Karczma Pod Bezgłową Damą

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Karczma Pod Bezgłową Damą

22 lis 2011, 23:17

Karczma Pod Bezgłową Damą

Obrazek
Obrazek
Bezgłowa Dama jest karczmą niemałą i bynajmniej nie sztampową. Jej podłoga jest pokryta płytkami, które wyczyszczone pięknie lśnią, a ściany zaś wzniesiono z tajemniczego kamienia o miłej strukturze podobnej do marmuru. Tak więc łatwo sobie wyobrazić, że wnętrze sporego młotka mogło wyglądać bardziej jak środek świątyni, niż gospoda. Mimo to pojawiały się tutaj elementy całkiem normalne dla karczmy, to jest długie stoły z ławami, może dwa czy trzy mniejsze stoliki, które zazwyczaj stały puste, ponieważ w Derin nikt nie lubił samotnie się bawić oraz kontuar, a za nim karczmarka, którą bogowie obdarzyli krągłymi kształtami i całkiem uroczą twarzyczką o pełnych ustach i dużych oczach.
W Bezgłowej Damie liczyły się trzy rzeczy: odpoczynek, zabawa i tańce. Derińczycy nie należeli raczej do ludzi, którzy by się upijali w co drugą noc, dlatego też w Młotku panował zazwyczaj spokój i śmiech. Bo czy było wspomniane, że mieszkańcy właśnie tego miasta są sławni nie tylko za swoje zdolności, ale i za niesamowite poczucie humoru i przyjazne nastawienie?
Drzwi parę metrów po prawej od lady prowadził do ciemnego korytarza, który łączył kilkanaście wolnych pokoi do wynajęcia. Były one schludne, od jednoosobowych do czteroosobowych, od skromnie urządzonych, do tych stworzonych z przepychem.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

17 maja 2015, 16:51

MG:

Sadrigal nie próżnował. Troskliwie dbał o sumienie złoczyńcy i moralność mordercy, grzebiąc po rzeczach zmarłego Askariusa – choć określenie stanu ciała najemcy mogło okazać się w tej chwili kwestią co najmniej kłopotliwą. Jedyny przytomny w pomieszczeniu wojownik przeszukiwał torby, pokrowce i zakamarki ciuchów Gaelmara, zajmując czas i licząc na dodatkowy zysk.

Nie zawiódł się. Już po chwili mógł podziwiać zdobyte w niegodziwy, niehonorowy sposób łupy. Wszystko wskazywało na to, że cała ta spontaniczna akcja mogła stać się przy okazji całkiem opłacalna.

Przed Sadrigalem leżały trzy mieszki wypchane pieniędzmi, co było kwestią podstawową łupów – mężczyzna w moment stał się nowym posiadaczem trzystu orów, pięćdziesięciu sześciu szylingów i… czterech suwerenów. Dwie eleganckie pochwy z brązowej, wilczej skóry (większa i mniejsza) kryły w sobie kolejno jednoręczny miecz i sztylet, dwie bronie Askariusa, które nijak pomogły mu w ostatnim przed śmiercią starciu. Podobnie jak w przypadku pieniędzy – Sadrigal stał się ich nowym właścicielem. Miecz sprawiał wrażenie niezwykle cennego; cenniejszego od czegokolwiek, co trzymała przy sobie ofiara. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że broń jest zbyt charakterystyczna, by posługiwać się nią ot tak. Taką broń wykonywało się na zamówienie i nosiło jako wizytówkę. Była… piękna. Imponująca wyglądem i kształtem.

Można było tylko zgadywać, na ile zostanie w odpowiednim momencie wyceniona.

Sztylet pozostawał zwykłym dodatkiem, zwyczajnie użyteczną bronią o cienkim ostrzu. Ta zdobycz nie miała Sadrigalowi przynieść dużego zysku, a jednak zawsze cieszyła powiększeniem dobytku.

Ostatnim elementem ekwipunku Askariusa pozostała torba z koźlej skóry, która, prócz wcześniejszych pieniędzy, skrywała już tylko zwykłe pióro. Na tym kończąc, zmarłemu zostawiono już tylko odzienie, którego w swej wspaniałomyślności Sadrigal postanowił na razie nie zdejmować.

Przemawiały do niego różne głosy. Niektóre z nich były przyjazne i przyjemne, inne – groźne i odpychające. Należały do kobiet i mężczyzn, dzieci i starców, mówili do niego różnymi językami i tylko czasem Drytrak wyróżniał słowa, które rozumiał. To brzmiało jak pieśni i przemowy jednocześnie, trochę jak modlitwy z domieszką złośliwych, agresywnych gróźb. Mężczyzna nie potrafił wynieść z tego jednego sensu, mógł się tylko przysłuchiwać. Wiedział, że jeszcze chwilę wcześniej brał udział w rytuale. Oznaczył ciało krwią własnoręcznie zabitego dzika i potem… nie wiedział.


Chyba stracił przytomność. Pamiętał ból. Gdzie był teraz?


Zdenerwowałeś nas.


Obraziłeś nas tym, co uczyniłeś.


Opuściłeś miejsce, które od nas dostałeś. Kolejny raz.


Nie chciał tego, poczuł palący wstyd. Nie wiedział, czym uraził głosy, ale czuł się winny.


Na jego szczęście już po chwili zrobiło się cicho, wszystkie te postaci zniknęły z głowy, pozostawiając w niej pustkę i niezrozumienie. Trwało to chwilę, a może całą wieczność, nim jego myśli znowu nawiedziły te przedziwne wspomnienia. Nie należały do niego, nie mogły, to było…


Neliatar, jego ojciec, umierał. Będąc znowu młodzieńcem, uklęknął przy nim, patrząc na ogrom zadanych przez napastników ran. Dokonali swej zemsty. Zabili, zamordowali z zimną krwią mężczyznę dumnego i uczciwego, głowę rodziny. Drytrak poczuł rozpacz i przerażenie. Sam został poważnie ranny, lecz teraz nie miało to dla niego znaczenia. Nie został przy Neliatarze długo – porwano go, zabrano z rodzinnego domu przez osoby, które dokonały masakry. Wszystko działo się tak szybko, przepełnione było bólem i strachem. Niepewnością.


…patrzył na ciała pokonanych przeciwników, którzy nie mieli szans w potyczce z najlepszymi wojownikami. Byli nimi, stali nad zwłokami tych nieudaczników, przez chwilę podziwiając swoje krwawe dzieło. To było dziecinnie łatwe, zadanie dla żółtodziobów. Mogli wracać do domu. Skierowali się w stronę koni, gdy…


…w trawie zachęcająco błysnął przedmiot. Hełm.

