Karczma Pod Bezgłową Damą

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Karczma Pod Bezgłową Damą

22 lis 2011, 23:17

Karczma Pod Bezgłową Damą

Obrazek
Obrazek
Bezgłowa Dama jest karczmą niemałą i bynajmniej nie sztampową. Jej podłoga jest pokryta płytkami, które wyczyszczone pięknie lśnią, a ściany zaś wzniesiono z tajemniczego kamienia o miłej strukturze podobnej do marmuru. Tak więc łatwo sobie wyobrazić, że wnętrze sporego młotka mogło wyglądać bardziej jak środek świątyni, niż gospoda. Mimo to pojawiały się tutaj elementy całkiem normalne dla karczmy, to jest długie stoły z ławami, może dwa czy trzy mniejsze stoliki, które zazwyczaj stały puste, ponieważ w Derin nikt nie lubił samotnie się bawić oraz kontuar, a za nim karczmarka, którą bogowie obdarzyli krągłymi kształtami i całkiem uroczą twarzyczką o pełnych ustach i dużych oczach.
W Bezgłowej Damie liczyły się trzy rzeczy: odpoczynek, zabawa i tańce. Derińczycy nie należeli raczej do ludzi, którzy by się upijali w co drugą noc, dlatego też w Młotku panował zazwyczaj spokój i śmiech. Bo czy było wspomniane, że mieszkańcy właśnie tego miasta są sławni nie tylko za swoje zdolności, ale i za niesamowite poczucie humoru i przyjazne nastawienie?
Drzwi parę metrów po prawej od lady prowadził do ciemnego korytarza, który łączył kilkanaście wolnych pokoi do wynajęcia. Były one schludne, od jednoosobowych do czteroosobowych, od skromnie urządzonych, do tych stworzonych z przepychem.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

03 lut 2013, 01:25

MG


W karczmie zapadła cisza tak ciężka, że można by ją nożem kroić.
– Pijak – burknął grubas w upapranym kaftanie.
– Pijak – potwierdził jego towarzysz, patrząc w górę na bredzącego bez ładu i składu, okropnie zarośniętego dziada. – I w dodatku pokręcony jakiś. Hola, tu się je, człowieku! Zejdziesz no, taka kurwa twoja mać, z tej ławy, albo my cię na podłogę sprowadzim!
Towarzysz szturchnął go w bok.
– Cichaj.
– Hę?
– Cichaj mówię, ścierwo. Nie widzisz? Dziwny jakiś. Może z Mirran Toilt… – mruknął. Wszystkim mężczyznom wokoło miny zrzedły. Przecież w końcu wszyscy trąbili o klątwie! Że ludzie zachowują się dziwnie i nerwowi są.
A ten tu, to co? Nie dziwny aby? Nie nerwowy? Hę? Na bogów, lepiej wariata w spokoju ostawić.
Leonard sięgnął do kufla jednego z gości karczemnych. Mężczyzna rzucił się wręcz do tyłu, nie zamierzając w nim więcej ust umoczyć. A co, jeśli klątwa oblepia nieznajomego jak szlam, sączy się z jego oczu i ust, ciągnie chmurą wokół odzienia…?!
W ciszy podniósł się samotny wędrowiec w podróżnym płaszczu, złapał swój (nieco wyszczerbiony) dzbanek i przeniósł się w pobliże grajka.
– Wyższa Instancja, powiadacie? – odezwał się. Głos miał miękki i głęboki, przywodził na myśl kocie futro. Dzbanek wylądował na stole. – Kontynuujcie, panie, to wielce ciekawe. A ja lubię ciekawe opowieści. Żeby się zaś łacniej opowiadało, dzban wina na przepłukanie gardła.
Pochylił się lekko. Spod kaptura błysnęły zielononiebieskie, niespotykanie duże i ładne oczy.
– Phew! – Splunął jakiś mężczyzna o wyglądzie rzeźnika. – Ostawcie, panie. Nie słyszeliśta szumowiny? Srebra się zachciewa. Naciągacz i tyle!
– Srebra… Srebrem nie posłużę – powiedział nieznajomy cicho. – Ale jeżeli chodzi o towarzystwo… – zawiesił głos.
W karczmie było przeraźliwie gorąco, ale i tak nie zdejmował płaszcza. Ba! Nie zdjął nawet kaptura.

