Trakt Południowy

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Trakt Południowy

03 maja 2011, 20:13

Ta długa droga, prowadząca od bram Varti aż po Khan'Sal, ostatnie średniocywilizowane miasto na południu, charakteryzuje się jednym stałym widokiem: po prawej stronie widać głównie stepy przeradzające się szybko w pustynie, po lewej zaś szczyty strzelistych gór Ikrem. Trakt jest w dość dobrym stanie, chociaż nie jeździ nim wielu podróżnych. Tylko kupcy dbający o interesy troszczą się o przejezdną i łatwą drogę.
Chociaż większość ludzi z Varti ciągnie w stronę północnego-zachodu, a nie na południe, to trudno też nie spotkać na trakcie do Khan'Sal nikogo przez dłużej niż parę godzin. Powietrze tutaj jest zazwyczaj czyste i przejrzyste, a widoczność może ograniczać jedynie lekka krętość traktu, którego dalsze części bywają zasłonięte pagórkami.


~*~*~

W jasny dzień na trakt wstąpiła Niniel, na swoim gniadym koniu. Jechała stępa, ostrożnie – w głowie dudniło jej od teorii na temat jazdy konnej. Doszła do być może błędnych wniosków, że skoro już zna teorię, to przerodzić ją w praktykę może sama. Tak więc o jasnym świcie wymknęła się z siedziby Enklawy, oporządziła konia (co zajęło jej trzy razy dłużej niż myślała) i ruszyła ostrożnie w stronę Varti. Po ponad trzech godzinach zatrzymała się w miasteczku by posilić się jakimś biedakiem, wypiła wino w miejscowej karczmie i wsiadła z powrotem na konia.
Mysiała przyznać, że mięśnie zaczynają ją boleć, jednak nie miała zamiaru ustąpić. Czuła się w koniu coraz lepiej, a to dawało jej motywację.
Mając za sobą Varti na odległość jednej stai, ścisnęła łydkami boki konia i ruszyła wolnym kłusem. Przyjemnie było podnieść głowę i poczuć we włosach wiatr, chociaż z drugiej strony gorący wicherek z pustynnych terenów zrobił się z czasem nieprzyjemny i nasunął złe wspomnienia.
Niniel skupiła się na wczuciu się w konia. Położyła jedną dłoń na jego karku by poczuć bliskość ze zwierzęciem. jednocześnie starała się skoncentrować na wszystkim, co przekazał jej Kelio:, pięty nisko, plecy proste, odpowiednie ruchy miednicą w czasie anglezowania. Jej gniadek był średnio szybkim i posłusznym koniem, idealnym do nauki jazdy. Najada zadowolona z tego, jak łatwo przychodził jej kłus, pogoniła konia lekkim szturchańcem piętą. To było… Nie tak przyjemne uczucie. A raczej, mogłoby być przyjemne, gdyby nie fakt, że poświęciła całą uwagę na wbiciu się w siodło i nie spadnięciu. Do tego odnosiła wrażenie, że zbyt puściła gniadka na wodzy i nie zdoła już nad nim zapanować.
Nie ujechała nawet kilkudziesięciu kroków, gdy zza drzewa przy skraju drogi wyskoczyła tuż przed konia sporych rozmiarów wiewiórka. Niniel szarpnęła panikujące zwierze do tyłu, po chwili czując sój błąd – tylko mu pomogła. Przednie kopyta uniosły się z ziemi a najada zrobiła jedyne, co wydawało jej się słuszne – złapała grzywę i przylgnęła do szyi konia.

[zt – skok czasu o 5 lat, nowa era]
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 758
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

19 sie 2015, 20:37

Jednak zdecydowali się gadać. Jako jedyny z przodu został ich przywódca, który stał się jednocześnie reprezentantem ich siły oraz ich jedynym dyplomatą. Bogowie miejcie nas w opiece. Reszta drużyny trzymała się raczej z tyłu, szykując się do nieuchronnego ataku, który ku zaskoczeniu Zamaskowanego nie nastąpił. Zamiast tego jeden z nich, prawdopodobnie herszt czy inny szef bandy wyszedł do przodu, dając jednoznacznie do zrozumienia, że chcą uch dobytku. Cóż, Ciemny jedyne co miał to kawał szmaty oraz krótkie ostrze, czyli niezbyt wiele, więc nie traci dużo, jednakże karawana ma cały osprzęt. Zresztą, Ciemnemu nie w głowie poddawanie się.
Był na tyle blisko, że mógł ich policzyć. Czternastu konnych. Z czego tylko kilku miało jakieś przyzwoite wyposażenie. Mają tą przewagę, że jest ich więcej oraz mają konie. Ale to nie oznacza, że jest ich więcej. Znaczy się, niech lepiej spierdalają w podskokach. Oby Marzenie Hakasa ich dopadło.
W tej chwili nie tylko Żółtooki*działał pod wpływem instynktu. Zamaskowany trzymał sztylet w prawej dłoni za plecami, lewą unosząc do góry, jakby próbował rozkazywać piaskom. W głowie miał dwie myśli - pogrążyć kopyta koni w ruchomych piaskach oraz ochronić Infiego przed ewentualnym atakiem. Piaskową wydmą chociażby, czy też inną tarczą. W głębi duszy czuł, że jest w stanie tego dokonać, jakby jakaś pradawna siła wręcz nakazywałą mu ich zniszczyć. Na początku można ich po prostu pogrzebać.





