Targ

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Targ

27 lis 2011, 23:33

Targ

Obrazek
Czym byłoby Derin bez swojego targu? Chociaż nie jest tak wielki jak ten w Wolenvain, to taki się wydaje. Może dlatego, że rządzi na nim prawdziwy chaos, który jest tylko z pozoru chaosem? Z pozoru, ponieważ nic tutaj kupcom nie ginie i nie ma też żadnych problemów ze strażą miejską. Mimo to wszystko wydaje się tutaj być przypadkowe, zarówno położenie straganów jak i kształty uliczek między nimi. Pomiędzy kramami oraz przechadzającymi się ludźmi przepychają się ucieszone dzieci, które zazwyczaj bawią się w chowanego dopóki zirytowani krzykami kupcy ich nie wypędzą.
Targ w Derin charakteryzuje się dużą popularnością, zwłaszcza wśród handlarzy z Wolenvain, którzy fatygują się często aż tutaj by dowieźć do swojego miasta najlepsze towary. Racja, nie można tu znaleźć wszystkiego, ale co od wszystkiego to do niczego, prawda? Na tym targu można znaleźć wszystko, co jest związane z przeróbką materiałów takich jak drewno czy metal. A dalszej części targu, tej najbliższej brzegowi jeziora Iqua, znajduje się więcej straganów rybaków.
Chociaż mimo swojej specyficzności, dzięki oferowaniu najlepszych towarów w swojej dziedzinie, miejsce to przyciąga pod koniec tygodnia wielu podróżnych i handlarzy. Dlatego też trudno w te dni w ogóle przepchnąć się między niektórymi alejkami targu. Trzeba uważać na kieszonkowców, chociaż Deeczeńczyków o lepkie ręce oskarżyć nie można…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Keria
Posty: 14
Rejestracja: 01 mar 2014, 00:19
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47092#47092

30 mar 2014, 22:49

Za każdym razem, gdy przyłapywała Drasima na przyglądaniu się jej, uśmiechała się. I tym razem, gdy dostrzegła jego spojrzenie, gdy odwróciła się od konia w jego stronę, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Przywykła do tego, że podróżowała samotnie, nikt nie patrzył się jej na ręce, nie próbował dociec, co robiła, a jeśli już próbował, jak najszybciej go opuszczała. Tym razem jednak było inaczej. Nie mogła sobie przypomnieć, od jak dawna nie miała stałego towarzysza podróży, kogoś, kogo może i znała bardzo krótki czas, ale zapowiadało się, że spędzi z nim dłuższą chwilę. Było to bardzo dziwne uczucie i Keria nie potrafiła jeszcze stwierdzić, czy podobało jej się, czy nie. Miała nadzieję, że nic nie zmieni jej pozytywnego nastawienia do Drasima.

- Ja mam jeszcze trochę, poza tym wszędzie, gdzie rosną jakieś rośliny, potrafię znaleźć coś do jedzenia, więc za bardzo się jedzeniem nie przejmuję – wyjaśniła mężczyźnie, idąc za nim w stronę kramu. Patrzyła się, jak kupował prowiant i pakował go do torby, najwięcej jej uwagi w dalszym jednak ciągu przykuwały oczy Drasima. Chował je przed innymi pod kapturem, najwyraźniej nie chcąc ich odstraszać, jednak gdy stało się dostatecznie blisko, można było dostrzec ich nietypową naturę. Była niezmiernie ciekawa, skąd miał takie oczy, nie wydawał się mieć żadnych innych zwierzęcych cech. Może jej kiedyś powie. Jeśli nie, dowie się w inny sposób.

- Możemy przejść się do przytułku, tam zazwyczaj potrzebują pomocy ludzi nam podobnych – odparła, zastanawiając się w duchu, gdzie sama mogłaby znaleźć najbardziej opłacalne dla siebie zajęcie. Chyba będzie musiała pochodzić do sklepikach i kramach, pytając o pracę, wolała jednak nie brać ze sobą Drasima w tym celu. Nie chciała tracić potencjalnej oferty, gdyby jej przyszli pracodawcy zlękliby się dziwnych oczu jej towarzysza.

