Gaj na polach

Tereny miejskie nie kończą się na jego murach. Do samego Wolenvain należy kilka wiosek, z których najważniejsza leży tuż pod nim. Tutaj znajduje się także częściowo zrujnowana, nadal używana podczas turniejów rycerskich, starożytna arena.
Awatar użytkownika
Lleyrnimehth
Posty: 28
Rejestracja: 28 wrz 2011, 17:15
Karta Postaci: viewtopic.php?t=772

Gaj na polach

23 gru 2011, 20:22

Gaj ten, skupisko dość masywnych drzew liściastych, znajdował się parę staj od murów Wolenvain, na otaczających je polach. Nie był duży ani niezwykły – od, zwykła wysepka drzew wśród rosłych traw. Bliżej mu było do linii pobliskiego lasu niż do samego miasta.

---

Lleyrnimehth, machając gorączkowo skrzydłami, opadła z hukiem na ziemię koło linii gaju. Była podekscytowana, podniecona obecną sytuację. Cieszyła się, obiecując sobie cuda które zaraz powinna była zobaczyć.
Niczym jaszczurka czołgająca się po ziemi, obróciła się łbem w stronę gaju i zanurzyła pospiesznie pomiędzy pierwszymi drzwiami. Na szczęście nie były zbyt gęste, mogła się między nimi przepchnąć, jednak martwił ją nieco fakt, że w takiej sytuacji nie jest to perfekcyjna kryjówka.
To nic, nie miała czasu żeby się tym przejmować. Wolała wierzyć, że nikt nie zbliży się do gaju, w pobliżu którego widziano niedawno lądującego smoka. Oby tak właśnie było.
Zanurzyła się najgłębiej jak mogła, do punktu w którym zdała sobie sprawę, że dalej drzewa umieszczone są zbyt gęsto. Moszcząc się w miarę wygodnie na zbutwiałych liściach, nie mogła odpędzić myśli do Ayumi i jej ciała, w którym miała się zaraz znaleźć. Nie mogła się jednak śpieszyć – najpierw wolała poświęcić parę minut na nałożenie na masywne cielsko kamuflażu. Trudno było jej się skupić, dlatego zajęło jej to też nieco dłużej niż zwykle, jednak w końcu stało się – ciało smoczycy rozpłynęło się i było ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie nabierze nagłej ochoty na spacerowanie po opuszczonym gaju. Inaczej może nadepnąć na jeden z jej ostrych kolców na ciele…
Gdy była już ukryta, skupiła się na Zielonej, szukając jej myślami gdzieś w pobliżu Północnej Bramy. Na szczęście ta nie poruszała się, dzięki czemu smoczycy szybko udało się ustalić jej położenie. Tylko moment zajęła rozszczepienie się ciała i duszy i wkrótce w gaju pozostało już tylko to pierwsze…

[ Dodano: Nie 10 Cze, 2012 19:50 ]
Lleyrnimehth polubiła Zieloną. Chociaż niektóre jej słowa mocno ją zraniły, to jednak jej wyrzuty sumienia były jak najbardziej prawdziwe i już nimi samymi zdobyła sobie wybaczenie smoczycy. Driada gadała dużo, była ciekawska i niewinna, a jej pytania śmieszyły Firletkę, która nagle poczuła się nie tylko ważniejsza i lubiana, ale też i nieco mądrzejsza. Zazwyczaj to ona była tą, która pytała o najróżniejsze ludzkie wynalazki, a przy Zielonej mogła zabłysnąć swoją wiedzą.
Jednak coś w sypialni na piętrze w Gospodzie Pod Linoskoczkiem poszło nie tak… Wszystko to, niezwykle trudne do opisania, stało się w sekundę i trwało bardzo długo. Smoczyca nie pamięta dokładnie kiedy się zaczęło, nie pamięta nawet ostatnich słów driady. Po prostu nagle wszystko zaczęło miarowo ciemnieć i się rozmazywać, zarówno przed jej oczami jak i w jej umyśle. Gdyby tylko miała w tym momencie świadomość zapewne dostałaby ze strachu zawału, w obawie iż jej ciału grozi niebezpieczeństwo, iż właśnie ktoś atakuje jej smoczą postać… ale świadomości nie miała. Umysł olbrzymiego gada pochłonęła ciemność, a ona nagle goła, krucha i mała spadała w tę głębię. Nie była już potężnym smokiem, była niczym młode smoczątko. Machała kończynami, jej serce trzepotało niczym skrzydła złapanego gołębia, oczy wyszły jej z orbit, jednak… nie mogła krzyczeć. Tak bardzo chciała krzyczeć o pomoc, o litość, jednak ciemność była zimna, a mróz zamrażał jej płuca.
Nie pamiętała jak ten koszmar się zakończył, ani też ile trwał jej dalszy trans. Wiedziała tylko że w tym czasie nie czuła nic, nie była nigdzie, nie miała myśli. Niby jak sen, jednak bez snów… Czuła, że nie istnieje. Czy tak właśnie wyglądała Otchłań? Czy tym właśnie było życie po śmierci?
I tak jak nagle zniknęła, tak też powróciła. Pierwszym co poczuła był ból głowy, drugim – ból brzucha. Smoczyca uniosła powoli obie pary powiek, ale światło poranka było dla niej takim szokiem, aż niemal zasyczała z bólu, zamykając je natychmiast. Teraz będąc bardziej ostrożną uchylała powieki bardzo powoli. Pierwszym, co dostrzegła, były konary drzewek w gaju. Lleyrnimehth uniosła powoli łeb, oglądając się w okół siebie. Była w swoim własnym ciele, leżąc w miejscu a którym je też opuściła. Był poranek, jednak nie wiedziała ile dni minęło. Zdawało jej się, iż jej dusza błądziła całymi tygodniami w poszukiwaniu ciała.
Nie miała wątpliwości co do tego, co się właśnie stało, jednak nie była pewna dlaczego. Jej dusza została wyrwana z ciała Ayumi i na wskutek szoku nie była w stanie wrócić do swojego prawdziwego ciała. Firletka nie raz była już ostrzegana przed mocą Jednego Umysłu, jednak nigdy nie przydarzyło jej się nic, czym straszyło ją Starszeństwo. Jej wrodzona ostrożność nigdy do tego nie dopuściła.
Jednym z powodów tego wypadku mógł być głód. Lleyrnimehth czując kłucie w żołądku uniosła się na łapach i spojrzała na swój wydęty brzuchol. Odłączenie umysłu mogło być reakcją ochronną, ponieważ nie skupiała się dostatecznie na własnym ciele. Czy była już głodna kiedy swoimi myślami znajdowała się w sypialni w Linoskoczku? Czy możliwym jest, że po prostu w wyniku podniecenia o tym zapomniała? A może to nie głód, a wynik jakiejś nieznanej jej magii? Słyszała, iż również zakłócenia magiczne mogą powodować zakłócenia w połączeniu umysłu z ciałem
Żółtołuska sama nie była pewna. Nieco zagubiona potoczyła wzrokiem w okół siebie, ale nie znalazła odpowiedzi, co przybiło ją jeszcze bardziej. Była też jednak też jasna strona medalu: w gaju nie było nikogo oprócz niej. Była sama i bezpieczna.
Smoczyca uniosła wielkie cielsko na czterech łapach i westchnęła głośno. Na jej pięknych łuskach osiadły liście i brud, czasem mieszcząc się w miejscach z których nie tak łatwo je usunąć. Niby drobiazg, ale wystarczył by dostatecznie popsuć jej humor. Stała tam chwile niczym wielka statua, rozdarta pomiędzy załamaniem się, kąpielą, posiłkiem a Zieloną i Nim. Zapewne zastanawiali się co się z nią stało… A może i nie.
Pewnie w cale nie zauważyli. Typowo przybiła sama siebie, jakby na złość chcąc jeszcze bardziej zepsuć sobie humor (jak widać – to było jeszcze możliwe). Ze zwieszoną głową zaczęła wiercić się, by tyłem wyjść z gaju. Jak już się wygrzebie na otwarty teren to podejmie decyzję, co teraz.
Wtedy przyszło jej do głowy, iż przy opuszczeniu Zielonej i jej mogła stać się jakaś krzywda. Że może i ona przeżyła wizję spadania w dół… śmierci. W tym momencie smoczyca zapewne olałaby się zimnym potem, gdyby tylko mogła… A że nie mogła, jęknęła tylko głośno i ignorując już drzewa które mogłaby zniszczyć, odbiła się z całej siły od miękkiego gruntu. Nie wzięła pod uwagi faktu, iż jej mięśnie nie były przygotowane do takiego posiłku po tak długim bezruchu, co spowodowało, że prawie wpadła na większe drzewo przed nią. Na szczęście udało jej się musnąć je jedynie skrzydłem, dzięki czemu zapobiegła sporej katastrofie, którą dostrzegliby zapewne nawet dwunodzy na murach Miasta.
Lleyrnimehth wkładała w machanie skrzydłami całą siłę, mimo to szło jej bardzo wolno. Wielkie cielsko powoli wzbijało się w powietrze, kierując się w stronę Wolenvain. Nawet z ziemi dało się słyszeć głośny oddech smoczycy, która mimo zmęczenia coraz uparciej dążyła do celu.