*Kusiła wersja "moczooki", ale jakoś dałem sobie spokój. Post nie wyglądałby elegancko
Awatar użytkownika
Lilianna
Posty: 68
Rejestracja: 22 lut 2014, 19:53
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2890

29 sie 2015, 19:10

Rabunek, więc głównie o to im chodziło, ale czuła że jak nie dostaną czego chcą to może być źle. Nerwowo zacisnęła dłoń na rękojeści. Zaczęła myśleć intensywnie. W walce z silniejszymi przeciwnikami nie miała szans, a żeby zacząć się liczyć w tej jatce musiałaby się zdemaskować. Postanowiła, że nie zrobi pierwszego kroku, a swoje talenty ujawni dopiero w ostateczności, czyli gdy nastąpi bezpośrednie zagrożenie jeśli nie jej samej, to któregoś z współdrużynników. Miała przeświadczenie, że każdy jest tu odpowiedzialny za każdego.

"Poluzowała" swoje zaklęcie kamuflażu by w razie potrzeby je cofnąć i szybko wzbić się w powietrze. Przy planowaniu tego ewentualnego manewru niepokoiły ją tylko łuki będące w posiadaniu przeciwników. Jej ręka z szablom lekko drżała gotowa do walki lub zaklęcia.

Czekali, teraz wszystko zależało od reakcji obu stron. Lecz wydawało jej się, że Infiemu pomysł z oddaniem dobytku niezbyt się spodobał. Z tej odległości nadal próbowała podburzyć zwierzęta przeciwko ich panom.
Awatar użytkownika
Vyrn
Posty: 57
Rejestracja: 06 sty 2014, 15:04
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46445#46445

05 wrz 2015, 12:46

Vyrn spokojnie patrzył jak przeciwnicy podjeżdżają widocznie zwalniając tempa. Czyli nie planowali bezpośredniego ataku. Najpierw planowali wziąć wszystko, co przy sobie mieli, a potem albo ich zabić, albo dać pustyni to zrobić, bo nie mieli wielkich szans gdziekolwiek dotrzeć bez zapasów i wierzchowców. Tak naprawdę to nie mieli żadnych.

Patrzył na Infiego, który opuścił miecz i podchodził wolno do napastników. Co miał zamiar zrobić? Przecież nie miał szans w walce. Ale po co miałby podchodzić, jeżeli chodziło tylko o negocjacje? Vyrnowi przywódca nie wydał się kimś, kto w ogóle jest zdolny do jakichkolwiek negocjacji i dłuższych rozmów. Albo burknie, żeby wszystko brali, co się Vyrnowi jakoś nie widziało, albo zaatakuje. I zabójca uznał, że najprawdopodobniejsza jest druga opcja, więc zacisnął dłoń na rękojeści sztyletu i przygotował się do skoku.

I już chwilę potem okazało się, że miał rację. Infi zaatakował. Vyrn sięgnął po wszystkie siły, które mu zostały i pobiegł w stronę napastników, nie uważając, czy reszta drużyny też to robi. Sam Infi nie miał szans na tyle przeciwników. Cała Entropia... cóż. Małe, znikome. Tamci mieli przewagę liczby i wysokości.

Vyrn zamierzał spróbować zaatakować przeciwnika, który miałby jakieś zdolności magiczne. Jeżeli takiego by nie znalazł, skupiłby się na łucznikach, jako że ci z przodu byli skazani na Infiego. Nie wiedział jeszcze, jak miał zamiar zaatakować. To będzie trudne sztyletem, więc zapewne albo zabierze komuś broń, albo będzie atakował nogi i inne, dolne części ciała, jako że do reszty nie dosięgnie. Zobaczy, na które będzie okazja. Dobrze by było, gdyby znalazł jakiś miecz albo łuk, albo pozbawił jednego przeciwnika życia lub po prostu zrzucił go z siodła i przejął jego wierzchowca. To też zapewne zrobi, jeżeli tylko będzie miał okazję.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

07 wrz 2015, 22:01

Kenhkar zaklął cicho pod nosem, gdy zauważył, iż Infi pozostał poza okręgiem krzaków. Zawsze sprawiał problemy. Dobrze, że przy jego boku stanął znachor. Czarodziej nie wątpił w zdolności bojowe miecznika, aczkolwiek wróg posiadał znaczną przewagę w ludziach. Dość niepokojącą przewagę.

Gdy jeźdźcy dotarli na miejsce i zatrzymali się, Kenh poświęcił chwilę na przeanalizowaniu ich sprzętu. Raczej bez szaleństw. Prawdopodobnie każdy padłby od jednego celnego ciosu. Jedyną sprawą, która mocno nie odpowiadała Kenhkarowi, były łuki. Mag szybko podjął decyzję, że w razie wystrzelenia jakiejkolwiek strzały użyje swoich zdolności, by zmienić trajektorię lotu pocisku.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, Infi uderzył na przeciwników. Kenhkar szybko podniósł Dźgacza, szykując się do walki. Chciał pozwolić znachorowi i żółtookiemu utworzyć front ich drużyny, samemu skupiając się raczej na osłanianiu ich przed większym zagrożeniem. Czekał na rozwój wydarzeń, gotów, by w razie potrzeby wesprzeć walczących w pierwszej linii.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 912
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

25 wrz 2015, 21:04

MG

Trudno powiedzieć, czy zdolność przewidywania przyszłości była słabiej rozwinięta u przywódcy pustynnych bandytów, czy może jednak nagroda ta należała się mężczyźnie, który mienił się wodzem Entropii. W obu wypadkach była niewątpliwie uboga.