***

Zaczepiony mężczyzna obejrzał się ze zdziwieniem.
– Karczma? – mruknął i podrapał się po brodzie. – A idź pan jak w mordę strzelił tą ulicą, prosto. Jak napotkasz warsztat szewca, to w lewo. Trafisz na pewno.
Zniknął szybciej, niż zdążył się pojawić. Wyraźnie mu się gdzieś spieszyło. Najważniejsze było, że nie kłamał – Almor naprawdę znalazł karczmę. Nawet wraz ze śliczną, hojnie obdarzoną przez naturę oberżystką.
– Pokój… – Zmarszczyła brwi, jakby napotkała nagle jakiś problem. Zaraz jednak musiał się rozwiać, bo uśmiechnęła się naprawdę prześlicznie. – Jakiś na pewno się znajdzie. Mówi pan, że do południa? Zaraz no krzyknę na dziewki, pościel na świeżą zmienią. Ale z balią problem będzie. Masz czym zapłacić?
Otaksowała go szybkim, uważnym spojrzeniem. Balia… Balię to by mogła i spod ziemi wyciągnąć, jeśli tylko klient będzie miał czym zapłacić. A jeśli zapłaci dobrze, gotowa była mu nawet oleju różanego do kąpieli dolać i jeszcze dziewkę oddelegować.
W ostateczności i sama by się pofatygowała. Klient wszak niebrzydki.
– Wieczerzę zaraz podam. – Skinęła głową. – Bez mięsa. A wina nie chcecie aby, panie…? Bardzo dobre, niechrzczone, przysięgam na honor!
Usłyszała kolejne pytanie i zmarszczyła brwi, opierając dłonie o swoje dość szerokie, ale kształtne biodra. Z pewnością spędzały sen z powiek niejednemu stałemu bywalcowi.
– Do Wolenvain najbliżej Traktem Iquańskim. Niezbyt daleko, kilka dni drogi i będzie pan na miejscu. Tylko uważać trzeba, roztopy i ślisko. Pan nie stąd? To nazwy pewnie niewiele mówią. Wyjedzie pan od zachodniej strony, a potem cały czas prosto traktem. Nie sposób zabłądzić.


Leonardzie, ubawił mnie Twój post, ale… Inkwizycja? "Paranormalne"? "Super"? Gadżety? Napraaawdę?
Awatar użytkownika
Almor
Posty: 45
Rejestracja: 02 sty 2013, 19:12
Lokalizacja postaci: Złodziejewo
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39355#39355

03 lut 2013, 02:52

Nie lubił się targować. Ani w ogóle rozmawiać o kwestiach pieniężnych. Najlepiej dla Almora byłoby, gdyby coś takiego jak pieniądz nie istniał. Gardził nimi jako ułomnymi, sztucznie wytworzonymi wartościami wypełniającymi zepsute, zgniłe serca i dusze. Niektórzy tak popadali w swe zepsucie, że nadawali mu rangę najważniejszej rzeczy w życiu, wyniszczając samych siebie od środka. A przecież istniały inne, wspanialsze, cenniejsze wartości aniżeli krążki wykonane z minerałów – darów ziemi, która była domem dla wszystkich. Bez względu na rasę, wiek i pochodzenie.

Owszem, mam czym zapłacić – potwierdził pewnym tonem wyczuwając w tym jakąś gierkę, aby tylko wyłudzić od niego więcej pieniędzy. Nie raz zdarzało się, że sprzedawca zachwalał i zachwalał tylko po to, by sprzedać po znacznie zawyżonej cenie. Chociaż pieniądze traktował jedynie jako przymus, nie da się wrobić. Wciąż ich potrzebował w dotarciu do stolicy. W końcu, ile można sobie policzyć za pokój, nieco jedzenia i ciepłą kąpiel?

Nie, za wino podziękuję – odpowiedział z uśmiechem odsłaniającym śnieżnobiałe, proste zęby – Jestem przekonany, że jest wyborne, ale moja…filozofia zabrania mi picia trunków. Sama woda.

Zerknął na moment do tyłu obrzucając towarzystwo szybkim spojrzeniem. Kąciki ust zadrżały mu w niepohamowanym uśmieszku. Odwrócił się ponownie s kierunku kobiety.

Jedzenie prosiłbym podać do pokoju. Wolę spożywać w samotności.

W klasztorze zawsze spożywali w ciszy. Jedynym towarzyszącym im dźwiękiem podczas posiłków były delikatne uderzenia w harfie struny. To w południe. Rankiem jedli na świeżym powietrzu słuchając śpiewu ptaków z ogrodów, zaś wieczorem, wychodzili na szeroki taras oddając się łagodnym koncertom świerszczy.

Słysząc wyjaśnienia kobiety jak dotrzeć do Wolenvain podziękował jej. To teraz miał pewność. Tylko wystarczyło znaleźć jakiś środek transportu lub iść na pieszo, co kompletnie mu się nie uśmiechało.

Więc? – podsumował – Ile sobie Pani życzysz? Daję dziesięć szylingów.

Pół suwerena wydawało mu się uczciwą zapłatą. Nieco wymagał, ale na krótko. No i być może dziecięcy urok wpłynie na kobiece serce? Samemu dziwił się swym myślą, gdyż wykorzystywanie cudzej dobroci i manipulowanie emocjami uchodziło za łamanie nauk Czystej Miłości. Ale cóż. Cel uświęca środki…czasami.

