
I stał tak, pełen niepewności, jednak zadowolony Czerwony, wpatrując się w pobliskie drzewo, stojąc, jakby zamarł w bezruchu.
Wtem nagle słysząc nienaturalny szelest "przebudził się" ze swego transu i obejrzał za siebie. Dźwięk dobywał się od Arael, łowczyni, która postanowiła uciąć sobie drzemkę. Z pewnością do normalnych osób nie należała, inaczej ciężko byłoby jej usnąć u boku nieznanego elfa, który łata siebie cudzą krwią. Ciekawa kobieta… I z pewnością niebezpieczna.
Wyglądała na strapioną i zaczęła iść. Pewnie nie zauważyła tego, iż elf zdążył odczytać jej zamiary, i iść jej śladem, by upewnić się, że nie szykuje niczego głupiego. Śmierć tamtego elfa to już nadmiar problemów, bycie przezornym jest teraz zupełnie na miejscu.
Swoją drogą, ciekawe jak radzą sobie pozostali? Nikt nie dawał znaku życia przez dość długi czas, zaś las wydawał się być "zaniepokojony". Gdzieniegdzie coś umykało, ptaki uciekały, praktycznie z jednego miejsca.
To z pewnością sprawka Infiego – myślał Aster idąc i przytakując sobie głową. Rozmowa z samym sobą często pozwalała mu łatwiej zrozumieć i ogarnąć wszystkie fakty.
Swoją drogą, Arael, za którą teraz mag zdawał się iść, była w jakiejś części demonem. Wydawała się dziwnie znajoma, jednak pewnym było, że nigdy się nie spotkali. Pamiętałby, z pewnością… Chyba, że by nie żył… Co byłoby całkiem możliwe, oceniając po względnym pierwszym wrażeniu wywartym na nim przez Łowczynię. Istny wilk w owczej skórze. Oczywiście mówiąc o ciele, nie o pancerzu wręcz najeżonym różnymi morderczymi przyrządami.
Przez pewien czas idąc za nią, Aster, postanowił nic nie mówić, poruszać się cicho i nie ujawniać swej osoby, chyba, że zmusi go do tego sytuacja, bądź, co bardziej prawdopodobne, zauważy go Arael. Wyglądała na taką, która mogłaby go wykryć bez zbędnych problemów. Poza tym, Czerwony nie był typem skrytobójcy, znał się na tropieniu, lecz jako takie umiejętności skradania wynikają jedynie z jego elfich korzeni. Asterias zdecydowanie wolał obwieścić swemu przeciwnikowi swoje zamiary i zaatakować tak szybko, aby ten się tego nie spodziewał. Może nie było to zbyt rycerskie, ale obwieszczenie śmierci wystarczało, by uspokoić sumienie krwawego elfa. Jako łowca głów zwykle wyznawał jedną zasadę: po cichu, czy głośno, głowa to głowa. Przecież każdy wie, że w tej profesji liczą się jedynie pieniądze. Wyjątkiem zaś był nowy "przyjaciel", niegdyś cel. Infi. Miał jednak nadzieję, że pozostawienie go przy życiu będzie dobrym interesem… Nie tylko pod względem wzbogacania się.

z/t
Awatar użytkownika
Tarnal
Posty: 138
Rejestracja: 04 paź 2011, 07:00
GG: 11616203
Karta Postaci: viewtopic.php?t=842

