Port rybacki

To rybackie miasteczko nie jest duże, ale jako jedyne ma bezpośredni dostęp do morza. Wszyscy tutaj żyją z rybactwa, utrzymując tym samym mocną pozycję w Związku Miast Wschodnich. </p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Port rybacki

19 lis 2011, 11:44

Port rybacki

Obrazek
Za dnia jest to port spokojny i piękny. Woda w morzu jest czysta, jednak nieczęsto widać w nim kąpiące się dzieci, nawet latem. Większość z nich musi bowiem pracować ze swoimi matkami, w czasie gdy ich ojcowie są na połowach. Chłopcy natomiast wypływają często wraz z głową rodziny, o ile tylko osiągnęli odpowiedni wiek.
Port jest jednak zbudowany tak, żeby przejezdni pragnący zaczerpnąć uroków morza mogli zejść po schodkach i bezpiecznie wejść do wody. Ważniejszą jednak jego częścią były drewniane kładki, do których przymocowane zostały łodzie. Na szczęście morze w tych terenach nie charakteryzowało się zbytnią nieobliczalnością ani wzburzeniem, więc port był dla łodzi bezpiecznym schronieniem.
Nieczęsto można jednak podziwiać go zapełnionego. Zazwyczaj bowiem mężczyźni już o piątej lub szóstej nad ranem zrywają się z łóżek, by wyruszyć na łowy. Wtedy port jest najbardziej zapełniony, gdy jeszcze po ciemku, w mgle i na chłodzie mieszkańcy Aldhal, nie tylko dorośli, biegają tu i tam by przygotować się do odpływu. Około ósmej zazwyczaj port jest już pusty, a kobiety i dzieci wracają do swoich obowiązków. Przez resztę dnia nic się w nim nie dzieje, dopiero po południu lub wieczorem wracają łodzie. A wtedy jest jeszcze więcej roboty, ponieważ trzeba zebrać wszystkie ryby, przenieść je w odpowiednie miejsce i zacząć patroszyć. Tym na szczęście nie musi się już zajmować męska część rodziny, która po ciężkim dniu połowów zazwyczaj rozsiada się w fotelu i zapada w drzemkę…

Jednak nie tylko łodzie rybackie są zadokowane w porcie. Również parę mniejszych łodzi handlowych i przesyłkowych, oraz w zatoce niedaleko miasteczka ze dwa statki kupieckie, które są zbyt głębokie by zostawić je w samym Aldhal.
Ludzie mawiają czasami, że jedną z mniejszych łodzi handlowych, którą posiada podejrzany człowieczek, można dotrzeć do legendarnego miasta-statku Artegi… jednak innym razem ten sam mężczyzna wydaje się przyjazny i zupełnie normalny.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

04 cze 2015, 20:07

Podróż z początku wydawała się po prostu ciągnięciem po ziemi. Potem coś musiało się zmienić, bo trasa wydawała się równiejsza. Ukryta w torbie jaszczurka zamknęła oczy, chroniąc je tym samym przed przypadkowym otarciem i przyłożyła do siebie skrzydła. Jej ogon otarł się o bok torby, żeby spocząć przy zielonym pyszczku, a ten z kolei wychynął nieco do góry, w celu zaczerpnięcia oddechu. Przez jakiś czas musiała to znosić, ale nie było najgorzej. Było ciepławo, ale temperatura nie przywodziła na myśl płomieni. Wydawało się jednak, że z biegiem czasu robiło się coraz chłodniej. Nadciągała noc.

A wraz z nią pustoszał pewien jaszczurczy żołądek! Roia jednak nie myślała o nim. Jej myśli pochłonął wizerunek płonącego lasu i zapach spalenizny zmieszanego z zapachem mokrej ziemi. Ten niesamowity i przerażający dla niewielkiej istotki. Miała go dobrze zachowanego w pamięci. Jednak otaczał ją dużo przyjemniejszy zapach ziół i uzdrowiciela pomagający się jej uspokoić. Chciała wyjść z torby i wzlecieć w powietrze, aby zobaczyć jak wielka część lasu spłonęła. Nie zrobiła tego. Tłumaczyła to tym, że tak ulewny deszcz przeszkodzi jej w locie, lecz nie to było przyczyną. Ogień nie gasł mimo wody lejącej się z nieba, a wcześniej był tak cichy i martwy, że wywoływał strach. Przez chwilę nie była pewna, czy to na pewno był jej dom, wahanie ustąpiło jednak przykrej pewności.

W końcu zwyciężyło zmęczenie wywołane spadkiem adrenaliny, pragnienie i głód. Podczas niespokojnej drogi wygrzebała łapką kawałek suszonego mięsa i pogryzła kilkukrotnie, coby stwierdzić, że to prawie niejadalne. Nagle wszystko się uspokoiło, a zielonołuska nie miała kompletnie poczucia czasu, żeby stwierdzić ile go minęło, odkąd wpełzła do torby. Dźwięki docierające do niej nie były skwierczeniem ognia, przypominały raczej pojękiwania. Zaś zapach powietrza zmienił swój charakter. Stał się lżejszy, czystszy. Była pewna tylko tego, że jest daleko od miejsca zapłonu. To wystarczyło, żeby jeszcze dwa razy ugryzła wysuszony plaster mięsa. Kiedy uzdrowiciel wsadzi rękę do torby i wyjmie tą część swoich racji żywnościowych, najprawdopodobniej złapie coś bardzo obślinionego z dziurkami po kłach, ale w jednym kawałku. Mała bowiem nic nie rozerwała dostatecznie, by to połknąć.

Jęki nieopodal nabrały sensu. Kampania zaczęła się wybudzać z wymuszonego snu, który być może wyszedł im na dobre. Wypuściła obgryziony kawałek z pyszczka i zainteresowana przytknęła nos do zamknięcia torby. Poczuła mieszany, ludzki zapach. Miejsce, w którym te istoty musiały na co dzień przebywać. No i zapach ryb. Ten przekonał jaszczurkę już ostatecznie, że może czuć się względnie bezpieczna. Nigdy nie należało opuszczać całej gardy, jeżeli miało się zamiar przeżyć. Dlatego pozostała w torbie, chcąc przeprowadzić mały wywiad.

Usłyszała krzyk swojego towarzysza, więc jak na rozkaz skuliła się w odmętach torby, słuchem szukając zagrożenia. Jej oddech przyspieszył wprost proporcjonalnie do przyspieszonego rytmu smoczego serduszka. Na chwilę zapanowała nią złość, a potem usłyszała głos, który się jej tak nie podobał.

Odpowiedź Drasima utrzymała jaszczurkę przy myśli, że wszystko jest na razie w porządku, dlatego uspokoiła się, skuleczkowała, mając nadzieję, że nikt nie wyciągnie jej z torby. Zagłębiając się do zmysłu, który podpowiadał jej gdzie znajduje się jaki umysł, wybrała ten najbliższy sobie, według niej, umysł uzdrowiciela. Postarała się o cienką nić łączącą jej własny z nim, żeby móc ostrożnie zawiadomić o swojej chęci komunikacji. Wiedząc już, że nie każdego bawił jej sposób rozmowy, więc nie nalegałaby za bardzo. Tylko tak, by zwrócić na siebie uwagę. Drasim sam może wybrać, czy odpowie na wezwanie. Gdyby tak się stało, uformowałaby swoje myśli w słowa „czy bezpiecznie?”. Mogło to brzmieć mało sensownie, ale pytający ton mógł zawiadomić czego zielona chce.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

04 cze 2015, 23:36

– Omivalu, otwórz oczy – zabrzmiał dźwięczny, delikatny głos, podobny do tego, którego przed wielu laty słuchał na co dzień, głos jeden z niewielu, które chciał w ogóle słuchać, głos pełen zrozumienia i ciepła, głos Dematei. – Mój miły… – usłyszał, wodząc wzrokiem w poszukiwaniu niewiasty, której od tak dawna poszukiwał. Niestety widział tylko płomienie… Wnet ujrzał coś niebywałego! Z ognia zaczęła wyłaniać się sylwetka, której blask przyćmił wszystko wokoło. Bijącego od niej promienie, trafiając na krople deszczu mieniły się brawami wiosennej łąki… Coś przecudnego. – Ileż się nacierpiałeś na tej przeklętej ziemi? Omivalu, czy nie masz już dosyć? Choć ze mną… – rzekła jaśniejąca postać, wyciągając ku nie mu swą dłoń, którą był gotów pochwycić, bowiem dosyć miał lasu i walki o życie, pragnął tylko spokoju i szczęścia.

