Karczma Pod Bezgłową Damą

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Karczma Pod Bezgłową Damą

22 lis 2011, 23:17

Karczma Pod Bezgłową Damą

Obrazek
Obrazek
Bezgłowa Dama jest karczmą niemałą i bynajmniej nie sztampową. Jej podłoga jest pokryta płytkami, które wyczyszczone pięknie lśnią, a ściany zaś wzniesiono z tajemniczego kamienia o miłej strukturze podobnej do marmuru. Tak więc łatwo sobie wyobrazić, że wnętrze sporego młotka mogło wyglądać bardziej jak środek świątyni, niż gospoda. Mimo to pojawiały się tutaj elementy całkiem normalne dla karczmy, to jest długie stoły z ławami, może dwa czy trzy mniejsze stoliki, które zazwyczaj stały puste, ponieważ w Derin nikt nie lubił samotnie się bawić oraz kontuar, a za nim karczmarka, którą bogowie obdarzyli krągłymi kształtami i całkiem uroczą twarzyczką o pełnych ustach i dużych oczach.
W Bezgłowej Damie liczyły się trzy rzeczy: odpoczynek, zabawa i tańce. Derińczycy nie należeli raczej do ludzi, którzy by się upijali w co drugą noc, dlatego też w Młotku panował zazwyczaj spokój i śmiech. Bo czy było wspomniane, że mieszkańcy właśnie tego miasta są sławni nie tylko za swoje zdolności, ale i za niesamowite poczucie humoru i przyjazne nastawienie?
Drzwi parę metrów po prawej od lady prowadził do ciemnego korytarza, który łączył kilkanaście wolnych pokoi do wynajęcia. Były one schludne, od jednoosobowych do czteroosobowych, od skromnie urządzonych, do tych stworzonych z przepychem.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

30 lis 2015, 11:42

MG:

Poranek mijał leniwie, przy krótkim potrzaskiwaniu drzwi, prowadzących na dziedziniec przed karczmą, gdy niektórzy z co żywszych gości opuszczali progi owego przybytku, czy to w interesach, czy za szerzej rozumianą potrzebą, oddając się swym zwykłym, codziennym zajęciom. Dwie, nieco jeszcze zaspane po pracowitej nocy dziewki roznosiły zza kontuaru parujące talerze jadła i napitku, obdzielając nimi tych, którzy jeszcze tego ranka mogli pozwolić sobie na podobny luksus. Przyjemna cisza i spokój towarzyszyły więc posiłkom, nie drażniąc co wrażliwszych uszu nazbyt hałaśliwą muzyką, czy awanturami, choćby i Sadrigalowi, zajętemu lekturą nifreowego listu. Nikt mu nie przeszkadzał, nikt nie nagabywał. Jeno raz, jedna z dziewczyn w przelocie spytała czy aby "jaśniepan nie życzy sobie jadła, bądź napitku?" i niezależnie od jego odpowiedzi, po chwili zniknęła na zapleczu. Nic nie zdawało się zapowiadać jakiejkolwiek zmiany, czy większych ekscesów tego dnia, jak gdyby cały świat zwolnił na chwilę i rozprężył się nieco, gubiąc zwykły sobie rytm. Była to prawie idealna chwila, by przemyśleć swe następne kroki i poczynania. Prawie, bo nagle z zewnątrz dobiegł cichy tętent, a po chwili parskanie trójki koni, któremu po chwili towarzyszył stukot podbitych stalą butów uderzających o miejski bruk, gdy grupka jeźdźców jak na komendę wysunęła się z siodeł.

Nim jednak komukolwiek przyszło dłużej dziwować się o co cały raban, drzwi odskoczyły lekko do środka, tuż przed tym jak do środka wsunął się dosyć rosły brodacz, bardziej pasujący do kupieckiego traktu i mrocznej głuszy, niźli podobnie cywilizowanego miejsca. Omiótłszy zaskakująco bystrym spojrzeniem całą salę, szybkim, żołnierskim krokiem podszedł do kontuaru i raczej nie przejmując się wybitnie otoczeniem zamienił parę słów z karczmarką, ni to w ostrym, ni spokojnym tonie, raczej nie licząc się z możliwością, iż ta może odmówić mu informacji. Przez chwilę gestykulował spokojnie, by nagle uderzyć nieco mocniej otwartą dłonią o blat, jakby chciał urwać jakiś temat, milknąc na dłuższą chwilę, by zapatrzyć się natarczywie na wcale nie taką drobną kobiecinę, która ze stoickim spokojem pucowała szmatką gliniane kufle. Ta w końcu westchnęła cicho i po prostu wskazała mu Sadrigala, mrucząc coś tylko pod nosem, gdy na ladzie wylądowało parę drobnych, brązowych monet.

