Gaj na polach

Tereny miejskie nie kończą się na jego murach. Do samego Wolenvain należy kilka wiosek, z których najważniejsza leży tuż pod nim. Tutaj znajduje się także częściowo zrujnowana, nadal używana podczas turniejów rycerskich, starożytna arena.
Awatar użytkownika
Lleyrnimehth
Posty: 28
Rejestracja: 28 wrz 2011, 17:15
Karta Postaci: viewtopic.php?t=772

Gaj na polach

23 gru 2011, 20:22

Gaj ten, skupisko dość masywnych drzew liściastych, znajdował się parę staj od murów Wolenvain, na otaczających je polach. Nie był duży ani niezwykły – od, zwykła wysepka drzew wśród rosłych traw. Bliżej mu było do linii pobliskiego lasu niż do samego miasta.

---

Lleyrnimehth, machając gorączkowo skrzydłami, opadła z hukiem na ziemię koło linii gaju. Była podekscytowana, podniecona obecną sytuację. Cieszyła się, obiecując sobie cuda które zaraz powinna była zobaczyć.
Niczym jaszczurka czołgająca się po ziemi, obróciła się łbem w stronę gaju i zanurzyła pospiesznie pomiędzy pierwszymi drzwiami. Na szczęście nie były zbyt gęste, mogła się między nimi przepchnąć, jednak martwił ją nieco fakt, że w takiej sytuacji nie jest to perfekcyjna kryjówka.
To nic, nie miała czasu żeby się tym przejmować. Wolała wierzyć, że nikt nie zbliży się do gaju, w pobliżu którego widziano niedawno lądującego smoka. Oby tak właśnie było.
Zanurzyła się najgłębiej jak mogła, do punktu w którym zdała sobie sprawę, że dalej drzewa umieszczone są zbyt gęsto. Moszcząc się w miarę wygodnie na zbutwiałych liściach, nie mogła odpędzić myśli do Ayumi i jej ciała, w którym miała się zaraz znaleźć. Nie mogła się jednak śpieszyć – najpierw wolała poświęcić parę minut na nałożenie na masywne cielsko kamuflażu. Trudno było jej się skupić, dlatego zajęło jej to też nieco dłużej niż zwykle, jednak w końcu stało się – ciało smoczycy rozpłynęło się i było ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie nabierze nagłej ochoty na spacerowanie po opuszczonym gaju. Inaczej może nadepnąć na jeden z jej ostrych kolców na ciele…
Gdy była już ukryta, skupiła się na Zielonej, szukając jej myślami gdzieś w pobliżu Północnej Bramy. Na szczęście ta nie poruszała się, dzięki czemu smoczycy szybko udało się ustalić jej położenie. Tylko moment zajęła rozszczepienie się ciała i duszy i wkrótce w gaju pozostało już tylko to pierwsze…

[ Dodano: Nie 10 Cze, 2012 19:50 ]
Lleyrnimehth polubiła Zieloną. Chociaż niektóre jej słowa mocno ją zraniły, to jednak jej wyrzuty sumienia były jak najbardziej prawdziwe i już nimi samymi zdobyła sobie wybaczenie smoczycy. Driada gadała dużo, była ciekawska i niewinna, a jej pytania śmieszyły Firletkę, która nagle poczuła się nie tylko ważniejsza i lubiana, ale też i nieco mądrzejsza. Zazwyczaj to ona była tą, która pytała o najróżniejsze ludzkie wynalazki, a przy Zielonej mogła zabłysnąć swoją wiedzą.
Jednak coś w sypialni na piętrze w Gospodzie Pod Linoskoczkiem poszło nie tak… Wszystko to, niezwykle trudne do opisania, stało się w sekundę i trwało bardzo długo. Smoczyca nie pamięta dokładnie kiedy się zaczęło, nie pamięta nawet ostatnich słów driady. Po prostu nagle wszystko zaczęło miarowo ciemnieć i się rozmazywać, zarówno przed jej oczami jak i w jej umyśle. Gdyby tylko miała w tym momencie świadomość zapewne dostałaby ze strachu zawału, w obawie iż jej ciału grozi niebezpieczeństwo, iż właśnie ktoś atakuje jej smoczą postać… ale świadomości nie miała. Umysł olbrzymiego gada pochłonęła ciemność, a ona nagle goła, krucha i mała spadała w tę głębię. Nie była już potężnym smokiem, była niczym młode smoczątko. Machała kończynami, jej serce trzepotało niczym skrzydła złapanego gołębia, oczy wyszły jej z orbit, jednak… nie mogła krzyczeć. Tak bardzo chciała krzyczeć o pomoc, o litość, jednak ciemność była zimna, a mróz zamrażał jej płuca.
Nie pamiętała jak ten koszmar się zakończył, ani też ile trwał jej dalszy trans. Wiedziała tylko że w tym czasie nie czuła nic, nie była nigdzie, nie miała myśli. Niby jak sen, jednak bez snów… Czuła, że nie istnieje. Czy tak właśnie wyglądała Otchłań? Czy tym właśnie było życie po śmierci?
I tak jak nagle zniknęła, tak też powróciła. Pierwszym co poczuła był ból głowy, drugim – ból brzucha. Smoczyca uniosła powoli obie pary powiek, ale światło poranka było dla niej takim szokiem, aż niemal zasyczała z bólu, zamykając je natychmiast. Teraz będąc bardziej ostrożną uchylała powieki bardzo powoli. Pierwszym, co dostrzegła, były konary drzewek w gaju. Lleyrnimehth uniosła powoli łeb, oglądając się w okół siebie. Była w swoim własnym ciele, leżąc w miejscu a którym je też opuściła. Był poranek, jednak nie wiedziała ile dni minęło. Zdawało jej się, iż jej dusza błądziła całymi tygodniami w poszukiwaniu ciała.
Nie miała wątpliwości co do tego, co się właśnie stało, jednak nie była pewna dlaczego. Jej dusza została wyrwana z ciała Ayumi i na wskutek szoku nie była w stanie wrócić do swojego prawdziwego ciała. Firletka nie raz była już ostrzegana przed mocą Jednego Umysłu, jednak nigdy nie przydarzyło jej się nic, czym straszyło ją Starszeństwo. Jej wrodzona ostrożność nigdy do tego nie dopuściła.
Jednym z powodów tego wypadku mógł być głód. Lleyrnimehth czując kłucie w żołądku uniosła się na łapach i spojrzała na swój wydęty brzuchol. Odłączenie umysłu mogło być reakcją ochronną, ponieważ nie skupiała się dostatecznie na własnym ciele. Czy była już głodna kiedy swoimi myślami znajdowała się w sypialni w Linoskoczku? Czy możliwym jest, że po prostu w wyniku podniecenia o tym zapomniała? A może to nie głód, a wynik jakiejś nieznanej jej magii? Słyszała, iż również zakłócenia magiczne mogą powodować zakłócenia w połączeniu umysłu z ciałem
Żółtołuska sama nie była pewna. Nieco zagubiona potoczyła wzrokiem w okół siebie, ale nie znalazła odpowiedzi, co przybiło ją jeszcze bardziej. Była też jednak też jasna strona medalu: w gaju nie było nikogo oprócz niej. Była sama i bezpieczna.
Smoczyca uniosła wielkie cielsko na czterech łapach i westchnęła głośno. Na jej pięknych łuskach osiadły liście i brud, czasem mieszcząc się w miejscach z których nie tak łatwo je usunąć. Niby drobiazg, ale wystarczył by dostatecznie popsuć jej humor. Stała tam chwile niczym wielka statua, rozdarta pomiędzy załamaniem się, kąpielą, posiłkiem a Zieloną i Nim. Zapewne zastanawiali się co się z nią stało… A może i nie.
Pewnie w cale nie zauważyli. Typowo przybiła sama siebie, jakby na złość chcąc jeszcze bardziej zepsuć sobie humor (jak widać – to było jeszcze możliwe). Ze zwieszoną głową zaczęła wiercić się, by tyłem wyjść z gaju. Jak już się wygrzebie na otwarty teren to podejmie decyzję, co teraz.
Wtedy przyszło jej do głowy, iż przy opuszczeniu Zielonej i jej mogła stać się jakaś krzywda. Że może i ona przeżyła wizję spadania w dół… śmierci. W tym momencie smoczyca zapewne olałaby się zimnym potem, gdyby tylko mogła… A że nie mogła, jęknęła tylko głośno i ignorując już drzewa które mogłaby zniszczyć, odbiła się z całej siły od miękkiego gruntu. Nie wzięła pod uwagi faktu, iż jej mięśnie nie były przygotowane do takiego posiłku po tak długim bezruchu, co spowodowało, że prawie wpadła na większe drzewo przed nią. Na szczęście udało jej się musnąć je jedynie skrzydłem, dzięki czemu zapobiegła sporej katastrofie, którą dostrzegliby zapewne nawet dwunodzy na murach Miasta.
Lleyrnimehth wkładała w machanie skrzydłami całą siłę, mimo to szło jej bardzo wolno. Wielkie cielsko powoli wzbijało się w powietrze, kierując się w stronę Wolenvain. Nawet z ziemi dało się słyszeć głośny oddech smoczycy, która mimo zmęczenia coraz uparciej dążyła do celu.