Jego palce już niemal zanurzyły się w świetlistej istocie… Wnet zabrzmiał grzmot i wszystko, co przed momentem widział mag wody zniknęło, ale pojawiło się coś innego, równie pięknego – morze.

– Czy to już kraina wiecznej szczęśliwości, łono Ourelii? – Wpierw poczuł charakterystyczny zapach śledzia, woń, która była mu dobrze znana… Pragnął się rozejrzeć, lecz nadal był zesztywniały, a jego całe ciało przeszywał ból, który świadczył o tym, że jednak wciąż żyje, a co najważniejsze, nie jest już w Lesie Wisielców. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz każde słowo przychodziło mu z trudem.
Gdy ekscytacja widokiem morskiego bezkresu osłabła, Omival zauważył, że nie jest sam. Obok niego przebywali równie skrępowani linami zwiadowcy oraz ktoś jeszcze, kogo wcześniej nie widział i kto w obecnej chwili go nie obchodził. Nad nimi wszytki stał elf dowódca, jak zwykle z kamiennym wyrazem twarzy. Mag wody był zdezorientowany, zastanawiał się, co ma o tym wszystkim myśleć. Właściwie był tak wycieńczony, iż nie miał siły nawet o czymkolwiek myśleć. Jedynie marzył mu się długi odpoczynek, z dala od demonicznej aury.

Omival nie miał pojęcia jak udało im się opuścić las. W sumie, to nie pamiętał niczego od momentu pojawienia się pośród gęstwin wroga. Nie wiedział, czy misja się powiodła, czy też nie, lecz nie miało to znaczenia, cieszył się, że wszyscy byli żywi, a skoro tak, to zadanie najprędzej zakończyło się sukcesem. Wierzy, że nad nimi wszytki czuwała Ourelia. Dziękuję Ci Pani! Niemniej martwił go zatracony w pamięci czas, lecz nie tylko. Wciąż był mocno odrętwiały i osłabiony, do tego niebywale głodny.

Kiedy Lustro pomógł mu przyjąć pozycję siedzącą, poczuł jeszcze ostrzejszy ból w szyi, dodatkowo spostrzegł, że cały jego strój pokryty jest krwią i błotem. Czy to moja krew? A może kogoś zraniłem?, rozmyślał, aż ponownie padł ogarnięty migreną. Z każdą chwilą czuł coraz więcej dolegliwości…

Mag wody miał wiele pytań i zamierzał je zadać, ale wyprzedził go Lustro, który dał im wybór. Albo pójdą z nim, do Wolenvain, albo pozostaną tutaj. Omival wreszcie rozpoznał gdzie jest, znajdował się nieopodal portu w Aldhalu, miejsca, z którego wyruszył w podróż do stolicy, ostatecznie trafiając do Lasu Wisielców, aż wreszcie wracając do punktu wyjścia. Jego decyzja była przewidywalna, chciał dotrzeć to swego pierwotnego celu, choć nie był wciąż przekonany do charakteru intencji mrocznego elfa. Liczył na to, że wszystko się niebawem wyjaśni.

– I-dę z to-bą – wymówił powoli, czując ucisk na gardle i ponownie zasnął.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

20 cze 2015, 21:03

Gdyby Darrian miał w ogóle siły na taki wyczyn, zerwałby się z pozycji leżącej, kiedy zaczęły mu prześwitywać pierwsze oznaki świadomości, w defensywnym odruchu sięgając też do pasa, po broń, którą nie wiedział nawet czy dalej ma. Oczywiście, kiedy tylko nie wyszło mu odruchowe poderwanie się z czegokolwiek, na czym leżał, pierwszym co do niego dotarło, był fakt, że był we własnym ciele, albo raczej, że je kontrolował. Nie był nawet w pierwszej chwili pewny, dlaczego obawiał się, że pozornie pewny stan panowania nad swoim ciałem był zagrożony, z racji tego, jak trudno było mu zbierać myśli w jakąś logiczną całość. Las, polowanie na demona, koszmarne wizje, postrzał, walka, to pamiętał, dopiero później zaczynały się kłopoty ze wspomnieniami.

Wszystko to, co stało się po tym jak się poddał, pamiętał jak przez mgłę. Jakaś istota, sterowana, czy tylko wzmocniona przez demona dołączyła do ich potyczki i Rinej ją pokonała, tylko po to, żeby następnie dać się zajść Lustru jak kompletna amatorka i pozwolić się obezwładnić. Pasowało to do niej idealnie, brutalna magiczna siła i zero jakiejkolwiek finezji w jej używaniu, o posiadaniu jakiegoś pojęcia o otoczeniu nawet nie mówiąc. Później.. albo wcześniej chyba znalazł się w jej ulubionej projekcji wioski, acz nie miało to większego znaczenia, a przynajmniej nie teraz, kiedy nie potrafił nawet do końca się zorientować we własnych myślach.

Prócz kompletnego "bałaganu" w umyśle, z jakim się zmagał, była także kwestia pustki, odczuwalnej pomimo ciągle szumiącej mu pomiędzy uszami zawieruchy. Mag odczuwał dziwną.. normalność, a przynajmniej tak to odczucie nazwał, z braku lepszego słowa.

- Rinej?

Cisza. Żadnego drażliwego, ani sarkastycznego komentarza, na temat tego, że się o nią martwił, albo ona o niego. Nic. W pierwszej chwili (czego oczywiście nigdy jej nie przyzna) poczuł niepewność, graniczącą ze strachem przed utratą kogoś bliskiego, ale z racji tego jak mało wiedział o tym, co się stało, nie przechodził od razu do wniosków. W ramach uspokojenia się, na wypadek nagłego wtargnięcia do jego myśli przez Wiedźmę, przyjął teorię, wedle której ta zużyła dość mocy, by teraz nie móc się z nim połączyć. Wolałby wrócić do Lasu, niż zmagać się z Rinej, wypominającą mu to, że się o nią martwił.

Skoro o powrocie do lasu, trzeba było się w końcu zorientować gdzie się teraz znajdowało jego ciało i jak się tam znalazło. Więzy były złym znakiem, ale świadczyły, że ktokolwiek był za nie odpowiedzialny, na razie chciał go żywego. Normalnie, Darrian spróbowałby teraz wyczuć inne pobliskie umysły, ale w tym stanie, ciężko mu było nawet powiedzieć jak stał z zapasami mocy, a o używaniu jej nie chciał nawet słyszeć w obawie przed bólem głowy, jaki mogłoby to wywołać. Z braku innych opcji, trzeba było po prostu otworzyć oczy i zorientować się w sytuacji.

- Kurwa, moja głowa. - Powiedział sam do siebie, kiedy powoli przemieszczał się do pozycji siedzącej. Wszyscy tu byli, a przed nimi oczywiście Lustro, jak zwykle zgrywający wielkiego twardziela. Drasim wydzierał się, żeby zabić jakiegoś, chyba człowieka, który był razem z nimi, a którego mag umysłu nadal nie do końca kojarzył. Omival jakimś cudem żył, co nie specjalnie go cieszyło, ale nie bardzo miał jak teraz poprawić stan maga wody, więc musiał jakoś to przeżyć. Pozostali nadal nie kontaktowali, ale Darriana to nie za bardzo obchodziło.

Istotna teraz była propozycja mrocznego elfa i fakt, że Drasim na nią przystał, a poradzenie się go w sprawie ręki nadal było na jego liście. Nawet bez tego, raczej poszedłby z Lustrem, głównie po to, by mógł sobie wynegocjować przynajmniej obiad i dach nad głową na jakiś czas, za fatygę. Nie, żeby ufał ich przewodnikowi od siedmiu boleści, ale w jego obecnym stanie, zostanie tutaj graniczyłoby z samobójstwem.

