Gaj na polach

Tereny miejskie nie kończą się na jego murach. Do samego Wolenvain należy kilka wiosek, z których najważniejsza leży tuż pod nim. Tutaj znajduje się także częściowo zrujnowana, nadal używana podczas turniejów rycerskich, starożytna arena.
Awatar użytkownika
Lleyrnimehth
Posty: 28
Rejestracja: 28 wrz 2011, 17:15
Karta Postaci: viewtopic.php?t=772

Gaj na polach

23 gru 2011, 20:22

Gaj ten, skupisko dość masywnych drzew liściastych, znajdował się parę staj od murów Wolenvain, na otaczających je polach. Nie był duży ani niezwykły – od, zwykła wysepka drzew wśród rosłych traw. Bliżej mu było do linii pobliskiego lasu niż do samego miasta.

---

Lleyrnimehth, machając gorączkowo skrzydłami, opadła z hukiem na ziemię koło linii gaju. Była podekscytowana, podniecona obecną sytuację. Cieszyła się, obiecując sobie cuda które zaraz powinna była zobaczyć.
Niczym jaszczurka czołgająca się po ziemi, obróciła się łbem w stronę gaju i zanurzyła pospiesznie pomiędzy pierwszymi drzwiami. Na szczęście nie były zbyt gęste, mogła się między nimi przepchnąć, jednak martwił ją nieco fakt, że w takiej sytuacji nie jest to perfekcyjna kryjówka.
To nic, nie miała czasu żeby się tym przejmować. Wolała wierzyć, że nikt nie zbliży się do gaju, w pobliżu którego widziano niedawno lądującego smoka. Oby tak właśnie było.
Zanurzyła się najgłębiej jak mogła, do punktu w którym zdała sobie sprawę, że dalej drzewa umieszczone są zbyt gęsto. Moszcząc się w miarę wygodnie na zbutwiałych liściach, nie mogła odpędzić myśli do Ayumi i jej ciała, w którym miała się zaraz znaleźć. Nie mogła się jednak śpieszyć – najpierw wolała poświęcić parę minut na nałożenie na masywne cielsko kamuflażu. Trudno było jej się skupić, dlatego zajęło jej to też nieco dłużej niż zwykle, jednak w końcu stało się – ciało smoczycy rozpłynęło się i było ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie nabierze nagłej ochoty na spacerowanie po opuszczonym gaju. Inaczej może nadepnąć na jeden z jej ostrych kolców na ciele…
Gdy była już ukryta, skupiła się na Zielonej, szukając jej myślami gdzieś w pobliżu Północnej Bramy. Na szczęście ta nie poruszała się, dzięki czemu smoczycy szybko udało się ustalić jej położenie. Tylko moment zajęła rozszczepienie się ciała i duszy i wkrótce w gaju pozostało już tylko to pierwsze…

[ Dodano: Nie 10 Cze, 2012 19:50 ]
Lleyrnimehth polubiła Zieloną. Chociaż niektóre jej słowa mocno ją zraniły, to jednak jej wyrzuty sumienia były jak najbardziej prawdziwe i już nimi samymi zdobyła sobie wybaczenie smoczycy. Driada gadała dużo, była ciekawska i niewinna, a jej pytania śmieszyły Firletkę, która nagle poczuła się nie tylko ważniejsza i lubiana, ale też i nieco mądrzejsza. Zazwyczaj to ona była tą, która pytała o najróżniejsze ludzkie wynalazki, a przy Zielonej mogła zabłysnąć swoją wiedzą.
Jednak coś w sypialni na piętrze w Gospodzie Pod Linoskoczkiem poszło nie tak… Wszystko to, niezwykle trudne do opisania, stało się w sekundę i trwało bardzo długo. Smoczyca nie pamięta dokładnie kiedy się zaczęło, nie pamięta nawet ostatnich słów driady. Po prostu nagle wszystko zaczęło miarowo ciemnieć i się rozmazywać, zarówno przed jej oczami jak i w jej umyśle. Gdyby tylko miała w tym momencie świadomość zapewne dostałaby ze strachu zawału, w obawie iż jej ciału grozi niebezpieczeństwo, iż właśnie ktoś atakuje jej smoczą postać… ale świadomości nie miała. Umysł olbrzymiego gada pochłonęła ciemność, a ona nagle goła, krucha i mała spadała w tę głębię. Nie była już potężnym smokiem, była niczym młode smoczątko. Machała kończynami, jej serce trzepotało niczym skrzydła złapanego gołębia, oczy wyszły jej z orbit, jednak… nie mogła krzyczeć. Tak bardzo chciała krzyczeć o pomoc, o litość, jednak ciemność była zimna, a mróz zamrażał jej płuca.
Nie pamiętała jak ten koszmar się zakończył, ani też ile trwał jej dalszy trans. Wiedziała tylko że w tym czasie nie czuła nic, nie była nigdzie, nie miała myśli. Niby jak sen, jednak bez snów… Czuła, że nie istnieje. Czy tak właśnie wyglądała Otchłań? Czy tym właśnie było życie po śmierci?
I tak jak nagle zniknęła, tak też powróciła. Pierwszym co poczuła był ból głowy, drugim – ból brzucha. Smoczyca uniosła powoli obie pary powiek, ale światło poranka było dla niej takim szokiem, aż niemal zasyczała z bólu, zamykając je natychmiast. Teraz będąc bardziej ostrożną uchylała powieki bardzo powoli. Pierwszym, co dostrzegła, były konary drzewek w gaju. Lleyrnimehth uniosła powoli łeb, oglądając się w okół siebie. Była w swoim własnym ciele, leżąc w miejscu a którym je też opuściła. Był poranek, jednak nie wiedziała ile dni minęło. Zdawało jej się, iż jej dusza błądziła całymi tygodniami w poszukiwaniu ciała.
Nie miała wątpliwości co do tego, co się właśnie stało, jednak nie była pewna dlaczego. Jej dusza została wyrwana z ciała Ayumi i na wskutek szoku nie była w stanie wrócić do swojego prawdziwego ciała. Firletka nie raz była już ostrzegana przed mocą Jednego Umysłu, jednak nigdy nie przydarzyło jej się nic, czym straszyło ją Starszeństwo. Jej wrodzona ostrożność nigdy do tego nie dopuściła.
Jednym z powodów tego wypadku mógł być głód. Lleyrnimehth czując kłucie w żołądku uniosła się na łapach i spojrzała na swój wydęty brzuchol. Odłączenie umysłu mogło być reakcją ochronną, ponieważ nie skupiała się dostatecznie na własnym ciele. Czy była już głodna kiedy swoimi myślami znajdowała się w sypialni w Linoskoczku? Czy możliwym jest, że po prostu w wyniku podniecenia o tym zapomniała? A może to nie głód, a wynik jakiejś nieznanej jej magii? Słyszała, iż również zakłócenia magiczne mogą powodować zakłócenia w połączeniu umysłu z ciałem
Żółtołuska sama nie była pewna. Nieco zagubiona potoczyła wzrokiem w okół siebie, ale nie znalazła odpowiedzi, co przybiło ją jeszcze bardziej. Była też jednak też jasna strona medalu: w gaju nie było nikogo oprócz niej. Była sama i bezpieczna.
Smoczyca uniosła wielkie cielsko na czterech łapach i westchnęła głośno. Na jej pięknych łuskach osiadły liście i brud, czasem mieszcząc się w miejscach z których nie tak łatwo je usunąć. Niby drobiazg, ale wystarczył by dostatecznie popsuć jej humor. Stała tam chwile niczym wielka statua, rozdarta pomiędzy załamaniem się, kąpielą, posiłkiem a Zieloną i Nim. Zapewne zastanawiali się co się z nią stało… A może i nie.
Pewnie w cale nie zauważyli. Typowo przybiła sama siebie, jakby na złość chcąc jeszcze bardziej zepsuć sobie humor (jak widać – to było jeszcze możliwe). Ze zwieszoną głową zaczęła wiercić się, by tyłem wyjść z gaju. Jak już się wygrzebie na otwarty teren to podejmie decyzję, co teraz.
Wtedy przyszło jej do głowy, iż przy opuszczeniu Zielonej i jej mogła stać się jakaś krzywda. Że może i ona przeżyła wizję spadania w dół… śmierci. W tym momencie smoczyca zapewne olałaby się zimnym potem, gdyby tylko mogła… A że nie mogła, jęknęła tylko głośno i ignorując już drzewa które mogłaby zniszczyć, odbiła się z całej siły od miękkiego gruntu. Nie wzięła pod uwagi faktu, iż jej mięśnie nie były przygotowane do takiego posiłku po tak długim bezruchu, co spowodowało, że prawie wpadła na większe drzewo przed nią. Na szczęście udało jej się musnąć je jedynie skrzydłem, dzięki czemu zapobiegła sporej katastrofie, którą dostrzegliby zapewne nawet dwunodzy na murach Miasta.
Lleyrnimehth wkładała w machanie skrzydłami całą siłę, mimo to szło jej bardzo wolno. Wielkie cielsko powoli wzbijało się w powietrze, kierując się w stronę Wolenvain. Nawet z ziemi dało się słyszeć głośny oddech smoczycy, która mimo zmęczenia coraz uparciej dążyła do celu.

