Loszek

Miasto to, nazywane przez ludzi Rebelią, jest miastem podziemnym. Mieszka tutaj procentowo najwięcej ras humanoidalnych nie będących ludzkimi. Mieszkańcy Morinhtaru z zasady negatywnie nastawieni do odwiedzających, podróżnych i wszystkich innych gości, żyją w swoim zamkniętym towarzystwie.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Loszek

22 lis. 2012, 12:19

Niski, wyjątkowo mały, przeznaczony dla jednej osoby loch. Przytwierdzone do sufitu krótkie łańcuchy z kajdanami były jedynymi elementami jego wystroju. Gładkie jak lustro, kamienne ściany przybrały lekko fioletowy, nienaturalny kolor. Każdy, komu los przyszedł przebywać w tej celi wiedział, że nie dane będzie mu zaznać podstawowych wygód, takich jak choćby miejsce do spania czy załatwiania potrzeb fizjologicznych. Naprzeciw ściany, przy której zwisające smętnie ogniwa mogły przyprawić słabych o dreszcze znajdowała się zbudowana z pionowych krat ściana, w której próżno szukać było wrót. Za nagimi prętami widoczny był wąski, oświetlony ledwo tlącymi się pochodniami korytarz.
MG

Anemetius wisiał. Nagi, podpięty do łańcuchów elf ledwo dotykał palcami podłoża. Nie wiedział, od jak dawna się tutaj znajduje, jednak nadal towarzyszył mu ostry ból głowy i otępienie. Jego długim uszom od razu jęły się słyszeć rozliczne odgłosy – kapiąca woda, przytłumione rozmowy, natarczywe stukanie gdzieś w niższych poziomach. Nie wiedział, gdzie się znajduje, ale zdawał sobie sprawę, że nie czeka go nic dobrego. Niezdolny do pozbierania własnych myśli mimowolnie zwiesił głowę. Minęła dłuższa chwila, podczas której jego stan się nie zmienił. Nagle na korytarzu rozległy się pewne, równe kroki. Za kratami pojawił się Opiekun we własnej osobie, spoglądając na swoją ofiarę spod kaptura. W słabym świetle nie sposób było orzec, czy jest zadowolony z tego, co zrobił.

- Etap pierwszy – rzekł cicho, ale dostateczne słyszalnie. W jego głosie wyraźnie pulsowała moc. Podniósł do oczu dotychczas niewidoczną księgę, odetchnął z cicha. - Ascendencja wymaga wyzbycia się cielesnych trosk. Zostaniesz przygotowany. Wybacz, że w taki sposób.
Niski człowieczek zasępił się. Nabrał powietrza, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale zaniechał. Odszedł, zostawiając Anemetiusa na pastwę losu. W tym czasie elf skonstatował, że jego zdolności uległy znacznemu pogorszeniu. Coś wysysało z niego całą energię magiczną, a podświadomość podpowiadała mu, że muszą to być założone na jego nadgarstki kajdany. Co ciekawe, nie posiadały zamka ani widocznego miejsca, w którym się otwierały. Szerokie obręcze stanowiły nierozerwalną całość. Elf mógł tylko czekać… albo kombinować.

//Jeśli chcesz zaczekać, w kolejnym poście opiszę kilka nadchodzących dni i przejdziemy do etapu drugiego. Możesz też spróbować się wydostać, czy cokolwiek chcesz. W każdym z tych wypadków polecam edytować swoją KP za pomocą formularza, zwracając uwagę na takie punkty jak „Wygląd” i „Dobytek”. Anemetius nie ma przy i na sobie niczego.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

08 gru. 2012, 16:09

MG

Zaraz po tym, jak młody adept skonstatował, w jakiej sytuacji właśnie się znalazł, Anemetius rozproszył trzy z czterech energetycznych ścian. Pozbył się też iluzji, wydatnie wzmacniając moc pozostałych zaklęć. Chociaż energii miał niewiele, całe jego ciało stopniowo wytwarzało nowe jej pokłady, przez co plan długouchego miał duże szanse powodzenia. Ostatnia z niewidzialnych ścianek przygniotła lekko przygłupiego i zaskoczonego takim obrotem spraw pomagiera Opiekuna. Nie zdążył nawet pisnąć, a już jego nos rozbił się o gładką ścianę celi. Krew kapała na dotychczas nieskalaną podłogę. Co ciekawe, w kontakcie z nią na dosłownie ułamek sekundy rozjaśniała się na niebiesko. Efekt był iście bajeczny, jednak Anemetius nie miał czasu go podziwiać. Nie wiedzieć dlaczego, elf użył telepatii. Jako doświadczony mag posługiwał się nią w równym stopniu, jak zwyczajną mową, ale powinien też wiedzieć, że każde, nawet najmniejsze zaklęcie zmniejsza jego i tak już nadwątlone zasoby mocy. Ane poczuł, jakby to on rozdawał karty, podczas gdy jego sytuacja nadal była opłakana. Ścianka miała się rozproszyć lada chwila, podobnie jak zaklęcie trzymające w ryzach energetyczny ssak. Uwięziony czarodziej nie byłby teraz w stanie przejąć nawet umysłu średnioskomplikowanego zwierzęcia, nie mówiąc o ludzkim. Oczywiście, ofiara elfa nie musiała o tym wiedzieć.

Przygnieciony uczeń czarnoksiężnika zaśmiał się histerycznie. W jego głosie wyraźny był ból i strach. Posikał się w spodnie.

- N-nie mogę cię uwoolnić… – rzekł, jąkając się lekko. - O-on t-tu za-aaraz przy-przyjdzie… - zawył potępieńczo. Z jego oczu poleciały rzewne łzy. - Pro-proszę, nie zabija-aa-j mnie-e! Ja mu tylko poma-aagam… – Co dziwne, w pomieszczeniu wzrosło stężenie magii, jakby zaraz miało wydarzyć się coś wielkiego. Adept też to wyczuł, jęcząc jeszcze głośniej, niż dotychczas. Widać było, że nie wie, czego bać się bardziej – swego pana, czy uwięzionego Anemetiusa. Celę wypełniło dziwnego typu, jednostajne brzęczenie energii ogniskowanej w jednym miejscu. Coś nadchodziło, a sądząc z reakcji pomocnika Opiekuna nie było to nic dobrego.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

08 gru. 2012, 23:45

Okoliczności wymagały na nim podjęcie błyskawicznej decyzji. Wyczuwał, że zaklęcie powstrzymujące drenaż magii poprzez kajdany słabnie. Jeszcze trochę i to, co ledwo odzyskał, utraci z powrotem. Usłyszawszy skomlenie adepta skrzywił się tylko. Człowieczek był taki głupi i słaby, że nie warto byłoby nawet poświęcać trudów na jakąkolwiek ingerencję w jego umysł. Spiął brwi niezadowolony. Nie umknęła mu również narastającą obca aura energii magicznej gromadzącej się w jednym punkcie ogniskowym.

