Miedziany Las

Miasto to pięknie wygląda w bezchmurne dni, zazwyczaj jednak takowych tutaj brak. Mimo pesymistycznego krajobrazu mieszkańcy Derinie są bardzo przyjaźni i mają niesamowite poczucie humoru. Obróbka wszelkich metali, drewna i kamieni szlachetnych wydobywanych w górach Ikrem przynosi Derinie nie tylko sławę, ale i mnóstwo pieniędzy...</font></p>
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Miedziany Las

05 lis 2012, 22:09

Las znajdujący się nieopodal traktu prowadzącego z Wolenwain do Derin, rozciągający się od zachodniej strony traktu, ciągnący się nawet aż do szczytów otaczających rzemieślnicze miasto. Las w znacznej części przynależał do właśnie do Derin. Swoją nazwę zawdzięcza niezwykłemu gatunkowi drzew w nim rosnących, a które prócz charakterystyczną brunatno-brązową barwą kory, rozłożystych koron składających się z plątaniny drobnych gałązek odróżniały się od innych drzew kolorem niewielkich, podłużnych liści w kolorze brązu, miedzi, a nawet czerwieni. Liście te gęsto rosną na gałęziach tych wysokich drzew. Były twarde, wąskie i nie opuszczały gałęzi drzew nawet zimą. Las był pełen zwierzyny, a w zachodnich obszarach lezących nieopodal już samego miasta, roiło się od licznych jaskiń.



MG
Artemus szybował wysoko wyruszając przodem. Bacznie obserwował trakt, nad którym się unosił, a którym podróżowali dorożką dwaj inni "ochotnicy" poszukiwań. W każdym bądź razie, drogą, prócz dorożki, przemieszczały się inne, obskurniejsze wozy, czy też piesi podróżnicy, a nawet grupy jeźdźców, dzikie zwierzęta wędrujące na tle pokrytych warstwą śniegu łąk, pól, pomniejszych wiosek, a nawet lasów…Jeden był szczególny, w kolorze miedzi…Wyglądał imponująco i z lotu ptaka był wyraźnie dostrzegalny, pomimo, iż znajdował się nieco poza głównym traktem, którym to zaś podróżowała właśnie grupka trzech jeźdźców zbaczająca z głównego szlaku właśnie w kierunku Miedzianego lasu. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby od jednego z ciemnego wierzchowca nie odcinała się jasna, beżowo-żółta suknia pewnej kobiety. Konie zapuszczały się stępem dalej i dalej…był to jakiś trop, zapewne. Jeśli Artemus śledził jeźdźców, obserwując przez korony drzew, gdzie też ciemne wierzchowce wraz z ich właścicielami zmierzają, mógł ostatecznie dostrzec, jak cała gromada po przekroczeniu wątłego strumienia, oraz przebyciu kolejnych mil dociera do jaskini, znajdującej się w najbardziej zachodniej części lasu. Wraz z tym odkryciem wszystko wydało się nagle nader proste i oczywiste. Wystarczyło teraz zdać raport towarzyszom, czy też raczej wspólnikom. Samotne próby zakradania się w pojedynkę w miejsce, gdzie wrogów mogła być niewiadoma liczba nie było mądrym pomysłem. Trzeba było wrócić, znaleźć dorożkę i opowiedzieć o tym, co się widziało. Wystarczająco dużo czasu zajęło śledzenie grupy prawdopodobnych porywaczy. Jednak, czemu, gdy dostrzegł dorożkę, ta przemieszczała się w kierunku lasu, a nie Derin, jak też zapewniał staruszek…?
~*~
Darrian i Leonard zaś po tym, jak skorzystali, i ciągle korzystali z oferty pomocnego dziadka w kwestii raportu, przemieszczali się po trakcie w zielonej dorożce. Nie była zabudowana, toteż wiatr nieco świstał, gdyż starszy człowiek zdawał się nie oszczędzać dwóch, krępych ogierów o srokatej maści. Plusem znacznym jednak były miękkie siedziska wyłożone starymi, nieco wyleniałymi futrami, lecz ciągle przyjemnymi w dotyku. Podróż mijała. Człowiek-sokół jak pofrunął, tak się już nie pokazał, a przynajmniej na razie.
-Nie sadziłem, że to wszystko tak się potoczy…Tym wozem miałem powieść parę młodą, a wiozę was. Jak to los płata figle, no proszę. Jednocześnie, dobrze, że skojarzyłem tą historię o ludziach z tatuażami żyjącymi w tym lesie. Dzikusy. W pierwszej chwili, gdy myślano, że uciekają z porwaną w kompletnie innym kierunku, nawet żem nie powiązał faktów, dopiero gdy padło hasło "Derin". Hah. Starość nie radość, jak to mówią, młodość nie wieczność…– Mówił, a krajobraz drogi zdawał się zmieniać na bardziej polny, lesisty, przyozdobiony w rozłożyste drzewa z brązowymi listeczkami. Zjechali z traktu, prawdopodobnie…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

