Chatka Loty

Tereny miejskie nie kończą się na jego murach. Do samego Wolenvain należy kilka wiosek, z których najważniejsza leży tuż pod nim. Tutaj znajduje się także częściowo zrujnowana, nadal używana podczas turniejów rycerskich, starożytna arena.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Chatka Loty

16 gru 2013, 19:52

Chatka znajduje się na wschód od Wolenvain. Zbudowana jest na urokliwej, oddzielonej od traktu pasmem drzew polanie. Pełno tam krzewów jeżyn i roślinności typowo łąkowej, od drugiej zaś strony polana została osłonięta ciemną ścianą lasu. Sama chatka jest tylko częściowo ogrodzona; wewnątrz znajdują się trzy wyposażone izby, z których żadna nie ma szczególnego, konkretnego przeznaczenia. Meble sypialne mieszają się z kuchennymi, księgi z naczyniami, kotłami i garderobą. Wewnątrz panuje zatem bałagan, który nie wydaje się jednak rażący czy nieprzyjemny – klimatu posiadłości wiedźmy dodaje charakterystyczny, intensywny zapach ziół, kurzu i paleniska umieszczonego w pierwszej izbie. Stałymi elementami wyposażenia są: wielkie, ciężkie łoże pod oknem, stara szafa na ubrania, mnóstwo półek przytwierdzonych do ścian, mały stołek i zaraz obok większy, masywniejszy stół dębowy. Do niego trzy krzesła – największa izba, pierwsza. Jest też parę komód, z których dwie Lota próbowała złożyć sama (te nie wyglądają imponująco), kotły i ziele, całe wyposażenie charakterystyczne dla zajęcia Loty – izba druga. Między innymi za niewielki magazyn służy kobiecie najmniejsze z pomieszczeń, trzecie. Zwykle zamknięte przed obcymi.


Sama chatka jest drewniana, a jej dach pokryto przy budowie gontem. Cała konstrukcja, choć zdaje się mało stabilna, od wielu lat trzyma się dzięki solidnemu ułożeniu drewnianych, grubych belek. Z prawej strony chaty znajduje się ujście niezbyt wysokiego komina. Wodę pitną czerpać można z pobliskiego źródła.


Teren sąsiaduje z niewielką wsią, której mieszkańcy, ze względu na krzywo zawarte z właścicielką umowy, często tu goszczą. Bezpieczeństwa i prywatności kobiety strzegą jednak solidnie wykonane, ciemne drzwi na klucz.




Zdecydowanie bardziej wolała spokój. Mogłaby godzinami leżeć, patrząc na pokryty cieniutkimi pajęczynami, belkowy sufit, snując ciepłe rozważania o cholernej i wściekłej zimie za oknami. Cieszyłaby się rozgrzaną od kominka izbą, oddychała kurzem i niechętnie wyrażała w myślach o towarzystwie natrętnych pluskiew. Być może szybko zamieniłaby je na towarzystwo zgoła inne, większe, męskie i bardziej nachalne, choć też zdecydowanie bardziej pożądane. Zajmujące. Być może.

Lota mogłaby znaleźć sobie wiele zajęć, które sprawiałyby jedynie przyjemność, nie męczyły zbytnio młodego ciała i nie wymagały pokładów skupienia i koncentracji. Na to wyobraźni zawsze starczało.

Mogłaby, gdyby urodziła się bogatsza, gdyby urodziła się po prostu lepiej, gdyby miała pomoc w swojej chatce i nie na jej głowie było całe – nawet jeśli niewielkie – gospodarstwo. A było. Cholernie było, więc wszystkie kolorowe marzenia, puchowe życzenia i kobiece zachcianki schodziły na dalszy plan, pokornie ustępując licznym obowiązkom. Samotna kobieta, jedna chatka, las, zima. Gdy jeszcze mieszkał z nią Tedrig, łatwiej było wszystko ze sobą pogodzić, ustalić normalny, niezbyt wymagający plan dnia i ściśle się go trzymać, znajdując czas na naukę czy trochę rozrywki. Teraz jednak mogła to tylko wspominać, wracając lekko zmarznięta do swojej chatki, gdzieś na boku notując w myślach, by odśnieżyć teren wokół. Tego białego, zimnego paskudztwa robiło się z chwili na chwilę coraz więcej.