Wbił wzrok w przerażoną twarz człowieka. Na nic mu się nie przyda, chociaż…może go wykorzystać w jednym celu.

Zabić cię nie zabiję – odpowiedział telepatycznie – Jednak z chęcią zabiorę twoją magię.

Wiedział, ze nie było jej wiele, ale to i tak lepsze niż nic.

Nie warto było od nowa zużywać mocy na zaklęcie, skoro mógł jedynie odpowiednio przekształcić istniejąca już energię w formie niewidzialnej ściany. Sięgnął po nią swą myślą z planem przemodelowania w półprzezroczystą mackę. Wówczas ściana owinęłaby się wokół adepta niczym rulon, następnie rozczepiła i uformowała długą mackę, która jednym końcem owinęłaby się wokół adepta, a drugim naokoło Anemetiusa, tworząc w ten sposób bezpieczny łącznik. Później zaś wszystko potoczyłoby się jak za pomocą kajdan. Magia ze słabszego ośrodka – czyli adepta – powędrowałaby do silniejszego ośrodka – Anemetiusa. Zresztą tego typu zaklęcia działały na zasadzie rzeki. Główną rzeką był ośrodek magii – np: Czarodziej. Wystarczyło tylko dokopać do niego swój własny kanał i chcąc czy nie magia, podobnie jak i rzeka, wypełniłaby dodatkowe koryto.

Chociaż tyle mógł zrobić z tym bezużytecznym człowieczkiem. Po chwili jednak przypomniał sobie, że przed wejściem do celi adept szukał czegoś po kieszeni, by następnie przeniknąć przez pionowe kraty jakby ich tam w ogóle nie było. Być może to coś pomogłoby mu się uwolnić? W jakiś sposób musieli zdejmować zaklęcie z kajdan, a opcja z jakimś zaklętym obiektem, który przy dotyku niwelowałby magię wydaje się być całkiem przekonywująca. Proste zaklęcie negacji nałożone na cokolwiek i proszę bardzo. Możemy przenikać przez zaklęte magicznie kraty.

Wiem, że masz jakiś przedmiot, który pozwolił ci przeniknąć przez te karty – powiedział za pomocą myśli, nie kryjąc swojego pośpiechu. Co bądź co spieszyło mu się – Pokaż go i powiedz jak działa – przerwał mrużąc oczy. Adept szukał czegoś po kieszeni. W takim razie wynikało duże prawdopodobieństwo, że przedmiot musiał znajdować się w fizycznym kontakcie z użytkownikiem – Działa za pomocą dotyku? Przestań płakać jak dziewczyna i rusz swoje cztery litery! Cokolwiek to jest przyłóż to do tych głupich kajdan albo sam wyjmę to coś z twej kieszeni za pomocą telekinezy, a ciebie zabiję na miejscu. Bądź co bądź już jesteś martwy. Jak myślisz, jak zareaguje twój mistrz, gdy dowie się, że dałeś się nabrać na taką żałosną iluzję? W najlepszym wypadku skończysz na moim miejscu.

Anemetius starał się przerazić adepta jeszcze bardziej, aby ten stracił kompletnie rozeznanie oraz trzeźwość myślenia i pod wpływem paniki zrobił to, co mu mówił. Na pierwszy rzut oka widać było, że adept nie należał do silnych jednostek i był bardziej niż bardzo podatny na wszelakie groźby, nie mówiąc o groźbach poprzedzonych gwałtownymi czynami. Takie jednostki nie potrafiły poradzić sobie z sytuacjami wywołującymi napięcie psychiczne, ulegając w końcu przerażeniu.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

11 gru. 2012, 20:52

MG

Zbierająca się w jednym, małym punkcie energia nie wróżyła nic dobrego. Brzęczenie narastało, cząstki zaczynały się przeciążać. Anemetius od razu wiedział, co się wydarzy. Opiekun zamierzał pokonać go jego własną bronią – implozją. O wiele mocniejszą, niż ta, którą elf wytworzył w gabinecie swego oprawcy. Jak było do przewidzenia, ogniskowana energia nie pochodziła z celi ani z osób się w niej znajdujących. Była przysyłana z zewnątrz, to oznaczało, że akademicki czarodziej musiał być gdzieś w pobliżu. Być może korzystał z zasobów wyssanych od Anemetiusa, bowiem energii było zbyt dużo nawet jak na jego możliwości. Jego działania nie miały jednak najmniejszego sensu. Uwięził długouchego tylko po to, aby zabić go przy pierwszej próbie ucieczki…? Coś tu było nie tak, jednak zaznajomiony z metodami działania Opiekuna Ane nie zamierzał czekać, aż sytuacja się wyjaśni.

Działał, pobierając energię od przygłupiego, uwięzionego przez siebie adepta, który nie śmiał się nawet poruszyć. Jęczał z cicha, gdy elf pożerał jego marne zasoby magiczne, wprost wydzierając je z jego słabego ciała. Niewiele ze słów Anemetiusa dotarło do uszu służalcy, po części dlatego, że hałas wytwarzany przez zbierającą się energię stawał się coraz głośniejszy. Mimo wszystko, rola tego osobnika polegała na wypełnianiu poleceń, które siłą rzeczy musiał rozumieć. Wiedział, o co chodzi uwięzionemu magowi nawet, jeśli nie dosłyszał jego rozkazów. Posłusznie podszedł do niego i łkając uniósł dłoń ze świetlistym kamyczkiem w dłoni. Kamień wyglądał na wypolerowany, rozjaśniony od wewnątrz jadeit. Na jego powierzchni wyraźnie zarysowane zostały skomplikowane runy. Adept przyłożył kamień nerkowy do kajdan Anemetiusa, jednak nic się nie wydarzyło. Jadeit nie miał mocy, aby go wyzwolić, a pomagier Opiekuna nie potrafił wyjaśnić, jak działa posiadany przez niego przedmiot. Działania elfa były stratą cennego czasu, a zyskał na nich tyle, co nic, zwiększając zasoby swojej mocy o mizerną jej ilość pochodzącą od adepta.

- U…umrze-emy… – zakwilił cicho adept, ciągle przytykając swój cenny kamyczek do jednej z okalających nadgarstki Anemetiusa obręczy. Wiedział, że jeśli nie zabije go implozja, uczyni to elf, który dopiero co rozkwasił jego nos o ścianę. Z dwojga złego nie wiedział, w jaki sposób wolałby umrzeć.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

11 gru. 2012, 22:35

Gdy adept przyłożył kamień do kajdan i nic się nie wydarzyło, Anemetius spiął brwi bardziej w wyrazie zamyślenia niż gniewu. Zdziwił się nieco, że przedmiot nie zadziałał, ale nie był tym faktem zaskoczony. Po prostu poczuł pewną urazę na swej dumnie Czarodzieja. Jego założenie okazało się być błędne, lecz nie miał zamiaru z tego robić sobie wyrzutów sumienia. Miał inne zmartwienie na głowie.