[z/t]

Wyjaśnienie: dusza Lleyrnimehth była cały czas z Ayumi w Sypialni I w Linoskoczku (przynajmniej do ostatniego posta smoczycy). Potem Ayumi i tak wyszła z tematu teoretycznie razem z duszą Firletki, więc nie widzę powodu, by pisać tam po czasie, zwłaszcza że opisane wydarzenia nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem. Dusza i ciało smoczycy są teraz jednym i lecą do Wolenvain =3 Wdzięczna będę jeśli dla formalności jakiś MG
w tym temacie, w ostatnim poście Ayumi dopisze też [z/t] smoczycy.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

29 mar 2014, 21:52

Jej ładny płaszcz począł nasiąkać coraz to obficiej krwią, przyjmując ciemniejszy, lekko połyskujący kolor. Ta sama rzecz miała się z resztą ciała mary, oblepiając czarną skórę czerwoną, gęstą cieczą, która bądź co bądź pasowała pod kolor łuskowatych włosów.

Biesiada trwała w najlepsze, a rozpęd z jakim pochłaniała kolejno wyciągane tkanki był godny podziwu. W końcu podniosła się lekko, ocierając twarz równie zbroczoną ręką, co nie dało spodziewanego efektu. Można zauważyć iż niemal cała górna część trupa, a raczej jego bebechów znikła, zjedzona przez Loki, bądź odrzucona na bok na stos mniej odrzucony.

Zamrugała kilkakrotnie, ponownie nabierając władz umysłowych jak i cielesnych. Nawet nie wiedząc kiedy, Aganatel wyjął drugi sztylet zaczepiony gdzieś w górnej partii nogi. W sumie dobrze zrobił, gdyż przez okres regeneracji kawał żelastwa mógłby dosłownie stanowić kawałek jej ciała. Nie wyglądałoby to za dobrze. Wprawdzie zaspokoiła głód, jak i drugi zestaw potrzeb, lecz nie omieszkała łakomie spojrzeć na przygotowany przez mężczyznę stosik pięknie pokrojonego mięsa. Nie mając zamiaru pozostawić tego wysiłku nadaremno, sięgnęła rękę po pierwszy kawałek, przyjmując już bardziej przynależącej do ludzi formę.

Usiadła wygodnie podpierając ciało ręką i zginając jedną nogę na leżąco, w ten sposób dając odpoczynek drugiej, nadal prowadzącej trudny proces regeneracji. Szarpała zębami mięso, już znacznie wolniej, łypiąc spod kaptura na każdego, kto ośmieliłby się zbliżyć do jej krwawej zdobyczy.

Aganatel jeszcze nie skończył zapewniać kolejnych rozrywek, co przyjęła z wyjątkowym ożywieniem. Niemal jak zahipnotyzowana patrzyła na punkt, gdzie sformowała się ciemna, nieznana energia. Wspomnienie jakie ją naszło, przywdziało wyraz pobojowiska i towarzyszących temu miejscu zdarzeń. Czyżby miało wydarzyć się to samo? W jej roli? Jeżeli oznaczało to więcej darmowego pożywienia, to trudno było powiedzieć 'nie'.