[z/t]

Wyjaśnienie: dusza Lleyrnimehth była cały czas z Ayumi w Sypialni I w Linoskoczku (przynajmniej do ostatniego posta smoczycy). Potem Ayumi i tak wyszła z tematu teoretycznie razem z duszą Firletki, więc nie widzę powodu, by pisać tam po czasie, zwłaszcza że opisane wydarzenia nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem. Dusza i ciało smoczycy są teraz jednym i lecą do Wolenvain =3 Wdzięczna będę jeśli dla formalności jakiś MG
w tym temacie, w ostatnim poście Ayumi dopisze też [z/t] smoczycy.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

28 mar 2014, 02:01

MG

Gdy Loki w najlepsze wgryzała się w świeżo upieczone ramię Darriana, Anemetius w spokoju bawił się w dalsze eksperymenty. Umieszczony w umyśle Xariela filtr wymagał co prawda cyklicznego uzupełniania, ale powinien wystarczyć na dłuższy czas. Zaklęcie, prócz tego, że z czasem rozpraszało się samoistnie, w zamyśle miało działać tylko wtedy, gdy kotołak zechce się sprzeciwić rozkazom swego nowego pana. Sądząc z chytrej i kombinatorskiej natury jego współrasowców utworzony przez ascendenta filtr nie mógł działać dłużej, jak przez kilka dni. Spełniał jednak swoją rolę wyśmienicie. Do Xariela nie docierały nawet myśli o jakimkolwiek buncie, nieświadom był też istnienia w jego jaźni czegoś blokującego tego typu odczucia. Energetyczna istota wślizgnęła się do jego głowy prawie bezszelestnie, nie napotykając żadnych barier i powodując tylko lekki ból w skroniach, który został zresztą wzięty przez Xariela za kolejny objaw zmęczenia nieubłaganie biorącego go w swe posiadanie. Po chwili podszedł do niego Aganatel, który znalazł najwyraźniej dogodne miejsce do siedzenia – tuż obok kotołaka. Co ciekawe, mimo swego dziwacznego stanu nie wionął alkoholem. Obaj mężczyźni obserwowali spod półprzymkniętych powiek wydarzenia dziejące się jednocześnie blisko i daleko od nich. Blisko, bo właściwie przed ich nosami, a daleko, bo nie byli w stanie się nimi przejmować.

Maszkara o wężowych włosach zdążyła już przeżuć i połknąć kawałek spieczonego mięśnia swojej ofiary, gdy poczuła nagle, że coś ostrego wbija się niemal do końca w jej lewy pośladek. Drugi sztylet minął obły cel, za co nie można było Rinej winić. Ciągle uczyła się precyzyjnego posługiwania zaklęciami w tym ciele. Była zadowolona z tego połowicznego sukcesu, jednak to chwilowe przejęcie wyraźnej kontroli nad poczynaniami Darriana również i ją naraziło na odczucia bólowe. Wiedźma wycofała się przeto tak szybko, jak się pojawiła, pozostawiając wijącego się pod Loki półelfa samotnie, przynajmniej przez jakiś czas. Zamierzała, co prawda, przyjść mu z pomocą, ale dopiero po tym, jak ustaną w jej umyśle echa cierpienia, z jakim się przed chwilą zetknęła. Pożerająca maga żywcem potwora oberwała co prawda, ale kompletnie się tym nie przejęła, trzepocząc skrzydłami nad swoją kolacją. Wyglądała na bardzo podekscytowaną zaistniałą sytuacją, a świadczył o tym jej uwolniony chwilę temu, rozwidlony przy końcu, ciągle poruszający się ogon. Pazury mary wbiły się silnie w boki szamoczącej się ofiary, otwierając na ciele Darriana kolejne, tym razem dość płytkie rany. Węże na jej głowie rozszalały się do tego stopnia, że zaczęły kąsać na oślep, także swoją panią. Jeden z nich szczególnie upodobał sobie jej prawe ucho, inny wgryzł się w ubranie Darriana, jeszcze inny walczył z kolejnym.

Po chwili do akcji powrócił drugi sztylet półelfa, trafiając Loki pod żebra. Rinej nie wytrzymała w bezczynności, po raz kolejny wystawiając się na niezbyt przyjemne bodźce. Teraz jednak była na to przygotowana, trafiając dokładnie tam, gdzie chciała, choć z niezbyt wielką siłą. To, co stało się z nią po tej akcji przyrównać można było do swoistych zawrotów głowy. Darrian przestał czuć się komfortowo we własnym, współdzielonym z kobietą umyśle, ale musiał być jej wdzięczny – sam z pewnością nie podołałby zadaniu. Teraz wystarczyło wykorzystać słabość wężowłosej, aby zrzucić ją z siebie i pozbyć się zagrożenia, tyle że… Loki wcale nie zamierzała odpuścić, nawet mimo zadanych jej ran. Niestety, należała do tych przedstawicielek płci pięknej, której jak już się uczepią, to nie ma zmiłuj. Telekinetyczne pchnięcie z pewnością pomogłoby coś na tę przywarę, ale w obecnej chwili ani Darrian ani Rinej nie byli w stanie dokonać takiego przedsięwzięcia.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

28 mar 2014, 03:39

Doskonale, zaklęcie zostało uformowane. Teraz miał tego kotołaka w swojej mocy na kilka najbliższych dni. To zupełnie wystarczy. Miał pewien plan względem niego, ale to później, teraz niech nieco odpocznie, a on z kolei musiał zająć się inną, znacznie poważniejszą kwestią.

Co kierowało Loki, że ta się rzuciła na Darriana? Cokolwiek nią kierowało niszczyło i tak wątłe porozumienie z półelfem, który jakby nie patrzeć ucierpiał najwięcej i to nie z własnej – świadomej – winy. Musiał im przemówić do rozumu. Skoro sami nie potrafili nad sobą panować…

Dosyć tego!! – ryknął wkładając w swój mentalny przekaz całą złość, jaką potrafił z siebie wyrzucić. Każde z pobliskich stworzeń powinno je usłyszawszy zlęknąć się w sobie, gdyż oprawił je taką dozą gniewu, jadu, nienawiści, iż całe jego jestestwo przybrało na moment wygląd szerokiej chmury, lecz nie była to piękna mgiełka światła, acz szalejąca i wirująca sfera barw migoczących z taką częstotliwością i tak mocno, że samo spoglądanie powinno wywoływać ból. Zebrał wiązkę mocy i rąbnął nią w najbliższe drzewo niby piorunem. Huk rozszedł się po całej okolicy, zaś konar w miejscu uderzenia rozpłatał się na dwie części, stając w ogniu.