15 gru 2012, 13:58

Ciężar całej sytuacji – odpowiedzialność za Dariane, odnalezienie drogi powrotnej, kawał mięsa na barkach – był nie do zniesienia.. dla przeciętnego wojownika. Ale z pewnością nie dla Tarnala, rosłego minotaura, który w podobnych ciężarach był zaprawiony; przez samo życie. Magicznie wyssane z niego siły bardzo powoli poczęły się regenerować, a krótkie postoje w drodze – jak domyślał się Tarnal – na trakt tylko temu sprzyjały. Mimo wszystko wojownik wiedział, że jego możliwości nie są nieograniczone, wiecznie nie mogą się tułać, przedzierać przez kolejne gęstwiny lasu. Chociaż niedźwiedź ciążył niemiłosiernie, a szanse na wyjście z tej sytuacji cało widocznie malały, coś dodawało minotaurowi sił. Myśl o życiu, które udało mu się ocalić. Chociaż nigdy nie pogrążał się w typowo filozoficznych rozmyślaniach, zaczął się zastanawiać.. los istoty skazanej na śmierć, zwyczajną w tych rejonach, w żadnej mierze nie chwalebną, został odmieniony. Całkowicie odmieniony, wpływając również na los samego Tarnala, z którym być może zostanie powiązany. Nie bez przyczyny dojrzał w nim własnego syna, zwłaszcza w jego oczach pełnych nadziei, gdy tylko zatrzymały się na postaci wojownika. Była to całkiem bezwiedna nadzieja, jak przystało na mimo wszystko bezrozumne stworzenie.. lecz istniała, w jego spojrzeniu. Ono właśnie nie znikało sprzed oczu Tarnalowi, dając nadzieję i pewne niezwykłego pochodzenia pokłady siły, dzięki którym szedł dalej. Wreszcie ku swojemu zdumieniu i jednoczesnej radości, dostrzegł w oddali pewne sylwetki. Z takiej odległości nie mógł być pewny tożsamości postaci, ani ich zamiarów, jednak logika podpowiadała mu, że mogą to być znajomi z traktu. Któż inny mógłby znaleźć się akurat teraz w tej części przydrożnego lasu. Tarnal mimowolnie przyspieszył, przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mu obciążenie. Nie marnował nawet małej cząstki sił na okrzyki, które mogłyby nie zostać dosłyszane, najbardziej efektywnym sposobem wydawało mu się po prostu pójście za nimi. Przed chwilą zbudowane pozytywne nastawienie minotaura całkiem zburzył jednak bezwładny upadek Dariane, a Tarnala z miejsca miast wrzących kropel wysiłku jak dotychczas, oblał zimny pot.. strachu. Niewiele myśląc odrzucił na bok martwego niedźwiedzia, by do niej podbiec, sprawdzić, co się dzieje. Cały czas trzymała małego w objęciach, nie pozwoliła mu upaść razem z nią. Wojownik pochylił się nad jej ustami i zdołał wyczuć nierówny i płytki oddech, lecz spokojny, tak przynajmniej mu się wydawało. Przez tą sytuację całkiem zapomniał o postaciach z oddali.. spojrzał w ich kierunku, lecz było już za późno. Dojrzał jedynie małe punkty, które po chwili zniknęły pośród gęstwin lasu. – Czekajcie! – Ryknął z całych sił, które niestety z oczywistych względów nie pozwoliły echu nieść się daleko. Był to raczej okrzyk doprawiony nutą rozpaczy, niżeli prawdziwe wołanie o pomoc. Teraz jest zdany tylko na siebie. Nie mógł się mimo wszystko powstrzymać od skomentowania sytuacji, z której wyjść będzie naprawdę trudno. – W mordę, przecież poszedłem tylko po chędożone zioła! – Znów pochylił się nad nieruchomą Dariane, z nadzieją, że.. może odzyskała siły, ocknie się nagle i wybawi ich dwójkę z opresji, jakimś magicznym sposobem. Dotknął delikatnie jednego z jej polików, przypatrując się jej śniącemu obliczu. Przecież nie jest zwykłym człowiekiem, ma te dziwne, puchate ogony! Umysł Tarnala zaczynał chyba powoli wariować, musiał zacząć działać, działać szybko i skutecznie, jak to miał w zwyczaju. Niestety zazwyczaj chodziło o miażdżenie łbów, zwyciężanie bitew, gdy był pełny sił i motywacji. Nigdy nie spodziewałby się, że taka właśnie sytuacja, może być dla niego zbyt wielkim ciężarem. Ale jeszcze nie była, dla minotaura to o wiele za wcześnie, by się poddać. Wtem spojrzał na niedźwiadka, który do tej chwili nie został zbudzony nawet przez wcześniejszy ryk, musiał być bardzo wycieńczony. Wróciło wypełnione nadzieją spojrzenie i wiara. Tarnal rozejrzał się dokoła, przynajmniej zapamiętał kierunek, w którym oddalali się "nieznajomi". Była Dariane, cielsko niedźwiedzia, które oznaczało sytą kolację dla całej drużyny, oraz mały niedźwiadek.. tajemnicza istota, być może zesłana przez przeznaczenie… Musiał wybierać, a miało to być cholernie trudne. Jednak wojownik wiedział, że tak naprawdę wyboru nie ma, bo ten już dawno się dokonał, drużyna na niego liczy i nie może zostać zawiedziona. Postanowił zaryzykować, czyli kolejny raz na szali postawić swoje nadwyrężone magią siły, na przeciwnej stawiając życie i przetrwanie innych. Wykorzystał swój pas, by przywiązać ogromne cielsko niedźwiedzia do siebie, w ten sposób będzie miał wolne ręce, by uchwycić w nich nadal nieprzytomną Dariane. Mały niedźwiadek, który przebudził się już całkiem, a nawet ze zwierzęcą ciekawością i zdziwieniem przypatrywał się, co wyprawia Tarnal, powędrował na jego kark. Z powodu wysokości na jakiej znalazł się tak nagle, kurczowo złapał się łapkami gęstego futra, prawie się w nie wtulając. Jego kaprawe oczka nieśmiało wyglądały czasem zza grzywy rosłego minotaura, który wkładając wysiłek w każdy następny krok, przemierzał kolejne metry. Dopiero w pewnej chwili dostrzegł opadające lekko gdzieniegdzie płatki śniegu, których większość zatrzymywały gęste korony lasu. To jednak nie miało teraz znaczenia, najbardziej pragnął wrócić na trakt, więc niezłomnie parł do przodu, niczym niezwyciężony wojownik przedzierając się przez kolejne fale wrogów. Szedł w zapamiętanym kierunku, ciągnąc za sobą ciało zwierza i trzymając w rękach Dariane, krzywiąc się czasem z wysiłku i mając nadzieję, że niedługo ujrzy towarzyszy.