Narastającą energia nie wróżyła niczego dobrego. Właściwie elf wiedział czego jest zapowiedzią. Ktoś – zapewne Opiekun – zsyłał wielkie pokłady magii do jednego punktu tylko w jednym celu – wywołaniu Implozji. Poprzez nagromadzenie całej tej mocy cząsteczki magii zaczną po pewnym czasie oddziaływać ze sobą, osiągać swój limit, a wtedy nastąpi ich gwałtowne uwolnienie. Z założenia dość prymitywna – oczywiście dla mistrzów dziedziny energii, aczkolwiek posiadająca niezwykle dewastujące możliwości technika.

Anemetius zacisnął zęby. Czemu Opiekun to robił? Najpierw chciał mu pomóc i razem badać wraz z nim tajemnice Ascendencji, później zamknął go w tym lochu i rzekł, że przygotuje go do Ascendencji, a teraz zaś chciał go tak po prostu unicestwić? No, nie tylko jego, ale i cały loch, gdyż siła rażenia implozji jest wystarczająca do zdmuchnięcia z powierzchni ziemi nie jednego budynku. Zależnie od ilości energii, a ta tutaj była całkiem pokaźna.

Na szczęście wciąż miał czasu. Mało, bo mało, ale miał. Rzucał implozję już nie raz i doskonale znał zasady. Do momentu uformowania struktury całość jest niezwykle wrażliwa. Właściwie rzucanie implozji w pełnej skali miało zastosowanie jedynie na bardzo dalekich dystansach, gdyż wymagało czasu i skupienia. Chociaż gromadzenie energii wydawać by się mogło czymś banalnym, to w rzeczywistości było na odwrót. Kreowanie energii do wywołania Implozji wymagało wielkiego skupienia, olbrzymich nakładów mocy oraz sprawnego umysłu. Nie wystarczyło jedynie przesłać energię. Należało ją odpowiednio skoncentrować, aby jej cząsteczki były jak najbardziej ze sobą "ściśnięte", bowiem w przeciwnym wypadku proces mógłby zakończyć się fiaskiem. W zasadzie Implozji w pełnej skali używano niezwykle rzadko, zazwyczaj na polach wielkich bitew. Wielka moc miała swoją cenę, a na dodatek inkantacja zaklęcia była całkiem zawiła i zajmowała dużo czasu – tak potrzebnego podczas potyczek magów. Należało również utrzymać spory dystans, ponieważ zasięg rażenia gwałtownie przeciążonego skupiska mocy należał do całkiem pokaźnych. Dlatego też Implozja znajdowała swoje zastosowanie jako broń masowego rażenia. To, co wytworzył w gabinecie opiekuna nie było nawet namiastką "pełnej" Implozji, a do takiej właśnie dążył Opiekun, który chyba nie zdawał sobie w pełni ze skali zagrożenia. Anemetius mógł na ślepo stawiać, że pełna implozja zniszczyłaby połowę Akademii, o ile ta nie posiadałaby potężnych barier absorbujących ataki magiczne, lecz wątpił, by takowe znajdowały się wewnątrz. Bariery chroniące zazwyczaj otaczały budynek od zewnątrz, nie od środka.

Widać twój mistrz pragnie i twojej śmieci, głupcze – rzucił do rozhisteryzowanego adepta – Zastanów się, czy warto komuś takiemu służyć.

Kierując się swą zdolnością do wyczuwania aur mocy spojrzał w kierunku, gdzie gromadzona była energia. Wciąż się gromadziła. Proces przeciążania cząsteczek dopiero się rozpoczynał. Mógł więc ukraść całą tą nagromadzoną moc. Przeszkodzić w tkaniu zaklęcia

Zamknął oczy zbierając myśli. Rzucanie pojedynczego zaklęcia byłoby marnotrawstwem. W takim przypadku traci się całą magię potrzebną do zaklęcia. Gdyby tylko jakoś mógł zachować magię w sobie i jednocześnie ukształtować zaklęcie…

Otworzył oczy, które zalśniły. Wpadł na pomysł. Dość ryzykowny, bo nie miał wprawdzie pojęcia czy się uda, ale czyż właśnie nie w taki sposób – gwałtowny i nagły – dokonywano wielkich odkryć? By zachować energię w sobie i utkać zaklęcie mógłby wytworzyć specjalną aurę. Stać się ośrodkiem przyciągającym do siebie energię magiczną z otoczenia. Kto powiedział, że "wyrzucanie" z siebie magii pod postacią zaklęć jest jedynym sposobem szeroko pojętego czarowania? Czyż rzucając zaklęcia nie przekształcamy magii w sobie, by następnie ją "wyrzucić"? A co jeśli pominąć ten ostatni etap? Poniekąd…stać się samemu zaklęciem?

Zaczął manipulować swymi cząsteczkami energii z założeniem utworzenia z nich pochłaniaczy magii. Każdą cząsteczkę zamierzał wzbogacić o właściwość rzuconej przed chwilą wysysającej macki, a następnie sprawić, by w grupie wpływały na siebie, potęgując efekt. O ile jedna cząstka mogłaby wówczas wchłonąć okoliczną energię, o tyle całe ich dziesiątki, setki i tysiące, a tyle, i jeszcze więcej znajdowało się w każdym magu, stałyby się przepotężnym magnesem ściągającym moc z całej okolicy. Chciał zjeść ciastko i mieć ciastko.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