Awatar użytkownika
Kalen
Posty: 32
Rejestracja: 17 sty 2013, 15:01
GG: 44935374
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2483

03 lut 2013, 17:13

U

[/color][/oldsize]ciekał przed swym oprawcą. Ściany bezustannie zmieniały swe położenie. Za każdym razem, gdy był bliski celu, a tym samym bezpiecznego schronienia przegrywał pojedynek. Śmierć lub los straceńca był nieunikniony.
Tak właśnie Kalen urozmaicał sobie czas, bawiąc się pustym kubkiem z pająkiem usiłującym uciec przed co rusz opadającą ścianką szklanki, co uniemożliwiała podjąć ucieczkę. Bezczynnie, wyłączony emocjonalnie mężczyzna siedział już parę chwil w tej karczmie przy pustym stoliku. "Przydałaby mi się jakaś praca w końcu. Totalnie mi odwala". Plotki w karczmie były interesujące, jednakże Kalen uważał je tylko za wymysły bajarzy. Nasłuchiwanie z nadzieją, że dowie się o jakimś ciekawszym zleceniu nie przyniosło do tej pory żadnych rezultatów. "Najprawdopodobniej będę musiał opuścić tą mieścinę lub postarać się zapolować w pobliskich lasach i sprzedawać futra. Innego sposobu zarobku jak na razie nie widzę."

D

rzwi do karczmy rozwierały się z częstotliwością nóg tutejszych ladacznic, dlatego nieuniknione było, że próg prędzej czy później przekroczy nowy podróżnik i możliwe też, że jakiś wariat. "Liczę na chwilę odpoczynku i mam nadzieję, że ktoś zaraz nie zacznie tańczyć, śpiewać i krzyczeć w niebogłosy na stole". Z braku zajęcia Kalen dokładnie postanowił przysłuchać się rozmową w karczmie, na temat tej rzekomej klątwy.
-Właściwie to kiedy zabrakło w mym kubku trunku? – Zapytał sam siebie stłumionym głosem.
"Coś mi się wydaje, że od początku siedzę tutaj o suchym gardle. Muszę coś zamówić."
Nie mrugnął okiem, a w środku był już brodacz rozpoczynający swe przedstawienie. "Kto go począł? On myśli, że ludzie się nabiorą i zaczną dawać mu pieniądze?". Kalen zdumiony zajściem odpuścił pająkowi, który korzystając z chwili uciekł pod stuł chowając się jakimś zakamarku. Ludzie wyglądali jakby chcieli wyleczyć głupotę starca pojedynkiem na pięści. "Może ten człowiek ma jakieś konkretne informacje mogące pomóc mi w znalezieniu płatnej pracy?". Zdjął kaptur, prawą i lewą rękawicę kładąc je na stole. Spojrzał na brodacza i rzekł, a nawet starał się przekrzyczeć panujący hałas:
– Mości panie podejdź no tu na chwilę. Zapewne szukasz wolnego stolika, a ja natomiast towarzystwa. – Machnął ręką zapraszając do stolika– Siadaj. Porozmawiamy o twym problemie, który być może jestem w stanie pomóc ci rozwiązać. Pierw lecz musisz mi więcej powiedzieć na ten temat. Oczywiście jeżeli coś wiesz.
Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

03 lut 2013, 22:27

"Dzień chylił się ku końcowi,
słońce zaś ku zachodowi.
Podróż szybko mi minęła,
Gęba dawno nie cuchnęła,
Chędożenia dawno nie zaznałem,
Czas pochwalić się arsenałem!"


W ten niezbyt wyszukany sposób Trov zakończył pisanie do swojego dziennika. Czasami lubił robić to, aby urozmaicić sobie podróż. Pisanie, jak mówi, odrywało go od otaczającego świata, pełnego brudu, przydrożnych ladacznic i nieuczciwych handlarzy. Czasami lubił wejść w świat poezji. Oczywiście w przenośni, bo Trov sam wiedział, że najlepszym pisarzem nie był. Ale… starał się.

***
Łało. Zdecydowanie kiepska pogoda, jak na podróż koniem. Na szczęście Trov był już na ulicach Derin i szukał karczmy. Niby miał, jak najszybciej odebrać przesyłkę dla ojca, ale nie mógł sobie odmówić paru wizyt w karczmie i poznania paru ciekawych niewiast. A może nawet coś więcej?
Niemniej jednak Trov poznał karczmę po wywieszonym szyldzie i grupce ludzi przed nią. Ikvma spokojnie podszedł pod karczmę i Trov zeskoczył z niego z gracją. Postanowił oddać go chłopcu stajennemu, na parę dni. Ale musiał mieć luksusowe warunki. To wybredne bydle.

– Delikatnie z nim. Jak się wkurzy to was pozabija – z uśmiechem pogroził chłopcu, który przybiegł po lejce.

