Łaźnia Radosnych Pijawek

Znajdujący się w północno-zachodniej części Wolenvain teren mieszczący wiele urokliwych zakątków, ale również świątyń i cmentarzy. Najbardziej rzuca się w oczy Pierwsza Katedra Świątyni Światła położona niemal przy samym rynku miejskim.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Łaźnia Radosnych Pijawek

04 lut 2011, 00:00

Jaśminowy Park pełen był urokliwych zakątków, o których kondycję dbała królewska wola. Ogrody, po których przechadzali się wszyscy członkowie wygasłej dynastii Wolenów, jaśniały także w pierwszej połowie piątego wieku Ery Feniksa, dostępne dla wszystkich, którzy zajechali do stolicy Autonomii Wolenvain. Czuć było w nich elficką rękę, pozostałość po pięknym lesie, którego doglądali podwładni Ylminy przed nastaniem czasu ludzi.

Wśród świątyń, strumyków, pomników, pięknych roślin i cmentarzy znajdowała się także łaźnia miejska, najbardziej odosobniona ze wszystkich i przez to ceniona przez tych, którym zależało na dyskrecji. Usługi nie były tutaj tanie, pozwolić mogły sobie na nie wyłącznie najzamożniejsze osoby. Niejednokrotnie odbywały się tutaj spotkania wpływowych członków Konsorcjum, mistrzów cechowych, wyższych kapłanów i mnichów Świątyni Światła czy nawet dworzan z Twierdzy, którzy lubowali się w tutejszym, parnym klimacie.


Łaźnia Radosnych Pijawek, jak nazwano ją przy założeniu, które miejsce miało w 346 roku Ery Feniksa, postawiona została na gorących źródłach. Bijące spod ziemi strumienie wody miały ogromną temperaturę, zadziwiając wszystkich tych, którzy przybyli do łaźni po raz pierwszy. Opowiadano, że do źródeł dostano się przy próbie wykopania niezwykle głębokiego grobu dla ówczesnego króla, który nastawał na to na łożu śmierci, argumentując swoją wolę chęcią utrudnienia podróży jego duszy do Nimbu. Inne wersje opowiadały o namiestniku i hrabim, jednak niezależnie od tego, kto rzeczywiście miał być tutaj pochowany, w podaniu zawsze opisywany był jako człowiek, który nigdy nie szedł na łatwiznę. Jego ostatni rozkaz nie został jednak nigdy spełniony, bowiem wietrzący w obecności gorących źródeł dobry interes mieszczanie szybko wzięli sprawy w swoje ręce, stawiając tutaj przybytek niemałego rozmiaru i niemałej renomy.


Do tej kamiennej, grubo ciosanej i przysadzistej budowli wchodziło się przez swoistą altanę, wśród której liczne były ciepłolubne rośliny hodowane przez mnichów z pobliskiego, niewielkiego klasztoru. Ich woń wprowadzała przybyłych w specyficzny, podniosły nastrój, była bowiem egzotyczna i nęcąca, kusząc do wykonania kolejnego kroku. Przechodząc przez portal wejściowy nie sposób było wyzbyć się wrażenia, że oto wkracza się do minionej epoki, do czasów, kiedy na tutejszych ziemiach nie było jeszcze ludzi, a wyłącznie przedstawiciele długowiecznych ras, dla których estetyka była jedną z nadrzędnych wartości.


Być może wrażenie to potęgowała liczna obecność smukłych niczym elfki – i w znacznej liczbie półelfich – panien, które oczekiwały tutaj na przybyłych. Łaziebny Haedrom wiedział, jak dogodzić swym znamienitym gościom, oferował więc na miejscu nie tylko możliwość zażycia kąpieli tak parowej jak i wodnej, ale również biegłych balwierzy i takoż biegłe dziewczęta, gotowe do pomocy tym, których było na nie stać. Co bardziej skorzy do rubasznego humoru bywalcy sądzili, że to właśnie od tutejszych kurtyzan wzięła się nazwa łaźni i nie można było odmówić temu poglądowi przynajmniej odrobiny sensu. Nie brakło również chłopców, często bardzo młodych, którzy cieszyli oko tych, którzy gustowali w ostrym pięknie męskiego ciała.


Budynek osadzony był głęboko, światło wpadało doń wyłącznie przez wysoko osadzone okna. Rozświetlony licznymi koszami z płonącymi węglami i, w większych salach, bogatymi świecami, wyłaniał się przed odwiedzającym leniwie, spod gęstej pary. Klienci chodzili po jego korytarzach zupełnie nago, nikt nie wydawał się zgorszony, bo zresztą nie było czym. Sale podzielone były na parowe i wodne, każda z nich pomieścić mogła kilka osób, brakowało indywidualnych i nikt nie oczekiwał, że będą się tutaj znajdować. Było nawet kilka wychodków przeznaczonych dla grup, tak, aby nie trzeba było przerywać obcowania z ludźmi nawet udając się za potrzebą.


Głębokie, kamienne balie z drewnianymi brzegami zachęcały do kąpieli, leniwych rozmów i zażywania relaksu, stanowiąc idealne miejsce schadzek towarzyskich. Przedstawiciele Świątyni Światła nie potępiali łaźni tego rodzaju w sposób formalny, chociaż unikali bezpośredniego z nimi skojarzenia. Niektórzy, szczególnie mniej wpływowi czy biedniejsi kapłani czasem zgrzytali zębami, opowiadając publicznie o tym, jakiego nierządu dopuszczali bywalcy tych miejsc, ale nigdy nie dochodziło do żadnych poważnych incydentów – głównie dlatego, że wyżsi rangą dostojnicy świątynni byli w łaźniach częstymi gośćmi.



//Niektóre z postów obecnych w tym temacie są niekanoniczne – temat pochodzi z czasów zamierzchłych, kiedy Leviathan nie był kierowany żadnymi zasadami. Z tego powodu należy traktować je z przymrużeniem oka. Zachowano je w ramach swoistego hołdu dla osób, które niegdyś przemierzały to Spektrum, a które w pewnym sensie wykreowały jego obecny kształt.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

14 wrz 2016, 17:38

Cuchnęła. Nie żeby stanowiło to stan wyjątkowy w życiu Anante, bo cuchnęli wszyscy. Cuchnęli ludzie na ulicach, cuchnęły zwierzęta, cuchnęło gówno wylewane na głowy przechodniów z nocników w kamienicach. Cuchnął cały, cholerny świat. I czasem, gdzieś w głębi swojego półdemonicznego serduszka żywiła głęboką nadzieję, że przyzwyczai się do tego smrodu. Że niczym jedni z największych akolitów sztuki smrodu, będzie mogła beztrosko porastać sobie brudem, niepomna na gwałt zmysłowy jaki wnosiła w życie bliźnich. Wszystko jednak wskazywało na to, że nigdy nie doczeka równie chwalebnego dnia...