Drytrak niespodziewanie poruszył prawą ręką. Raz, drugi. Zaraz potem zacisnął nią palce na paskudnym, śmierdzącym materacu, dając coraz więcej znaków nowego życia. Przejęte ciało zaczęło reagować na wszystko, co teraz się z nim działo. Pierwszy oddech, ruch ręką, zaraz potem także i drugą. Moment spoczynku, leżenia w bezruchu, a za chwilę drgnięcie nogi.

Z boku wyglądało to trochę, jakby śnił koszmary. Drytrakowi (a może już Askariusowi?) przyspieszył oddech.

W tym samym czasie Sadrigal i Tonuryn, korzystając z później pory, próbowali pozbyć się śladów niedawnej zbrodni. Musieli jak najszybciej wynieść z pomieszczenia niewygodne ciało, które było oczywistym świadectwem morderstwa. Żadnemu z nich nie zależało przecież, by czyn wyszedł na jaw.

Jak dotąd szło sprawnie, niemalże bezproblemowo. Teraz też musiało tak być.

Pomysł z wykorzystaniem liny należał do całkiem interesujących, choć z pewnością znalazłyby się łatwiejsze sposoby na wyniesienie byłego ciała Drytraka z karczmy. Spuszczono je z piętra pod osłoną nocy i wszystko miałoby szansę wypalić, gdyby nie jeden szczegół.

Okno kuchenne tuż pod oknem piętrowym i podejrzany cień w szybie płóciennej.

Sadrigalowi udało się wszystko aż do momentu powrotu do izdebki. Przekonany o powodzeniu haniebnej misji, która była ostatnią z planowanych dzisiaj aktywności, pożegnał się z Tonurynem i ułożył do snu. Był bogatszy o nowe przedmioty, pieniądze i zyskane zaufanie Drytraka (o ile ten kiedykolwiek się ocknie).

Był bogatszy o doświadczenie.

Bogatszy o sumienie złoczyńcy.

Zasnął prawie natychmiast, czując zmęczenie całym tym dziwacznym, pełnym emocji i niespodzianek dniem.

Drytrak nie wiedział, czy jeszcze śni. Umysł płatał mu figle, których był świadomy, ale za nic nie potrafił już rozróżnić swoich wspomnień od wspomnień przejętego ciała. Zmieniło się jednak najważniejsze: wiedział, że się udało. Miał tę pewność, myśl i potwierdzenie – znajdował się w nowym ciele, z którym coraz mocniej się scalał.

Coraz mocniej żałował tej decyzji.

Coraz częściej w jego głowie pojawiała się nadzieja, że proces da się jeszcze cofnąć.

Nie miał pojęcia, które życie było jego historią. Obrazy, które widział, mogły być równie dobrze cudzymi przeżyciami, a w tej chwili dałby sobie rękę uciąć, że wszystko to było częścią jego losów. Wszystko się mieszało.

Spał, a jednak był świadom faktu, że znajduje się w karczemnej izdebce na piętrze. Wiedział, co się stało. Teraźniejszość należała do niego, doskonale pamiętał, w jaki sposób znalazł się tam, gdzie był teraz – to z przeszłością miał okropny problem. Po tych wszystkich myślach i obrazach nie mógł być pewien, kto był Drytrakiem, a kto Askariusem; gdzie postawić granicę między jego wspomnieniami a tymi należącymi do byłego najemnika. Ciągle miał w pamięci wszystko, co zobaczył, i miał nadzieję więcej nie przeżywać podobnego starcia.

Czuł się wykończony fizycznie i psychicznie.

Po jakimś czasie zorientował się, że otworzył oczy.

Przez dłuższą chwilę nie był w stanie się poruszać – czuł tylko swój oddech, nowy oddech, który powodował jego ciałem w delikatny, jednostajny sposób. Potem zaczął rejestrować więcej: oddech osoby obok, prawdopodobnie Sadrigala, jeśli wszystko poszło zgodnie z ich planami, poczuł zapach kurzu, starego materaca i moczu, po tym jak popuścił w trakcie umysłowych zmagań.

Czuł okropną wilgoć, która sklejała mu uda z materiałem brązowych spodni. Czuł chłód w pomieszczeniu, który przeciskał się przez zamknięte okiennice.

Chwila radości z powodu powrotu do rzeczywistości minęła i zaraz potem znowu dopadło go przygnębienie, rozdzierający smutek i żal. Zupełnie nagle. Co on najlepszego zrobił? Jak mógł, znając własne słabości, w ten sposób wykorzystać magię? Poddać się jej, do końca nawet nie wiedząc, z czego się korzysta?

Jęknął nieświadomie, dając Sadrigalowi powód do przebudzenia.

Nadal nie panował w pełni nad swoim ciałem. Potrafił w tej chwili myśleć tylko o tym, jak bardzo żałuje tej przemiany i jak bardzo chciałby wrócić do czasów, gdy nie musiał nosić na głowie tego przeklętego hełmu. Czuł się nikim – śmieciem, magicznym śmieciem bez własnego ciała, pijawką. Prochem, kurzem, który nic dla świata nie znaczy, będąc tym, czym był.

OBRAZIŁEŚ NAS TYM, CO UCZYNIŁEŚ.

Myśl uderzyła go z niemalże wyczuwalną, fizyczną mocą, wywołując kłujący ból głowy. Jego nowe ciało aż zgięło się w cierpieniu, układając w nienaturalny łuk. Trwało to moment i odeszło, puściło.

Kolejną chwilę później zorientował się, że może się poruszać. Ciało miał dziwne, nieswoje, nowe i niesprawdzone. Było obrzydliwe, odrzucało go na każdy możliwy sposób, a jednocześnie kochał je… jak swoje.

Nie opuszczał go żal, nie mógł wytrzymać tego uczucia. Nie mógł przypomnieć sobie własnej historii i zweryfikować wspomnień. Nie wiedział, jak mógł wykorzystać tę ohydną, niewyjaśnioną magię do podobnych spraw.

Był śmieciem.

Za oknem było wciąż ciemno, z pewnością przez zimową porę, lecz dało się usłyszeć pierwsze odgłosy wstających w karczmie. Nadszedł nowy dzień.

Drytraku, gdybyś jeszcze się nie zorientował, masz ciężką depresję. Czekam na poprawki w KP dot. nowego wyglądu – przejąłeś wizerunek Askariusa. Powodzenia.

Sadrigalu, dokładniejszy opis nabytych przedmiotów znajdziesz w KP Askariusa. Podobnie jak w przypadku Twojego przyjaciela, od Ciebie także oczekuję poprawek.

[/oldsize][/color]
Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

19 maja 2015, 01:57

Chciałoby się rzec, że świat Drytraka posypał się nagle, byłoby to jednak kłamstwem i on wiedział to teraz najlepiej. Jego porażka rosła powoli, a on, przez te wszystkie lata, własnoręcznie ją karmił, czynami, które nie rodziły myśli oraz myślami, które nie rodziły czynów. Teraz nauczył się patrzeć, nauczył się widzieć, i dzięki tej zdolności mógł spojrzeć na swoją przeszłość, pełną sprzeczności i nonsensu, który ongiś wydawał mu się jedyną słuszną drogą. Ale był to obraz niepełny, wczoraj przestało dla niego istnieć, mógł tylko nakładać pozbawione kontekstu strzępki życia na ledwo widoczne ścieżki wydeptane przez znienawidzone myśli, a było to działaniem desperackim i pozbawionym wszelkiego sensu.