Po wejściu do pierwszej izby ogarnęła spojrzeniem pomieszczenie, przez chwilę się zastanawiając. Całkiem sporego zająca należało oprawić, przydałoby się mocniej ogrzać chatkę. Być może ułożyć stos ksiąg, które nieporządnie wcisnęła w kąt przy zaścielonym łożu. Zetrzeć wreszcie zioła, które wystarczająco już wysuszyła, i zrobić z nich coś przydatnego. Robota zawsze się znalazła.

Martwe, umiejętnie zabite zwierzę położyła na ciężkim stole i, nim się rozebrała, chwyciła pojemny kocioł.

Mniej więcej w tym momencie rozległo się mocne, nerwowe pukanie do chaty. Lota zdążyła się tylko zdziwić, że nie usłyszała wcześniej nadchodzącego gościa, nim drzwi w bezczelny sposób otworzył… wieśniak. Znany kobiecie wieśniak, czerwony od zimna, które błyskawicznie przedostało się do ogrzanego wnętrza. Lota mimowolnie zadrżała, gdy znów poczuła zimową temperaturę.

Czego chcesz? – zdążyła spytać, nim zaskoczyła ją kolejna rzecz. Konkretniej… ilość tych rzeczy. Szczególnie ranny mężczyzna niesiony przez dwóch innych wieśniaków. Podobnymi sytuacjami zwykle żegnało się spokój. Teraz nie mogło być inaczej. – Mów, co zaszło.

Choćby chciała, nikogo nie mogła teraz z chatki wyrzucić. A chciała! Jej chwiejna reputacja budowana była latami na sympatii i zaufaniu okolicznych wieśniaków, którzy za zapewnienie bezpieczeństwa brali wysoką cenę.

Tak, spokój. I cenny, wypełniony po brzegi czas Loty.

Nie czekając na wyjaśnienia, wzięła się do roboty. Czarny, duży kocioł wręczyła pierwszemu mężczyźnie.

Napełnij śniegiem do pełna. Prędko. Wy…! – syknęła, patrząc na dwóch pozostałych, którzy kierowali się w stronę łoża z rannym. – Co wy sobie w ogóle myślicie? Dajcie mi to najpierw czymś zakryć, przecież on mi wszystko upaprze.

Smród spoconych, wielkich ciał uderzył w nozdrza Loty, powodując gwałtowne mdłości. Nie miała jednak czasu, by okazać gościom swoje obrzydzenie. Zdjęła z siebie futerał z łukiem, ustawiając go w kącie izby. Zrzuciła płaszcz, odpięła od pasa kołczan ze strzałami. Dopiero teraz, po nerwowym podwinięciu rękawów, mogła zając się poszkodowanym wieśniakiem.

Pachnącym równie intensywnie jak jego towarzysze.

Krzywiąc się, zarzuciła na łoże gruby, szorstki koc, mając nadzieję, że w żaden sposób nie przepuści on krwi i potu. Podobny smród we własnej alkowie doprowadziłby ją do szaleństwa.