Kobieta z pewnym trudem odlepiła od karku przepoconą koszulę, w której spała jeszcze poprzedniej nocy, próbując tylko nie oddychać za głęboko, kiedy kwaśny zapach jej własnego, zestarzałego potu uderzył ją w nozdrza. Nie żeby jej zmysł powonienia czymkolwiek odbiegał od zmysłów jej bliźnich, jednakoż z tych czy innych względów skupiał się właśnie tylko na tym jednym, szczególnym bukiecie zapachowym, od którego przewracało się jej w żołądku. I w sumie to właśnie on stanowił chyba główny powód, dla którego nazbyt nie opierała się, kiedy rozdzielono ją z resztą (zdecydowanie męskiego) towarzystwa. Po prostu po paru dniach wytężającej podróży, wiosłowania, dalszej podróży i innych "przyjemności" nikt nie pachnął za ładnie. Nie chciała też, żeby ktokolwiek "przypadkiem" pomylił ją z jedną z kurtyzan. Chociaż może odrobina seksu była tym, czego jej w tej chwili brakowało? Na pewno zaś stanowiłaby miła odmianę po średnio przespanych nocach w trakcie których towarzyszyło jej nieodłączne ostatnimi czasy poczucie zagrożenia.

Teraz jednak z czystym sumieniem mogła się zrelaksować; odpocząć przez chwilę, nie martwiąc się nikim i niczym. Normalnie może pomarudziałby, buntując się przeciw temu, że traktowano ją gorzej; jakby była dodatkiem do całości. Jasne, była kobietą i żyła w świecie, gdzie jej rola powinna się sprowadzać do rodzenia dzieci i zadowalania pana i władcy domu i zagrody, ale nie znaczyło to bynajmniej, że musiała na to przystawać i godzić się. Na razie jednak myśl o kąpieli w małym bo małym, ale dla niej aż za dużym basenie, który miała tylko i wyłącznie dla siebie zwyciężała ze wszystkim innym. Dlatego poczekała wcześniej grzecznie, aż panowie się rozbiorą, uśmiechając się ładnie i mimowolnie oceniając kto ma jakiego, zanim mając już pewność, że nikomu nie będzie to przeszkadzać zaczęła się rozbierać. Teraz stała już zupełnie nago, wyplótając jeszcze rzemyk z włosów, nim z zadowolonym mruknięciem ruszyła w swoją stornę, kołysząc lekko biodrami i pozwalając by sługa, czy też służka zatroszczył się o jej odzienie.

Rozkosznie letnia (a dla większości ludzi najpewniej gorąca) woda otuliła jej skórę, kiedy tylko zanurzyła się w niej, rozluźniając powoli napięte po podróży mięśnie. Przez dłuższą chwilę maginii po prostu się w niej moczyła, nie robiąc nic więcej. Przymknąwszy oczy, ułożyła się na jej powierzchni z głową wspartą o brzeg i mrucząc jak rozleniwiony kot leżała tak sobie, ciesząc się spokojem. Gdzieś tam ktoś rozmawiał; opowiadał o ich przygodach, wznosił toasty, śmiał się... a jej po prostu nikt nie przeszkadzał. Nie przejmowała się też tym, czy ktoś na nią akurat patrzył, czy nie. Nawet jeśli miałby na co... Dziewczyna była naprawdę gibka; nie przesadnie wysportowana, czy szczupła, ale niezwykle wręcz zgrabna. Wyraźnie zarysowane piersi unosiły się lekko w miarowy takt jej oddechu, kusząc spojrzenie nie mniej niż wąska kibić, czy przyjemnie zaokrąglone biodra. Chwilę później jednak prosty gest, mruknięcie i odrobina skupienia, sprawiły że całe pomieszczenie wypełniła gęsta para, kiedy woda w baseniku stała się sporo gorętsza. Dla większości ludzi nieznośnie, dla niej idealnie ciepła. W końcu jednak wysunęła się na brzeg i wciąż ociekając wodą skinęła na słóżkę, by ta podeszła bliżej.

Dziewczyna była całkiem ładna; może nie jakoś wybitnie, ale nie raniła oczu. Z wyglądu mogłyby być rówieśniczkami, szkoda tylko, że na widok bladoróżowych oczu Anante zbledła niemal od razu, wykonując znak chroniący przed złymi siłami. Nie miało to zresztą większego znaczenia, skoro już chwilę później miała co zrobić. Półdemonica nie zamierzała sobie żałować mycie włosów zajęło dłuższą chwilę, zanim podenerwowany szarpaniną z dredami rudzielec wezwał balwierza, uwalniając się tym samym od pozlepianej brudem czupryny. Trochę było jej ich szkoda, ale tak było po prostu wygodniej i prościej. Potem przyszła kolej na obcinanie paznokci; na moment tylko "pożyczyła sobie" brzytwę i w paru sprawnych ruchach doprowadziła do porządku zarówno swoje nogi, jak i miejsca intymne. Na koniec nacieranie wonnymi olejkami i rozkosznie długi, wprawny masaż, przed tym jak znów schowała się do wody, odprawiwszy większość ze sług. Nie mając za wiele więcej do roboty, wsparła się ramionami o brzeg basenu i poruszając lekko nogami zaczęła przysłuchiwać się rozmowom, toczonym w męskiej części łaźni, zerkając co jakiś ciekawskim wzrokiem na dziewkę obok, przygryzając przy tym lekko kącik ust. Nawet jeśli zazdrościła panom konwersacji, to było jej za dobrze, żeby gdziekolwiek się ruszyć. Zresztą... kto wie? Może któryś zaraz się do niej dołączy i dowie się czegoś ciekawego?

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

15 wrz 2016, 21:34

Opowieść Drasima została dobrze przyjęta przez wszystkich obecnych, a co więcej, nikt z jego drużyny zwiadowców nie zgłosił żadnej obiekcji i nie przerwał mu opowiadania. Cyrulik rad był z tego, że właściciel tego przybytku zrezygnował z pobrania opłaty od Patriotów, w końcu w zamian dostał ważne i wartościowe informacje, których autentyczność była bezsporna. W momencie, gdy Ajen wznosił toast za zdrowie Brigorda, uzdrowiciel również podniósł kielich. Chwilę po tym do jego głowy przyszła mu myśl, że kapitan może grać we własną grę, chociaż Drasim nie miał zamiaru podważać w żaden sposób lojalności Ajena, nawet w swoim własnym umyśle. Medyk skromnie tylko kiwnął głową, gdy kapitan pochwalił historię o wyprawie zwiadowców. Półczłowiek chciałby, żeby była ona lepsza, ale w tej chwili tylko na tyle było go stać.

- Ha, no to kapłani się trochę pospieszyli z tymi modłami. - Powiedział tylko Drasim, gdy usłyszał dalsze słowa Ajena, później jednak zrobiło się znacznie mniej ciekawie. Uzdrowiciel nie miał pojęcia co wiedział kapitan o grupie zwiadowców. To pytanie mogło paść tylko po to, żeby reszta Patriotów mogła bardziej zaznajomić się z „leśną” grupą. Drasim wątpił jednak, żeby Lustro wyjawił komuś umiejętności swojej drużyny, w końcu nie miał jak ich naprawdę wcześniej poznać. Skądś mimo wszystko wiedział kto co potrafi i skonstruował grupę tak, żeby zwiększyć ich szanse przeżycia. Uzdrowiciel uważał, że Brigord zdał się całkowicie na mrocznego elfa i w takim razie Ajen nie wiedział nic. Półczłowiek nie wiedział co odpowiedzieć na to pytanie, ale w zasadzie on sam nie miał nic do ukrycia.