Loki nie wyglądała na przejętą, czy strapioną, że być może zaczyna nowy etap swojego życia. Coś jej mówiło, że musiała to zrobić. Dawne wskazówki, przestarzałe rozkazy, czy też własna chęć posmakowania czegoś nowego? Powody dobre, acz zrozumiałe tylko przez ich twórcę.
Kłapnęła zębami przełykając ostatni kawałek krwawego ochłapu.

- W porządku. – uspokoiła go, już w znacznie lepszym stanie. Mówiła zupełnie normalnie, spokojnie, jakby dramatyczna sytuacja jaka miała miejsce była lekką odskocznią, która minęła i szybko nie wróci. Odetchnęła płytko, czując jeszcze ból w powoli zszywającym się płucu. Musiała odpocząć. A przynajmniej nie ruszać się jakiś czas, pozwalając organizmowi wykonywać to, do czego został przeznaczony. Od czego jednak są takie organy jak skrzydła i ogon, przy których pomocy powinna bez konsekwencji doczłapać do ciemnego obłoczka. Tak więc wstała ostrożnie, krzywiąc się przy tym tylko trochę. Miała nadzieję, że silna wola zmieszana z motywację podziała, by móc doczłapać do magicznego obłoku, smycząc po ziemi jeden rozdwojony ogon i dwa porozstawiane na bokach skrzydła. Nie wyglądał zachęcająco. Mniej apetycznie niż materialne organy, lecz głównie przez to, że taki posiłek znała i wiedziała jak się z nim obejść. Natomiast to… Musiała zdać się na Aganatela. Po raz kolejny zresztą.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

29 mar 2014, 23:07

Podczas gdy tak obserwował Loki i Agnatela gromadząc wszelkie, nawet te najmniej istotne dane, postanowił wprowadzić jeden z trybików planu w ruch. Posłał myślowych rozkaz prosto do umysłu Xariela, który odpoczywał na trawie. Zaklęcie uaktywniło się i pochwyciło komendę zapisując ją na stałe aż do wypełnienia celu. W umyśle kotołaka rozbrzmiał cichy, gładki szept. Niski, melodyjny i urzekający. Poruszający te struny uczuć, które rozczulały serce stworzenia i napawały ciepłem, nadzieją i dobrem. Głos był jak balsam na rany. Filtr w jego umyśle tylko potęgował ten efekt.

Udasz się do Morinhtaru w roli szpiega. Pod żadnym pozorem nie będzie ci wolno wspominać o mojej osobie. Zdobędziesz wszelkie użyteczne informacje o Protektorze, władcy akademii magicznej. Spróbuj dołączyć do ich struktur. Zdobądź zaufanie. Rozpal wśród zwolenników Protektora niepewność, zazdrość, gniew. Obróć ich przeciwko sobie. Siej zamęt. Wykorzystaj ten moment i zdobądź informacje o badaniach jakie prowadzą. Działaj na ich szkodę w jakikolwiek tylko sposób. Nie ważne są środki, liczą się efekty. Po tym powrócisz w to miejsce. Nie zawiedź mnie, a nagroda cię nie ominie, mój Xarielu.

Głos wycofał się i umilkł. Rozkaz został wydany. Trybik w wielkim zamyśle ascendenta z wolna ruszył, przeskoczył o jeden ząbek.

Co się tyczy dwójki mięsożerców. Anemetius zwrócił się do Loki w ten oto sposób.

Nie potrafisz kontrolować swoich pierwotnych instynktów. Z moją pomocą zyskałabyś nad nimi pełnię władzy umysłowej. Pomogłem twojemu kociemu przyjacielowi. Teraz nadszedł czas, byś i ty zaczęła pomagać mnie, nie sądzisz? Sama nie dasz sobie rady ze swoimi wrogami. Twój przyjaciel, choć zdaje się posiadać wiele talentów, nie da rady samym bogom. Naprawdę chcesz wieść takie życie? Ciągle w ukryciu niczym szczur?

Zaklinał swój telepatyczny przekaz gładkim słowem i pięknym ich brzmieniem.

Ze mną stałabyś się władczynią. Posiadałabyś własnych służących, własne ziemie i zasoby, własne wojska na usługach. Czyż nie jest to lepsza opcja? Co ty na to? W zamian pragnę tylko wiedzy i woli współpracy.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

29 mar 2014, 23:51

Kotołak wzdrygnął się. A więc już czegoś od niego oczekiwano. Chcąc nie chcąc, zgodził się na to wcześniej. Uleczenie, drzemka i odrobina czasu sprawiła, że jego umysł był nieco czystszy. Przez myśl przebiegło mu teraz, że wpakował się prawdopodobnie w gówno, jednak teraz nie miał już wyboru. Zgodził się przecież na propozycję ascendenta, cóż miał więc robić. Nieco ociężale podniósł się z ziemi, po drodze chwytając swoją włócznię.

Tak przygotowany, z burczącym żołądkiem rozejrzał się wokół. Chciał wypatrzeć jakąkolwiek jadalną roślinę, czy ziele. Zaspokojenie choć w drobnej części głodu jaki teraz czuł byłoby wielce przydatne. Ba, a nawet wskazane. W końcu udało mu się wypatrzeć jakiś krzak, którego to owoce rozpoznał jako coś, co może zjeść bez późniejszych konsekwencji. Ospale ruszył w tamtą stronę, usiadł przy roślinie i posilił się na tyle, na ile mógł. Było to raczej ubogie pożywienie, zresztą, jego żołądek tęsknił w tej chwili raczej za mięsem, jednak było lepsze niż nic. Gdy będzie już na trakcie zatrzyma się w jakiejś gospodzie, niewątpliwie w pobliży Wolenvain jakaś będzie.

Xariel wstał ponownie, tym razem z zamiarem dłuższej przechadzki. Czekała go spora droga, a przecież musiał jeszcze zadbać o siebie. Przed nim było dobre kilka dni drogi. Zapewne o niebo łatwiej byłoby przebyć ją konno, jednak nie mógł liczyć na taki luksus, był jedynie zdany na siebie. Rozglądając się za jakimiś ziołami, które pomogłyby mu z ręką, jadalnymi roślinami, oraz karczmą, w której odpocznie opuścił gaj i wyszedł na Trakt Iquański. Równe, wyłożone kamieniami podłoże dawało nadzieje na to, że jego podróż nie przeciągnie się niepotrzebnie.