Herszt zadowolony obserwował, jak Infi zbliża się do niego, by oddać w jego ręce swój miecz. No bo przecież cóż innego mógł robić taki obdartus wobec niego i jego ludzi? Miecz zaiste był imponujący, a jego widok wywołał w oczach nomada błysk pożądania. Niecierpliwie wyczekiwał, aż rękojeść broni spocznie w jego dłoni, nawet zaczął układać plan na kim z obecnych w okolicy ją przetestuje. Pod ręką oczywiście był Infi, aczkolwiek kwestia mogła jeszcze ulec zmianie po dokładnym przyjrzeniu się członkom jego drużyny... Jeden z wielu bandytów, odziany w pożółkłe od słońca szaty ruszył do Infiego, chcąc zapewne go rozbroić. Żółtooki gotował się w środku i było to widać, ale któż mógł podejrzewać, iż jest on samobójcą?

Kilka sekund później powietrze przeszył świst. Wygnaniec zrzucił nomada z konia, zalewając się krwią uderzył głucho o piasek. Nie trzeba było długiego namysłu, aby stwierdzić że nie podniesie się on już na nogi. Za plecami Infiego rozległ się ryk znachora, który zlał się z okrzykami pozostałych nomadów. W ciągu sekund grupa rozbiegła się na wszystkie strony. Bynajmniej nie uciekali.

Infi widział już tylko kolejnych wrogów do zabicia. Furia zaślepiała go, a niesiony wiatrem piasek ograniczał widok jeszcze bardziej. Cięty przez niego mężczyzna drgał jeszcze na ziemi, a nadchodził już następny. Unosząc szablę pędził w jego stronę, wyczekując momentu gdy jego broń będzie mogła spaść na głowę furiata. Infi nie miał zamiaru czekać, z zadziwiającą szybkością, o którą przed chwilą nie sposób było go podejrzewać, skoczył w stronę napastnika i ciął również jego. Krzyk ranionego człowieka zatopił się pośród innych dźwięków, a odcięte przedramię odleciało gdzieś nadal ściskając w dłoni broń. Za żółtookim rozległ się połączony z trzaskiem łamanych kości huk. Spojrzał za siebie, by ujrzeć że znachor właśnie niemalże dosłownie wgniótł w ziemię innego jeźdźca, który był już blisko przeszycia Infiego włócznią. Koń przewrócił się pod uderzeniem młota i rżał żałośnie. Niewątpliwie też ucierpiał w tym nagłym starciu skorpionich pancerzy z ludzką czaszką. Znachor znów ryknął głośno, nie było jednak czasu na przyglądanie się. Za plecami miecznika był już kolejny nomad. Jakiś cud sprawił, że Infi niesiony nagłym przeczuciem odwrócił się i powstrzymał nadlatujące uderzenie obuchem. Koń potrącił wojownika odrzucając go na bok. Wygnaniec wypadł Infiemu z ręki lądując w pobliżu. Chwycił broń i poderwał się z ziemi uskakując przed kolejnym koniem. Fakt, że unikał on kolejnych nadchodzących w jego stronę ciosów, czy pędzących koni był czymś, czego nie dało się logicznie wyjaśnić. Ktoś przejechał tuż obok niego, miecznik zatoczył się. Jego ramię barwiła czerwień krwi, ale Infi nie czuł nic. W swoich oczach był nietykalny, niezniszczalny, niesiony szałem. Ciął w zbliżającego się jeźdźca, niemal zdekapitował pędzącego konia, sprawiając że dosiadający go człowiek wypadł z siodła i przeleciał dobre trzy metry.