-Wyście to Pan Sadrigal z rodu Vertana?-kosmaty brodacz stanął przed nim, zapierając dłoń przy swym pasie, na tyle jednak daleko od miecza by nie można tego było potraktować jako akt agresji, wobec kogokolwiek. Zresztą stojący przed nim mąż nie wydawał się byle podrostkiem i wszczynanie burdy z nim nie dowiedziawszy się nawet czego chce nie zdawało się najlepszym pomysłem.-Mam dla was posłanie, od pana Morkwira Jawrema. Jesteście zaproszeni na łowy, które mają odbyć się za dwa dni. Jeśli nie macie nic przeciwko, mamy was odeskortować do jego włości, gdzie czeka już was odpowiednia gościna.- woj zamilkł, wpatrując się weń wyczekująco. Na ile sam Sadrigal się orientował, pan Morkwir był seniorem szlachcica, dla którego przyszło mu niedawno wraz z grupką swych tymczasowych towarzyszy pozbyć się grupy bandytów i teraz, czy to za jego wstawiennictwem, czy z innych przypadków miał okazję wziąć udział w organizowanych przezeń łowach. Całą sytuacja trąciła mu oczywiście czymś więcej, na tyle jednak jeszcze nieokreślonym, iż sam nie był pewien czy to nie tylko namiastka paranoi, szepcze coś w jego myślach.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

30 lis 2015, 14:27

Wejście bojowo wyglądającego mężczyzny do karczmy nie uszło uwagi Sadrigala; pogrążony w myślach po zakończeniu lektury z przyjemnością przywitał coś, co mogło odwieść go od coraz to bardziej ponurych myśli, rozproszenie, którego niemalże pusta karczma nie była w stanie zaoferować. Obserwował jego pewny krok, zanotował specyficzny ruch stopy przy chodzie, kołysanie się, świadczące o tym, że mężczyzna przywykły był do marszu, i to, że nosił się tak, jakby przyzwyczajony był do noszenia pancerza - ukryć tego nowo przybyły nie mógł przed Sadrigalem, nie wyglądało jednak i na to, aby w jakikolwiek sposób próbował. Żołnierz, nie szlachcic. Nie strażnik, może najemnik, ale chyba jednak nie. W umyśle Sadrigala narodziły się pierwsze, mgliste podejrzenia odnośnie tego, czegóż to taka żołnierska persona mogłaby tutaj szukać - i zostały one niemalże natychmiast uzasadnione, kiedy karczmarka sprzedała informację o jego lokalizacji za kilka nędznych miedziaków, pokazując ruchem ręki stół, przy którym siedział. Kiedy brodaty woj podszedł do jego stolika, Sadrigal powstał po usłyszeniu pierwszych słów, stanął pewnie na nogach, skinął głową i odrzekł:

- Zgadza się. Macie tedy nade mną przewagę.

Oczekiwał tego, żeby woj mu się przedstawił, jak nakazywały zasady kurtuazji i grzeczności. Po wymianie uprzejmości mężczyzna ciągnął dalej, przekazując posłanie i zaproszenie od pana Morkwira Jawrema - czyli dużej ryby, przynajmniej w derińskim jeziorze. Na coś takiego właśnie liczył - na okazję do zawarcie znajomości, do zrobienia dobrego, zaskakującego wrażenia. Oczywiście, był w tym definitywnie jakiś podtekst - zawsze był - i raptowność zaproszenia sugerowała, że imć Morkwir czegoś potrzebuje. Mogli być to nowi sojusznicy bądź poplecznicy w obliczu coraz wyraźniejszych nadchodzących zmian - choć Sadrigal nie łudził się, wiedząc, że zbyt małą póki co był płotką, aby widzieć się jako możliwego sojusznika szlachcica tak możnego i wpływowego. Mógł to być kompetentny współpracownik, mógł to być kompan, mogła to być rozrywka. Mogło to być również cokolwiek innego - możliwości było multum, a jedynym wnioskiem, z tego płynącym, było to, że Sadrigal będzie musiał zwyczajnie pilnie obserwować w poszukiwaniu przesłanek, czegoś, co powie mu, czego się od niego oczekuje - i które to oczekiwania będzie mógł bezzwłocznie przebić, zaskakując. Tęsknił nieco do zawiłych machinacji i splątanych niczym węzeł knowań, towarzyszących każdemu niemalże dworowi, i cieszył się na okazję ponownego do nich dołączenia.

Dlatego też i zadowolenie na jego twarzy nie było udawane, kiedy odpowiadał posłańcowi - który, oczywiście, mógł także być zaufanym sługą imć Jawrema i którego wobec tego rozważniej było traktować z szacunkiem. Przekaz był dwojaki, zarówno werbalny, jak i mimiczny, i miał na celu przekazanie posłańcowi, zaufanemu słudze bądź też komukolwiek innemu, kim też brodacz mógł się okazać, cichego, dystyngowanego zadowolenia i satysfakcji, a z nich płynącego i przemożnego szacunku dla zapraszającego. Którego to Sadrigal jeszcze nie żywił i nie przypuszczał, że żywić zacznie, ale wrażenia były kluczem, otwierającym niejedne ważne drzwi - i nawet, jeśli posłaniec miał się nie okazać kimkolwiek w jakikolwiek sposób ważnym, strata była przecież żadna.