Z/T
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

21 sty 2013, 19:52

I znaleźli. Po, grubo, przeszło godzinie tułaczki, Aster i Infi odnaleźli miejsce, w którym leżał nieszczęsny Merr, który niegdyś pozbawion głowy, teraz leżał tutaj, z nieco krzywą szyją. Dobra robota – pomyślał sobie elf, gratulując sobie w myśli. Czuł się jakby osiągnął coś wielkiego… I w sumie, sklejenie głowy można nazwać czymś wielkim. Niektórzy nawet przecięcia nożem nie potrafią skleić, a dzielny mag przytwierdził głowę na swe miejsce. Czekał tylko na reakcję Infiego, gdyż całe to miejsce nie dość, że śmierdziało magią i demonami, to jeszcze leżał tu martwy elf z szyją, która wyglądała jak przejechana dorożką.

Zaiste, wyglądało to zjawiskowo. Krew ułożona w dość… Ciekawy układ, jeśli można to tak określić. Wszystko wyglądało na dość niepozorny wypadek… Prócz krwi, rzecz jasna. Posoka nie układa się zwykle w runiczne wzory obok ludzi, którzy spadli z drzewa i połamali sobie kręgosłup. Merratron miał na sobie, wyglądający na BARDZO kosztowny, pancerz i dość prosty, acz piękny, miecz, dobrze wykonany.