Mieliście współpracować! Zwłaszcza ty, Loki! – grzmiał. –Kontroluj swe pierwotne instynkty! Nie zachowuj się niczym bestia! Nie chce żadne z was poznać mego gniewu! A ten powoli we mnie wzbiera!

W tym momencie przekształcił się na oczach wszystkich w wielkiego węża, unosząc łeb wysoko do góry, ponad korony drzew, i sycząc na podobieństwo wężowych włosów Loki. Długi jęzor ze światła zbliżył się do dwójki szamocących się stworzeń: Loki i Darriana, a ci mając w pamięci niedawne zajście z ręką półefla winni wiedzieć czym by się skończył taki dotyk. Jego ślepia rozbłysnęły mocą, wyrzucając z siebie dwa kolejne pioruny czystej energii daleko poza ich otoczenie, gdzieś w dal, gdzie wybuchły zatrząsnąwszy ziemią.

Chwycił Loki w telekinetyczny uścisk i nawet jeżeli ta nadal by się opierała – odciągnąłby ją.

To ma się już nigdy więcej nie powtórzyć! – zwrócił się do winnej zamieszania. Loki musiała sobie uświadomić, że nie będzie tolerował takich wybryków. Nie chodziło o atak na Darriania, to była mniej ważna kwestia. Tu chodziło o złamanie przyrzeczenia. Jeszcze przed chwilą ta czarnoskrzydła bestia zgodziła się i obiecała popuścić w zapomnienie całą niezgodę. Tym czynem zachwiała porozumienie. A ascendent, choć wiele mógł złego o sobie powiedzieć, danego słowa nigdy nie łamał. I tego samego oczekiwał.

Ktoś musiał panować nad tym towarzystwem. I tylko on – bezstronny obserwator – był do tego zdolny. Z powrotem wrócił do swej "normalnej" postaci. Wszystko co uczynił miało tylko na zadanie wzmocnienie jego autorytetu i pokazanie na jakich zasadach bazuje ten sojusz.

Jak tak bardzo chcesz się posilać to twój przyjaciel przyniósł ci przekąskę, a jak tego ci mało, mogę zapewnić ci dziesiątki, jeśli nie setki przysmaków.

Z tego całego zamieszania przynajmniej dowiedział się w czym smakuje Loki.

Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

28 mar 2014, 07:59

Traciła kontrolę nie zdając sobie z tego sprawy, bowiem jej świadomość poszybowała gdzieś daleko, kończąc na granicy snu a jawy. Im bardziej mężczyzna pod nią walczył, tym trudniej było go traktować inaczej niżeli jeszcze szamoczącą się ofiarę. Tak zresztą ciepłą, pachnącą, pełną krwi i mięśni. Poczuła jak coś się w nią wbija, lecz ból napędził całą machinę dodając kolejne zębate koła do tej nieszczęsnej sytuacji. W akcję nie tylko szły zęby i pazury, lecz jeszcze cieniste skrzydła, co jakiś czas uderzając albo powietrze, bądź też ziemię. Ogon dołączył do nich chwilę potem, tak jak i gadzie kły, wbijające się we wszystko co popadnie.

Drugie ukłucie było nieco bardziej nieznośne, wywołując jej głośny syk, dochodzący z pomiędzy rządów zębisk nadal zaciśniętych na ciele swojej ofiary. Konwulsyjnie drgnęła, słabnąc na kilka chwil, lecz potem uderzyła znowu, teraz już nie tylko mając zamiar posilić się z głodu, lecz także i innej potrzeby.

W pewnej chwili doszedł ją brutalny, zupełnie niespodziewany ryk, na który nawet ona musiała zareagować. Odwróciła głowę na moment, sprawdzając, co jest powodem podobnego niepokoju. Jej oczy trafiła sama jasność, powodując prawdziwy ból. Skomląc i warcząc, debatowała nad rozterką opuszczenia źródła pożywienia, zaniepokojona o możliwości nabycia czegoś znacznie poważniejszego niż dwie dziury. Czynność pierwsza w tym przypadku, jak nakazywał instynkt to unieruchomienie i porzucenie ofiary, w nadziei, że ta zostanie na miejscu kiedy niebezpieczeństwo minie. Nie tracąc więcej czasu, splunęła porcją jadu na poharatane w całości ramię, nie osłonięte przez skórę, z wystającymi mięśniami. Na więcej nie miała czasu, dlatego też bez dalszych ceregieli wzbiła się w powietrze, bijąc skrzydłami jak tylko mogła, bowiem start z braku rozpędu był znacznie trudniejszy, nawet ułatwiony poprzednim wyskokiem.

Nim zdążyła ulecieć choćby na kilka metrów poczuła niewidzialny i mocny uścisk, zatrzymując ją tam gdzie wisiała. Przez cały czas mowy Ascendenta, próbowała się szamotać, panicznie pragnąc uciec byle dalej od palącej jasności. Nie wyglądała, na to, że słucha. Aczkolwiek; wygłoszenie rozkazu krytykującego jej działania niczym niesfornego dziecięcia, coś obudziło. Mara przestała się wyrywać kierując błyskające złością oczy na Anametiusa, który bezczelnie raczył użyć tak jej bliskiej formy.


– Nie. - rzuciła mało precyzyjnie, machając rozdziawionym ogonem w powietrzu. To jedno słowo spowodowało mimo wszystko, że użyła swoich ust w inny sposób niżeli wcześniej. Ich najbardziej podstawowa funkcja została tym samym przerwana, wychodząc na bardziej złożony i cywilizowany grunt jaki stanowił język. Zaskoczona własnym zachowaniem, zmrużyła oczy, mniej pewna tego co rzeczywiście się dookoła dzieje. Przed chwilą był tylko głód, stanowiący podstawę jej jestestwa. Teraz coś innego poczęło walczyć o kontrolę nad wolą oraz funkcjonowaniem organizmu, tak bardzo zresztą zagmatwanego.


I chyba na pojedynczym słowie się nie skończyło, zważając, że poczęła przygotowywać się do wypowiedzenia kolejnych.


Przysmak.
wyrzuciła nagle, niczym pozbywając się z zalegającego na gardle ostrego przedmiotu. Spodobało jej się to słowo. Znaczyło bowiem, że zaspokoi ono wszelkie jej pragnienia i uczyni szczęśliwą, nie mającą więcej zmartwień w tej kwestii. Jeżeli rzeczywiście tak się stanie, to będzie mogła przystąpić do punktu drugiego jej egzystencji.

Otworzyła szeroko oczy, nabierając w ciemne płuca gwałtownego haustu powietrza. Coś wypełzło z mroku umysłu, wypełniając należne mu miejsce i ochoczo zajmując wszystkie pozostałe dostępne obszary. Krótkie przypomnienie sobie celu do jakiego została stworzona, otrzeźwiło ją niemal natychmiastowo wzbudzając odpowiednie obrazy w czarnej głowie. Poszukiwała, tropiła, znajdywała i unieruchomiła. Bądź pożerała w zależności od okoliczności. Była skomplikowanym wynalazkiem, nastawionym na bardzo proste funkcje, które wolą starała się kolejno przełamywać. Mimo, że już jakiś czas nie służyła u boku swojego Mistrza, nie zmieniało to ustawień dosłownie wyrytych na bebechach Loki. Ale, czy aby na pewno? Jej zachowanie można było tłumaczyć w różny sposób, lecz pozostawało ono niezmienne, zakrawające na bardzo prosty schemat. Zwalanie winy na demona było oczywiste i w gruncie rzeczy bardzo wygodne, co nie zaprzeczało jednakże tej możliwości. Zresztą bardzo prawdopodobnej. Póki żyła w swoim własnym, niezmajstrowanym przez nikogo ciele, nigdy nie ulegała podobnym niezahamowaniom, pilnie strzeżonym przez wolną wolę. Aktualnie, sprawa się nieco komplikowała.