W pobliżu spadła strzała, piasek pod stopami miecznika zdawał mu się dziwnie grząski, mimo iż jeszcze przed chwilą stąpał po raczej twardym podłożu. Czyżby wir walki zapędził go w jakieś dziwne miejsce? Jeźdźcy zwolnili dostrzegalnie, co sprawiło że unikanie ich szarż stało się wyczynem wymagającym skupienia, ale jak najbardziej możliwym. Wydawało się nawet ich jakoś mniej. Nie miał czasu się rozglądać. Pobiegł w stronę najbliższego nomada. Wygnaniec z hukiem uderzył w niewielki puklerz, ześlizgując i raniąc konia. Zwierzę wierzgnęło panicznie niemal zrzucając siedzącego na nim człowieka. Trzeba przyznać, że utrzymanie się na panikującym zwierzęciu wymagało niemałych umiejętności. Infi machał mieczem jakby rąbał drewno, zupełnie nie przejmując się tym, że jest to w rzeczywistości żywa istota. Drugiego ciosu już nie powstrzymał. Ranny koń uciekł wlokąc ze sobą trupa, którego noga zaplątała się w strzemię. Infi szalał, wzbudzając w tym chorym, pozbawionym logiki szale strach wśród tych, którzy mieli z nim walczyć. Kolejny jeździec, kolejne cięcie. Zraniony koń wpadł wprost na miecznika, powalając go na ziemię. Gdzieś obok wylądował jego jeździec. Obaj otrząsnęli się niemal natychmiast. Dwójka mężczyzn rzuciła się do swoich gardeł niczym zdesperowane zwierzęta. Tarzali się po ziemi, chwytali za gardła, wpychali palce w oczy. Żółtooki szybko zaczął zdobyć przewagę, ale przewaga ta uciekła gwałtownie, gdy w nogę trafiła go posłana przez kogoś strzała. Mimo rany wcisnął pomiędzy siebie, a przeciwnika Wygnańca i począł pieczołowicie otwierać jego brzuch w akompaniamencie krzyków. Głuche uderzenia znachorowego topora jakoś przycichły, najwyraźniej zostali rozdzieleni. Kolana Infiego zatapiały się w grząskim piasku.

Infi mógł sądzić że jest sam. Ktoś stojący na uboczu jednak miał nieco szerszy obraz sytuacji. Obraz jeszcze bardziej szokujący niż samotna walka miecznika. Miał on wsparcie, które prawdopodobnie było jedynym powodem tego, że nadal żyje.

Asim rzucił się na pomoc gdy tylko rozpoczęła się walka. Nie wyglądał na zapalonego wojownika, jednak miał dość odwagi by spróbować pomóc miecznikowi. Nie dotarł jednak na miejsce, drogę zagrodził mu jeden z konnych. Wymienili kilka ciosów. Zraniony już na wstępie w nadgarstek Sokół z trudem trzymał w dłoni swoją broń, jednak wygrał to krótkie starcie. Nie miał co myśleć o dotarciu do Infiego, jakaś strzała przemknęła tuż nad ramieniem przewodnika. Zaczął powoli się wycofywać, starając się przy tym uniknąć kolejnych nomadów.

Ciemny stał wznosząc lewą dłoń. Gdyby tylko jego maska dysponowała jakąś mimiką zapewne wyrażałaby teraz bezbrzeżne skupienie. Walka była zbyt dynamiczna, aby mógł bawić się w zasłanianie miecznika wydmami, w dodatku jeźdźcy co chwila przejeżdżali to bliżej, to dalej od niego, zataczali koła, oddalali się by znów wrócić. Robili dobry użytek ze swoich koni. Konie te jednak, właśnie jakby za sprawą tej wzniesionej lewicy zdawały się zapadać w piasku. Niewątpliwie wzbudzało to niepokój nomadów, może nawet jakiś uciekł? Trudno było ich policzyć.

Wokół latały strzały. Nomadowie atakowali w typowy dla siebie sposób, podjeżdżając na dość bliską odległość, wypuszczając pojedynczą strzałę i wycofując się. Szczególnie wiele z nich skierowane było w stronę Ciemnego, który prezentował się jako jeden z głównych kłopotów wśród konnych. Zapewne tylko dzięki temu sam Infi nie przypominał jeszcze jeża. Strzały jednak nie chciały słuchać właścicieli. Pomimo tego z jak bliskiej odległości strzelali nie mogli trafić, ich pociski co rusz porywały silne podmuchy wiatru. Lądowały tuż obok Ciemnego, przed nim, za nim. Jedna otarła się o jego maskę, pozostawiając długą, głęboką rysę, inna pozostawiła nacięcie na jego szyi, jeszcze kolejna w końcu wbiła się płytko w ramię i sterczała niezdolna do powstrzymania działań maga. Gdyby stojący z niedaleko Kenkhar nie musiał całej swojej uwagi poświęcać na jak najszybsze kreślenie w powietrzu jakiś dziwnych znaków zapewne śmiałby się w głos. W jego stronę też leciały strzały. Jedna z nich zerwała mu z głowy turban i pozostawiła ranę, która krwawiła obficie zlepiając włosy. Niemniej jednak był żywy i w jednym kawałku.

Mniej użyteczni w tej nieoczekiwanej bitwie wydawali się Lilianna i i Vyrn. Kobieta trzymała się z tyłu, najwyraźniej nie będąc pewna co robić. Jej i pozostałym niewątpliwie zagrażało niebezpieczeństwo. I to niebezpieczeństwo ostateczne, jednak nie do końca chciała dopuścić do siebie tę myśl. Bez wątpienia kibicowała walczącym mężczyznom i ta pomoc musiała im wystarczyć. Fakt, że Infi, znachor, oraz dwójka magów ściągali na siebie niemal całą uwagę nomadów sprawiał iż była raczej bezpieczna.