12 sty 2013, 15:54

//Przepraszam za długość, lecz straciłem kilka poprzednich postów. Myślę, że poprzedni soundtrack TU nadawałby się idealnie, tak więc go wstawiam. http://www.youtube.com/watch?v=rMbATaj7Il8
Pędząc na oślep przez las Leonard zapomniał o swoim pierwotnym postanowieniu jakim było obejrzenie walki towarzyszy z wilkiem, by mieć o czym opowiadać w karczmie. Wiatr rozdmuchujący czuprynę, świadomość, że może udać się w każde dostępne miejsce w czasie szybszym niż mógłby się rozmyślić napawała dziką radością. Powoził teraz na stojąco popisując się przed lasem i końmi. Franklin i Jebany Grubas, jak nazwał swoje dwa odziedziczone konie ciągnęły grajka w stronę traktu. Nie taki był plan, musiał w jakiś sposób zawrócić na tej dość ciasnej drodze. Przez chwilę rozważał włączenie biegu wstecznego i mozolnym cofaniu się aż do Busgima i pół-elfa. Szybko jednak zrezygnował z tego jedynie na pozór absurdalnego pomysłu.
Coś dało jednak grajkowi szansę, gdy ciasna droga nagle zamieniła się w polanę. Bardzo praktyczne. Teraz wystarczyło nauczyć się zawracać. Tak samo jak w przypadku ruszania w tył i przód powinien służyć rzemyk. Gdy pociągnie za jedną część mocnej końskie łby powinny zwrócić się w kierunku , w którym będą skręcać. Powinny, na wszelki wypadek chciał jakoś ostrzec zwierzaki
-W lewo Jebany Grubasie! Skręcać będziem. – Mówiąc to ciągnął by zmusić go do wykonania manewru. Jeśli się powiedzie szczęśliwie zawróci na spotkanie z gnollem i magiem. Jeśli nie będzie jechał w prosto tak długo aż nauczy się skręcać, bądź nie zatrzyma się na pierwszej lepszej przeszkodzie.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

13 sty 2013, 00:21

MG

Leonard przemierzał las dumny ze swego osiągnięcia, bo w końcu, jak by nie było –powoził! Fakt, trochę w złym kierunku, lecz jednak się woził. Naturalnie szybko postanowił naprawić ten błąd i skorygować kurs. Pociągną jedną wodzę bardziej. Konie ruszyły na lewo, ciągnąc za sobą wóz i okręcając go. Skręt był na tyle nagły, że dwa koniki zwolniły nieco tępa i przeszły do stępa, jednak koniec końców zrobiły nawrót i teraz wystarczyło je tylko na nowo pogonić w nowym kierunku. Tak więc, panie i panowie…Leonard mógł być dumny z tego, że pojął tajniki sztuki powożenia.
W każdym bądź razie kierował się na miejsce walki. Nim jeszcze dojechał, mógł spostrzec osobę Darriana leżącą na ziemi z przekrwawioną koszulą obwiązaną w tali. Wyglądał na pierwszy rzut oka na martwego, lecz, jeśli podeszło się do niego bliżej, było można zauważyć, że ten wredny półelf jeszcze żyje, jednak ilość czerwonego barwnika i płatni oddech maga nie wróżył niczego dobrego. Do tego krew na twarzy i opuchnięte prawe oko, tak, że nie było w stanie się otworzyć.
Sam Darrian znajdował się obecnie na skraju świadomości. Słyszał, czuł, jednak pląsy biegające przed oczami były już za silne by się nim przeciwstawiać i widzieć cokolwiek.

//Możecie teraz jakoś się składać i transportować i robić sobie zt, ja już nie będę ingerować, do czasu, aż Leo nie dojedzie do jakiegoś punktu medycznego. Więcej informacji na PW/GG
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

13 sty 2013, 03:50

Jego epicka jazda zbliżała się ku końcowi. Dotarł na miejsce, lecz nie spodziewał się takiego widoku. Niewielki krater i kupa błota zasłaniająca przejazd. Nie tak to sobie zapamiętał. Wygląda na to, że walka się udała. W pewnym sensie. Wszystko jak po porządnym weselu, na które już pewnie nie przyjedzie z powodu braku panny młodej. Trudno, jest jeszcze wiele innych głupi…zakochanych ludzi na tyle biednych, by wyprawiać na tyle nędzne wesela, gdzie wszyscy jedli kaszę zaprawianą octem, grali w gry typu "kto pierwszy zarzyga się jedząc kaszę zaprawianą octem" lub "wojna na kaszę zaprawianą octem" i oczywiście wynajmowali Leonarda. Jednoosobowy zespół instrumentalno-artystyczny z przekazem tak głębokim, że nikt go nie rozumiał. I stała nad brzegiem krusząc skały i łamiąc fale to nie jest jakaś pierwsza lepsza przyśpiewka o cycatej kobiecie lubiących kilku na raz tylko poważna i chwalebna pieśń o poległych żeglarzach i ich rodzinach, które nigdy nie dowiedzą się jak naprawdę odszedł mąż. Cholera czy to takie trudne?! Z zamyślenia wyrwało go żałosne sapnięcie. Potem kolejne. Kto śmie mu przeszkadzać? Kolejny arogant i prześmiewca godzien największych katuszy przywraca go do życia? Co jest tego powodem? Dopiero teraz spostrzegł leżącą w śnieg sylwetkę.
-EE, taki zmęczony jesteś? Nie widziałeś może takiego wielkiego psa z takim wielkim mieczem napieprzający się z takim wielkim wilkiem z równie wielkim mieczem? – Zawzięcie gestykulował, nie zdając sobie sprawy, że nie został wysłuchany. –Hm znamy się? Twoje plecy wydają się znajome, nie jesteś przypadkiem jednym tym parobkiem, który bezczelnie wisi mi pieniądze? Zeskoczył z wozu robiąc popisowe salto w tył i podszedł do leżącego mężczyzny. Spod tego napuchniętego ryja rozpoznał pół-elfa. Niezbyt przypomina tego aroganckiego typa co wczesnej. Wyglądał żałośnie. Tylko alkohol lub silny wpierdol zmieniały człowieka w takie leżące karykatury, budząc w grajku współczucie. Jeszcze dycha, nie zostawi go teraz tak na mrozie. Nie leżał cały obrzygany, więc podczas jego nieobecności nie odbyło się żadne Wielkie Chlanie tłumaczące ten wielki kopiec i połamane drzewa. Należy go szybko dostarczyć do jakiegoś przytułku. W Derin powinien być przynajmniej jeden a jego medyczne zdolności ograniczały się do ogłuszenia pacjenta gałęzią. Więcej siniaków mu nie trzeba. Postanowił ostrożnie zawlec go do wozu, by nie przysporzyć biedakowi dodatkowych cierpień. Okryć kocem. Nie wiedział czy okrycie go kocem cokolwiek mu pomoże, lecz warto zrobić ten drobny gest troski dla samego siebie.
-No młody, będziesz mi musiał wszystko opowiedzieć.
Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