Następnie pchnął wielkie drzwi od karczmy i wszedł do środka. Cóż, w końcu przybył do Derin, więc czas nieco poznać karczmiane opowieści. Słyszał coś o jakiejś legendzie. Trov postanowił się upewnić…
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

04 lut 2013, 20:56

Leonard ściskał w rękach wyłudzony kufel wina z zimnym uśmiechem satysfakcji. No cóż, nie spodziewała się, by prości ludzie od tak rozstawali się z cennymi metalami. Ale zawsze warto spróbować. Przynajmniej dostał darmowe wino w stanie niemal idealnym. Przez tłum prostych umysłów przebił się głoś, który nie pasuje do tego typu towarzystwa. Grajek głośno przełknął ślinę walcząc z palącą potrzebą ucieczki.

-Uh, wiesz… ściśle tajne. – Puścił dziarskie oczko i rozpromienił się znajdując punkt uniku.-Ale jeśli lubisz ciekawe opowieści i szukasz towarzystwa… Ja i tak straciłem wizerunek, człowiek całe życie się stara by wyglądać jak niepozorny dziwak, którego nikt nie zauważa aż w końcu zapomina o swoistym dystansie retorycznym, więc nie widzę przeszkód by opowiedzieć ci tym jak za pomocą odrąbanej ręki towarzysza zatłukłem na śmierć bezgłową kobietę o czterech nogach. Ale najpierw…

-Trudno… -Powiedział na tyle głośno by każdy go usłyszał. -…wygląda na to, że wielkie demony rogate pstrokate kudłate i kosmate, powalać będę musiał jedynie siłą mojej gołej pięści. Nie takie rzeczy się już robiło ale liczyłem na minimalną pomoc skromnego ludu. Cóż będę musiał zapisać to w raporcie. Czy mogę znać wasze nazwiska? –Skierował Wszechpotężny Paluch Oskarżyciela, na jakiegoś zapijaczonego grubasa.

-Panie….?

Odwoływał się do pradawnego lęku przed biurokracją. Jeśli człowiek zna twoje imię a w dodatku zapisze je na papierze, to wiedz że już jest po tobie. O piśmie ludziska proste wiedziały niewiele z wyjątkiem jednej rzeczy – To co napisane zostaje. Na zawsze. I nie ośmielą się nawet domyślać co ma zamiar zrobić z tym skrawkiem papieru szalony dzierżyciel lutni.

Do stolika zaprosił go osobnik na pierwszy rzut oka wyglądający na tropiciela. Towarzysze, gdy był w Wolenvile musiał odgryzać płaty surowego mięsa z szyi obojętności by ostatecznie zabrać na wóz niewielkiego zielonego elfa za skrzydłami. A teraz? Aż dwóch ludzi poszukuje towarzyszy, mało tego w tej roli widzą właśnie Leonarda.
-Chętnie, myślę że nie będziesz miał nic przeciwko i zaproszę też tego pana. – Wskazał mężczyznę schowanego pod kapturem. Po czym przysiadł się do stolika.
-Witajcie, jestem Leonard i jak zapewne zauważyliście zamierzam stawić czoła klątwie…
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