Złodziej zaś zachodził o głowę jak może swoim przeciwnikom zrobić krzywdę sztyletem. Szybko musiał przynajmniej spróbować wprowadzić swoje plany w życie, gdy zbliżył się do jednego z jeźdźców. Zauważając go nomad rzucił na ziemię łuk i wyciągnął wiszącą u siodła szablę. Nie było to bynajmniej równe starcie. Kiedy inni toczyli swoje bitwy walka Vyrna przypominała właściwie jakąś dziwną grę, czy zabawę. Rozpędzony koń przemknął obok niego, a szabla ze świstem przecięła powietrze, o włos mijając twarz Vyrna, gdy ten ledwie zdążył się uchylić. Szabla jak nietrudno zgadnąć była dłuższa od jego sztyletu, więc jego przeciwnik nawet przez chwilę nie był w jego zasięgu. Cała sytuacja powtórzyła się jeszcze raz z podobnym skutkiem. Było tylko kwestią czasu, aż nomad w końcu trafi.

Szeregi bandytów przerzedziły się znacznie, głównie za sprawą szalejącego Infiego. Ci, którzy pozostali jeszcze przy życiu na pewno nie byli szczęśliwi zaistniałą sytuacją. Problem Entropii jednak nie skończył się jeszcze. Krążący wokół nich łucznicy nadal stwarzali zagrożenie, a strzały - nawet jeśli niezbyt celne - musiały prędzej czy później dosięgnąć swoich celów.

Awatar użytkownika
Vyrn
Posty: 57
Rejestracja: 06 sty 2014, 15:04
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46445#46445

30 wrz 2015, 18:04

Vyrn, nie zwracając w tej chwili uwagi na to, co dzieje się wokół, był w pełni skupiony na swojej własnej walce. Przeciwnik posiadał wszelkie przewagi, jakie tylko można było posiadać. Był wyżej, Vyrn nie mógł go dosięgnąć, posiadał lepszą broń i zapewne także lepsze wyszkolenie. W bezpośredniej walce zabójca nie miał żadnych, ale to żadnych szans i zdawał sobie z tego sprawę. Musiał więc szybko wymyślić coś, co pomoże pokonać mu tamtego.

Jedyne rozwiązanie, które przychodziło mu na myśl, to zaatakowanie konia. Ten albo wpadnie w panikę i gdzieś pobiegnie, albo zwyczajnie zrzuci jeźdźca, co da Vyrnowi o wiele większe szanse. Unikając następnego ciosu zanurkował więc pod nim i zbliżył się do wierzchowca, po czym wbił w niego sztylet, wyjął go jak najszybciej i jak najboleśniej dla zwierzęcia i szybko odskoczył, czekając na konsekwencje, które nastąpią.

Jeżeli jeździec w tej chwili spadłby z konia, zabójca, nie czekając, doskoczyłby do niego i dobił, wbijając sztylet w szyję lub serce, zależy od tego, co byłoby łatwiej dostępne. Później wyciągnąłby broń jak najbardziej rozorywując ranę, by przekonać się, że tamten już nie wstanie, jak to czasem się zdarzało. Z pewnością nie zostawi tamtego póki nie będzie pewien, że w żaden sposób go nie zaskoczy.

Awatar użytkownika
Lilianna
Posty: 68
Rejestracja: 22 lut 2014, 19:53
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2890

14 paź 2015, 13:12

Kobieta stanowczo była bezużyteczna w tej walce. Ciągle się bała ujawnić swoich umiejętności. Widziała jak mężczyźni walczą zaciekle, no może Vyrn trochę niezgrabnie, ale jednak próbował coś zdziałać. Ona sama nie mogła czekać w bezczynności w nieskończoność.

Zgrabnie przesunęła się do przodu i ominęła atak jeźdźca przez kilka kroków w tył, gdy ten ją minął i fizycznie, siedząc w siodle ,nie mógł jej zaatakować doskoczyła bliżej i cięła z całej siły w bok i plecy mężczyzny. Miała po temu większe szanse niż Vyrn ze sztyletem. Po ataku mniej lub bardziej udanym, bo nie wiedział czy tylko go lekko zraniła, czy może rana okaże się zbyt ciężka by kontynuować walkę i jednego będzie mniej.

Chcąc nie chcąc znalazła się niemal w środku walki, która ciągle się przemieszczała to tu to tam. Czuła się jednak tu bardzo zagrożona bez żadnego pancerza, ani choćby sprzymierzeńca za plecami. Zaczęła się wycofywać do miejsca, w którym stała wcześniej, lecz po drodze szybko analizowała otoczenie celem znalezienia jakiegoś upuszczonego łuku i choć kilku strzał. Miała bowiem nadzieję, że ze swojego bezpiecznego miejsca uda jej się ustrzelić, któregoś z jeźdźców. Ale gdyby jej sie jednak nie udało odnaleźć tego czego szuka i tak chciała jak najszybciej znaleźć się na swoim miejscu.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 lis 2015, 22:18

To było niemożliwe. Maskara, której dopuścił się Infi, nie równała się z niczym, czego dokonał wcześniej. Runiczny miecz ciął jak rozżarzony do białości, przechodząc przez ubrania, skórę i kości równie łatwo, jakby przechodził przez wosk. Również możliwości fizyczne jego dzierżyciela uległy znacznej poprawie. Od momentu, w którym posiadł Wygnańca, czuł, że w jego żyłach znajduje się więcej ognia, ale nigdy nie miał okazji sprawdzić tego w takiej sytuacji. Przewaga liczebna, wierzchowce, broń dystansowa i walka na niesprzyjającym terenie? Nic to! Pustynia Śmierci i żadni jej mieszkańcy nie byli w stanie zatrzymać furiata, nie z tą bronią i wściekłego jak nigdy.