13 sty 2013, 12:40

Gdyby Darrian był w stanie się zaśmiać to właśnie, by to zrobił. Rinej po raz kolejny pokazała, że kompletnie nie ma pojęcia co się dzieje i, że po raz kolejny strach kompletnie zakłócał jej myślenie, które i nie zakłócane pozostawiało wiele do życzenia.
– Wolisz w swoich ostatnich chwilach jak zwykle paść w objęcia strachu… powinienem się tego spodziewać. – Pomyślał Pół-elf czując, że słowa też przyszły by mu już z trudem. Siedząc pod drzewem zastanawiał się, umierał nie tylko wolny, o co zawsze się starał, ale i jako zwycięzca. Wygrał walkę którą toczył, był ostatnim stojącym na nogach, wcześniej też odnosił inne triumfy. Był to ten moment, w którym życie przelatywało umierającemu przed oczami, moment, w którym… usłyszał odgłos kopyt.
Mag momentalnie wrócił do rzeczywistości. Mimo, iż jego wzrok pozostawiał wiele do życzenia to był pewien, że słuch go nie zawodzi, po prostu to wiedział, ktoś się zbliżał, ktoś mający z tego co był w stanie usłyszeć przynajmniej dwa konie, po chwili jego elfie uszy dosłyszały też odgłos kół. Zbliżał się wóz, kareta czy inny tego typu pojazd, to, kto go prowadził jednak było jeszcze dziwniejsze. Darrian usłyszał znajomy głos, głos tego nieszczęsnego grajka, który wcześniej znajdował się na liście osób, które zasługiwały na sztylet w tchawicy teraz pojawił się z ratunkiem.
- Obaj… zabici. – Wymamrotał Pół-elf, kiedy Leonard się do niego zbliżył i próbował go przenieść do wozu w czym postarał się mu, choć trochę pomóc przynajmniej nie stawiając oporu i samemu też wkładając trochę wysiłku przy wgramoleniu się na wóz.
- W bezpiecznym miejscu… opowiem. Jedź. – Wymamrotał po raz kolejny i ostatkami sił sprowadził na swoje usta uśmiech. Właśnie prawdopodobnie uciekł śmierci.

z/t x2
Awatar użytkownika
Palavas
Posty: 28
Rejestracja: 26 lut 2014, 00:31
Lokalizacja postaci: Wieś Mirran Toilt
GG: 6430758
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2893

28 maja 2014, 13:51

Pochmurny jesienny poranek zwiastował kolejny deszczowy dzień. Palavas, jak zwykle, był ocknął się ze snu nim wzeszło Słońce, lecz dopiero pierwsze jego promienienie obudziły w nim motywację do wstania. Usiadł i pierwszą czynnością, którą wykonał było nerwowe obmacanie kieszeni jego szaty, potwierdzające że bursztyn nadal się w niej znajduje.

Odetchnąwszy z ulgą, wstał i, strzepnąwszy ze swojego ubioru kurz, zabrał się do działania. Optymistycznie postanowił zebrać zapasy, toteż rozpoczął wędrówkę po lesie, planując w głowie, co chce zabrać. Co tu może mi się przydać… Co by tu zabrać… – myślał Palavas.
Tak rozmyślając, dotarł nad jezioro. Jego oczom ukazała się ciemna tafla wody, w której odbijały się chmury i wysokie, patykowate rośliny, wyrastające z dna jeziora przy samym brzegu. Skrzat podszedł bliżej, chciał po raz ostatni raz spojrzeć na świat tak, jak widzi go woda. Nachylił się nad taflą i zobaczył siebie. Głęboko odetchnął i wtem coś błysnęło pod powierzchnią jeziora. Zaintrygowany i podniecony nachylił się jeszcze bardziej i wyciągnął rękę tam, gdzie to coś zauważył, lecz pozostawało to poza zasięgiem jego krótkich ramion. Chwycił tyczkę rośliny rosnącej w jeziorze i oparł się na niej. Wyciągnął się dalej… Już prawie dosięgał. Jeszcze troszeczkę – pomyślał i w tej samej chwili jego podpora się złamała, a skrzat wylądował w wodzie. Kiedy upadał, zauważył, co tak kusząco się świeciło. Rybka… Ależ ja naiwny.