Postanowił nic nie mówić, czekał na reakcję miecznika. Wolał nie mówić nic nad to, o co będzie owy towarzysz pytał. W końcu, sytuacja była dość nietypowa, i mogła stawiać niektórych, szczególnie Astera, w dość niekorzystnym świetle względem innych członków drużyny. Oni zdecydowanie nie byli ulepieni z tak twardej gliny, jak woj-przywódca, mogli to "źle odebrać" i skończyłoby się to na rozpadzie Entropii. Sytuacja wymagała dyskrecji, Czerwony miał nadzieję, iż Infi w pełni zrozumie, dlaczego wtajemniczeni powinni trzymać tajemnicze zniknięcie elfa w tajemnicy.

Martwiak wyglądał jak całkiem nadobna panienka okryty białym puchem, zwanym śniegiem. Po śmierci stał się tak blady, że ledwie można go było dostrzec w tych warunkach atmosferycznych. Na szczęście bystre oko Asteriasa zawsze wypatrzyło swój cel…

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

22 sty 2013, 23:45

Podczas wędrówki po zaśnieżonym lesie Infi zmarzł do cna, a piwo, które przed chwilą tak przyjemnie go rozgrzało, stało się ledwie bladym wspomnieniem. Co ciekawe, wojownik wybrał tę tułaczkę na własne życzenie. Musiał przemyśleć kilka rzeczy i nie odzywał się wiele do swego elfiego przewodnika. Ten natomiast taktownie dał mu iść w kompletnie przeciwnym do wskazanego kierunku, jedynie co jakiś czas lekko zmuszając go do skorygowania drogi. Zatoczyli spore koło, zanim dotarli na miejsce właściwe, a ta podróż znacząco pomogła Infiemu oczyścić myśli. W jego głowie powstawały zaczątki misternego planu, którego niestety jego prosty umysł nie potrafił dopracować. W każdym razie, wszystko układało się w pewną logiczną całość, choć wysnute przez jego wnioski były nieprawdopodobne. Musiał się kilku rzeczy upewnić, a do tego miał posłużyć mu stojący obok Asterias.

Zamyślony miecznik prawie wdepnął w zmrożonego, martwego Merratrona.

- Biały albinos - stwierdził Infi tępo, stojąc nad truchłem swego niedoszłego towarzysza. Kucnął przy półelfie, przyglądając się ranom, jakich doznał.

Wojownik znał się nieco na anatomii, dokładnie obejrzał podobno złamany kark białowłosego wojownika. Krótkie oględziny poddały w wątpliwość zeznania Asteriasa na temat śmierci nadal odzianego w kunsztowną zbroję pańczyka. Zważywszy jednak na okoliczności, Infi nie chciał drążyć tej sprawy. Jeszcze.

Zamiast tego, korzystając ze swej wielkiej siły, wydobył przymarzniętego do ziemi Merratrona spod śniegu. Jego ciało było sztywne, niczym kość. Nie przeszkodziło to jednak Infiemu w podjęciu próby wyłuskania go z wyraźnie elfickiej, pięknej, niepełnej zbroi. Oddalając myśli o hienach cmentarnych, przywódca Entropii przystąpił do odzierania zmarłego ze wszystkich, łącznie z gaciami, dóbr doczesnych. Ubrania nie nadawały się jeszcze do noszenia – były mokre, sztywne i zmrożone. Na bok trafił kirys, naramienniki, nałokietnietniki oraz długi, niewidoczny dotąd aketon. Po namyśle Infi pogardliwie odrzucił także zbyt lekki, jak na jego gust, jednoręczny miecz wraz z jego pochwą i zapinką do pasa. Niepraktyczne części ekwipunku półelfa trafiły na kupkę obok jego naruszonego przez nieludzko silnego miecznika ciała. Niektóre kończyny nagiego umrzyka były nieco powyginane czy wręcz połamane – stężenie pośmiertne nie pozwalało na bezinwazyjne ogołacanie Merratrona z jego ubrań. Co ciekawe, Infiemu przyszło to wszystko nad wyraz łatwo. Bez skrupułów brał to, co mogłoby się zmarnować, gdyby go tutaj nie było. Wszak potrzebował tego na własny użytek.