- Wiesz co, uzupełnię swoje zapasy, kiedy znajdę już jakieś zajęcie. Nie chcę kupować na wyrost roślin, których nie zużyję lub które będę mogła znaleźć gdzieś w pobliżu miasta – powiedziała po chwili zastanowienia, odwracając się twarzą do Drasima. - To co, gdzie teraz?

Najchętniej znalazłaby jakiś ładny pokój w gospodzie, wykąpała się, bo sama czuła, że pachnie niezbyt przyjemnie, zjadła w miarę przyzwoitą kolację i poszła spać. Jeden dzień w zamkniętym pomieszczeniu przeżyje, ale później będzie musiała się wynieść poza miasto.

- Obóz to dobry pomysł – stwierdziła. - O ile, oczywiście, jesteś przygotowany na to, że nocowanie pod gwiazdami nie jest takie wspaniałe i cudowne, jak twierdzą bardowie.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

31 mar 2014, 10:38

Drasim pokiwał głową ze zrozumieniem, słysząc słowa jasnowłosej. Posiadany przez nią łuk sugerował co najmniej, że potrafi się z nim obchodzić i polować, więc zapewnienie sobie jedzenia w lesie raczej nie stanowiło dla niej większego problemu. Uzdrowiciel zauważył, że jego oczy dla Kerii były niezwykle interesujące. Mógł tylko zgadywać, że pragnie ona dowiedzieć się jaka historia się za nimi kryje, co zresztą nie było dziwne, gdyż jego towarzyszka była niezwykle ciekawska. Czarnowłosy uśmiechnął się do siebie i ruszył dalej między stragany i ludzi, torując sobie drogę.

- W przytułku być może ktoś mnie jeszcze pamięta. Wątpię jednak by szukali tam kogoś do pomocy na jeden dzień. – Powiedział Drasim, ciągle przedzierając się przez gąszcz ludzi. Nie miał pewności czy ktoś rozpoznałby go tam, ale nigdy nic nie wiadomo, w końcu niezbyt często spotyka się kogoś takiego jak on, nawet jeśli było to bardzo dawno.

- Słusznie – skwitował odpowiedź jasnowłosej. W zależności od tego, gdzie teraz chciała się udać, tam ją poprowadzi. Zna całkiem przyzwoitą w jego mniemaniu gospodę. Było tam bardzo spokojnie z tego co dobrze pamiętał. Mieszkańcy Derinu nie zwykli się jakoś mocno upijać, więc burd tam raczej się nie spotykało.

- Możemy udać się do karczmy albo iść już teraz rozbić obóz. Wybór zostawiam tobie. Nie mam nic przeciwko spaniu pod gołym niebem, zwłaszcza w taką pogodę. – Powiedział Drasim i odwrócił się do swojej towarzyszki, jej jednak tam nie było. Zaklął cicho pod nosem, rozglądając się na boki lecz nigdzie nie widział Kerii. We tym strasznym tłoku nie sposób było jej dojrzeć, mimo że była ona dosyć wysoka, a jej włosy były bardzo charakterystyczne. Uzdrowiciel chodził po targu całkiem długo, ale nie spotkał dziewczyny. Postanowił więc udać się do karczmy, być może tam ją znajdzie, a jeśli nie to trudno, chociaż znajomość z nią mogła być całkiem ciekawa. Z tymi myślami wydostał się z targu i udał się w stronę gospody.