- Jestem uzdrowicielem, tak jak mój ojciec. Przez większość życia wędrowałem po miastach i wioskach lecząc ludzi. Można powiedzieć, że do Lwiego Brodu trafiłem przypadkiem. Przechodziłem traktem i zobaczyłem wielką zbieraninę ludzi, więc z braku lepszego zajęcia postanowiłem się przyjrzeć temu zbiegowisko. Nietrudno o zajęcie dla uzdrowiciela, gdy tyle ludu zbiera się w jednym miejscu. - Wytłumaczył Drasim, nie mijając się z prawdą zbytnio. - Nie traktowałem plotek o demonie zbyt poważnie co było poważnym błędem. - Kontynuował. - Podejrzewam, że Lustro zbyt wiele wam nie wyjawił, ale tylko sobie znanymi sposobami udało mu się zebrać grupę ludzi o różnych umiejętnościach. Ja miałem utrzymać przy życiu rannych i zminimalizować straty. - Zakończył swą kolejną, dłuższą wypowiedź, z której Ajen i reszta powinni być usatysfakcjonowani.

Uzdrowiciel oddał się przyjemnościom, którymi było picie wina i moczenie się w gorącej wodzie. Czuł się coraz bardziej zrelaksowany. Wcześniej tak skupił się na swojej opowieści, że zupełnie nie zauważył klejnotów Omivala. Dopiero, gdy Aerndal zwrócił na nie uwagę, Drasim spojrzał uważniej na maga wody. Cyrulik w swoim życiu widział już wiele, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkał. Po co ktoś miałby coś takiego robić? Czy to były kamienie szlachetne, czy też pozbawione wartości kamyki? Długo mógł się głowić nad klejnotami Omivala, ale ostatecznie sobie odpuścił. Chciał skwitować to jakąś zabawną uwagę w stylu półelfa, nic jednak nie przychodziło mu do zmęczonego umysłu, a tyle jeszcze spraw było do omówienia.

- Powinniśmy być dobrej myśli, kapłani z pewnością odpowiednio zajmą się tym pomiotem Czeluści. Miejmy nadzieję, że pan Brigord i wszyscy nasi ranni towarzysze wyzdrowieją. Patrioci nie zostaną złamani tak łatwo. - Powiedział Drasim, gdy usłyszał o tym co musiała przejść reszta. Czuł jakąś więź z tą grupą. Pierwszy raz od bardzo dawna przebywał w takim towarzystwie, wcześniej głównie zajmował się chorymi i rannymi ludźmi, którzy nie byli zbyt rozmowni często. On sam należał do milczących typów, ale luźna atmosfera łaźni nieco pobudziła jego język, chociaż w dalszym ciągu pilnował by nie pić zbyt dużo wina. Przede wszystkim chciał odzyskać siły, musiał być wypoczęty, kto wie co jeszcze dzisiaj będzie musiał robić. Drasim zastanawiał się też co słychać u Anante, została wpuszczona razem z nimi do łaźni, ale do innego pomieszczenia, więc raczej nie miała tam zbyt dużego towarzystwa i okazji do pogadania. Uzdrowiciel dyskretnie starał się ocenić wzrokiem każdego z Patriotów, by dowiedzieć się czegoś więcej o tej grupie.

Czas mijał głównie na luźnych rozmowach, nikt za bardzo nie chciał podejmować poważniejszych tematów, chociaż było ich wiele. Teraz trzeba było głównie odpoczywać, ale kiedyś nadejdzie chwila, w której opuszczą ten budynek. - Kapłani powiedzieli cokolwiek, gdy wyrzucali nas z kamienicy? - Zapytał luźno Drasim. Ciekaw był co też takiego robią temu demonowi, chociaż na samo jego wspomnienie budziły się w nim nieprzyjemne myśli. Miał nadzieję, że zabiorą stwora z tego miasta jak najszybciej. Jego umysł zaprzątały też Wichrowe Szczyty, rozdarty był między wyprawą w góry, a pozostaniem z Patriotami. Postanowił, że na razie zobaczy czy uda mu się jakoś pomóc rannym, uzdrowiciel pewien był, że dopuszczą go do Brigorda i reszty.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

13 mar 2017, 16:53

Niewiele potrzeba, aby umysł uwolnił się od przykrych myśli i emocji. Jeszcze za czasów pracy w aldhalańskim szynku Omivala dziwiło, ileż to trunków mogą wyżłopać tamtejsi bywalcy, co często napawało go niemałą odrazą. Jednak teraz zaczynał wszystko rozumieć. Tamtejsza ludność nie miała łatwo i alkohol był dla niej znakomitą ucieczką od licznych trosk. Choć nigdy go nie nadużywał, czuł że teraz najwyraźniej tego potrzebuje, a nawet chce. Nie wypił wiele, lecz z każdym łykiem wspomnienia niedawnych wydarzeń zdawały się niknąć, a wesoła atmosfera zaczęła mu się coraz bardziej udzielać. Wszelkie skrępowanie ustępowało, lęk o własną nagość wyparła ekscytacja pięknem cudzych ciał, nawet nieznajomi, których z reguły traktował z dozą nieufności sprawiali wrażenie tak przyjaznych, że aż się chciało się z nimi przebywać. Mag wody nie pamiętał, kiedy czuł się tak swobodnie, pragnął, aby te chwile trwały jak najdłużej.

W międzyczasie wzbogacona szczyptą magii opowieść Drasima dobiegła końca i głos zabrał rozochocony Ajen Firaar, chwaląc wyczyny Patriotów, jednocześnie wspominając o Lustrze i jego niejako świadomym wyborze członków drużyny zwiadowczej. Omival nie sądził, aby niewielki oddział, którego był częścią składał się z przypadkowych rekrutów, jednak skąd mroczny elf znał ich umiejętnościach wciąż było tajemnicą. Chociaż zwiadowcy spędzili ze sobą już trochę czasu, to nadal byli dla siebie wielką niewiadomą. Omival wprawdzie nabrał już pewnego zaufania do swoich towarzyszy, ale wciąż doskwierała mu chęć poznania ich bliżej, mimo że na pierwszy rzut oka nie kwapili się do rozmów na własny temat, a sam mag wody zdecydował się nikomu nie narzucać. Skądinąd, okoliczności w jakich przyszło im się poznać, niekoniecznie sprzyjały rozwojowi jakichkolwiek relacji, co na szczęście się odmieniło i Omival, gdzieś z tyłu głowy miał niewielką nadzieję, że Patrioci nieco się przed sobą otworzą.

Ku jego zaskoczeniu, myśli stały się czynami i Drasim coś o sobie napomknął, niewiele, ale zawsze był to jakiś początek. Omival czekał na więcej, ale się nie doczekał, natomiast najwyraźniej przyszła pora, aby sam zabrał głos, bowiem siedzący przed nim jegomość zainteresował się jego klejnotami. Już od dłuższej chwili mag wody odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Cóż, nie było się czemu dziwić, jego ciało się wyróżniało, toteż wchodząc do łaźni, wiedział co może go spotkać. Ciekawskie, mało dyskretne spojrzenia i szelmowskie uśmieszki początkowo wprowadzały Omivala w nieco minorowy nastrój, lecz dzięki kilku łykom wspaniałego napitku, szybko się do tego przyzwyczaił i było mu już wszystko jedno.

– Obrabowałem… I to nie jeden – odpowiedział bez namysłu i z taką powagą na twarzy, że gdyby po chwili się nie uśmiechnął, nadzy towarzysze mogliby go uznać za jakiegoś kryminalistę… Chociaż na dobrą sprawę, przywołując młodość Omivala, było w tym trochę prawdy. Jakkolwiek odebrano jego odpowiedź, mag wody intencjonalnie chciał, aby jego słowa miały dozę dowcipnego szyderstwa, sarkazmu, niestety chyba nie do końca miały taki oddźwięk. Poczucie humoru nie było jego najlepszą stroną, ale warto byłoby nad tym popracować, najlepiej wspomagając się jakimś alkoholowym specyfikiem.