– Hę? – zagadnęła nagle, lekko zdziwionym tonem, patrząc na dyndające w powietrzu stopy. Należało to do zjawisk dziwnych, raczej nie spotykanych zważając, że nie macha skrzydłami. Tym samym rzuciła okiem na ziemię pod sobą, gdzie nieprzyjemnym widokiem był Darrian, wyraźnie poszkodowany już nie tylko ogniem. Poczuwszy w ustach dobrze znany smak krwi, począł do niej docierać prawdziwy obraz sytuacji, z początku zdeformowany przez brak pełnej świadomości w odpowiednich momentach.

Jęknęła głośno z zaskoczenia na docierające informacje, jak i ból, który czuła w nodze i plecach, jaki trudno było zignorować.

Póki co nie powiedziała nic więcej, starając się sama zorientować w całości zaszłego zdarzenia, zanim komukolwiek zechce go tłumaczyć.

I bardzo chciała wrócić na ziemię, bądź wzbić się w powietrze, cokolwiek, byle nie wisieć między jednym a drugim.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

28 mar 2014, 16:18

Gdyby nie wszystkie bodźce dobijające się do głowy Darriana, ten zapewne zacząłby krzyczeć na Rinej z powodu jej nagłego wycofania się, kiedy tylko dotarł do niej ból, z którym walczył, nie mógł jednak poświęcać istotnej koncentracji na nic poza swoim bólem i wciąż na nim siedzącą Marę. Czy on naprawdę uważał ją za godnego siebie adwersarza w kwestii słownych sporów? Tą dziką kreaturę? Jakaś jego część czuła wręcz współczucie wobec Loki, tak nisko upadła w jego oczach. Nie była lepsza od byle zwierzęcia, nie mającego nic do powiedzenia ani do zaoferowania prócz bezmyślnej pomocy przez wykonywanie cudzych poleceń. Na całe szczęście, Wiedźma zamieszkująca ciało półelfa się pozbierała i wykonała drugi atak, tym razem skutkujący o wiele groźniejszym trafieniem pod żebra Wężowowłosej, która nadal nie przejmowała się ciosami a wręcz wydawały się one ją napędzać. Gdyby nie on był w tej chwili jej ofiarą, miałby tuzin docinek pasujących do wyglądającej jak w ekstazie Maszkary, tracącej kontrolę nad elementami własnego ciała, machając bezwiednie skrzydłami i będąc gryzioną przez własne włosy.

Rinej niestety jak zwykle przesadziła, kiedy jej się udawało i jej działania wywołały uczucie dyskomfortu i zawrotów głowy zarówno u niej jak i u jej nosiciela, które naturalnie w tej sytuacji nie były mile widziane. Żadne nowe sztuczki magiczne nie wchodziły w grę, zwłaszcza, że musiał utrzymywać znieczulenie. Drugi cios sztyletem dał mu jednak pewną możliwość, ryzykowną acz mogącą nawet zakończyć ich starcie tu i teraz.

– Zajmij się utrzymywaniem znieczulenia. – Polecił Rinej, po czym miał zamiar użyć zdrowej ręki do chwycenia rękojeści wystającego z boku Loki sztyletu i pociągnięcie go do siebie, co powinno poskutkować w najlepszym przypadku wypłynięciem jej demonicznych bebechów na światło dzienne a w najgorszym przynajmniej powiększyć ranę i odpłacić pięknym za nadobne zadając jej więcej bólu. Jeśli jednak nie udałoby mu się wyrwać ręki spod uścisku swojej oponentki, lub poczułby nawracający ból z powodu nieogarnięcia Wiedźmy, będzie zmuszony porzucić ten plan a w jego obecnym stanie na wymyślenie kolejnej błyskotliwej strategii nie mógł sobie pozwolić, gdyż jego głowa odmawiała współpracy, przegapiając nawet pierwszy ryk Anemetiusa, o splunięciu jadem nie mówiąc.

Na całe szczęście, Świetlisty postanowił zareagować, powodując odskoczenie Wężowowłosej a nawet zatrzymanie jej w powietrzu, co jakkolwiek wykonalne przez Darriana, wymagałoby od niego sporego wysiłku a i nie dałby rady utrzymać jej szczególnie długo. Mag teraz skupiał się wyłącznie na utrzymaniu znieczulenia a co za tym idzie – przytomności, mógł, więc tylko podziwiać popisywanie się mocą przez ascendenta a fakt, że ofiarą tych popisów była istota, która jeszcze przed momentem próbowała go zjeść, tylko sprawiała, że sytuacja była przyjemniejsza. Nadal jednak adrenalina i wszystkie emocje buzowały w jego ciele, nie pozwalając mu na radowanie się tą sytuacją, póki nie dał tym czynnikom jakiegoś uścia a biorąc pod uwagę swój stan, mógł tylko spróbować coś wymamrotać a to i tak z wysiłkiem, zwłaszcza, jeśli jej jad zrobi to co miał.

- Wściekłe, dzikie zwierze. Nic więcej. – Postara się wydukać z siebie, kierując wzrok na skrzydlatą marę, wkładając w te słowa tyle obrzydzenia ile tylko się dało. Jego ciało wbrew pozorom nie było tak ciężko ranne, żaden z istotnych organów nie był nawet blisko zadanych mu uszkodzeń, jego umysł jednak był nazdwyczaj wyczerpany wszystkim, co przed chwilą zaszło. Przynajmniej wydawało się, że na tym miało się skończyć. Narazie.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 912
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

28 mar 2014, 19:55

Ledwo przytomny, leżąc na trawie czuł się niemal dobrze. Odczuwał charakterystyczne dla półsnu odczucie oddalenia od rzeczywistości, błogo nie przejmując się niczym co dzieje się wokół. Żadne gryzące magów maszkary, latające sztylety, odgryzane ręce i tak dalej nie były w kręgu jego zainteresowań, nie musiał się nimi przejmować.

Ten błogi stan przerwały błyski światła, gdy pewna chmurka zaczęła to przemieniać swój stan, to strzelać piorunami, to znowuż wygrażać się głośno pewnej osobie. Xariel parsknął niezadowolony i skulił się nieco, jego czuły słuch zdecydowanie nie pomagał w sytuacji, gdy wokół strzelają pioruny. Kotołak uchylił oko i ujrzał wiszącą w powietrzu Loki, która była właśnie molestowana słownie przez świetlika. Zamknął oko ponownie mając dość nadmiaru światła, jakie ten produkował. Może dobrze by było stąd iść? Poszukać czegoś do jedzenia, jakichś ziół? Ale z drugiej strony… później.

Gdyby lepiej wiedział co dzieje się wokół zapewne także nie byłby szczęśliwy z powodu zachowania Loki, która w stanie takim, w jakim była przed chwilą zachowywała się najzwyczajniej jak zwierzę. W dodatku zwierzę wyjątkowo tępe i bezmyślne, bo rzucające się bez ostrzeżenia na zobaczoną w pobliżu osobę nie zważając na możliwe konsekwencje. Zapewne Xariel wspomni na ten fakt kiedyś, w przyszłości jeśli będzie się chciał zbliżyć do Loki. Pod warunkiem, że będzie pamiętał co się tutaj działo.

Xariel uchylił tym razem drugie oko, słysząc że coś kręci się w pobliżu. Z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że nazwany wcześniej przez Loki Aganatelem mężczyzna przytoczył się tutaj i usadowił obok niego.
- Kiepski dzień? – pokonując ból głowy rzucił zmęczonym głosem w stronę mężczyzny, który zachowywał się jak po solidnej imprezie. Między Xarielem, a Aganatelem zdawała się powstać pewna cienka, łącząca ich więź. Obaj byli zmęczeni, ledwo stali na nogach, mieli dość wszystkiego i kompletnie nie mieli pojęcia co się dzieje wokół. Na tym podobieństwa najprawdopodobniej się kończyły. Chociaż kto wie, nie znali się wzajemnie. Jednakże nietrudno było zauważyć, że Aganatel też był osobnikiem o nadzwyczajnej potędze, więc prawdopodobnie faktycznie podobieństwa kończyły się na ich aktualnym stanie.