04 lut 2013, 22:18

MG


"Owszem, mam czym zapłacić" – na dźwięk tych słów twarz oberżystki rozciągnęła się w uroczym, miłym uśmiechu. Wytarła dłonie o swój fartuszek.
– Dziesięć szylingów spokojnie wystarczy – zgodziła się i wyszła zza kontuaru, machnąwszy ręką. Mimo bujnych kształtów poruszała się wdzięcznie i sprawnie. – Proszę za mną, pokażę panu pokój. Zaraz jakaś dziewka pościel zmieni na świeżą. A i balia się znajdzie, jak sobie szanowny pan życzył.
Nie skomentowała tej "filozofii". Mało to dziwaków zatrzymuje się po karczmach? Jeśli chciała być dobra w tym zawodzie, powinna służyć pomocą i informacją, a samemu nie dziwić się niczemu.
Zabrzęczała kluczami, aż w końcu wybrała odpowiedni i otworzyła drzwi na samym końcu wąskiego korytarzyka. Pokoik był skromny, ale czysty i na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że Almor nie będzie miał nadprogramowych lokatorów. To była ta przewaga oberży prowadzonych przez kobiety – było czysto.
Żadnych insektów.
– Proszę rozgościć się, panie – powiedziała z uśmiechem, wręczywszy mu klucz. – Jedzenie zaraz przyniosę. Gdyby potrzebował mnie pan, jestem w głównej Sali.
Z tymi słowami zniknęła, zostawiając go samego. Po chwili faktycznie przyszła dziewka karczemna z naręczem świeżej pościeli. Otworzyła też okno, by wpuścić nieco świeżego powietrza i wyszła, niemal mijając się w drzwiach ze swoją chlebodawczynią wnoszącą tacę. Leżała na niej spora miska z gęstą polewką cebulową oraz nieduży bochenek chleba. Była też zamówiona woda.
***
Drzwi faktycznie mało kiedy pozostawały zamknięte. Oberżystka nie mogła dziś narzekać na ruch – jak w kotle. Nieznajomy mężczyzna w kapturze wysłuchał uważnie Leonarda, unosząc mimowolnie kąciki ust w uśmiechu. Lubił wygadanych ludzi, a grajek, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, zdawał się być obdarzony darem oratorskim.
Czy też – darem ględzenia o czym popadnie w sposób na tyle zajmujący, by chciało się go słuchać. Nawet kosztem cienkiego wina.
Był także bystry. Motłoch przeraził się mistycznej mocy pisma, coś wyburczał, coś wymruczał i zrzucił się miedziakami. Łącznie było tego może z sześć orów. Lepsze to, niż nic. Zakapturzony mężczyzna zaczął się śmiać.
– Panie…? – powiedział Leonard.
– I władco – dokończył ze śmiechem nieznajomy. – Ja zaś zaryzykuję imieniem. Marvin – przedstawił się, skłoniwszy lekko głowę. Kaptura jednak nie zdjął.
Leonard zaś mógł poczuć, że intensywna woń apteki unosiła się właśnie z jego ubrań. Nie była nieprzyjemna, ot, suszone zioła.
Usłyszeli wołającego ich mężczyznę i wstali. Marvin uśmiechnął się lekko – troska nowopoznanego towarzysza była szalenie miła. Nawet jeśli powodowana konkretniejszymi interesami.
Przysiedli się. Leonard zdążył się nawet przedstawić.
– To nie klątwa… – powiedział Marvin. Cicho, ale mogli go usłyszeć. Właśnie ten moment wybrał Trovsvarg, by wejść do karczmy. Pechowo był to też akurat ten moment, w którym jeden z wieśniaków uniósł głowę.
I zbladł.
– POTWÓR! – wydarł się, celując sękatym palcem prosto w Trovsvarga. – BOGOWIE, ZMIŁUJCIE SIĘ, POTWÓÓÓÓR! BIADAAAA!
– Biada! – ryknął ktoś.
– Ratuj się, kto żyw! Potwóóóóór!
Chaos.
Ktoś zerwał się z ławy, niemalże ją przewracając. Trzasnęły zrzucone na podłogę naczynia. Rozpętał się zgiełk nie do opisania, a jego zapalnikiem był nie kto inny, a właśnie Trov.
Marvin zaklął donośnie.


Panowie, niniejszym macie rozpierdziel w karczmie.
Trov – zostałeś uznany za rzeczonego Potwora.
Kolejność odpisu: Kalen, Trovsvarg, Leonard, ja.
Awatar użytkownika
Almor
Posty: 45
Rejestracja: 02 sty 2013, 19:12
Lokalizacja postaci: Złodziejewo
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39355#39355

04 lut 2013, 23:52

Ruszył posłusznie za właścicielką zostawiając całe towarzystwo za sobą. Mylo owijający się ogonem wokół jego szyi otworzył szeroko dziobek ziewając. Pogłaskał stworzonko po małej główce. Też był nieco zmęczony. Po schodach dotarli do niewielkiego korytarzyka z kilkoma drzwiami. Dla niego przeznaczone były te na samym końcu. Kobieta otworzyła je i wszedł do środka przyjmując od niej klucze.

Dziękuję bardzo – odparł rozglądając się. Pokój nie należał do zbyt obszernych, ale jemu to nie przeszkadzało. Ważne że było czysto i schludnie. Żadnej pleśni, brudu czy pajęczyn. Łóżko stojące obok ściany nie miało jeszcze pościeli, ale gospodyni powiedziała, że zaraz zostanie przyniesione. Pod oknem stał niewielki stoliczek ze świecą.

Gdy właścicielka wyszła westchnął głośno. Zamknął drzwi wkładając klucz do dziurki. Mylo natychmiast rozluźnił swój uścisk naokoło jego szyi i sfrunął na łóżko, zwijając się w kłębek. Stworzonko wyglądało w tym momencie jak puchata kulka jaśniejąca błękitem. Almor odłożył torbę, kin podróżny i usiadł na podłodze naprzeciwko stoliczka. Teraz tylko nieco zjeść, wykąpać się i poczekać do rana. Wówczas prosto do Wolenvain – do biblioteki. Już nie mógł się doczekać.

Ktoś zapukał do drzwi i odezwał się cichy, kobiecy głos.

Przyszłam ze świeżą pościelą, panie.

Wstał otwierając drzwi.

Proszę.

Służka weszła do środka i natychmiast wykonała swoją pracę. Widząc Mylo zwiniętego w kulkę zawahała się nie wiedząc, co zrobić, bo przecież nie przykryje go pościelą. Zerknęła ze skrępowaniem na Almora, a ten od razu zrozumiał, o co chodzi i uśmiechnął się.