Miecznika nie interesowało nic poza samym odzieniem Merratrona, na które składała się dość gruba, długa do połowy uda koszula, obszerne, szarawe gacie (co ciekawe, całkowicie czyste) oraz brązowe, porządnie zszyte spodnie z podobnego materiału, jak koszula. Najważniejsze jednak były buty i skórzane rękawice – te ostatnie nieco za krótkie na palce Infiego. Wełniane skarpety powędrowały od razu na zziębnięte stopy przywódcy Entropii, a na nie poszły za małe, skórzane buty zapinane na klamry. Wojownik liczył na to, że się jeszcze rozciągną, ale nie narzekał. W czasach, w jakich przyszło mu żyć, każde buty były na wagę złota. Mocny pas Merra spiął jopulę miecznika.

Gdy przewodnik Entropii zdejmował rękawice zmarłego, zauważył na jego lewej dłoni błękitne, układające się w skomplikowane wzory tatuaże. Infi od razu domyślił się, że Merr coś ukrywał i posmutniał, wiedząc, że nigdy już nie odkryje jego tajemnicy. Mógł tylko próbować.

- Patrz - powiedział do Asteriasa, nie zwracając uwagi na to, co elf w tamtym momencie robił. - Pierdolony magik - stwierdził, jakby stawiał diagnozę na temat nieuleczalnej choroby. - Możesz sobie wziąć jego blachy. Widzę, że twoje nie są już zbyt… użyteczne - dodał miecznik, patrząc z powątpiewaniem na rozpadającą się w oczach zbroję Czerwonego. - Reszta moja - rzekł, jak przy podziale jakichś ważnych łupów. W praktyce nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo „blachy” Merratrona mogą być cenne, a jego słowa wynikały z wrodzonego pragmatyzmu.

- Powiedz mi… Nie zdechł sam z siebie…? - pytanie właściwie nie wymagało odpowiedzi. - Nie znałem go, mam w dupie to, że jest sztywny. Chcę wiedzieć - wyraził żądanie, czekając na odpowiedź Asteriasa. Tą kulawą frazą chciał zacząć poważną rozmowę, do której zbierał się już od dłuższego czasu.

Gwoli ścisłości – informacje na temat noszonych przez Merratrona ubrań uzyskałem po rozmowie z właścicielem tej postaci, ponieważ w jej Karcie brakuje pewnych istotnych szczegółów.
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

23 sty 2013, 22:02

I staliby obaj tak w milczeniu, gdyby nie ostre słowa miecznika skierowane do martwego elfa. "Biały albinos". Cóż, niczego wielkiego nie odkrył tym stwierdzeniem, ale lepsze to od zbyt długo już trwającej ciszy. Czerwony przyglądał się jego zachowaniu. Zastanawiał się, czy zauważy coś dziwnego podczas oględzin i momentu ogołacania elfa z dóbr doczesnych, których już z pewnością nie potrzebował.

Wojownik po raz kolejny zadziwił młodego maga swą nadludzką siłą. Bez zbędnego problemu "wykrzywiał" kończyny i deformował ciało trupa, rozbierając go z czegokolwiek co mogłoby się przydać… A, że akurat złożyło się tak, że wszystko mogłoby się przydać, miecznik postanowił zostawić go "gołego na lodzie". Nic dziwnego. Odzienie Infiego pozostawiało wiele do życzenia, a i mu pewnie doskwierał wszechobecny i nieubłagany chłód, z którym chyba tylko Aster radził sobie tak dobrze.