z/t
Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

08 kwie 2014, 00:09

Co to? Wygląda jak oko. Idealnie okrągłe. Tylko zamiast czerni jest mieszanina barw w środku. Czy tak wygląda inny świat? Jest taki dziwny i straszny! Zapikowała zaintrygowana w dół. Nie obeszło się jednak bez małego korkociągu! O! Obracała się powoli w ciasnym pierścieniu, chociaż spadała szybko. Dałoby ładny pokaz, ale jeżeli ktoś patrzał, czy coś, to raczej ptactwo, głupie ptactwo! Nigdy nie umiało podziwiać. Zabiła skrzydłami ustawiając się równolegle do ziemi. Momentalnie wyrównała lot, co było lekkim wysiłkiem, no, całkiem dużym, gdy zatrzymała się tak nagle w powietrzu, ale co tam. Zatoczyła szerokie koło wysoko, nad budynkami. Widziała kiedyś wozy, kryte, czy nie, ale to było naprawdę dziwne! Kryjówki, do których wchodzili ludzie były dziwne. Tak nienaturalnie niepowyginane, niebarwne, aż za mało i… coś w nich było! Były duże! Większe, niż jakiekolwiek drzewa, jakie widziała! Ale u góry wyglądały bardziej kolorowo. I ziemia była baaardzo kolorowa. Malutka musiała zbadać co to jest. Nie odpuści!

Powoli obniżyła lot patrząc na tych wszystkich ludzi i inne istoty pchające się w tę i we w tę. Istoty, które nie latają rzadko patrzą w górę i czuła się względnie bezpieczna nad jednym z wyższych budynków. Wylądowała ostrożnie na szczycie dachu. Dziwna powierzchnia. Taka śliska, ale chropowata. I twarda. Po prostu dziwna. Nieprzyjemna. Uch. Zapachy w tym miejscu były takie dziwne. Tak bardzo ten świat różnił się od jej własnego. Chyba wolała tamten. W obu w ogóle byli ludzie! To w ogóle dziwne. Może oni podróżują między światami? Podreptała kilka kroków ku skraju budynku. Było to coś proste jak drzewo! Pacnęła łapką ścianę pod sobą. Niezbyt fajne to to. Ale musiała liznąć. A pf! A pf! Nie wyszło na dobre, zaczęła kichać, pf!, straszne. Uniosła obie przednie łapki do pyska, a zadnie zsunęły się z dachu. Nie! Wywinęła fikołka w powietrzu, ale nie udało się jej schwycić krawędzi, a ściana była zbyt gładka. Spadała zaledwie chwilę, a była wysoko. Upadek lekko ją oszołomił, ale da sobie radę! Tylko… nagle otoczył ją ogromny smród. I zaczęła się szamotanina. Wrogu, pokaż się niedobry! Zdawała się krzyczeć w myśli, a im dłużesz się wierciła, tym bardziej jakby zakopywała. W końcu jednak wypełzła z kosza. Uliczka wydawała się pusta. No! Nikt nie będzie pogrywał z wielką Roią! Uśmiechnęła się jakby z wygranej bitwy. Nikt nie będzie jej śmiał przeszkadzać i nikt jej nie pokona!

Oprócz gaci. Gacie są złe. Odzienie, które, jakby opisać, było warstwą ochronną odzienia wierzchniego, znalazło się na grzbiecie samiczki i trochę wplątała w nie zgięcie skrzydła. Szarpnęła się, ale nic to nie dało. Ale zaraz. Tak! Ma wspaniały plan! Usłyszała jakiś dźwięk, więc odruchowo skuliła się tuż pod ścianą, w jakimś zagłębieniu w drodze. Kosz z bielizną nagle uniósł się i zniknął za zakrętem. Może i nie była tchórzem, ani nie była leniwa, ale drugi zakręt wyglądał fajniej. Truchtem tam podbiegła nieco się kuląc i wyjrzała za róg. Była to jeszcze jedna wąska uliczka, ale za nią widniał plac, jaki widziała. Polanę pełną barw i ludzi.

Zaciekawiona poszła w tamtą stronę. Uderzyła ją masa zapachów. Niektóre nawet znała! Ale w tym silnym tłumie nie umiała ich rozróżnić. Poszła gdzieś dalej, pod ścianą budynku obok. W końcu, ukryta pod niebiałym materiałem jakiegoś wielkiego gościa zatrzymała się pod jedną z tych ścian czując bardzo, bardzo domowy zapach. Pociągnął ją za pyszczek i zobaczyła jego źródło – rybki! Małe, kochane rybki! Pyszne rybki! Pisnęła cichutko, mimo, że nikt nie zwracał uwagi na to, co było pod stopami.