- Dobra, idę z wami. Ale skończcie się kurwa wydzierać, bo mi głowa pęknie. - Powiedział, bądź raczej wymamrotał, starając się mimo więzów jakoś pomasować przynajmniej jedną skroń, aby sobie trochę ulżyć.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 cze 2015, 10:14

Anante jęknęła cicho, gdy ze snu wyrwało ja skomlenie jednego z Larhali. Gdzie ja... wymamrotała pod nosem, mrugając ospale, gdy zmętniałe ze zmęczenia oczy próbowały wyłapać coś więcej niż kontury zamglonego otoczenia. W głowie szumiało jej lekko, jak gdyby poprzedniej nocy nieco za długo zabalowała w którejś z karczm. Do tego pancerz i raczej niezbyt wygodne podłoże dokonały swego dzieła, wpijając się w jej ciało do tego stopnia, że ledwie czuła wykręconą pod nienaturalnym kątem rękę. Nawet nie do końca miała jak ułożyć się wygodniej, skrępowana niczym kawał szynki, przygotowanej na sprzedaż.
-Co do...

Wyrwało się jej na chwilę przed tym, jak w końcu jej umysł przyswoił wydarzenia z ostatnich dni. Obozowisko paladynów, las, demon i burza ognia... Coś pomiędzy westchnieniem, a zbolałym jękiem uszło z jej ust, gdy bezwiednie spuściła głowę, zaciskając mocno powieki. Nie miała nawet jak solidnie zakląć w obawie przed tym, komu właśnie wpadła w ręce. Dasz sobie radę. Jesteś cała, a to nie było pierwsze piekło. No, już wstawaj! gdyby głos rozsądku w jej myślach mógł jakoś się zamanifestować, najpewniej w tej chwili oberwałaby parę razy z liścia na oprzytomnienie. Cokolwiek się wydarzyło znalazła sobie zdecydowanie najgorszą porę by płakać nad rozlanym mlekiem. Odetchnąwszy głębiej, potrząsnęła lekko rudą czupryną i spojrzała na resztę swych kompanów, a przynajmniej tą ich część którą mogła dostrzec, leżąc na boku. Przy nich musiała pewnie czuć się i wyglądać jak nowo narodzona. Dopiero po chwili jej spojrzenie natrafiło na Lustro. Lodowaty dreszcz przeszedł przez ciało dziewczyny, na wspomnienie fali ognia, jaką zesłała na elfa. Jakim cudem temu udało się przeżyć ten atak? A co ważniejsze, czemu jeszcze w ogóle żyła? Nie potrafiła tego pojąć, ani w jakimkolwiek stopniu zrozumieć. Nie spuszczając go z oka przysłuchiwała się temu co mówił, próbując rozważyć wszelkie za i przeciw. Czy był sens dalej brnąć w to dalej? A z drugiej strony... na ile w ogóle mogła ufać słowu ostrouchego? Sama sobie nie darowałaby po pokazie, jaki dała w lesie. Bynajmniej jednak nie chciała jeszcze umierać. Nawet po tak długim czasie na tym padole życie jej jakoś nie zbrzydło. Z pewną dozą rezygnacji skinęła głową, bardziej mruknąwszy, niż powiedziawszy.

-Idę z tobą, tylko rozwiąż mnie, jeśli nie chcesz zaraz szukać cyrulika co by rękę mi odjął.-westchnąwszy cicho, przymknęła na chwilę oczy. Oby przynajmniej w drodze do Wolenvain, cokolwiek się wyjaśniło, bo inaczej oszaleje z nerwów. Zresztą... jakby nie patrzeć cokolwiek się nie stało byli winni jej całkiem pokaźną sumkę za całe to zamieszanie. Szkoda jeno, że kompania mrocznego elfa bardziej ją mierziła, niż radowała, ale i to jakoś przeboleje.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Planet of Zeus

26 lip 2015, 15:37

//Po małej przerwie wznawiamy wątek. Sprawy sesji omawiać będziemy w temacie z Kartą Stowarzyszenia. Roio – proszę o edycję posta. Torba Drasima, podobnie jak cały ekwipunek wszystkich innych postaci, znajduje się na łódce, nie przy jego boku.

MG

Gniewne spojrzenie ciemnych oczu Lustra ślizgało się od twarzy do twarzy, wzbudzając w Patriotach ogromny niepokój. Jego nienaturalnie powiększone źrenice i grymasy, które – teraz widzieli to wyraźnie – co jakiś czas wykrzywiały jego gładkie lico, nie pomagały w pozbyciu się tego uczucia. Mroczny elf dyszał ciężko; jego odzienie było brudne i poszarpane, a ruchy pełne bólu. Mimo tego nie sposób było dostrzec na jego ciele żadnej widocznej rany. Jeżeli doświadczał mąk, pochodziły one z wewnątrz jego ciała. Ciemnoskóry starał się nie okazywać swojej słabości, ale była ona widoczna jak na dłoni. Emanowała z każdego jego słowa i ruchu.

Jedynie Larhal nie odpowiedział na propozycję elfa. Jego nogi nie zostały przeto rozwiązane, tak jak pozostałym. Został wraz z Somirionem na ziemi. Reszta mogła powstać, mimo nadal związanych rąk czując swoistą ulgę. Anante, której kończyny dolne były oswobadzane jako pierwsze, nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś jest tutaj mocno nie w porządku. Czuła od elfa silny zapach spalenizny, a przez ułamek sekundy wydawało jej się nawet, że zamiast stojącego nad nią mężczyzny widzi gorejącego jeszcze trupa, ze stopioną maską zamiast twarzy i przebijającymi się przez nią poczerniałymi kośćmi. Mogła to oczywiście zwalić na karb przemęczenia i dziwnych substancji, jaką ją potraktowano, ale te zwidy były po prostu zbyt silne, aby nie dała im wiary. Poza tym, smród czuła nadal – nie zniknął on tak, jak przerażający widok, którego doświadczyła. Elf zdawał się wiedzieć o tym wszystkim, kpiąco się tylko uśmiechając, choć w nikłym świetle księżyca jego mimika była trudna do rozczytania. Gdy pomagał jej wstać, niby przypadkiem zblizył swe usta do jej lewego ucha.

– Co robi lustro, Anante? – wysyczał, zaraz po tym odchodząc i zajmując się pozostałymi. Gdy manipulował przy ich więzach, im także dane było poczuć bijący od niego, nieprzyjemny zapach, od którego chciało się wymiotować (której to czynności każdy z nich mógł się teraz oddać). Wkrótce także Darrian, Drasim i Omival mogli stanąć na własne nogi – ten ostatni nie bez problemów w postaci ostrych zawrotów głowy.

– Rozwiążę cię – rzekł do Larhala Lustro, nawet nie próbując nadać swoim słowom uspokajającego tonu. Poprowadził nóż nieostrożnie, kalecząc lekko dłonie myśliwego. – Mam twoje rzeczy na łódce. Zostawię je na brzegu, gdy odpłyniemy. Rozumiesz?

Łucznik nie okazał, że cokolwiek do niego dotarło. Mroczny elf westchnął tylko ze złością i dokończył dzieła, na co tamten porwał się i uciekł w pobliskie krzaki oraz dalej, gdzie go oczy poniosły. Lustro wykrzyknął za nim coś w nieznanym pozostałym języku. Jego okrzyk brzmiał soczyście i śpiewnie, ale jednocześnie groźnie i nieprzyjemnie dla ucha, jakby rzucał za biegnącym wieśniakiem jakąś straszliwą klątwę.

– Zaprowadź go na łódkę – polecił elf Drasimowi, rozwiązując jego ręce. Mężczyzna był teraz całkowicie wolny, nic nie krępowało jego ruchów. Nie miał jednak przy sobie żadnej broni ani swej torby. Podejrzewał, że znajdują się one na łodzi, o której wspominał Lustro. Gdyby medyk rozejrzał się krótko, z łatwością by ją zauważył. Długouchemu musiało chodzić o Somiriona, który, ledwo przytomny, nie mógł zaoponować przed przeniesieniem go na wodę, nawet, jeśli dokonywał tego ktoś również niezbyt sprawny.