Omival prawie nigdy nie zdradzał swojego pochodzenia, bowiem miał ku temu powody, co więcej jeden z nich wisiał na jego szyi. Poza wtopionymi w ciało kryształami, zewnętrznie niczym się nie różnił od zwykłego człowieka, za którego na co dzień wszyscy go mieli i wolałby, aby tak już pozostało. Skoro padło pytanie o świecidełka, najwyraźniej nieznajomy o elfickiej urodzie nigdy dotąd nie spotkał się z osobami podobnymi do Omivala, być może pozostali Patrioci również, a przynajmniej mag wody miał taką nadzieję, ponieważ zdecydował się wymigać od konkretnej odpowiedzi. O ile samo pokazywanie swej nagości było już bez znaczenia, to na opowiadanie o niej nie miał chęci. Pociągnąwszy solidny łyk wina, zaczął mówić.

– Dawno temu spotkałem pewną majestatyczną istotę. Dosłownie mnie pochłonęła – zawiesił głos, a jego myśli na chwilę cofnęły się do incydentu na morzu. – A później obudziłem się na plaży. Samiutki i golusieńki, z taką oto pamiątką – wzdychając, musnął swoje łono. Mówił ogólnikami, licząc, że nikt nie będzie drążył tematu. – Dlatego czasem trzeba uważać na to co piękne, bo bywa zdradliwe – skwitował, lekko kierując wzrok na otaczające rozmówcę, oczarowane jego wdziękiem kurtyzany.

Próbując zamknąć temat swojego wyglądu, Omival postanowił odpłacić się pytaniem na pytanie. Odkąd zanurzył się w wodzie, zdążył usłyszeć już naprawdę wiele, również na temat uwodziciela kurew. Dowiedział się, że ów mężczyzna był członkiem grupy Patriotów, która musiała posprzątać bałagan po wydarzeniach z Lwiego Brodu. Można było się spodziewać, że bandyci wykorzystają moment swobody, ale skala tego procederu była dla Omivala zaskakująca. Sama dezercja z pola bitwy też go zbytnio nie dziwła, zwłaszcza po tym co widział. Zastanawiało go tylko, jak do zamknięcia całej tej sprawy przyczynił się relaksujący się przed nim Patriota.

– A ty kolego? Wydawać by się mogło, że cała ta wojaczka, o której dało się tu usłyszeć nie odcisnęła na tobie najmniejszego piętna. Mylę się? – zapytał. – Opowieść o naszej leśnej przygodzie wszyscy już słyszeli. – Kiwnął z aprobatą w stronę Drasima. – Może podzielisz się jakimiś szczegółami z waszej misji? – zasugerował, już lekko rozchwianym głosem, sięgając po kolejny pucharek z winem.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

When the Light Dies

07 lip 2017, 23:01

MG

W czasie, gdy mężczyźni weselili się w dużej sali, rozmawiając o niedawnej przeszłości i zażywając rozkoszy cielesnych, Anante relaksowała się spokojnie w osobnym pomieszczeniu. Jej przybycie do łaźni Radosnych Pijawek wywołało pewną konsternację, bo zazwyczaj kobiety się tutaj nie pojawiały. Większość rozrywek była przeznaczona dla przedstawicieli zdecydowanie brzydszej płci, ale nikt nie negował prawa płomiennowłosej Anante do odpoczynku. Łaziebny Haedrom zachował takt i sprawnie wydał swoim pracownikom polecenia. Na szczęście ruda współpracowała, sama bez wstydu zrzucając ubrania, które szybko zabrano do pralni.

Przydzielone jej pomieszczenie miała całkowicie do swojej dyspozycji. Subtelna służba wyczuła nastrój Anante, wycofując się dyskretnie i pozostawiając samotnie przez dłuższy czas. Gdy nadszedł odpowiedni czas, pojawiło się kilka służek z utensyliami balwierskimi. Rude kosmyki Anante zostały rozczesane, wymyte i natłuszczone, a także skrócone o końcówki. Zawiązano je w wysoki, wygodny kok, spod którego szybko wymknęło się kilka pasm. Chociaż służba z pewnością poradziłaby sobie z każdym, nawet tak ekstrawaganckim zadaniem, Anante samodzielnie się ogoliła, wzbudzając podziw ze względu na swoje doświadczenie z brzytwą. Ciało Patriotki bardzo dokładnie po tym wyszorowano i natarto wonnymi olejkami, a otarcia potraktowano maścią cyruliczną.

Na koniec symbolicznie okryto ją ręcznikiem i zaproszono mężczyzn. Podczas gdy jeden z nich sprawnie zajął się masażem, drugi zabawiał Anante luźną rozmową, nie ukrywając, że jest tu po to, by spełnić wszystkie jej zachcianki. Był nieco bezczelny i bezpośredni, ale trudno było posądzać go o nietakt w takich okolicznościach. Masażysta zachowywał delikatność, ale czuć było, że przywykł do zajmowania się męskim ciałem. Działał głównie tam, gdzie zbierało się w ciężko pracujących mężczyznach zmęczenie i stres. Tryb życia Anante obfitował ostatnio w oba te czynniki, więc nie mogła na to narzekać. Sługa z trudem ukrywał podniecenie, chociaż z pewnością przywykł do widoku nagich kobiet. W końcu nikt nie nosił tutaj ubrania, a Anante była częściowo okryta. Bardziej chodziło chyba o niecodzienną sytuację, w której uczestniczył. Po wypełnieniu swojego zadania oddalił się wraz z większością innych osób. W sali pozostały dwie kobiety i złotousty mężczyzna. Na brzegu zbiornika, w którym moczyła się Anante, nie wiedzieć kiedy pojawiły się różne gatunki wina, opium oraz inne specjały. Obok nich pyszniły się jędrne owoce, w tym rzadko spotykane w tej części Autonomii pomidory.

– Powinienem się oddalić, pani? – zapytał z niepasującym do tych słów uśmieszkiem służący. Jego ciało nie przypominało ciał innych mężczyzn, było bowiem całkiem wygolone. Prawdopodobnie przez upodobania tutejszych bywalców, a także elficki kanon piękna, do którego – jak się okazało – aspirowały nie tylko kobiety.

– No to może ty też powinieneś zajrzeć do Brigorda – rzekł po namyśle Ajen Firaar, wysłuchawszy drugiej opowieści Drasima. Tym razem śmiałek opowiadał o swoim życiu. Był uzdrowicielem, ale nie zagłębiał się w szczegóły. Nie było trudno wywnioskować, że zdolności Drasima są niecodzienne – w końcu byle kto nie trafiłby do grupy zwiadowców wytypowanej przez Lustro. Pan Firaar z pewnością to wiedział, nawet mimo podchmielenia i wielu innych, rozpraszających jego uwagę czynników. Jednym z nich były ciągle wnoszone do sali specjały, które wzbudzały jego zdziwienie oraz podziw. Trudno było się ich pozbyć, gdy na półmiskach lądowały egzotyczne owoce, wymyślne używki i drogie alkohole. Łaziebny Haedrom nie szczędził bohaterom bogactw, których większość z nich nie miałaby szansy zaznać.