Może się wydawać, że wpadnięcie w ubraniach do wody wywoła ogromną złość w osobie, której się to przytrafiło. Tak było i w przypadku Palavasa, jednak, leżąc w płyciźnie, skrzat poczuł również, że woda jest wyjątkowo ciepła – nie oddała jeszcze energii zgromadzonej latem. Negatywne uczucia szybko ustąpiły miejsca błogości i radości, którą Palavas czerpał z natury. Skrzat zamnął oczy i rozkoszował się nią.

Kiedy bezruch zaczął mu doskwierać, Palavas zaczął rozglądać się dookoła. Zauważył, że roślina, która go zawiodła jest inna niż te, które do tej pory znał. Wziął ją do ręki i wyczuł twardą skorupkę, w której wnętrzu znajdowało się coś miękkiego i białego. Spróbował to wydrapać i zjeść, ale mu nie smakowało. Przeżuł miąższ i, przyłożywszy wydrążoną rurkę do ust, splunął przezeń. Wielkie było jego zaskoczenie, kiedy kula z białej masy przeleciała ogromną dla małego skrzata odległość nim wpadła z pluskiem do wody. Stwierdził, że ta leciutka rurka będzie idealną bronią dla kogoś jego rozmiarów. Ponieważ przy wystrzale słychać delikatny świst wydmuchiwanego powietrza, swoją kaleką mową ludzką nazwał owo mordercze narzędzie Swistag.

Pozostawał jedynie problem amunicji. Jedynym znanym Palavasowi pociskiem była dorównująca mu wielkością szczała, miotana przez ogromny uk. Moja szczała musi być odpowiednio mała… Ale jak uczynić ją groźną? – myślał skrzat. Wyszedłszy z wody, Palavas już drugi raz tego dnia pomacał swoje kieszenie. Zjadł garść jagód, które w nich znalazł. Jego niepokój wzbudziło coś mokrego i gąbczastego, spoczywającego w jednej z wewnętrznych kieszeni jego szaty. Co to może być? Nie przypominam sobie niczego takiego…. Nie mogąc znieść niepewności, wydobył ową rzecz na światło dzienne. Okazało się, że był to wysuszony trujący grzyb, który po kąpieli powrócił do życia. Do niczego już się nie nadaje, muszę znaleźć następny… – pomyślał z żalem skrzat. Już miał wyrzucić tę zniszczoną roślinę, kiedy przyszło mu do głowy, że własnie trzyma w ręku rozwiązanie swojego problemu! Gdybym tylko mógł strzelać zatrutym grzybem… – pomyślał Palavas, doznając olśnienia – Przecież mogę! Wszystko jest możliwe!. Rozpalił się w nim zapał, aby nauczyć się wyciągać z roślin ich esencję, aby przyrządzać truciznę.

Skrzat rozebrał się i wycisnął ostygłą już wodę ze swojego ubioru najdokładniej jak potrafił. Potem położył go na kamieniach nieopodal jeziora, aby wysechł, a sam udał się na poszukiwania rzeczy potrzebnych mu do życia. Cieszył się, że rośliny nie potrafią się przemieszczać, że zawsze rosną tam, gdzie widział je wcześniej. I tak, kierując się w znane od lat miejsca, narwał, przez liście, aby się nie poparzyć, młodych pokrzyw, dwie garści jagód, które zawinął liśćmi. Po drodze również znalazł 10 sporych grzybów, które już jadł w przeszłości, 1 niewielki, biało-zielony i 1 czarny, nakrapiany. Nigdy ich nie używał, ale wiedział, że są trujące. Je również owinął liśćmi, lecz znalezionymi na ziemi, suchymi, aby się nie zepsuły. Wracając nad jezioro, zauważył też kwiaty, które ludzie określają mianem żabiego barszczu. Jesienią mają one gotowe już do zebrania, czarne nasiona. Palavas, znając tę roślinę tylko z opowieści, postanowił wydobyć jej ziarna z kielichów kwiatów. Posiadł 50 nasion, połowę zasiał na następny rok, pozostałe zawinął w liść.