15 gru. 2012, 02:38

MG

Tak zwane „domeny” nigdy nie były niczym więcej jak tylko marną próbą usystematyzowania nieokiełznanej magii. Ich nazwy i podstawowe założenia przedstawiały cele, jakie chce osiągnąć mag rzucający zaklęcie. Sama istota Mocy pozostawała jednak niezmieniona od wieków. Niemal każda istota posiadała w sobie pewną ilość energii magicznej, która zwykle nie wpływała na jej życie w znaczący sposób. Była zauważana dopiero w kryzysowych sytuacjach albo niezauważana w ogóle. Dodatkowa wewnętrzna siła nie sprawiała, że ciało czy umysł jej nosiciela było sprawniejsze, nie rozszerzała jego możliwości… Dopóki nie wiedział on, jak jej odpowiednio użyć. Dopiero wtedy zaczynały się prawdziwe cuda. W zależności od obranej (często nieświadomie) ścieżki rozwoju i posiadanej wiedzy świeżo upieczony mag rozpoczynał swoją mniej lub bardziej chwiejną wędrówkę ku doskonałości. W dowolny sposób zmieniał strukturę posiadanej przez siebie energii, formując ją w cokolwiek, co podpowiadały mu wyuczone reguły bądź nieskrępowana niczym wyobraźnia. Oczywiście, musiał jasno wiedzieć, czego oczekuje w danym momencie. Musiał wiele ćwiczyć, skupiając się na zadaniach. Wzmacniać swoje ciało i umysł, aby mogły współgrać z trzecim, dotychczas ukrytym, ale burzliwie rozwijającym się filarem jego jestestwa. Naturalnie, mogli mu w tym pomagać bardziej doświadczeni koledzy po fachu, często w formie odpowiednich lekcji i praktyk, jednak, mówiąc szczerze, mało który magik miał na to szanse. Pozostawieni bez mentorów nowicjusze zaczynali eksperymentować… Co nierzadko kończyło się dla nich niezbyt kolorowo. Szczęśliwcy docierali w końcu do dalszych etapów, często jednak nadal nie zdając sobie sprawy z tego, na czym opiera się sztuka, którą się posługują.

Natura istot żywych sprawia jednak, że są one ciekawe świata. Bywa, że proces ten zamiera po osiągnięciu przez danego osobnika pełnej dojrzałości, jednak zdarza się, że nawet mimo tego dąży on do uzupełniania swoich informacji na temat otaczającego go świata. Nie dziwota więc, że z cywilizowanych społeczeństwach warsztaty nauk magicznych bardzo szybko przestały być czymś rzadko spotykanym. Badania nad strukturą magii miały skrajnie różne wyniki, jednak z czasem okazało się, że możliwym jest wyodrębnienie pewnych właściwych dla każdego zaklęcia założeń. Założeń, warto dodać, bezcennych dla każdego młodego adepta.

Zgodnie z tym, co było wiadome już od dawna badacze odkryli, że energia magiczna znajduje się niemal w każdym obiekcie świata materialnego. Idąc dalej dowiedziono, że moc potrafi zbierać się i kondensować w specyficznych miejscach, prowadząc często do wysycenia energią pobliskich obiektów. Odkryto, że magia przenika przedmioty, zostawiając na nich swój ślad, nierzadko modyfikując ich struktury nie do poznania. Okazało się, że energia potrafi zmieniać świat nawet, gdy nic nią nie kieruje. Niektórzy uznali to za niezbity dowód na istnienie bogów, którzy manipulując cząsteczkami magii realizowali własne niepojęte plany. Inni postanowili pójść za ciosem, coraz bardziej zagłębiając się w skomplikowane arkana Sztuki. Jedną z takich osób był Anemetius.

Łącząc w sobie perfekcję w opanowaniu zaklęć polegających na używaniu czystej energii magicznej oraz szeroko pojętą biegłość w zaklęciach Umysłu ten dość młody jak na standardy jego rasy elf zdawał się być magiem idealnym. Za pomocą siły woli manipulował samą strukturą cząstek magicznych, modyfikując ich układy, zawsze jednak nie wybiegając poza ramy domeny Energii, którą uznał za idealną. Jako jeden z niewielu czarodziei potrafił on formować zaklęcia już po wyrzuceniu z siebie czystej mocy, jedynie poprzez modyfikacje struktur cząsteczkowych. Anemetius postanowił spróbować tego właśnie teraz, w obliczu wielkiego zagrożenia. Ryzykował, nie mając wiele do stracenia.

Jego plan udał się niemal w stu procentach. Cała energia posiadana przez elfa stała się niejako magnesem na czystą moc magiczną, przyciągając do siebie skondensowaną, będącą na granicy implozji kulę. Anemetius wchłonął ją w całości. Czując, jak jego ciało wręcz pulsuje od energii magicznej wiedział, że zaraz on sam imploduje. Jego istota, choć potężna, nie potrafiła zachować w sobie tak dużej ilości mocy. Otaczające jego nadgarstki kajdany pękły z trzaskiem, ale Ane nie upadł. Każda, nawet najdrobniejsza myśl wywoływała wyzwolenie jakiegoś drobnego zaklęcia. Ściany więzienia popękały i zatrzęsły się, kraty wyleciały z hukiem na korytarz wraz z młodym pomagierem Opiekuna. Długouchy poczuł potęgę, jakiej nigdy w życiu nie zaznał. Stał się istnym medium, istotą, dla której ciało było tylko zbędnym, ale koniecznym ograniczeniem. Nie czuł już bólu, nie zastanawiał się nad swoimi ruchami. Energia potrzebowała ujścia, emanując z porów na skórze elfa i jego oczu. Anemetius powoli przesunął się ku wyjściu z celi, nie stawiając kroków, lecz sunąc lekko nad ziemią. Usłyszał kroki, jakby na końcu korytarza pojawił się przeogromny demon. Jego zmysły uległy wyostrzeniu do granic możliwości, nawet drobny hałas sprawiał mu ból. Jego mózg przestawał powoli akceptować taki stan rzeczy, odpowiadając na rzeczywistość ostrym atakiem migreny. Przed elfem pojawił się Opiekun we własnej osobie, patrząc na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Wyglądało na to, że odczuwa satysfakcję i dumę, co jednak nijak nie pasowało do sytuacji. Nie wyglądało na to, że zamierza zrobić cokolwiek poza gapieniem się na swoje dzieło. Możliwe, że chciał po prostu zobaczyć, jak Ane zmienia się w efektowną paćkę, bowiem to właśnie groziło mu w kilku następnych sekundach.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

15 gru. 2012, 03:42

Dokonał ostatniego wiązania magicznych cząsteczek i uwolnił swą aurę. Z początku nie wyglądała imponującą. Ot, zaledwie słabiutki połysk, nawet pozbawiony koloru. Można powiedzieć niewidzialny. Jakby migoczące światło. Dopiero po chwili, kiedy aura zaczęła ściągać do siebie energię, światło uległo wzmocnieniu. Złocisty blask zaczął okalać sylwetkę elfa. Coraz jaśniej, coraz ciaśniej, aż w końcu dosłownie płonął jakoby słońce na bezchmurnym niebie. Anemetius czuł potęgę, która napływała do niego ze wszystkich stron. Przenikała go. Nigdy nie wczuł się wspanialej i potężniej. Chciało mu się śmiać. Kajdany pękły. Uwolnił się. Ściany znienawidzonego lochu pokryły pęknięcia w kształcie czarnych szczelin biegnących od podłoża do sufitu. Wszystko się zatrzęsło. Kraty wyleciały z hukiem wraz z niezdarnym pomagierem Opiekuna. Nie odczuwał bólu przyćmiony wszechogarniającą mocą.