– Tyle tylko, że zabiorą ten pomiot. I dobrze, nikt go tam nie chciał. Pewnie będzie stos – odpowiedział Ajen na pytanie Drasima. Sam najwyraźniej nie znał żadnych szczegółów, ale cieszył się, że cała sytuacja z demonem się rozwiązała. I to dzięki jego organizacji. Nawet, jeśli wydarzenia pod Lwim Brodem odcisnęły na nim swoje piętno, nie okazywał tego, mając zapewne na uwadze dobro swoich kompanów. Tymczasem padło luźne pytanie Omivala o rzeź, która się wówczas dokonała. Skwitowawszy opowieść człowieka o wielu klejnotach krótkim, pełnym uznania „o kurwa”, brodacz przystąpił do opowiadania o bitwie.

– To była rzeź – rzekł zgodnie z prawdą. Widać było, że ponosi go alkohol i chwila, w której wiele oczu się na nim skupia. Próbował powstać, ale poślizgnął się lekko i opadł z impetem z powrotem do wody, zanurzając się po nozdrza. Prychając wśród salw śmiechu starał się zachować fason, ale w końcu sam nie wytrzymał i roześmiał się perliście na głos. Jego ton był równie lekki, jak ten śmiech.

– Kiedym ja, Aerndal, przybył pod Lwi Bród wraz z najznamienitszymi patriotami stolicy nie spodziewał żem się, że napotkam takie dziwy! – wykrzyknął śmiałek, roztaczając wizję, jakoby opisywanymi dziwami byli jego towarzysze. Wzbudziło to wesołość milczącego dotąd Butalta. – Święta kawaleria miast pokazać swą siłę w pełnym słońcu Lorven Protektorki, ruszyła ku tłuszczy klinem, wbijając się jak w cieplutkie masełko! – Widać było jak na dłoni, że Aerndal niepoważnym podejściem do tematu tuszuje własną traumę, ale nikt nie zamierzał mu tego wypominać. Każdy radził sobie z tym, jak mógł, a to był jego sposób. Opowiadacz puścił oko do moczącego się nieopodal Slaviusa.

– Paru opamiętało się, rozpoczynając bratobójczy bój. Powiadam wam: czegoś takiego nigdy moje oczy nie widziały. Dziesiątki wypacykowanych pańczyków w blaszanych puszkach (bez urazy!) łoiło się po pyskach aż miło. Ledwom uszedł z życiem, ale najgorsze miało nadejść! Oto bowiem na placu boju pojawił się demon we własnej osobie, a po prawdzie, to i w dwóch! Lorven mi świadkiem, że nie łżę! – wykrzyknął, machając pucharem w kierunku sceptyków i rozlewając jego zawartość do wody. – Ten oto Slavius zmierzył się z nim i wyszedł z walki zwycięsko! Jakaż była jednak druga osoba tego bękarta Czeluści? Otóż: smocza! Tak! Smocza! Oto nad głowami walczących uniósł się podły gad, spopielając tak prawych jak i nieczystych, tak dziwki jak i kurtyzany, tak Patriotów jak i Lokentczyków! Najwyraźniej jednak sama Lorven zapłakała nad losem nas, maluczkich i przerwała ten pogrom! Powiadam wam – to był znak, znak końca czasów, które znamy! I gdybyż… – nie dokończył, znowu tracąc równowagę z powodu swego animuszu i tym razem trafiając do wody w całości. Co istotne, pusty niemal kielich utrzymał w górze, natychmiast przypadając do niego po wynurzeniu się. Wywołał tym drobne, choć entuzjastyczne oklaski oraz uśmiechy. W międzyczasie do łaziebnego Haedroma przystąpił jeden z nieobecnych wówczas służących. Jego kamienna mina nie zwiastowała niczego dobrego. Łaziebny poprosił Ajena Firaara na stronę. Ten wzniósł ramiona, aby zebrać uwagę.

– Do łaźni zdąża pan Biwekir Wawrekar, zięć Brigorda Berkwista – obwieścił. Jasnym stało się, że sprawa jest poważna, bo o ile wszystkim Patriotom ciążył zły stan ich zwierzchnika, tak jego bliscy mogli naprawdę ucierpieć. Z zachowania Ajena wynikało, że wspomniany Biwekir Wawrekar nie wie o sprawie więcej niż całe miasto, które z pewnością już huczało od nowin związanych z powrotem Patriotów oraz ujęciem demona. – Pójdę go powitać, nie przeszkadzajcie sobie – dodał, gramoląc się ze zbiornika. Otulił się ręcznikiem i wyszedł z sali.

– Prawda to, co ten głupiec gada? – zapytał zaciekawiony Butalt Slaviusa. Rzeczywiście historia Aerndala stawiała półelfa w sytuacji bez wyjścia. Musiał objaśnić swoją rolę w pokonaniu przerażających manifestacji demona, które ponoć pojawiły się nad Lwim Brodem.

Biwekir Wawrekar
Kontakt:
Posty: 20
Rejestracja: 20 lis 2015, 02:03
Lokalizacja postaci: Komnata Biwekira Wawrekara
Discord: Zdonir
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3553#55235

08 lip 2017, 14:31

Szlachcica zaczepili żebracy, którzy postanowili przyssać się do jego sakiewki niczym muchy do gówna. Biwekir poczuł wewnętrzne obrzydzenie, gdy zastał na swojej drodze hołotę. Niechęć mężczyzny względem marginesu społecznego brała się z jego osobowości nietolerującej miejskich pasożytów. Wąsacz postanowił najpierw przypędzić żebraków wulgarnymi słowami, zaś później zastosował on konkretniejsze argumenty pod postacią pięści. Torował sobie drogę do łaźni. Uderzał w każdego gnoja, który ośmielił się za bardzo zbliżyć.

Łysy wojownik z Lokent wytarł zakrwawione dłonie o większe liście roślin w pobliżu altanki. Sensacje zapachowe z przyjemnością wąchał wąsaty nos, który po chwili zmusił usta do uwolnienia kichnięcia. Wielka łapa szlachetnego woja wytarła nochal, niezadowolony Wawrekar poprzeklinał parę razy pod nosem i nadał paru kwiatkom przydomek kolorowych kurew. Posępne spojrzenie potomka synów północy zawiesiło się na drzwiach wejściowych. Chwilę później zbliżył się on do wejścia i postanowił je otworzyć. Pewnym krokiem przekroczył próg, spodziewał się powitania, w końcu się zapowiedział.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

08 lip 2017, 16:17

- Jeśli tylko będę miał okazję, z pewnością to uczynię. Zrobię co w mojej mocy, żeby pan Brigord Berkwist z nami pozostał i wrócił do pełni sił. - Powiedział poważnie Drasim, patrząc Ajenowi w oczy. Jego koncentracja i powaga zostały jednak wystawione na próbę, bowiem do sali zostały wniesione różne specjały, egzotyczne oraz drogie z pewnością. Uzdrowiciel zdołał się opanować jeszcze przez dłuższą chwilę, odczekał grzecznie, aż już wszystko wyląduje we właściwym miejscu, po czym sięgnął po jeden z owoców i skosztował go. W życiu nie spodziewał się, że będzie jadł coś takiego. Unikał z premedytacją alkoholu, próbując różnych owoców. Starał robić się to jednak powoli, delektując się smakiem. Drasim uważał, żeby nie przesadzić i nie okazać się prostakiem. Bądź co bądź, jego matka miała przyzwoite maniery i przekazała je najlepiej jak tylko potrafiła, chociaż nauka nawet szczątkowej etykiety była nudna.