Nie był w stanie dbać o to, w jaki sposób tnie, jego ciało poruszało się właściwie samo, robiąc z Infiego golema nastawionego wyłącznie na atak. Czuł, że coś się dzieje, że jego miecz pokonuje opór, a mięśnie buchają gorącem, czuł nawet, że obrywa, jednak nic z tego nie robiło nań żadnego wrażenia. Nie miał ani chwili na to, aby przystanąć i pomyśleć; zresztą jego stan na to nie pozwalał. Zachowywał się lekkomyślnie i z pewnością, gdyby nie pozostali członkowie Entropii, postradałby życie.

Rozciął brzuch tego, z którym walczył, nie dając mu możliwości ucieczki. Przygniatając nomada własnym ciałem nie zważał na jego krzyki i unoszące się w kierunku jego gardła ręce. Jucha obficie splamiła szaty woja, bryzgając z trzewi jego najnowszej ofiary. Nawet w ferworze walki Infi znalazł odrobinę czasu na akt okrucieństwa, otwierając ciało mężczyzny bardziej, niż było to konieczne. Kiedyś nigdy nie zdobyłby się na tego rodzaju działanie, teraz jednak sprawiło mu ono przyjemność, jakby przydając nowych sił, ale jednocześnie studząc odrobinę jego zapał, jakby dobrnął już do swego maksimum.

Woj powstał z trudem, nie widząc zbyt wiele z powodu piasku wżerającego się w jego rozświetlone żółcią oczy oraz krwi swych wrogów oblepiającej rzęsy. Strzała wbita w nogę i ciągle poruszające się piaski nie pomagały w kontynowaniu walki, a przeciwnicy byli daleko. Niezdolny do dokończenia swego dzieła Infi rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś leżącego nieopodal wierzchowca. Powalił ich kilka, więc liczył na to, że przynajmniej jeden z nich będzie tutaj leżał. Przypadł doń i leżąc płasko na plecach starał się skryć przed nomadzkimi strzałami. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie tkwiącego w jego nodze pocisku, ale ostatecznie poprzestał na jego złamaniu. Nie miał czasu, żeby pokusić się o założenie choćby prowizorycznego opatrunku.

Próbował wyłowić wzrokiem swych kompanów, ale szło mu niesporo. Gdyby jakiegoś dojrzał, z pewnością spróbowałby do niego dotrzeć i mu pomóc. Na to się jednak nie zanosiło, więc liczył po prostu na to, że któryś z nomadów zapędzi się na tyle blisko, aby możliwym stało się zaatakowanie go. Nie mógł jednak tkwić tutaj w nieskończoność, więc po pewnym czasie zdecydował się powstać i samemu dotrzeć do przeciwnika.

Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 758
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

13 gru 2015, 14:22

Strzały chciały dopaść maga, jednakże żadna nie była w stanie zadać dotkliwej rany. Jedna zahaczyła o maskę, inna wbiła się w ciało. Nic jednak nie przeszkodzi w tej chwili artyście, tworzącemu krwawe dzieło, które ma zwieńczyć losy tej potyczki. Czuł, że włada piaskami, jednakże te tylko leniwie błąkały się między nogami oponentów, tworząc im grząski teren między nogami. Czuł, że może więcej, każda niezrozumiała inkantacja wydobywająca się nieświadomie szeptem z jego ost o tym świadczyła. Rysa na masce jakby się wypełniała piaskiem, który latał w wietrze. Czuł, że ktoś go chroni. To jednak było mało dla Ciemnego. powoli czuł, że i on zaczyna odczuwać żądzę, Zew Pustyni, która powołała go do życia z umarłych. Zbliżał się do jedności z siłami, które jeszcze kiedyś były mu bratem.
Strzelił palcami lewej dłoni, uniósł ją w górę, następnie opuścił jakby starał się wzbudzić falę. Podświadomie czuł, że musi iważać na jego przywódcę, furiata, aby nie pogrzebać go razem z tymi bandytami. W prawicy dzierżył sztylet, szykując się na atak na bliskim kontakcie. Gdyby był świadomy tego, że mógłby połączyć siły z Kenkharem, stworzyć coś w rodzaju piaskowej burzy, gdzie Entropia byłaby okiem cyklonu, zaś wrogowie zostaliby poharatani drobinkami piasku, byłoby to zbyt piękne.
Niech ziemia drży, świadoma swego Pana i Władcy, oto nadchodzi Nowy Kres, zwiastun zniszczenia na ten świat. Jam jest Marzeniem Emocji i Nieporządku i krążę pośród mego ludu.
- Nieład przyniosę.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 912
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