Wróciwszy nad jezioro, rozłożył pokrzywy do wysuszenia, wdział swe ubranie i postanowił wziąć ze sobą również jedzenie, które nie zepsuje się tak szybko, jak jagody. Wziął ostry kamień, leżący na brzegu rzeki i obłupał nim korę najbliższego młodego drzewa. Pod nią znajdowały się białe paski jadalnej części drzewa. Zeskrobał je pazurami i zawinął w liście. Zebrał 3 takie paczuszki i schował do przepastnej prawej kieszeni szaty. Kiedy to robił, uszkodził twarde drewno i poczuł drzazgę wbijającą się w twardą skórę jego palca. W tym momencie doznał drugiego już dzisiaj olśnienia! Będzie mógł strzelać drzazgami! Z gałęzi, gęsto pokrywających poszycie lasu, odłamał 12 cienkich i długich kawałków drewna, które dopasował do wymiarów Swistaga. Postanowił go wypróbować. Włożył w rurkę pierwszy pocisk, wycelował w spróchniałą korę drzewa i dmuchnął z całej siły. Jednak toporny pocisk ledwo wyleciał z rurki i upadł na ziemię. Palavas, zdenerwowany przez przeciwności losu, nie poddawał się. Poczuł złość i wystrzeliwał kolejne patyki, starając się dmuchnąć jak najmocniej. Próbował wielu sposobów: głęboki wdech, odchylanie się do tyłu i kulenie, ściskanie klatki piersiowej rękami, skakanie, jednak najskuteczniejsze okazało się dmuchanie z wykorzystaniem jamy ustnej, popychanie powietrza nie tylko płucami, ale też policzkami. Tak wystrzelone patyki leciały dalej, jednak nie leciały do celu. W locie zbaczały z kursu, obracały się, krótko mówiąc: odmawiały posłuszeństwa. Palavas przywołał w myślach obraz strzały. Małe strzały…małe…strzały. Przypomniał sobie, że strzały z przodu były ostre, a na końcu miały piórka. Bardzo nie chciał wspinać się do ptasich gniazd, więc wymyślił prostsze rozwiązanie: naostrzył strzałki na jednym końcu, odłamując kolejne warstwy drewna. W ten sposób powstały stożkowate pociski, pasujące do jego Swistaga. Ponowił próbę broni. Tym razem było o wiele lepiej, ale nadal niezbyt dobrze. Pociski w locie odchylały się do tyłu, za bardzo obciążone przez drewniane lotki. Palavas, w przebłysku inteligencji podszedł do jeziora i sprawdzał, jak jego pociski będą pływaly pod wodą. W tym celu zanurzał je rękami i po prostu przesuwał. Pazurami wyskrobał rowek w grubym końcu strzałki. Powtórzył podwodny test i stwierdził, że pocisk zakręca w stronę wycięcia. Dlatego wydrapał jeszcze 3 rowki i spróbował strzelić. Strzałka z cichym świstem opuściła rurkę i doleciała do celu. Palavas poczuł rozpierającą go dumę. Udało mu się samemu coś wymyśleć. Z radości wyciągnął swój bursztyn i go ucałował. Potem pozostałe 11 strzałek poddał takiej samej obróbce. Nie bardzo wiedząc, jak je zatruć, powtykał je w świeże grzyby, mając nadzieję, że przesiąkną toksynami. I tak, posiadając broń, Palavas poczuł, że jest gotowy do drogi. Ukoił swoje obolałe palce w wodzie i przy okazji zaspokoił pragnienie, które zauważył dopiero teraz. Zerwał dwie garści mchu spod drzew; wypłukał i nasączył go wodą, obłożył dokładnie grubymi liścmi pokrytymi woskiem i obwiązał skrawkiem materiału z rękawa, aby bezpiecznie umieścić wodę w kieszeni. Sprytnie… – pogratulował sam sobie.

Tak przygotowany postanowił odpocząć chwilę i wyruszyć po przygodę. W tym celu udał się na krawędź lasu, w stronę drogi. Kochał otaczającą go ciszę, wśród której rozbrzmiewały ciche odgłosy głębokiej puszczy. Ludziom mogłoby się wydawać, że w takim miejscu rzeka czasu się zatrzymuje, zmieniając się w jezioro. Jednak skrzat, pamiętając jak wyglądał ten las kilkaset lat temu, zauważa powolne zmiany w nim zachodzące. Dobrze rozumie, że wszystkie stworzenia tu mieszkające żyją w harmonii i równowadze ze sobą na wzajem, że cały last jest jednym wielkim organizmem. Odchodząc, Palavas ma na dzieję, że nie umrze on bez niego, a gdzieś głęboko w jego głowie pojawia się delikatne poczucie strachu, wywołane przez opuszczenie dotychczasowego domu. Po chwili rozmyślań skrzat zdał sobie sprawę z irracjonalności swoich uczuć. Przecież zawsze mogę tu wrócić – pomyślał. I, oglądając się za siebie ostatni raz, wszedł na Trakt Iquański.

z/t
Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

30 paź 2014, 23:12

MG

Zima nie rozpieszczała w tym roku mieszkańców Autonomii, od samego początku oferując im chłodny, nieprzyjemny wiatr i śnieg. Młoda kobieta biegła przez las, oglądając się co jakiś czas za siebie, zupełnie jakby ktoś ją gonił. W końcu opadła trochę z sił i zwolniła. Trafiła na małą, leśną ścieżkę, prowadzącą na trakt, który już mogła dostrzec w oddali. Długo się nie zastanawiając, zaczęła iść w tym kierunku, powoli uspokajając oddech. W pamięci miała nie tak dawne dramatyczne wydarzenia, w których brała udział. Nic więc dziwnego, że rozglądała się na boki i za siebie, gdy tak szła, a jej uwaga była rozproszona. Pech nie opuszczał Nifrei i wkrótce przed nią jak z podziemi wyrósł potężny, brodaty chłop, od którego prawie się odbiła. Kilka sekund patrzenia przez swoje ramię wystarczyło, by mężczyzna pojawił się przed dziewczyną, łapiąc ją za ramiona, uśmiechając się i to niezbyt przyjaźnie, szczerze mówiąc. Jakby tego było mało, zza drzew wyłoniło się kolejnych dwóch, paskudnych typów. Co do profesji tych ludzi nie było żadnych wątpliwości.