Gdyby nie ssący głód w żołądku, wtedy Xariel mógłby nawet stwierdzić, że czuł się na tej trawie komfortowo. Leżało mu się niewygodnie, nie musiał się niczym przejmować. Przynajmniej w jego opinii, był zbyt nieogarnięty aby skojarzyć latające wokół pioruny z niebezpieczeństwem. Istna sielanka. W gruncie rzeczy, z całego zdarzenia na rynku nie wyszedł tak tragicznie jak mógł wyjść. Odzyskał włócznię, jego ręka jest na dobrej drodze do tego, aby się wygoić, spotkał znajomą… i jej znajomych, których wolałby nie spotkać. Jakiż piękny, letni dzień.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

29 mar 2014, 02:50

Gdyby mógł westchnąłby rozczarowany. Wystarczyło pozostawił tę dwójkę na chwilkę samemu i co? Poczuł lekki zawód. Loki miała być sprzymierzeńcem, współodkrywczynią jej sekretów, ale skoro nawet nie potrafiła panować nad swoimi emocjami i czynami to jak mógł jej zaufać? Kto wie czy już jutro go nie zdradzi? Pakował się w kłopoty. Jednak chęć wiedzy była silniejsza. Mimo to odtąd będzie znacznie ostrożniejszy w kontaktach z nią.

Opuścił Loki w pewnej odległości od Darriana samemu stając między nimi.

Jeżeli coś takiego się powtórzy nasze drogi się rozejdą – rzekł do wszystkich, bez wskazywania poszczególnych jednostek. – To ostatnie ostrzeżenie.

Teraz powinien uleczyć rękę półefla, która była całkowicie zmasakrowana. Poza poprzednimi ranami – i tak poważnymi – do krwi dostał się także jad za sprawą Loki. Nie znał jego właściwości, więc mógł tylko domniemywać jaki będzie miał wpływ na organizm Darriana. Jego siły życiowe słabły, wyczuwał to. Nie miał pewności czy mieszaniec w ogóle przeżyje próbę uleczenia. Wyczuwał że ta druga świadomość żyjąca w nim – Rinej, próbowała złagodzić ból ograniczając jego odbieranie przez umysł swego nosiciela.
Posłał sondy w głąb rany widząc w umyśle obraz zniszczenia. Stopiona skóra, zlepione palce, odsłonięte kości i mięśnie, których praktycznie już nie było. Krew lała się obficie brocząc trawę. Poza tym liczne rany kąsane zadane przez Loki. Tutaj nie było co leczyć. Wszystko należałoby odtworzyć. Niejako powołać na nowo do życia.

Zaczął rozważać szukając najodpowiedniejszego sposobu. Analizował wiele koncepcji użycia magii. Jednocześnie w umyśle snuł dziesiątki schematów tego nowego, wymagającego eksperymentu. Była to także możliwość pogłębienia własnej wiedzy, więc z naturalnych dla niego powodów niejako cieszył się mogąc to czynić. Niestety musiał znaleźć jakiś sposób na wzmocnienie sił witalnych Darriana, w przeciwnym wypadku ten nie przeżyje. Co z tego, że uzdrowi mu ranę, skoro umrze na wskutek wyczerpania organizmu? Dylemat ten stał się jasny po przeprowadzonym doświadczeniu na Xarielu.

Myślał, myślał i myślał, a czas mijał. W końcu znalazł punkt zaczepny, na którym postanowił oprzeć czar. Podzielił go na 2 podstawowe etapy: Pierwszy, zapewnienie półelfowi sił witalnych, drugi odtworzenie utraconej kończyny.

Skąd wziąć siły witalne? Życie płynie w każdej istocie organicznej. Dziecku, dorosłym, elfie i takiej anomalii jak Loki. Nawet rośliny mają pewne zasoby energii życiowych. Wokół rosły bujne lasy i trawa, na gałęziach siedziały ptaki w swoich gniazdach karmiąc młode, gdzieś w norkach spały zające. Życie rozkwitało dookoła, zwłaszcza w tę porę roku, lato, gdy wszystko żyje w pełni. To stąd zamierzał zabrać tę siłę, której tak desperacko potrzebował Darrian. Anemetius zamierzał objąć swą świadomością większy teren rozsyłając sondy we wszystkie strony, wciskając je w każde żywe istnienie (poza ich szóstką oczywiście). Uczyniwszy to wysysałby niby wampir siły witalne za sprawą elementów magii mających służyć mu za przekaźnik, gromadząc w jednym miejscu. Włożył w ten rozkaz całą wolę żądając od otaczającej go natury najwyższej ceny. Życia. Kreował zaklęcie brutalnie zawiązując elementy magii i nadając im kształty. Z nicości wyłaniała się idea i myśl.

Niech drzewa obumierają, czernieją i usychają, a ich liście obracają się w perzynę. Ziemio, stań się jałowa i martwa, popękana i wyczerpana, osuszona z całego życia, które w sobie kryjesz. Zwierzęta, gińcie na ołtarzu mej chciwości. Taki rozkaz ja zaklinam, mocą mą olbrzymią, przywołuję, nakazuję i tak czynię. Żywot wszelki dławi lęk, gdy rozchodzi się mój zew. Czernią serca, czernią duszy, wywołuję klątwy zew. Moce śmierci, mocy życia, zawiązane w jeden śpiew.

Gdyby to się powiodło i zebrałby moc witalną przesłałby ją do ciała Darriana napełniając go siłami.

Drugi etap polegałby na oczyszczeniu rany z jadu i odtworzeniu wszystkich martwych tkanek. Pierw postarałby się zlokalizować obcą ciecz i wyciągnąć ją za pomocą telekinezy tak jak robi się to z wodą. Jad nie powinien jeszcze dostać się krwioobiegu, a przynajmniej nie rozejść całkowicie, dlatego podejrzewał że z tym większych problemów być nie powinno. Zlokalizowawszy zabójczą substancję, która wydostała się z ust Loki, usunąłby ją. Mając tak zabezpieczone pole mógłby przejść do właściwego uzdrawiania. Wszystkie bowiem poprzednie etapy skupione były na tym jednym, finałowym momencie, będącym chyba największym wyzwaniem.

Rozkazał swej magii przekierowanie dostępnych półelfowi siły witalnych do jeszcze tych zdrowych oraz uszkodzonych tkanek. Pobudziłoby to wzmożony proces regeneracyjny. Zaobserwował, że ten – wspomagany magią – stawał się szybszy, ale także i znacznie bardziej wyczerpujący. Dlatego też samemu manipulowałby budową tej materii, docierając do tych świeżych, dopiero co powstających ścian żywej materii. Badając bowiem sondami organizm widział, że jest on jakoby stworzony z wielu warstw. Tę, którą utracił Darrian była najbardziej zewnętrzną. Pod nią znajdowały się kolejne, jednak jego rany sięgały głęboko w strukturę. Z tego powodu musiał wykorzystać te znajdujące się jeszcze niżej, co z pewnością kosztowałoby wiele siły życiowych i bez ich uprzedniego uzupełnienia mieszaniec by zginął. Ściany materii, przy bliżej obserwacji, okazałby się uformowane z pojedynczych, malutkich form, cegiełek o zróżnicowanym kształcie. Kazałby ich wzmożoną duplikację, ażeby uzupełnić ubytki. W taki właśnie sposób planował uzdrowienie tych najgłębszych i najtrudniejszych ran. Do pełnego przywrócenia ręki do funkcjonowania jednak nie wystarczyłoby tylko to. Palce były zmasakrowane, ogołocone do kości, a co za tym idzie wszelkie mięśnie i cała sieć krwionośna zniszczona. Odważniej i mocniej wpływał na ciało Darriana, żądając od magii, by ta odtworzyła zniszczone mięsnie oraz żyły, które na nowo owinęłyby się i zaczęły poprawnie funkcjonować. Sondując druga, zdrową dłoń widział jak jest zbudowana i wzorował się na niej. Z każdym kolejnym krokiem coraz odważniej stymulował organizm do wzmożonych procesów leczniczych.