Ukłonił się lekko, słysząc wzmiankę imienia Jawrema, starając się dać znać, że kłania się nie posłańcowi, tylko jest to znak szacunku dla instytucji, go tu przysyłającej, i, z lekkim uśmiechem utrzymującym się na wargach, odpowiedział - słowami prostymi, jako że nie podejrzewał, żeby woj doceniał szczególnie dworność i kwiecistość wypowiedzi.

- Jestem zaszczycony. Przyjmuję zaproszenie, i z przyjemnością udam się z wami.

Drobne czynności przygotowawcze nie zajęły długo - przygotowanie konia do drogi, szybkie, dyskretne sprawdzenie poza zasięgiem badawczego, bystrego spojrzenia żołnierza - jopula, płaszcz, nogawice - wszystko wydawało się być w stanie odpowiednim na wizytę na szanowanym w tych kręgach dworze. Juki końskie wraz z bagażem pozostały w pokoju, choć Sadrigal nie omieszkał zabrać pakunku z wypchaną głową stwora, swoim trofeum - jeżeli uzna za stosowne, być może nawet ofiaruje go panu Jawremowi w prezencie. Po kilku minutach był już gotów do drogi - i wraz z posłańcem w nią się udał, z niecierpliwością i tłumionym ożywieniem oczekując na to, co spotkanie przyniesie.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

11 gru 2015, 19:47

MG

Słysząc odpowiedź siedzącego przed sobą mężczyzny, żołdak skłonił się dosyć nisko, tak jak wymagała tego różnica dzielących ich stanów i maniery, nie zawsze, ale jednak czasem obecne w odpowiedniej dozie pośród plebsu. Nie było w tym jednak zbyt wiele służalczej uniżoności, czy nadmiernego afektu, wobec samego Sadrigala. Ot zwykły, nic w gruncie rzeczy nie znaczący gest, jakiego uczyło się od najmłodszych lat.

-Dawimir, panie. Służę jako jeden z zbrojnych, w oddziale pana Jawrema. -po tych słowach nastąpiła oczywiście wymiana zwyczajowych grzeczności i innych, podobnych im frazesów, z którymi posłaniec potrafił poradzić sobie w miarę znośnie, najwidoczniej będąc przeszkolony odpowiednio do swej roli by nie zhańbić możnowładcy, któremu służył. Na ile sam Sadrigal dosyć mgliście orientował się w lokalnej polityce, pan Morkwir był jednym z bogatszych rycerzy, należących do może nie wybitnego, ale jednak dosyć już starego i poważanego rodu. Sądząc z plotek w ostatnich latach znacznie wzmocnił pozycję swej rodziny, szczególnie w porównaniu do "osiągnięć" swego ojca-nieudacznika, a jego włości choć może nie najokazalsze w Derin, zdawały się całkiem nieźle prosperować. Pośrednim tego efektem były na razie jeszcze nieskuteczne starania głowy rodu o tytuł i dziedzinę barona. Niewiele więcej jednak niż plotki kołatało się w głowie młodego szlachcica dając mu raczej mglisty, o ile jakikolwiek obraz tego, czego mogłaby chcieć od niego podobna persona. Ostatecznie, wciąż był nie więcej niźli nawet nie płotką w tutejszym morzu, a jakkolwiek wielkimi nie zdawały mu się własne czyny, wątpliwym było, aby dane im się było obić o uszy więcej, niźli paru szlachetków zaprzyjaźnionych z jego niedawnym zleceniodawcą. Tak czy inaczej jednak stało się coś, dzięki czemu został zauważony i teraz rodziła się przed nim szczególna szansa, której nie chciał zmarnować.

Oczywiście gest Sadrigala nie przeszedł niezauważony, jednak nic ponad błyskiem zrozumienia w oku sługi i delikatnym drgnieniem jego ust nie zdawało się zdradzać, by miał nieść ze sobą jakiekolwiek większe konsekwencje w najbliższej przyszłości o ile kiedykolwiek. Tak czy inaczej z pewnością nie mógł mu zaszkodzić w tej chwili. Tymczasem jednak brodaty żołdak skłonił się lekko przyjmując w spokoju jego słowa, jak gdyby przywykł już do podobnych deklaracji i od początku rozmowy nie specjalnie rozpatrywał jakąkolwiek odmowę.

