Targ

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Targ

27 lis 2011, 23:33

Targ

Obrazek
Czym byłoby Derin bez swojego targu? Chociaż nie jest tak wielki jak ten w Wolenvain, to taki się wydaje. Może dlatego, że rządzi na nim prawdziwy chaos, który jest tylko z pozoru chaosem? Z pozoru, ponieważ nic tutaj kupcom nie ginie i nie ma też żadnych problemów ze strażą miejską. Mimo to wszystko wydaje się tutaj być przypadkowe, zarówno położenie straganów jak i kształty uliczek między nimi. Pomiędzy kramami oraz przechadzającymi się ludźmi przepychają się ucieszone dzieci, które zazwyczaj bawią się w chowanego dopóki zirytowani krzykami kupcy ich nie wypędzą.
Targ w Derin charakteryzuje się dużą popularnością, zwłaszcza wśród handlarzy z Wolenvain, którzy fatygują się często aż tutaj by dowieźć do swojego miasta najlepsze towary. Racja, nie można tu znaleźć wszystkiego, ale co od wszystkiego to do niczego, prawda? Na tym targu można znaleźć wszystko, co jest związane z przeróbką materiałów takich jak drewno czy metal. A dalszej części targu, tej najbliższej brzegowi jeziora Iqua, znajduje się więcej straganów rybaków.
Chociaż mimo swojej specyficzności, dzięki oferowaniu najlepszych towarów w swojej dziedzinie, miejsce to przyciąga pod koniec tygodnia wielu podróżnych i handlarzy. Dlatego też trudno w te dni w ogóle przepchnąć się między niektórymi alejkami targu. Trzeba uważać na kieszonkowców, chociaż Deeczeńczyków o lepkie ręce oskarżyć nie można…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Aredhel
Posty: 20
Rejestracja: 22 gru 2012, 20:47
GG: 7670338
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39171#39171

14 sty 2013, 18:03

Wysłuchała tego co miał do powiedzenia… Mina jej trochę zrzedła. Dom… Słowo, o którym próbowała zapomnieć. Ona nie miała już teraz domu, do którego warto byłoby wracać. Zostawiła go za sobą, bo za dużo było w nim wspomnień. Ruszyła przed siebie, chcąc dojść do czegoś sama. Może kiedyś zechce mieć dom i mieszkać w nim z kimś, ale na pewno nie był to ten czas. Nie. Jednak, potrafiła zrozumieć co Karm miał na myśli, bo podobno nigdzie nie jest tak dobrze jak w domu. Coś było w tym powiedzonku. Westchnęła cicho i rozejrzała się, kiedy znów ruszyli przed siebie, tym razem powoli udając się w stronę końca targu. Nadal wzbudzali uwagę, ale jakoś oboje przestali się tym przejmować, skupiając się na rozmowie.
Nie wiem dokąd się udam. Pewnie tam, gdzie mnie nogi poniosą. Nie mam konkretnego celu w swej podróży. Chcę zobaczyć świat, chcę doskonalić swoje zdolności. Dlatego nie mogę siedzieć w jednym miejscu.
Jakby w między słowach zawarła przesłanie, że dlatego też nie może mieć swojego domu.
Nie wiem kiedy znów się spotkamy, ale kiedy to nastąpi chętnie zobaczę las i ten dom, o którym mówisz…
Uśmiechnęła się blado. Spojrzała w nieco zachmurzone niebo i znów narzuciła kaptur na głowę. Może po prostu ruszy tym traktem wiodącym od miasteczka? Zapewne dojdzie do następnego, może tam także spotka kogoś ciekawego jak jej wilkowaty towarzysz? Zamyśliła się na moment…
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

17 sty 2013, 15:44

Ajlin wyjechała z Wolenvain. Wcześniej oczywiście odpowiednio zajmując się chorym chłopcem, u którego rodziny za umową koczował jej wierzchowiec i u których zagrzewała niewielki kąt jedynie nocami, gdyż dnie spędzała w bibliotece. Naturalnie przełożyło się to na jej aparycję. Dwa sine wory pod oczami i czerwony, łechtany chłodem nos rzucały się w oczy pomimo naciągniętego na głowę kaptura.
Nie śpieszyła się z podróżą. Orczy wół na którym się przemieszczała był wyjątkowo krępym i obszernym stworzeniem, na tyle, że ona sama mogła się wygodnie na nim rozłożyć, trzymając lejce jedynie dla proformy. Stworzenie było bowiem wytresowane, a droga prosta, więc większość podróży mijała jej na tym, że skrzętnie przeżerała się przez lekturę dotyczącej anatomii. Jeszcze raz przerabiała dział dotyczący kończyn górnych, czyli rąk uważnie po przeczytaniu każdego fragmentu i przyswojeniu obrazka zlustrować wiedzę na swoim ciele, a przynajmniej w takim stopniu na jaki jej to wystarczało. Macała swoje paliczki, dotykała tętnic, przyglądała się żyłom i ruchom kości palców.