[z/t]

Wyjaśnienie: dusza Lleyrnimehth była cały czas z Ayumi w Sypialni I w Linoskoczku (przynajmniej do ostatniego posta smoczycy). Potem Ayumi i tak wyszła z tematu teoretycznie razem z duszą Firletki, więc nie widzę powodu, by pisać tam po czasie, zwłaszcza że opisane wydarzenia nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem. Dusza i ciało smoczycy są teraz jednym i lecą do Wolenvain =3 Wdzięczna będę jeśli dla formalności jakiś MG
w tym temacie, w ostatnim poście Ayumi dopisze też [z/t] smoczycy.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

26 mar 2014, 21:14

Aganatel po krótkich oględzinach na śmiertelnie rannego nie wyglądał. Przynajmniej się uśmiechał (co prawda, jak upośledzone dziecko) i żwawo machał łbem, stanowiąc iście rozczulający widok, którym Loki nie dane było się długo zachwycać. Jedynie poklepała go po głowie, niczym wiernego pupila, wynagradzając mu spotkane na drodze nieszczęścia. Rozprostowała nogi, dając Aganatelowi spokój i zostawiając mężczyznę ukrytego pod nagromadzoną warstwą cieni, tak sobie upodobanych.

Złośliwości Darriana nawet nie chciała komentować, mając ważniejsze rzeczy na głowie. Przyjemności, przyjemnościami, lecz tu prowadzono delikatne pertraktacje z czego stawką mogła być nawet przyszłość biednej maszkary.

Przysługa jaką będzie musiała spełnić w nieokreślonym czasie, a w tym też momencie, nigdy nie pachniała dobrze. Już kilka razy dała się na to złapać, przez co niemal nie straciła życia. Co gorsza; własnej duszy. Żółte oczy wodziły bezmyślnie po otoczeniu, dając czas Loki na przemyślenia i nadzieję prześlizgnięcia się przez szczeliny nowo powstałej niedogodności.

– Chyba wiem, co mogłoby cię zadowolić… – rzuciła z wolna, być może znajdując rozwiązanie – Znam pewną osobę, która mogłaby ci pomóc. Umiała przechodzić z wymiaru, do wymiaru ot tak, na zawołanie. - powiedziała, poniekąd wiedząc, że rzuciła tym samym bardzo łakomy kąsek – Zresztą… – machnęła dłonią w kierunku wyraźnie rozweselonego mężczyzny, omotanego pijackim odurzeniem – Jedna z dwóch zgub się znalazła. Widocznie twoja aura przyciąga znacznie więcej, niż można było się spodziewać… – w tym przypadku nie mógł nikt zaprzeczyć, nie z zebranej tu śmietanki. Jej paplanina została przerwana niezwykłym widokiem. W zwolnionym tempie widziała, jak Darrian wyciąga rękę w stronę wystawionej dłoni ascendenta z zamiarem… Jej uściśnięcia? Tej żywej, egzotycznej energii…? Nabrała oddechu i zacisnęła zęby, przyjmując na twarzy wyraz tępego bólu, który miał spotkać mężczyznę, być może nieświadomego zagrożenia. Do ostatniej chwili oczekiwała jednak przejawu jakiejś magicznej zdolności, jaką okaże jedna, lub druga strona czyniąc ten moment iście uroczysty i niesamowity.


Sytuacja jaka nastąpiła potem, przerosła wszelkie planowane przez wszystkich scenariusze; mag został ugodzony płomieniem czystej destrukcji, przez co został numerem jeden w wyścigu najbardziej potrzebujących na drzewiastej polance.

- Za niego też mam ci wisieć przysługę..? - zapytała retorycznie, odwracając niedowierzające oczy na Anemetiusa, niepewna, czy zaaranżował tą scenę specjalnie, czy też całkiem przypadkiem. Nie czuła się komfortowo, teraz już pewna, że może zostać zmieciona w każdej chwili choćby i bez powodu. A może jednak miało to coś na celu..?