– Pozostali idą za nimi – dodał, kierując resztę Patriotów w odpowiednią stronę. Podobnie jak Drasim, żadne z nich nie posiadało przy sobie swego ekwipunku, jednak przeciwnie do niego, nadal mieli związane ręce. Lustro najwyraźniej nie ufał im na tyle, aby całkowicie ich wyswobodzić. Szedł za nimi, czujny i gotów do interweniowania, gdyby któremuś z nich odbiło.

Łódź była mała, ale wystarczająca, aby pomieścić ich wszystkich – nawet, jeśliby się położyli. Teraz jednak siedzieli, bo tak polecił im nadal trzymający wszystkie karty elf. Zgodnie ze swoimi wcześniejszymi słowami, wyrzucił na brzeg spory parciany wór oraz długaśny, szeroki i nadpalony kij, który – gdyby założyć nan cięciwę – przypominałby łuk Larhala. Usadzając Drasima za wiosłem z jednej strony i siebie z drugiej, patrzył na siedzących przy rufie Patriotów. Somirionem nie przejmował się kompletnie, wpakowując mu głowę do worka i zostawiajac u swoich stóp, które na nim wsparł. Milczał, odzywając się dopiero wtedy, gdy wypłynęli na szerszą wodę.

– Rozwiąż ich – zdecydował po niezręcznej przerwie, dając jedynemu nieskrępowanemu zwiadowcy tępy nóż do ręki. Gdy robota została wykonana, Lustro gestem nakazał mu usadowienie się pośród swoich towarzyszy. Łódź kołysała się miarowo, a łagodna, nocna bryza niosła ją powolutku wgłąb morza.

– Jeżeli chcecie się pozabijać, możecie to zrobić na suchym lądzie. Odradzam także używanie tutaj magii – ostrzegł po kolejnej przerwie. – Zabezpieczyłem się przeciwko waszym wybrykom… – poinformował, sięgając za siebie, ku dziobowi, i wyciągając mały, wypchany jakimiś kanciastymi przedmiotami worek – …choć dla mnie to żadna różnica – zaśmiał się krótko. – Tak czy inaczej, umieram. Ładnie mnie urządziłaś, suko – rzekł bez przesadnej złości w kierunku Anante, doprawiając wypowiedź kilkoma wyrażeniami ze swego ojczystego języka, po czym uśmiechając się drapieżnie. – Zużyłem większość zapasów na tę naszą misję.


Potrząsnął trzymanym woreczkiem, po czym wysypał na pokład jego zawartość. Oczom Patriotów ukazały się różne, niepowiązane ze sobą przedmioty. Większość wyglądała na uszkodzone lub zdezolowane. Była tu na przykład poobdzierana rękawica, w której uważny obserwator rozpoznać mógł jedną z tych, które zwykle nosił Lustro (teraz jego dłonie były nagie), piórko jakiegoś barwnego ptaka, kwadratowa, opalizująca tęczowo sztabka, rozbity monokl, złamany sztylet (również wcześniej widoczny przy pasie elfa), srebrny łańcuszek, zaśniedziała bransoleta i kilka różnokolorowych kamieni szlachetnych.


– Wszystkie są teraz bezużyteczne – rzekł ze smutkiem. – Czasem trzeba jednak podjąć jakieś ryzyko. Przyjąłem na siebie klątwę, która teraz powoli mnie zabija – mówił bez ogródek, ze znudzeniem i groźbą w głosie.

– Rozumiecie więc, że nie bardzo przejmuję się tym, co się z wami stanie. Mimo wszystko nie chciałbym, aby reszta całkowicie się zmarnowała, a wy jesteście na tyle szaleni, aby zrobić z nich użytek. Idą ciężkie czasy. Większość paladynów powybijała się nawzajem, a to oni utrzymywali granicę spokojną. Wojna nadejdzie wiosną – zawyrokował.

– Jeżeli dożyję końca tego rejsu, będę miał parę spraw do załatwienia. Wtedy pogadamy, może któreś z was zechce mi pomóc. Teraz jednak wiedzcie jedno: sprzęt jest najważniejszy. Ten cały szmelc, jaki tutaj widzicie, nasączony był magią, która pomogła mi przetrwać. Znam sprawdzonych ludzi, którzy trudnią się handlem takimi przedmiotami. Czasami nawet je dla nich zdobywam – prawił, grzebiąc w drugim zawiniątku. Wyciągnął z niego kilka przedmiotów, w tym broszę kapłanów. Rzucił ją Anante, tak, aby mogła ją złapać.

– Masz, może byle umyłowy wpływ następnym razem nie namiesza ci tak w głowie – rzekł kpiąco. Omivalowi wręczył szklaną kulkę średnicy jednego kciuka. Z łatwością mogła pomieścić się w sakwie czy mieszku. – Twój kark już dość oberwał. Będziesz wiedział, gdy ktoś zajdzie cię od tyłu.

– Dla ciebie długo nic nie miałem, ale traf chciał, że pod Aldhalem spotkałem dawnego znajomego. Był mi winny przysługę, więc wydębiłem od niego to – powiedział Lustro do Darriana, pokazując mu zrobiony z wielu metalowych płytek i mocnej skóry naramiennik. Przywiązywało się go pod prawą pachą i przez tors za pomocą wąskich pasków. – Sprawdziłem to. Zwiększa siłę całego ramienia, co chyba ci się przyda. Urodziłeś się z taką słabą ręką? Wygląda, jakby ci miała zaraz odpaść. I jeszcze ta strzała… – dokończył gniewnie na to wspomnienie. Larhale nie okazali się wartościowym dodatkiem do ich drużyny, sprawiając więcej problemów niż pożytku.

Drasimowi trafił się wypełniony do połowy, skórzany woreczek wielkości pięści. Znajdował się w nim drobny proszek.

– Nie rozwiązuj go. Masz tutaj mieszankę grzybów i ziół, jaką was potraktowałem podczas podróży. Zapewnia głęboki sen prawie bez skutków ubocznych. Wystarczy wciągnąć nosem albo wetrzeć w dziąsło. Myślę, że będzie to dla ciebie użyteczne. Wybaczcie, ale nie było innej możliwości, abym mógł was ocalić. Więcej nie powiem, bo i tak zbyt wiele ode mnie usłyszeliście. W obliczu śmierci zrobiłem się wyjątkowo gadatliwy.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

26 lip 2015, 17:09

Dopiero teraz, kiedy głowa Darriana, albo raczej jej zawartość, zaczynała się układać tak jak powinna wyglądać, zaczynał dostrzegać niepokojące szczegóły związane z mrocznym elfem. Znaczy, niepokojące dla Lustra, gdyż wszelkie oznaki bólu czy innych słabości ze strony osoby, która pilnowała by cała grupka pozostała związana, wspomnianej grupce akurat wróżyły dobrze. Nie, żeby zapowiadało się na jakiś bunt przeciw ciemnoskóremu, ale biorąc pod uwagę historię maga umysłu z niewolnictwem, naturalnie jego pierwsze myśli skupiły się na potencjalnym uwalnianiu się. Kusiło go wręcz, żeby zerknąć do umysłu ich byłego przewodnika, ale musiał stłumić ten odruch, nie tylko z ostrożności, ale i z racji swojego własnego stanu w tym momencie.

Mimo wszystko, prócz swojego urazu do bycia pozbawionym wolności, jakoś nie miał Lustru za złe tego, w jakim stanie utrzymywał grupkę, gdyż faktycznie, byli skrajnie niebezpieczni. Nie do końca panująca nad sobą piromantka, całkiem sprawny mag wody mający tylko czasem dziwne pomysły, mag ciała ze smoczątkiem i on, po tym co nawyczyniała Rinej. Biorąc pod uwagę okoliczności, zwykłe więzy wydawały się wręcz śmiesznie słabym zabezpieczeniem przez grupką, która jeszcze nie dawno tytułowała się zwiadowcami.