Trzeba je zdobyć! Zaczęła poruszać się w stronę kramu powolutku, by nie wzbudzić podejrzeń. Od tyłu, tam było naj mniej ludzi. Jeszcze by ją który kopnął! Zero szacunku do wspaniałego smoka! Musiałaby jeszcze cichutko przedrzeć się pod boczną ścianę kramu, a potem pójdzie łatwo! Chciała wbić pazurki w drewno i po kociemu wspiąć się na szczyt. Uwiesić na ścianie z pazurami w niej, w drewnie i wyjrzeć malutkim pyszczkiem co jest na zewnątrz. Gdyby zauważyła w miarę małą rybę, by mogła chwycić ją w pyszczek capnęłaby ją jak szybko mogła i wycofała powoli, gdyby jej nie zauważyli, albo po prostu zaczęłaby biec we wnętrze najbliższej uliczki wyprowadzającej z tego placu, gdyby ktoś chciał odzyskać swoją rybkę!

Ale przecież oni rozdawali towar! Sama widziała! Rozdawali! Tylko dostawali świecidełka. Ludzie lubią świecidełka?

Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

08 kwie 2014, 22:50

MG

Roia czuła się wspaniale w powietrzu, zupełnie niczym przysłowiowa ryba w wodzie. Każda podniebna akrobacja, każdy szybszy ruch skrzydłami sprawiał jej niesamowitą przyjemność, przez co zapominała o wszelkich troskach związanych z bardziej przyziemnym światem. Pogoda również wyjątkowo dopisywała, a słońce czule ogrzewało jej zielone łuski, błyszczące gdzieś wysoko ponad dobrze widocznym na dole Derinem.

W końcu jednak zainteresowało ją interesujące z wysokiej perspektywy miasto. Nietypowy wygląd oraz masa nieznanych miejsc do odkrycia szybko zajęły jej umysł, niemal wymuszając u niej lot w kierunku zabudowań. I już po kilkunastu sekundach szybowania znalazła się gdzieś na dole, by koniec końców wylądować pośród niespecjalnie świeżej bielizny, unikając jednak przy tym jakichś większych nieprzyjemności poza mało zachęcającym zapachem.

Pełna energii dreptała od jednego miejsca do drugiego, by w końcu znaleźć się pośród tłumu odwiedzającego targowisko. Uderzyło ją multum zapachów, w tym niektóre o wiele bardziej atrakcyjne niż te pochodzące z wiklinowych koszy. Jej następnym celem szybko stało się wypatrzone chwile wcześniej pożywienie, którym okazała się wspomniana na początku ryba. A gwoli ścisłości, cały kram, przy którym stał jakiś wychudły, łysiejący jegomość, dyskutujący zawzięcie z jakimś stałym klientem. Miał wysoki, piskliwy głos, był dość niewielkiego wzrostu i potwornie się garbił.

Jaszczurka nie zwracała jednak nań większej uwagi. O wiele bardziej interesowały ją bezbronne stworzonka, które kusiły świeżym, ostrym zapachem. Wydawały się łatwą zdobyczą, toteż zaczęła szybko tuptać w ich kierunku, uważając na tych wielkich ludzi łażących we wszystkie strony. Przy samym stoisku siedział również jakiś młody chłopak, którego wcześniej nie zauważyła, jednak on również był odwrócony doń plecami. Bez większych przeszkód dostała się zatem do tego jakże interesującego stoiska, wspinając się nań. Zwinności jej nie brakowało, a jako że wykonanie konstrukcji pozostawiało bardzo wiele do życzenia, wydawało się, że z łatwością się tam wespnie. Mijający ją ludzie i nieludzie zdawali się kompletnie nie zwracać uwagi na zielonego smoka, a sam właściciel był zbyt zajęty tłumaczeniem, że "Moje ryby są po stokroć lepsze niż od tego chędożonego kundla!". Mogła więc w spokoju zająć się swoim, jakże nikczemnym planem.