Chichot pod drzewkiem zignorowała, pocieszając się gorzko w duchu, że przynajmniej jedno z czwórki ma prawdziwą frajdę. Westchnięcie Loki było ciężkie do opisania; niczym odgłos podobny do spuszczanego powietrza w płucach wołu, dogorywającego w nieprzyjemnej agonii. Być może nie pałała do Darriana gorącym uczuciem, ale zginąć, czy dać się zepsuć w podobny sposób? Sama chciała go przedziurawić w jakiejś epickiej walce, gdzie zatriumfuje nad jego trupem ubabrana krwią i bebechami, swoimi i jego. To okazja, dla jakiej mogła poświęcić jedną, przypadkową urazę i próbować wyciągnąć zakończoną szponami, czarną dłoń.

Chwiejnym krokiem doczłapała do maga, zachowując ostrożność podobną kotu, nie wiedzącego czy ma przed sobą towarzysza zabaw, czy przekąskę.

Mogę zafundować ci znieczulenie - mruknęła bez uprzejmości, rozkładając ręce w geście dobrej woli – Ale wtedy będziesz zdany na nas… - dodała, odsłaniając drugą stronę medalu, już mniej kolorową, jak mogło wyglądać się z początku – A jak chcesz konkurować z podobnym tworem upewnij się, że jesteś ognioodporny, durniu. - syknęła niemal pogodnie, w końcu uznając podobny popis za nauczkę dla maga umysłu, by ten powściągnął swoje ambicje. Tak.. Tak przynajmniej chciała wnioskować… – A ty Anemetiusie, błagam… Jako osobniki mające ciało, nie jesteśmy równie niezniszczalni, jak ty. - podsumowała dobitnie, rzucając mu tak urażone spojrzenie, na jakie tylko mogła się wysilić.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

26 mar 2014, 23:26

Rękę, którą wyciągnął uścisnął Darrian. Nie wiedział czemu, nie potrafił przejrzeć zamiarów tej istoty. Nie był to żaden znak ani gest. Ascendent uczynił tak, bo mógł. Przecież mag powinien mieć świadomość, że dotykanie tak skoncentrowanej energii jest zabójcze. Dopiero po fakcie uświadomił sobie, że istoty cielesne coś takiego uznawały za formę przypieczętowania umowy, zgody lub wyrazu szacunku. On natomiast nie patrzył na świat w ten sposób, dlatego ruch ten był spontaniczny. Mógł powstrzymać półefla, jednak chęć ujrzenia efektów okazała się silniejsza. Wiedział co by się stało w zetknięciu materii organicznej z jego strukturą. Aczkolwiek nigdy do tego nie doszło. Chciał zbadać to empirycznie, doświadczyć. Gdy palce młodego maga zetknęły się z iskrzącą dłonią energii, skóra zeszła niby masło. Całe płaty aż odsłaniając kości. Przyjrzał się temu zaciekawiony przez moment, a następnie nieco zląkł się, że wystraszył swojego nowego sprzymierzeńca.

Cofnął się. Humanoidalny kształt zafalował, zabulgotał i rozproszył w oślepiającym rozbłysku, przekształcając się z powrotem w obłok licznych świateł wirujących bezwładnie.

Niemądrze uczyniliście, Darrianie i Rinej – posłał do nich myśli wypełnione współczuciem i pokorą. – Ma istota jest zabójcza dla istot cielesnych. Przykro mi, że tak się stało. Zawiniłem zapominając o waszych, śmiertelnych, przyzwyczajeniach i symbolach kryjących się nawet w najdrobniejszych gestach. Twoja rana zostanie uleczona.

Naturalnie nie mógł powiedzieć, że nie umie leczyć. W takim razie będzie musiał się nauczyć. I miał ku temu idealną okazję. Mimo to zawiodła go lekkomyślność Darriana. Kto o zdrowych zmysłach sięga ku źródłu mocy o silne zdolnej zdmuchnąć całe miasto?

Sam go opatrzę – odrzekł na słowa Loki, choć czyniłby to niechętnie, z przymusu chwili. Ciała, jakież one słabe i wrażliwe. – Co do twojej propozycji … jest interesująca, dobrze, niechaj będzie. Formalnościami zajmiemy się później.

Zbliżył się do kotołaka, jednak zachowując odpowiednią odległość.

Zostaniesz uleczony – oświadczył mu dotykając jego myśli samemu ochraniając swoje przed wykryciem. Chciał porozmawiać z kotołakiem sam na sam. Dla osób z zewnątrz trwałoby to parę sekund, a oni byliby w stanie odbyć bardzo długą konwersację. Czas w tej sferze nie istniał. Wyczuwał nikłe bariery mentalne Xariela. Jedno mocniejsze dotknięcie i zawaliłyby się otwierając drogę do samej świadomości. – Mam także dla ciebie pewną propozycję. Jesteś istotą śmiertelną … najnormalniejszą mógłbym rzec z nas wszystkich tutaj. Potęgi takie jak ja nie mogą zbytnio ujawniać swego istnienia. I tak już się naraziłem. Potrzebuję kogoś, kto będzie w stanie śledzić, słuchać i przemawiać w moim imieniu. Podróżować z miasta do miasta i kontaktować się ze wskazanymi osobami. Krótko mówiąc, potrzebuję szpiega i coś mi mówi, że się do tego nadasz. Co ty na to, istoto? Zgodzisz się? Wiedz, że jeżeli odmówisz nic ci się nie stanie. Twoja rana zostanie uleczona, lecz będziesz musiał stąd odejść i zapomnieć co tu widziałeś. Zaś jeżeli przyjmiesz mą ofertę, cóż, kiedy okażesz swą przydatność, wtem otrzymasz sowitą nagrodę. Twoja odpowiedź?

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

26 mar 2014, 23:48

Xariel uniósł głowę spoglądając na światło. Tym razem zmusił się, aby nie spuszczać wzroku. Fakt, że rozlało się ono wokół porzucając skondensowaną, podobną do człowieka, formę zdecydowanie w tym pomagał. Widok nie był już tak oślepiający dla zmęczonych, kocich oczu, stając się nawet znośny. Poczuł obce słowa w swojej głowie, które niewątpliwie pochodziły właśnie od tej istoty. Nie był przyzwyczajony do tej formy kontaktu, co w połączeniu ze zmęczeniem przyprawiło go o kolejną już dolegliwość jaką był ból głowy. Ból upierdliwy i nieprzyjemny, jednak wyglądało na to, że konieczny. Mimo tej przeszkody kotołak zrobił co mógł, aby skupić się na przekazanym przez rozmówcę informacjom. Świetlik nie raczył się nawet przedstawić, ale nie było to w gruncie rzeczy ważne. Resztkami sił zmusił swój umysł do wysiłku i rozmowy.