Więc? – ponagliła mężczyznę, który wrócił z pełnym kotłem do chatki. Oddychał głośno, niespokojnie, a jego mięsiste policzki mróz zaczerwienił jeszcze bardziej. Był odrzucający, miał jednak na tyle pomyślunku, by od razu zawiesić śnieg do gotowania. – Jak to się stało? – Kiwnęła głową w stronę rannego, którego dwóch wieśniaków położyło już na zarzuconym kocu.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

20 gru 2013, 12:59

MG

Marzenia, marzenia. Wielkie wizje spokoju, luksusu i trudno w gruncie rzeczy stwierdzić czego jeszcze. Najwyraźniej to właśnie zaprzątało głowę Loty, pomijając oczywiście nakładania na siebie kolejnych obowiązków. Jak chociażby odśnieżenie wokół domu. Przecież śnieg nie ma prawa tam być, racja? Nie dane jej było zabrać się do tych obowiązków, oj w żadnym wypadku nie było takiej możliwości. Ledwie wróciła do domu, a już słyszała jak ktoś dobijał się do drzwi. Dobijał zresztą na tyle skutecznie, że drzwi te otworzył.

Zaraz za pierwszym chłopem do środka wtoczyło się trzech kolejnych. Właściwie, to dwóch "wtoczyło" trzeciego, stanęli na środku pomieszczenia niezbyt wiedząc co teraz zrobić. Nim wieśniak, któremu chwilę wcześniej zadała pytanie zdążył otworzyć usta wciśnięto mu w dłonie kocioł i kazano napełnić śniegiem, co też błyskawicznie pobiegł zrobić. Nie pofatygował się nawet, żeby zamknąć za sobą drzwi. Wybiegł przed dom i naprędce napełnił otrzymany kociołek. Podźwignął pojemnik, który nagle zrobił się dość ciężki i wniósł do środka sapiąc z każdym krokiem.

Ranny tymczasem został ułożony na łóżku. Mimo szczerych chęci jedynym kocem, jaki Lota potrafiła znaleźć był ten, który był… cóż, na łóżku. Tak więc zraniony chłop wylądował na wełnianym, grubym kocu, gdzie jęczał, prosił o pomoc i narzekał. Jego jęki, pokrzykiwanie i ledwie zrozumiałe słowa trwały nieprzerwanie, jak gdyby mężczyzna w ogóle nie potrzebował złapać powietrza, a mógł bez przerwy produkować kaskadę dźwięków, która zalewała wszystkich wokoło. Na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że nogawka jego lnianych gaci jest na prawej nodze rozerwana, a wszechobecna krew w dużej mierze zastygła, sprawiając że materiał przyległ do ciała. Chłop jednak nadal krwawił, a na kocu już po chwili zaczęły się pojawiać pierwsze czerwone plamy.

Posłany przez nią wcześniej chłop powiesił naczynie nad ogniem i spojrzał w jej stronę tępo, nie wiedząc cóż to za "więc" zostało posłane w jego stronę i w jakim celu. Dopiero, gdy kiwnięciem Lota wskazała rannego w jego oczach błysnęło jakiekolwiek zrozumienie, że pyta o przyniesionego… przyjaciela? Brata? Sąsiada? Kimkolwiek był, o przyniesionego.
- Dzik. Dzik, mówio, iże go dzik trącił – wyrzucił z siebie naprędce.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

12 wrz 2014, 09:38

Ci ludzie byli nie tylko tępi, ale i cofnięci umysłowo. Nie dowiedziałaby się od nich niczego więcej, zadowoliła się więc informacją o przyczynie wypadku i dała spokój zziajanym mężczyznom. Niespecjalnie obawiała się ich obecności, znali zasady. Stoją i patrzą, niczego nie dotykają – jej w szczególności. Woda w kociołku grzała się powoli, gdy dziewczyna kucnęła przy łożu i skupiła się na ranie przyniesionego wieśniaka.