Po kilkudziesięciu sekundach wspinaczki znalazła się w końcu na górze, pośród rzędów mniejszych bądź większych okazów. Pomiędzy rybami gdzieniegdzie leżały jakieś niewielkie garnuszki z różnymi przyprawami bądź jakimiś owocami morza. To jednak nie leżało w centrum jej zainteresowań. Szybko upatrzyła sobie idealny cel, który znajdował się jednak po drugiej stronie tej nieruchomej ławicy. Sprawnie przebiegła więc po śliskiej powierzchni, klapiąc cicho przy tym łapkami. O dziwo, nadal nikomu nie przeszkadzała, choć jeden przechodzień zaczął przypatrywać się jej ciekawie. Nic jednak nie powiedział, więc dorwała się do posiłku, zadowolona z siebie. Chwyciła ją triumfalnie pyszczkiem, niemal popiskując z radości. Niestety, przez swoją nieuwagę, zamachnęła się swoim ogonem, zrzucając jedno z naczyń, które z głośno odbiło się od brukowej kostki. Właściciel obrócił się wściekle, prezentując mało atrakcyjną, nieco pomarszczoną już twarz. Krzyknął coś, a ona nie potrzebowała więcej ostrzeżeń. Musiała wiać, i to jak najprędzej.

Roia zeskoczyła więc szybko, lawirując między przechodzącymi tu i ówdzie osobami. Słyszała za sobą okrzyki "Łapać ją! Niech ktoś złapie tego cholernego jaszczura!". Gdy jednak obróciła się na chwilę, spostrzegła, że nie goni jej starszy sprzedawca, a zauważony wcześniej młodzieniec. To jednak nie miało znaczenia, był takim samym zagrożeniem, jeśli nie większym. Pędziła, trzymając swoją zdobycz i unikając zderzeń z pojawiającymi się znikąd buciskami. Ścigający znajdował się tylko kilka kroków za nią, jednak nie zapowiadało się na to, by miał ją złapać. W pośpiechu szybko opuściła targ, kierując się gdzieś w kierunku mieszkalnej części, by w końcu znaleźć się w pobliżu tutejszej karczmy. Może tam znajdzie miejsce, gdzie będzie mogła się schować.

[Roia z/t]
Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

05 mar 2015, 15:42

Rozglądał się niepewnie na boki popędzając ciągnące wóz zwierzę. Przedziwne było to miasto. Ludzie miast kuć pośród skał woleli stawiać pośród pól. Dziwnie się czuł widząc wokół siebie równiny, tak wiele otwartej przestrzeni która nie zapewniała miastu żadnego bezpieczeństwa. Ba, samo miasto też było przedziwne. Zdawało się, że ktokolwiek je budował zgoła nieprzejęty był tym, że wrogowie mogą nadejść skądkolwiek.

Z pewną dozą niesmaku spoglądał na delikatne budyneczki miasta, oraz zabłoconą ulicę, którą przyszło mu się posuwać w stronę targu. Bo tam właśnie zmierzał. Miał nieco rzeczy, które mógłby sprzedać. Może znalazłby też coś, co postanowi kupić. To miejsce nie wyglądało nad wyraz zachęcająco, jednak było pierwszym tak dużym ludzkim osiedlem, które Yl napotkał na swojej drodze. Chłonął je wzrokiem, choć również odczuwał pewną dozę pogardy. Nie miał wątpliwości, że gdyby to jego pobratymcy zabrali się za zbudowanie czegoś takiego wyglądało by o wiele lepiej, funkcjonowało o wiele lepiej i na pewno miałoby choć odrobinę sensu.

Krasnolud nie przejmując się niczym wtoczył swój wóz na rynek i zatrzymał w najbliższym kącie, który oferował mu choć odrobinę miejsca i prywatności. Odłożył lejce na bok, zeskoczył na ziemię i poklepał wołu po boku.