Istota ta chciała, aby dla niej pracować. W zamian zaś oferowała… co oferowała? Kotołak zatrzymał się na chwilę na jej ostatnich słowach. Stwierdziła, iż jeśli się nie zgodzi będzie musiał zapomnieć. Było to stwierdzeniem raczej zadziwiającym, biorąc pod uwagę fakt, że całe to zgromadzenie zapewne widziały już dziesiątki osób, ba, nie zdziwiłby się gdyby można było dostrzec je z murów Wolenvain. Jeśli chodzi o samą świetlistą kulę, to widziało ją całe miasto, albo przynajmniej większość jego populacji. Świetlik produkował tyle energii, że trudno go było przeoczyć. Zadziwiającą formę otrzymała ta cicha groźba. Nie wyglądało na to, aby Xariel miał szczególny wybór. Potrzebował kogoś kto go uleczy, a jeśli "jaśnie" pan będzie faktycznie oczekiwał jedynie kogoś, kto może utrzymać jego kontakt ze światem, wtedy, cóż, Xariel będzie musiał robić to, co robił zawsze – podróżować. Nic w tym świecie nie było za darmo. Jego rozmówca na pewno też z tego sobie zdawał sprawę. Kotołak zerknął na Loki. Czy ona otrzymała podobną propozycję? Możliwe.

- Niech będzie. – rzucił w przestrzeń przed sobą, skinąwszy ociężale głową. Niech będzie, bo musi być. Wolał skończyć bez oparzeń podobnych do tych, których dorobił się leżący nieopodal mag. Kto wie, może w kontakcie z tym czymś uda mu się rozwinąć jego własne umiejętności? To byłby dobry pomysł na nasycenie głodu wiedzy jaki czuł kotołak choć na krótką chwilę.
Wybacz, że nie podam ci ręki.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

27 mar 2014, 01:00

Doskonale - oświadczył i bez dalszego wstępu zaczął zabierać się za tkanie leczniczego zaklęcia.


Dotychczas nie miał zbyt wielkiego kontaktu z tym typem wykorzystywania mocy magicznej. Zawsze wolał unicestwiać przeciwnika niż dawać mu szansę na zadanie ciosu i wyrządzeniu mu szkody. Na początek oderwał od siebie znikomą dawkę energii magicznej rozkładając ją równomiernie tak, by nie mogła ze sobą kolidować. Cieniutka smuga złotego światła – niczym pajęczyna niesiona na delikatnych podmuchach wiatru – płynęła w powietrzu z gracją i wdziękiem. Kwestia czystej magii i jej destrukcyjnego wpływu na ciało znacząco utrudniała proces stworzenia zaklęcia. Gdyby taką "surówką" nasączył zranioną rękę, ta z pewnością doznałaby poparzeń w najlepszym przypadku, w najgorszym, no cóż, obumarłaby całkowicie. Musiał więc przekształcić czyste elementy struktury magii w takie, którymi operuje się przed ich przekształceniem. Wzbogacony o wiedzę Potęgi rozumiał zasady magii i sposób, w jaki funkcjonuje oraz jak się dzieli. Zaczął rozbijać czyste elementy magii w puste, bezwolne, które następnie komponował i zaklinał własną wolą. Czysta magia rozłamywana wewnętrznie rozjaśniała okolicę w rozbłyskach niewidzialnych uderzeń, niby od kowalskiego młota, co to nadaje kształt rozgrzanemu metalowi. Anemetius pracował w swej kuźni magii wykorzystując całą zdobytą mu wiedzę, starając się cofnąć sam proces powstawania czystego elementu. Każde uderzenie wyzwalało odpryski mocy. Nie miał pojęcia czy inni słyszeli, ale on w duszy czuł wysoki dźwięk, czysty i krystaliczny, rozchodzący się po całej jego duszy. Nie potrafił tego opisać żadnymi słowami. Mając już tak przekształcone elementy magii byłoby możliwe operowanie na materii organicznej bez obawy o jej uszkodzenie.


Drugim etapem tworzenia zaklęcia miało być pobudzenie tkanek do ponownej regeneracji. Szybko przeanalizował ranę. Zdarta skóra, nadłamana kość nadgarstka, trzy złamane kości w palcach, krwawienie, no i najgorsze – uszkodzone te czerwone, pogrubione kawały mięsa, zapewne mięśnie. O anatomii wiedział tyle, ile wykształcony elf z dwusetnym bagażem życia, więc coś tam wiedział. Sporo w życiu przeszedł. Widział wiele paskudnych ran, samemu je zadawał, wyniósł z tych wydarzeń pewną wiedzę. Dobrze że sprawa tyczyła się ręki, bo gdyby chodziło o organy wewnętrzne, to musiałby zaufać ślepo magii. Najpierw trzeba było zatamować krwawienie. Zbierając nieco już przekształconych elementów magii zacząłby je zaklinać, nakazując zasklepienie ran, które przepuszczały na zewnątrz juchę. Krew nie mogła wypływać pod żadnym pozorem, gdyż gdyby ominął przerwane naczynie i uleczył kończynę, musiałby uporać się z krwawieniem wewnętrznym. Równie szybko wykorzystując telekinezę nastawiałby złamane kości w palcach nakazując magii ich scalenie. Nadłamaną kość nadgarstka także przepełniłby zaklętymi elementami. Nie była ona całkowicie złamana, więc należało tylko umocnić jej strukturę, wypełnić niewielkie pęknięcia. O ile by się to udało przeszedłby do wzbudzania w czerwonej fałdzie – mięśniu – procesu regeneracji. Nie był on zerwany, dlatego o ile reszta poszłaby sprawnie, mięsień sam by się uzdrowił z czasem, aczkolwiek wolał działać zapobiegawczo. Pozostałości magii rozkazałby odżywienie i zrośnięcie zdartej skóry.


Nie był pewien całkowicie efektu swej pracy. Podejrzewał, że te najważniejsze kwestie – złamanie, krwawienie i mięśnie, naprawił, a przynajmniej wzmocnił. Reszta z czasem powinna się zagoić, warto byłoby użyć jakiegoś wywaru leczniczego. Znał się na alchemii i taki by mógł przygotować z lokalnych ziół, tyle że nie miał tu żadnych składników ani możliwości. Zresztą, i tak pomógł tej istocie bardziej niż ktokolwiek inny.