Nie mógł wiedzieć czy się uda i – nawet jeśli – to jaki będzie tego efekt. Wszystko to było wielkim eksperymentem. Zarówno Xariela jak i Darriana (choć tego nieco mniej) traktował jako obiekty, które miały służyć mu do celów poznawczych. I chciał więcej. Jeszcze. Większego pogłębienia możliwości, wiedzy, zrozumienia. I oni mu to dawali.

Cokolwiek się zdarzy, Dar, próbowałem.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 mar 2014, 14:31

MG

Rozpruta przez ostatni ruch Darriana powłoka Loki obficie krwawiła, a gdy Anemetius odstawił w końcu wężowowłosą maszkarę na ziemię, tej zakręciło się w głowie. Mara mimowolnie zbliżyła swoją szponiastą łapkę do rannego miejsca. Zanim upadła, zdążyła jeszcze poczuć rozrywające się płuco. Siedzący obok Xariela Aganatel przerwał potakiwanie na pytanie tego pierwszego, poderwał się z ziemi i z radością klasnął w dłonie, zataczając się prawie tak, jak jeszcze chwilę temu jego pani. Podszedł do niej, podniósł ją i jakimś cudem trzymając równowagę oddalił w gęstwiny. Jego łysy, stojący dotąd bez ruchu przyjaciel poszedł za nimi, wyraźnie stanowiąc jeden z głównych elementów układanki. Upadły powiernik zadecydował, że nadszedł oto czas na porządny posiłek, a Loki nie była w stanie temu zaprzeczyć – nawet gdyby chciała, była na to zbyt słaba. Pełen troski o swoją wybrankę Aganatel ułożył ją na miękkich liściach i usiadł obok niej. W jego dłoni pojawiła się krótka, zbudowana z cienistej materii szabelka. Podał ją swojemu towarzyszowi, który jak na komendę wbił ją w swoje ciało, nieco powyżej pępka. Okolice tego głębokiego zranienia ochłodziły znacząco, gdzieniegdzie zamarzając. Ruch ten był dość nieoczekiwany, ale prócz powiernika i Loki świadkował temu jedynie Anemetius – i to tylko ze względu na swoje prześlizgujące się po całej okolicy sondy myślowe. Ascendent nie był jednak wzburzony zaistniałą sytuacją, nie obrażało go to i nie czuł zdziwienia czy obrzydzenia. Obserwował jedynie, zbierając informacje. Zajmował się zresztą czymś istotniejszym, niż dziejące się w jego prezencji samobójstwo bezwolnego osobnika.

Ten ostatni przystąpił już do mozolnego wykrawania płatów własnego ciała, które następnie w morzu krwi podawał prosto do rąk Aganatela. Póki jeszcze stał, wszystko to wyglądało jak wyjęte z surrealistycznej wizji jednego z szaleńców wolenvaińskiego przytułku Falgnusa. Później jednak organizm całkowicie go zawiódł, najwyraźniej nie wytrzymując zadanych mu obrażeń. Łysy mężczyzna do ostatnich podrygów swego ciała próbował wypełniać swoją rolę bez choćby cienia skargi czy jęków. Podziwu godne poświęcenie.

- Jedz, musisz jeść - wymruczał powiernik z niespotykaną czułością w głosie. - Przecież nie dasz się mu znowu dotykać. - Mówiąc to zamachał nad twarzą Loki jednym z większych kawałków jakże przepysznego, prawdopodobnie ludzkiego mięsa. Kilka kropel krwi spadło na jej lico, a kotłujące się ciągle na jej głowie węże wyglądały tak, jakby oszalały z żądzy. Próbowały dosięgnąć makabrycznego zrębu mięśni, który jeszcze chwilę temu żył i miał się całkiem dobrze. Cóż, tym razem „kucharz” stawiał najwyraźniej przede wszystkim na świeżość. – Zobacz, jakie dobre – zachęcał Aganatel, próbując karmić swoją panią.

Szczęściem ze swej perspektywy zarówno Darrian jak i Xariel nie mogli dostrzec, co dzieje się w gęstwinach. Ten pierwszy nie był w stanie się ruszyć, a drugiego kompletnie to nie obchodziło. Było mu troszeczkę smutno, że Aganatel od niego odszedł, ale wiedział też, że nie zrobiłby tego bez potrzeby i że kiedyś powróci. To dodawało mu otuchy, na tyle, że postanowił się chwilkę zdrzemnąć. Gdy otworzył swe kocie oczy, karkołomne działania Anemetiusa zakończyły się. Kotołak podziwiał ich wyniki, choć nie mógł wiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło. Wiedział o tym tylko ascendent.

Wiedza, którą posiadał energetyczny byt była zaiste ogromna. Inna sprawa, że jej praktyczne wykorzystanie wymagało wielu prób. Co z tego, że Anem wiedział o tym, w jaki sposób organizuje się materia we wszechświecie, skoro miał jedynie informacje dotyczące jej naturalnego funkcjonowania? On chciał te procesy przyspieszać, wpływać na nie, badać ich dogłębną strukturę – a na to pozwalały mu jedynie eksperymenty. Szczęściem życie dostarczało mu mnóstwa okazji, aby się rozwijać.

Najpierw zbadał otoczenie, szukając w nim punktów wspólnych z leżącym przed nim, wijącym się na ziemi organizmem. Doszedł do wniosku, że coś musi to wszystko napędzać. Ruch, wzrost, leczenie, wszelkie organiczne reakcje – na czymś się to z pewnością opierało. Po części miał rację, jednak po głębszej analizie jego założenia okazały się błędne. Problemem okazał się nie tylko transfer energii witalnej za pomocą magii, ale także sama jej natura. Każda zachodząca w żywym organizmie reakcja była inna, każda odpowiadała za coś innego. Niektóre z nich potrzebowały substancji jednego rodzaju, inne drugiego. Niektóre były naturalne, inne można było wywołać. Było tego mnóstwo, a wiedza wyniesiona z Wiecznej Biblioteki nie obejmowała tego typu szczegółów. Trzeba było więc zadziałać niejako w ciemno. Pozbawienie przedstawicieli okolicznej fauny i flory części substancji odżywczych nie byłoby dla ascendenta większym problemem, chociaż wiedział on, że w ostatecznym rozrachunku byłoby to nieefektywne. Nie wszystkie z nich były bowiem kompatybilne z ciałem Darriana, które musiałoby je jeszcze w jakiś sposób przyswoić. Tutaj potrzeba było dogłębnych badań, więc Anemetius ostatecznie zrezygnował z prób przetransferowania ogólnie rozumianych sił witalnych do ciała półelfa. Zamiast tego, mając w pamięci to, co działo się z Xarielem, postanowił spożytkować więcej mocy własnej, ograniczając osłabienie swojego pacjenta. Zasklepienie otwartych ran poszło mu więc nieco lepiej, niż poprzednim razem, przynajmniej z perspektywy leczonego osobnika. Później jednak na drodze energetycznego bytu pojawił się spory problem. Naturalne procesy zachodzące w ciałach istot żywych nie zakładały, przynajmniej w przypadku półelfów, tak daleko zakrojonej regeneracji. Jego poparzenia nie miały szans na zniknięcie bez użycia zaawansowanej magii.