- Ale się nam trafiła sztuka dzisiaj. Wreszcie będzie można się trochę zabawić. – Powiedział brodacz trzymający dziewczynę, oblizując wargi w sposób, który sugerował tylko jedno. Pozostali zaśmiali się tylko i zbliżyli do Nifrei, która wpadła w kolejne tarapaty, ledwo uciekając z poprzednich. Zdaje się, że bogowie naprawdę pałali do niej niechęcią.

- Opłacało się jednak sterczeć w tym miejscu tyle czasu. – Odparł bandyta znajdujący się za plecami kobiety. Wszyscy przewyższali ją wzrostem, śmierdzieli i każdy z nich był uzbrojony w okutą metalem pałkę, a dodatkowo brodacz miał przy sobie kuszę. Poza tym, nie było widać by mieli przy sobie coś więcej. Wyglądało na to, że interes nie idzie im ostatnio dobrze.

Trzech mężczyzn podążało powoli traktem, mając jasno określony cel podróży. Trawa trzeszczała pod kopytami koni i buciorami Drytraka, a z ust mężczyzn wydobywała się para. Całe szczęście, w oddali mogli już dostrzec mury Derin, do którego zmierzali. Nikt z nich nie zwracał przesadnej uwagi na otoczenie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do miasta. Nie było im to jednak dane, a przynajmniej tak mogło się początkowo zdawać. Sadrigal w pewnym momencie dostrzegł jakiś ruch między drzewami, a po chwili zobaczył jak młoda kobieta wpada w łapy jakiegoś faceta. Podróżnicy znajdowali się niedaleko tego zdarzenia i mogli zareagować, jeśli tylko woj siedzący na koniu powiadomiłby swoich kompanów o tym co dostrzegł. Mógł zwyczajnie zignorować to i nie niepokoić reszty, tym samym bez przeszkód docierając do miasta, ale czy sumienie by mu na to pozwoliło? Całe to zajście nie wyglądało z pewnością na przyjacielskie przyjęcie. Całkiem możliwe też, że cała drużyna usłyszałaby coś i zauważyła, gdy dotrze do miejsca przecięcia się leśnej ścieżki z traktem.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

31 paź 2014, 16:59

Sadrigal ściągnął lekko lejce, zwalniając odrobinę tempo, i zmrużył oczy, przyglądając się postaciom, które zauważył w lesie. Kobieta i… jeden, dwóch mężczyzn, na ile mógł stwierdzić, w sytuacji, która prawdopodobnie oznaczała…

Jego towarzysze zwrócili uwagę również, jednak nie na sytuację w lesie, ale na zachowanie Sadrigala. Zerknął na nich, po czym wskazał dyskretnie palcem kierunek.

Patrzcie – powiedział półgłosem. – Bandyci. Dwóch, może więcej. Zachowujmy się normalnie – dodał po chwili. Widział po połysku w ich oczach, że mają zamiary dokładnie takie, jakie ma on sam. Pod hełmem Drytraka nie mógł, co prawda, zobaczyć jego wyrazu twarzy, ale był pewny, że ten uśmiechnął się paskudnie.

Nie zmieniając dość spokojnego tempa, podążali dalej do momentu, w którym trakt spotykał się z leśną ścieżką. Komunikując się ruchami oczu, gestami i półgłosem został ustalony następujący plan: do połączenia się tych dróg spokojnie, potem ostro i gwałtownie w stronę bandytów. Drytrak na szpicy, Tonuryn po jego lewicy, Sadrigal – po prawicy.

Skrzyżowanie.

Runęli w stronę bandytów. Sadrigal zawinął w pędzie płaszcz na lewą dłoń, żeby w razie czego spróbować obronić się przed strzałem łuku czy bełtem, albo chociaż zmitygować obrażenia, jeśli nie uda mu się schować za szyją konia. Wyciągnął miecz, choć miał po prostu zamiar stratować każdego, kto wejdzie mu w drogę. Przygotował się; zauważył po chwili trzeciego bandytę, którego przeoczył wcześniej, i upewnił się odnośnie tego, że sytuacja faktycznie była taka, jak wyglądała z daleka; kobieta zdecydowanie nie wyglądała na dobrowolnie przebywającą w towarzystwie tych mężczyzn, a ich mordy sugerowały raczej jedno.