Sądzę, że powinno pomóc – rzekł na zakończenie. – A jeżeli nie, to następnym razem trzymaj się z dala od spraw, które przekraczają twoje zrozumienie.


Właściwie to był bardzo ciekaw efektu.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

27 mar 2014, 10:46

Wyższa istota zbudowana z magii, mająca wiedzę i moc przerastającą ich wszystkich razem wziętych, nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia gestu? Absurd po prostu zaczynał gonić absurd, acz nie, żeby Darrian był w stanie się nad tym zastanawiać. Nie posiadał wiedzy o magii energii a całe życie obserwowania i manipulowania odczuciami innych przekształciła odczytywanie gestów w jego drugą naturę, funkcjonującą automatycznie, bez żadnego świadomego pomyślunku. Gdy jego rękę rozpalił ból, uruchomił się kolejny odruch, równie niebezpieczny, lecz po raz kolejny, nie wiedział o tym a w dodatku, był to odruch. Natychmiast skupił w sobie garstkę magicznej energii, którą miał zamiar wykorzystać na użycie swojej instynktowej niemal umiejętności wpływania na ból, lecz tym razem, co rzadziej miało miejsce, chciał on go uśmierzyć u samego siebie, zamiast sprawienia by ktoś inny zaczął się wydzierać z powodu nieistniejącego bólu. Oczywiście, z powodu aury Anemetiusa skończy się to zapewne implozją filarów jego duszy lub czymś w tym guście, acz odruch był odruchem.

Zakładając jednak, że jego niewiedza na temat magii energii nie spowoduje kolejnego wypadku, jak najszybciej podniesie się z ziemi, z racji, ze ból nie będzie go ograniczał, odpowiadając Loki równie uprzejmym, co jej słowa stwierdzeniem – Ból to nie problem. – Odejście bólu będzie znaczyłóo możliwość powrotu do sprawnego myślenia, które wyjaśni mu, że faktycznie, jego niewiedza miała sporo do czynienia w tym co się stało, acz Świetlisty bez winy nie był. Nie podobało mu się to, lecz nie mógł z tym nic zrobić, przynajmniej ta sytuacja dawała mu argument w negocjacjach z ich od siedmiu boleści liderem. Następnie, zdrową ręką, otrzepie się z tego, co jego płaszczowi przyniósł upadek i w końcu, obejrzy swoją dobrze wypieczoną dłoń.

Widok jego kończyny nie był przyjemny, od wystających kości, przez popękaną skórę aż po nienaturalne jak na miejsce zranienia krwawienie. Może i nie był medykiem acz tak obwite krwawienie z dłoni mu nie pasowało, cóż, może czegoś nie wiedział. Po chwili namysłu, wróci na ziemię, do pozycji siedzącej z kilku powodów. Po pierwsze, by się uspokoić a po drugie, planował zdjąć pas swojej skórzni i zacisnąć go na przedramieniu, w postaci prymitywnej opaski uciskowej, na czym zaczynała i kończyła się jego medyczna wiedza. Po tym wszystkim, w końcu odpowie Anemetiusowi.

- W ramach gestu dobrej woli, odpuszczę dyskusję na ten temat gdyż moja niewiedza też miała tu conieco do powiedzenia, acz oczekuję bycia poskładanym.

// Przynajmniej oszczędź tym razem pozostałym konieczności tłumaczenia własnych wybryków przez naginanie charakterów swoich postaci jak coś mi zrobisz. Wybacz, ale tak bawić to ja się nie zamierzam.
Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

27 mar 2014, 12:54

Nie, to nie, zmuszać nikogo do niczego nie będzie. Przynajmniej nie w sferze osobistego dobra, jeżeli nie wkraczało na granice dobra Lokowego, zresztą tak pilnie strzeżone. I powiększane przy najmniejszej ku temu okazji. Z dezaprobatą zerkała na Anemetiusa mało przekonującego w roli medyka, ale najwidoczniej nie speszonego tym małym, niemal niezauważalnym incydentem. No cóż… Przynajmniej ma więcej prób, by pomagać jakże słabym materialnym istotom. Na same słowa ‘zostaniesz uleczony’ zrobiło jej się nieprzyjemnie zimno, nie wiedząc co w słowniku ascendenta może oznaczać podobna fraza.

- Myślisz, że zostaniesz… Uzdrowiony..? – rzuciła sceptycznie, przyglądając się przedstawieniu jakie zafundował po raz kolejny Lampek – Jak to się nie skończy rozerwaniem kota na strzępy, to stawiam ko… ko… kolejekęęę… – skończyła niezrozumiale, jeszcze przez jakiś czas otwierając usta w niemym słowotoku. Jeżeli wcześniej jej gestykulacja była bardzo obfita, w tym momencie cała osoba Loki zamarła, przybierając postać granitowego posągu. Tylko wpół otwarte usta wskazywały pośrednio, że w stojącej na polance postaci jest jakieś życie. Z ich kącika poczęło coś pełznąć, wędrując żwawo po brodzie, a następnie skacząc na płaszcz i znikając w postaci czarnej, gęstej plamy, wsiąkającej z wolna materiał. Młodsza od swojego bratniego strumyczka stróżka, popłynęła równie radośnie, naśladując poprzedniczkę i kapiąc obficie tyle, że z drugiej strony.

Loki chyba odpłynęła na chwilę, gdzie poszlaką nie tylko było obfite zaślinianie najbliższego otoczenia, lecz też oczy; niczym martwe, bez połysku, zawieszone w niewidocznym punkcie czasoprzestrzeni. Był to moment iście przerażający i znacznie gorszy niżeli przejawiana przez nią złość, czy nawet szał. W chwili, gdy rozum zostaje tłumiony przez instynkty, od zawsze wydawał się rzeczą najgorszą. Gdyby była w swoim maszkarzym ciele znacznie krócej, bez wahania uległaby, pozwalając czarnej powłoce robić co uzna za słuszne. Stety, niestety, teraz panowanie nad instynktami miała wypracowane w tym stopniu, że nie urządzała krwawych jatek w dowolnym momencie kolorowej egzystencji. Problem w tym, że aktualny, ten właśnie teraz moment nie był dowolny.