- Dzielnieś się sprawił – wymamrotał do zwierzęcia w swym ojczystym języku przy okazji luzując uprząż, aby nie męczyć niepotrzebnie zwierzęcia. Nie zdjął jej jednak stwierdzając, że nie ma takiej potrzeby. Prychnął niezadowolony na myśl o tym, że nie zabrał nic do jedzenia dla zwierzęcia. Nie przewidział postoju w mieście stwierdzając, że będzie ono mogło się wypaść samo. Tak też było do tej pory trwania podróży. No nic, jego przyjaciel będzie musiał zdzierżyć nieco głodu, odrobi to sobie później. Zresztą, zapewne miał jeszcze nieco "zapasu", Yl nie wiedział dlaczego, ale zauważył że zwierzęta te zwykły napychać się przez krótki czas trawą, a potem jedynie leżeć i żuć, więc widocznie gdzieś musiały ją magazynować. Najwyżej wół opróżni swoje magazyny podczas pobytu na targu. Odnotował w głowie, żeby zapytać kiedyś o to kogoś mądrego. Grega, albo wuja Festera. Oni będą wiedzieć.

Yl podszedł do tyłu wozu, otworzył obecną tam klapę i usiadł wygodnie. Nie był pewien jak się zachować na tym ludzkim rynku, ale logika nakazywała mu siedzieć i czekać. Krasnolud zdawał się nie być tutaj częstym widokiem (a przynajmniej on wielu nie widział przejeżdżając przez miasto), więc ktoś może zainteresuje się jego obecnością i zechce przejrzeć towary. Ylzziril zaczął już w swojej głowie wyliczać co z posiadanych rzeczy mógłby sprzedać, a co zatrzyma dla siebie. W Minaloit miał okazję zobaczyć monety tej całej Autonomii. Podrzędny tani kruszec, ale dla tutejszych ludzi miał jakąś dziwną, niemal umowną wartość. Skoro miał do Autonomii tak blisko z Minaloit (bo miasteczko przecież nie było jej częścią, należało do krasnoludów, oczywiście), to mógł to wykorzystać.

Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

21 mar 2015, 23:27

Trzęsąc się z zimna i mrucząc pod nosem przekleństwa, Trefniś szedł ulicą. Rozglądał się na boki i mimo chłodu uśmiechał się – jak zwykle. Kroczył raźnie, niby tańcząc, niby sunąc po śniegu. Choć czuł się źle, nie zwracał na to uwagi. On nigdy nie czuł się źle! Ale jak mogli wyrzucić go z karczmy? Tak… tak bezczelnie! Tak, właśnie! Bezczelnie! Każdy powinien móc znaleźć schronienie w takich czasach! A tu nie! Chciał spróbować dać ludziom rozrywkę, to co? To chwycili go i wyrzucili. Wyrzucili! Jak psa!

– Jak psa, jak psa! Nie mogli. Nie mieli prawa! Kimże oni są, żeby traktować mnie jak jakieś mierne zwierzę! Nikim! Oni są nikim! Czemu to zrobili? Czemu…? – mruczał cicho pod nosem, z rzadka podnosząc głos. Nie zwracał uwagi na nikogo wokół. Nie interesowali go. Nigdy nie interesowała go opinia innych. Czemu miałby być nią zainteresowany? Nie miała na niego realnego wpływu.

Wszedł na targ w Derinie, chociaż sam tego nie zauważył. Jego uwagę przyciągnął stojący przed nim wóz. Z jakiegoś, nieznanemu nikomu powodu, podbiegł do niego, zamierzając najpierw pozachwycać się nad zwierzęciem. A wtedy… wtedy zauważył coś o wiele, wiele ciekawszego. Krasnolud! Rudy! Podbiegł i – nie zważając na możliwe niebezpieczeństwo – zbliżył swoją twarz do lica tamtego i zaczął ciekawie się przyglądać.

– Krasnolud! Krasnal! Rudy! Uwielbiam krasnoludów! I ten piękny kolor włosów! Oh, drogi krasnoludzie. Drogi PANIE krasnoludzie? Co pan tu robi? – wszystko wypowiadał z chorobliwą wręcz ekscytacją w głosie, nie zważając na to, że zaraz może – cóż – dostać po mordzie.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

05 kwie 2015, 20:10

Spędzał czas na spokojnej obserwacji mieszkańców. Co prawda chodzący targiem ludzie nie wyglądali na szczęśliwych z powodu tego, że gapił się na nich krasnolud… ale Yl miał to w dupie. Ich wszystkich miał właściwie w dupie. Czemu miałby się czymkolwiek przejmować. Zresztą, nikt nic nie mówił. Najwidoczniej im to nie przeszkadzało jakoś bardzo.