Nie przejmował się już Loki, ani resztą towarzystwa. Czuł rzecz zgoła u niego niespotykaną, jakąś wewnętrzną potrzebę wypełnienia obowiązku. Wszelkie wydarzenia w gaju pozostały teraz mniej istotne. Trzeba przyznać, że zostawienie maszkary bez pożegnania było nieco niekulturalne, a Darrian mógłby zapewne skorzystać nieco z wiedzy kotołaka, ale jakoś się bez tego obejdą. Loki sama nie wykazała się tego dnia zbytnią kulturą, a Darrian miał świetlika. Może jeszcze się spotkają.

//z/t
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

30 mar 2014, 17:26

MG

Przyboczny Loki nie wydawał się zainteresowany tym, co prawił Anemetius, ale trafiało to również do jego umysłu. Zachowywał się jednak przy tym jak mały, pyskujący dzieciak, któremu najwyraźniej nie podoba się to, co słyszy. Nawet, gdy ascendent rozmawiał z Loki, powiernik wcinał się ze swoimi uwagami.

- Ta, i co jeszcze… – mówił do siebie, pozornie koncentrując się wyłącznie na formowaniu magicznej mgiełki, przed którą stanęła gotowa do jej przyjęcia Loki. - Ale pierdolenie… - marudził, robiąc swoje. Duże znaczenie miał przy tym z pewnością fakt, że upadły nadal zachowywał się jak pijany. Mimo jego chwiejnego stanu magia zdawała się go nadal słuchać, nie miał problemu z tym, co chciał osiągnąć za jej pomocą, chociaż nie do końca było wiadomo, co tak naprawdę czyni. Tajemnica ta rozwiązała się dopiero po chwili, gdy magiczny dym wniknął w Loki.

Ta poczuła napierającą na jej umysł obcą świadomość, którą jednak szybko i machinalnie wręcz wyparła. Wiedziała, że pomaga jej w tym wszystkim moc Aganatela, który stał sobie spokojnie obok i z zaciekawieniem spoglądał na efekty swoich prac. Co jak co, ale trzeba było mu oddać, że używanie magii przychodziło mu niezwykle naturalnie, nawet jeśli chodziło o tak skomplikowane manipulacje. Maszkara poczuła, jakby wszelkie jej organy wewnętrzne pokryły się żywym ogniem. Wrażenie to było jednak chwilowe. Jej istota przyjmowała szarawą moc magiczną oraz to, co transportowała. Esencja Loki została połączona z inną, o wiele słabszą, wtłaczaną weń przez Aganatela. Skóra Loki rozjaśniła się nieco, dążąc swoją barwą do barwy skóry ludzkiej. Jeden z węży na jej głowie wysuszył się i odpadł, drugi zrobił się całkowicie zielony, a na trzecim pojawiły się czarne wzorki. Jej oczy zbladły nieco, a myśli zaczęły się prostować. Zaczęła funkcjonować jak istota trochę lepiej dopasowana do tego świata, chociaż wiele jej jeszcze do tego brakowało. Urag Mal stworzył ją w określonym celu, jej dusza była silna i niełatwo było na nią wpłynąć. Działania Aganatela musiały być więc rozłożone w czasie, chociaż sądząc po tym pierwszym ich etapie znał się na rzeczy.

Wężowogłową marę opanowała trudna do zdefiniowania ekscytacja. Czuła, jakby odkrywała siebie na nowo, jakby przeszła wewnętrzną przemianę, która normalnie zajęłaby jej całe lata. Cieszyło ją to, chociaż czuła, że jej możliwości zostały odrobinę ograniczone. Taka była jednak cena powrotu do normalności. Nadal jednak sprawa nie była przesądzona. Loki posmakowała tego, z czym mogłoby się to wiązać, a na razie miało to więcej zalet niż wad. Poza tym euforia, w jaką ją to wprawiło, warta była grzechu. Zdecydowanie miała być za co wdzięczna Aganatelowi. Postawił ją na nogi i, wedle swoich słów, „zamaskował”, cokolwiek to oznaczało. Wyglądało na to, że w kilka sekund zrobił to, o czym Anemetius potrafił tylko mówić i za co żądał bezwzględnego posłuszeństwa. Prawdą było, że Aganatel nie mógł dać Loki żadnych wpływów (przynajmniej wedle jej wiedzy), ale przynajmniej poukładał ją nieco, zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie.

- Jak ssię… czujesz? - zapytał powiernik, przytrzymując się drzewa na wypadek trzęsienia ziemi, które co rusz kazały mu się wcześniej zataczać.

Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

30 mar 2014, 19:48

Miło spędzony czas został ukrócony przez wcięcie się Anemetiusa, który na wstępie począł krytykować jej sposób działania. W normalnych okolicznościach, byłaby w stanie obrazić się, rzucając mu kilka mniej, lub bardziej ciętych zdań nie patrząc nawet na fakt posiadanej przez nań olbrzymiej mocy. Zamiast tego, rzuciła tylko zimne, acz zadziwiająco spokojne spojrzenie niezakłócone nawet odrobiną złości. Wyłącznie punkciki niedostrzegalnej pogardy, zmąciły nieprzeniknione refleksy złotych oczu.

- Moje instynkty nie są kontrolowane, ani rozumiane przez nikogo, poza ich twórcą. A ta wiedza przepadła wraz z nim, więc dziękuję… - skinęła głową, dając tym samym odpowiedź na wszystkie zadane jej pytania – …ale nawet ty nie jesteś wstanie tego odwrócić. Dlatego moją jedyną słuszną drogą pozostaje zmienić dotychczasową formę do tego stopnia, by zablokować nałożone, pierwotne ustawienia. - umilkła, odwracając się w stronę ciemnej masy energii, którą było jej dane zasmakować po raz pierwszy.