Zastanawiający się nad tym Anem postanowił w międzyczasie pozbyć się jadu powoli wżerającego się w ciało Darriana. Okazało się, że substancja zdążyła już spowodować odrętwienie ramienia i jeszcze większe otępienie jego posiadacza. Nie czekając na rozwój choroby ascendent wyssał główną część tej toksycznej substancji z ciała swego pacjenta. Część już rozpuszczona w krwi wymykała się jego mocy, ale to wystarczyło – groźba śmierci od trucizny została oddalona. Wtedy właśnie za sprawą mocy energetycznej istoty rozpoczął się proces odtwarzania tkanek. Początkowo miał on miejsce jedynie tam, gdzie było z czego budować. Spieczona skóra, ścięte mięśnie i gdzieniegdzie nadpalone kości złuszczyły się jakby i odpadły, gdy spod nich zaczęły wyrastać nowe. Wyglądały nieco karykaturalnie, a Anemetius musiał oszczędzać budulec, więc nie tworzył ich tyle, ile znajduje się w normalnej, zdrowej dłoni. Ostatecznie nawet odkryte na końcu palców Darriana kości pokryły się cieniutką warstwą mięśni, na której zaraz po tym wyrosła gładka, nienaturalnie cienika skóra. Ramię półelfa wyglądało teraz jak ramię szkieleta wciśnięte do niezwykle ciasnej rękawicy. Przewężenie postępowało od łokcia w dół – palce maga wyglądały już palce wysuszonego trupa. Co ciekawe, nie poruszały się, nieważne, jak bardzo by się nie postarał, podczas gdy mięśnie przedramienia działały jedynie w ograniczonym zakresie. Jedynym oczywistym plusem całego eksperymentu było to, że ból odczuwany przez Darriana znacząco osłabł, przez co odzyskał on jasność umysłu. Nie szło to niestety w parze z mocą sprawczą, więc magowi przyszło na dłuższą chwilę zemdleć.

Jeśli zaś chodzi o Anemetiusa, nawet on nie wiedział, jak długo wszystko będzie się trzymać w kupie. Wedle jego informacji korzystniejsza byłaby w tym przypadku klasyczna, jakże skuteczna amputacja. Atrofia wytworzonych przezeń tkanek była nieunikniona. Daleko im było do doskonałości, nie wszystkie były funkcjonalne, choć z grubsza przypominały oryginalne. Eksperyment zakończył się uzyskaniem przez ascendenta wielkiej ilości danych, jednak jego wynik niewiele miał wspólnego z sukcesem. Energetyczny byt powinien być jednak z takiego obrotu spraw zadowolony. Obiekt jego starań przeżył, za kilka godzin miał się nawet obudzić, a jego ręka wyglądała prawie normalnie, przynajmniej póki co. Trochę energii na to wszystko poszło, ale nie był to dla potężnego ascendenta znaczący ubytek. Wiedział, że podobny efekt przeciętny mag uzyskałby dopiero po kilku próbach i cieszyło go to.

Śmierć wypuściła półelfa ze swoich szponów, choć z pewnością nie na długo. Wytworzone przez Anemetiusa tkanki mogły nawet zacząć najzwyczajniej w świecie gnić, a ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Wyglądały tak, jakby mógł je zerwać byle mocniejszy uścisk dłoni. Trzeba było poczekać… I obserwować.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

29 mar 2014, 15:30

Uważnie obserwował wyniki swojego małego eksperymentu. Kwestia sił witalnych okazała się błędnym założeniem. Wysłał moc, a ta jakby zdezorientowana szukała celu, znajdując go, jednak nie mogąc spełnić swojego zadania. Brakowało głównego elementu – energii życiowej, dlatego przez jakiś czas drobinki magii wirowały wokół drzew, okolicznych zwierząt i przenikały ziemię, ale wróciły bez upatrzonego elementu. Warte odnotowania. By wzmocnić siły istoty cielesnej potrzeba było innego źródła. Z czasem dogłębniej się temu poświęci.

Co do odtwarzania kończyny, zdobył wiele nowych informacji uzupełniających. Nowe tkanki powołane do istnienia za sprawą jego woli posiadały błędy i były nietrwałe, wrażliwe. Wiele z nich zanikało nim w ogóle zdążyło zaistnieć, jednak większość wykwitła na nowo. Czyżby zbyt gwałtowny proces regeneracji struktury do tego nieprzystosowanej doprowadził do wypaczenia nowo powstałych cegiełek budujących organiczną materię? Degeneracja nowej warstwy ciała z pewnością była kwestią czasu. Ale to nie miało większego znaczenia. Posiadł nowe dane, nowe zmienne do rozpatrzenia i wykorzystania w następnych badaniach, które zamierzał wkrótce wznowić, na szerszą skalę.

Teraz jego uwagę przyciągnęła inna kwestia. Loki i jej towarzysz. Widok tego co robili z pewnością wzbudziłyby w większości ras tego świata wielkie oburzenie i wstręt, lecz dla niego była to tylko część zadania zdobywania coraz większej wiedzy. Okazało się, iż Agnatael potrafił manipulować pewną cienistą materią, substancją, mogąc kreować z niej pewne przedmioty. W tym konkretnym przypadku szablę. Pomimo stanu skupienia i pochodzenia wybitnie magicznego powstały w ten sposób przedmiot był zdolny przebić ciało – zapewne nie tylko. Jakby tego było mało, ten milczący wykonał polecenie i samemu zakończył swe życie.

Intrygujące - rzekł przerywając ten, na swój sposób, intymny moment. Skończywszy bowiem z półelfem pozostawił go, by odpoczął, i ruszył za Agnataelem. Chciał porozmawiać sam na sam z tą dwójką. – Żywicie się mięsem innych rozumnych istot niby krwiożercze bestie, a mimo to nimi nie jesteście … tak do końca. – Nie wiedział kim lub czym był towarzysz Loki, ale z pewnością upodobania smakowe miał podobne, gdyż tylko ktoś taki byłby w stanie oferować równie niecodzienne posiłki. I podawać w taki wyszukany sposób. Już od początku coś przeczuwał.


Poza tym znasz się na magii ciemności oraz zapewne umysłu, gdyż w przeciwnym wypadku ten osobnik nie spełniłby twego żądania – zwracał się do mężczyzny, a jednocześnie i nie. Wyciągał wnioski z obserwacji niczym badacz widząc nowe odkrycie. Wiedza tego bytu mogłaby okazać się cennym nabytkiem. – Zbyt długo się nie ujawniałeś. Wyjaw kim jesteś. Czym naprawdę jesteś.

Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

29 mar 2014, 17:08

Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Nawet obraz Anemetiusa na chwilę zgasł, jakby rozproszony przez wszechogarniające macki mroku, otępiające jej zmysły. Stanęła w końcu na ziemi, przyjmując to z niebotyczną ulgą. Jednak nogi maszkary były innego zdania; ugięły się bezwolnie, każąc marze przyjąć pozycję klęczącą. Coś było bardzo nie tak… Jej oddech do tej pory w miarę kontrolowany, począł być znacznie płytszy i dziwnie świszczący. Ból, jaki objął połowę pleców stał się bardzo niemiły, wręcz nieznośny, lecz nie na tyle, by przyćmić z wolna przechodzący do władzy instynkt. Ten ponownie zawładnął maszkarą z przyczyn całkowicie zrozumiałych i normalnych. Niestety, w podobnych momentach miała w sobie zapas nagromadzonej materii, która umożliwiłaby regenerację, ratując najbardziej poszkodowane fragmenty ciała. Przynajmniej do tego stopnia, by mogła znaleźć kolejne źródło pożywienia i móc zaspokoić całkowitą potrzebę swojego organizmu. Aktualnie; nie przygotowana na żadną potyczkę, wyzuta ze wszelkich zapasów, potwornie, wręcz boleśnie głodna, stanowiła obraz cierpiącej istoty, bezradnej wobec okrutnej, nierozumiejącej rzeczywistości.

