Karczma Pod Bezgłową Damą

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Karczma Pod Bezgłową Damą

22 lis 2011, 23:17

Karczma Pod Bezgłową Damą

Obrazek
Obrazek
Bezgłowa Dama jest karczmą niemałą i bynajmniej nie sztampową. Jej podłoga jest pokryta płytkami, które wyczyszczone pięknie lśnią, a ściany zaś wzniesiono z tajemniczego kamienia o miłej strukturze podobnej do marmuru. Tak więc łatwo sobie wyobrazić, że wnętrze sporego młotka mogło wyglądać bardziej jak środek świątyni, niż gospoda. Mimo to pojawiały się tutaj elementy całkiem normalne dla karczmy, to jest długie stoły z ławami, może dwa czy trzy mniejsze stoliki, które zazwyczaj stały puste, ponieważ w Derin nikt nie lubił samotnie się bawić oraz kontuar, a za nim karczmarka, którą bogowie obdarzyli krągłymi kształtami i całkiem uroczą twarzyczką o pełnych ustach i dużych oczach.
W Bezgłowej Damie liczyły się trzy rzeczy: odpoczynek, zabawa i tańce. Derińczycy nie należeli raczej do ludzi, którzy by się upijali w co drugą noc, dlatego też w Młotku panował zazwyczaj spokój i śmiech. Bo czy było wspomniane, że mieszkańcy właśnie tego miasta są sławni nie tylko za swoje zdolności, ale i za niesamowite poczucie humoru i przyjazne nastawienie?
Drzwi parę metrów po prawej od lady prowadził do ciemnego korytarza, który łączył kilkanaście wolnych pokoi do wynajęcia. Były one schludne, od jednoosobowych do czteroosobowych, od skromnie urządzonych, do tych stworzonych z przepychem.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

06 lut 2013, 21:47

Trov nie mógł uwierzyć w to co widział. Całkiem spokojnie wszedł sobie do karczmy, a Ci prostacy wzięli go za potwora. Wiedział, że jego wygląd, a szczególnie aparycja, pozostawiała dużo do życzenia, jednakoż potwora nie przypominał. Mimo całego zamieszania, nastąpiła rzecz, która zamurowała go jeszcze bardziej: jakiś głupiec wyciągnął przeciwko niemu miecz. Ba! Nawet dwa.

– Jestem nieproszonym gościem, czy co? – zastanowił się Trov.

No ale cóż, osobnik z mieczami stał już naprzeciwko niego i najwyraźniej chciał z nim walczyć. Trov z pogardą popatrzył na jego błędy w technice. Po pierwsze, słabe ułożenie nóg – było widać, że przy pierwszym mocnym uderzeniu kolega się przewróci. Po drugie pysk. Lekko zadarty, oczy nie skupione na przeciwniku. I on ma z kimś takim walczyć? Bogowie, zmiłujcie się. Trov nie był co prawda wybitnym szermierzem, ale ojciec oraz paru nauczycieli nauczyło go naprawdę dobrej techniki.
Jak już postanowił, że nie będzie walczyć z tym prostakiem, ten się do niego odezwał. Chociaż Trov wciąż widział, że ten ma postawę obronną. Względnie obronną.

Co żeś za jeden? Czemu ludzi straszysz? Zachciało ci się karczmarkę pochędożyć, że przybyłeś do tej Karczmy? Pokaż swą twarz i się nie ukrywaj jeśliś nie wróg.

Nie musisz wiedzieć kim jestem – odparł mu lodowatym głosem – Ale chcę abyście wiedzieli, że nie przybyłem tutaj w złych zamiarach.

Po tych słowach atmosfera w karczmie wyraźnie się poprawiła, a napięcie zelżało. Trov wciąż jednak zauważał, że ludzie spokojni nie są. Postanowił jednak, że nie ściągnie kaptura, a tym bardziej bandany. Poczuł się trochę urażony tym, że został uznany za nie wiadomo jakiego stwora. Ostatecznie może ujawnić im cel podróży. Znaczy częściowo. To dziwni ludzie i nie chciał się od razu otwierać.

Opuść broń, człowieku. Chcę usiąść, coś zjeść i się napić. Przybyłem tutaj, aby wykonać moje zadanie. – powiedział do stojącego naprzeciw niego, wciąż przestraszonego, adoratora niezbyt rycerskich bójek.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

07 lut 2013, 00:54

Leonard kierowany doświadczeniem uciekł się do taktycznego manewru. Pośpiesznie wgramolił się pod stół tuląc kufel. Ofensywno-defensywna strategia "ślimak, ślimak pokaż rogi" polegała na atakowaniu kostek nieostrożnych biesiadników owym kuflem. Gdy kolejna zapijaczona ofiara zatoczyła się podskakując na jednej nodze intensywnie masując kostkę karczemny wojownik zainteresował się przyczyną zamieszania. "Potwora" zatrzymał tropiciel z którym siedział chwilę temu przy stoliku. Teraz stał z bojową miną i obnażonymi dwoma mieczami.