Mylo, myk, myk - powiedział, a zwierzątko posłusznie podleciało do niego i usadowiło mu się na głowie. No cóż.


Dziewka zachichotała i opuściła pokój mijając się z właścicielka, która właśnie weszła niosąc jedzenie. Przyjął to i odłożył na stoliczek.


Gdy będzie gotowa kąpiel proszę mnie poinformować, dobrze?


Usłyszał jakieś krzyki dochodzące z dołu. Co tam się działo?

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

06 lut 2013, 16:21

MG

– Już jest – poinformowała oberżystka, najwidoczniej bardzo zadowolona z szybkości świadczonych przez siebie usług. Nie wątpiła w swoich pracowników. Balia faktycznie się znalazła, a jeżeli chwilę temu poleciła napełnić ją gorącą wodą, to oznaczało, że służki już szykują wrzątek. – To jest, na wodę trzeba będzie chwilkę zaczekać, panie. Zdążycie zjeść, a będzie gotowa, nawet z mydlinami. A… dziewkę może jaką do towarzystwa? Balia duża, dwie osoby wejdą jak obszył, nawet więcej, pan taki drobniutki…
Pan.
Dobre sobie. Wyrostek, gołowąs, ale cóż, klient. Rzecz święta dla właściciela oberży. Zresztą chłopak może i młody, ale ładny i miły w obyciu. Poza tym balię chce, dopomina się o tę kąpiel, jakby co najmniej o życie chodziło. Znaczy czysty. Choróbska pewnie żadnego nie naniesie. Dziewczęta nierzadko świadczyły klientom usługi nieco odbiegające od posługi przy stole. Nierzadko byli to też starzy mężczyźni o obwisłych sadłach i śmierdzących gorzelnią ustach. Z takim miłym, ładnym czyścioszkiem to i ze dwie by z własnej woli do balii skoczyły.
Zlustrowała go uważnym spojrzeniem i dopiero teraz dojrzała to dziwne, ruszające się, niebieskie "coś" na jego głowie. Twarz kobiety złagodniała. Jak każda niemal niewiasta miała słabość do zwierzątek, zwłaszcza tak ślicznych.
– Jaki uroczy – zaświergotała, wyciągając dłoń. – Można dotknąć…?
I właśnie wtedy rozległ się ryk. Coś na dole huknęło. Jakby ktoś co najmniej ławę przewrócił. Twarz oberżystki zbladła, a zaraz potem poczerwieniała.
Bijatyki?
Ona im, kurtyzany takie macie, bijatyki da odstawiać. W jej karczmie! Usłyszała tupot stóp i szybki, urywany oddech. Ktoś załomotał do drzwi. Ta sama dziewka, która wniosła pranie.
– Pani! – krzyknęła od progi. – Pani! Potwór w karczmie, oni… Oni chcą go chyba zabić! – rozdarła się płaczliwie.
– Pani, pomrzem, panii! Ratunku…! – Padła na kolana i zaniosła się szlochem. – Za co, pani? Za co? Ja dobra dziewczyna, matce i pomagam, i z chłopcami nie za bardzo… Ratujcie nas, bogowie!
– Dosyć! – warknęła ostro. – Wstawaj, głupia. Spili się pewno. Idę na dół… Zostaniesz no tu, przed izbą i zaczekasz, aż pan raczy zjeść. A potem do balii zaprowadzisz, rozumiesz?
Powiedziawszy to, wyszła, trzaskając drzwiami.
Awatar użytkownika
Kalen
Posty: 32
Rejestracja: 17 sty 2013, 15:01
GG: 44935374
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2483

06 lut 2013, 16:30

K

alen nie wiedział co działo się w karczmie. Wszyscy jak jedno ogłupiałe stado baranów zaczęli dewastować karczmę. Kalen uniósł głowę i zmierzył spojrzeniem całe pomieszczenie.
-Potwór? Cóż to za głup… – Wtedy ujrzał monstrum stojące w progu drzwi. Dojrzał jego bladą cerę i czarne jak noc ślepia. Zwierzęca skóra będąca jego trofeum prezentowała się iście epicko. Ogarnęło go przerażenie, ale nie sparaliżowało. "Jeżeli bestia nosiła zbroję i miecz to najwyraźniej boi się, bo można ją zabić."