Ostatecznie dojechała do miasta zagłębiając się coraz to bardziej i bardziej w jego głąb bujając się na grzbiecie ospałego woła. Ściągnęła kaptur strasząc brakiem snu i ziewając co jakiś czas. Lejce trzymała krótko, a laską trzymaną w dłoni zgrabnie odpychała tych, co mieli zamiar wchodzić pod kopyta. Wół nie był jakoś strasznie szeroki, nadpobudliwy…Ospale kroczył do przodu, a Ajlin na nim. Ludzie odsuwali się mimochodem ustępując miejsca. Niejeden bowiem wóz się tędy przewijał. Byli przyzwyczajeni, w końcu był to Targ!
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam…Karm…? – Mówiła do kolejnych indywidualnych jednostek. Nie uśmiechało jej się schodzić, gdyż pora roku i pogoda nie sprawiały, że ziemia była sucha i ciepła. W każdym bądź razie przemieszczała się aż ujrzała znajomą sylwetkę. Znajomą kupę ciemnego futra. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy była już pewna swego założenia. Podniosła rękę z laską ku górze i zamachała nawołując donośnie.
-Karm! Karm! Kaaarm! – Naładowana pozytywną energią mimo wszystko postanowiła zeskoczyć ze swego "rumaka" i ciągnąc lejce podbiegła. Wół zamruczał niezadowolony przyśpieszając kroku. Kot siedzący na zadzie zwierzęcia zsuną się z jazgotem na ziemię i patrzył spode łba na całą sytuację. Ludzie zaczęli się oglądać, gdyż kobieta wykrzykiwała coś o karmieniu. Co poradzić. Pewnie jakaś chora.
W każdym bądź razie Ajlin bezceremonialnie rzuciła się na futrzastą szyję Karma nie bardzo zważając czy ten coś trzyma, czy morze nie, puszczając wcześniej wodze, tak, że jej zwierzaki zatrzymały się kilka kroków od nich.
-Jak miło widzieć znajomy…pysk. – Zsunęła się po wybuchu euforii na ziemię, poprawiając nieco włosa swego, jak i dopiero teraz orientując się, że jej towarzysz z…kimś chyba rozmawiał i był. Głupio się jej zrobiło.
-Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłam…– Dodała mimochodem to do wilka, to do kobiety, która przy nim stała i z którą rozmawiał.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

18 sty 2013, 22:15

Wysłuchał słów kobiety, patrząc gdzieś w dal, daleko poza cały ten targ. Nawet nie kiwał głową, nie mruknął, że rozumie, nie odzywał się, słuchał. Doskonale wiedział, o czym Aredhel mówiła. Wiedział, jak to jest. Rozumiał ją.
Tam, gdzie nogi poniosą, przed siebie. Iść, nie oglądać się do tyłu. Poznać świat, ten możliwie jak najbardziej dziewiczy. Uczyć się, po prostu żyjąc. Podróżując. Zawsze tak żył. Ten jednoroczny, na razie, pobyt w chacie, to z całą pewnością tylko przystanek na całej trasie jego życia. Mały punkt, wśród tysięcy innych. Być może nie był jeszcze tego świadomy, ale tak naprawdę było. Mógł się sobie tłumaczyć, że chce się zatrzymać, żyć tam już na zawsze. Nikt mu tego nie zabroni. Ale przyszłość i tak ukaże prawdę, bez względu na to, co on sądzi.
Kobieta była do niego widać bardzo podobna. Czyżby to odmienność decydowała o naszym charakterze? Czy bycie z zewnątrz takim samym, jak pozostali wokoło, oznacza, że takim też jest się w środku? Ludzie są tacy krótkowzroczni, jeśli chodzi o inne rasy, zamknięci na nie i żałośni w tym, co im okazują, tylko dlatego, że sami otaczają się tylko swoimi krewnymi? A ktoś taki, jak Karm czy Aredhel są zdolni rozumieć siebie nawzajem tylko dlatego, że nikim się nie otaczali? To stawia ludzkość i wszelką nieludzkość w trochę niesympatycznym świetle…
- Po co czekać? - rzucił po chwili milczenia na ostatnie słowa czarnookiej, wyrwawszy się z potoku tych wszystkich myśli - To trochę daleko, ale i tak nie wiesz, w którą stronę iść. Możemy wyruszyć w tę podróż razem… - ledwo zdążył wypowiedzieć ostatnie słowo, gdy jego uszu dobiegł znajomy głos. Trochę inny, bo zniekształcony setkami innych z okolicy, które od pół godziny, a może już półtorej, starały się mu wywiercić dziurę w głowie.
Usłyszał już za pierwszym razem, na co gwałtownie odwrócił się w kierunku źródła hałasu. Jednak jego imię zostało kilkakrotnie powtórzone. Przez znaną mu kobietę na znanym mu wole, rozgarniającą jakimś drzewcem tłum bez żadnych skrupułów. Ajilin. Jaki ten świat mały…
Nie zdążył się odezwać, zanim kobieta przywitała go zaskakującym gestem – a mianowicie uwiesiła mu się na szyi. Aż go trochę cofnęło!
- Siwa! - tylko tak potrafił zareagować, gdyż głos utkwił mu na kilka sekund w gardle. Po nich zdziwienie minęło i wybuchnął śmiechem. Bynajmniej nie nerwowym. Rzadko, a właściwie nigdy, mu się jeszcze nie zdarzyło, by ktoś okazywał mu jakiekolwiek przyjazne, widoczne tak otwarcie, emocje. Nawet nie chciał patrzeć na twarze osób, które obserwowali to zjawisko – ludzką kobietę, rzucającą się na wilkołaka nie po to, by go udusić, a po to, by go przywitać.
Odwzajemnił uścisk najlepiej, jak umiał – czyli kładąc dłoń, w której miał tylko sakwę, na plecach nowoprzybyłej, i pocierając koleżeńsko kilka razy (zawsze to lepiej, niż obsmarować plecy znajomej jakimś mięsem).
- To Aredhel, pomogła mi bardzo… tutaj. - powiedział, zerkając na sekundę w stronę jakiegoś pobliskiego stoiska z rybami i jakimiś zielonkawymi serami tuż obok, po czym obrócił się wokół własnej osi, by pokazać swój nowy nabytej na plecach - I teraz mogę iść na polowanie, hah!
Tak właściwie, to otaczający ich ludzie już dawno przestali dla niego istnieć. Starał się zapomnieć o bólu głowy, o tych wszystkich dręczących jego bębenki głosach, o zaduchu, chaosie, braku powietrza… Nie zwracał uwagi na spojrzenia i szepty. Oczywiście nadal pragnął znaleźć się jak najdalej stąd, i to szybko. Ale nerwowość gdzieś zniknęła.
- I mam coś dla naszego nerwusa… - wspomniał, mając na myśli Ari, choć pasowało to również do Izydora [b]- A gdyby nie ona, już przy pierwszym stoisku wyciągnęliby ode mnie wszystkie monety. – nie kłamał, wszak było to całkiem prawdopodobne. Był jej naprawdę wdzięczny i wolałby mieć możliwość się jakoś odwzajemnić już teraz, niż czekać do następnego spotkania. Którego mogło już przecież nie być. Tacy jak oni rzadko zatrzymują się w jednym miejscu. Coś o tym wiedział.
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