- W każdym razie skończy tam gdzie jego miejsce. - Dopowiedział cyrulik, oglądając jeden z owoców ze szczególną uwagą. Po chwili zwrócił swój wzrok w kierunku Omivala i wysłuchał jego opowieści, krótkiej i niezbyt treściwej. Postanowił jednak nie drążyć na razie tematu i skupił się na półelfie, który miał opowiedzieć o bitwie. Zaczęło się dosyć obiecująco, zwłaszcza, gdy Aerndal zszedł na temat demona. Uzdrowiciel swój wzrok zwrócił w kierunku Slaviusa i przypatrzył mu się z ciekawością, chociaż niezbyt długo, żeby nie być niegrzecznym. - Smok? - Zapytał z ciekawością, powstrzymując się od dalszych pytań, gdy półelf wymienił drugiego sprawcę chaosu pod Lwim Brodem. Zaintrygowało go to, choć starał się nie dawać po sobie tego poznać.

- Oto prawdziwy mężczyzna! - Wykrzyknął Drasim i wskazał na Aerndala, gdy ten zanurzył się pod wodę, ale kielich utrzymał w górze. - Nie tylko biegły jest w sztuce wojennej, ale i opowiadać potrafi, o dbaniu o ten wyśmienity napitek i piękne naczynia już nie wspomnę. - Zaśmiał się uzdrowiciel i skinął w stronę Hadreoma. Drasim sprawnie napełnił kielich półelfa pon czym uniósł puchar do góry. - Zdrowie gospodarza! - Rzekł uzdrowiciel i wypił do dna. Odłożył potem naczynie na bok i dalej wypoczywał w wodzie. Musiał nabrać sił, w końcu kolejne dni mogą być bardzo wymagające, mimo że bardziej niebezpieczną część przygody miał już za sobą.

Uwagi Drasima nie przyciągnęła zbytnio zapowiedź niejakiego Biwekira. Oczywiste było to, że będzie chciał dowiedzieć się tutaj jak najwięcej, chociaż na dobrą sprawę o obecnym stanie zdrowia pana Berkwista niewiele było wiadomo. Kapłani już dłuższy czas temu zajęli kamienicę. Dużo większe zainteresowanie uzdrowiciela zyskał Slavius. Drasim bardzo ciekawy był jego słów. Niezależnie od tego czy pogromca demona podzieli się swoją opowieścią, cyrulik swoją uwagę przeniesie na pana Wawrekara, gdy już wkroczy on do tej sali. Tymczasem jednak starał się odpocząć jeszcze, próbując od czasu do czasu jakiegoś przysmaku.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

It's so good, to be bad...

08 lip 2017, 16:35

To był dobry dzień. Jeśli czegoś półdemonica była w tej chwili pewna, to właśnie tego. Było jej dobrze; błogo i przyjemnie, kiedy wprawne dłonie przebiegały po jej ciele, rozczesywały włosy, nacierały skórę wonnymi olejkami. Kiedy nie musiała martwić się nikim i niczym, coraz bardziej odpływając myślami. Mając szansę rozluźnić się i odpocząć po raz pierwszy od dawna.

Bawiła ją rozmowa z złotoustym sługą i nawet nie kryła rozbawienia czającego się w jej oczach, kiedy spostrzegła podniecenie masażysty. Schlebiało jej, przyjemnie łechcząc próżne, demonie serduszko. Wciąż była piękna, wciąż mogła budzić zazdrość, pożądanie... Zaśmiała się cicho, zagryzając leciutko kącik ust, czy to z powodu czegoś, co powiedział mężczyzna, czy rozbawiona własnymi myślami. Podobał się jej i to dużo bardziej niż większość szorstkich, zarośniętych ogierów, z którymi miała "przyjemność" obcować na co dzień. Gładkie lico, gładkie słowa; ciekawe czy inne sprawy przychodzą Ci równie... gładko? Zachichotała cicho, podchodząc do zbiornika z wodą i niezbyt przejmując się przy tym ręcznikiem, który powoli rozwiązywał się na jej boku.

-Uważaj, bo jeszcze uwierzę, że jestem panią z dobrego domu.-Uśmiechnęła się do niego, błysnąwszy białymi ząbkami. Przysiadła nieopodal wodnej fajki, bawiąc się w udawanym zamyśleniu jej ustnikiem.-Mogłabym wtedy zrobić się naprawdę nieznośna. Mieć zachcianki, potrzeby...- Zerknęła na niego, przeciągając nieco kolejne zgłoski, nim zaciągnęła się białawym dymem. Leniwie poruszała nogami pod wodą, zastanawiając się co teraz zrobi chłopak. Czując przyjemny dreszcz przechodzący po całym ciele, kiedy jej zmysły przytępiały się nieco.-Albo kaprysy. A może powinnam?-Nie próbowała nawet ukryć spojrzenia, jakim na chwilę otuliła jego ciało; przebiegając po nim oczyma bez choćby cienia wstydu, choć jej policzki zapłonęły po tym lekko, a uśmieszek stał się nieco bardziej przekorny.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

How Strange the Silence

08 lip 2017, 17:32

MG

Szlachcic piorący po mordach żebraków na ulicach Wolenvain stał się niemałym widowiskiem. Biwekirowi Wawrekarowi puściły chyba nerwy, choć ciosy wymierzał nie tylko sążniste, ale także wyjątkowo celne, szybko rozpędzając tłuszczę, która wpadła z deszczu pod rynnę, prosto w objęcia strażników miejskich. Ci, zajmując obligatoryjnie stronę możnego w tym krótkim, acz intensywnym sporze, nie oszczędzili biedakom lag. Incydent ruszył w świat na ustach gapiów, a Wolenvain dowiedziało się, że oto zięć dowódcy Patriotów zdąża do łaźni Radosnych Pijawek. Plotkarze nie mogli mieć Biwekirowi niczego za złe – w końcu miał prawo być roztrzęsiony po tym, co stało się z ojcem jego żony. Jeśli zaś jeszcze nie był poinformowany, to tym bardziej miał powody do złości.

Winą żebraków było, że wybrali nieodpowiedni cel, nie tylko prosząc o jałmużnę, ale otaczając szlachcica niczym rój, głodny całej zawartości jego sakiewki. Gdyby pan Wawrekar się nie pilnował, z pewnością pozbyłby się kosztowności. To, że pilnował się pięścią i siniakiem, świadczyło tylko na jego korzyść. Z pewnością wiele wody w Iqui upłynie, zanim margines ponownie obierze go za swój cel. O zemstę nie było potrzeby się martwić – tknąwszy szlachcica z Twierdzy przedstawiciele marginesu podpisaliby na siebie wyrok śmierci. W końcu nikomu na nich nie zależało, a w lochach nie było miejsca na darmozjadów. Publiczne egzekucje i tortury cieszyły się natomiast niezmiennym zainteresowaniem wszystkich mieszkańców stolicy.