K

alen zerwał się na równe nogi przewracając krzesło, na którym siedział. Odszedł od stolika i dobył dwóch mieczy. Dźwięk, który towarzyszył temu ruchowi jak zawsze go uradował. Adrenalina pojawiła się momentalnie i wypełniła Kalena nie tylko siłą, ale i podnieceniem związanym z możliwie nadchodzącym starciem. Plecak mu nie ciążył, bo zaraz po wejściu zdjął go i położył przy stole. Rękojeść dobrze trzymała się ręki, bo wcześniej ściągnął swe rękawice. Kalen zaczął obchodzić przybysza półkołem, aby przede wszystkim go dokładnie obejrzeć, rozprostować swoje kości i doprowadzić do tego, aby w ewentualnej walce stał tyłem do nowopoznanych ludzi chcących przypadkiem dołączyć do walki. Chciał także dać wystarczającą ilość czasu ludziom by mogli opuścić karczmę. W razie ataku przeciwnika, gdyby jakieś krzesło znajdowało się przy Kalenie postarałby się on posłać je kopniakiem w kierunku przeciwnika celem wybicia go z rytmu szturmu i wykorzystania ewentualnej luki w obronie napastnika do ataku. W trakcie starcia skupi się na parowaniu, blokowaniu, czyli na walce defensywnej. Wyczekiwałby on błędów wroga, które miałyby być okazją do szybkiej kontry jednym ciosem i ponownego przejścia do obrony. Głównym celem walki byłyby pojedyncze ataki osłabiające wroga, powodujące u niego krwawienie i osłabienie wystarczające, aby zyskać przewagę w walce.

G

dyby starcie nie zostało nawiązane postanowi rozpocząć rozmowę:
– Co żeś za jeden? Czemu ludzi straszysz? Zachciało ci się karczmarkę pochędożyć, że przybyłeś do tej Karczmy? – Powiedział z lekką dozą dowcipu w tak nieodpowiedniej chwili. – Pokaż swą twarz i się nie ukrywaj jeśliś nie wróg.
Awatar użytkownika
Almor
Posty: 45
Rejestracja: 02 sty 2013, 19:12
Lokalizacja postaci: Złodziejewo
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39355#39355

06 lut 2013, 18:49

Na słowa oberżystki o dziewce do towarzystwa Almor poczerwieniał na twarzy i gdyby mógł zapadłby się pod ziemię. Poczuł jak ciepło zalewa go na twarzy. Był w takim wieku, że powoli zaczynał myśleć o płci przeciwnej, lecz nawet nie potrafił sobie wyobrazić aktu miłosnego bez prawdziwej miłości. To przeczyło wszystkim naukom Czystej Miłości, która wolna była od cielesnej namiętności i skupiała się na tej psychicznej. Uciekł wzrokiem w bok.

Nie, dziękuję pani, ale nie ma takiej potrzeby - wykrztusił z trudem i w tej samej chwili usłyszał ogłuszający huk dobiegający z dołu. Pewnie wybuchła jakaś burda – przeszło mu przez myśl. Przybiegła służka i zaczęła krzyczeć coś o jakimś potworze, padając na kolana i trząść jak osika. Niebieskooki nie wtrącał się. Słuchając tego wszystkiego bez emocji na twarzy. W końcu oberżystka pogroziła i odeszła w celu przywrócenia pewnie porządku. Został sam ze służką. Zerknął na nią.


Mogłaby mnie pani zaprowadzić do bali? – zapytał cichym tonem, na co kobieta natychmiast oprzytomniała.


Oczywiście panie. Proszę za mną.


Ruszył za nią. Minąwszy kolejny korytarz i schody dotarli na wyższe piętro. Drewniana podłoga skrzypiała charakterystycznie przy każdym ich kroku. Służka wyjęła klucze i otworzyła drzwi do pomieszczenia, gdzie znajdowała się balia, a obok niej stał taborecik z suchym kawałkiem materiału, szczotką i mydłem.


Czy mam ci towarzyszyć, panie? – odezwała się niespodziewanie.


Yyy – zająkał się – Nie ma takiej potrzeby. Poradzę sobie samemu, dziękuję.


W takim razie życzę miłej kąpieli – powiedziała, skłoniwszy się i opuściła pomieszczenie, zostawiając Almora samego z Mylo siedzącym na głowie. Chłopak westchnął z ulgą.


W końcu - szepnął do siebie, szybko pozbywając się ubrań. Mylo sfrunął mu z głowy i przysiadł na krawędzi bali. Samemu zaś ostrożnie wszedł do środka. Z początku gorąca woda parzyła niemiłosiernie, ale po chwili nadeszło przyjemne ukojenie. O, tak, tego było mu trzeba. Gorącej kąpieli. Miał dość zimnej wody z jezior i strumyków. Spojrzał na mydełko i szczotkę. Nie chciał mu się już po nią wstawać. Wystawił dłoń przywołując w myślach obraz tego, jak oba przedmioty wpadają mu w dłoń i…tak się stało. Z tym wyjątkiem, że mydło wyślizgnęło mu się z palców i zanurkowało w wodzie. Sięgnął po nie i zaczął się mydlić, szorować szczotką i odprężać leżąc w wodzie. Mylo również żądny kąpieli wskoczył do wody, a on ostrożnie i z uwagą pomógł swojemu towarzyszowi wymyć się do cna. Później leżał tylko oddając się relaksowi z Mylo na głowie, wpatrując się przez niewielkie okienko w nocne niebo.