21 sty 2013, 09:22

Kiedy to kobieta wisiała przez krótką chwilę na szyi włochacza poczuła jak wielka łapa ląduje na jej plecach i odwzajemnia radość z widzenia się. Siwa często bardzo emocjonalnie podchodziła do spotkań ze znajomymi czy przyjaciółmi, bo w końcu nie raz bywało, że widziała ich co kilka razy do roku bądź rzadziej, a większość czasu spędzała w osamotnieniu pod swym namiotem na pustyni, co ni w ząb nie pasowało do jej towarzyskiego charakteru.
W każdym bądź razie ostatecznie postawiła swe kończyny na ziemi, spojrzała na Aredhel, bo tak też zwała się kobiecina która dopomogła wilkowi. Wiedźma pochyliła nieco głowę, w geście przywitania się.
-Niezmiernie mi miło, Mów mi Siwa i…jestem Ci wdzięczna, Aredhel i mam nadzieję, że nie przysporzył Ci wielu kłopotów. Karm potrafi być nieco nieporadny, lecz serce ma wielkie i to nie tylko z powodu swojej postury. – Mówiła, jak matka usprawiedliwiająca syna, który sprawił kłopot sąsiadce. Czyniła to w sposób naturalny i niewymuszony. Jakby nie było mieszkała z wilkołakiem przez kawał czasu pod jednym dachem przez kilka miesięcy i zdążyła się zżyć z futrzakiem. Może to dlatego, że zawsze miała słabość do futerkowych żyjątek? Być może.
-Polowanie! Ach, nawet nie masz pojęcia, przyjacielu, jak bardzo tęskniłam za jadłem które z lasu znosiłeś…Kot mój zaopatrzał mnie w zwierzynę mniejszą w gabarytach i raczej zaspokajającą jego własne potrzeby, a gospody i karczmy…tu chyba nie muszę nic dodawać. Wszyscy wiemy, jak lekka potrafi być sakiewka po wyjściu z takowego…–Tutaj może kobiecina przesadzała, jednak w jej odczuciu tak też sprawa wyglądała. Na pustyni panowała swego rodzaju solidarność. Wielu dzieliło tam się z kimś jedzeniem, czy też wodą w zamian za jakiś drobiazg, czy też przysługę, toteż uzbieranie pieniędzy na podróż do miasta zajęło Ajlin nieco czasu i z niezadowoleniem stwierdziła ostatni czasy, że jej fundusze się niemal wyczerpały o czym zresztą nie omieszkała wspomnieć. Jaką by była kobietą gdyby nie narzekała na swe bolączki?!
-Na pewno będzie zadowolona, zakładając, że jest w stanie doznawać takiego…stanu. Choć, jeśli potrafi być tak bojowa, to zapewne i szczęśliwa również. I kupcy…Ach chyba bardzo dobrze Cię rozumiem. Potrafią być wyjątkowo…hm., no nie wiem jak to określić, lecz ciężko z nimi się dogadać, zwłaszcza, jak nie jesteś zbyt tutejszy i obeznany we wszystkim. Mi jakiś czas temu próbowano wcisnąć pled za 10 szylingów! Czy ja naprawdę wyglądam tak naiwnie? No ale mniejsza. Prawda jest taka, że nawet gdybym chciała dać zarobić jakiemu handlarzowi na chwilę obecną mogłabym go jedynie uraczyć mymi oczami…
Awatar użytkownika
Artemus
Posty: 38
Rejestracja: 14 maja 2012, 16:03
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1977