-Będę czekał więc na was przed zajazdem, panie.-powiedziawszy to podkręcił lekko wąsa i miarowym krokiem wyszedł na zewnątrz pokrzykując na swych podkomendnych, którzy najwyraźniej starym, dobrym zwyczajem znanym wszelkim trepom urządzili sobie przerwę pod nieobecność przełożonego, zajmując się bogowie raczyć wiedzieć czym (a najpewniej próbując obłapiać dziewki służebne, chodzące po wodę do pobliskiej studni). W ten też czy inny sposób po chwili dołączył do nich sam Sadrigal, czyniąc ostatnie przygotowania do drogi, pod rozleniwionym spojrzeniem morkwirowych ludzi. Wszyscy co do jednego wyglądali prawie jak rodzeni bracia; równie rośli, kosmaci i oszczędni w wyrazie, niczym stara franca, co daje znać o sobie późną nocą. Nie przymierzając też niewiele od niej piękniejsi... Mimo to jednak zdawali się ludźmi zaprawionymi w wojennym rzemiośle, dla których nie pierwszyzną było sięgać po miecz i potykać się czy to w lesie, czy na trakcie. Jedni z tych, którym pewnikiem w środku nocy bliżej było do sztyletu, niźli wychodka. Nie spieszyło się im chyba też specjalnie, a sądząc po wymienianych od czasu do czasu spojrzeniach mimowolnie oceniali między sobą panicza, jakim jawił się im sam Sadrigal, co jakiś czas tylko zerkając w stronę zakrytego na razie przed ich spojrzeniami łba maszkary, jaką dane mu było niedawno ubić. Gdy tylko jednak Dawimir doszedł do wniosku, że sam zainteresowany jest gotów do drogi padła krótka komenda na koń, nim ze stukiem końskich kopyt ruszyli przez coraz tłoczniejsze uliczki miasta w stronę jednej z jego bram.

Nim przekroczyli miejskie rogatki, Sadrigal nie miał za wiele okazji do rozmowy ze swymi kompanami, mogąc się co najwyżej przyglądać temu, jak tamci komplementują co poniektóre mieszczki i handlarki, wymieniając się półszeptem mniej przystojnymi dowcipami i komentarzami, póki nie przyuważył ich przełożony gromiąc wzrokiem i odgrażając się dodatkowymi wartami tej nocy. Tak czy inaczej jednak sprawiali całkiem... miłe i zżyte wrażenie, niczym grupka starych przyjaciół, a przynajmniej bliskich znajomych, dobrze wiedzących na ile mogą sobie pozwolić wobec pozostałych. Straż nie robiła im zresztą najmniejszych problemów przy wyjeździe, nazbyt pochłonięta problemem wozu, któremu urwało się koło, tarasując tym samym połowę światła miejskiej bramy. Odziani w charakterystyczne opończe mężczyźni wykłócali się więc z jego spurpurowiałym właścicielem w najlepsze gdy grupka zbrojnych przejeżdżała obok obojętnie, kierując się zaludnionym traktem prowadzącym w stronę stolicy.

-Jeśli można spytać, skądżeście panie przybyli? Nie wyglądacie mi na tutejszego.-W końcu po chwili przedłużającej się i nieco niezręcznej ciszy, jaka otoczyła ich na trakcie, zagaił w jego stronę Dawimir, wyciągając przy tym bukłak z którego chwilę wcześniej pociągnął parę łyków, nie krzywiąc się zbytnio, więc i była szansa, że żaden szczur nie naszczał do środka. Zapowiadała się dłuższa podróż, a i sądząc po usposobieniu samej jego "eskorty" mógł ją nieco sobie umilić i wyciągnąć trochę różnorakich informacji, jakie Ci mogli całkiem nieświadomie przechowywać w swych czerepach.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

11 gru 2015, 22:36

Sadrigal chłonął miejskie życie, obserwując bacznie i uważnie Derin, próbując wywnioskować z przesuwających się przed oczami obrazów jeszcze więcej, niż już wiedział na temat miasta. Krzątający się parobkowie, mieszczanie, spieszący ku swoim obowiązkom, pracowicie budujące dostatek stolicy namiestnictwa, huczące wytrwałą pracą warsztaty - gdyby miał trzema słowami opisać to miejsce, brzmiałyby one: ciężka, uczciwa praca. Nawet wojowie, którzy jechali obok niego, zdawali się w pełni pasować do opisu; mimo hardej profesji sprawiali wrażenie prostych, acz pogodnych i pracowitych ludzi, znających swe obowiązki. Co Sadrigalowi pasowało w całej rozciągłości; takich wszak najłatwiej było nagiąć do swoich planów i oczekiwań, szczególnie wtedy, kiedy oni sami oczekiwali wyłącznie dobrych intencji.

Zachciało im się wybadać go delikatnie, acz i bez większej finezji. Dobrze, z całą pewnością to, co im teraz powie, poniesie się, będą o tym mówić zaniedługo już nie tylko woje, ale i kucharki i służebnice. Oczywiście, podana z ust do ust wieść będzie rosnąć, obrastać w dodatkowe, coraz bardziej fantastyczne wątki i dopowiedzenia. Sadrigal wiedział doskonale, jak działa plotka, i nie omieszkał skorzystać skwapliwie z pierwszej okazji do ich rozprzestrzeniania.

Przyjął wygodniejszą pozycję na koniu, wypinając lekko pierś, jakby z dumą. Zaczął mówić, recytując bajkę, którą znał już od czasu dłuższego, modulując głos, starając się naśladować historie bardów, których w życiu poznał - w tym i Tonuryna. W nie na tyle oczywisty sposób, żeby była ta emfaza widoczna dla obserwatorów, ale chciał jednak, aby została zapamiętana.