28 gru 2015, 15:48

MG

Vyrn zdawał się tańczyć. Uchylał się, okręcał, skakał. Wszystko byle tylko uniknąć cięć, gdy wprawna ręka bandyty posyłała w jego stronę szablę. Konny nie dawał okazji na odpowiedź, nie zwalniał, po każdym ataku zwiększając dystans i zawracając. Odbierał sobie tym okazję na kolejne ataki, ale pozbawiał też jej zupełnie złodzieja. Vyrn słyszał jedynie szum krwi w swoich uszach, dyszał ciężko. Była to dla niego walka o życie. Walka, którą chciał wygrać. W końcu podjął ostateczną decyzję. Przy kolejnym natarciu zanurkował pod ostrzem nomada. W obojczyku odczuł nagle łaskotanie, które połączyło się z gwałtownym wybuchem ciepła. Zignorował jednak to niecodzienne odczucie, zajęty swoimi planami. Złodziej z całej siły wbił sztylet w bok konia, nim zdążył go wyszarpnąć zwierzę było już od niego na wyciągnięcie ramienia. Pęd szarpnął ściskającym broń mężczyzną, sprawiając że poleciał twarzą prosto w piasek. Jego sztylet wypadł mu z ręki, nie wiedział nawet czy leży gdzieś w piasku, czy może pozostał w końskim boku. Nie słyszał nawet przeraźliwego rżenia zranionego zwierzęcia, które biegło dalej przed siebie. Miał chwilę czasu zanim nomad zapanuje nad rannym koniem, albo też będzie zmuszony z niego zeskoczyć. Musiał ją dobrze wykorzystać. Rozejrzał się wypluwając piasek. Jedyne co leżało stosunkowo blisko niego, to porzucony wcześniej przez nomada łuk. Przynajmniej leżał przed chwilą, teraz trzymała go żeńska dłoń.

Do akcji wreszcie ruszyła także i Lilianna, nie chcąc być gorsza od walczących mężczyzn. Skoczyła za jednym z jeźdźców, ale jej wysiłki skończyły się podobnie jak te Vyrna. Mężczyzna oddalił się zbyt szybko, aby ta zdążyła zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Jeździec nawet się za nią nie obejrzał, popędził w stronę Kenkhara. Mag, skupiony na czarach nie zdążył uchylić się w porę. Dzierżony przez konnego buzdygan zderzył się z jego głową. Powiewy wiatru poczęły szybko ustawać, gdy ich władca osunął się na ziemię krwawiąc z rany na głowie. Nomadzi walczyli zgoła inaczej, niż Wolenvaińskie rycerstwo. Szlachcice częstokroć wstrzymywali konia po pierwszej szarży, wymieniając z przeciwnikiem ciosy. Nieopancerzeni bandyci nawet nie podejmowali takich prób, świadomi że zatrzymując się koło pieszego tracą całą przewagę jaką dawało im dosiadanie zwierzęcia, a ich nieosłoniętych nóg i bioder nic nie chroni.

Kobieta nie była tak zagrożona, jak podejrzewała w pierwszej chwili. Walka nadal skupiała się wokół Infiego i znachora, ten drugi jednak zniknął gdzieś z jej oczu. Reszta drużyny wycofała się zawczasu, co sprawiało że ta dwójka stanowiła swojego rodzaju barierę pomiędzy nimi, a większością jeźdźców. Oczywiście, nie tyle fizyczną, co psychiczną. Nomadzi chcieli najpierw uporać się z dwójką wojowników, a potem dopiero kontynuować natarcie. Daleko było Liliannie do prawdziwego centrum walki. Mogła swobodnie rozejrzeć się za jakąś bronią. Dostrzegła łuk, który wcześniej porzucił walczący z Vyrnem jeździec. Popędziła w tamtą stronę, przy okazji widząc jak pociągnięty przez konia złodziej pada twarzą wprost w piasek. Poderwała łuk z ziemi. Strzały były porozrzucane po całym polu bitwy, ba, pojawiały się cały czas kolejne. Większość leżała w pobliżu Kenkhara, Ciemnego, lub też Infiego. Nie musiała jednak długo czekać, gdy kolejny z pocisków przeciął powietrze, lądując tuż przy jej nodze i rozrywając ubiór. Szybka analiza otoczenia wskazała jego źródło, kilkanaście metrów od niej jakiś nomad właśnie zawracał konia nakładając na łuk kolejną strzałę.

A co działo się tymczasem z przywódcą drużyny? Jego szał zaczynał opadać. Najwidoczniej Infi wreszcie osiągnął jakiś limit. Nie sprawiało to oczywiście, że nie był groźny. Ze strzałą tkwiącą nad kolanem i cały czerwony od krwi - zarówno swojej jak i przeciwników - wyglądał przerażająco. Miecznik skrył się za najbliższym koniem, aby tam uniknąć latających w jego stronę strzał. Nie ocaliło go to przed wszystkimi, w jego ramieniu utkwił kolejny już pocisk, który zresztą złamał tak jak poprzedni. Ból z jakiegoś powodu nadal był mu obcy, jakby mężczyzna utracił zdolność odczuwania go.

Znachor, który wcześniej towarzyszył mu w walce zniknął gdzieś. Żółtooki nie miał zielonego pojęcia gdzie się podział. Umilkły jego ryki, nigdzie nie słychać było świstu skorpioniego młota. Nigdzie nie stała potężna, zielonoskóra postać. Infi musiał poszukać innego kompana, jedyną opcją pozostawała oddalona nieco od niego grupa. Parcie w ich stronę nie miało sensu, zacisnął dłoń na Wygnańcu, powstał i chwiejnie zaczął iść w stronę kolejnych jeźdźców, raczej bez szans na doścignięcie któregokolwiek z nich i wystawiając się na atak. Kwestią czasu było aż pierś miecznika przeszyją kolejne strzały. Wtem ziemia zadrżała.