30 kwie 2013, 00:39

Podkład

Życie upływało mu na myśleniu. Rozważaniu. Zawsze był człowiekiem o skłonnościach do refleksji – w wolnych chwilach puszczał myśli własnym biegiem, pozwalając im błądzić po ciemnych zakamarkach umysłu, do których świadomość nie zapuszczała się samoistnie. Niektórzy uznaliby to za zły nawyk, użalanie się nad sobą czy poświęcanie czasu na coś zgoła nieistotnego, ale nie można było pozbyć się łatwo czegoś tak skomplikowanego.

Rozpamiętywanie, ożywianie upiorów przeszłości, rozdrapywanie zabliźnionych ran – jakkolwiek by to nazwać – w istocie mogło być szkodliwe. Niejednokrotnie myśli wygrzebywały ze swoich odmętów rzeczy, które sprawiały, że zaczynało boleć go serce. Było to nieuniknione; działo się tak praktycznie zawsze. Powracały nawet sprawy dawno zapomniane, jakoby zamknięte i całkowicie nieistotne. Wszystko to kształtowało, czy może raczej odkształcało psychikę człowieka, z jednej strony wzmacniając ją i uodparniając, a z drugiej rozdzierając od środka. Ciężko było nazwać go kimś nieprzyjemnym czy nieszczęśliwym, ale dopadały go chwile melancholii, gdy pozostawał samotny przez dłuższy czas i nie zajmował się niczym konkretnym. Ale były też rzeczy – myśli – które sprawiały mu przyjemność, czyniły radosnym, wtedy mimowolnie na jego ustach pojawiał się uśmiech. Jak na razie utrzymywał względną równowagę.

Zdarzało się, że czuł się samotny. Wobec ludzi był miłą, wykazującą się empatią osobą, ale mimo to nie zdołał, jak dotąd, zjednać sobie nikogo na dłuższy czas. Bywały momenty, gdy był tego bliski, ale za każdym razem dziwnym zrządzeniem losu tracił szansę, nie zawsze ze swojej winy. I nawet nie chodziło o miłość, ale zwyczajną przyjaźń.

Miłość. Utrata. W ciemności ukrył twarz w dłoniach, zamykając oczy. Poczuł ból silniejszy niż dotychczas. Znów uświadomił sobie to, co go spotkało i ponownie przeklinał swoje natrętne myśli. Nigdy się z tym nie pogodził, chociaż rozsądek i wszystko, co logiczne nakazywało, by tak zrobić. Ale on nie potrafił. To wciąż powracało. Nie mógł zrobić nic, więc myślał – przeżywał wszystko na nowo, od początku do końca. A zakończenie wciąż było to samo i nikt, nawet sami bogowie nie potrafili tego zmienić.

Dotarło do niego, niespodziewanie, jak bardzo potrzebuje kogoś, kto zająłby puste miejsce w jego sercu. Kobiety, które spotykał, z którymi rozmawiał, a czasami nawet i sypiał nie były w stanie wypełnić tej pustki. Dlaczego nie zdołał żadnej z nich zatrzymać przy sobie na dłużej? Kolejne nieszczęśliwe zrządzenie losu – za każdym razem, gdy wydawałoby się, że wreszcie zaangażuje się w coś poważniejszego coś nie wychodziło, nie zawsze z jego winy. Myśli podążyły dalej tym tropem, otwierając kolejną furtkę. Przypomniał sobie kobietę, którą spotkał prawie rok temu; mimo tego, jak intensywnie się nad tym głowił, nie mógł wydobyć z odmętów pamięci jej imienia. To dziwne, bo rysy jej twarzy zapamiętał niemal idealnie. Tak samo jak ogólny wygląd. I zawód. Była, zdaje się, artystką cyrkową i, co ciekawe, podróżowała sama. Wystarczył rzut oka, by Talleyrand się nią zainteresował, co nie było wyjątkiem, ale po bliższym poznaniu – choć nie do końca bliskim, w każdym razie nie takim, jakiego by sobie życzył – jego zaintrygowanie nie zmalało, wręcz przeciwnie, rosło z każdą chwilą rozmowy.