– Zresztą… Porozmawiamy później. Mamy wiele do omówienia. – stwierdziła zagadkowo, po raz pierwszy odmawiając ascendentowi kontynuowania rozmowy. W grę wchodziło bowiem coś znacznie ważniejszego niżeli puste słowa, na które zawsze znajdzie się czas. Zresztą.. Więcej tłumaczyć nie musiała. Żeby spowiadać się z własnych zamierzeń, będzie potrzebowała znacznie więcej czasu niżeli jedno, krótkie spotkanie w gaiku. Zaufanie jakie było do tego niezbędne, wymagało wielu intensywnych przygód i wystawiających je na próbę zdarzeń. Więc czekała ich wszystkich bardzo długa droga. I aby nęcić ją władzą..? Materialnymi kosztownościami..? Poczuła głęboką urazę do ascendenta, kuszącego tym jakże miernym przybytkiem. Niczego z tego nie potrzebowała i nie pragnęła. Ba, wręcz stroniła. Wolała własne zacisze, żyjąc w mroku i działając pod osłoną cieni, a nie… Paradować w złotym kołnierzu w obecności własnego samo zachwytu. Błe… Lecz nie wgłębiała się w te rozmyślania, przygotowując się teraz do konsumpcji czystej energii. Nie wiedziała, na czym będzie ona polegać, więc starała zablokować swój pilnie strzeżony umysł przed jakimkolwiek nieznanym wpływem, zyskując całkowitą klarowność postrzegania i myślenia.

W końcu, upadła dusza wsiąknęła w jej ciało bodąc w zastawione bariery. Zrobiła to na tyle słabo, iż Loki nie mogła nie poznać w tym ręki Aganatela, wcześniej deklarującego swoją pomoc. Szło dobrze, przynajmniej taką miała nadzieję. Ból jaki odczuła w środku był niespodziewany i bardzo intensywny, zmuszając nieprzygotowaną marę do wydania zduszonego jęknięcia przez zaciśnięte zęby. Gdyby cierpiała dłużej, z pewnością upadłaby na kolana, co chwalić Cienie, na szczęście nie nastąpiło. Wracając oddechem do normalnego stanu, mimowolnie spojrzała na swoje ręce, jaśniejące i podnoszące swój czarny kolor o kilka w górę, będącą teraz gęstą mieszaniną ciemnej szarości z odrobiną ciepłego beżu. Nie mogąc do końca uwierzyć w tak prostą przemianę, przejechała palcem po gładkiej skórze, już znacznie twardszej i przyjemniejszej w dotyku.

- Hah. – wyrzuciła z siebie, rozciągając czarne usta w szerokim uśmiechu. Kto by wiedział… Jedno pożarcie czyjejś duszy i bach; jesteś normalny. Może nie do końca, lecz w znacznie większym stopniu, niżeli kilka minut temu. Żałowała, że nie posiada czegokolwiek, co mogłoby pokazać jej odbicie. Zerknęła mimowolnie na skrzydła i ogon, wyglądające tak samo jak poprzednio, co nie wzbudziło w marze zawodu. Te akurat lubiła, zważając na praktyczność obu wyspecjalizowanych narządów, dość zresztą trudnych do zdobycia.

Poza tym na razie zmian wystarczyło. Trochę ubodło ją, gdy z wężowej koloni wypadła wysuszona, martwa gadzina, mimowolnie dzieląca jej dolę i niedolę. Jednakże reszta potwornych towarzyszy miała się dobrze, zważając na delikatne posykiwania i miłe łaskotanie odczuwalne na ramionach oraz górnych częściach pleców.

Odwróciła się przodem do towarzystwa, nie zdejmując z twarzy pogodnego uśmiechu. Czuła, że… Że po raz pierwszy od dawien dawna jest na swój sposób szczęśliwa. Towarzyszyła temu pewna ekscytacja, której przyklaskiwał nowy zestaw pragnień, jakie przyniosła ta nowa metoda żywienia. O tak, chciała więcej. Jeżeli sprawiało to dodatkowo, iż mogła zachowywać się w sposób jaki Ona chciała to tym bardziej. Bez żadnych, nałożonych wcześniej nakazów, zakazów i bezwzględnego, wymaganego posłuszeństwa jeżeli chodziło o wykonywanie zadań.

– Znacznie lepiej. - odpowiedziała w końcu lekko niedowierzającym tonem, jakby to co przed chwilą przeszła, należało jeszcze do strefy snu – To co.. Idziemy polować na kolejnych? – spytała pogodnie, przysiadając jednak na ziemi. Potrzebowała trochę czasu, by się posklejać i zaakceptować fakt ostatniego wydarzenia.


Nie licząc walorów fizycznych; zmiana w jej zachowaniu stała się.. Znacząco widoczna. Specyficzne, negatywno-sarkastyczne podejście gdzieś uleciało, podobnie jak tryskające pełną krasą emocje. Spokój i chłodne zdystansowanie – to jako pierwsze należało podać do przejawianych przez nią cech. Nie zabrakło również dobrego humoru oraz specyficznej pewności siebie. Broń Ciemności brawury, przejawianej wcześniej, przysparzającą mnóstwa zresztą niepotrzebnych kłopotów nie tylko samej marze, ale też i reszty otoczeniu.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

30 mar 2014, 20:45

Marne, żałosne istotki. Próba przemówienia im do rozsądku była stratą czasu i energii. Każdy z nich sądził, że wie lepiej, że jest lepszy, co za butność i zaślepienie. Ascendent zignorował Aganatela i jego wtrącenia. Loki zaś zawiodła go. Okazała się być taka sama jak ci wszyscy śmiertelnicy. Gdyby nie obecność jej towarzysza … zadziałałby bez pozwolenia, ale kalkulując doszedł do wniosku, iż jest to nieopłacalne. Skoro nie mogła kontrolować samej siebie, to jaki z niej pożytek? W istocie stanowiła ciekawym obiekt do pogłębienie wiedzy o demonach i innych światach, aczkolwiek nie jedyny. Jej głównym atutem stanowiła intrygująca struktura ciała oraz właściwości, ale ta sfera wiedzy najmniej interesowała Anemetiusa. Powłoka fizyczna to słabość. Zbędne ograniczenie. Są inne, znacznie starsze i potężniejsze siły na tym świecie, jak i zagadnienia. Jeżeli będzie musiał pojmie je i ujarzmi samemu. Odrzuciła jego ofertę. Pertraktacje okazały się być nadaremne. Nie miał po co dłużej tutaj zwlekać i marnować swój cenny czas.