Asterias przyglądał się odrzuconemu na bok, perfekcyjnie wykonanemu pancerzowi. Z pewnością był elficki. Te zdobienia, te dopracowane szczegóły… Złoto! By się upewnić, Czerwony, wyciągnął sztylet i stuknął kilka razy we wzory. Chociaż Aster nie znał się na pancerzach, mógł stwierdzić iż ten jeden był solidnie wykonany i z pewnością kosztował niemały majątek. Konfiskata i sprzedaż tego mogłaby się bardzo opłacić. Przez myśl przeszło mu, by zastąpić swój, uszkodzony przez czas i magów pancerz, jednak szybko zażegnał tę myśl. Zbroja Merra była zbyt… Niewygodna i ciężka dla stylu walki, który preferował mag. Jedyne co mógł z nią zrobić, to sprzedać. I taki miał zamiar.
Zauważył także miecz, który również został odrzucony przez Infiego. Ten też powinien być sporo warty. Lekki, dobrze wyważony, wygodnie układał się w dłoni.

Wtem usłyszał głos woja, który najwyraźniej przyuważył coś godnego asterowej uwagi. I faktycznie, było to godne jego uwagi. Mistyczny wzór wyryty wręcz na dłoni martwego. Cóż, Asteriasa nie zdziwił fakt jego powiązania z magią, jednak owy wzór był bardzo dziwny. Nie przypominał nic co zdarzyło się Czerwonemu przyuważyć podczas swoich tułaczek po świecie.
- Wojowniku… – odkaszlnął – ujeb mu tę dłoń. To może się przydać – rzekł i wskazał palcem na magiczny wzór.
- Blachy sprzedamy. Dla mnie są zbyt ograniczające. Mają złote dodatki, więc z pewnością dostaniemy za nie całkiem spory majątek – powiedział, jakby odpowiadając na słowa miecznika.

Kolejne słowa… tym razem nieco niepokojące, acz zrozumiałe. Zamilkł na chwilę… Wiedział, że pytanie nie było bezpodstawne, a próba ukrycia mogła się źle skończyć. Miał nadzieję, że to nie spowoduje większych komplikacji.
- Właściwie… Znalazłem go tutaj pozbawionego głowy. Nie mam pewności czyja to robota, acz całkiem możliwe, iż to Arael – ponownie zamilkł. Przyjrzał się albinosowi, myśląc nad kolejnymi słowami.
- Starałem się tego nie rozdmuchiwać… Myślę, że rozumiesz, jakie zamieszanie mogłoby to wywołać wśród drużynników…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

23 sty 2013, 23:29

Wyrozumiałość dobra rzecz. Zdecydowanie trzeba ją czasem okazywać. Szczególnie względem osób, które mogą samą siłą woli zagotować krew nieokazującego wyrozumiałości delikwenta. Infi człowiekiem wyrozumiałym zdecydowanie nie był, acz dla Asteriasa posiadał całkiem sporą dozę cierpliwości. Na swoje szczęście. Choć nietypowa prośba elfa wywołała na twarzy miecznika nielichą konsternację, nie widział powodu, dla którego nie mógłby jej spełnić. Miecz Merratrona poszedł w ruch, odcinając swemu byłemu właścicielowi lewą dłoń wraz z połową przedramienia. Albinos był sztywny jak kiełbasa zostawiona przez kilka dni na śniegu, ale wojownik, któremu przyszło bezcześcić jego ciało, nie wyglądał na zrażonego tym faktem. Kończyna nagiego rycerzyka trafiła w ręce Asteriasa po kilku głośnych chrząstnięciach. Cóż, jedno trzeba było Merratronowi przyznać – miał twarde kości.

- Złoto… - pokiwał głową Infi, gdy Asterias rzekł mu o pomyśle sprzedaży zdobytego właśnie kirysu. - Przyda się - dodał, urywając nagle, bowiem elf przeszedł do sedna sprawy – przyczyny śmierci leżącego u jego stóp półelfa-albinosa. Oczy o czerwonych tęczówkach rozszerzyły się w zdziwieniu.