Zaśmiała się piskliwie, niemal histerycznie, machając głową na prawo i lewo, jakby usłyszała bardzo dobry żart. Jej dłonie zadrżały spazmatycznie kilka razy, po czym umilkły, wraz z mocnym zaciśnięciem na ramionach. Odetchnęła bardzo, bardzo głęboko, nieruchomiejąc ponownie. Wydawało się, że cokolwiek poczęło jej odbierać jasność umysłu, gdzieś zniknęło. I rzekomo tak było, bo mara zamrugała kilkakrotnie, dla pewności jeszcze raz machając łbem. Chyba już w porządku… Westchnęła raz jeszcze, odnajdując wymyśloną oazę spokoju i samokontroli. Tak lepiej.

Zerknęła na Darriana, sprawdzając czy jeszcze żyje. Spazmy, jakich w tym momencie doznała, zmusiły kobietę do upadku, zatrzymanym w groteskowym półukłonie. Skrzydła wiecznie skryte pod mrokiem płaszcza wystrzeliły gwałtownie, pokazując się w całej swojej okazałości. Czarne, załamujące miękko światło, przypominające w swojej materii bardzo drobno nachodzącą na siebie łuskę.

Co ich posiadaczka robiła później, było szczytem jeżeli chodzi o dziwność zachowań jakie dzisiaj przejawiała. Wstała błyskawicznie, poruszając się znacznie płynniej, niżeli ktokolwiek mógł sobie z tego zdawać sprawę. Bystre oczy tylko na chwilę ujęły obraz Xariela i Anemetiusa, notując ich czynności jakim był dalszy proces leczenia. Dobrze. Rozpostarte skrzydła zmniejszyły rozmiar zginając się naturalnie wzdłuż ciała maszkary, która w międzyczasie podskoczyła do leżącego półelfa. Zasyczała ona, czy jej łuskowate włosy..? Trudno było wywnioskować.

– Postaram się pomóc. - powiedziała głosem zupełnie pozbawionym uczuć, podobnie jak jej (przywodzący na myśl owada) wzrok. Co innego sygnalizował pełen zębów uśmiech, wykrzywiony w przedziwnej radości. Opadła na ziemię, a raczej; na leżącego mężczyznę, który właśnie w tym miejscu się znajdował. Usiadła na nim okrakiem, w wiadomym celu przygwożdżenia do ziemi. Następnie jedną ręką będzie chciała zablokować zdrową dłoń Darriana (również wbijając w ziemistą powierzchnię), a drugą ramię już tej mniej urodziwej. W tym samym momencie w ruch pójdą trójkątne zęby, zakleszczające się na stawie dłoni z przedramieniem.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 13:19

MG

Zablokowanie tak dużej dawki bólu okazało się wyzwaniem nawet dla Darriana. Choć jego magia w naturalny sposób działała lepiej, gdy stosował ją na sobie, zaskoczenie i tamujące wszelkie zdroworozsądkowe myśli cierpienie, jakie rozlało się po jego ciele nie pomogły mu w osiągnięciu celu. Co prawda zareagował niemal natychmiastowo (i tylko dzięki temu nie zemdlał zaraz po zetknięciu z energią magiczną tworzącą Anemetiusa), lecz przy tak potężnym i nagłym odczuciu jego sztuka początkowo na niewiele się zdała. Półelf powstał ze sporym wysiłkiem, ciągle mimowolnie koncentrując się na tym, aby nie dopuszczać do swojej świadomości pełni doznań. Z racji, że większość odbieranych przez jego mózg bodźców zalepiły odczucia palącego bólu, po odcięciu choćby części z nich Darrian widział świat jak przez mgłę. Nadal nie był w stanie trzeźwo myśleć, czując się odurzony. Ledwo trzymał się na nogach, kiwając to w tę, to we w tę. Chciał coś powiedzieć, jednak z jego ust nie wyszło nic poza cichym jękiem. Jego zmysły nie działały prawidłowo, jednak było to lepsze, niż leżenie na trawie w konwulsjach, babrząc się we własnych fekaliach. Mag zerknął na to, co pozostało z jego dłoni. Rana przechodziła stopniowo od niemal całkowitego zwęglenia aż po dotkliwe rany szarpane w okolicy łokcia. Energia magiczna Anemetiusa rozerwała ciało przy końcu swojego oddziaływania, otwierając naczynia krwionośne i powodując oblanie juchą całego ramienia. Półelf mógłby się nawet wykrwawić, jednak w obecnej sytuacji nie potrafił pomóc sam sobie, licząc jedynie na to, że słowa Anemetiusa zostaną przezeń uhonorowane.

Ten zaś po krótkiej konwersacji z Xarielem zabrał się do naprawiania ciała tego ostatniego. Proces ten był całkowicie świadomy i przemyślany, funkcjonując odmienne od machinalnie rzucanych zaklęć, którymi Anem posługiwał się przez cały czas. Sterowana przez energetyczny byt energia magiczna była mu całkowicie podporządkowana, ale jedynie w czystej formie. Próba leczenia była dla niego czymś nowym, a jego nieskończenie światły umysł nie potrafił przeanalizować jej w sposób inny, jak tylko dyktowany logiką. Jeszcze za czasów, gdy Anemetius był elfem, magia stała się dla niego czymś na wzór nauki. Nowe zaklęcia formował zawsze z dokładnym ich przemyśleniem, dogłębnie analizując ich strukturę. Nie było nawet istotne, czy jego przemyślenia okazywały się wówczas słuszne, czy też nie – znaczenie miało to, jak bardzo on sam przekonany jest do rzucania danego zaklęcia. Emocjonalny wpływ miał tutaj znaczenie marginalne, a teraz, po tym, jak stał się ascendentem i uzyskał od strażnika Wiecznej Biblioteki niesamowitą, niedostępną śmiertelnym wiedzę, jego sposób postrzegania magii pogłębił się jeszcze bardziej.

Najprościej poszło z nastawianiem kości. Telekineza zadziałała odpowiednio, wywołując w Xarielu natychmiastowy odruch wycofywania się. Złamana ręka zaczęła deformować się na jego oczach, co i rusz bijąc w jego mózg paroksyzmami bólu. Kotołak krzyknął mimowolnie, czując na domiar złego lekkie poparzenie skóry. Tkanki ramienia rozgrzały się, a on sam poczuł osłabienie. Krwawienie ustało, a całe jego ciało zostało wypompowane z sił witalnych. Opanowała go senność, ale ustał w miejscu, czując, jak jeszcze niedawno dotkliwie uszkodzone miejsce zaczyna silnie pulsować. Wyglądało na to, że moc Anemetiusa spowodowała silną koncentrację organizmu Xariela na szybszym wyleczeniu jego ręki. Nie było idealnie, ale powrót do pełnej sprawności przestał być dla ogoniastego czymś, co znajduje się w sferze marzeń. Co prawda używanie jeszcze chwilę temu zranionej kończyny nie było nadal możliwe, ale przynajmniej nie zanosiło się na to, aby w ranę wdało się zakażenie. Działania ascendenta nie dotyczyły ponadto żadnego znieczulenia, więc tępy, powiązany z kolejnym przemieszczeniem kości ból nadal emanował z ramienia Xariela, który na domiar swojego powodowanego wcześniejszym cierpieniem otępienia nabrał ochoty na długą drzemkę. Na domiar wszystkiego zaburczało mu w żołądku. Jego siły witalne zostały naruszone i należało je uzupełnić, najlepiej solidną kolacją i porządnym snem.