-Potwór nie potwór, byle by miał otwór… – Wymruczał pod nosem. To, że wszedł drzwiami, zamiast zrobić sobie własnych w ścianie czyniło z niego mało wiarygodne monstrum. Była też jedna rzecz, która nie dawała mu spokoju. Pan i władca Marvin wspomniał o klątwie… a raczej o czymś co sprytnie ją udaje. W takim razie klątwa musi być przykrywką dla czegoś większego. W takim razie potrzebować będzie wsparcia. Tropiciel , który zaprosił go do stolika wydawał się odpowiedni. Jednak on jeden może nie wystarczyć. I właśnie wtedy pojawił się "potwór". Wspominał coś o osobistym zadaniu, lecz odpowiednia motywacja może zdziałać cuda. Problem z tym, że żadna dobra nie przychodziła mu do głowy.

-Panie potwór. – Zawołał parodiując okrzyki motłochu. Zamachał do niego i mężczyzny z mieczami. Po czym wyczołgał się z pod stołu.– Sprawa jest. Jak nie masz złych zamiarów i chcesz to udowodnić to powinno cię zainteresować. Siadaj do dzbana. I ty bitny tropicielu. Mamy coś co powinniśmy ugadać. Spokojnie ludziska jako wasz najukochaniejszy zwalczyciel i pogromiciel monstrów i plugastwa orzekam co następuje: Nasz nowy przybysz nie objawia żadnych oznak wynaturzania i chęci czynienia krzywdy innym, co wyklucza go z szerokiego towarzystwa owych potworów, dziękuję za uwagę. – Po czym usiadł teatralnie z miną rasowego obrońcy prawnego.

-Interesujesz się zielarstwem Marvinie? Wyczuwam nutkę odprężającego ziela charakterystyczną dla osób lubiących puścić sobie czasem dymka. Ale nie zbaczajmy z tematu. No więc, na czym skończyliśmy? Podważałeś prawdziwość klątwy. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej, jeśli nie masz nic przeciwko powinniśmy wtajemniczyć tych dwóch chętnych do bitnych panów…
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

07 lut 2013, 11:42

MG


Karczmarka zbiegła do głównej sali akurat na czas, by zobaczyć widowisko, które tak ją zainteresowało. Kilka ław zmieniło położenie, jedna istotnie leżała przewalona jak drzewo w poprzek drogi. Fruwały kubki i ciężkie, cynowe kufle. Jeden nawet świsnął jej koło głowy, siejąc deszczem kropli wina.
– Stać! – wrzasnęła piskliwie. Musiała chronić swój interes. – Stać, mówię, kurwie syny! Jak siłę macie, coby się po mordach lać, to byście ściany na pięterku pobielili! Won mi stąd! Bić się na zewnątrz! To porządna karczma!
Iście, porządna. Nawet balię miała. Swoją drogą cud, że przemykający nagus w przepasce biodrowej podczas swojej przeprawy do wynajmowanego pokoju nie oberwał w łeb czymś ciężkim, co nagle doznało mocy lotu. Ciśnięte krzepką prawicą, rzecz jasna.
Miał szczęście, że nikt nie słyszy jego myśli. Rozmyślania o "Czystej Miłości w klasztorze" wywołałyby świńskie uśmiechy na połowie facjat w karczmie, obrzydzenie na ćwierci, a lubieżne uśmiechy na całej reszcie. Aż dziw brał, że chłopak w tym zgiełku w ogóle podjął decyzję o spaniu.