Zastanawiało go, dlaczego jego życie było takim pasmem porażek. Składało się niemal wyłącznie z bolesnych – bardziej lub mniej – rozstań, nieudanych znajomości i postawionych przed sobą celów, które również zawalił. Kto wie, co by się stało, gdyby nie wmieszali się ci kretyni i nie przerwali mu rozmowy z tamtą artystką. Żałował tego do tej pory – to już coś.

Podążył dalej, Nieudane cele – to było to, co go prześladowało. Była robota do wykonania i oczywiście coś poszło nie tak. I sam nie musiał spieprzyć niczego – sprawa rypła się samoczynnie. A na życie trzeba było jakoś zarobić. Mimo naturalności, z jaką przychodziły mu przemiany i przebywanie w innych powłokach nie przepadał za zdobywaniem pożywienia w sposób… no, bądź co bądź, zwierzęcy. To nie było przyjemne wspomnienie, toteż odepchnął tę myśl. Musiała być jakaś rada na świecącą pustkami sakiewkę. Należało wziąć się w garść i tyle. Przestać rozpamiętywać to wszystko i skupić się na teraźniejszości, albo, co bardziej istotne, przyszłości. Dochodził do takiej konkluzji już wielokrotnie, ale przeważnie na tym się kończyło. Czym były spowodowane te ucieczki w przeszłość, nie wiedział. Być może czynił to fakt, że nie upatrywał istotnych zmian w przyszłości i to, że nie zadowalała go teraźniejszość. Tylko jak to zmienić? Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Przewrócił się na bok i spojrzał w okno. Za szybą widniała ciemność, ale srebrnoszary blask księżyca padający na deski pomieszczenia zmienił nieco pozycję. Bezsenne noce rzadko mu się zdarzały – przeważnie albo był na tyle zmęczony, że zasypiał natychmiast, albo też kładł się wtedy, gdy poczuł senność. Teraz, pomimo tego, że chciało mu się spać, jego umysł po prostu nie chciał się wyłączyć. Ponownie obrócił się spojrzał w sufit. Spowijający wszystko dookoła mrok nasunął mu pomysł. Im więcej nad nim myślał, tym bardziej okazywał się… dobry. Kuszący, pociągający, a oprócz tego sensowny i możliwy do wykonania. No i niebezpieczny. Wygląda na to, że nie będzie się nudził.

Niedługo później zasnął. Gdy obudził się i doprowadził się do przytomności, idea ta zagnieździła się w jego umyśle już na dobre. Najwyższy czas było ruszyć, by wprowadzić go w życie. I tym razem nic, żaden błąd czy zrządzenie losu nie było w stanie powstrzymać Talleyranda przed jego realizacją.
To było na jesieni. Teraz zaś powoli nadchodziła wiosna. Miał dużo czasu.

Pieniądze, jakie posiadał, nie pozwalały mu na zbyt duże wydatki, ale potrzebował wyposażenia. Ze stroju mógł pozwolić sobie na szary kaptur – musiał mu wystarczyć jak na początek. Nabył też – za grosze – kilkadziesiąt metalowych blaszek, wydających charakterystyczny, dość głośny dźwięk po uderzeniu o ścianę, podłogę czy inną przeszkodę. Z innych rzeczy wystarczyło mu jeszcze na kilkumetrową linę z przywiązaną doń kotwiczką, łom i krótką, drewnianą pałkę wzmocnioną żelazem.

Czekała go długa praca. Uświadomił sobie to na samym początku, gdy praktycznie porwał się z motyką na słońce. Chciał nauczyć się umiejętności przydatnych w jego nowym fachu – zrozumiał, że nie może ciągle polegać na swoich mocach. Miały one swój kres i nie był w stanie wykorzystywać ich nieustannie. Powłoka, w jakiej przebywał – i której używał najczęściej – musiała zostać usprawniona, dlatego zaplanował przetestować nowe nabytki. Z tym zamiarem udał się do opuszczonych i zazwyczaj nieodwiedzanych ruin areny.

Zbliżała się zima, więc należało wykorzystać w miarę sprzyjającą pogodę. Do sprawy podszedł w sposób metodyczny. Zdjął z ramion linę i rozplątawszy ją zakręcił młynka, po czym zarzucił metalową częścią w stronę górnej krawędzi muru. Jakież było jego zaskoczenie, gdy zwyczajnie nie dorzucił, a kotwiczka uderzyła w ścianę. Drugi rzut spotkał podobny los. Gdy nie trafił po raz trzeci, zaczął kląć. Jednak za czwartym razem trafił – kotwiczka zaczepiła się o jakąś nierówność na szczycie muru. Pociągnął za sznur na próbę – trzymało. Podszedł więc bliżej ściany i trzymając za sznur oparł się o niego nogami. Zdołał przejść może kilka kroków w górę i przełożyć prawą rękę wyżej, gdy stalowy zaczep puścił, a on upadł na ziemię, boleśnie tłukąc sobie zadek. Zaklął, tym razem głośno. Wyglądało na to, że znów coś przeszkadza mu w planach, ale nie zamierzał poddać się tak po prostu. I koniec końców zaczął osiągać jakieś efekty.
Drugie podejście okazało się lepsze. Udało mu się skuteczniej zamocować kotwiczkę, przez co wszedł na ponad połowę murka. Musiał jednak zejść, gdyż rozbolały go ręce. Był po prostu zbyt słaby fizycznie. I głównie na tym polegał problem. Rozwiązanie było tylko jedno. Wziąć się za siebie.