Unosząc się w powietrzu rozkoszował się tą potęgą. To była prawdziwa magia. Dzięki niej mógł zrobić praktycznie wszystko. Jednak stan euforii przerwał momentalnie ostry ból głowy, kiedy w korytarzu rozległ się hałas. Jego zmysły wyostrzyły się tak bardzo, że nawet najmniejszy szelest byłby dla niego iście uciążliwym wrzaskiem. Umysł zaczął się sprzeciwiać takiej mocy. Wiedział, że gwałtowne pochłonięcie tak wielkiej ilości energii było niezwykle niebezpieczne dla śmiertelnego ciała i teraz był niczym chodząca implozja – gotów w każdej chwili implodować. Każde ciało miało swoją pojemność. Limit. Od dawna uważał zewnętrzną powłokę za jedynie naczynie, które nie powinno być ani puste, ani przepełnione. Lecz jednocześnie pragnął więcej. Pragnął mocy. Więcej, więcej, więcej. Coś jakby w nim pękło, jak te kajdany, które go więziły. Rozsądek podpowiadał mu pozbycie się nadmiarów magii, lecz jakiś głos zaprzeczał krzycząc – Jeszcze, daj mi jeszcze! W jaki sposób mógłby porzucić te śmiertelne kajdany?

Czyż nie tego pragnął? Mocy? Co znaczyło ciało, kiedy miał do dyspozycji taką potęgę? Fizyczny ból? To nie ma znaczenia. Należy przekroczyć próg. Pójść za ciosem. W tym momencie nie mógł się wycofać. Ciało jest słabe. Ciało jest ulotne. Ciało przemija. Wiotczeje, słabnie, gnije. Umysł stanowi klucz do wszystkiego. Z taką mocą byłby w stanie podtrzymać swoje istnienie. Wyodrębnić je od materialnego świata. Przejść na wyższy poziom świadomości pozbawiony organicznych mankamentów – mózg, serce, płuca. Przywary śmiertelników. Brzydził się tym, brzydził się sobą w obecnym stanie. Gdzieś w podświadomości cały czas pragnął wolności. Jak motyl wychodzący z poczwarki.

Wtedy pojawił się Opiekun. Nie wyglądał na przestraszonego. Może wręcz przeciwnie? Na jego twarzy malował się dziwny grymas. Doza samozadowolenia. Cieszył cię? Czy to była część jego planu? Czy przeszli do drugiego etapu? A może właśnie kończył swój pierwszy? Anemetius potrząsł głową odganiając myśli. Z taką potęgą nawet ten, który go tu uwięził mu nie sprosta. Może zmiażdżyć Opiekuna w ułamku sekundy. Samą myślą. Rozsadzić od środka wywołując sprężenie magii w ciele człowieka. Tak, tak powinien. Dać upust zemście. Sprawić, aby cierpiał. Patrzeć, jak Opiekun pęcznieje rozrywany od wewnątrz przez swoją własną magię.

Już chciał to uczynić, ale powstrzymał się, zatrzymując dłoń uniesioną w górze jakby gotową do wydania wyroku. Był lepszy. Doskonalszy. Śmierć jest zbyt prymitywnym rozwiązaniem. Powinien być ponad to. Ten człowiek może się jeszcze przydać. Zabijanie było takim…przyziemnym sposobem rozwiązywania sporów. Istniały inne, o wiele bardziej subtelne możliwości.

Spojrzał na Opiekuna swym płonącym od magii wzrokiem. Zajmie się nim później. Pozwoli mu żyć, by mógł zostać świadkiem czegoś wspaniałego. Sam dokładnie nie wiedział czego, ale miał w myślach słaby zarys planu jak wykorzystać tę moc do swego pierwotnego celu. Chociaż ostra migrena niemalże przeszywała go swym tępym bólem, to cały czas zbierał myśli. Wiedział, że to jest jego szansa.

Skurczył się w powietrzu do pozycji embrionalnej obejmując mocno ramionami. Wszystkie dochodzące do niego bodźce były tak wyczulone, że niemalże zlewały się w jedno. Chciał spokoju i mocy. Mógł to osiągnąć. Miał potrzebną do tego moc. A moc to wszystko czego potrzeba do spełnienia życzeń. Podjął próbę wyciszenia się. Wejścia w stan medytacji wzmocnionej tą magią.

Zaczął rozszerzać swoją świadomość pompując w nią niebotyczne ilości energii. Jakby chcąc oddzielić swoje jestestwo od ciała i zmusić do samoistnej egzystencji. Wyciągnąć swoją duszę, umysł i związać je energią. Stać się nimi. Odrzucić ciało. Jednocześnie powtórzył zabieg sprzed chwili. O ile tamta aura okazała się skuteczna, ta…nawet on nie potrafił przewidzieć efektów tak spotęgowanej aury ściągającej magię. W kajdanach miał kilkaset cząsteczek energii, teraz? Setki tysięcy? Miliony? Nie potrafił określić. Nigdy nawet nie patrzył na to przez pryzmat liczb. W każdym razie każdą cząstkę wzmacniał tak jak poprzednio, a nawet bardziej. Szczerze mówiąc nie kontrolował tego. Magia pragnęła ujścia, więc dawał je poprzez potęgowanie cząsteczek i gromadzenie energii do swojego jestestwa. Prawdopodobnie miało to destruktywny wpływ na okolicę. Takie zagęszczenie magii podawane skomplikowanym procesom było jak burzowa chmura. Lecz on nie interesował się tym. Nic go nie obchodziły zniszczenia. Nie patrzył. Oczy miał zamknięte. Umysł skupiony i wyciszony pomimo bólu. Ignorował go. Wypierał się jako oznaki ciała, które chciał od siebie odepchnąć. Pragnął tylko więcej potęgi. Jeszcze więcej. Potrzebował jej do oddzielenia swego bytu od ciała. Swym umysłem starał się sięgnąć ponad Akademię zaś aurą zamierzał ściągnąć moc. Już nie z okolicy lochów, lecz z całej budowli. Z każdego maga, każdego przedmiotu. Nie chciał ingerować wewnętrznie i kraść magii znajdującej się w magach. Zadowoliłby się samymi oparami energii wypełniającymi to miejsce. Stałby się…niepokonany. Każda cząsteczka magii unosząca się nad Akademią…połączona z każdą kolejną. Cóż za możliwości. Cóż za moc. Nie interesowało go, co będzie dalej. Pragnął. A pragnienia, jak mawiają, mają wielką moc.

To był moment, który trafiał się raz na całe życie. Wszystko albo nic. Zwycięstwo lub porażka. Triumf albo klęska.