***

Zawsze, ale to zawsze, w każdej losowo wybranej karczmie znajdzie się chojrak gotowy strugać bohatera. Tak było i teraz. Zaszczytną funkcję przejął Kalen, zrywając się z miejsca i wyłuskując z pochew dwa ostrza.
Zaczął okrążać Trovsvarga łukiem, jakby szukając odpowiedniego miejsca, w które miałby mu przywalić.
Albo, według bardziej sarkastycznego obserwatora, jakby zmuszony został do przeprawy przez bagnisko szamba.
Nawet, jak przystało na chojraka, błysnął w swym mniemaniu genialnym, a według opinii publicznej głupawym dowcipem, suchym jak cała Pustynia Śmierci. Nagle mógł poczuć, jak coś ciężkiego kładzie mu się na ramieniu.
Dłoń.
Wielka jak bochen chleba łapa, przyczepiona do ramienia grubego jak udo sporej niewiasty, żeby zadbać o ścisłość. Cała wykończona nalaną, skrzywioną gębą zdradzającą skłonności do mordobicia.
– Panie rycerz, pan sobie usiądzie – powiedział nieoczekiwanie kulturalnym, aksamitnym głosem. – Skoro pan się żelastwem bawisz i wywijasz, my Potwora ubijemy. A pan schowaj te wykałaczki. Jeszcze komuś krzywda się stanie.
Atmosfera wyraźnie zelżała… W oczach Trovsvarga. Cichy szmer wywołany był czymś innym – był tu co najmniej jeden wieśniak z Mirran Toilt i kilka osób z okolicznych wiosek także nękanych przez Potwora. Widzieli go. Zarys szczupłej, barczystej postaci o przysłoniętej twarzy.
Pierwszy raz jednak słyszeli, by Potwór mówił. Nie wył, nie śmiał się ochryple – mówił. Kilka osób wzmocniło uchwyt na tym, co akurat pod ręką mieli.
A potem…
A potem byłoby w zasadzie po wszystkim. Jedno proste zdanie. Przybyłem tutaj, aby wykonać moje zadanie. Sześć słów, które zapewniłyby mu natychmiastową, niezbyt godną śmierć, gdyby nie Leonard.
Dziad najpierw zadziałał wedle instynktu, najwidoczniej podpowiadającego, że "Jak ktoś w ciebie czymś rzuca, to się schowaj. Może nie trafi". Zanurkował pod stół, natychmiastowo porzucając swojego towarzysza, który z braku laku wczołgał się za nim, roztaczając intensywny aromat ziół.
Swoją przemową wywołał coś w rodzaju niechętnego podziwu. Przynajmniej u Marvina. A także zaskoczenie czułym zmysłem powonienia i wręcz niespotykaną u zwykłego naciągacza dedukcją.
Podjął decyzję.
– Słuchaj no – szepnął, szarpiąc go za szatę na piersi. – Nie ma żadnej klątwy. Tak uważam. Klątwę musieliby zesłać bogowie, a oni… nie istnieją.
Przynajmniej według Marvina, który w nich sakramencko nie wierzył. O ironio, kiedyś, za czasów szczenięcych, został oddany na naukę do świątyni. Miał zostać kapłanem. Wykopano go za skrajnie ateistyczne poglądy, więc został lekarzem.
– Musimy się stąd wynosić – szeptał gorączkowo. Pachniał intensywnie miętą, anyżem, szałwią, lawendą i, cholera, czymś jeszcze. – Ci ludzie nas zabiją, rozumiesz? Nie przeciągaj struny, grajku.
Kilka sekund.
Wszystko potoczyło się w dosłownie kilka sekund. Marvin wymalował pięknie w mordę komuś, kto akurat miał fantazję zagradzać mu drogę i złapał dziada za brodę. Razem z nim rzucił się szczupakiem do ucieczki, roztrącając ludzi i stoły. Poślizgnął się na kałuży piwa, ale zachował równowagę i jakoś dopadł drzwi.
Miał jeszcze drugą rękę. Tak w sam raz, żeby chwycić Potwora za szmaty i pociągnąć za sobą. Drzwi, z przyczyny braków w wyposażeniu, zmuszony był otworzyć butem. Niemalże wyleciały z futryny, a oni trzej wypadli na zewnątrz.
– Macie konie? – wydyszał. – Musimy stąd wiać!
Obejrzał się przez ramię.
Kalen.
– No ruszże się! – wrzasnął wściekle. Przecież nie zostawi tu człowieka na pastwę pijanych gości karczemnych.

Trov, Leonardzie – jak widzicie, wynosimy się z karczmy. Trov, na przyszłość reakcje ludu pozostaw mi.
Kalen – na dobrą sprawę masz wybór, iść, albo nie iść. Ale "nieiście" równa się końcowi współpracy z nami i czułym tete-a-tete z mięśniakiem. Ach, i nie podobało mi się to określenie "epicki". Dbajmy o klimat.
Awatar użytkownika
Teris
Posty: 19
Rejestracja: 23 paź 2012, 19:03
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2289

07 lut 2013, 13:05

Z błogiej drzemki wyrwały go dźwięki tłuczonego szkła i krzyki. Teris otworzył jedno oko. Nadal spał w wozie Leonarda, jednak nie przypominał sobie by wcześniej ktoś szturchał go patykiem. Otworzył drugie oko. Gromadka dzieci wbijała mu cienką gałąź między żebra pytając się nawzajem: "żyje?". Jak niefortunnie się składało smyrali akurat miejsce, w którym miał największe łaskotki. Nie mógł powstrzymać niemal skrzekliwego śmiechu. Młokosy tego nie zrozumiały i uciekły z krzykiem w głąb karczmy ku zdziwieniu skrzydlatego elfa. Zwlókł się z wozu i postanowił wejść do karczmy, z której dobiegały niepokojące dźwięki. Nie miał do końca pojęcia co zrobić, a Leonard zapewne znajdował się w owym zajeździe, po uszy w tarapatach. Gdy już się zbliżał, drzwi otworzyły się z łoskotem. Wypadła z nich trójka ludzi.