Bardzo dobrze – odpowiedział nie kryjąc przed nikim swego przekazu, który wypełnił lodowatym tonem i pobrzmiewającą groźbą. – A więc wybrałaś. Jeszcze się spotkamy. O ile ty i twój przyjaciel przeżyjecie swoją małą wojenkę z bóstwami.

Rozbłysnął zagniewany i niczym mgła zniknął między drzewami. Dość miał szukania sprzymierzeńców wśród istnień tego świata. Nadszedł czas zwrócić swe spojrzenie ku temu, co istnieje poza tą małą planetką.

z/t
Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

31 mar 2014, 18:12

Zachowanie Anemetiusa stanowiło dla niej zupełną zagadkę i materiał do głębokich przemyśleń, na które jednak nie zamierzała tracić czasu. Wyglądało na to, że postanowił się obrazić z powodu jej grzecznej odmowy przyjęcia jego energii do własnego ciała, tym samym dając ascendentowi wolną wolę grzebania w miejscach najbardziej intymnych. Naruszało to godność i prywatność, strzeżoną przez Loki jak najcenniejszy posiadany skarb. Dzięki temu bowiem stanowiła kogoś, kim była, czyli ostatnią pozostałą rzeczą jaka była całkowicie jej. Widocznie Lampka nie mógł tego pojąć, dlatego w pyle światła postanowił zostawić ich wszystkich, mimo, że to właśnie on tak bardzo nalegał na współpracę. Zachowanie zupełnie odbiegające od logiki i tego, z czym się spotkała jeżeli chodzi o niematerialną rasę eterycznych. Cóż, być może wybrakowane przypadki nawet im czasami wychodziły. A przynajmniej bardziej emocjonalne i niekontrolowane.

Loki westchnęła delikatnie, dając upust zażenowaniu jaki odczuła wobec postawy Anemetiusa. Nie mając do powiedzenia w tym temacie nic więcej, przymknęła zmęczone oczy kładąc się na ziemi. Wykończona całodniowym wysiłkiem, a co gorsza aktualnym procesem, postanowiła odpocząć chociażby kilka minut. Ziemia nie była najlepszym wyjściem, lecz musiała wystarczyć. W międzyczasie zszywanie się na nowo czarnej materii trwało w najlepsze, przebiegając wyjątkowo dobrze. Rana, bardzo zresztą świeża, została zaklejona odpowiednim budulcem, reperując uszkodzoną strukturę. Noga nie krwawiła, odbudowując pajęczynkę żyłek i otaczających je mięśni w specyficzną plątaninę włókien. To samo spotykało płuco, znacznie bardziej skomplikowane niżeli rozcięty kawałek uda. Nie powstała prosta dziura, lecz specyficzne rozdarcie, nie tylko uszkadzające całe funkcjonowanie organu, lecz dodatkowo zalewając go falą krwi. Co więc musiało nastąpić najpierw; zasklepienie rozdarcia, uniemożliwiającego ponownego skąpania w płynach ustrojowych, a następnie wypompowanie zalegających w nim resztek. Nastąpiło to przez proste, a jakże skutecznie kaszlnięcie, na tyle jednak ostrożne, by nie naruszyć delikatnej materii. Reszta stanowiła już tylko powtórzenie tego co wcześniej – naprawienie naczyń, mięśni, a na końcu skóry.

Sprzyjała temu szybka reakcja na otrzymane rany. Ich świeżość pozwoliła na natychmiastową odbudowę, a nie poprowadzenie samodzielnych, nieudolnych prób zatamowania nieszczęścia. Drugim atutem była dostępność należytego pokarmu, co więcej, występującego w nadmiarze, dzięki czemu organizm mógł wybierać i przebierać w zwałach otrzymanego budulca.

Jasno żółte, niemal słomkowe oczy rozwarły się lekko, w końcu uznając, że najwyższa pora wstać. Ziewnęła szeroko z wolna podnosząc się i krzywiąc usta w niezadowolonym grymasie. Krew, jakiej wcześniej nie starła ze swoich lic, jak i twarzy, teraz zaschła, stanowiąc nieprzyjemną w odczuciu ciemną skorupę. Skrawkiem własnego płaszcza starła warstwę brudu, pomagając sobie przy okazji czarnym językiem, stanowiącym doskonałe źródło wilgoci. W miarę oporządzona, wstała na nogi chowając mimowolnie skrzydła pod połami płaszcza, podobnie zresztą, jak i ogon. Nie wiedziała ile czasu minęło… Trochę na pewno, zważając na położenie słońca na niebie, które wisiało już dość nisko. A w okolicy ani śladu po ascendencie, czy kotołaku, który nie wiadomo kiedy zniknął. Nie było to z jego strony miłe, zważając, że przylazł właśnie do niej. Nie miała mu jednak tego za złe, zważając w jakim był stanie i na jakie zajście się wpakował. Wierzyła, że ma się lepiej, skoro samodzielnie mógł zniknąć z zasięgu wzroku. Co innego Darrian… Rozłożony tam gdzie wcześniej, spał, najwyraźniej również porzucony przez ascendenta.

Zachowania świetlistego dymu coraz to bardziej ją zdumiewały i zawodziły, bowiem zostawić nieprzychylną maszkarę to jedno, lecz poturbowanego sojusznika to drugie. Zanim jednak postanowiła cokolwiek z nim zrobić, na ziemi zauważyła lśniące sztylety, którymi raczył poczęstować ją mag. Wyznając zasadę, że nic nie powinno się marnować, ujęła oba ostrza jeszcze nie wiedząc co z nimi zrobić. Przynajmniej dopóki nie dotarła do Darriana. Obserwując charakterystyczne podnoszenie się i opadanie klatki piersiowej mężczyzny, uznała, że ten żyje. Szczęście w nieszczęściu, bowiem od niej zależał los poszkodowanego maga. Mogła ukrócić mu egzystencję, bądź też ja przedłużyć. Wiedział, że może ją spotkać zemsta, jakiej z pewnością przeżyć nie chciała. Jednakże, jako myśląca jasno jednostka kontrolująca już w pełni swoje ciało i umysł, nie mogła w być w pełni przekonana, że tak właśnie będzie wyglądać przyszłość. Nie chciała ponosić ofiar za swoją drugą stronę, uważając ją za niegustowną, a wręcz niesmaczną. Nie, jeżeli będą chcieli się pozabijać, to w uczynnej, prawdziwej i wyrównanej walce. Jednakże… Ostrożności nigdy nie mogło być za wiele. Obszukując go bez większych trudów znalazła jeszcze jeden, wyglądający już nieco bardziej podejrzanie nóż. Skwitowała to krótkim ‘hm’, po czym podeszła do bliżej stojącego drzewa i poczęła kopać niewielki dołek, w którym umieści całą tą kupę żelastwa. Przykrywszy ziemią i wydartą kupką trawy otrzepała ręce, starając się zapamiętać samo miejsce. Mogła mieć z tym lekki problem, dlatego z drugiej strony pnia narysowała ostrym pazurem krzyżyk, ukrytym pod spodem najniższej gałęzi.