Zanim opinia maga umysłu na temat sytuacji zdążyła się pogorszyć, na szczęście, ciemnoskóry postanowił każdemu po kolei oddać przynajmniej władzę w nogach. Jego bliskość nie była zbyt przyjemna, ale to było mało znaczące przy implikacjach, jakie niósł zapach spalenizny. Ktoś od kogo bił taki zapach nie powinien raczej należeć już do świata żywych, ale z racji braku wiedzy na ten temat, Darrianowi pozostało jedynie zachodzić w głowę czy przesadza w swojej reakcji czy faktycznie coś tu nie gra. Co by nie miało miejsca jednak, musiał przyznać, że kiedy woń ich przewodnika nieco się przerzedziła, całkiem przyjemnie było rozprostować nogi po niewiadomo jak długim śnie.

Olewając uwolnienie Larhala, mag chwilowo bez słowa podążył za pozostałymi, kiedy byli prowadzeni do łodzi. Początkowo brał pod uwagę protestowanie, ale kiedy Drasimowi zwrócono kontrolę nad rękami, uznał, że prawdopodobnie też go to niedługo czeka i postanowił na razie być grzecznym. Miał rację, kiedy usadowili się w łódce i odpłynęli kawałek od brzegu, na polecenie Lustra, uzdrowiciel pozbawił ich więzów i zaczął tłumaczyć, co i jak, oczywiście po tym jak po raz kolejny pogroził, żeby przypadkiem nie zaczęli walczyć. Darrian zaczynał się zastanawiać czy za tymi groźbami faktycznie cokolwiek było, acz biorąc pod uwagę gdzie zeszły słowa mrocznego elfa, nie miało to większego znaczenia.

Lustro w jakiś sposób umierał, prawdopodobnie trzymając się w kupie tylko dzięki jakiejś bliżej nieokreślonej magii, biorąc pod uwagę wszystkie sygnały, jakie zmysły elfickich przodków maga umysłu dostrzegały. Prócz chwili zastanowienia, nie było z jego strony żadnej reakcji na oświadczenie jego mrocznego kuzyna rasowego, przynajmniej do póki ten nie przeszedł do torby wypełnionej różnymi przedmiotami. Pozornie "bezużyteczne" rzeczy, może i faktycznie takie były, ale srebrny łańcuszek, dziwna sztabka i kamienie szlachetne wydawały się, jakby nadal mogły mieć jakąś wartość.

Kiedy padło przyzwolenie na rozdzielenie przedmiotów, mag nie zareagował tak szybko jak przewidywał, gdyż słowa o paladynach nie za bardzo trzymały się kupy z tym, co wiedział. Nie dało się go zaliczyć do specjalnie przejmujących się takimi rzeczami, ale wojna mogła oznaczać chyba tylko Imperium, od którego miał nadzieję uciec przybywając do Autonomii. Musiał wyciągnąć więcej informacji.

- Jak to, kurwa, powybijali? Jaka wojna? - Zwrócił się do chodzącego trupa, przez chwilę zapominając o rzeczach, które im zostawiał. Przy pierwszym dostępnym momencie jednak, miał zamiar sobie zaklepać naszyjnik i jakąś cześć kamieni, jeśli nie wszystkie. Jeśli nawet wypaliła się w nich jakaś magia, wyglądały jakby mogły być warte kilka monet, co w obecnej sytuacji finansowej półelfa było dość istotne.
Następnie, zaskakując chyba wszystkich, mroczny elf uraczył kilku z nich bardziej "osobistymi" przedmiotami, dając Darrianowi naramiennik, który miał ponoć wzmocnić jego rękę. Zaraz przystąpił do próby założenia go, prosząc w razie konieczności o pomoc, gdyby jego jedna sprawna ręka nie podołała i odpowiadając Lustru.

- Miałem trochę zbyt bliski kontakt z istotą, która była chyba zbudowana z czystej energii. Polazłem za wieściami o demonie, bo myślałem, że ten skurwysyn mógł mieć z tym coś wspólnego. Niestety, nigdzie go nie widziałem ani nie czułem jego aury. - Odparł, uprzedzając też pytanie, które najpewniej by padło później. Chwilowo, był zajęty naramiennikiem i jeśli uda się go założyć, różnymi ruchami jego niesprawną ręką, sprawdzając, co magiczny przedmiot zrobił. Nie grzebał na razie w swojej głowie ani nie szukał głosu, którego brakowało pomiędzy jego uszami, pozwalając na razie wszystkiemu układać się w naturalny sposób, co może i działo się powoli, ale gwarantowało skuteczność.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

28 lip 2015, 03:18

Donośny skrzekot mew, przyjemny szum fal i szelest smaganego bryzą piasku, a pośród tego wszystkiego odgłosy rozmowy. Omival dzięki napływającym z otoczenia bodźcom jeszcze szybciej się wybudził niż zasnął. Miejsce, w którym się znalazł napawało go nadzieją na lepsze jutro. Piaszczysty brzeg nieopodal Aldhalu był niemal jego domem, do którego kochał wracać. Robił to niegdyś dzień w dzień, a i teraz los z powrotem doprowadził go na te złociste wydmy, gdzie czuł się bezpiecznie jak nigdzie indziej.

Jasne promienie słońca ogrzewały jego brudną od krwi, potu i błota twarz. Mag wody z trudem otworzył oczy by rozejrzeć się po okolicy. Wszyscy jego towarzysze wciąż tam byli, związani i podobnie jak on trochę zaskoczeni obrotem spraw. Chociaż zwiad w Lesie Wisielców w końcu został zakończony, najwyraźniej Lustro szykował nową misję dla, bądź co bądź ciekawej grupy najemników. Chłodne spojrzenie mrocznego elfa wędrowało po ich twarzach pozostawiając dziwny niepokój. Kiedy natrafiło na Omivala poczuł się bardzo niepewnie, ciągle niewiele pamiętał i pod wpływem tegoż jakby karzącego spojrzenia opuścił głowę niczym w akcie żalu czy też wstydu za niechlubne czyny, jakich być może się dopuścił. Z całych sił próbował przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, spoglądał a to na Anante, a to na Drasima, aż wreszcie zatrzymał wzrok na Darrianie i jak grom z jasnego nieba wszystkie wspominania zaczęły wracać.

Amnezja mijała, a w oczach Omivala malowało się przerażenie. Zrozumiał, z jakiego powodu jest związany. Przypomniał sobie nieludzki amok i rządzę krwi, jaka nim zawładnęła, nie do końca znając jej przyczynę. Jego umysł kreował obraz walki, ukazując dotąd nieznane oblicze mocy czarodzieja. Nigdy nie czyhał na czyjeś życie, nigdy nikomu nie sprawił tyle bólu co współtowarzyszom w leśnej batalii. Chciał pomóc, a tak naprawdę jedynie zaszkodził, skrzywdził siebie i innych, zatem powinien ponieść surową karę, powinien umrzeć, a przeżył. Los był mu przychylny jak i łaska bogini Ourelii, wierzył, że to wyłącznie dzięki nim pozostawał przy życiu. Doświadczenia z Lasu Wisielców wzniosły jego wiarę na zupełnie nowy poziom. Omival czuł, że Pani Oceanu nad nim czuwa i tylko dzięki temu po całej demonicznej przygodzie nie popadł w obłęd. Mimo że jego ciało i umysł były zszargane pragnął działać. Przekonawszy się na własnej skórze jak potężne są moce czeluści, zdecydował się podążać wraz z Patriotami wierząc, że są wstanie przeciwstawić się złu świata.

Z zamyślenia wyrwała Omivala komenda Lustra, aby udali się na łódź. Nawet nie zauważył, kiedy jego nogi zostały oswobodzone, jednak próba podniesienia się stała się wielkim wyzwaniem. Był bardzo osłabiony i wciąż trochę odrętwiał, lecz marsz w stronę toni morskiej wydawał się wspaniałym, a wręcz niezbędnym do poprawienia samopoczucia pomysłem.