W swym postanowieniu tak się zatracił, że nawet nie zauważył jak powtarzał niczym mantrę – Pragnę. Słowa wypowiadane przez…moc.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

19 gru. 2012, 12:07

MG

Rytuał zaplanowany przez Opiekuna zakończył się zanim tak naprawdę się rozpoczął. Anemetius był niecierpliwy, krnąbrny, nie akceptował swego losu. Pragnął potęgi, nienawidził być spętanym. Ostatnie kilka godzin spędził na próbach wydostania się ze swego więzienia. Był nieugięty jak nikt wcześniej na jego miejscu. Jego starania nie pozostały niezauważone, choć z początku Opiekun jedynie się im przyglądał. Później zdecydował się przetestować elfa, posyłając mu jednego ze swych mniej rozgarniętych, młodych sług. Wiedział, że ten ostatni czego się nie podejmie, to sknoci, więc nadawał się do tego celu idealnie. Anemetius bez skrupułów zmiażdżył adepta i to przy bardzo niewielkiej pomocy magii. Pokazał, że warto wystawić go na kolejną próbę. Wykorzystując własne oraz wyssane uprzednio z Anemetiusa zasoby magiczne, Opiekun posłużył się mocą Implozji, przerażającą potęgą, która w kilka sekund byłaby zdolna zniszczyć dużą część Akademii. Był pewien, że butny elf zdecyduje się na wchłonięcie całej mocy użytej do skomponowania śmiercionośnego zaklęcia. Nie pomylił się.

Teraz stał przed swoim dziełem, oddychając spokojnie i bez cienia strachu na gładko ogolonej twarzy. Wiedział, że Anemetius nie jest gotowy na Ascendencję, ale mimo tego spróbuje ją osiągnąć. Długouchy sądził, że wyzbył się cielesnych trosk, że jego wiedza pozwoli mu na osiągnięcie wyższego poziomu świadomości… Mylił się. Opiekun zamierzał przeprowadzić go przez wszystkie etapy, doprowadzając go do pełnej Ascendencji nawet wbrew jego woli, jednak coś spowodowało, że zarzucił ten plan. Być może była to kwestia nieugiętości elfa, być może chęć swoistego ukarania go. Grunt, że to właśnie Opiekun doprowadził go do tego stanu i zamierzał wykorzystać całą posiadaną moc tylko po to, aby uczynić z Anemetiusa ascendenta. Oczywiście, tylko fizycznie, bowiem psychika elfa zdecydowanie nie była na to gotowa.

- Niechaj będzie - rzekł cicho Opiekun na powtarzane w nieskończoność przez Ane słowo „pragnę”. Obca, silna moc zajęła się samą esencją elfa, jakby sama Akademia współpracowała z jednym ze swych magów. Przez jedną krótką chwilę przepełniony mocą długouchy czarodziej poczuł, jakby cały Morinhtar był jednym, żyjącym organizmem. Organizmem, który właśnie pomagał mu opuścić ciało. W normalnej sytuacji proces zająłby miesiące samodoskonalenia, nauki, umęczeń i medytacji, jednak teraz… Świadomość Anemetiusa ascendowała w stanie, który nie miał wiele wspólnego z ideałem. Opętany żądzą potęgi elf odrzucił okowy śmiertelnego ciała, stając się istotą niematerialną. W tej formie podobny był do ducha, zachowując wszelkie wspomnienia i wiedzę, jednak jego nowa powłoka zbudowana była ze świetlistej, bezkształtnej energii. Czarodziej utracił fizyczne zmysły, zamiast tego odczuwając otoczenie jako skupiska magii. Skupiska, które mimo woli chciał absorbować, żywić się nimi. Wiedział, że jego umysł nie jest już spętany, wydostał się poza granice obumierającego mózgu. Wiedział, że może rozwijać swoją wiedzę w nieskończoność, ucząc się błyskawicznie. Poczuł potęgę, której zawsze pragnął.

Proces zakończył się, a fizyczne ciało elfa opadło bezwładnie na podłogę korytarza niczym porzucona, szmaciana lalka, która nigdy nikomu nie da już radości. Mgiełka, którą stał się teraz elf wyczuła gasnące, energetyczne ogniki w swoim wzgardzonym fizycznym ciele. Zaabsorbowała je brutalnie, niczym wygłodzony pseudowampir rzucający się na fiolkę z krwią. Anemetius był całkowicie wolny, a każda jego myśl nadal kształtowała rzeczywistość wokół niego. Zapragnął spełnić wszystkie swoje najdziksze żądze. Natychmiast zniknął z Morinhtaru, udając się w błyskawiczną podróż przez Omnispektrum. Chciał wiedzieć więcej, „zobaczyć” więcej, poczuć więcej… Nicość karmiła się jego energią, jednak znajdujący się na granicy szaleństwa ascendent nie zamierzał przestawać. Był w samej Czeluści, dotknął esencji najpotężniejszych bogów, był w Spektrum, w którym czas biegł odwrotnie, zobaczył wszystkie duchy świata materialnego, poczuł biegnące przez całe uniwersum słabe nitki świadomości wielkiego Lewiatana… I spadł z hukiem, niczym meteoryt z jasnego nieba.

Uderzył w ziemię na samym środku Nizin Szmaragdu, żłobiąc w niej wielki krater. Jego postać uległa redukcji, był teraz ledwie iskierką magicznej mocy. Całe szczęście, że w powietrzu było więcej takich iskierek. Anemetius szybko zaabsorbował je, zwiększając swoje szanse na przeżycie. To, co zrobił, było niezwykłe nawet jak na standardy przepełnionego magią świata. Podczas swojej trwającej ułamek sekundy podróży wyczuł ogromną ilość przenikających się, tworzących Omnispektrum światów, jednak nie rozumiał ich przeznaczenia i genezy. Wiedział, że nigdy nie uda mu się dokonać takiego czynu po raz kolejny i żałował, że tak niedbale wykorzystał swoją szansę na zgłębienie wszelkich tajemnic wszechświata. Był słabszy od najsłabszego zwierzęcia, jednak nie czuł bólu. Żył i potrzebował mocy, aby przeżyć. Każdy ruch, każda myśl, każde zaklęcie, którego chciałby użyć zużywało część jego powłoki, zbliżając go do śmierci. Nie miał fizycznego ciała, z którego zasobów mógłby korzystać, jednak zasada pozostawała ta sama. Płacił za życie… samym sobą.

//Sesja została zakończona, rasa Twojej postaci to teraz „ascendent”. Radzę w przeciągu kilku kolejnych dni zaktualizować KP. Odpowiedzi na wszelkie pytania udzielę kanałami prywatnymi.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

19 gru. 2012, 14:54

Cykl rządzący światem śmiertelników przestał go obowiązywać, gdy opuścił ciało całą swoją istotą. Wyzwolił się niczym motyl ze swojej poczwarki. Czas, życie, śmierć. Te pojęcia momentalnie stały się zaledwie marnymi wspomnieniami dawnego życia. Teraz istniał. Był. Nieprzerwanie, choć zdawał sobie sprawę ze swych nowych słabości. Wszystko było w zasięgu jego możliwości. Jego umysł sięgał dalej i widział wszystko dokładniej, a otaczająca go rzeczywistość stała się wartkim strumieniem magii, którą chciał pochłonąć. Wspaniałe uczucie, będące zaledwie namiastką tego, do czego tak naprawdę dążył. Stał się częścią wielkiego organizmu, jakim była magia. Czuł ją, widział i pragnął. Więcej, więcej i coraz więcej. Tak jak powietrza potrzebują płuca, tak on potrzebował magii.