Zdążyła kątem oka wyłapać podchodzącego do niej Aganatela, którego nawet zabójcze instynkty potrafiły rozpoznać, jako jednostkę pomocną i potrzebną. Dlatego trójkątne zęby kłapnęły cicho, pozwalając bez przeszkód zabrać ich właścicielkę w nieznanym kierunku. Węże noszone na głowie również struchlały, tak samo jak i reszta niebezpiecznych kończyn poczwary, których posiadała nadprogramowo więcej niż pozostali. Zasyczała niemal szeptem, czując, jak zostaje ułożona z powrotem na ziemi. Szczęśliwie skierowała ręce ku ziemi tym samym lądując na boku, zabezpieczając się tym samym od bólu, spowodowanym nadal wbitych w jej ciało sztyletów. Nie mogła ich wyjąć. Nie, póki nie znajdzie bogatego źródła posoki, mogąc tym samym uzupełnić już i tak brakujące w tym zakresie zaplecze.

Przymknęła żółte oczy, dysząc nierównomiernie przez lekko uchylone usta. Wydawała się niemal martwa, niczym na skraju egzystencji pragnąc jedynie zasnąć w spokoju i ciszy.

Zmiana jaka nastąpiła chwilę potem, była bardzo znajoma. Stanowiła bowiem genezę okoliczności, w jakich doprowadziła większość do aktualnego stanu. Zatrzęsła się gwałtownie, czując już pierwsze krople krwi, jakie poczęły spływać kolejno strumieniami na liściastą ziemię. Gady ożyły ponownie rozochocone dobrze znanym zapachem, pełznąc w różnych kierunkach i od nowa prowadząc zaciętą, sobie znaną dyskusję. Zakończona ostrymi częściami końcówka ogona, poczęła bić nerwowo w ziemię, równomiernie podnosząc w powietrze drobiny pyłu i naderwane części liści. Zawieszony nad nią wielki kawał mięsa nie został ignorowany dłużej niż przez kilka sekund. Porwany zaraz z ręki Aganatela przez trójkątne zęby, był już rozrywany na części, na tyle małe, by mogła je jedynie przełknąć. Pierwsza porcja jej wielodaniowego posiłku znikła w zastraszająco szybkim tempie i co więcej mówić, Loki już szukała następnej.

Złożony na rękach mężczyzny stosik świeżo pokrojonej strawy nie był jednak tym, co mara chciała. Dlatego oblizała ubrudzone w krwi wargi swoim czarnym jęzorem, penetrując obszar obok siebie, gdzie spoczywał jej nowo-mianowany mięsny dawca. Fuknęła z zawziętością, wstając na czworaka, by podejść do źródła swojego pożywienia. Ślepa i głucha na resztę otoczenia, poczęła wciskać swoje szponiaste dłonie w bebechy już raczej martwego mężczyzny, pragnąc dorwać się do organów jej najbardziej potrzebnych. Kopała przez miejsce, w którym to sam raczył wyryć sobie piękną dziurę, a która stanowiła najbliższą drogę do jej upragnionych smakołyków. Jednak, jako, że brakowało jej też innych rzeczy, nie omieszkała posilić się kawałkami mięsa, zwisającego samotnie z jej pazurów, czy też części wątroby równie pożywnej i smakowitej co reszta. Jej posilanie się trwało w najlepsze, przerwane tylko raz; uznała, że przy takiej ilości pożywienia, utkwione w niej noże są zupełnie zbędne, więc czym prędzej wyjęła stalowe przedmioty i wróciła do jedzenia, nawet nie zwracając uwagi na spowodowany ból.

Czarny organizm zorientował się, że budulec w końcu począł napływać i to w wymagających ilościach. Kawałki żywności przechodząc przez przełyk mary wędrowały do żołądkopodobnego tworu, napotykając się z natychmiastowym trawieniem. A raczej, sokami rozrywającymi każdy wpadający w komorę organiczny przedmiot, rozrywając go na mikroskopijnej wielkości elementy. Te nie przechodziły przez dalszą część trawienia, lecz zostały zabierane i transportowane natychmiastowo do uszkodzonych tkanek. Organizm syntezował je na potrzeby zapełnienia luki po poprzednich, uszkodzonych elementach, nadając im odpowiednią funkcję. W miarę upływania czasu, obce, wcielone w marę części poczynały być przekształcane, by stanowić integralną część organizmu. Do tego momentu, aż nie będą identycznej formy co wcześniej.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 mar 2014, 18:50

MG

Samo obserwowanie Loki dostarczało Anemetiusowi dodatkowych informacji na temat tego, jak mogłoby funkcjonować odnawianie tkanek żywych. Wyglądało na to, że jej napędzane mroczną sztuką ciało stanowiło niesamowity, jedynego rodzaju okaz. Połączenie magii z materią ożywioną było w niej na tyle subtelne, że wszystko zdawało się koegzystować w idealnej równowadze. Czego nie mógł zrobić biologiczny organizm, dopełniała magia, przynajmniej wedle informacji ascendenta. Nie dane mu było jeszcze zrobić Loki wiwisekcji, choć jego żądny wiedzy umysł wręcz się do tego wyrywał. Regeneracja tego typu nie mogła być naturalna, przynajmniej wśród stworzeń żyjących naturalnie w tym świecie. Żerująca teraz na martwym łysku mara sama utrzymywała jednak, że nie składano jej na Lewiatanie. Przekazywane przez nią informacje były dość enigmatyczne, ale póki co nie było możliwości, aby wydusić z niej więcej. Nie dość, że sama grała tajemniczą, to jeszcze obecnie nie stanowiła nic ponad dzikie, posilające się zwierzę. Tym razem jednak robiła to spokojnie i świadomie, nie dając się ponieść emocjom. Siedzący obok niej Aganatel wbrew wszelkim oczekiwaniom nie dołączył się do tej uczty, zostawiając trzymane przezeń mięso w zasięgu swej pani.

- I nekromancji, nie zapominaj o nekromancji… - mruknął do siebie, próbując ułożyć z płatów mięsa równy stosik. Okazało się, że Anemetius nie mógł teraz liczyć na bardziej rozbudowaną wypowiedź. Powiernik skoncentrował się na punkcie w przestrzeni, którego ascendent nie dostrzegał. Zmaterializowała się w nim odrobina rozrzedzonej, czystej energii magicznej w ciemnej barwie. Poruszała się ona dość chaotycznie, przy czym nic nie wskazywało na to, żeby Aganatel miał z tym jakiś związek, choć początkowo moc ta z pewnością należała do niego. To nie on jednak sprawiał, że się teraz poruszała, próbując przybrać jakiś określony kształt. Wyrywała się jakby, utrzymywana w ryzach przez jakąś nieznaną siłę. Aganatel wyciągnął sztylet z pośladka Loki, klepiąc ją nieco powyżej pleców. Nie zważając na ewentualne protesty odezwał się ponownie.

- Chcesz go? Pomoże ci wyglądać bardziej… ludzko. Jest słaby, jakiś pomniejszy, upadł od razu, jak wzbudziłem w nim gniew. Na pewno ci nie zagrozi – prawił zawile, z pewnością czując się teraz niezwykle elokwentny. Bądź co bądź, jego stan nadal nie ulegał poprawie i sam Aganatel zachowywał się jakby był nieźle pijany. Jedyna nadzieja w tym, że Loki zrozumiała, o co mu chodzi. - No, spróbuj, trochę cię zamaskujemy… – zachęcał na swój sposób, licząc, że jego wybranka wreszcie się skusi. - Mogę ci pomóc na początku – zapewnił po chwili, spodziewając się niepewności. W końcu propozycja była niecodzienna, odrzucenie jej nie było w tym przypadku niczym niezwykłym.

Wróć do „Obrzeża miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 20 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 20 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.