– Ten… - zawołała, skończywszy wszelkie działania – Nie chcę cię obciążać, lecz mógłbyś stworzyć coś, by przetransportować go do miasta? - zapytała wyraźnie, rezygnując z rozkazującego tonu. Wiedziała, że Aganatel musi być mocno wykończony po wcześniejszej walce, co można potwierdzić jeszcze dziwne zachowanie. Łudziła się jednak, że przynajmniej do bram miasta nie będzie musiała targać ciała mężczyzny, co mogłoby bardzo nadwyrężyć jej nadal leczące się ciało.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

07 kwie 2014, 17:25

MG

Przyboczny Loki kompletnie zignorował fakt zniknięcia Anemetiusa. Interesowało go wyłącznie to, czy jego pani ma się dobrze i czy przypadkiem czegoś nie potrzebuje. Starał się jednak przy tym nie narzucać, obserwując ukradkiem, jak ta spożywa przygotowany przez niego posiłek, a następnie odpoczywa, pozwalając jej ciału się zregenerować. Nie oczekiwał zbyt wiele, dając jej mnóstwo czasu na przemyślenie tego, co właściwie zaszło w gaju. Sam zapewne rad był, że nadal może przebywać w tym wygodnym miejscu. Jego stan nie wskazywał na to, żeby mógł normalnie funkcjonować nie później jak przed upływem kilku godzin. Usiadł więc i z naiwnym uśmieszkiem obserwował przestrzeń przed sobą. Jego wieź z wężowowłosą marą była iście niezwykła. Pomagał jej niczym wierny przyjaciel, chociaż poznali się nie dalej jak pół dnia temu. Nie prosił o nic w zamian, starając się jak mógł, aby zabezpieczyć jakoś istnienie Loki w tej krainie. Podobno dla niej porzucił służbę u Lorven, wieczną chwałę i ogromną potęgę. To dla niej walczył z powiernikami tej bogini, ostatecznie ich pokonując. Cała ta historyjka kompletnie się nie kleiła. Czy świetliści panowie faktycznie byli sługami Protektorki Dusz? Jeżeli tak, to dlaczego wyglądali tak tandetnie i poddali się działaniom jednego z upadłych? Równie dobrze mogliby być kumplami Aganatela, który przez ich „pokonanie” zamierzał zaskarbić sobie uznanie w oczach swej pani. To wyjaśnienie było Loki bliższe i właściwie samo poukładało się w jej głowie. Standard – zapraszasz kobietę na kolację, podczas której niejako „ratujesz” ją z rąk podstawionych opryszków, dzięki czemu wpada w twoje ramiona na resztę wieczoru. Kreujesz fałszywe zagrożenie, z którego później bohatersko ją wyciągasz. Zdecydowanie, takie uzasadnienie ostatnich wydarzeń było o wiele lepiej przyswajalne. Pozwalało nie martwić się gniewem bogów mszczących się za naruszenie struktury wszechrzeczy. Uspokajało myśli.

Minęło kilka kwadransów, po których Loki poczuła, że czas podnieść się ze ściółki. Nie była jeszcze w pełni sprawna, ale przynajmniej mogła chodzić i w miarę poprawnie funkcjonować. Wiedziała, że nie powinna się nadwyrężać. Jej ruchy były więc z początku ostrożne, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. Było. Zakopała zatem broń Darriana i poprosiła swego przybocznego o kolejną przysługę, na którą ten podniósł się ze swego wygodnego miejsca. Skrzywił się, słysząc, że jego moc ma komuś pomagać, ale postanowił się nie spierać. Nadal nie trzymał się na nogach zbyt stabilnie, ale poprowadziły go one przed nieprzytomnego maga, którego oplótł cienistą materią niczym kokonem. Nie dbał o to, że jego ciało doznało prawdopodobnie szoku termicznego w kontakcie z nieskończenie zimnym mrokiem. Krótkim machnięciem ręką posłał go wysokim lotem parabolicznym od gaju prosto na rynek Wolenvain, gdzie cofnął swoje zaklęcie. Szczęściem zmierzchało już, więc ten nieodbijający światła, szybko poruszający się i niechybnie żywy wewnątrz pocisk nie wywołał większej konsternacji mieszkańców miasta. Co prawda poszkodowanego, zziębniętego i osłabionego Darriana znaleziono dopiero po dłuższej chwili, ale kapitan małego oddzialiku straży miejskiej, który tego dokonał, miał w sobie przynajmniej na tyle zdrowego rozsądku, aby przetransportować go do przytułku. Półelf miał obudzić się dopiero nad ranem.

Upadły powiernik zatoczył się i przytrzymał drzewa. Z jego nosa buchnęła krew, świadcząc, jak bardzo (i ponownie) nadwyrężył swoje siły. To, co zrobił teraz z Darrianem było nieco głupie – mógł przecież nie zużywać tyle mocy na transport jego bezwładnego ciała. Zważając jednak na to, że mimo swego stanu zdołał jakoś wykonać polecenie swojej pani nie można było mieć mu niczego za złe. Zrobił to nieidealnie, ale zrobił.

- Co teraz? - zapytał po chwili, ponownie koncentrując swój wzrok na Loki. Wyraźnie nie miał pomysłu na dalsze przygody i nawet nie był zdolny do uczestnictwa w nich. - Szukamy Tęczy? – zapytał, mając na myśli Anemetiusa.