Ciemny nie był w stanie od tak połączyć sił z Kenkharem. Magowie nie znali się, nie rozumieli nawzajem, nie byli w stanie dogadać, nawet właściwie nie próbowali. Zresztą, Kenkhar nawet gdyby chciał nie był w stanie już tego zrobić. Ciemny sięgnął zatem po swoją własną moc, wydobywając na zewnątrz skryte w głębi jego duszy pokłady, które nigdy wcześniej nie widziały światła dziennego. Po okolicy poniósł się dźwięk, który przypominał zduszony ryk. Piasek drżał i wił się pod ich nogami, jakby nagle powołany został do życia. Potężna wydma uniosła się z ziemi, niczym ogromne szczęki uderzając w jednego z jeźdźców i grzebiąc go żywcem. Nie pozostał po nim nawet ślad. To było już zbyt wiele dla pozostałych. Rozpierzchli się na wszystkie strony zapominając zupełnie o walce. Pędzone na skręcenia karku konie błyskawicznie oddalały się od Entropii. Drużyna pozostała sama. I w tragicznym stanie.

Asim rzucił swoją broń i usiadł na ziemi, zaciskając dłoń na zranionym nadgarstku. Odetchnął, zapewne próbując zebrać myśli. Sokół chyba najbardziej przeżył całą sytuację. Nie wyglądał na urodzonego wojownika. Generalnie nie wyglądał na kogoś, kto lubował się w walce. Mimo to nie można było odmówić mu odwagi, jako pierwszy ruszył na pomoc walczącym. Po krótkiej chwili podniósł się z ziemi i ruszył w stronę swojego wielbłąda, który stał zdezorientowany przy ciernistych krzakach, jakby starał się nie rzucać w oczy. Pozostałe wielbłądy były w pobliżu, przerażone zbiły się w kupę i przetrwały tak całą walkę. Na szczęście instynkt stadny zwyciężył i wolały pozostać razem w złudnym uczuciu bezpieczeństwa, niż uciekać w samotności i panice.

Nie ucierpiała jedynie Lilianna, która najdłużej wstrzymała swój udział w walce. Nikt jednak raczej nie miał o to pretensji, w końcu była jedynie kobietą. Zaraz obok niej stał Vyrn, brocząc krwią z rany nad obojczykiem. Była dość głęboka, trudno było to stwierdzić, ale mogła nawet zahaczyć o kość. Szczęśliwie obyło się bez złamania.

Pozostali mieli się już gorzej. Kenkhar leżał na ziemi z nieprzyjemną raną na głowie, ba, nawet dwiema. Z daleka nie dało się właściwie nawet stwierdzić czy jeszcze żyje, czy może jego rozbita głowa została rozbita definitywnie i ostatecznie. Mężczyzna nie wstawał.

Drugi mag za to nadal stał na nogach. Również ranny, krwawiąc z płytkiego nacięcia na szyi. Z jego ramienia i łydki sterczały strzały. Ciemny budził jednak szacunek, niczym bożek, którego nie sposób było zranić w przeciągającej się walce. Było to zasługą faktu, że wokół niego, powbijane w różnej odległości od jego osoby sterczało dobre kilkadziesiąt strzał. Niewątpliwie zawdzięczał on Kenkharowi swoje życie. Pocisków starczyłoby nawet na to aby zabić go kilkukrotnie. Niemniej, nie był on jeszcze uratowany w pełni. W rany mogła wdać się gangrena, lub też mógł się wykrwawić.

W końcu przywódca drużyny, Infi. Istny horror. Wyglądał on jakby zstąpił do Czeluści, po czym wrócił na ziemię. Jego włosy były pozlepiane od krwi, dłonie od posoki stały się czerwone aż do połowy przedramienia, a ubiór przybrał ciemny, czerwony odcień. Na szacie nawet można było dostrzec resztki czyichś wnętrzności. A Wygnaniec... Wygnaniec zdawał się lekko jarzyć. Zapewne była to kwestia promieni słońca, które tańczyły na stali, załamywane przez niemałe ilości krwi zaschnięte na klindze. Można było wręcz odnieść wrażenie, że czarne ślady wijące się po broni ożyły i poczęły delikatnie drgać. Miecznik chwiał się na nogach, dopadła go nagła senność. Czuł się przeraźliwie wyczerpany, jedyne na co miał chęć to położyć się i zasnąć - nawet tam gdzie stał, pośród trupów, na piasku.

A znachor? Gdyby ktoś postanowił dobrze rozejrzeć się po pobojowisku dostrzegłby zagrzebany w piasku młot, którym ork niegdyś władał. Kilka metrów dalej, pośród zmiażdżonych zwłok koni i ludzi spoczywał jakiś kształt, który na nomada nie wyglądał. Cały zbrukany krwią, która wytoczyła się z dziesiątek ran pozostawionych przez strzały i cięcia. Ogromną dłoń nadal zaciskając na zmiażdżonej szyi napastnika, który wbił mu w brzuch sztylet aż po rękojeść. To była jego ostatnia wyprawa.

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Harkvinnar, Vereomil
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.