Zakończył szarżę na tym, będącym najbardziej po prawej. Miał, na ile Sadrigal mógł stwierdzić, tylko okutą pałkę; raczej niewiele mógł zrobić konnemu jeźdźcowi. Sadrigal rozważał opcję zeskoczenia z konia po poradzeniu sobie z nim; na ciasnej ścieżce mogło zrobić się odrobinę za tłoczno.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

31 paź 2014, 17:58

Tonuryn wysłuchał z uwagą wypowiedzianych półgłosem słów Sadrigala. Gdy podjechali odrobinę bliżej, wreszcie udało mu się zobaczyć ukryte dotąd w gąszczu sylwetki. Słysząc mdłe echo parszywego rechotu, poluzował tasak w pochwie. Dawno już nie zaznał smaku walki.

Po tym, jak dotarli do skrzyżowania, w życie wcielony został ustalony wcześniej plan. Klacz barda niezwykle ochoczo rzuciła się za Drytrakiem, który ruszył pierwszy. Jadąc, Tonuryn zaczął dostrzegać coraz więcej szczegółów; ciemnowłosa piękność, trójka paskudnych bandziorów uzbrojonych w pałki i ich zaskoczenie, kiedy usłyszeli nadciągających wojów. Jego wzrok prześlizgnął się po wszystkich trzech, nie zadając sobie trudu spojrzenia im w twarze.

Zauważył kuszę i poczuł lekkie ukłucie niepokoju, bowiem to właśnie ona stanowiła największe zagrożenie. Wierzył, że Drytrakowi uda się wyeliminować dzierżącego ją chłopa wystarczająco szybko. Wojownik był pełen krzepy, a to, jak szybko i z jaką gwałtownością wpadł na ścieżkę, tylko utwierdzało Tonuryna w przekonaniu, że poradzi sobie z tym zadaniem bez większego wysiłku.

Bard znajdował się już w krytycznej odległości od wybranego przez siebie przeciwnika – tego po lewej. Przyciskając się do szyi konia, miał nadzieję, że nędznikowi nie uda się uciec przed stratowaniem, a jeśli już, miał zamiar wykończyć go szybko. Zaciskał dłoń na rękojeści tasaka. Ostrze broni było nagie; niemal dało się zobaczyć głód w sporadycznym migotaniu na jego krawędzi, kiedy na krótką chwilę wchodziło w plamy światła.

Cała scena nie była tak bajkowa, jak mogłoby się zdawać. Brakowało tu złotego blasku przebijającego się przez listowie, by paść na udręczoną twarz niewiasty. Tego jednak trudno było się spodziewać, kiedy na świat czyhała zima ze swoim płaszczem chmur i gęstą mgłą.
Zamiast tego mieli szare, jesienne światło. Takie nie wiadomo, co.
Dzień dobry do siedzenia pod futrem w ciepłym łóżku, najlepiej z równie gorącą dziewką; nie do zabijania..

//Akcja uzgodniona z Drytrakiem.
Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

31 paź 2014, 18:17

Drytrak z ulgą wpatrywał się w majaczące gdzieś w oddali Derińskie mury. Był na trakcie już od jakiegoś czasu i nawet dla kogoś takiego jak on, po pewnym czasie stawało się to męczące. Jednakże los nie mógł pozwolić, by tak po prostu dotarli do miasta.

W pobliskim lasie, z boku traktu, miejsce miał pewien ciekawy incydent, na który zwrócił ich uwagę Sadrigal. Jakaś dziewczyna wpadła – dość niefortunnie – w łapy jakichś szumowin. Może wyjdzie z tego cało, a może nie, zobaczymy. Pomordowanie paru nikomu niepotrzebnych gnid na pewno nie zaszkodzi, było to rutynowe działanie mające na celu polepszenie standardów życia na tym świecie, jak to niektórzy mawiali. Tym bardziej, że już trochę dni minęło odkąd ostatnio kogoś zabił, czasem trzeba było urozmaicić sobie życie. Wyglądało na to, że cała trójka była w bojowym nastroju, tak więc bez zbędnego pieprzenia ruszyli w kierunku zajścia – najpierw spokojnie, by następnie zaszarżować.

W Drytraku krew się gotowała i nie będąc w stanie wytrzymać napięcia, ruszył naprzód nieco wcześniej, niż oryginalnie zakładali. Pędząc na złamanie karku starał się przyjrzeć zbirom nieco dokładniej. Ich stan uzbrojenia był żałosny, jedynie kusza mogła popsuć im dzień, toteż wojownik obrał za cel człeka dzierżącego ową broń. Teren był zalesiony i obfitował w pagórki, wszystko to sprawiło, że dotarł na miejsce nieco szybciej niż jego – pozornie mający przewagę – dosiadający koni towarzysze. Zrzucił torbę, by nie przeszkadzała mu w walce i wydobył swój potężny miecz, w miarę jak dystans się kurczył zaczął zygzakować i opuścił głowę nisko. Tułów wykręcił nieco w bok, tym samym stając się mniejszym celem, w międzyczasie przygotowywał się do wyprowadzenia ukośnego cięcia z prawej do lewej, które później miało stać się bazą do poziomego cięcia o odwrotnym kierunku. Drytrak raczej nie planował pozbawienia oponenta życia pierwszym ciosem, wolał najpierw go obezwładnić, celując w nadgarstki, a dopiero potem powalić i dobić. Zależało mu na jak najszybszym zmniejszeniu odległości, ale wiedział, że strzelec może wstrzymać się ze strzałem, aż Drytrak będzie tuż przed nim. Był to zdecydowanie nieciekawy scenariusz, na wypadek którego przygotował się do gwałtownego uskoku w bok i cięcia żołdaka tuż nad biodrem.