Nie miał żadnego nauczyciela, nikogo, kto mógłby pokazać mu, co ma robić, więc zdany był na siebie. Znał kilka ćwiczeń fizycznych, więc zaczął je wykonywać – z zapałem i dość intensywnie, bo coraz bardziej świecąca pustkami sakiewka była dobrą motywacją. W kilkunastu seriach potrafił zrobić kilkaset pompek dziennie; dosłownie dawał z siebie wszystko. Nie zaniedbał też swojego nabytku – póki pozwalała mu na to pogoda wspinał się na mur, za każdym razem docierając nieco wyżej. Gdzieś po miesiącu, zanim spadły pierwsze śniegi w końcu osiągnął cel i dotarł na szczyt, co podbudowało go i dało mu więcej motywacji. W międzyczasie wykorzystywał znajdującą się na odpowiedniej wysokości belkę stropową w jego pokoju – chwytał się jej i podciągał na rękach tyle razy, ile zdołał. Gdy pogoda zaczęła się psuć i uniemożliwiła działania terenowe, używał tej samej belki do treningu wchodzenia po linie. Tym razem sprawa była trudniejsza, bo nie miał oparcia w postaci ściany, ale i tu liczyła się technika, co szybko dostrzegł. Należało uchwycić linę nogami i przytrzymawszy ją dopiero podciągnąć się wyżej na rękach. Poprzecierane dłonie bolały, sfatygowane, nieużywane wcześniej w takim stopniu mięśnie cierpiały jeszcze bardziej, ale dla Artemusa ból ten był wyznacznikiem postępu. Bez tego nie miałby pewności, że to, co robi, odnosi jakiś skutek.. Był cierpliwy, ale wypatrywał efektów swojej ciężkiej pracy. I w istocie, już pod koniec zimy zauważył u siebie przybytek siły. Jego ciało zauważalnie przybrało masy mięśniowej, a wykonywanie ćwiczeń i jakichkolwiek czynności przychodziło mu z większą łatwością niż dotychczas.

Ciężko natomiast było mu nauczyć się innych, potrzebnych mu umiejętności. Wiedział, że wytrychy będą mu potrzebne, nie miał jednak na nie pieniędzy. Poza tym i tak nie umiałby się nimi posłużyć, a zdawało się to skomplikowane. Natomiast skradanie się ciężko było przećwiczyć inaczej niż w praktyce, w warunkach "bojowych", toteż pozostawała mu analiza teorii. Buty, które nosił nie były odpowiednie do tego celu, toteż zaopatrzył się w inne, o miękkiej podeszwie. Skradając się, musiał poruszać się cicho i powoli, a przy tym trzymać równowagę. Nieraz chwiał się i o mało nie upadał. Uznał więc, że da sobie radę, a prędzej czy później opanuje tę umiejętność na wyższym poziomie.

Ileż można było czekać. Pozbawiony źródła dochodów wreszcie wyczerpał pieniądze, jakie pozostały w jego sakiewce; oznaczało to, że najwyższy czas spróbować szczęścia – sprawdzić swoje umiejętności w praktyce. Te pozostawiały jeszcze wiele do życzenia, wszak pod względem złodziejstwa był praktycznie dziewicą. Zresztą i tak miał przewagę nad większością początkujących w tym fachu. Jego pierwszym razem miało być włamanie do którejś z mniej bogatych, a więc i słabiej strzeżonych posiadłości. Nie chciał stawiać poprzeczki zbyt wysoko, ale i nie za nisko. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pieniądze zdobyte z wypadu pozwolą na kontynuację nauki.

Wyszedł z derińskiej knajpy, której nazwy nawet nie starał się zapamiętać i pod osłoną nocy ruszył na wybrane wcześniej miejsce. Poprzedni dzień poświęcił na obserwację – możliwe przeszkody, wejścia, drogi ucieczki i ewentualne zagrożenia. Liczbę strażników, patrole, zabezpieczenia… Wykonał dla siebie również prowizoryczny rozkład budynku, niezbyt dokładny, gdyż wykonywany z zewnątrz, ale pozwalał niejako zorientować się w sytuacji. Ubrany w ciemne barwy, z kapturem na głowie, zwiniętym workiem gdzieś przy pasie oraz pozostałym ekwipunkiem w pogotowiu szedł, myśląc intensywnie. Tym razem jego myśli krążyły wokół teraźniejszości, nie przeszłości.