- Ród mój, od dzielnego Vertana się wywodzący, dzierżył od wieków ziemie przy morzu, podług Długiego Traktu w lokenckim władztwie. Kiedy książę - splunął wymownie dla podkreślenia - taka jego mać, zbuntował się przeciw prawowitemu rządztwu i przemocą odjął Lokent od ziem Autonomii, moja rodzina patrzeć na to spokojnie nie mogła i przeciw wyrodnemu księciu powstała. Nie byliśmy jedyni, ale było nas mniej - pierwsze bitwy wygraliśmy, ale potem pokonaniśmy zostali przez przeważające siły zdrajcy, wygnani z ziem, zmuszeni do ucieczki. Ród mój - wyrżnięty przez zdrajcę, ziemie - zabrane, oddane jego sługusom. Od tamtej pory podróżuję po Autonomii, poszukując pana godnego tego, aby mu służyć - i tępiąc zło, gdziekolwiek je napotkam. Znają me imię przy Długim Trakcie, gdziem ubił niejednego bandytę i przegnał niejedną maszkarę w pokucie za to, żem pozwolił wygnać się zdrajcy. Pośród bestii i o, tę - wskazał ręką na pakunek z głową, po czym kontynuował - moje poszukiwanie i pokuta nie zakończyły się jeszcze jednak. - Na razie zakończył; wystarczyło na początek, podróż nie zapowiadała się na bardzo krótką, będzie więc okazja nieco uszczegółowić opowieść. Efektem, w jaki mierzył, było późniejsze przypisanie przez plotkę cudzych, niekoniecznie sprecyzowanych sukcesów w okolicy Długiego Traktu jemu samemu - którym to plotkom będzie mógł później skromnie zaprzeczyć, oczywiście tak, że nikt nie uwierzy w to, że to nie on jest owych sukcesów autorem. Póki co należało jednak także zdobyć nieco nowych informacji o tym, w którego gościnę się udawał.

- Ma mierna historia niczym jest z pewnością przy przewagach pana Jawrema; z chęcią usłyszałbym o nim z ust kogoś, kto go zna. Raczysz, Dawimirze, opowiedzieć?

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

19 gru 2015, 17:46

MG

Jadący u boku Sadrigala wojowie nadstawili ucha, najwidoczniej złaknieni jakiejkolwiek rozrywki, gdy w perspektywie najbliższych godzin, jeśli nie dni jawił im się jeno monotonny krajobraz, otaczający sobą wyjeżdżony kołami wozów i wydeptany niezliczonymi stopami i kopytami trakt, snujący się od stolicy namiestnictwa, aż hen po serce prowincji stołecznej i samo Wolenvein. Słońce ledwie rozpoczęło swą wędrówkę po horyzoncie, a i minąć miało trochę czasu nim osiągnie swój południowy szczyt, prażąc niemiłosiernie wędrujących traktem podróżnych, by później dopiero naznaczyć swą ścieżkę na przeciwległy skraj horyzontu. Mimo to jednak dzień zapowiadał się wyjątkowo przyjemnie; słoneczny i ciepły, jak na aktualną porę roku, szczególnie że aura nie dawała się zbytnio we znaki i delikatny wietrzyk przynosił wytchnienie koniom i jeźdźcom chłodząc ich rozgrzaną pod odzieniem skórę.

Tak więc i głos mężczyzny popłynął swobodnie, niosąc się lekko po okolicy i wypełniając swą pewną barwą ciszę, przerywaną jeno końskim oddechem i szumem wiatru. Samemu Sadrigalowi trudno było jeszcze w tej chwili określić jakie wrażenie wywarł swym zachowaniem, zdecydowanie jednak przykuł uwagę swych słuchaczy, choć zdawać się mogło, że przynajmniej jeden z nich, imć Dawimir spodziewał się po nim czegoś podobnego, jakby z każdym słowem młody szlachcic wpasowywał się w jego wyobrażenie o przedstawicielach arystokracji. Przez moment jego krzaczaste brwi zbiegły się lekko, nim sam splunął w bok, na wieści o wyrodnym księciu, a po chwili i w jego oczach zalśnił błysk zrozumienia i czegoś na kształt podziwu, zmieszanego z zaciekawieniem i możliwe że iskrą niedowierzania, gdy spojrzał na łeb, skryty w przytroczonym do końskiego boku worku.

-Niestety nie dane mi było słyszeć o dziejach waszego rodu panie, ani tym bardziej waszym sławetnym przodku, jednako sam straciłem brata, gdy ten psi syn, żeby Czeluść go pochłonęła obrócił się przeciw Autonomii. Nie powiem, że i sam był sobie winny; durny chłopak, ale w końcu rodzina.-westchnął cicho, kręcąc głową, nim sam pociągnął parę solidnych łyków z bukłaka, zatknąwszy go po chwili przy końskim boku.- Jednako wasze dzieje nie godne są pozazdroszczenia, acz honoru i godności szlacheckiej wam nie brak, jako i rzadko komu w tych podłych czasach. Azaliż mówicie, ze przy Długim Trakcie ze złem żeście wojowali i nie jedna bestie, a i czarta w ludzkiej skórze pokotem położyli? Wybaczcie mi ciekawość, ale jakowej to bestii łeb wieziecie?