Kiedy pierwsza fala pochwyciła jego stopy, czuł jakby po raz kolejny tchnięto w niego nowe życie. Ból przestał aż tak mocno doskwierać, lecz głód i pragnienie nie ustępowało, a zaspokojenie ich musiało jeszcze poczekać. Gdy znalazł się wreszcie na pokładzie statku, oparty o burtę siedział i wpatrywał się coraz to malejące domostwa Aldhalu skąpane w świetle zachodzącego słońca.

Kiedy wypłynęli już na pełne morze, Lustro wreszcie zdecydował się zerwać pozostałe na rękach więzy, a następnie zaczął mówić. Omival dostrzegł w nim coś dziwnego, tajemniczego. Nie wyglądał już tak tzeźko jak na początku misji, a bijąca od niego woń spalenizny potęgowała nieprzyjemne odczucia. Słowa elfa chociaż niosły przykre wieści były stosunkowo spokojne. Informacja o tym, że nie pozostało mu już wiele czasu, o klęsce paladynów w Lwim Brodzie oraz zbliżającej się rzekomo wojnie mocno zaniepokoiła maga wody. Przypomniał sobie ognisko i biesiadujących tam ludzi, ogrom wojowników i wieśniaków oraz trolla z Aldhalu, z którym niedane było mu się poznać. Zastanawiał się, jak wielu z nich zginęło w tej nierównej walce z siłami czeluści…

Melancholijna refleksja nie trwała długo, bowiem Lustro jeszcze bardziej zwrócił na siebie uwagę, wysypując na pokład zawartość swego woreczka. Masa drobiazgów rozbiła się o pokład, intrygując swym wyglądem. Omivala szczególnie zainteresowały kamienie, po które instynktownie sięgnął. Mieniące się w blasku księżyca precjoza dla Lustra być może były bezużyteczne, jednak w mniemaniu wychowanego w rzemieślniczej rodzinie czarownika mogły mieć sporą wartość. Szczególnie interesujący wydał się Omiemu bardzo ciemnoczerwony, a właściwie czarny rubin, jedynie w świetle nieco mieniący się szkarłatem. Mimo styczności z wieloma klejnotami, takiego jeszcze nie widział i zapragnął go zatrzymać. Już chciał zapytać o to elfa, lecz ten wyprzedził go, wręczając każdemu ze zwiadowców po prawdopodobnie bardzo cennym prezencie. Brodatemu mężczyźnie przypadła szklana kulka, niewielka, lecz wedle Lustra bardzo przydatna, gdyż miała ostrzegać przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Kiedy długouch zamilkł, Omival nie zamierzał nękać go żadnymi pytaniami. Droga do Wolenvain potrwa jakiś czas i na pewno nadarzy się jeszcze moment na wyjaśnieni trapiących kwestii, a jest ich wiele. Wpatrywał się więc jedynie w przezroczystą bryłę, przywodzącą mu na myśl dawne, niedobre czasy. I znów… Morze, łódź, szklana kula… Czyżby historia lubiła się powtarzać?, zastanawiał się wsłuchany w rozbijające się o kadłub fale. Już miał ochotę wyrzucić podarek jak najdalej zdoła, lecz powstrzymał go ból szyi. Czym prędzej przeszukawszy łódź znalazł swój dobytek i złożył drobiazg do sakiewki z podobną zawartością (ukradkiem schował tam również czarny kamień, o który rankiem zamierzał zapytać elfa), po czym wyszperał ostatnie kawałki jedzenia, które jednak nie zaspokoiły jego głodu…

Morskie otoczenie sprzyjało jego samopoczuciu, z każdą godziną czuł się coraz lepiej, aż wreszcie zdecydował zanurzyć się w morskiej toni rozświetlonej nocnym niebem. Musiał w końcu zmyć z siebie krew i złe emocje.

– Elfie... Dziękuję za ratunek – powiedział łagodnym tonem, dotykając swej szyi. – Muszę zmyć z siebie znoje misji, nie obawiajcie się– oznajmił, wskazując swoje zabrudzone odzienie, a potem bezkres oceanu, po czym wskoczył do wody. – To tylko morze, nic mi nie będzie – dodał, znikając pod migoczącą taflą.

Omival nie odpływał za daleko, nie wykonywał również gwałtownych ruchów, dryfował, był w zasięgu wzorku wszystkich swoich towarzyszy. Nie czuł się jeszcze na siłach, lecz woda wyraźnie była dla niego najlepszym lekarstwem. Chodź łódka nie płynęła szybko, pływak z każdą chwilą zostawał w tyle i trzeba było wracać. Brud z jego odzienia w dużej mierze zniknął, a i pragnienie ustąpiło, jedynie żołądek dawał się we znaki. Korzystając z okazji, łaknąć jedzenia zdecydował poszukać jakiś ryb, których znalezienie w chłodnych wodach Morza Smoczego nie powinno być problemem, zwłaszcza dla maga, który potrafił wpływać na wszechobecny żywioł. Jeśli w krótkim czasie udałoby mu się czegoś złowić, powróciłby na łajbę i podzielił się pożywieniem z innymi, być może zdecydowałby się nawet poprosić Anante o lekkie przygotowanie posiłku, zwłaszcza, że pieczenie to jej pasja. Jeśli jednak polowanie na morskie istoty nie przyniosłoby rezultatów, po powrocie rozłożyłby się na pokładzie i poszedł spać, starając się zapomnieć o apetycie.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

28 lip 2015, 09:29

Nieprzyjemne mrowienie w koniuszkach palców i towarzyszące każdemu poruszeniu tarcie w nadgarstkach nazbyt dotkliwie przypominały jej o tym, w jak bardzo nieprzyjemnym znalazła się teraz położeniu. Choć, z drugiej strony, jakby nie patrzeć chyba wszystko było lepsze, od porzucenia w zamieniającym się w trzewia Czeluści, płonącym lesie, prawda? Zmętniałe jeszcze od snu, karminowe tarcze jej źrenic wodziły za mrocznym elfem, co i rusz drgając lekko i mieniąc się intensywniejszymi odcieniami czerwieni. Coś w jego postaci, gestach, samym sposobie poruszania sprawiało że włoski na jej karku zaczynały się jeżyć. Jakim cudem udało mu się przeżyć zaklęcie, które uwolniła, dosłownie wypalając się z resztek sił? Odór spalenizny, mieszał się w jej nozdrzach z nader charakterystycznym zapachem spieczonego, ludzkiego mięsiwa, ściskając już i tak obkurczony żołądek.Wtem, ledwie przez uderzenie serca w miejscu gdzie stał dostrzegła wciąż jeszcze gorejącego trupa. Spalone mięśnie odłaziły od poczerniałych kości, tląc się na wietrze, gdy resztki zagotowanego tłuszczu i wypełniających organy płynów ściekały po zwęglonym ciele, z cichym sykiem przygaszając ogniska żaru. Głuchy, przepełniony przerażeniem jęk uszedł z ust piromantki, na chwilę przed tym, nim świat zawirował przed jej oczyma, prawie nie rzucając jej na kolana. To niemożliwe... nie mogę tego widzieć. On nie może... Skołatany umysł kobiety jakkolwiek próbował zaakceptować to, co przed chwilą dane mu było zobaczyć. W swoim życiu widziała już wiele i nie raz na własnej skórze odczuła jak bardzo destruktywna i chaotyczna potrafi być magia, którą włada. Przez prawie dwa stulecia dosyć już naoglądała się zwęglonych resztek, jakie zostawały z ludzi, elfów, orków i parunastu innych ras, gdy za długo trzymało się ich w ogniu. Ale to... wciąż żywe, świadome a co gorsza odczuwające każdym najdrobniejszym nerwem szczątki. Jakim cudem mężczyzna w ogóle był w stanie stać? Gdy tylko odzyskała władzę w nogach i przestała wisieć nieco bezwładnie w jego dłoniach, zatoczyła się o krok w tył, jak gdyby Lustro przerażał ją bardziej, niźli niedawno spotkany demon. Onyksowoczarne kręgi jej oczu zasłoniły w tej chwili całą twardówkę, gdy Anante jakkolwiek próbowała dojść do siebie i zapanować nad strachem. Co robi Lustro, Anante? słowa elfa odbijały się niczym echo w jej oszalałym umyśle, domagając się odpowiedzi. W końcu nie mogąc ich znieść, prawie bezgłośnie wyszeptała...