Niktkolwiek
Posty: 25
Rejestracja: 26 kwie 2014, 18:24
Lokalizacja postaci: Iquański
GG: 25527614
Karta Postaci: viewtopic.php?p=48366#48366

21 maja 2014, 19:31

Po wyjściu z karczmy Niktkolwiek zaczął robić to, co miał w zwyczaju, czyli szwendać się po otaczających miasto drogach. Z jednej z nich zobaczył w oddali niewielki zagajnik, odcinający się zielenią od szaro-brązowych traw, jakie porastały okoliczne pola. Natychmiast ruszył ku niemu. Wizyta "Pod pancerną Emilią" wywołała zbyt wiele wspomnień, które teraz, wybudzone z kilkuletniego snu, ścierały się z hukiem w jego głowie z potężną armią świadomości, która nie chciała dopuścić ich do siebie. Ale była oblężona i wiedziała już, że ma niewielkie szanse na wygraną. Uratować go mogła tylko cisza.

Wszedł między drzewa. Cisza. Tak, znalazł ją. To znaczy – od dłuższego czasu w okolicy dął chłodny wicher, który ściągnął ze sobą ciemne, deszczowe chmury, ale to i tak było nic w porównaniu z chaosem, jaki w nim panował. Teraz wspomnienia szturmowały już mury jego jestestwa, wdzierały się do środka, paliły, mordowały i gwałciły wszystkie złudzenia, dzięki którym mógł w miarę normalnie funkcjonować przez ostatnie parę lat.

– Cicho… – jęknął, ale one go nie słuchały. Znowu miał szesnaście lat i znowu był w tej chędożonej karczmie, a za ladą stał niski, ryży człowieczek i pytał, co podać. On zastanawiał się nad odpowiedzią, bo jeszcze nigdy nie usłyszał takiego pytania…

– Proszę, cicho… – A kilka godzin wcześniej TO się zdarzyło. W innej karczmie, po drugiej stronie murów, w granicach samego Wolenvain. TO… czyli właściwie CO?

– Cicho już, cicho, cicho, cicho, cicho… – Dobrze wiedział, co. A jednocześnie nie był w stanie tego wysłowić. Drzewa nie pomagały. Milczały, od czasu do czasu targane tylko wiatrem. Zbierało się na deszcz.

Dobrze wiedział, co. Coś bardzo, bardzo złego i bardzo śliskiego, tak śliskiego, że wymykało się ciągle z rąk jego świadomości, a jednocześnie tak sprytnego i giętkiego, że potrafiło wkraść się do niej tajnymi ścieżkami. Jak wąż. Dokładnie taki wąż, jaki pełznął teraz ku niemu po leśnej ściółce… Słyszał jego szelest i widział oślizgłe cielsko, a przede wszystkim jego oczy, czarne, puste, bezdenne oczy, na dnie których na pewno spoczywała prawda. Wąż syczał. Prawda syczała.

– Cicho! – jego krzyk potoczył się echem po okolicy. Zanim umilkło, jego już tam nie było.

[z/t]
Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

14 lis 2014, 23:57

Zamruczała pod nosem, wydając bliżej nieokreślone dźwięki. Drażniła ją niemiłosiernie ukryta pod stertami dziwnych wydarzeń prawda, przybierając wręcz fantazyjne kształty. Jak poznać jej ostateczny kształt… Komu zaufać i kiedy mogła wierzyć w przypadkowość? Tego musiała się dowiedzieć jak najszybciej, gdyż na szali mogło ważyć nie tylko jej życie. Jak kiedyś, bardzo dawno zresztą powiedziała, że lepiej jest być martwym i wolnym, niżeli żywym i… Niewolnym.

Jej punkt zaczepienia stanowiła wolna wola, szkodząc raz jednej, raz drugiej stronie konfliktu. W jakich bardzo uczestniczyła. By ratować więc to co było zatem dla niej najcenniejsze, musiała przebijać się do celu, w tym przypadku tak mało klarownego i ograniczonego mnóstwem czynników.

Podeszła bliżej Aganatela i zdecydowanym ruchem ujęła go pod ramię, usilnie nadając mu pozycję niemal całkowicie pionową, chroniąc go również przed dalszym nieopanowanym zataczaniem.

- Odwrotnie. - rzucała z przekąsem – Mam nadzieję więcej tego upiornego światła nie zobaczyć. To jakiś… Paradoks. Potężna, magiczna broń z charakterkiem rozkapryszonej księżniczki..? - prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem – Poza tym musisz w ‘szczegółach’ opowiedzieć o przebiegu tego, co wydarzyło się na pobojowisku.


Nie zamierzała mu odpuścić pochowania tej tajemnicy, choćby sama miałaby ją wydusić z gardła. Choć prawdopodobnie przegrałaby momentalnie, zważywszy co mag cienia potrafił zrobić, nawet u skraju sił. A wspominając już o siłach; nie są wstanie walczyć czy uciekać, pocięci, wykończeni i ogólnie powiedziawszy w nie najlepszej kondycji. Jedynym miejscem, które przychodziło jej do głowy, w którym rzeczywiście mogli zaczerpnąć tchu i wylizać niektóre rany, były ciemne zakątki miasta. Do takich zaliczała się oberża "Pod Czarnym Kotem", o której sławie słyszała już znacznie wcześniej. Sławie zresztą bardzo nieciekawej, gdzie jednakże nikt nie zadawał żadnych pytań.


Podciągnęła Aganatela na ramieniu, mając na uwadze nie nadwyrężyć żadnej ze swoich pociętych części ciała.


- Chodźmy. Muszę odpocząć. - rzekła beznamiętnie, wolno kierując się w stronę bram miasta. Wprawdzie czuła się już lepiej, lecz jej przeciekający krwią obrońca wymagał większych środków leczniczych. Loki głupia nie była, wiedząc, że jedynym sposobem zaciągnięcia go do łóżka, było stanowcze stwierdzenie, że Ona właśnie tego chce. Tacy już byli wojowie o nieskalanych sercach i szlachetnych zamiarach.

Wróć do „Obrzeża miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Lilia
Liczba postów: 52247
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.