Awatar użytkownika
Nifrea
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

31 paź 2014, 19:35

Dziewczyna, choć biegła ile sił w nogach, już po krótkiej chwili przestała obawiać się niebezpieczeństwa ze strony jej ojca. Szczęściem w nieszczęściu okazał się fakt, że był on już dość starym człowiekiem. Z pewnością nie był w stanie za nią nadążyć, a co za tym idzie – dogonić. W dodatku, dziewczyna opuściła swe domostwo bardzo sprytnie, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów, wobec czego prawdopodobnie nie wiedziałby on nawet, w którą stronę miałby się udać.

Gdy tylko emocje trochę opadły, Nifrea nieco zwolniła tempo. Zaczęła się zastanawiać, co właściwie ma ze sobą zrobić. Musiała przeanalizować wszystko na spokojnie, co w obecnym stanie było raczej niemożliwe. Nigdy nie doświadczyła takiej czy podobnej sytuacji, od zawsze żyła z dala od wszelakich problemów. A teraz miała kłopot. Na pewno musiała skombinować jakiś nocleg, ciepły posiłek również by nie zaszkodził. O ceny takich usług póki co się nie martwiła. Miała trochę pieniędzy. Bogactwem co prawda tego nazwać nie można było, ale cieszyła się, że ma chociaż to. Fakt faktem – musiała po prostu odpocząć i zregenerować siły.

Nie minęła jednak chwila, która pozwoliłaby dziewczynie odetchnąć choćby na sekundę. Momentalnie została złapana przez rosłego mężczyznę, który wyszedł do niej niczym cień. Co prawda swoim wyglądem nie przypominał jej osoby, która byłaby w stanie przejść niezauważona nawet przez niedowidzącego, głuchawego starca. Bądź co bądź – zrobił to na tyle szybko, że Nifrea nie była w stanie zareagować.
Gdy tylko została złapana, próbowała uwolnić się z uścisku mężczyzny. Niestety, bezskutecznie. Nie miała na tyle siły. Sięgnięcie po tasak, którym zresztą i tak nie potrafiła się posługiwać, nawet nie wchodziło w grę. Była zmęczona, nie tylko ze względu na przebiegnięty dystans. To co zrobiła wcześniej kosztowało ją naprawdę sporo energii. W dodatku sama w sobie była raczej drobną dziewczyną, z pewnością niezdolną do przeciwstawieniu się takiemu wielkiemu mężczyźnie. Jedyne czym mogła się w takiej sytuacji posłużyć była magia, ale była pewna, że gdy tylko zrobi coś rzeczywiście niebezpiecznego, zostanie potraktowana dość boleśnie przez resztę tego jakże niemiłego towarzystwa. W końcu widziała u nich jakieś obuchy, a u stojącego na przeciw brodatego mężczyzny – nawet kuszę. Ogółem jej sytuacja wyglądała raczej mizernie.

Nagle jednak usłyszała tupot koni. Była pewna, że ktoś nadjeżdża i kieruje się w jej stronę, zważywszy na to, że szum słyszała coraz wyraźniej. Ciężko było jej jednak coś zauważyć szczególnie, że z każdej strony otoczona była przez rosłych chłopów.
P-puść mnie, oblechu! – wykrzyknęła do brodatego, ciągle starając się uwolnić z jego ogromnych łapsk, mocno zaciśniętych na jej ramionach. Nie wiedząc czemu, poczuła się nieco pewniej.
Nie wiedziała jakimi intencjami kierowali się owi jeźdźcy, ale nie sądziła, że mogły być one gorsze niż intencje tych bandziorów. Wierzyła, że oprychy nie grzeszyły rozwagą, a przynajmniej wywnioskowała tak po ich wyglądzie, toteż miała nadzieję, że zostawią ją w spokoju i pójdą załatwić sprawę swoich prawdopodobnie nieproszonych gości. Szczególnie, że wobec niej mieli zapewne nieco inne plany. W takim wypadku, miałaby natomiast trochę czasu, by wyciągnąć z pochwy swój tasak i zrobić z niego jakiś użytek. Co prawda nie umiała się nim jakoś finezyjnie posługiwać, ale nie raz już korzystała z noży w kuchni, toteż precyzyjne wkłucie ostrza nie powinno sprawić jej większego problemu. Oczywiście, samej walki starała się unikać, jeśli już była do tego zmuszona, to chciała działać z zaskoczenia. W innym wypadku, cóż – liczyła na jeszcze konkretniejsze wsparcie i inicjatywę nieznajomych na koniach. W obecnym stanie bała się trochę korzystać z zaklęć i póki co postanowiła odpuścić. Obawiała się, że w obecnej sytuacji, tak jak podczas treningu w przeszłości, może zapłacić za to własną krwią. Już po raz trzeci dzisiaj wyczekiwała cudu – po prostu chciała wyjść z tego wszystkiego w jednym kawałku.

Wróć do „Derin”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Viridar
Liczba postów: 52209
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.