Leżąc na łóżku i wpatrując się w sufit widział gwiazdy, nocne niebo, a pośród całej tej przestrzeni podarowanej wszystkim żyjącym istotom usiłował znaleźć siebie. Jego dusza została rozbita niby lustro, a jej kawałki rozsypały się po całym świecie, nic tego nie naprawi.

Kiedy pierwszy raz odwiedziła go śmierć, był jeszcze człowiekiem, takim prawdziwym, młodzieńcem z marzeniami, ambicjami. Normalność została wyrwana mu z rąk, a zamiast niej pojawiła się ta rzecz, ten… hełm. To, co kiedyś było błogosławieństwem, teraz zamieniło się w przekleństwo. Nie mógł nawet zwalić na nikogo winy, był zupełnie sam, on był wszystkiemu winny. Patrzył, jak filary podtrzymujące jego życie powoli próchniały, cieszyło go to. Lubił obserwować ulatniające się rzeczy, życie obcego, własne życie, wszystko jedno.

Poruszył się, jakby sprawdzając, czy to wszystko jest prawdą, ciało protestowało, każdy jego zakamarek posyłał kaskady bólu wprost do jego umysłu, trawił go niewidzialny ogień, płomienie były zimne jak lód, a jednak go parzyły, musiał uciec, wyrwać się z tej klatki, nie mógł tego znieść, miał dość.

Czy nie pragnął tego losu? Sam do tego doprowadził. Wszedł po schodach, wydobył nóż i uderzył siebie w głowę, deski zaskrzypiały, gdy padł powalony własnym ciosem, cieszył się jak dziecko, był przekonany, że odnalazł szczęście.

Deski zaskrzypiały ponownie, gdy zwalił się żałośnie z łóżka, lądując twarzą do dołu. Nastąpiła kolejna eksplozja bólu tak potężnego, że nie mógł on go wyrazić w jakikolwiek sposób. Wypuścił ze świstem powietrze z płuc. Tarzał się po ziemi jak jakiś pies, nie taki los był mu pisany, czy o tym mówiły te dziwne głosy? Wiedział, że je zawiódł, dopuścił się zbrodni tak straszliwej, że sam nie mógł jej pojąć, przynajmniej tyle dla niego zrobili, zabrali zbrodnię z jego pamięci, a jednak wciąż trawiło go poczucie winy, niepotrzebnie ulżyli mu w cierpieniu, które i tak było gigantyczne. Nie zasługiwał na łaskę, nie zasługiwał na nic, nawet na śmierć.

Podparł się rękami i usiłował dźwignąć do góry, one jednak nie wytrzymały, ponownie wylądował na ziemi, nie mógł pokonać siły, która go przy niej trzymała, zupełnie jakby na jego barkach spoczywał cały świat, nie mógł wygrać z taką potęgą, był mały, był pozbawionym znaczenia pyłkiem, przygniatało go. Chciał zaczerpnąć tchu, ale nie był w stanie, ciężar na jego plecach zdawał się nieustannie rosnąć, miażdżył go powoli, a on mógł tylko czekać. Łaknął teraz powietrza jak niczego innego w świecie, zaczął wić się rozpaczliwie, gdy potrzeba stawała się coraz silniejsza. Raz po raz zamykał i otwierał usta, na nic mu się to zdawało, był rybą wyrzuconą na brzeg, niczym więcej. Dusił się, a cień powoli przesłaniał mu oczy.

W pewnym momencie przestał walczyć , poddał się, poniósł porażkę na całej linii, pragnął teraz tylko jednej rzeczy, tylko jedna myśl wciąż podtrzymywała tlący się w nim płomyk życia, życia, którego tak nienawidził.

Zabierz mnie.

Śmierć nie była mu straszna, traktował ją jak swego rodzaju towarzyszkę. Nieustannie widział ją gdzieś na horyzoncie, przez długi czas podróżowali równolegle do siebie, mogli tylko rodzić o sobie myśli i badać wzrokiem, Drytrak sądził, że nigdy się to nie zmieni, że tak miało być. Odpowiadało mu to, ale teraz wszystko się zmieniło. Chciał, żeby ich drogi w końcu się skrzyżowały, by mogli spojrzeć sobie prosto w oczy, by mógł poczuć jej zapach, dotknąć jej zimnej skóry, otulić się jej pięknym głosem. By dalej mogli podróżować razem. Dokąd? Tego nie wiedział chyba nikt, nikt poza nią. A on jej ufał, jak nikomu innemu. Nikogo innego nie miał, tylko ją. Nadszedł ten moment, czekał na niego całe życie, a raczej kilka żyć. Poczuł ulgę, ledwie dostrzegalny uśmiech pojawił się na jego zastygającej twarzy.

Czas się zatrzymał, chociażby tylko po to, by rzucić wojownikowi ochłapy nadziei. Nic się nie wydarzyło. A on mógł znowu oddychać. Jakby ktoś pstryknął palcami i cały ten ciężar nagle zniknął. Bawili się z nim, machali mięsem przed nosem, a potem je zabierali. Zaśmiałby się, gdyby tylko mógł. Zaczął przyswajać wielkie hausty powietrza , które teraz powodowało, że zaczął się krztusić.

Ich drogi się nie skrzyżują, nie będzie im dane się spotkać. Ścieżki rozchodziły się, oddalali się od siebie z każdym pokonanym krokiem, widział, jak staje się coraz mniejsza, jak jej sylwetka traci na wyrazistości, jak znika gdzieś za horyzontem, by nigdy nie powrócić. Nie potrafił docenić tych pięknych chwil, gdy te jeszcze trwały, żałował swojej głupoty, wszystko zniszczył. A teraz mógł jedynie powiedzieć:

Żegnaj.

I odwrócić wzrok, spojrzeć przed siebie, gdzie czekała go tylko pustka. Jak żałosnym trzeba było być, by brzydziła się tobą nawet śmierć. Trudno to sobie nawet wyobrazić, ale taka osoba istniała, czołgała się właśnie po drewnianej podłodze. Wszystko było tylko grą, uważał się za kogoś, kim nie jest. Ciężko jest bać się śmierci, gdy ci ona nie zagraża. Łatwo jest być odważnym, gdy wiesz, że nic ci się nie stanie. Kupił sobie odwagę, kupił sobie dumę, ale cena okazała się być zbyt wysoka. Teraz zrozumiał głosy, głosy swoich przodków, to ich zawiódł, było mu tak wstyd. A teraz bał się śmierci tak, jak małe dzieci boją się ciemności. Odebrano mu honor wojownika, był tchórzem, był przeciwieństwem tego, czym usiłował się stać. Wszystko robił dla klanu, ale tak naprawdę przyniósł mu wstyd. Jest zaprzeczeniem swoich przodków, czarną owcą, nikim. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie dostrzegał?