z/t
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

13 lip 2013, 14:52

Wkroczył na targ, ponure myśli pozostawiając za bramą miasta. Obawiał się, że na targu spotka mieszkańców Miran Tolit, którzy go rozpoznają. Co powinno być utrudnione ze względu na nową fryzurę. Gorzej będzie jeśli rozpoznają jego obecnego rumaka. Dlatego też chciał sprawę załatwić szybko. Zrobił kółko wokół targu aż znalazł handlarza końmi. Po drodze zobaczył stragan z owocami. Unosił się od niego zapach nadgniłych owoców a wokół towaru latały malutkie owady lecz jego żołądek i tak upomniał się o swoje. Postanowił, że w drodze w drodze powrotnej, gdy już sprzeda Pana Konia zwędzić jedno lub dwa jabłka. Tak właśnie żywił się zanim wyruszył z ciepłego, niezbyt czystego rynsztoka na swoją pierwszą lądową wyprawę. Teraz wie, że nie było warto. W sumie, to niedaleko stąd znajdował się grób Busgima i jego wilczego przeciwnika. Może warto było go odwiedzić zanim odjedzie. Nie dla uczczenia ich pamięci, lecz dla dóbr z jakimi zostali pochowani. Do tego potrzebował łopaty i jakiegoś jucznego osła, który weźmie kosztowności na plecy. Z tego co pamiętał, mógł spodziewać się przynajmniej dwóch mieczy i łuku. Wilkołak migał z oddali srebrem, więc może w jego ekwipunku znajdują się jakieś godne perełki. Pomysł wydawał się dobry, łatwa kasa zawsze wydawała się dobrym pomysłem. Jednak nie zamierzał marnować pieniędzy na łopatę, co dopiero na osła. Był na targu. Tutaj przynajmniej jedna zagubiona łopata to codzienność. Szturchnął zajętego liczeniem pieniędzy mężczyznę i przeszedł od razu do rzeczy.
– Sprzedam konia. Młody zdrowy, prawie nieśmigany źrebak dobrej krwi. Płać pan gotówką, bo mi na czasie zależy ale najpierw chce wiedzieć ile za niego dasz, bo jak mniej niż 40 szylingów to cię wyśmieję.
Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

22 lip 2013, 12:54

JMG

Kiedy handlarz został szturchnięty przez jakiegoś przechodnia zrazu poczerwieniał na twarzy, bo ile można? Już chciał wycofać się w bezpieczne miejsce ze swoimi świeżo zarobionymi pieniędzmi. Przeliczał je kolejny już raz tylko dlatego, że przez cyrki ludzi wokół gubił rachubę już po paru chwilach. Słysząc jednakże głos tegoż przechodnia zwrócił ku niemu twarz. Kiedy tylko usłyszał nową propozycję handlu od razu nabrał neutralnego, poważnego wyrazu twarzy.

Oczywiście panie, tylko go obaczę.

Podszedł do konia którego przyprowadził Leonard sprawdzając stan jego kopyt oraz zębów, dokładnie oglądając każdy skrawek jego ciała, przyglądając się profilowi pyska oraz innym niezbędnym rzeczom. Odszedł na kilka kroków oglądając jego całego zastanawiając się nad ceną, za którą zakupi konia. Jego wprawne oko lustrowało konia, a mimo, że twarz nie wyrażała niczego, to Leonard mógł odnieść wrażenie, iż postawa tego człowieka niezbyt dobrze wróży jego zarobkom.

Więcej jak piętnaście szylingów nie dam. – Stwierdził to z twardą nutą w głosie. – Spójrz pan na tą kobyłę. – Wskazał przesadnie ręką na zwierzę. – Nie podoba mi się, oj nie podoba i nie spodoba nikomu w takim stanie. – Rzucił. Stan konia faktycznie nie był najlepszy. Był zbyt zaniedbany, by mieą jakąś większą wartość. Bynajmniej nie dla oka tutejszego handlarza.

Spojrzał na Leonarda, jeżeli faktycznie tak mu się spieszy nie powinien mieć ochoty handlować, a przynajmniej nie nazbyt długo. Mina handlarza też zachęcała do podjęcia szybkiej decyzji. Gdy zaproponował dużo niższą cenę jasne było, że za większą konia wziąć nie zechce.