-Odbija.- w końcu jej żołądek nie wytrzymał i zgiąwszy się w pół, czarodziejka zwróciła na ziemię wszelakie resztki, jakie jeszcze mógł zawierać jej żołądek, zaprawione potężną porcją żółci. Kaszląc, spazmatycznie próbowała złapać dech i nie zwinąć się w roztrzęsioną kulkę, tuż obok plamy własnych wymiocin. W tej chwili wyglądała znacznie gorzej, niż ktokolwiek wokół, może właśnie poza rzeczonym elfem, śmiertelnie blada, z łzami wywołanymi podrażnionym gardłem i strachem, szklącymi potwornie wyglądające, czarne oczy. W dodatku jej włosy... zawarte w amulecie zaklęcie, goniło już zupełnymi resztkami, wypalając resztkę zmagazynowanej w nim mocy, aż w końcu zupełnie przestało działać. Prawie że w jednej chwili jej czupryna zmieniła swą barwę, przechodząc z ognistego rudego, w intensywnie złoty, metaliczny kolor, jakby dosłownie ktoś wyrwał z roztopionego metalu tysiące delikatnych niteczek i z nich uplótł jej czuprynę. Teraz dopiero wyglądała jak ostatnie dziwadło, gdy płomienie pochodni, lamp czy jakiegokolwiek innego źródła światłą odbijały się lekko w jej puklach, tak iż nie można już było pomylić jej z kimkolwiek innym. Odetchnąwszy głębiej, wyprostowała się powoli i jakoś pozbierawszy się w sobie ruszyła za resztą grupy, po prostu na razie starając się nie myśleć o niczym, co wiązało się z elfem, ogniem i całą tą chorą wyprawą, w którą dobrowolnie wściubiła nos.

Pech chciał że na łodzi trafiło się jej miejsce praktycznie na wprost niego i to w dodatku całkiem blisko samego mężczyzny, tak iż woń spalenizny nie opuszczała jej nawet na sekundę, gdy tylko wiatr zawiewał od jego strony. Nawet po tym jak dane mu było opustoszeć, jej żołądek nadal protestował przed takim traktowaniem, choć szczęśliwie na razie nie zbuntował się do reszty, czyniąc tylko jej lico nieco bardziej zielonkawym niż być powinno. W końcu ich były przewodnik przerwał panującą od dłuższej chwili, niezręczną ciszę, zmuszając zwiadowcę by rozwiązał im ręce. Gdy tylko więzy opadły z jej nadgarstków, dziewczyna syknęła przeciągle, odsłaniając przy tym zdecydowanie nieludzkie, ostre jak brzytwa kły. Zamruczawszy coś niewyraźnie poczęła delikatnie rozmasowywać otartą skórę, wracając krążenie w ściśniętych do tej pory żyłach. Jeśli czegoś można było być pewnym w jej wypadku, to tego że zdecydowanie na dłuższy czas serdecznie dosyć miała zabijania i magii, jakakolwiek by nie była. Nieco już spokojniej zaczęła przyglądać się workowi, wyciągniętemu przez ciemnoskórego elfa, gdy ten nagle zwrócił się do niej, wyrywając spod jej stóp ostatni skrawek normalności jaki jej ostał. A więc to co dostrzegła było prawdą; zabiła go, choć znacznie wolniej i boleśniej, niż komukolwiek by życzyła. Z trudem przełknąwszy ślinę, spojrzała mu w oczy. Co miała powiedzieć? Że jej przykro? Że nie chciała? Że coś ją opętało? Teraz nie miało to już najmniejszego znaczenia; stało się, a ona znów musiała żyć z konsekwencjami swych czynów. W końcu skinęła tylko głową, unosząc nieznacznie prawy kącik ust, w czymś pomiędzy ironicznym uśmiechem, a zbolałym grymasem.

W końcu elf wysypał zawartość pojemnika, pośrednio zmuszając wszystkich by przyjrzeli się im, odciągając też i jej uwagę od całego problemu. Przysłuchiwała się spokojnie słowom ostrouchego, wodząc spojrzeniem po tych wszystkich śmieciach, jakby próbowała zrozumieć do czego dawniej były przeznaczone. Monokl, rękawice, klejnoty... było tego zbyt dużo i nie łączyło ich w zasadzie nic, poza właścicielem, by mogła cokolwiek wymyślić. Może tylko tyle, że mogły być w jakimś stopniu magiczne...

-Wojna? Ale z kim...jak?-spojrzała na elfa, starając się mówić choć trochę głośniej niźli schrypniętym szeptem. Wizja kolejnego piekła, tym razem zalewającego cały kraj. Nie chciała nawet o tym myśleć. Przez tyle lat udawało się jej unikać większość większych konfliktów, a teraz wychodziło na to, że siedzi w tym po uszy. Nie miała nawet siły, by solidnie zakląć, oparłszy tylko czoło na nasadzie dłoni i przymknąwszy na chwilę oczy. I znów jakoś się pozbierała, poukładawszy przynajmniej część myśli, akurat na czas by pochwycić broszę. Przez chwilę obracała ją w dłoni, opuszkami palców badając amulet, by w końcu uśmiechnąć się lekko i zawiesić go na szyi.

-Jakby był jakiś następny raz poszukałabym Ci lepszego płaszcza, żeby byle płomyczek tak Ciebie nie osmalił.-uśmiechnęła się do niego krzywo, starając się żartem przejść nad tym wszystkim do jako-takiego porządku dziennego. Odetchnąwszy głębiej, przez chwilę zawiesiła spojrzenie na pływającym obok Omivalu. Ogień i woda... w zasadzie i jej przydałaby się kąpiel, choć wolała nie sprawdzać jak bardzo zimno jest poza łódką. Balia, ług i wrzątek, to było to...-Dziękuję, że mnie tam nie zostawiłeś po tym co zrobiłam.-odetchnęła głębiej i przymknęła oczy.-Jeśli...jeśli chcesz, pomogę Ci załatwić te sprawy, jeśli dożyjesz.

Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

29 lip 2015, 12:18

Był potężny, mógł się zemścić na wszystkich. Na wszystkich, którzy o nim zapomnieli, na tym parszywym wilku. Musiał tylko pokonać tych tutaj. Jego moc spali wszystkich na popiół. Nie przejmował się nawet ostrzem, które zraniło go w bark. Mała przeszkoda na jego drodze, która nie zmieni jego losu.
I właśnie wtedy, kiedy czuł, że może wszystko, opadł z sił. Nie czuł obecności demona, który dał mu cel i moc. On zniknął, opuścił Somiriona, który poczuł się w jednej chwili mały. Dookoła niego zaczęły rosnąć cienie. Znowu był dzieckiem, niezdolny do niczego, otoczony przez demony. Leżąc w pozycji embrionalnej płakał, kiedy te podchodziły. Widział śmierć matki i swoją własną. Czuł jak jego głowa jest miażdżona, a ciało palone. Zapadał się w ciemnościach swojego umysłu, otoczony przez własne koszmary. Przegrał, a wtedy jak wybawienie przyszła ciemność.