–Leonard…?-. Tak to był on. Nie kojarzył nikogo z nowych towarzyszy Leonarda. Zdezorientowany ruszył za nimi. Okolica była przez niego nieznana, więc postanowił nie łazić samemu.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

08 lut 2013, 02:11

Leonard znalazł się w trudnej sytuacji. Mając do wybór utraty posklejanych resztek jedzenia, chrząszczy, błota, okruchów, własnego potu, cudzego potu, kropli deszczu, słomy, drzazg, śliny niewiadomego pochodzenia i coraz mniej dominującego elementu jakim był zarost tworząc istotę niemal doskonałą o własnej świadomości i ambitnych planach na przyszłość swoją jak również nienarodzonych dzieci nazwaną zgodnie przez społeczeństwo brodą, albo przymusowe przemieszczenie się w stronę wyjścia. Decyzja zapadła jeszcze zanim grajek zdążył wykrzyczeć: "Zapomniałem wina na drogę!". Zewnętrzne owłosienie dolnej części twarzy muzyka stało się zakładnikiem i latarnią prowadzącą do wyjścia przez labirynt spoconych ciał i elementów umeblowania karczmy. Opuścili przybytek w iście epickim stylu, wykopując drzwi. Grajkowi aż oczy się zaświeciły z podziwu. Zawsze chciał tak zrobić, lecz obecna sytuacja na to nie pozwalała. W tej niewygodnej pozycji poprawił dygocące od uderzania drzwi zbytecznym osobistym kopniakiem.

-Na cycki Lorven. Musisz mnie kiedyś tego nauczyć. Rozumiem, że masz powody do tak pośpiesznego opuszczania zacnej burdy. Poza bezpośrednim zagrożeniem życia oczywiście. – Uwolnił się z uścisku i potruchtał do zielonego powozu. – Tak mam konie, ba nawet dwa. Taki ze mnie… konniciel. –Wypiął dumnie pierś, gdy odwiązał konie i wgramolił się na miejsce. –Jeśli nie dysponujecie owym środkiem transportu to zapraszam, Teris zrób miejsce… Teris? – Zielony towarzysz przez większość drogi mało się odzywał bądź spał. Gdy dotarli na miejsce Leonard nie wiedział czy chłopak drzemie czy właśnie umarł. Postanowił więc zostawić gnijące truchło w wozie i wejść samemu do karczmy. I tak wystarczająco tu już śmierdzi i jeden trup tu czy tam nie zrobi różnicy. Widocznie jakiś nieśmiały miłośnik skrzydlatych elfów zabrał trupa na spacer w blasku księżyca prosto do ciemnej chaty gdzieś w towarzystwie rozkopanych grobów i mniej świeżych okazów. Wolał nie domyślać się co będzie dalej, lecz w takim stanie Terisowi będzie raczej wszystko jedno.

– Kto nie ma innego wyjścia, niech się ładuje. – Dał chwilę na wpakowanie się do dorożki po czym popędzał konie. Nagle dostrzegł skrzydlatą sylwetkę. Zawołał melfa po imieniu licząc, że ten popędzi co sił w nogach(lub poleci na ile skrzydła pozwalają) w stronę wozu.
Miał zamiar zmotywować nieco konie, mimo że mają za sobą długą podróż. Nieszkodliwy manewr retoryczny nie powinien im jednak zaszkodzić.
-EE, Frankiln! Jebany Grubas powiedział mi, że nie dasz rady już biec! Zawiodłem się na Tobie. Zwykle nie mam w zwyczaju faworyzować zwierząt ale nie zostawiasz mi wyboru. No chyba, że udowodnisz mi coś zgoła odmiennego. – Odpowiedziało mu parsknięcie, po którym nastąpił strzał lejcami mający zmusić konie do cwału.
-Gdzie teraz, Postrachu Framug, Marvinie Balistyczna Stopo?