Gdyby sprawy potoczyły się zupełnie inaczej wciąż mógłby żyć wraz z mnichami w klasztorze. Być może nawet z ojcem. Tylko czy ten kiedykolwiek go kochał? Nie było dnia by nie zdawał sobie tego pytania. Próbował to wytłumaczyć śmiercią mamy. Może to rzeczywiście była jego wina? Bardzo chciałby ją ujrzeć. Kiedyś. Jakoś. Zobaczyć czy naprawdę była taka piękna jak mówili. Czasami, kiedy udawało mu się zasnąć, w snach wyobrażał ją sobie jako wspaniałą kobietę o ciepłym uśmiechu. Zastanawiał się czy magia byłaby w stanie pomóc mu ujrzeć mamę? Usłyszeć jej głos? Poczuć jej dotyk. Zwrócić jej życie? Czysta Miłość nauczała, że żadne Zycie nie ginie na zawsze. Po jakimś czasie może powrócić w procesie reinkarnacji. Odrodzić się w nowym ciele. Gdyby tylko dożył…doczekałby powrotu mamy. Lecz w tym celu musiałby zostać nieśmiertelny…


Nieśmiertelność – powtórzył nieobecnym głosem, zaciskając dłoń.


Potrząsł głową odganiając myśli. Wstał i wytarł się, zawijając płótno wokół bioder. Zabrał swoje rzeczy i wyszedł.


Wróciwszy do pokoju zamknął drzwi na klucz i zdjął białe płótno, którym się obwiązał po kąpieli. Nago usiadł na łóżko i owinął się szczelnie prześcieradłem. Jednak się nie położył. Siedział tak z Mylo na kolanach, wzbijając wzrok w płomień świecy rzucający długi, tańczący cień. Zdawał się wyciągać ku niemu swoją pełzającą mackę, lecz za każdym razem gdy się zbliżał, wracał z powrotem. Płomyk skakał przy byle podmuchu od strony otwartego okna. Zerknął na nie przelotnie i zamknął samą myślą. Z dołu czas dobiegały stłumione okrzyki, które tylko go rozdrażniały.


Nauki mówiły, że ich powinnością jest pomagać innym i nieść dobro tam, gdzie go nie ma. Ale ci ludzie…nie – wszyscy – byli ślepi. Dla nich te wartości nie miały żadnego znaczenia. Współczucie, empatia, miłość, dobro? Śmiali się z tego i wykorzystywali jako fałszywą maskę chcąc ukryć swoje zepsute wnętrze. Woleli jeść i upijać się do nieprzytomności wyładowując przy okazji swoją agresję pod postacią bijatyk i innych burd. Wszędzie tak było – dobrze – może nie znał świata i wiele nie przeżył, ale słyszał, czytał. Zaś to czego doświadczył tylko to potwierdzało. Tylko nieliczne jednostki myślą w inny sposób. Dla reszty liczą się pieniądze oraz zaspokojenie swych potrzeb cielesnych. Liczy się władza. Jak zmienić świat i serca, gdy z każdej strony wszelkie próby napotykają opór? Mnisi powiedzieliby, że na tym polega misja – na pokonaniu tych przeszkód, lecz czy aby na pewno? Zasady zabraniały używania przemocy wobec drugiej istoty, jednak jedynie w niesłusznym, prywatnym celu. W imię słusznej sprawy, jaką było szerszenie idei Czystej Miłości…czy to byłoby w porządku?


Nie, nie, nie – pomyślał potrząsnąwszy głową jakby chcąc wygnać z umysłu te myśli. Takie działania tylko napędzają cykl wzajemnej nienawiści. Muszą sami zrozumieć i dobrowolnie zaakceptować zmiany. Inaczej byłoby to jałowe i puste.


Wypuścił głośno powietrze z ust, padając na łóżko.


Sam już nie wiem- powiedział na głos kierując słowa do Mylo – I tak źle, i tak też niedobrze – Podparł się na łokciu i spojrzał na swojego niebieskiego towarzysza, gładząc go delikatnie po grzbiecie – Jakbym nie pomyślał zawsze znajdzie się jakaś luka w całej tej teorii. Czasami sam nie wiem czy Czysta Miłość ma prawo bytu w innym miejscu niż odizolowany klasztor.


Mylo wyciągnął się i pisnął zwijając w kłębek, merdając tylko ogonkiem. Uśmiechnął się pod nosem.


Gdy rozwinę swoje zdolności magiczne wszystko stanie się prostsze – rzekł z przekonaniem – Wówczas będą musieli mnie szanować. Oczywiście nie robię tego dla siebie, ale dla innych, aby móc im pomóc, chociaż oni myślą, że tej pomocy nie potrzebują – zaśmiał się pod nosem – Taka już jest nasza natura.


I z tymi słowami postanowił zasnąć, chociaż wiedział, że szybko to nie nastąpi.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 13 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52247
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.