Ale nie zawsze tak było, przecież kiedyś był normalny, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ta rzecz zniszczyła sens jego istnienia, odebrała mu dosłownie wszystko, obdarła go z godności. Ona jest źródłem wszystkich jego problemów. Że też ze wszystkich ludzi na świecie musiała trafić akurat na niego. Było to przypadkiem, czy może to siły wyższe przewidziały jego upadek na długo przed jego narodzinami? Drytrak poczuł się jeszcze mniejszy. Dlaczego takie coś jak on w ogóle istnieje? Jaki to ma cel? Mógł być szczęśliwy, mógł wywalczyć sobie chwałę, napełnić serca bliskich dumą, ale ten pieprzony hełm musiał…

Wypełniła go wściekłość, w jego ciało wstąpiły nowe pokłady energii, serce zaczęło galopować, a twarz przybrała czerwonawy odcień. Podniósł się gwałtownie, czemu towarzyszyło warknięcie i szmery odzienia. Próbował powstać, ale ciało odmawiało mu posłuszeństwa, lewa zdawała się być prawą, a prawa lewą, był okupantem, ono nie należało do niego. Do kogo więc? Nie będąc w stanie utrzymać równowagi i normalnie się poruszać, upadł z hukiem na kolana. Może to co robił było głupie, ale zastanawianie się nad swoimi czynami było teraz ostatnią rzeczą, jaką miał zamiar robić. Zaczął sapać jak tur, chwycił za podstawę hełmu obiema rękami i - włożywszy w to całą moc - starał się go zdjąć. Musiał się od niego uwolnić, pozbyć się pasożyta, chwastu, to była jego jedyna nadzieja. Jeszcze nigdy nie był zmuszony do użycia siły takiej, jakiej używał teraz, jego całe ciało drżało, jakby nie mogło tego wytrzymać, to było za dużo, w każdej chwili coś mogło pęknąć, ale ani trochę go to nie obchodziło. Jęki przerodziły się we wrzaski, ale hełm nie poruszył się nawet o włos. Próbował, cały czas nacierał, ale powoli docierało do niego to, że jego wysiłki są bezcelowe. To na nic.

Jestem hełmem, a hełm mną.

I bez siebie nie mogliby żyć.

Ta bezsilność go dobiła, został złamany, wściekłość przerodziła się w istną histerię. Dłonie oderwały się od zimnej stali hełmu i z furią uderzyły o ziemię, w ślad za nimi poszła sama głowa, co jedynie pogłębiło sztorm, który w niej panował. Był prostym człowiekiem, a to go przerastało. Zaczął ronić łzy, których część zaczęła kapać na hełm, inne spływały mu po czole. Nie pamiętał kiedy ostatnio płakał, ale było to bardzo dawno temu, najprawdopodobniej wtedy, gdy poderżnął gardło dzikowi, to wtedy stał się mężczyzną, od tamtej pory nie mógł ronić łez. A teraz ryczał jak niemowlę.

Czym był? Nie miał najmniejszego pojęcia, przeróżne wspomnienia przelatywały mu przed oczami. A im więcej ich było, tym trudniej było połączyć je w całość, zdawały się nie mieć najmniejszego związku, był to jeden wielki chaos, którego nie sposób było ogarnąć klamrami umysłu. Zastanawiał się, czy wspomnienia te są w ogóle prawdziwe. Mógł być tylko narzędziem, przecież magia za tym wszystkim stała. Przerażająca myśl, odebrałoby mu jedyną rzecz, która się zachowała - świadomość tego, że kiedyś był człowiekiem. A czym jest człowiek, jeśli nie wspomnieniami, czy nie na ich podstawie myślimy, podejmujemy decyzje, patrzymy na przyszłość? Czy to nie one tworzą nasz charakter? A on? Zlepek żyć, emocji, historii. Karykatura człowieka, obraza bogów. Życie bez możliwości poukładania tego wszystkiego, segregacji poszczególnych wspomnień najprawdopodobniej byłoby koszmarem. Nawet nie życie, bardziej egzystencja, a może i wegetacja. Najgorsza możliwa wizja przyszłości, a nie było od niej ucieczki, Śmierć się go wyrzekła, zostawiła na środku zamarzniętego jeziora, gdy tak bardzo jej potrzebował.

Uwięziony w znienawidzonym, budzącym odrazę ciele toczył nieustanną walkę wewnętrzną i zewnętrzną. Jego nowy dom nieustannie przypominał mu, że odwzajemniał jego uczucia. Najgorsi wrogowie, a jednak na siebie skazani, ich losy zostały związane i nic nie mogło ich od siebie uwolnić. Wieczna męka w odrazie i pogardzie, byli tego świadomi, rozumieli to, ale instynkt nakazywał im walkę i tak też robili. Gdy kontrolę nad istotą ludzką przejmował instynkt, zacierały się granice między nim, a zwierzęciem.

Czerwona strużka pociekła mu z nosa, pokój zaczął wirować jeszcze szybciej, wszystko stało się rozmazane do tego stopnia, że nie mógł wyszczególnić absolutnie żadnego kształtu, sama podłoga była teraz jak wzburzone morze, kiwał się na boki w rozpaczliwych próbach utrzymania obecnej pozycji, co jakoś mu się udawało.

Czuł, jakby coś pożerało go od środka, kawałek po kawałku. Kwaśna i drażniąca ciecz napłynęła mu do gardła. Chwilę później wymiotował na podłogę, na której zawartość jego żołądka mieszała się ze łzami i krwią. Jedynym celem ciała było przysporzenie mu jak największej ilości cierpień, toteż odruch nie ustał nawet, gdy żołądek był już zupełnie pusty. Organizm nie dawał mu chwili wytchnienia, ani sekundy odpoczynku, nacierał uparcie i nieustannie, przeklęty wojownik nie mógł nawet zaczerpnąć tchu.

Trwało to jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu się uspokoiło, pozbawiło go to jednak dosłownie wszystkich sił, był doszczętnie wyczerpany, nie miał już nawet siły myśleć. Taki stan rzeczy niezmiernie by go radował, gdyby tylko był go świadomy. Przez tą krótką chwilę mógł odpocząć od terroru opanowującego jego umysł, od wspomnień i od głosów podsycających rozpacz. Legł półmartwy na ziemię i oczekiwał końca świata.