///Zróbcie mi "zet te", gdy uznacie za stosowne.
Awatar użytkownika
Kalen
Posty: 32
Rejestracja: 17 sty 2013, 15:01
GG: 44935374
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2483

09 lut 2013, 11:06

K[/oldsize][/color][/i]

alen przez chwilę zwątpił w siebie. Nie wiedział czy ma zostawić swój ekwipunek, czy jednak ratować życie. "Raz rzyci śmierć". Postanowił wyrwać się z uścisku, gdyby się nie udało zrobi półobrót, a w ostateczności tnie mieczem w rękę przeciwnika, aby w końcu puścił. Wybiegł za drzwi karczmy. Widział biegnących niedawno poznanych ludzi. Ile pary miał w nogach ruszył za nimi. Zaczął ich doganiać co zawdzięczał sporemu zapasowi sił i swojemu dawnemu życiu w lesie przystosowanemu do poruszania się pieszo. Pot zaczynał spływać po czole, a płuca coraz trudniej wdychały powietrze, ale Kalen nie zwalniał i pędził prawie jak mały dyliżans.
-Czekajcie na mnie! – Krzyknął głośno i biegł dalej za nimi.
Zdążył na ostatnią chwilę wpakować się na dorożkę w momencie, gdy ona już ruszała. Usiadł sobie, aby zregenerować siły.
-Czuję nadchodzącą przygodę panowie – wtrącił Kalen po czym nałożył kaptur na głowę i starannie wręcz z matczyną miłością schował oba ostrza do pochwy.

C

hwilę odpoczął i zapytał się tajemniczego towarzysza:
-Masz jakiekolwiek dowody na to, że to nie jest klątwa? Jakieś poszlaki? Czy tylko gdybasz?
Utkwił spojrzenie na swych rękach i przez chwilę był wściekły, że zostawił tam rękawice i część swojego ekwipunku.
-To gdzie teraz zmierzamy? Może dobrym pomysłem byłoby wspólnymi siłami podjąć się tej klątwy?

//Zmieniamy temat? Ps. Wybaczcie, że krótko

[z/t]
Awatar użytkownika
Almor
Posty: 45
Rejestracja: 02 sty 2013, 19:12
Lokalizacja postaci: Złodziejewo
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39355#39355

10 lut 2013, 12:45

Almor nie mógł zasnąć. Czego by nie próbował odgłosy hucznej zabawy z dołu skutecznie mu to uniemożliwiały, a nawet kiedy ledwo co zmrużył oczy, w umyśle ukazywały mu się obrazy z dzieciństwa. Leżał więc w bezruchu, patrząc nieobecnym wzrokiem w sufit. Zerknąwszy na Mylo uśmiechnął się pod nosem. Niebieskie stworzonko smacznie drzemało pogwizdując cichutko.

Przynajmniej ty możesz spać – powiedział półgłosem i wstał z łóżka. Nie cierpiał bezczynności, a że sen ograniczał się w jego przypadku do zaledwie paru godzien, większość nocy widział jako marnotrawstwo cennego czasu. Jego organizm już przyzwyczaił się do krótkich wypoczynków, przez co nie odczuwał bardzo swojej bezsenności.

Otworzył szeroko okno wdychając nocne powietrze pełnią piersią. Usiadł na parapecie i wystawił nogi na zewnątrz zupełnie zapominając o fakcie, że jest całkiem nago. Dopiero gdy go przewiało tu i tam, przypomniał sobie o tym nieco krępującym fakcie, przywołując do siebie białą, cienką pościel, owinąwszy się nią. Siedząc tak i machając swobodnie nogami patrzył na pogrążone we śnie miasto. Oczywiście gdzieniegdzie paliły się światła, czasami ciszę przerywały okrzyki kłótni oraz zabaw, a przez zabłocone uliczki przenikały tajemnicze sylwetki.

Nagle zauważył jakieś cienie tuż pod oknem. Z początku sądził, że coś mu się przewidziało, lecz po chwili, wpatrzywszy się dokładniej, dostrzegł trójkę dzieci. Nie potrafił ocenić ile miały lat, jednak na oko z pewnością nie więcej niż on. Stawiałby na maksymalnie dwanaście. Dzięki światłu świecy z dolnego okna mógł ujrzeć ich brudne, acz niewinne, dziecięce twarze. Dziewczynka i dwóch chłopców. Cała trójka brodziła w błocie. Widział ten obraz już wielokrotnie. Począwszy od swych rodzinnych stron, a skończywszy na tym miejscu. Zresztą. Czy samemu nie był właśnie kimś takim? Zapewne gdyby nie mnisi i ich opieka też samemu skończyłby gdzieś w jakieś brudnej uliczce trzymając się ledwo przy życiu. Nie był bardziej wyjątkowi niż oni. Ten widok sprawił, że zaszkliły mu się oczy. Chciałby móc pomóc. Wszystkim bez wyjątku. Dać chociażby nieco ciepła.

Przepraszam, ma coś pan coś jedzenia? – usłyszał dziecięcy głosik i zorientował się, że należał od do jednego z chłopców. Zdawał się być najstarszy z całej trójki, a na jego twarzy widniała determinacja wraz z odwagą.