Co zaś tyczy się Anemetiusa, poczuł on relatywnie wysoki ubytek energii. Oczywiście miał jej pod dostatkiem i mógł sobie pozwolić na tego typu eksperymenty, ale wiedział też, że całkowite wyleczenie tego typu rany kosztowałoby go na tę chwilę jeszcze więcej mocy. Czując, że wszystko ma się już ku dobremu, przerwał działanie swojego zaklęcia, oszczędzając Xarielowi dalszych osłabień. Ascendent zrozumiał, że oddzielenie wpływu nowego, właśnie poznanego przezeń rodzaju magii od ubytku energii witalnej celu jego zaklęć to spory problem. Co z tego, że mógłby wyleczyć dowolną ranę, skoro pacjent zmarłby z powodu utraty sił? Tego typu zaklęcia wymagały ogromnej praktyki i dogłębnej znajomości wiedzy anatomicznej. To drugie nie było jednak dla Anemetiusa problemem – jego sondy myślowe były w stanie wniknąć w badany obiekt, dając mu dokładną informację o jego stanie, co dawało dobrą podstawę do dalszych badań. Głodnego wiedzy ascendenta już ciekawiło, co wydarzyłoby się, gdyby zdecydował się mocniej wpłynąć na strukturę organiczną ciała kotołaka. Co, gdyby pomieszał to z tym, dodając do tego jeszcze trochę tamtego? Możliwości było bardzo wiele, a na leczeniu się nie kończyło. Tylko doświadczenie mogłoby dać mu pełen obraz sytuacji oraz wiedzę o właściwościach substancji budujących tkanki żywe.

Gdy tak Anemetius z Xarielem wspólnie bawili się w doktora i pacjenta, w zachowaniu Loki zaszła ogromna zmiana. Maszkara wyglądała tak, jakby przestała nad sobą panować. Wężowłosa kompletnie oszalała, rzucając się w kilku zgrabnych ruchach na nadal otępionego Darriana, powalając go ponownie. W jego uszkodzoną rękę wgryzły się trójkątne, ostre jakby prosto z kuźni Zeatela zęby. Smakowita krew dostała się do otworu gębowego Loki, wywołując w niej istne dreszcze podniecenia. Pierwszy zareagował na to Aganatel, dźwigając swe dotąd bezwładne ciało do pionu. Wyglądał tak, jakby chciał pomóc zjadanemu właśnie żywcem Darrianowi, ale nie wiedział jak. Jego stan nie pozwalał na odpowiednią ocenę sytuacji, więc powiernik poprzestał na gapieniu się, nie wykorzystując swojej szansy. Obserwował dość czujnie, jak na wstawionego, patrząc tylko, czy jego pani nie dzieje się przypadkiem żadna krzywda. Pokiwał głową z pijackim zrozumieniem, sposobiąc się do przyjęcia poprzedniej postawy, co szło mu niezbyt sprawnie. Zrezygnował więc, opierając się o drzewo i zastanawiając się usilnie, jak można byłoby ponownie przy nim usiąść. Jego nagi towarzysz zaczął obrastać kurzem, nie poruszając się przez cały ten czas ani o kciuk.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

27 mar 2014, 15:45

Łatwo poszło. A przynajmniej tak wydawało się Xarielowi przez krótką chwilę. Zaraz po tym "chirurg" zabrał się za składanie jego ręki do kupy, a zrobił to tak po prostu, na żywca. Kotołak zachłysnął się, gdy jego ręka przeżywała istną transformację podczas dość agresywnego nastawiania kości. Nawet nie zdawał sobie sprawy z faktu, że krzyknął. Nie miało chyba zresztą większego znaczenia, wszyscy i tak byli zajęci czym innym. Futro na jego karku zjeżyło się gwałtownie, a on sam odpłynął jeszcze bardziej niż do tej pory. Wszystko wokół zdawało się zwolnić, jednocześnie nie miał zielonego pojęcia co się dzieje. Z zewnątrz dochodziły do niego jedynie jakieś niezrozumiałe dźwięki.

Potrafił stwierdzić jedynie, że jego ręka bolała, piekła i bogowie sami wiedzą co jeszcze. Czuł się jeszcze bardziej przymulony niż wcześniej, jego organizm dosłownie miał dość dzisiejszych wrażeń. W dodatku dopadło go nagłe ssanie w żołądku, który począł domagać się jedzenia. Kotołak uznał to za zwyczajny wywołany ogólnym wyczerpaniem głód, nie miał głowy teraz, aby rozważać za i przeciw i próbować przypisać ogólne osłabienie czarom, które na niego działały. Potraktował je po prostu jako skutek uboczny ostatnich wydarzeń i pozwolił ogarnąć się choć trochę zamroczeniu.

W końcu zaklęcie ustało. Xariel podniósł ociężale głowę i spojrzał na swoją rękę. Nie była w całości wyleczona, co wywołało pewien zawód. Jednak miała się o wiele lepiej, wyglądało nawet na to, że wróci do dawnej świetności, więc nie miał co narzekać. Później się nią zajmie, z tym już był w stanie sam się uporać. Ale to później, na razie położył włócznię obok siebie i przechylił na bok. Ciężko klapnął na ziemię ostrożnie oparł rękę na brzuchu, by uszkodzona dłoń miała jak najmniejszy kontakt z czymkolwiek. Spróbował bardzo delikatnie poruszyć palcami niepewien tego jaką reakcję to wywoła. Był totalnie zamroczony, a wcześniejszy ból spowodował, że stracił czucie w ręce, więc zapewne nie wydarzy się nic.