Dolnej części odzienia nie trzeba było nawet rozrywać, dzik zrobił swoje. A trzeba przyznać, że swoją robotę odwalił porządnie – rana na pierwszy rzut oka wyglądała paskudnie, ciągle krwawiła i, jeśli wierzyć dramatycznym jękom rannego, sprawiała ogromny ból. Ogromny. Tak ogromny, że nie dało się go sobie wyobrazić…

Lota parsknęła ze złością, ale nie próbowała uciszyć mężczyzny. Gdy woda przestała być paraliżująco zimna, zmoczyła kawał rwanego materiału z zamysłem przemycia rany. Każąc wcześniej trzem pozostałym wieśniakom przytrzymać towarzysza (przez myśl jej nawet nie przeszło, by tak szybko zastosować cenne środki przeciwbólowe), zaczęła sprawnie przecierać okolice krwawej, rozerwanej papki, stopniowo widząc coraz więcej. Z każdą chwilą wyglądało to coraz gorzej.

Wielkolud wił się, stękał, płakał i smarkał.

Rozpacz na niewiele mu się zda w związku ze zranieniem, jednak już niedługo miał paść zmęczony swoimi wybuchami. Wtedy nawet mała ilość środka uspokajającego zrobi z nim swoje, przygotowując do nieuniknionego. Wykrwawiał się. Rudowłosa nie musiała dogrzebywać się do środka, by poznać przyczynę stałego ujścia zabrudzonej, śmierdzącej rdzą cieczy. Bardzo delikatnie tryskającej, jeśli dobrze jej się przyjrzeć.

Wstała i przygryzła wargę. Tętnica była naruszona, jedynie naruszona i chyba tylko dlatego wieśniak nie wykrwawił się jeszcze do reszty. Wszystkimi siłami jednak dążył do tego celu, a Locie niespecjalnie zależało, by mężczyzna sczezł w jej łożu – nawet tym podwójnie okrytym. Miała oczywiście możliwość amputowania kończyny, ale… co komu po wieśniaku bez nogi? Z małym prawdopodobieństwem na przeżycie podobnego zabiegu? Lota nie była medykiem, o leczeniu wiedziała zbyt mało – nawet jak na solidne wykształcenie pod okiem niesamowitego Tedriga. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

Korzystając z tego, że ranny zajęty był swoim prywatnym dramatem, zwróciła się do pozostałej trójki.

Ma rodzinę? Nogę trzeba odrąbać, a pewnie i tak się przy tym wykrwawi. Musicie go stąd wynieść, ja nic nie pomogę. Nie do wyleczenia – podkreśliła, by informacja na pewno trafiła do pustych głów wieśniaków.

Lota dała im chwilę na przetrawienie wieści. Czy złych? – tego nie wiedziała. Kompletnie nie wyznawała się na hierarchii we wsi, z którą sąsiadowała. Poznawała jednak często gęby, które przychodziły do niej prosić o pomoc.

Dziewczyna wstrzymała kolejną falę mdłości wywołanych parnym smrodem w jej chatce. Wstała od łoża i przeszła przez izbę, by otworzyć drzwi. Mróz wlał się do środka orzeźwiającą falą, próbując przepchnąć przez ścianę odoru potu, krwi i rozpaczy.

Woda natomiast zabulgotała wesoło w zroszonym nad paleniskiem kociołku, nieświadoma tego, że przyda się co najwyżej do przeprania okropnie ubrudzonych koców.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

13 wrz 2014, 22:44

MG

Nie, żeby Ghan'To poskąpił wieśniakom rozumu w ogólności. Locie po prostu wyjątkowo trafili się osobnicy tak umysłowo nieruchawi, że nawet dzik, o którym z takim przejęciem mówił jeden z nich, wydawał się przy nich powiernikiem wspomnianego wyżej boga. Aż dziw brał, że potrafili oddychać i nie przewracali się z wdechem. Jeśli zaś o wydech chodziło, to w mig okazało się, że chyba wszyscy z zebranych jeszcze chwilę temu oddawali się rozkosznemu zapijaniu mordy w plenerze. Wyjaśniało to po części krańcową głupotę wsiurów zalegających w obejściu i chatce wiedźmy.