Wwaliwszy się do przedsionka łaźni Biwekir natychmiast wyłapał oczami Ajena, stojącego niepewnie wśród kłębów gęstej pary oraz powietrza przeszytego głośnym zgrzytem ożywionych rozmów. Widać było, że jest podchmielony, ale minę miał poważną, szybko podchodząc do swojego kumpla. Przywitał go mocnym uściskiem mokrej dłoni, zachęcając do ruszenia za nim w głąb kompleksu. Biwekir był tutaj znany, jak zresztą większość mężczyzn z Twierdzy, szczególnie głów rodów. Poza tym, był jednym z Lokentczyków, którzy mimo wszystko zachowali wierność Koronie (jaka by ona była), pojawiając się w Wolenvain po walkach z rebeliantami. Zapewniało mu to szacunek większości. Zresztą – sam dowódca Patriotów, pan Brigord Berkwist, pochodził z terenów obecnego Księstwa, a bliznę, która zdobiła jego twarz, zarobił w rozpaczliwej próbie zwalczenia separatystów.

Obaj mężczyźni trafili do wychodka, typowo urządzonego tak, by mogli sobie spokojnie usiąść i porozmawiać. Chętna do pomocy służba szybko rozdziała Biwekira, pozostawiając go całkiem nagiego. Siadając naprzeciw Ajena wiedział, że rozmowa będzie poważna. Miejsce, które wybrał Ajen, jasno świadczyło o tym, że natura konwersacji będzie delikatna oraz intymna. Nie chciał żadnej służby w pobliżu. Brak stroju świadczył o tym, że mężczyźni byli sobie równi, nie mieli nic do ukrycia, a dobór miejsca, że byli sobie jak bracia. (Nie, żeby ludzie Autonomii należeli do wstydliwych w tych kwestiach – normalnym było, że całe rodziny spały na jednym łożu, zażywały razem kąpieli i pozbywały się z ciała nieczystości. Godność królewskiego balwierza była otoczona ogromnym szacunkiem, mimo że polegała między innymi na podcieraniu tyłka władcy.)

Jeszcze zanim Ajen otworzył wrota wychodka, Biwekirowi ukłonił się po pas kapłan Tonuryn trzymający pieczę nad pobliską kapliczką. Chodziły słuchy, że duchownemu pomieszało się ostatnio w głowie; niektóre jego tezy ocierały się o herezję, a sam kapłan otrzymał już kilka ostrzeżeń od strony władnych Świątyni Światła. Zignorował je jednak, kontynuując sianie dziwacznych poglądów. Ich dokładna treść była Biwekirowi nieznana, bo jak większość szlachty uczęszczał do Pierwszej Katedry. Jego rozbiegany, szaleńczy wzrok nie zachęcał jednak do rozmów; zresztą Patrioci mieli inne sprawy na głowie.

– Wybacz mi, mój drogi przyjacielu, że nie poinformowałem cię wcześniej – rzekł Ajen na dobry początek, zagłuszając mową odgłosy z ustępu. Biwekir miał powody do dąsów, bo o powrocie Patriotów dowiedział się z drugiej, albo i nawet z trzeciej ręki, a o złym stanie swego teścia nie wiedział nic. Mimo wszystko pan Firaar trzymał fason mimo krążącego w jego żyłach alkoholu i mówił uspokajającym tonem. – Twój ojciec poprowadził nas ku zwycięstwu, ale ledwo uszedł z życiem. Leży w kamienicy. Zajmują się nim najlepsi chirurdzy – rzekł w żołnierskich słowach Ajen, nie zagłębiając się w szczegóły i nie mówiąc o okolicznościach wspomnianego zwycięstwa. Zaczynał od najważniejszych dla Biwekira informacji, waląc prosto z mostu. Można się było tego po nim spodziewać; tak zresztą nakazywała sytuacja. – Ci, którzy mogli, przyszli tutaj świętować – dodał, co nieobytych w sztuce wojennej mogłoby zaszokować. Biwekir Wawrekar miał jednak za sobą kilka poważnych starć i wiedział, że tych, którzy zostali ranni, należało otoczyć chwałą, pijąc za ich zdrowie. Wiele więcej pozostali wojowie nie mogli zrobić. Teść Wawrekara – nazwany przez Ajena poufale „ojcem” – był mocnym wojownikiem i na pewno posłał do piachu wielu podleców, którzy się na niego zamachnęli.

W innej części łaźni trwał w najlepsze niecodzienny flirt. Niecodzienny nie tylko dlatego, że stroną dominującą była w nim kobieta, przedstawicielka płci niespotykanej w łaźni w ramach klienteli. O jego naturze świadczył sam fakt jego wystąpienia – bywalcy tego miejsca zazwyczaj nie uciekali się do zabaw słownych z tutejszymi dziewkami. Przychodzili tu, by brać je tak, jak żonę by uwłaczało. Za niemałe pieniądze obmywali swoje ciała z żądzy, stresu i zmęczenia, a przez wielu dostojników świątynnych – głównie tych również zażywających łaziebnych uciech – takie postępowanie zbliżało do świętości. Anante miała jednak wiele doświadczenia – więcej, niż wskazywałby na to młode ciało. Po prawdzie, miała wszelkie prawo być znudzona konwencjonalnymi umizgami, pragnąć pożywki nie tylko dla ciała, ale też dla umysłu.

– Kimże jestem, jeśli nie tylko marnym sługą, niegodnym rozkazywania kobiecie – odparł złotousty, skłaniając lekko głowę w kierunku Patriotki. Nie było w nim wstydu, ale pożerał Anante wzrokiem, korzystając z sytuacji, w której normalnie nie miałby okazji się znaleźć. Kobiety takie jak ona były zazwyczaj poza zasięgiem nie tylko służących, ale także wszystkich mężczyzn nieprowadzących awanturniczego trybu życia. Ruda niejako wyłamała się ze społeczeństwa, znajdując swoją drogę wzdłuż jego marginesu i najwyraźniej odnajdując się w tym znakomicie. Samo pojawienie się kogoś o jej profesji w łaźni zakrawało na cud, a Anante wyglądała nieludzko wręcz dobrze, jakby w jej żyłach krążyła elfia krew. Geny robiły swoje, a obok aktywnego trybu życia dawały koktajl, który nawet wprawionego w damsko?męskich bojach sługę wprawiał czasem w zakłopotanie.

Masażysta dawno już opuścił salę, co nie pozostawiało złotoustemu żadnej konkurencji. Łaziebny Haedrom dobrze dobrał personel, by Anante zajął się mężczyzna nie tylko wyględny, ale i wygadany – w zależności od potrzeb. Starał się zachowywać profesjonalizm, ale powoli popadał w namiętność. Wyraźnie zaczynał myśleć również o swoich potrzebach – czymś, co tutejszym pracownikom się nie zdarzało. Wydatny udział w zmianie toku jego myślenia miało wyzywające zachowanie Anante. Służącemu wyraźnie zaczynało brakować słów, co sądząc z jego niemałego przecież doświadczenia oraz obycia zakrawało na duży sukces Patriotki. Mężczyzna robił dobrze swoim oczom, spoglądając bezwstydnie w te miejsca na ciele kobiety, za których tak wnikliwe oglądanie groziła wieczna męka w Czeluści. W duchu musiał dziękować swojemu szczęściu, które pchnęło go w objęcia najlepszej pracy pod słońcem. Jeśli tylko nie miało się moralności i honoru, towaru tak czy inaczej deficytowego w Autonomii Wolenvain.