Awatar użytkownika
Lament
Posty: 8
Rejestracja: 17 maja 2015, 19:44
Lokalizacja postaci: Domostwo Inry
GG: 54026155
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3495#53133

20 maja 2015, 20:21

Podróżowała nocą, tuż przed świtem, pomimo tego, że było to lekkomyślne, ale samo lekkomyślne to eufemizm tego, w jaki sposób swoje postępowanie postrzegała. Mimo to szła przez noc i mamrotała pod nosem słowa ostatnio wymyślonej pieśni, aby się jej wyuczyć na pamięć. Dodawała sobie jeszcze rytmu i zagrzewała dłonie w rękawicach wydmuchiwanym z ust powietrzem. Jej decyzja odnośnie takiej formy podróży była motywowana tym, jak blisko była miasta. Spanie na zewnątrz to byłaby jeszcze większa głupota, a w ogóle to nie ufała podróżnikom o tej porze roku, chyba że chodzili pieszo i byli równie zdesperowani co ona.

Oto wracała po długiej podróży do domu. Nie pierwszy raz, lecz za każdym razem odżywały wspomnienia. Dopóki nie odwiedzała miejsc, które miały jakieś sentymentalne znaczenie, było całkiem nieźle. Pomagał też fakt, że część z nich już nie istniała. Karczma, do której zmierzała, była jej zupełnie neutralna, ale znała ją. Bezgłowa Dama była specyficzna i wyjątkowa, zresztą to samo zawsze pieśniarka uważała o samej nazwie.

Butami delikatnie stuknęła parę razy w kamienną ścianę, aby stały się choć odrobinę czystsze po całej podróży. Cały czas przy tym uważała na hultaja, jakim bywało śliskie podłoże. Warknęła na nie w myślach, a w świecie rzeczywistym wyglądało to tylko tak, jakby krzywo spojrzała się na ścieżkę, po której stąpała do tej pory.

Już od jakiegoś czasu panował świt, gdy dotarła na miejsce, wcześniej zdążyła poobserwować budzące się do życia miasto i wycedzić przez zęby:
– Głupi kundel – w stronę psa, który postanowił ją powitać poprzez obszczekanie.
Wkroczyła do środka wpuszczając za sobą zimne powietrze. Zamknęła powoli drzwi za sobą, a wzrokiem wodziła po pomieszczeniu.

Też mi coś – wymamrotała tak cicho, że pewnie nawet ci z najlepszym słuchem usłyszeli by tylko jakieś niezidentyfikowane pomruki. Był to oczywiście komentarz odnośnie wystroju wnętrza. Miała jednak większą potrzebę, niż niesłuszna ocena estetyczna miejsca, do którego przybyła. Musiała usiąść i się zagrzać, a nic od odrobiny alkoholu albo ciepłego posiłku nie rozgrzewa człowieka lepiej. Zajęła miejsce przy pustej ławie gdzieś w środku i dziękowała bogom, choć nie do końca szczerze, za to, że o tej porze mogła je łatwo znaleźć. Nie miała nic przeciwko towarzystwu, ale nie zamierzała się do nikogo dosiadać. To ona była tutaj gościem wartym uwagi. Pewnie nikt nie kojarzył jej ani jej pieśni, ale zawsze mogła poudawać bardziej dumną, niż jest w rzeczywistości.

Zdjęła torbę z ramienia i położyła ją tuż obok siebie. Swój instrument oparła wygodnie o siedzisko i zaklęła do niego po cichu:
– Co cię tak bawi? Chcesz zagrać? To sobie poczekasz – mówiąc to ostatnie, pokazała mandolinie dłonie, dała tym samym znać, że na razie były odrobinę zmarznięte, a to wystarczyło za dobry pretekst, by poleniuchować. Zamierzała udać się po trunek, ale zdała sobie sprawę, że nie powinna tak po prostu zostawić swojego dobytku, nieważne jak nikły by nie był.

Wstała i odsuwała się spokojnie do tyłu, ciągle obserwując swoje rzeczy. Prawie wpadła na stolik za sobą. Odwróciła się w stronę lady i ruszyła tam, ale jeszcze pary razy spojrzała w stronę ławy, przy której się rozsiadła. Nie przekonywało jej nawet to, że obecnie nie było w karczmie prawie nikogo. Pewnie korzystali z pokoi albo dopiero zamierzali przybyć.

– Grzaniec z wina – zamówiła dość ponuro. – Miło jest tu gościć – dodała błyskawicznie, po krótkiej chwili szybkich refleksji i uśmiechnęła się w stronę oberżystki wyraźnie wymuszenie, ale liczył się gest.

Do swojej własności wracała już zaraz i to pośpiesznie, dbając tylko o to, aby nie uronić ani kropli trunku. Rozsiadła się na powrót. Przez myśl przeszło jej, że powinna zjeść, zanim stanie się coś niespodziewanego, ale nie była na tyle głodna, by spożyć ciepły posiłek. Miała czas, aby zgłodnieć. Wolała teraz zastanawiać się nad sobą i innymi, jak to miała w zwyczaju, a przy okazji ogrzać ciało. Nic jej ostatnim czasy nie natchnęło do jakiejś skocznej pieśni, a potrzebowała czegoś nowego do repertuaru. I jeszcze ten kundel... tak, mogła w sumie napisać o tym. Masa i tak nie rozumie poezji.

Lament, czy jest genialniejsza piękność od ciebie? – zakpiła sobie w myślach.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

20 maja 2015, 22:24

MG:

Ledwie karczmarka zdążyła odryglować drzwi, już otworzyły się, wpuszczając do środka pierwszego gościa i zimny powiew. Zdziwiła się nieco; rzadko kiedy kogoś przynosiło do karczmy tak wcześnie. Ukłoniła się niejako odruchowo, witając gościa miłym słowem, a na jej ustach pojawił się wyglądający na szczery uśmiech, przynajmniej dopóki nie omiotła niskiej, korpulentnej kobiety, która weszła do środka, szybkim, oceniającym spojrzeniem. Uśmiech nieco wyblakł. Ta nie jest bogata, doszła do wniosku. Wiele tu nie zostawi.

Sala główna była zupełnie pusta, a jednak karczmarka widziała wyraźnie, że kobieta zastanowiła się pięć razy, zanim zostawiła swoją torbę podróżną samą i podeszła do kontuaru. Zamówiła wino grzane. Zmarszczki dookoła oczu karczmarki pogłębiły się nieznacznie; poza tym nie zmieniła ani wyrazu twarzy, ani postawy, ale dało się czuć w powietrzu dezaprobatę. Uczciwi ludzie pracowali o tej porze, a ta kobieta zamawiała wino, mimo że dzień dopiero się zaczął! Karczmarka podała cenę, po czym zainkasowała dwa szylingi. Widziała też, że kobieta z dość dużą niechęcią rozstawała się z nimi.