Cóż za potęga! – wykrzyknął, lecz zamiast głosu rozeszła się telepatyczna wiadomość. Nie mówił. Dotykał umysłów. Widział. Tyle wspaniałości. Tyle możliwości. Bramy, które dotychczas stały przed nim zamknięte rozwarły się zalewając go nową wiedzą. Chłonął ją. Bez końca. Wszystko, czego delikatnie dotknął swym umysłem zapisywało się w jego świadomości. Nie musiał już ślęczeć nad księgami, słuchać, powtarzać. Wystarczyło spojrzenie. Sięgniecie umysłem i cała ta wiedza stawała się jego nierozerwalną częścią. Właśnie teraz zrozumiał, że osiągnięcie absolutnej wiedzy stało się możliwe. Kolejne dwieście lat przyswajania wiedzy i jakąż osiągnie potęgę? Księga zawierająca całą wiedzę o zupełnie nieznanych mu arkanach magii przyswojona w przeciągu jednego dnia! Co tam Wielkie Imperium Elfów. Sami bogowie zadrżą przed nim, widząc jak śmiertelnik zbliża się do ich niebiańskich murów.

Był pierwszym z lepszych. Pierwszym wyłonionym w wielkiej ewolucji. Ewolucji śmiertelników.

Spojrzał na swoje ciało leżące niczym porzucona zabawka. Na moment wszystko przycichło. Euforia opadła. Jego ciało… martwe, puste. Kryjące twarz w złocistych włosach. Tyle razy myślał o tym momencie. Widział tę scenę w swych myślach, lecz nie wywierało to na nim żadnego wrażenia. Teraz zaś…coś w nim pękło. Gdyby mógł zapewne uroniłby parę łez. Nie mógł. Zresztą…same emocje stały się jakby…słabsze. Wciąż je odczuwał, aczkolwiek – trudno to określić – inaczej. Z dystansem. Odwrócił swoje spojrzenie, którego zresztą tak nie można było już dłużej nazywać. Po prostu widział. Umysłem. Rzeczywistość była taka prosta w odbiorze.

Nawet nie zwrócił uwagę na Opiekuna, który obecnie przy całym natłoku informacji i doznań stał się zaledwie pionkiem stojącym na uboczu.

Pragnąć więcej wiedzy i mocy nawet nie zdał sobie sprawy, gdy opuścił Akademię udając się…wszędzie. Podróż między spektrami trwająca w rzeczywistości pół sekundy zdawała się ciągnąć całymi latami. Omnispektrum, Nicość, Czeluść, niezbadane Spektra. Miejsca, których żadna śmiertelna istota nie odwiedziła. Choć wszystko to widział w natłoku obrazów i myśli, każda nakładała się na siebie omal nie przyprawiając go o szaleństwo, to mimo wszystko rozumiał. Bogowie – widział ich. Nagle z tych zatrważających istot o niemożliwych do pojęcia umysłach stali się czymś oczywistym. Odlegli, a jednak tak bliscy. Skomplikowani, a prości. W pewnym momencie napotkał tak potężną esencję, mur, ścianę, coś, że nim ją dotknął – a dzielił go tak niewielka odległość, że w żadnym języku śmiertelników nie można jej opisać – został odepchnięty. Chaos. Wszystko się rozmyło i na powrót powrócił do spektrum śmiertelników. Jak wygnaniec spadł z niebios pod postacią płomienia, który rozerwał błękitne niebiosa Kula ognia zaryczała uderzając z wielkim impetem w ziemię.Ta wzbiła się wysoko w powietrze, obsypując okolicę zwałami gruzów. Jego istnienie zostało obdarte z potęgi, którą osiągnął. Przez tę chwilę był prawdopodobnie najpotężniejszą istotą w całym śmiertelnym spektrum, a teraz, choć potężniejszy niż za bycia "śmiertelnikiem" to słabszy niż sprzed momentu. Dopiero teraz, gdy uniesienie odpadło jak kurz, uświadomił sobie, iż nie pojął dokładnie. Wiedział, acz nie rozumiał. Miał jednak pewność, że gdzieś tam czaiły się tajemnice czekające na ujawnienie i zrozumienie. A on miał ku temu wszystkie możliwe środki. To tylko kwestia czasu. Kwestia czasu do pełnej idealności.

z/t (następny post będący kontynuacją tego zdarzenia w nizinach)
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3749
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Funeral Pyre

30 sie. 2016, 22:05

MG

Łańcuchy uniosły się wraz z medalionem, wieńcząc dzieło Protektora. Uśmiech triumfu spłynął na jego, tak różną od tej, którą pokazywał na co dzień, twarz. Pot spływał z niego stróżkami, a zszarzałe, zapadnięte policzki nadawały mu wyglądu osoby zaszczutej. Zwykle zadbane, a teraz sterczące w nieładzie włosy, nierówna broda i podkrążone oczy potęgowały ten efekt. Mężczyzna był nagi, kompletnie bezbronny i, sądząc z posapywań, jakie z siebie wydawał, wycieńczony. Byłby zemdlał, ale opadł na stojący w nagim, kwadratowym pomieszczeniu fotel. Na postumencie przed nim zmaterializował się owoc jego wielomiesięcznych starań, istota złożona z energii samej Nicości, eteryczny podróżnik… Viridar.

Jego forma została ponownie przywołana do tego świata, choć tym razem nie nastąpiło to z jego woli. Nie rozumiał, dlaczego się tu znalazł, z dala od swego domu, w którym tylko jego gatunek mógł przetrwać. Zmienił się. Był inny, doskonalszy. Moc jego macierzystego świata oczyściła go natychmiast po wydarzeniach z udziałem Cienia. Zaabsorbowała samą jego esencję, tak jak zrobiła to z duszami wielu podróżników międzyspektralnych przed nim. Choć struktura Viridara po odwiedzinach na Lewiatanie znacząco różniła się od struktur innych członków jego rasy, jakimś cudem udało mu się uniknąć całkowitego pożarcia i zachować własne jestestwo. Nicość pozostawiła mu wspomnienia i wolną wolę, dzięki której mógł przemierzać ją zupełnie tak, jak na początkach swego istnienia. Osiągnął swój cel, wracając pomiędzy światy, wyzuty ze znienawidzonych przezeń emocji i na powrót stając się częścią swojej eterycznej nacji. Jego ziomkowie przyjęli go z właściwą im obojętnością, a on sam nie miał im tego za złe. Był taki, jak oni wszyscy. Zebrane przez niego informacje nie wpłynęły na to, kim stał się po powrocie. Podporządkował się, a przez jego myśli nie przebiegła nawet jedna myśl o buncie.