Słowa Sadrigala mile połechtały też sobą dumę jadącego u jego boku zbrojnego, gdy ten całkiem otwarcie zauważył jakoby ten znajdował się w bliższej komitywie ze swym chlebodawcą. I choć było to równie prawdopodobne, jak nagłe objawienie się samej Lorven i reszty bogów, to w ten czy inny sposób zapewniło mu przynajmniej iskrę przychylności samego brodacza, gdy ten potrząsnął żywo głową, śmiejąc się lekko.

-Szlachetny panie, niestety nikła jest moja wiedza w tej materii, choć to i owo wiem o swym dobrodzieju rzecz jasna.-zbrojny podkręcił lekko wąsa, owijając wokół swej dłoni kawałek rzemienia, jakim bawił się od jakiegoś czasu, sadowiąc się ciut wygodniej w siodle.-Szlachetny pan Morkwir Jawrem, mmm... Dzielny to wojownik, a jakże. W swej młodości nie jednego na turnieju, a i w mniej szlachetnej potyczce położył, choć było to jeszcze zanim wraz z rodziną moją na jego ziemi osiadłem. Dzielny to mąż, a i sprawiedliwy, bo trzeba wam wiedzieć iże na jego włości ład i porządek panuje, jako rzadko u kogo innego. Pieniądza nie szczędzi, o chłopów dba i podatkiem nadmiernym nie morzy, a i głębokiej wiary to człowiek. Sam jakom żyw widział, kaj w zamkowej kaplicy cały dzień przeklęczał, przenajświętszą Lorven o łaskę prosząc, gdy jego żona zachorzała, a i po jej śmierci pochówek odprawił niepośledni. Ziemie jego leżą na północny zachód od stolicy naszego namiestnictwa, tuż nad Jeziorem Iqua i raźno bym je mógł nazwać domem swym i miejscem miłym, zarówno dla oka, jak i duszy. Ludzie tam prości i uczciwi, pracy się nie boją, starym obyczajom i tradycjom hołdując i wierni są swemu panu. Ale odbiegam od tematu. O czym to ja... a tak, pan Morkwir. Nie młody to człek już, choć wciąż więcej w nim ikry, niż nie jednym młodziku, że tak się wyrażę. Sławny to myśliwy, a i ród swój bardzo osławił i wzbogacił przez ostatnie lata, o ile wierzyć słowu tych, którzy dłużej przy nim trwają. Ojciec jego, Lorven świeć nad jego duszą...-wojak wykonał pobożny gest, z wyraźnym szacunkiem zarówno do swego pana, jak i jego protoplasty.-... człekiem był porywczym, a i do interesu, czy własnego domostwa głowy specjalnie nie miał, bardziej w życie zakonne i stare księgi zaangażowanym będąc niźli sprawy poczesne. Jego syn jednak, a mój dobrodziej to zupełnie inna figura. Choć i krew nie woda, tako i w nim czasem ślad ojcowski widać. Tak czy inaczej jednak, dba on swe włości i wielce, inwestuje w nie i rozwija namiętnie. Chodzą nawet słuchy iże od pewnego czasu procesować się zamierza, o ziemie baronie, które jakoby jego rodzinie zagarnięto nieprawnie siedem, albo sześć pokoleń temu. Nie wiem ja jednako czy to prawda, bo i to plotka jedynie, a co nam ludziom zwykłym do spraw możnych?-uśmiechnął się doń dobrodusznie, zerkając po swych kompanach, którzy w tej chwili zajęli się jakąś prostą grą, nie zważając zbytnio na swe otoczenie. Pokręciwszy tylko głową, Dawimir podjął przerwaną opowieść.-Ma ci on dwóch synów, tego samego dnia porodzonych. Skóra jakoby z ojca zdarta, tako i w charakterze, jak i wyglądzie, choć zda się że Lautret, dziedzic włości wiele po dziadku wziął w swym usposobieniu, tako i zda się, że Farim przejmie schedę ojcowską, gdy nie dajcie bogowie taki czas nadejdzie. Prócz nich jeszcze pan mój ma dwie córy; piękne dziewczęta, jakoby same powiernice jasnej pani. Ejdiel, o kruczych włosach i takowym wejrzeniu, która to niedługo piętnaście wiosen kończyć będzie i pewno w zarękowiny z młodzianem iść jakim, bo i czas to najwyższy. Wiele pan nasz zresztą z tym zwlekał, jawi się jednak, że w końcu sprawa będzie rozwiązana niedługo. Jest też i Sawira, oczko w głowie pana naszego.. Ale wybaczcie panie, bo pewnie już was nużę, a przecie nie o toście pytali.-mężczyzna uśmiechnął się doń dobrodusznie i rozparł się wygodniej na swym koniu, rozglądając się niemrawo po sielskiej, spokojnej okolicy, milcząc przez chwilę.