Kątem oka Xariel dostrzegł Loki, która siedziała na rannym mężczyźnie. Nie wyglądało na to, żeby chciała mu pomóc. Wręcz przeciwnie, wgryzała mu się w rękę? Coś się musiało dziać. Jednak nawet dziwadło gryzące jakiegoś człowieka nie wywołało w zamroczonym umyśle kotołaka jakiejś reakcji. Miał po prostu ochotę odpocząć. Tak, zdecydowanie. Mógłby też coś zjeść, nie obraziłby się. Miał chęć unieść głowę i rozejrzeć się po gaju za jakąkolwiek jadalną rośliną lub zielem, ale zmęczenie ostatecznie przeważyło i sprawiło, że pozostał w tej pozycji mrużąc oczy. Odpocznie chwilę, potem poszuka. Ogarnęło go kompletne zmęczenie. Nie mógł już myśleć o niczym i nikim. Po prostu czuł głód i zmęczenie, które ogarnęły całą jego istotę. Nic więcej, niczego więcej zresztą od siebie nie oczekiwał. Ruch, myślenie, to było zbyt wiele. Całe ciało Xariela przemawiało za jednym argumentem, nie miał siły na cokolwiek, a on temu argumentowi z ogromną chęcią się podporządkował. Zapomniał o świetlistym bycie, o Loki gryzącej jakiegoś mężczyznę, o Agantelu i jego dziwnym towarzyszu. Po prostu pamiętał, że jest głodny i zmęczony. Świat wokół był przecież teraz taki odległy, taki nieznaczący.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

27 mar 2014, 15:47

Eksperyment okazał się sukcesem. I byłby jeszcze większym gdyby nie marne siły witalne kotołaka. Nie chcąc go zabić musiał przerwać zaklęcie. Wzbogacony o nową, dotychczas nieznaną mu wiedzę magii i jej użycia, ucieszył się. Przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią tej istoty. Zgodziła się, ale to mu nie wystarczy. Potrzebuje zapewnienia. Dlatego musiał uczynić to, co zamierzał. I nie czuł żadnych wyrzutów z tego powodu. Tak nakazywała logika, to byłoby opłacalne.

Wniknął do umysłu Xariela, z banalną łatwością rozbijając wszelkie bariery. Każdy napotkany mur zwalał lekkim skinieniem. Naturalnie zrobiłby to w taki sposób, by nikt nie był w stanie tego wyczuć w żaden sposób. Co i tak byłoby niemożliwe ze względu na jego wszechogarniającą aurę, jak i same zdolności. Ewentualne odruchy ciała lub okrzyki zawsze można wytłumaczyć efektem leczenia. Bólem, szokiem, etc. Zamierzał wejść głębiej, do samej podświadomości, tam, gdzie znajduje się sam rdzeń myśli. Skupiając własną moc wykreowałby zaklęcie kontrolne. Tkając drobinki mocy nałożyłby na cały umysł kotołaka przyrzeczenie, które zabroniłoby mu działać świadomie przeciwko rozkazom ascendenta. Wciąż posiadałby wolną wolę i żył tak jak żył, lecz każdy rozkaz, który padłby od Anemetiusa przyjąłby bez żadnych oporów i podejrzeń ze zgodą. Tak jakby te myśli należały do niego. Po wszystkim wymazałby z pamięci istoty wspomnienie o tym momencie i wycofał, odtwarzając zniszczone bariery umysłu własną mocą, szczególnie skupiając się na obłożeniu zaklęcia kontroli potężnymi barierami uniemożliwiając ich złamanie przez niewyspecjalizowanych magów.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

27 mar 2014, 16:55

Powstrzymanie bólu okazało się wybitnie trudne, mimo faktu, że z każdym postępem ulgi powinien być w stanie coraz to lepiej się koncentrować i działać coraz to lepiej, coś jakby mu w tym przeszkadzało. Nie był w stanie się skupić na dopasowywaniu delikatnej tkaniny swojego zaklęcia, by uzyskać maksymalną efektywność, acz i tak to co udało mu się osiągnąć było lepsze niż nic. Przyzwyczajenie do zwalczania bólu w magiczny sposób nie chodziło w parze z wysoką tolerancją tego jakże nieprzyjemnego odczucia, więc obecna sytuacja nosiła nawet znamiona akceptowalnej, przynajmniej dopóki nie wrócił na ziemię, tym razem nie z winy ani swojej, ani Anemetiusa.
W swoim stanie nie mógł wychwycić tego, że Świetlisty był zajęty uzdrawianiem kotołaka ani tym bardziej nagłego ataku głupawki Wężowogłowej, który skończył się atakiem na jego osobę, sprowadzając go na ziemię, w dość niedwuznacznej pozycji, acz biorąc pod uwagę, pomiędzy jakimi osobami miało to miejsce, raczej nie chodziło o nic przyjemnego. Jego zdrowa ręka została przyciśnięta do ziemi a ta nie zdrowa, ugryziona. Działający wybiórczo mózg skupił się na silniejszym bólu a jako, że ten i tak pochodził z tego samego źródła, nadal powinien być znieczulany w takim samym stopniu. Pół-elf już chciał reagować, kosztem nawet osłabienia znieczulenia, jednak nie zdążył.
Cały czas nie zwracał uwagi na kotłującą się w nim złość, uważając ją za swoją, co jak się okazało było nieprawdą. Nagle poczuł jak coś, lub ktoś inny sięga po jego magię, głęboko ze swojej kryjówki w zakamarkach jego duszy, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Przez jeden, nadzwyczaj surrealistyczny moment uśmiechał się, mimo tego kto na nim siedział i co się z nim działo. Ten uśmiech momentalnie jednak zniknął, zastąpiony niewymowną złością, złością nie jednej, lecz dwóch bytów, dzielących jedno ciało, które jednocześnie przemówiły.
- Złaź. – Nie był to okrzyk furii ani nic w tym guście, to był rozkaz, brzmiący jakby wypowiedział go generał do nieposłusznego rekruta. Nie było to jednak puste słowo, w tej samej chwili, kiedy Mag spokojnie koncentrował się na swojej ranie, Rinej zabrała się do roboty. Tym razem jednak, nie miał to być chaotyczny rzut wszystkim, co dała radę telekinetycznie podnieść a coś zupełnie innego. Oba sztylety swojego nosiciela, poderwane do lotu, napełnione telekinetyczną wolą rozpędzenia się do jak największej prędkości na jak najmniejszym dystansie, wycelowane w zaślepioną głodem marę, leżącą na ich ciele. Gdyby ten atak nie podziałał, Rinej spróbuje zwykłego telekinetycznego pchnięcia, skierowanego w Loki, zamierzając się na siłę mniejwięcej bycia uderzonym przez szarżującego byka. W najgorszym przypadku, sam Darrian będzie zmuszony się bronić, najlepiej próbując się zwyczajnie wyrwać, serią gwałtownych ruchów na wszystkie strony.

Wróć do „Obrzeża miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kokorosz
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.