Żaden ze mnie pan – zaśmiał się wyciągając rękę do tyłu. Nie napoczęty bochenek chleba zadygotał na półmisku i trafił posłusznie do jego ręki – W zasadzie to jesteśmy bardzo do siebie podobni - Uniósł kąciki ust do góry w skrytym uśmieszku – Na bardzo wielu płaszczyznach.


Zamiast zrzucić bochenek posłał go delikatnie na dół prosto w dłonie zdziwionego chłopca patrzącego na to szeroko otwartymi oczami.


Jesteś czarodziejem? – spytał bez ogródek zaciekawionym, nieco podekscytowanym tonem. Zapewne pierwszy raz w życiu miał doczynienia z magią. Nawet w tak skromnym wydaniu, jakie reprezentował obecnie Almor.


Ten natomiast zaprzeczył potrząsnąwszy głową.


Nie, nie jestem czarodziejem.


Jeszcze – dodał w myślach.


Jesteście sierotami, czyż nie?


Ich milczenie było wystarczającą odpowiedzią.


To smutne – szepnął odwracając wzrok i kierując go w stronę srebrzystego księżyca – Bardzo – powtórzył spinając brwi.


Cóż z tego, że da im chleb – mógłby nawet ofiarować i nieco pieniędzy, ale los obejdzie się z tymi sierotami w sposób iście okrutny. Kto wyciągnie ku nim rękę? Kto im pomoże? Nie mając żadnych specjalnych właściwości ani uzdolnień byli skazani na powolną wegetację. Ich jedyną szansą na lepsze jutro byli ludzie wrażliwi na krzywdę drugiego człowieka. Lecz skąd pewność, że ktokolwiek taki pomoże akurat tej trójce? Jego obowiązkiem im pomóc i uczynił to, aczkolwiek…czy ta pomoc nie była zaledwie przedłużeniem ich cierpienia? Nie lepiej byłoby je zakończyć?


Powstrzymał te myśli i wrócił do pokoju, zamykając szczelnie okno. Nie mógł tu zostać ani dłużej. Nie chciał. Szybko się ubrał, zbudził Mylo i opuścił gospodę, płacąc zdziwionej właścicielce. Ruszył zgodnie z jej słowami w stronę traktu kierując się ku Wolenvain.



z/t
Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

10 lut 2013, 20:31

Trov nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Zmęczony po długiej podróży wszedł do karczmy, a ludzie tam zebrani, nie tylko uznali go za jakiegoś potwora, ale także zagrozili, a przynajmniej próbowali zagrozić, jego życiu. To było dla niego nie do pomyślenia – przecież on przyszedł tylko, aby sobie zjeść i się dobrze napić.

Na dodatek, został praktycznie siłą z tej karczmy wyjęty. Ba! Wręcz wyrzucony. Jednakoż rozumiał decyzję towarzyszy. Tłum nie okazał się na tyle pokojowy, jak myślał Trov. Przepadło mu dobre jedzenie i zimne piwsko, jednak najprawdopodobniej uratował życie. Bo – nie oszukujmy się – nawet on nie dałby rady całemu tłumowi ludzi.

Tuż po spektakularnym opuszczeniu karczmy, jego nowo poznani towarzysze zaczęli wdrapywać się na wóz. Jemu także to zostało zaproponowane, lecz przecież miał tutaj swojego konia. Gwizdnął szybko, w sposób, który tylko on potrafi (połykanie oliwek, zwijając język w trąbkę, swoje robi) i czekał dosłownie krótką chwilę, jak tuż przy nim pojawił się Ikvma. Jeżeli trwałoby to chwilę dłużej, najprawdopodobniej zgubiłby towarzyszy. Na szczęście szybko wdrapał się na konia i ich dogonił. Poruszali się dosyć szybko, co zaniepokoiło Trova, bo jego nie chciał zamęczyć swojego konia. Jednak nie miał innego wyjścia. Postanowił jechać obok nich, nie mając pojęcia dokąd.