-A jako to i wam, jeśli mogę się spytać oczywiście i nie uchybię wam w tym niczym, bo wyglądacie mi na męża godnego, o którego względy nie jedna niewiasta łacno by zabiegała... Planujecie wy li, odprawiwszy swą pokutę ustatkować się i gdzie osiąść, jako to prawem bożym ludziom prawym przystało? Czy też bohaterskie czyny i wojaczka łacniej wam w duszy grają i pomstę na swym wrogu odnieść pragniecie?

z/t do Trakt Iquański

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

09 sty 2016, 00:36

Tonuryn w głównym pomieszczeniu karczmy znalazł się we względnie późnych godzinach. Jasnym było, że nie spał dobrze; pod oczami malowały mu się ciemne plamy, a w samych ślepiach barda na próżno było szukać czegokolwiek prócz skrywanego zmęczenia. Najwyraźniej wydarzenia poprzedniego dnia nie odbiły się na nim dobrze - napaść, czary i wszystkie związane z nimi nieprzyjemności z pewnością jeszcze długo miały nawiedzać jego pamięć. Nie czuł się dobrze i resztki sił pożytkował na krycie się z tym faktem. W większości na próżno.

Zdziwił się, nie ujrzawszy w izbie ani jednej znajomej twarzy. Było już przecież późno, wszyscy powinni już tu, według niego, być już od jakiegoś czasu. Pofatygował się nawet, żeby sprawdzić pokój wynajęty przez Sadrigala - był zamknięty, a z wewnątrz nie odpowiadał nikt. Nie poprawiło to bynajmniej jego i tak już zepsutego nastroju. Do głównej sali wrócił zdołowany i swoje smutki postanowił utopić w alkoholu po porannym posiłku. Od czasu do czasu potykał się o ufne spojrzenia nieznajomych, ale w odpowiedzi odwracał jedynie wzrok. Wiedział, o co chodzi. Nawet mimo tego, że w tej godzinie stosunkowo niewielu spędzało tu swój czas, ludzie chcieli muzyki, czegoś przyjemnego uchu. Cóż mógł zrobić, jeśli nie ulec? Taka była w końcu jego powinność.
Ale nie mógł im dać niczego wesołego, nie dziś. Sadrigal, Drytrak, Nifrea - osoby które znał, jak sobie wyobrażał, całkiem nieźle, z którymi wiązały go jakieś nici przeznaczenia, po prostu zniknęły, co do jednej. Nie był w stanie wyobrazić sobie, co też mogło być powodem tej tajemniczej ucieczki. Może każdy z nich poszedł w swoją stronę? Tak podpowiadał rozum.
Ale Tonuryn wiedział, że ten często bywał złudny.

Cokolwiek tu zaszło, bard wolał nie zaprzątać tym swoich myśli. Niestety, raz po raz wracał do tego tematu i nie mógł dać sobie z tym spokoju. Dlatego też muzyka, która wgryzła się w niespokojną ciszę okołopołudniowych godzin w karczmie nie była wesoła. Jej melodia balansowała na cienkiej linii między czymś luźnym a tęsknym. Była piękna, owszem - z tym zgodziłby się każdy słuchacz, ale była przede wszystkim deszczowa. Tonuryn nie zdecydowałby się na taki pokaz wieczorem. Ale teraz miał niewielką publiczność i mógł pozwolić muzyce płynąć, jak chce. Rzadko miał taką okazję, dlatego też doceniał ten czas. Krótki czas, jak każdy przyjemny.

Muzyka pomogła mu jakoś zebrać się w garść i wrócić do życia, w którym musiał podejmować decyzje. Wolał, kiedy ktoś podejmował je za niego. Dlatego też trzymał się ze swoimi chwilowymi ziomkami. Ale teraz zniknęli i ten ciężar ponownie spadł na niego.
Ach, naprawdę był załosnym człowiekiem, prawda?

Przez te dni cieszył się ze zdobytego rozgłosu; nie tylko słyszał o sobie jako jednym z tych, którzy uprzątnęli z Traktu ową bestię, na której myśl wciąż przechodziły go ciarki, ale też najwyraźniej znany był jego głos i jego muzyka, którą zawsze chętnie dzielił się ze słuchającymi. Nie był głupi i wiedział, że sława szybko się pali i szybko dopala. Rozumiał też, jak wiele drzwi może mu ona otworzyć - być może udałoby mu się dostać na jakiś szlachecki dwór i zaprzestać nędznego życia - spędzonego, co prawda, na robieniu tego, co kochał, ale w ledwo satysfakcjonujących go warunkach. Marzyło mu się życie w luksusach, być może podzielenie się pięknem poezji i śpiewu z ludźmi, którzy potrafiliby je docenić nie tylko powierzchownie. Wszak niuanse słów, które śpiewał i które opowiadał rzadko były rozumiane dogłębnie; rzadko tak, jak on je rozumiał.