- Arael, mówisz…? A to podła suka – powiedział miecznik, powoli rozgrzewając swe struny głosowe. - Trzeba mieć na nią oko. Widziałem, żeście się razem prowadzili - podkreślił Infi, dumny z poczynionych obserwacji. - Mam nadzieję, że nie stracisz… głowy – zażartował wojownik, choć nijak nie rozgrzał tym atmosfery. Informacje, których udzielił mu Asterias utwierdziły go w decyzji, jaką podjął podczas wędrówki do miejsca śmierci Merratrona.

- Drużynnicy - parsknął wymuszonym śmiechem po czym zwiesił głowę jakby w smutku. - Chyba mi coś poszło nie tak. Chciałem być jak te herosy z bajek, wziąć ze sobą ludzi z ulicy i iść, gdzie nogi poniosą.

- TAKI CHUJ! - krzyknął znienacka po efektownej pauzie, płosząc tym samym część uśpionych na okolicznych drzewach ptaszysk. – Jeden chciał zabić mnie – powiedział, dość mocno tykając palcem wskazującym pancerz Asteriasa. – Druga zabija swego gacha i chleje na umór - rzekł szybko, zataczając dłonią szeroki łuk. - Tamten bierze jakieś, kurwa, grzybki – dodał, prawiąc o Tarnalu. Jego słowa przyspieszały coraz bardziej. - Mam jeszcze dwie gówno warte dziewki, jedna nawet nie mówi, a druga z ogonami. Hiena drze mordę, driada załamuje ręce, Ken gdzieś zniknął z moim smokiem, a ten - Infi kopnał truchło pod jego nogami, nie szczędząc obelżywych uwag i żółci, którą dane mu było wreszcie wylać. - Zdechł jak pierwsza lepsza szmata w dokach.

- Ja… Nie pamiętam połowy dnia i budzę się nagle z tym gównem. – Wskazał na swe tatuaże, uspokajając się nieco, ale tylko na chwilę. - Coś wybitnie poszło nie tak – powiedział na koniec, zakańczając swój krótki wywód. Cóż, wreszcie mógł się wyżalić. Wszak stojący przed nim elf pokonał go w uczciwej walce. To tak, jakby zbierał jego gówno, gdy ten był jeszcze niemowlęciem. Mógł mu powiedzieć o wszystkim.

- Co ty tu jeszcze, do cholery, robisz…?

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

24 sty 2013, 00:33

Asterias poniekąd zdziwił się tym, iż Infi bez zbędnych pytań i problemów po prostu, dosłownie, ujebał rękę, twardego jak zamrożona kiełbasa, Merratrona. Po pierwsze, poszło mu to tak bezproblemowo, że pozazdrościć mógłby najbardziej elitarny kat z losowego miasta w Imperium. Po drugie, Czerwony nawet się nie spostrzegł, kiedy w swoich dłoniach trzymał zamarzniętą na kość dłoń martwiaka. Wręcz zahipnotyzowała go i ponownie zaskoczyła siła wojownika. "Jak ja z nim wygrałem?" – pomyślał.

Słuchał kolejnych słów wylatujących z hardych ust miecznika, i kiedy właściwie zaczął się śmiać z dość prymitywnego, acz trafnego żartu w jego stronę, do jego uszu doszły kolejne słowa, a raczej krzyki.