[z/t]
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

10 lut 2013, 21:03

Cała czwórka– Marvin, Leonard, Kalen i Teris – wpakowała się na wóz. Leonard nawet dowiódł po raz kolejny swoich niezrównanych talentów, którymi zmusił dwa oporne, grube koniki do ociężałego truchtu. Marvin, mimo całej sytuacji, na całe gardło ryknął śmiechem, słysząc przezwisko.Wóz powoli zaczął ruszać, stopniowo przyspieszając.
– Kieruj się w stronę bramy miejskiej, Leonardzie – powiedział mężczyzna. – W stronę traktu. Musimy… wyjechać. Do Mirran Toilt. A przynajmniej ja tam jadę, więc właśnie tam proszę mnie wysadzić. Lub chociaż tak blisko wsi, jak tylko jesteś w stanie, unikając pogoni z widłami – mruknął odrobinę bardziej proszącym tonem.
Zagryzł wargę.
– Po czym wnioskuję, że to klątwa? – prychnął. Wskazał cwałującego obok wózka Trovsvarga na koniu. – A co, wygląda ci na potwora? Na mój gust nie przypomina żadnej bestii. Rzekłbym, że całkiem gładki z niego młodzieniec, chyba że ukrywa coś paskudnego na twarzy.
Zawiesił wzrok odrobinę dłużej, niż trzeba było. Cóż, nie muszą…. Naprawdę nie muszą o tym wiedzieć. To wręcz niewskazane. Mogliby się…
Hm.
– Dowody, że to nie klątwa? Mówimy tu o klątwie bogów. BOGÓW – podkreślił dwa razy. – A bogowie, cóż, nie istnieją. Strzelcie mnie w mordę, panowie, jeśli jesteście wierzący, ja w bogów nie wierzę. Widział któryś z was kiedykolwiek boga? Zakładam, że nie. A zatem nie może istnieć coś, czego fizycznie nie sposób doświadczyć.
Jak zwykle przy okazji takich rozmów, w niespotykanie ładnych, jasnych oczach Marvina zapaliły się błyski. Kaptur nieuważnie zsunął się odrobinę, mogli zauważyć czuprynę długich, słomianych włosów i lekki, miękki zarost odcieniem przypominający dorodną pszenicę.
– Zawsze zakładam najbardziej logiczne rozwiązanie. Jestem… hm. Jestem medykiem. Dlatego też każdy problem traktuję jak chorobę – najpierw trzeba obejrzeć chorego, określić przyczyny, a dopiero potem dobierać medykamenty. Nie zaleczymy wszystkich chorób ślepą wiarą w bogów!
Żar. Miał w oczach prawdziwy żar.
– Najpierw oględziny – powtórzył. – Dlatego zamierzam udać się do tej wioski i sprawdzić rzecz naocznie! Was nie proszę o towarzystwo… Nie śmiałbym wplątywać uczciwych ludzi w podobne przygody.
Blef.
Właściwie to liczył na ich pomoc. Ale naprawdę nie chciał pchać ich w coś, co mogłoby zakończyć się źle. Musieliby podjąć decyzję wszyscy razem.
Z tyłu dobiegały krzyki. Kilku podchmielonych śmiałków uzbrojonych w co popadnie chyba postanowiło ścigać potwora. Łącznie były to cztery osoby ewidentnie płci męskiej, poruszające się ruchem niezbyt skoordynowanym, ale za to przynajmniej do przodu.
– Panie potwór… – zaczął Marvin. – Może lepiej by się pan przedstawił, dla wygody? Jeśli nie chce pan mieć nic wspólnego z nami, polecam panu jak najszybciej uciekać… Ludzie tu nerwowi.
Dopiero wtedy usłyszał to, co powiedział Kalen.
– "Podjąć się tej klątwy"? – prychnął. – A co, rycerzu, przepraszam bardzo i z całym szacunkiem, chcesz zrobić z klątwą? Podejść i "Hejże, klątwo! Złaźże no na dół z dachu karczmy, bo mam fantazję strzelić cię w pysk". Klątwy. Nie. Ma.
Ostatnie słowa wręcz wycedził. Nie znosił zabobonu i ciasnych umysłów.
– A przynajmniej my nie jesteśmy w stanie walczyć z klątwą. Jeśli walczyć… To z czymś realnym. Najpierw oględziny. Potem medykamenty. Jak już powiedziałem, nie chcę wpędzić kłopoty żadnego z was. Jeśli pójdziecie ze mną, musicie być gotowi na… Na… Na różne rzeczy.
Jedna z "różnych rzeczy" nastąpiła, gdy tylko wtoczyli się wozem na trakt. Nie jechali nawet pięciu modlitw, gdy jeden z koni zarżał nagle. Coś strzeliło przy kole a potem… Wóz stanął i rozkraczył się jak dziwka nad latryną. Lewe koło odpadło i żałośnie potoczyło się do przodu, a potem z głuchym łupnięciem padło.
– Żadnej klątwy nie ma – powtórzył Marvin. Ale jakoś tak mniej pewnie.

Teris, Leonard, Kalen, trov – z/t.