Mimo wszystko jeszcze nie wybuchł jeszcze, rzucając się w żądzy na Anante, co z pewnością mogłoby go pozbawić nie tylko pracy, a może i zdrowia. W prestiżowej łaźni Radosnych Pijawek panowały proste zasady – jeśli ktoś tu przychodził, to należało go traktować jak możnego. A za tknięcie szlachcica wbrew jego woli groziły srogie kary. Anante wydawała się jednak wykazywać chęć bycia tkniętą – kto jednak wiedział, jakie myśli wykwitły w jej głowie? Była wolna, pozbawiona konwenansów i starannego wychowania, nierządna, naga i piękna, a przy tym nie sprowadziło to na nią losu ulicznicy. Służący mógł uważać ją za istny cud (i to pod każdym względem), ale nie wiedział nic na temat jej przeszłości – gdyby tak było, być może oddaliłby się szybciej, niż krążyła teraz krew w jego lędźwiach.

Biwekir Wawrekar
Kontakt:
Posty: 20
Rejestracja: 20 lis 2015, 02:03
Lokalizacja postaci: Komnata Biwekira Wawrekara
Discord: Zdonir
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3553#55235

08 lip 2017, 19:37

Biwekir zauważywszy starego druha Ajena, obdarzył go emocjonalnym spojrzeniem, bowiem najpierw wąsaty mąż z radością patrzył na przyjaciela, któremu udało się powrócić żywym do stolicy. Obaj szlachetni urodzeni znali się nie od dziś, więc niemożliwym było utrzymanie przez Wawrekara surowej, gniewnej postawy. Ta nadeszła później, gdy dłonie mężczyzn zamknął uścisk. Wąsaty pan zareagował na mocny uścisk wzmocnieniem własnego, aby jego kompan poczuł nieprzyjemne zaciśnięcie na ręce. Wtedy, kiedy powitanie przeciągało się w czasie, we wzroku wąsatego zawitała złość. Brązowooki, w tym momencie, miał za złe przyjacielowi zabawę w łaźniach, powinien czym prędzej poinformować Biwekira, a nie chlać. Po kilku uderzeniach serca wojownik uwolnił dłoń kumpla.

Maż pozwolił służbie działać, gdy wkroczył do wychodków. Umięśniony rycerz znał postępowanie sług, dlatego przyjął dogodną pozycję ułatwiającą jej zdjęcie z niego drogich ubrań. Zanim usiadł i na dobre zająłby się prowadzeniem poufnej rozmowy, Patriotów zaczepił kapłan. Biwekir postanowił odwołać się do znanej mu etykiety, żeby poprawnie powitać przedstawiciela kapłaństwa korzystającego z tutejszych usług.

W końcu rycerz osadził swoje dupsko. Z nieukrywaną konsternacją patrzył on na Ajena, oczekując od niego wyjaśnień. Usłyszawszy je wszystkie, Biwekir znieruchomiał i zamilkł, a jedynie praca jelita grubego zagłuszała ponurą ciszę. Żyłki uwypukliły się na szerokim czole słuchacza, zaś gniewy wyraz brzydko krzywił jego twarz. Brigord Berkwist odniósł rany, a skoro zajmowali się nim chirurdzy, były paskudne. Biwekir szanował swojego teścia i żywił doń synowskie uczucia, dlatego wkurwił się na tę wieść. Minęła długa chwila, kiedy żelazna dyscyplina pozwoliła mu się opanować.

- Jak się to stało? Przeciw komu walczyliście? Nie wierzę plotkom, chcę usłyszeć fakty od ciebie, druhu - odpowiedział bezpośrednio, otwarcie pokazując potrzebę doinformowania się.

W tym momencie Biwekir Wawrekar zmieniłby się w słuch, aby poznać bieg wydarzeń bitwy. Jeśli Ajen zakończyłby przedstawianie informacji, jego przyjaciel postanowiłby poruszyć inny temat. Być może z powodu chęci uspokojenia nerwów.

- Swoją drogą... Jak się miewa twoja rodzina, Ajenie...? - Zapytawszy, Biwekir rozpocząłby pogawędkę na tematy przyziemne, bezpośrednio związane z rodziną. Wytłumaczyłby ziomkowi, jak się sprawy mają u Wawrekarów. Wąsacz poruszał głównie temat swojego syna i córki. Chłopiec już niedługo powinien opuścić towarzystwo kobiet, żeby rozpoczął naukę pod okiem mężczyzn. Problem polegał na tym, że rodziciel nie wiedział, komu powierzyć synka pod opiekę. Natomiast córka powinna już wyjść za mąż, więc trapiło ojcowskie serce, który z kandydatów byłby najlepszy. Rozważanie na głos sprawiło, że Biwekir podzielił się czymś jeszcze z Ajenem.

- Hrabia Vir­n­hild Hil­d­u­un przybył do miasta.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

08 lip 2017, 20:15

Anante roześmiała się perliście, odchylając lekko do tyłu, tak, że ręcznik powędrował jeszcze parę centymetrów w dół, ledwie już okrywając jej biust. Czuła jak mężczyzna pochłaniał ją wzrokiem, jak powoli wszystkie jego myśli uciekały z głowy i jak bardzo ją samą bawiło to wszystko. Gładkie słówka, pożądliwe myśli i coraz mniej ukradkowe spojrzenia. Bogowie, nie pamiętam już kiedy ostatnio mogłam z kimś tak porozmawiać. Kącik ust wślizgnął się pod jej ząbki, kiedy przechyliła głowę sięgając po kielich z winem.

-Marność nad marnościami i wszystko marność.- Westchnęła z udawanym smutkiem.-I jak tu żyć? Gdzie podziali się mężczyźni, co z równą odwagą potrafili zamek wziąć i kobietę?-Mruknęła niemalże rozżalonym tonem i oblizała zarumienione usta. Dawno już zapomniała o wstydzie i nieśmiałości; trudno zresztą było zachować je, żyjąc tyle co ona. Mimo to serce biło jej przyjemnie szybciej; czuła już delikatny żar rozpływający się po ciele. Mrowienie i ciepłotę na swojej skórze- mężczyzna naprawdę się jej podobał. Pociągał ją w czysto fizyczny sposób. Bawił i... po prostu chciała to zrobić. Mogłaby tak jak mężczyźni obok wziąć go tu i teraz, albo odtrącić, tylko... co w tym byłoby przyjemnego?

-Jak tu być kobietą?-Zamruczała, unosząc pucharek do ust; niby przypadkiem pozwalając kropli szkarłatnego trunku spłynąć po swoim policzku i szyi. Wędrować coraz niżej, wraz ze spojrzeniem sługi. Ciekawa jak się zachowa, gdy zupełnie zmienią się zasady gry. Chciała by nie wiedział co powiedzieć, żeby na chwilę zapomniał o tym kim jest, kim ona jest. Bynajmniej nie dlatego, że w jakimkolwiek stopniu jej na nim zależało, czy obchodziły ją jego uczucia. Bawił ją; bawiła ją ta cała sytuacja. Podniecała i łechtała jej próżność, a poza tym sama chciała się zapomnieć. Przestać być awanturnicą, demonim pomiotem, czarodziejką, najemnikiem, Patriotką. Zapomnieć o przeszłości i zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby. Myśleć tylko o sobie, gdzieś mając konwenanse. Żyć tylko chwilą.
Nie zauważyła nawet kiedy zniknął masażysta, zresztą nie obchodził jej zupełnie. A na pewno nie w chwili, kiedy pochyliła się w stronę służącego, podpierając dłonią; zapatrzona w jego oczy (choć jeszcze chwilę wcześniej jej własne spoczywały wszędzie tylko nie na nich), z ręcznikiem, który okrywał w najlepszym razie już tylko jej kibić.

-Więc kimże jesteś?

Wróć do „Jaśminowy Park”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 23 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 22 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52251
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.