Wyglądało na to, że ani jeden z wędrujących przez rynek jegomości nie jest zaintersowany krasnoludzkimi wyrobami. Ci ludzie za grosz nie mieli gustu i oka do dobrej roboty. Jak mogli spoglądać na te tanie błyskotki, gdy on był w pobliżu. Kątem oka zauważył, że jakiś mężczyzna zmierza w jego stronę, jednak Yl nie dał po sobie poznać zainteresowania tym faktem. W myślach jedynie podliczył po raz kolejny co mógłby sprzedać, a co absolutnie musi zachować dla siebie. Oczekiwał oczywiście, że ten człowiek jest pierwszym klientem. Wyruszając z Minaloit właściwie nie planował niczego sprzedawać, więc miał niewiele rzeczy, które chciał oddać za pieniądze. Ale cóż, trochę kruszcu w kieszeni nikomu nie zaszkodzi, a już na pewno nie Ylzzirilowi, który był na niego dość łasy.

Dalszy przebieg wydarzeń przekroczył jego najśmielsze oczekiwania. A właściwie, to zszedł zupełnie na inny tor niż owe oczekiwania, albowiem twarz nieznajomego znalazła się niekomfortowo blisko twarzy Yla. W dodatku zaczął coś wykrzykiwać, z czego ten wyłapał jedno, bardzo ważne słowo. Słowo, które niewątpliwie było tym najważniejszym w całym zdaniu i pozwalało się nie przejmować już całą resztą.

- Krasnal?! Psia mać, ja ci dam krasnala! Jak ci zaraz żebra policzę grajku chędożony, to nie będziesz wiedział gdzie niebo, a gdzie ziemia! Lepiej spieprzaj na tej swojej deseczce brzdąkać! – wykrzyczał gniewnie posyłając w twarz Trefnisia drobinki śliny i szokującą silną woń przetrawionego alkoholu. Yl poderwał się na nogi, stając na swoim wozie i wymachując w powietrzu pięściami. Przy okazji nie przestawał informować ciekawskiego gościa o soczystych faktach odnośnie Trefnisia, oraz jego matki. Jeśli ten nie odsunął się dostatecznie szybko istniało spore ryzyko, że zerwie w twarz albo pięścią, albo pochwyconym z leżącej tuż obok skrzyni na narzędzia kątownikiem.

Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

01 maja 2015, 12:50

Nie spodziewał się, że krasnolud tak się uniesie. To było dla niego nagłe. Skulił się, wsłuchując w gwałtowne, wykrzykiwane w jego stronę słowa. Czemu tak się uczepił jednego słowa? Przecież nie było w nim nic złego. A tak się przynajmniej wydawało Trefnisiowi. Objął swoją lutnię niczym małe dziecko, kiedy tamten nazwał ją “deseczką". Wpatrywał się w rudego jegomościa przestraszonymi oczami. Ale… ale on tylko zadał pytanie, co tamten tu robi.

Kiedy krasnolud poderwał się z pozycji siedzącej, Trefniś bał się, że po to, by spełnić swoje groźby. Poślizgnął się i wylądował na plecach, ciągle wpatrując się nierozumiejącym i przestraszonym wzrokiem w oczy tamtego. Już wcześniej wyglądał groźnie z tymi wszystkimi zmarszczkami i gęstą brodą. Teraz, zdenerwowany, krasnolud wyglądał dla Trefnisia niczym demon rodem z Czeluści.

– Panie krasnoludzie! Niech pan się uspokoi! Proszę! Przepraszam! Nie chciałem pana krasnoluda obrazić. Wydaje się pan dobrze znać moją matkę, może kiedyś się już spotkaliśmy? Wyrusza pan na przygodę?! – po wypowiedzeniu tych słów swoim zwyczajnym, maniakalnym głosem, podniósł się szybko i otrzepał, czekając na reakcję krasnoluda. Kto wie, może byli daleką rodziną? Trefniś nie pamiętał swojej matki. Nie pamiętał nic. A ten jegomość starał się znać ją bardzo dobrze, tyloma faktami z jej życia go “poczęstował".