//Nie opisałeś konia w karcie, dlatego wyszło… to właśnie.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

22 lip 2013, 15:06

Piętnaście szylingów. Leonard zaśmiał się pod nosem zbyt głośno niż powinien. Były grajek musi wytoczyć ciężkie działo, w przeciwnym wypadku zostanie orżnięty z pieniędzy.
– Panie, jak go kupiłem, z hodowli szlachcicowej to koniuszy i przy pięćdziesięciu szylingach głową kręcił. Ale gom znał, na jednym statku opłynelim więcej niż cie te wszystkie konie naraz poniosą. A ty mi tu z piętnastoma szylingami? To jakbym miał tłuczkiem w zęby dostać! Koń, dla mojej córki, co to za mąż wyszła za piekarza. Ale grubas się własnym pączkiem udławił. Córka załamana mi do klasztoru uciekła. – Brodacz zmusił się do wydobycia kilku łez. Spojrzał martwo w punkt na niebie i ciągnął dalej.
– A ja stary wilk morski sprzedałem ostatnią koszulę na tego konia, i co? Gówno! Mówię ci panie, jak będziesz miał wydawać córkę za mąż to pilnuj pan, by pan młody dożył wesela. Teraz ani córki, ani jak do domu wrócić, do stolicy. Człapię z tym parzystokopytnym od samego Minaloit o głodzie, mać jego w trąbkę! Jak chcesz. Jak nie dostanę tych pieniędzy to umrę z wycieczenia na trakcie do Wolenvain. Zgadnij, kto będzie winny? – Piorunował go wzrokiem, po czym opuścił głowę pogrążony w smutku. Z rezygnacją odszedł kilka bardzo wolnych kroków prowadząc konia za pysk. Zwierzę mu ciążyło. Liczył na to, że kupiec zatrzyma go w połowie drogi. Chciał zdobyć śniadonio-obiado-kolację, ze straganu, ale trudno będzie wtopić się w tłum, wraz z koniem. Nie miał w mieście nikogo, kto chciałby zatrzymać Pana Konia na przechowanie. A porzucać darmo nie miał zamiaru.
Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

22 lip 2013, 19:38

JMG

A handlarz jak się gapił na Leonarda tak się gapił i jeszcze na jego twarz wstąpił bezczelny grymas dezaprobaty, bo jak sobie pomyślał – bierze się to, co proponują. Sumka, za ile chce konia kupić może i była niska, ale adekwatna do sytuacji. Za nią podróżnik, bo tak Leo wyglądał, mógłby kupić sobie coś do jedzenia, może znalazłby miejsce do spania, a potem po prostu uczciwie sobie zarobił, a tu, phef! Wybredny jaki. Patrzał na kobyłkę nieco smutno, ale jak sprzedawcy zależy to wróci, a jak nie, to… niech się z nią męczy, jemu aż tak nie zależało, więcej nie zapłaci, zbyt twardy był. A może przejrzał sztuczkę mężczyzny? Może doświadczenie, jakiego dorobił się handlując sprawiło, że stał się tak twardy i niewrażliwy? Poza tym coś mu nie pasowało. Zbyt nagle Leonard stał się tak smutny i melancholijny. Jeżeli nie miał za co i dokąd ruszyć, to nie powinno mu się spieszyć, a może się mylił? Tak czy inaczej handlarz wrócił do własnych koni i spraw, na przykład przeliczanie pieniędzy, które znów mu przerwano.

Za to pod nogami Leonarda pojawił się mały kot, czarny taki, całkiem czarny, jak smoła. Stanął tuż przed mężczyzną, miauknął głośno. W jego ślepiach błysnęła niejaka inteligencja. Potem, przebiegając przez drogę dawnego grajka pomknął ku stoisku z rybami.

Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

22 lip 2013, 20:40

Mijał krok za krokiem, a żadnego "panie czekaj, przepraszam. Bierz wszystek pieniędzy, tylko się nie gniewaj, ja tez mam córkę." A tu kaktus. Zrobił jeszcze ostanie trzy niesamowicie opóźnione kroki. Nic. Dziadyga stary, nie zna się na koniach.
– Gdzie ja Cię teraz zostawię. – Myślał. Za taką sumę nie miał ochoty oddawać Pana Konia. Do roboty nie miał zamiaru iść. Za ciężko. On, tu pokrzywdzony przez los artysta będzie tragarzył na rynku? Tak dobrze nie ma. Jego wyjazd z miasta opóźni się znacząco, trza będzie traktem konno wracać ale nie ma zamiaru tracić… tu zatrzymał się w miejscu robiąc szybki pamięciowy rachunek… całych dwudziestu pięciu szylingów!
Zwrócił uwagę na czarnego kota. Spojrzał mu w ślepia i odwzajemnił błysk inteligencji. Tak mu się przynajmniej zdawało. Po czym ruszył za pchlarzem na stragan z rybami.
Gruba baba, o czarnych kręconych włosach zachwalała swoje towary. Świeżuteńkie jak prosto z pieca! Po łuskach poznaj, że prawdziwe to ryby! Sama je rano zrywała z sadu! Poczekał chwilę. Przestała się targować z ostatnim klientem i zadowolona liczyła pieniądze. Czekał chwilę aż zwróci na niego uwagę. Ich spojrzenia się spotkały a były grajek zrobił smutną minę.
-Poratuje pani kąś maluczką rybką? W podróży jestem a mnie zbóje napadły w lasach. Do stolicy zmierzam, do żony co pewnie oczy wypłakuje. Miej serce kobieto, rzuć jakieś ochłapy.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52169
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.