Ceną za względny spokój i brak szlachciurów, rycerzyków i innych jakże prawych mężów pod oknami była jednak konieczność zadawania się z takimi tępogłowami. Skutkiem pośrednim tych kontaktów był brud. Błoto na podłodze, krew na kocu, rozsypane zioła i ogólny bajzel, jaką swoją obecnością zwyczajowo powodowali opoje.

Zima nie należała do pór roku, w których chłopi mieli co robić. Zajmowali się więc pleceniem koszy, polowaniami i mnóstwem innych, znacznie głupszych rzeczy. W głowie wcale lotnej (acz ryżej) dziewoi szybko pojawił się zarys sytuacji. Wieśniacy zaszli za daleko, chlejąc domowej roboty samogon i udając, że są wielkimi myśliwymi. Jeden z nich oberwał, co teraz miało kosztować go życie. Nie pierwszy i nie ostatni raz głupota ludzka wyprowadziła jednego z podopiecznych wiedźmy na tego typu manowce. Ileż ona się już nacięła, nazszywała i namęczyła z tymi kretynami! W takich chwilach z pewnością utwierdzała się w przekonaniu, że życie predestynowało ją do czegoś lepszego. Przeznaczenie nie mogło postawić kogoś o takim pomyślunku i takiej urodzie w tak zaplutej dziurze.

Jak można było się spodziewać, nieskalanym myślami twarzom chłopów trzeba było dać kilka chwil na zmianę wyrazu. Lekka panika ustąpiła miejsca grobowej szarości. Nawet samogon nie zachował w ich naczyniach włosowatych ani odrobiny krwi. Zbledli tedy silnie, ale nie awanturowali się. Śmierć nie oszczędzała ludzi Autonomii Wolenvain, a wieśniacy, poza żołnierzami, wiedzieli to najlepiej. Na każdego przychodził czas, a lepiej było umrzeć wśród rodziny niźli w chatce rudej znachorki. Jak powiedziała, że nie do wyleczenia, to nie do wyleczenia i tyle. Nikt poza Lotą nie miał we wsi odpowiedniej wiedzy, a skoro nawet ona spisała wielkoluda na straty, to nic nie można było poradzić. Chłopi mieli swoje zasady. Nie dotykali niczego. A w szczególności nie dotykali jej.

Szybko zwinęli więc rannego z upstrzonego wielkim kleksem ciemnej juchy posłania. Ten z tego wszystkiego jęknął, sapnął i oklapł, tracąc przytomność. Jego śmierć miała być długa i bolesna. Mogli mu, owszem, odrąbać nogę, ale nie wiedzieliby potem, co dalej. Poza tym – na co komu chłop bez nogi?

Nieproszeni goście wymknęli się bez pożegnania i podziękowania – standardowo. Nawet drzwi nie zamknęli. Jeżeli byli niezadowoleni z decyzji wiedźmy, nie okazali tego. Tacy jak oni dawali zwykle upust emocjom przez nocne podpalenie czyjejś chatki. Reputacja Loty była jednak wśród mieszkańców wsi dość dobra, więc raczej nie było powodów, aby mogła się tego obawiać. Z drugiej strony – z pewnością zrobiłoby się jej nieco cieplej. Nagłe wtargnięcie czwórki nieokrzesanych mężczyzn wwiało bowiem do jej domu to okropne zimno, które jeszcze przed chwilą wydawało się jedynie czystą abstrakcją występującą jedynie za oknem.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

14 wrz 2014, 00:37

…okropnie, okropnie ubrudzonych koców.

Dziewczynie nigdy nie przeszkadzały niskie temperatury, zdążyła do nich przywyknąć, zatem otwarte drzwi chwilowo nie stanowiły dla niej żadnego priorytetu. Wiedziała za to, że ma wiele pracy po krótkiej i nieprzyjemnej wizycie upośledzonych wieśniaków – mróz tegorocznej zimy momentalnie osłabił intensywność przykrych zapachów, które zawsze wybijały Lotę z rytmu. Nie znosiła tego. Nienawidziła smrodu, krwi, plam i spoconych mężczyzn. Szczególnie tych głupich.