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

08 maja 2015, 11:48

Yl opuścił ręce i zamknął się skonsternowany głupotą rozmówcy. Wlepił w Trefnisia lekko niepewne spojrzenie. Najwidoczniej trafił mu się jakiś półgłówek. No ale cóż, może chociaż jest to półgłówek z pieniędzmi i postanowi coś kupić od wędrującego krasnoluda. Był jedyną osobą, która do tej pory się zbliżyła, a przecież raczej niecodziennie w tym mieście można było spotkać takiego sprzedawcę. Jak można do tego stopnia nie znać się na dobrej robocie. Przecież od razu widać, że krasnoludzkie wyroby są lepsze od tych ich wypocin.

- No dobrze, już dobrze - wymruczał w brodę, acz w jego głosie nadal można było usłyszeć, że poczuł się urażony. Krasnolud pokręcił jedynie głową sam do siebie. Przyjeżdża do ludzkiego miasta i pierwsze kogo spotyka, to jakiś grajek niespełna rozumu. Też miał szczęście. A może... - Yl rozejrzał się wokół po innych mieszkańcach miasta - tutaj wszyscy tacy byli? Ludzie w Minaloit zdawali się w miarę kumaci, choć niewątpliwie głupsi od krasnoludów. Może górskie miasteczko było skupiskiem jednostek wybitnych? To by wyjaśniało dlaczego wybrali porządne miejsce zamieszkania i trudnili się porządną robotą.

- Głupiś - rzekł do Trefnisia w swoim rodzimym języku i machnął w jego stronę ręką. Przy okazji w mało znaczącym odruchu pogładził swoją brodę drugą.

- Oj, przygodę. Widzisz ty tu gdzie przygodę? Chciałem te waszą krainę poznać. Ale zdaje się, że tu oglądać co nie ma - odparł. Yl był gadatliwy, więc nawet i taki rozmówca był lepszy niż jego brak.

Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

08 maja 2015, 15:37

Trefniś nachylił się w kierunku krasnoluda, kiedy ten opuścił ręce. Wydawało się, że trochę ostygł. Był ciekawy tego kogoś. Zwykle był ciekaw ludzi. A krasnoludy są jeszcze ciekawsze. Lubił krasnoludy. Tak. Musiał tylko zapamiętać, żeby owych nie nazywać “krasnalami”. Nie wiedząc czemu, ten strasznie się uniósł słysząc to słowo. Trefniś chyba wolał nie kontynuować eksperymentu i uznać, że wszystkie tak reagują. Skupił się na nowym towarzyszu, który teraz coś do niego mówił. Podszedł krok bliżej, prawdopodobnie ryzykując własną głową. Uznał, że z krasnoludami jak ze zwierzętami. Trzeba podchodzić krok bliżej, aż ten zaakceptuje obecność Trefnisia.

Błazen postanowił nie odpowiadać. Nie wiedział, co miałby powiedzieć. To dziwne, bo zwykle gęba mu się nie zamykała. Zaraz potem krasnolud machnął ręką i powiedział coś, czego Trefniś nie zrozumiał. Nachylił się jeszcze bardziej, myśląc, że może po prostu nie dosłyszał, chociaż to słowo nie wydawało się podobne do żadnego mu znanego. To także postanowił zignorować, jako że znów posłyszał słowa dobywające się z ust rudego krasnoluda.

- Przygoda jest wszędzie! Jak to nie ma co oglądać? Nie widziałeś najpiękniejszych miast. Byłeś w Wolenvain? Słyszałem także o Morinhtarze. Czy tam wyruszysz? Czy mogę jechać z tobą?- Trefniś uznał to za dobry moment na przejście na “ty”. Oswajanie zwierzaka, oswajanie zwierzaka, powtarzał sobie.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52251
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.