Dopiero kiedy kobieta już usiadła ze swoim winem, karczmarka zauważyła instrument, który przyniosła ze sobą nowo przybyła, i ożywiła się nieco. Była nieco zblazowana, jeśli chodzi o muzyków; miała okazję słyszeć wielu grajków, którzy krążyli po świecie, często zahaczając o jej karczmę, ale zawsze wtedy, kiedy widziała kogoś nowego, czuła pewną ekscytację. Obserwowała więc dyskretnie kobietę podczas przygotowywania karczmy na przyjęcie gości, zza szerokiej lady, zastanawiając się, jak też może brzmieć.

Sala główna była zupełnie pusta i dość cicha, a jednak karczma w jakiś sposób sprawiała silne wrażenie żywej; z wyższego piętra słychać było różne odgłosy, powodowane zapewne przez budzących się gości, od czasu do czasu dało się słyszeć coś, co mogło być tylko rozmową, a czasami do karczmarki docierały również stłumione odległością głosy jej dziewcząt, które sprzątały pokoje, opuszczone przez gości dnia poprzedniego.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

24 maja 2015, 11:39

Jak na siebie, bard obudził się stosunkowo wcześnie. Słońce niepewnie wyglądało znad dachów Derinu, malując zimowe, jeszcze przed chwilą szare chmury na niesamowite kolory. Było chłodno i rześko, a jeszcze senne rozmowy i inne karczemne odgłosy, stłumione przez ściany, przekonały Tonuryna, iż jest około dziewiątej godziny, jeśli nie później.

Zajął się sobą, opuścił pokój i udał się na dół. Po drodze spojrzał ciekawsko na drzwi kwatery Sadrigala, kontemplując różne scenariusze. Może Drytrak się dotąd nie obudził? A może jest teraz kimś całkowicie obcym? Może oszalał? Z magią nic nie wiadomo. Może oprócz tego, że z łatwością może zniszczyć komuś życie.
Zszedł na dół.

Rzeczywiście wyglądało na to, że jest po godzinie dziewiątej. Ludzi było, nawet zważając na porę dnia, niewielu. I tak powinno być. Większość obywateli już pracowała. A nawet już od pewnego czasu. Życie włóczykija miało swoje zalety. Uśmiechnął się na tę myśl.
Zrobił to akurat przy zamawianiu skromnego śniadania, jasno dając oberżystce do zrozumienia, że nie zamierza się o nic targować o tak nierozsądnej godzinie.

Chwilę potem już jadł, usadowiwszy się wygodnie, i czekał. Wokół niego karczma budziła się do życia. Drzwi otwierały się coraz częściej, przynosząc ze sobą gości i tchnienie zimna.
Ogółem, był to całkiem przyjemny poranek. Przynajmniej na taki wyglądał, i Tonuryn miał nadzieję, że nie zepsują go żadne szczególnie wstrząsające wieści.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

24 maja 2015, 18:43

Sen zdawał się trwać zaledwie chwilę; Sadrigal został gwałtownie zeń wyrwany, kiedy Drytrak zwalił się, głową do dołu, z łóżka na podłodze. Mało przytomnie, niejako mimochodem zarejestrował pierwsze, blade promienie słoneczne, wpadające przez szczeliny w okiennicach, kiedy Drytrak, który po pierwszej eksplozji ruchu nie miał zamiaru już przerwać, tarzał się w konwulsjach po podłodze, jak w strasznym bólu, jakby nie mógł opanować cierpienia. Sadrigal, zielonego pojęcia nie mając, co zrobić, próbował głupio utrzymać Drytraka w miejscu - bezskutecznie, Drytrak nie zdawał się nawet zauważać tych prób. Jego siła była niesamowita. Po chwili uspokoił się sam z siebie; legł na ziemi, drżąc. W oczach, które Sadrigal ledwie widział w półmroku pokoju, malowało się wiele rzeczy, wyraźnie jak na dłoni, a żadna z nich nie była pozytywna. Drytrak wyglądał niemalże jak zwierzę, zapędzone w kozi róg, które zaniedługo ma umrzeć pod ciosem myśliwego; ale takie zwierzę nie poddaje się do końca, desperacko walcząc o życie, a Sadrigal mógłby przysiąc w tym momencie, że w oczach Drytraka widzi również rezygnację. Coś, co zupełnie nie pasowało mu do tego, co reprezentował sobą wojownik.

Po chwili wyraz rezygnacji zniknął, zastąpiony pewnym dziwnym, sprawiającym wrażenie zabarwionego rozpaczą gniewem; Sadrigal stał z boku, nie wiedząc zupełnie, co w tej sytuacji zrobić. Chwilowo postanowił skupić się tylko na obserwowaniu, jako że Drytrak i tak nie zdawał się zauważać jego obecności i nie widział jeszcze sposobu, w jaki mógł mu pomóc. Patrzył, kiedy Drytrak wstał chwiejnie i chwilę stał, kołysząc się jak pijany; po chwili stracił równowagę i runął ponownie na podłogę, na kolana. W tej pozycji wykorzystał swoją nieludzką siłę, żeby podjąć próbę zerwania hełmu z głowy, jakby przysparzał mu on wielkiego cierpienia; nie mógł jednak podołać zadaniu, i kiedy najwidoczniej to zrozumiał, w oczywistym wyrazie bezsilności i frustracji uderzył drżącymi dłońmi o podłogę, po chwili uderzając w nią również głową. Po chwili Sadrigal zobaczył... płacz, łzy - coś, czego nigdy absolutnie nie spodziewał się zobaczyć na twarzy wojownika. Nie mógł uwierzyć; tak bardzo nie pasowało mu to do tego Drytraka, który bez strachu rzucał się na dwukrotnie większego od niego potwora, że zaczął podejrzewać, że kontrolę nad ciałem ma w tej chwili w dalszym ciągu to, co pozostało w nim po Askariusie. Prawie wszystko to, co zobaczył do tej pory, zdawało się potwierdzać ten pomysł.

To nie był koniec konwulsji i szaleńczych akcji, wykonywanych przez kierowane czymś, czego Sadrigal nie rozumiał, ciało Drytraka. Zwymiotował, wylewając z siebie rzekę przetrawionego pokarmu na podłogę pokoju, i legł w bezruchu, dysząc, najwidoczniej całkowicie wyczerpany. Oczy miał puste. Sadrigal obserwował ten obraz nędzy i rozpaczy i zastanawiał się, jakie kroki mógł w ogóle podjąć w takiej sprawie. Odciął nożem spory kawałek płótna z płachty, jaką miał w ekwipunku, i otarł nim twarz, pierś i zabrudzony hełm Drytraka, po czym, po doprowadzeniu go do niejakiej czystości, podjął wyczerpującą próbę położenia go z powrotem na łóżku. Postanowił czekać na to, aż Drytrak się odezwie - musiał zdeterminować, kto właściwie w tej chwili znajduje się za tymi oczami, żeby podjąć jakąkolwiek próbę komunikacji. Prawdopodobnie pod tym hełmem toczyła się swego rodzaju walka i konflikt, o naturze której nie miał i nie mógł mieć zielonego pojęcia, nie mógł więc zainterweniować, żeby nie pogorszyć sytuacji.