Chłopaczorki!
Niniejszym ogłaszam – rozpierdolił Wam się wóz, a za Wami biegnie pościg. :)
Jak się dotoczycie dalej, to ja tego jestem równie ciekawa, co Wy. Akcja przenosi się na trakt Iquański, tam też proszę odpisywać, utrzymując TEMPO.
Kolejność odpisywania na razie dowolna.
Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

07 kwie 2014, 21:45

Karczma pod Bezgłową Damą. Z tego co pamiętał, było tutaj bardzo przyjemnie i spokojnie. Zostanie tutaj jakiś czas, być może Keria trafi tutaj. Szansa na to była spora, zważywszy na to, że chciała gdzieś odpocząć. Chociaż mogła nie znaleźć tej gospody i zwyczajnie wrócić na szlak i nocować pod gołym niebem. Sama mówiła, że woli spać poza miastem. Drasim porzucił rozmyślania nad dziewczyną, ściągnął kaptur i ruszył w stronę oberżystki. Tam zamówił sobie kubek wina i poszedł w stronę jakiegoś samotnego stolika by nikt mu nie przeszkadzał. Skoro jasnowłosa gdzieś zaginęła, to czekając na nią mógł zająć się czymś pożytecznym, w jego mniemaniu. Już jakiś czas temu myślał o pewnym zagadnieniu, teraz miał okazję by bliżej je zgłębić.

W końcu udało mu się znaleźć mały stolik, gdzie rozsiadł się i pociągnął łyk wina z kubka. Dawno już nie próbował nauczyć się czegoś nowego, związanego z magią. Jego wspomnienia powróciły do pracy w przytułku. Wielokrotnie widywał tam ludzi, którzy w wyniku jakiegoś wypadku tracili różne członki. Nie mogli już wrócić do dawnych zajęć, chyba że stratą był palec, bez którego mogli się obejść. Wiadomo było, że kończyny nie odrastają w żaden sposób. Zielonooki wierzył jednak, że za pomocą magii można dokonać wielu rzeczy. To byłby kolejny krok w stronę ulepszania życia, niektórym ludziom. Czarnowłosy pragnął nie tylko wiedzy, ale również lubił leczyć ludzi. Miałby wielką satysfakcję, gdyby udało mu się zrobić coś takiego. Sprawić by kończyna odrosła. Choćby jeden mały palec. Stanowiłby dowód, że coś takiego jest możliwe. Jeśli możliwe jest by po świecie chodził ktoś o takiej rasowości jak on, to możliwe również było wyhodowanie nowej ręki, na przykład. Do tego jednak była droga długa i kręta, więc musiał zabrać się do roboty. Nie oczekiwał, że od razu mu coś wyjdzie, co to, to nie. Musiał jednak próbować.

Drasim usiadł wygodnie, kij oparł obok siebie o ścianę i wyciągnął jednego szylinga ze swojej sakiewki, natychmiast zamykając monetę w dłoni. Co on chciał właściwie zrobić? Najpierw musiał wszystko dobrze zaplanować i wiedzieć co dokładnie chce osiągnąć. Uzdrowiciel wiedział, że z niczego nie da rady wyhodować nowej kończyny. Musiał mieć jakiś budulec by to uczynić. Nie da się zrobić czegoś z niczego. Zamierzał zbadać dokładnie strukturę trzymanego w dłoni srebrnika. Niby wiedział z czego jest zrobiony, ale nie o to do końca chodziło, a przynajmniej tak sobie czarnowłosy umyślał. Chciał go po prostu zmienić w kość, którą następnie mógłby uformować i "umocować" do brakującej kończyny. To był tylko pierwszy etap. Łatwo było powiedzieć, ale znacznie trudniej było zrobić coś takiego. Pierwszym krokiem była zmiana tego szylinga w cokolwiek innego. Niebieskooki specjalnie wziął na początek coś tak małego.

Uzdrowiciel sięgnął do swojego źródła magii i złapał moc by zrobić z niej użytek. Do swojego eksperymentu zamierzał wykorzystać swoją wiedzę i poznane już wcześniej zaklęcie, które pozwalało mu na dokładne zbadanie ciała pacjenta. Ten czar należało trochę teraz zmodyfikować by dowiedzieć się jak zbudowana jest dokładnie ta moneta. Znając strukturę tego srebrnika mógłby nakazać magii przebudować ją w inną znaną rzecz. Posłał więc niewielką część swojej mocy i rozkazał jej wniknąć w głąb trzymanej monety. Po krótkiej chwili zamierzał wyciągnąć energię z powrotem by ta przekazała mu wiedzę dotyczącą trzymanego przedmiotu. Całość wykonał tak samo jak przy znanym mu zaklęciu rozpoznania. Tym razem jednak kazał wnikać magii głębiej niż kiedykolwiek. Wszystko robił bardzo powoli i ostrożnie, korzystając z niewielkiej ilości magii. Rezultaty były trudne do przewidzenia. Najpewniej nic się nie stanie, a Drasim nie dowie się niczego nowego. Jednak chciał spróbować. Aktualnie nie miał nic lepszego do roboty, więc równie dobrze mógł pomarnotrawić troszkę mocy na małe eksperymenty przed snem. Szukaniem pracy być może zajmie się jutro.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Xariel
Liczba postów: 52170
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.