To był zdecydowanie CIĘŻKI dzień. I, po tym, czego właśnie świadkiem był Asterias, wiedział, że nie tylko dla niego.
Kiedy przemyślał gorzkie słowa Infiego, zrozumiał, że faktycznie miał całkiem dobre powody, by nieźle się wkurwić.
Cóż… Faktycznie. Nie wyszło idealnie. Jednak wciąż żyli, jednak wciąż tutaj byli. Nawet Merr tu był, chociaż jego obecność duchowa pozostawiała wiele do życzenia. Ale jednak, byli wszyscy.
Już dawno nikt nie rozmawiał z nim na tyle szczerze, by wyrzygać z siebie całą irytację zaprawdę zjebanego dnia, dzięki czemu mógłby poczuć się lepiej. Zaiste, Aster i Infi zaczynali się stawać swoistymi "towarzyszami w boju". Obaj walczyli w gównie z innym gównem, by jakoś wiązać koniec z końcem, nawet, jeśli to większego sensu nie miało. To wystarczyło, by wystąpiła między nimi jakaś więź. Zapewne fakt, iż stoczyli bitkę również miał w tym swoje wpływy. Od zarania dziejów, prawdziwi przedstawiciele płci męskiej zawiązywali przyjaźnie przez harde mordobicie. Nic bardziej nie wiąże towarzyszy niż obita morda.

Zapewne słuchałby tak go cały dzień, gdyby nie to, że woj przestał już mówić, a nawet zadał dość istotne pytanie, na które na dodatek Aster nie miał zbyt sensownej odpowiedzi.

- Co ja tutaj robię? Dobre pytanie… – rozejrzał się, co by znaleźć jakiś ciekawy powód… I znalazł.
- Popatrz, to tutaj robię – wskazał na pancerz umarlaka – zarabiam.
- Ale tak poważnie to… Nie mam pojęcia – przykucnął przy trupie, i począł przyglądać się nowej zabawce, którą akurat okazała się być dłoń dawnego towarzysza.
- Zresztą, czy to ważne?… A co do Twojego smoka, to leży przy ognisku. Pewności nie mam, czy to Twój smok, jednak z pewnością coś ze smoka ma… Ken zaś… – przerwał na chwilę – To ten zarośnięty? Zdawało mi się, że zanim do końca odeszliśmy od ogniska, przyczołgał się on do mięsiwa…

Czerwony zaczął zastanawiać się nad tym, czy miecznik naprawdę nie ma pojęcia co się z nim działo przez ten cały czas…
– Naprawdę nie pamiętasz co się działo?
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

24 sty 2013, 22:17

Nie wyglądało na to, że Infi doczeka się jakoś szczególnie rozbudowanej odpowiedzi od strony swego rozmówcy. Oczywiście nie dawał za wygraną. Musiał kilka rzeczy wyjaśnić, a zeznania Asteriasa były mu do tego celu niezbędne. Póki co Czerwony zdecydował się zmienić temat, co wojownik zbył machnięciem ręki. Informacje o tym, jakoby jego podejrzenia na temat Lleyrnimehth w ludzkiej postaci pozostawił bez komentarza – na to będzie jeszcze czas. Trzeba było pogadać o czymś innym.

- Naprawdę. Przywykłem. Nie pamiętam większości swego życia - rzekł enigmatycznie, bagatelizując całą sprawę. Wyraźnie nie chciał rozmawiać na temat ubytków w swej korze mózgowej. Interesowała go inna sprawa.

- Powiedz mi jedno. Dlaczego chciałeś mnie zabić, a teraz mi pomagasz…? Chcesz uchronić się przed gniewem swych pracodawców… Tyle wiem. Tyle mi powiedziałeś, zanim cię wcięło - powiedział, nie kryjąc, że chciałby wznowić wątek, jaki prowadził z elfem kilka dni temu. Los chciał, że dopiero teraz mieli okazję znów porozmawiać na osobności, a rozmowa kleiła się o wiele bardziej, niż wtedy. W Gorących Źródłach pewne rany były jeszcze zbyt świeże. - Swoją drogą… Co się wtedy stało? – zapytał, pełen ciekawości. Cóż, nieczęsto jest się świadkiem bezszelestnego wyparowania elfickiego maga w pół słowa. Jego słowa.

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 16 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi, Kerreos, Sonneillon
Liczba postów: 52162
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.