I biednych.

Wstała i pospiesznie zajęła się okryciem swojego łoża. Proces prania był jej aż zbyt dobrze znany, nudził ją i nie sprawiał ani trochę przyjemności – zwłaszcza podczas aktualnej pory roku. Tara, gorąca woda, popiół. Szorowanie, ścieranie dłoni, wiele zużytej siły. Skrzywdzone ambicje. Ciężki oddech i zmęczenie. Po odpowiednim odstępie czasu rozwiesiła koce w izbie, która była dla niej i suszarnią, i składzikiem. Póki jej nie zmorzyło, kręciła się po głównym pomieszczeniu i sprzątała pozostałości po obłoconym obuwiu, poprawiając na swej drodze wszystko, co można było uznać za nieporządek.

Skończyła. Odetchnęła.

Od dłuższego czasu, w zamkniętej już szczelnie chacie, grzała się nowa porcja wody, która posłużyć jej miała do obmycia rąk. Na stoliku nadal czekał nieapetycznie wygięty zając, który przekrwionymi oczami aż nazbyt dużo mówił o warunkach swojej podłej, niespodziewanej śmierci. Miał na szczęście świetnie smakować sprawiony i upieczony, pachnący ziołami z suszarni za główną izbą. Wszystko jednak… trzeba było zrobić samemu.

Lota spięła włosy i zabrała się do pracy.

Były chwile nudy. Wcale nie błogiej bezczynności, gdy dziewczyna nie miała ochoty na nic więcej prócz tępego wpatrywania się w zakurzone okno. Czasem siedziała na łożu i przeglądała od niechcenia księgi, które zawsze miała gdzieś pod ręką. Stan niektórych wskazywał na skrajne zużycie, inne zaś zadbane były do przesady i, jak się zdawało, pachniały starymi czasami. Chwilami, gdy Lota nie mieszkała sama, gdy nie była zdana na samą siebie. Czasami nauki na różnych płaszczyznach. Wspomnienia te w większości były przyjemne, ale i powodowały bolesne ukłucia tęsknoty. Tak bardzo chciała się wyrwać, tak bardzo potrzebowała znaleźć sobie lepsze zajęcie.

Czuła się potrzebna do czegoś większego.

I jak zwykle wściekała się na samą siebie, że niewiele może w swoim życiu zmienić.

Praca, stałe zajęcia, czynności powtarzane do znudzenia. Ścieranie ziół, przecieranie kurzy, polowania. Wszystko to przerywanie błogimi rozmyślaniami na temat lepszych czasów – minionych oraz tych, które dopiero miały dla dziewczyny nadejść.

Do najmniej wygodnych zajęć należały wycieczki do Wolenvain. Nie wszystko można było wyhodować i upolować. Zima robiła swoje, zbiory w suszarni kończyły się szybko, brakowało czasem podstawowych przedmiotów codziennego użytku. Ośnieżony trakt nigdy nie był przyjemną trasą, a jednak coś było w tych podróżach, coś Lotę ciągnęło mimo oczywistego wysiłku i straconego czasu. Potencjalnych zagrożeń oraz chudnącej sakiewki. Był raz na jakiś czas moment, gdy przygotowywała listę, pakowała się, ubierała i wychodziła. Dla mało znaczącej, schowanej w lesie wiedźmy podobne wycieczki urastały do rangi przygody i pozwalały na chwilę zapomnienia. Decyzja o podobnym wyjściu przyszła do Loty właśnie tego dnia, gdy na jej łóżku niemalże wykrwawił się nieznany wieśniak. Kilka godzin później, już następnego dnia, przejrzała raz jeszcze swoje zapasy i… ruszyła.

Szczęk klucza do drzwi chaty zawsze wywoływał na jej twarzy uśmiech.

z/t

Wróć do „Obrzeża miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.