Usprawiedliwiwszy w ten sposób przed sobą swoje tchórzostwo i bezczynność, Sadrigal prowizorycznie wytarł podłogę kawałem płótna, po czym uchylił okiennicę, wywalił kawał przez okno, nawet nie patrząc na to, czy ktoś tamtędy szedł, i przymknął okiennicę, pozostawiając na tyle duży otwór, żeby wywietrzyć pomieszczenie z tego smrodu. Powrócił na swoje siedzenie i czekał ponuro, aż Drytrak się odezwie, a po głowie krążyły mu czarne, pesymistyczne myśli. Czuł, że coś jest nie tak.

Awatar użytkownika
Lament
Posty: 8
Rejestracja: 17 maja 2015, 19:44
Lokalizacja postaci: Domostwo Inry
GG: 54026155
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3495#53133

25 maja 2015, 16:46

Ze swojego punktu widzenia była w złej sytuacji. Znowu tu wróciła i znowu miała dylemat. Miało go tym razem nie być. Zdjęła z głowy kaptur, a jej pogrążone w chaosie włosy rozpierzchły się we wszystkie strony. Westchnęła i położyła go na stole. Spoglądając na materiał nie widziała jego, tylko możliwy scenariusz swych poszukiwań. Może wszyscy nie żyli? A może byli pogrążeni w zupełnej biedzie? A może odwrotnie, ojciec dorobił się fortuny? Tym bardziej nie chciałaby go spotkać. A co ze Szkrabem, czy też wciąż trzymała się życia? Lament martwiła się o nią co jakiś czas, ale przecież w tej chwili była dorosłą kobietą, więc pewnie zdążyła ułożyć sobie życie.

Zaczęło się pojawiać coraz więcej gości. Część przybywała z zewnątrz, a część spędzała w karczmie noc. Pomimo swoich przemyśleń, Lament dostrzegała te zmiany. Z racji, że jej nastrój stawał się melancholijny, nawet po wlaniu w siebie odrobiny alkoholu, uznała, że musi wykorzystać energię z trunku, aby rozruszać siebie i towarzystwo. Nie dosłownie rozruszać, raczej sprawić, aby ich serca zabiły pozytywnymi myślami, a w duszach pojawiła się energia do życia. Po długiej podróży, przed dniem pracy albo po cięższej nocy, ludzie bywali zawsze zmęczeni gdzieś w głębi siebie. Nie zamierzała ich dobić. Na myśl przyszło jej już sporo słów do pieśni o tym jak to kocha miejskie burki (a tak naprawdę ich nienawidzi), psiny w końcu są najlepszymi przyjaciółmi ludzi, więc postanowiła, że zagra melodię, która posłuży jej jeszcze jako podkład do słów. Najpierw jednak postanowiła zagrać coś innego ze swojego repertuaru, lżejszego, odrobinę wolniejszego, mniej inwazyjnego dla słuchu, ale zdecydowanie wesołego, aby uczynić poranek pozytywnym.

Rozsiadła się wygodnie. Przeciągnęła. Zdjęła rękawice i połączyła z kapturem w jedną materiałową papkę, po czym wrzuciła obydwie rzeczy do torby. Przebiegła wzrokiem po karczmie raz jeszcze w poszukiwaniu jakichś interesujących twarzy. Żaden mężczyzna nie wydał się jej wybitnie atrakcyjny, ale i tak odgarnęła włosy (kokietując chyba powietrze), by dodać sobie wewnętrznej pewności siebie, choć właściwie od dawna tego nie potrzebowała, po prostu czyniła takie rytualne dziwy.
Mam nadzieję, że ta śmieszka Ylmina doceni moja starania – skomentowała swoje zachowanie w myślach i faktycznie niby to cel był szczytny, pobudzić ludzi do życia, aby cykl trwał, choć nie oszukujmy się, czekała bardziej na brzdęk monet.

Lament chwyciła swój instrument pewnie choć delikatnie. Skupiła na chwilę myśli, aby uciec od mrocznych scenariuszy dotyczących jej własnej rodziny i pogrążyć się w melodii. Ta rozbrzmiała za chwilę, najpierw mocniej niż powinna, aby zwrócić uwagę, a potem opadła odrobinę do swojej naturalnej głośności.

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

28 maja 2015, 00:55

Piętnowali go wzrokiem, przepalali jego duszę i ciało na wylot. Ich spojrzenia były jak setki obrzydliwych pijawek pełzających po jego skórze. I nieważne jak mocno by się nie drapał, jak bardzo by próbował, nie uda mu się od nich uciec. Był gotów na gnicie, ale w samotności, w cieniu, z dala od kogokolwiek, a szczególnie tych, których zawiódł. Tymczasem nie mógł liczyć choćby na chwilę wytchnienia, a tylko to mogło przynieść mu teraz ukojenie. Ale jak miał wpłynąć na swój los w obliczu takich sił, podporządkowanie wydawało się być jedyną rozsądną opcją.

Jego myśli nie były dalekie od poddania się im, rzucenia duszy psom na pożarcie, być może uratowało go tylko to, że nie do końca władał swym wciąż okrutnie okaleczonym umysłem, przez co każdy zrodzony przez Drytraka zamiar zbaczał z przeznaczonej mu ścieżki i kończył gdzieś zupełnie indziej. Odbierało mu to wszelką władzę nad jego przyszłością, której nie mógł teraz przewidzieć absolutnie nikt, nawet Oni. Jego istnienie zdawało się być jedną wielką niewiadomą i nie chodziło tu tylko o drytracze losy. Przeszłość, przyszłość, nawet teraźniejszość są dla każdej istoty kluczowymi kwestiami, wydaje się to tak naturalne, jak chociażby oddychanie, ale w tym przypadku korzenie problemu sięgały znacznie głębiej. Nawet egzystencja tego nieszczęśnika była czymś wątpliwym, a odpowiedzi, choć tliły się gdzieś w oddali, to cały czas pozostawały poza zasięgiem jego śmiertelnego umysłu, którego natury przecież wcale nie jest tak łatwo zmienić, ale o tym nie mógł nawet pomarzyć.

Czy kiedyś był rozsądny? Być może, ale z myślą o zatraconej historii powoli się oswajał, choć użycie tego słowa było grubą przesadą, raczej godził się, godził z porażką, ale tylko w niewielkim ułamku, który był, niestety, szczytem jego możliwości. Pozostawiona przez nią szczelina rozrywała go stopniowo i powoli, jakby cieszyła się jego męką. Ziejące z niej wiatry pustki smagały pozostałości jego duszy i porywały z sobą kolejne jej cząstki. Rozpadał się, a co gorsza, cieszyło go to.