Obudził się w towarzystwie kilku osób. Księżyc raził jego oczy, ale dawał światło, które pozwalało obejrzeć twarze. Poznawał niektóre, jeszcze z obozu przed bitwą.
Właśnie, bitwa. Co się stało? - myśl krążyła w jego otępionym umyśle. Pamiętał atak paladynów, a potem demona, który go porwał i... Wtedy sobie przypomniał uczucie mocy, gniew i chęć zniszczenia. Ludzie, których widział - to właśnie ich zaatakował. Chciał coś powiedzieć, jednak poczuł knebel, którego wcześniej nie zauważył przez ból całego ciała i otępienie. Był słaby i skrępowany, nie mógł też nic mówić. Brali go jako jeńca, nie zabili go. Jednak co z nim zrobią? Usłyszał, że płyną do Wolenvain. Będą torturować? Niedawne koszmary zaczęły powracać, czaiły się dosłownie tuż obok. Starał się zachować jasność umysłu, jednakże było to trudne zadanie.
Obecni chcieli jego śmierci, jednak ich dowódca miał inne plany. Nie wróżyło dla Somiriona dobrze to, że dowódca chyba długo nie pożyje i zostawi go na pastwę tych Patriotów.
Wtedy też Drasim zaczął prowadzić skrępowanego pół demona do łodzi. Nie miał nawet co się stawiać, gdyż nie miał siły. Kiedy znalazł się na pokładzie na jego głowę został założony worek, a sam został rzucony na podłogę. Poczuł na swojej głowie czyjeś nogi. Stęknął, jednak wiedział, że wyrywanie się nie przyniesie mu nic dobrego. Mimo, że nie widział, to słyszał. Nie dowiedział się jednak niczego ciekawego, może poza konsekwencją śmierci paladynów - wojna. Wojna mogła być dla niego sposobnością, albo i nieszczęściem - w jej trakcie potencjalnie niebezpiecznych się eliminuje. Powoływanie się na imię bohatera oblężenia raczej na wiele się nie zda, nikt go nie pozna w tym ciele.
Leżąc na ziemi zaczął się zastanawiać co może zrobić lub powiedzieć, aby się wydostać, albo chociaż nie stracić życia.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Swallowed by the Sea

14 sie 2015, 15:12

//Wybitnie skróciłem czas oczekiwania na tego MG-posta, proszę mnie pomiziać pod brodą w nagrodę.
MG

Lekkie kołysanie popychanej spokojnymi falami Morza Smoczego łódki sprowadzało na byłych zwiadowców uczucie sennego odrętwienia, spotęgowane dodatkowo ich niezbyt dobrym stanem. Ich zmysły (poza omivalowymi) zostały przytłumione. Prawdopodobnym było, że substancje, jakimi raczył ich Lustro, nadal nie uszły z ich organizmów, a choć trzeba było mu przyznać, że dawki dobrał doskonale, szprycowanie kogoś przez tak długi czas nie mogło wyjść na zdrowie. Do tego dochodziło pragnienie, głód i, paradoskalnie, potrzeba snu, jakby w ogóle nie zaspokojona narkotycznym letargiem, z jakiego dopiero co wyszła grupka. Z kolei brodatego maga bliskość wody wyraźnie napędzała, był bardziej żywy od pozostałych i bardziej od nich skory do działania, nawet mimo tego, że jego obrażenia były chyba najbardziej poważne. Z pewnością dlatego zareagował jako pierwszy, sięgając po jeden z bezużytecznych – jak to określił Lustro – przedmiotów. Upatrzył sobie rubin, a jego dłoń wystrzeliła szybko w kierunku tegoż kamienia. Dostał po łapach.

– Nigdy nie powiedziałem, że możecie je sobie wziąć – rzekł Lustro z powątpiewaniem. – Dostaliście już swoje zabawki, co możecie uznać za mój wkład w rozwój Patriotów. Inne zapewnię wam, jeśli przeżyję. Może. I nie za darmo – dodał, skinając lekko głową na podziękowania Omivala, które nadeszły po chwili. Inaczej zareagował jednak na próbę tego ostatniego dostania się do wody. Chwycił go silnie za ramię i spróbował usadzić z powrotem na łodzi, sapiąc niczym zmęczony muł. Łódź zakołysała się niebezpieczenie.

– Oszalałeś?! Rozmoczysz sobie ranę i się wykrwawisz. Lepiej usiądź. Nie będę powtarzał. – Druga ręka elfa błądziła już przy pasie, w okolicy rękojeści jego sztyletu. Ton jego głosu, poza pierwszym, ostrzegawczym okrzykiem, pozostawał chrapliwy, pełen bólu i gniewu. Lustro nie zamierzał się cackać, nie po tym, co przeżył z drużyną w Lesie Wisielców. Jego maniery, widoczne głównie przy możnych, przestały istnieć. Nie liczył się z tym, jak jego czyny zostaną odebrane, bo nie znaczyło to zbyt wiele w obliczu śmierci, jaka miała go czekać.

– Jakurenowi nie podoba się Konsorcjum – rzekłby, gdyby sytuacja się uspokoiła, na co się zresztą zanosiło. Wszystkich interesowały słowa o wojnie, jakie wyrzekł chwilę temu. – A teraz nie ma już paladynów, którzy mogliby powstrzymać domową. Zresztą, to nie jego wina. Rżną go na cle i idą mocno na zachód, jakieś forty z konioludźmi budować za jego złoto. Lorvenisze tylko to spajali. – Wzruszył ramionami. – Chcą pewnie dojść lądowo do Szronogórza i dalej. Głupota. Szczują Imperium i tyle, dumne szlachciury. Morinhtarskie skurwysyny się odcinają, ale to nigdy nie był główny rynek zbytu dla derińczyków, a Aparilume jest daleko i ma swoje problemy z przeelfieniem. Gdyby nie kurduple w Minaloit, to Jakuren już dawno by się pozbył Jamiga. Ten ze swej strony nosa z Urtlanu nie wyściubia. Jakby jego ojciec żył, toby go do zakonu oddał. Znałem go.


– Wszystko się pochrzaniło, ale dla mnie to dobrze. Jak dożyję. Wojna tworzy intratne zlecenia. Może jakiś namiestnik padnie na zjeździe, koronują Rejranda i się zacznie. – zakończył z drapieżnym, zbolałym uśmieszkiem. Zakres jego wiedzy był imponujący, co potwierdzało plotki o tym, że Lustro i jemu podobni stanowili oczy i uszy wielu istotnych figur areny politycznej całej Autonomii. Teraz mówił wiele, nie przejmując się najwyraźniej tym, z kim dzieli się swoimi informacjami. Nie były one wprawdzie szczególnie trudne do zdobycia, ale odkrycie ich wszystkich i zastawienie w ten sposób było już pewnym osiągnięciem.

Nawet obecność skrępowanego i zakneblowanego Somiriona nie zmieniła nastawienia Lustra. Więzień mógł tylko pomarzyć o próbach polepszenia swojej sytuacji. Był tutaj wbrew swej woli i prowadzono go prawdopodobnie na śmierć, więc nikt się nim nie przejmował.

– No proszę. Nie wiedziałem, że należysz do kobiet rozmiłowanych w odziewaniu siebie i innych – odpowiedział Lustro Anante, barwiąc swój głos w charakterystyczny, podszyty cwaniactwem sposób. Robił tak za każdym razem, gdy przyszło mu się do niej zwrócić od momentu, w którym się przebudziła. Wyglądało na to, że śmierć, jaką zadała mu (obecnie złotowłosa) wiedźma, utworzyła w nim pewną więź emocjonalną. Chyba nigdy wcześniej nie umarł, a jego zdolności były na tyle wysokie, że po prostu musiał szanować tego, komu udało się go uśmiercić. – Nie sądzę jednak, że twoja pomoc będzie konieczna. Muszę znaleźć kogoś takiego jak ja. To nie jest misja dla neurotycznych podpalaczek lasów. Kiedyś mi się odwdzięczysz, zadbam o to – rzekł, jakby jej czymś groził.

– Dobra, to by było na tyle. Możemy pogadać w trakcie ruchu. Kto może, niech siada do wioseł. Ja nie mogę. Można parami – zarządził, chowając wszystkie zepsute, magiczne bibeloty i wracając do swej zwyczajowej pozycji, na dziobie stateczku, skąd mógł patrzeć na plecy wioślarzy. – Wybrzeże po prawej ręce i będzie dobrze.

Elf gmerał w pakunkach, które miał u swych stóp. Zachęcił pozostałych do posilenia się. Miał nieco solonych ryb, twardego, wczorajszego chleba, mleka krowiego i słabego piwa. Wydawało się, że tylko to zdołał załatwić z Aldhalu. Powinno wystarczyć do samego Wolenvain.

//Omivalu, proszę o zrewidowanie fragmentu posta zawierającego treść opisującą Lustro: „Jego ciało wyglądało nad wyraz strasznie (…).” Tylko Anante była w stanie przez krótką chwilę zobaczyć domniemane uszkodzenia ciała tej postaci.

Wróć do „Aldhal”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.