To był cel warty zachodu. Tym bardziej, że warunki były niezwykle sprzyjające.
Nie miał zamiaru zmarnotrawić takiej szansy.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

15 sty 2016, 15:34

MG

Rozmyślania Tonuryna były głębokie, niewątpliwie daleko wykraczające poza zrozumienie wielu prostych ludzi, którym przychodziło w przeszłości słuchać jego mniej czy bardziej tęskne pieśni. A z reguły wraz z brzmieniem jego instrumentu ludzi tych przybywało. Nie było w gruncie rzeczy ważne, czy bard potrafił dobrze grać i śpiewać, czy może były to jedynie przeciętne pobrzdękiwania. Obecność takiej osoby w karczmach zawsze była czymś pozytywnym, ludzie z reguły lubili gdy coś grało w tle podczas ich posiłku.

Granie do posiłku, jakkolwiek szczytne nie zadowalało mężczyzny. Miał już swoje lata, w ciągu których różnymi zajęciami bywało mu się trudnić. Tylko głupiec uwierzyłby, że wędrowny bard potrafi utrzymać się wyłącznie z bycia bardem.

Jeśli jednak mężczyzna chciał wykorzystać swoją krótką sławę, to musiał zrobić to w sposób zdecydowany i pewny siebie. Na nic byłoby siedzenie w karczmie. Jeśli chciał na dwór trafić, to musiał zapewnić sobie ku temu sprzyjającego okoliczności. Po karczmie ciągle niosła się jeszcze wieść, że pan Jawrem zaprosił szlachcica, który bestię ubił na polowanie. Wydawałoby się, że skorzystanie z okazji i podpięcie się do tej komitywy było najprostszym sposobem na znalezienie się na szlacheckim dworze. Sadrigal jednak nie dał Tonurynowi nawet pożegnalnego słowa, zwyczajnie zostawiając go samemu sobie. Czyżby bard został uznany za niepotrzebną już zabawkę? Jego towarzystwo, jako osoby zaznajomionej ze sztukami muzyki i umilania czasu przecież w niczym nie urągało, a przynajmniej tak mogłoby się zdawać.

Musiał znaleźć swoją własną drabinę na szczyt, nie mógł już posłużyć się cudzą. Marne były szanse, że Jawrem zaprosi go na swój dwór, skoro jeszcze tego nie zrobił. Zwłaszcza, że polowanie i uczta, która zapewne po nim nastąpi były dla kogoś takiego jak Tonuryn idealnym miejscem i szlachcic na pewno zdawał sobie z tego sprawę.

Los dał mężczyźnie zainteresowanie ze zgoła innej strony. Podszedł do niego jakiś mieszczanin, na oko dość bogaty - w gruncie rzeczy inni nie bywali w tym przybytku.

- Wyście są tym bardem, który bestię ubił, prawda? Nie szukacie jakiegoś spokojniejszego zajęcia?

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

15 sty 2016, 20:50

Palce barda zawisły nieruchomo nad instrumentem, a na jego twarz wstąpił wyraz lekkiego zaskoczenia. Podniósł wzrok, żeby przyjrzeć się interesantowi, wciąż trawiąc jego słowa.
Cóż za interesujące zrządzenie losu, pomyślał.
Położył lutnię luźno na kolanach, wreszcie spojrzał swojemu rozmówcy w oczy, po czym odpowiedział:

- Zaiste.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

22 lut 2016, 13:54

MG

Mieszczanin odchrząknął, traktując krótką odpowiedź jako okazję do rozwinięcia tematu.

- Niedługo w mojej posiadłości będzie się odbywać przyjęcie, a więc poszukuję muzyków. Słyszałem zaś, że wy bardem jesteście i nawet przyjemnie się was słucha. Nie wątpię, że występ osobistości, która ostatnimi dniami stała się tak znana w Derinie uświetni całe zdarzenie.

Jeśli wierzyć temu co podszeptywał strój składającego propozycję, to całe to przyjęcie na które Tonuryna właśnie zaproszono mogło być wcale nie takim małym wydarzeniem. Choć o tym mógłby się przekonać zapewne dopiero docierając na miejsce. Chyba że miał zamiar pozwolić sobie na nietakt, jakim byłoby dopytywanie o stan majątkowy jego rozmówcy, oraz wielkość posiadanego przezeń domu. Mieszczanin zawiesił głos, oczekując na jakąś reakcję.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

23 lut 2016, 17:08

I swą reakcję otrzymał. Tonuryn zareagował uśmiechem, słysząc komplement.
- Byłby to dla mnie zaszczyt - odpowiedział po krótkim namyśle bard, skłaniając lekko głowę - Powiedzcie mi, panie, gdzie i kiedy mam się zjawić, a z chęcią użyczę wam swego głosu i muzyki.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.