Powoli wracał do rzeczywistości, nie chciał, ale musiał, działo się to mimowolnie. Wszystko nadal przypominało sen, ściany i przedmioty zalewały go jaskrawymi, wirującymi barwami, a wpadające do pomieszczenia światło zdawało się falować. Była tam też postać, która z każdą sekundą zyskiwała na wyrazistości i realności, nie było w niej nic, co mogłoby go niepokoić, musiał ją znać, wiedza ta cały czas była w nim obecna, gdzieś w odmętach podświadomości. A gdy przyjrzał się twarzy, wspomnienia zaczęły powoli wracać, niekompletne i w skromnej ilości, ale zawsze było to coś, na czym mógł się oprzeć. Sadrigal był teraz jedyną kotwicą trzymającą go na tym świecie.

Jak w ogóle do tego doszło, co doprowadziło go takiego stanu? Wszystkie jego umysłowe wysiłki zmierzały w tym kierunku, coś podpowiadało mu, że ostatnie godziny jego życia, czy też nieżycia, mogły okazać się kluczem do całej reszty jego wspomnień, szanse były nikłe, ale były.

I choć nie miał ochoty na ciągnięcie tych męczarni, borykania się z niemożliwymi do rozwiązania problemami, to pragnienie uwolnienia się od wścibskich spojrzeń okazało się silniejsze. Tylko pamięć o krwi i o Przodkach ostała się w jego głowie, o tych samych, którym służył, podziwiał, a w końcu i przyniósł im wstyd. Wszelkie wartości straciły dla niego znaczenie, odrzucił dumę i honor, które nakazywały mu znosić cierpienie i palić się w ich wzroku w ramach kary. Po co miałby się nimi przejmować, przejmować czymkolwiek, nigdzie go to nie doprowadziło, zmyślone wartości kierowały jego zmyślonym życiem. Teraz chciał tylko uciec, zapomnieć o wszystkim co go z nimi łączyło i zmazać z siebie ich piętno.

Tylko jak? Czy zwykła istota mogła w ogóle uciec od bogów, uwolnić się od ich wpływów? Wydawało się to niemożliwe, ale mógł chociaż ich zmylić, kupić sobie trochę czasu, przemyśleć to wszystko, może odpowiedzi dotrą do niego z czasem.

Cały czas podążali jego śladami, przybywali z przeszłości, a więc musiał spalić za sobą mosty, pozbyć się wszystkiego, co go z nią łączyło. To mogło go zniszczyć, ale co miał do stracenia, właściwie to na to liczył.

- Sadrigal? - jego głos był bardzo cichy i chrapliwy, jakby całkiem zdarł sobie gardło, dało się też w nim poznać skrajne wyczerpanie, stan Drytraka nie był zbyt dobry. Rozejrzał się po pokoju, nigdzie nie widział starego siebie, już się nim zajęli, a on musiał działać szybko. - Co ze mną zrobiliście? Znaczy… - zawahał się, musiał oduczyć się mówienia w ten sposób, to już nie był on. - Gdzie jest moje ciało, to stare, potrzebuję go. Mów, no mów. Nie mam czasu! - poderwał się z łóżka, choć ta prosta czynność sprawiła mu zdecydowanie więcej problemów, niż powinna. Kręciło mu się w głowie, ale był zdeterminowany, chciał umierać w spokoju, ale najpierw należało odciąć się od tego, co było.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

28 maja 2015, 12:23

Drytrak odezwał się wreszcie, opanowawszy cokolwiek go dręczyło przynajmniej na moment. Kiedy Sadrigal jednak usłyszał, co Drytrak właściwie do niego mówi... poczucie tego, że coś jest nie tak, że coś się nie udało, zostało wzmocnione w dwójnasób. Nie wiedział jeszcze, czemu, przecież w końcu Drytrak mógł zwyczajnie potrzebować czegoś, co miał wcześniej przy sobie - a wszystko to było tutaj.

- Pozbyliśmy się twojego starego ciała. Wszystko to, co miałeś przy sobie, leży tu - Sadrigal wskazał zawiniątko, leżące w kącie. - Jak się czujesz? - spytał, choć przecież widział; liczył na to, że Drytrak jednak nieco rozjaśni wątpliwości, które go w tym momencie dręczyły, zamiast je jeszcze bardziej poglębić.

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

28 maja 2015, 19:57

Drytrakowi nieco podskoczył poziom zdenerwowania, nie miał teraz cierpliwości na cokolwiek, a szczególnie na słowne przepychanki. Czuł, że ma oddech na karku, a czas uciekał. I choć jego lęki były całkowicie irracjonalne, to dla niego były równie prawdziwe jak to pomieszczenie, czy nawet on sam.

- Gdzie, gdzie, GDZIE. Czego, kurwa, nie rozumiesz. Gdzie jest to ciało teraz? - podszedł z warknięciem do sterty swoich rzeczy, czuł, jakby cały świat się od niego odwrócił, ale nie robiło to na nim zbyt dużego wrażenia, gorzej być już nie mogło, jeśli zawiodły fundamenty, to reszta też musiała się posypać. Spojrzał na ekwipunek, te rzeczy były jego przeszłością, świadectwem tego, że istniał. Kolczuga była strasznie poharatana, wiele musiała mieć za sobą, Drytrak żałował, że nie pamiętał ich wspólnej historii, a wyglądało na to, że była długa. Przynajmniej ona była mu wierna, była jedną z niewielu rzeczy, która mu została. Może i była martwym przedmiotem, ale czy Drytrak również nim nie był? Przedmioty mogą mieć dusze, tak jak wszystko inne, zwierzęta też nie potrafiły mówić i czy komuś to przeszkadzało? A jeśli ona była przyjaciółką, to leżący obok kawał stali musiał być jego bratem. Miecz może i miał swoje czasy świetności dawno za sobą, ale jego przecież też to dotyczyło. Ileż żyć musieli odebrać. Umysł był zawodny, ale krew pamiętała, to w niej znajdowała się istota człowieka, widać było, ile jej spłynęło po tym ostrzu, był nią nasycony. Od dawien dawna wykorzystywano ją do zawierania sojuszy, tych mniejszych, między ludźmi, ale także tych większych, jak to było w jego przypadku. Widział ten moment w snach, a to, czy należały one do starego czy nowego jego nie miało teraz znaczenia. Lejącą się ze zwierzęcia juchą podpisał nieobowiązujący już pakt, i to właśnie za jego zerwanie był teraz ścigany. Życie za życie, odyniec padł, by mógł narodzić się Drytrak, teraz umarł i on, ale cykl został przerwany, krąg zamknięty, uwięziona w hełmie dusza nie mogła wrócić do obiegu.

Niestety, nie miał teraz czasu na wspominki, chwycił tylko swój pas z mieczem i nożem, a następnie podbiegł do drzwi. Były zaryglowane, więc zabrał się za usuwanie zabezpieczeń. Musiał odszukać swoje ciało.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52247
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.