Teraz jednak ponownie trafił do tego Spektrum. Wyrwany nagle z Nicości mógł poczuć, jak otaczająca go przez cały czas, niepojęta moc wypuszcza go ze swych matczynych niemal objęć. Jego podróż została przerwana. Co jednak dziwne, typ otaczającej go energii nie zmienił się. O tysiące tysięcy jednostek zmniejszyło się jej natężenie, ale Viridar czuł się najbliżej domu, jak tylko mógł w tym świecie. Zarejestrowanie tego faktu nie zaskoczyło go. Nic nie było w stanie go zaskoczyć, był wszak bytem eterycznym, manifestującym się tutaj jako chmura czystej energii magicznej, której barwa oscylowała między fioletem, purpurą i granatem. Był jednak w pewien sposób spętany, uwięziony przez wnikające w jego strukturę, magiczne łańcuchy. Odkrył, że nasycone są one dokładnie taką samą mocą, jaką wiele lat temu zatrzymały go w tym świecie istoty zamieszkujące miejsce znane jako Ołtarz Żywiołów. Okowy przyłączono bezpośrednio do świetlistego amuletu, centrum istoty Viridara. Była to jedyna rzecz, jaka pozostała po nim w tym świecie. Skonstatował, że to dzięki niej udało się go tutaj sprowadzić. Nie był jednak zły, nie miał wyrzutów sumienia ani nawet żalu do siedzącego przed nim, nieznanego mu mężczyzny, którego osobę machinalnie począł analizować.

Odkrył, że aura tego człowieka tylko z pozoru przypomina naturalną. Protektor nie maskował się, uwalniając swą naturę przed Viridarem w całości. Aby zrozumieć jego wnętrze, eteryczny musiał rozszerzyć pole swojej percepcji. Zrozumiał wtedy, że znajduje się głęboko pod jakimś podziemnym miastem. Najpewniej był to Morinhtar, o którym słyszał podczas swojej wcześniejszej wizyty w Autonomii, ale którego nie dane było mu odwiedzić. Bardziej jednak zainteresowało go to, że niemal cała mieszcząca to osiedle, wielka grota, jak i większość przylegającego do niej materiału skalnego wysycona była nierównomiernie mocą samej Nicości, która najwyraźniej wieki temu odmieniła to miejsce na zawsze. Moc ta jednak nie była dla niego dostępna, nie mógł jej zaabsorbować – jej rozproszenie i obszar, na którym się znajdowała, skutecznie to uniemożliwiały. Wydawała się być niemal samoświadoma, zupełnie jak jej większa, międzyspektralna siostra. Jednakże, różniła się od niej brakiem całkowitej autonomii. Wszystkie nitki energetyczne spotykały się ostatecznie w osobie siedzącego przed Viridarem maga, stanowiącego coś w rodzaju łącznika pomiędzy tą odrębną cząstką Nicości a resztą Lewiatana. Podróżnik nie mógł stwierdzić, czy to ona opętała mężczyznę, czy to on posługiwał się nią. W każdym razie – to ten mag przywołał go na powrót do tego świata i to on niechybnie czegoś oczekiwał. Wszystko to stawiało go bardzo wysoko w hierarchii znanych eterycznemu istot zamieszkujących ten świat.

Viridara ciekawiła oczywiście natura odkrytej właśnie, odrębnej jednostki Nicości. Czy miała wiele wspólnego z tą, która krążyła pomiędzy Spektrami? Dlaczego nie było jej więcej? Czy mogła się z tamtą, wyższą, jakoś porozumieć? Może stanowiła jej część? Wtedy właśnie doszło do niego, że nie został odcięty od energii swego macierzystego międzyświata. Jak za starych czasów, nadal mógł się regenerować, co okazało się okolicznością nader sprzyjającą. Wyglądało na to, że, choć ponownie zapowiadało się na jego uwięzienie w tym świecie, nie będzie groziła mu śmierć z przyczyn naturalnych. Potęga chaotycznego zlepku jaźni formujących Nicość oraz krążących po niej eterycznych pozostała przed nim zamknięta, a sam tunel, do którego miał dostęp, wydawał się dość słaby. Musiał jednak wystarczyć. Viridar nie mógł posłać nic w kierunku swego świata i jego mieszkańców, ale przynajmniej mógł powoli pobierać energię. Powrót wąskim tunelem nie wchodził w grę, nie tylko ze względu na krępujące go łańcuchy.

Czuł, że mógłby spróbować się uwolnić, gdyby tylko zebrał odpowiednią ilość energii, jednak wiedział, że nie byłoby to łatwe. Wcześniej jego połączenie z Nicością było bardziej stabilne, a mimo tego dopiero znacznie osłabiona i splugawiona moc Ołtarza wypuściła go z tego świata. Łańcuchów wszczepionych w jego strukturę nie sposób było splugawić, a zabicie siedzącego przed nim mężczyzny prawdopodobnie nie przerwałoby działania zaklęcia. Być może było ono bardziej skomplikowane, nie tylko więżąc Viridara na Lewiatanie, ale również oddając magowi pełną kontrolę nad jego poczynaniami. To miało się dopiero okazać.

Tym razem nie spętały go duchy żywiołów, a ten dziwny, nadal ciężko dyszący czarownik, któremu przez sam fakt dokonania tego cudu należał się ogromny szacunek. Dojście do siebie zajęło mu parę ładnych chwil. Wreszcie jednak przemówił, przesyłając słowa telepatycznie wprost do Viridara. Zrobił dobrze, ponieważ zdolności do zmysłowego postrzegania świata były jeszcze u podróżnika nieskalibrowane i dźwięki mogły doń nie trafić.

– Dokonało się – ton jego myśli był neutralny, z małym tylko cieniem ekscytacji. – Witaj ponownie, Viridarze. Wybacz więzy, jakimi cię pętam. Musiałem mieć pewność, że uda się ciebie tu zatrzymać – wyjaśnił krótko, choć było to dla eterycznego oczywiste. – Niewielu chodzi po świecie takich, którzy jeszcze by cię pamiętali… a przynajmniej nie w takiej postaci. – zdradził, jasno sugerując, że wie o Viridarze znacznie więcej, niż eteryczny wiedział o nim.

– Ty za to z pewnością pamiętasz królową Nikol, którą jeszcze za twoich czasów jęło się nazywać Złamaną. Jest tutaj, w Morinhtarze, choć nie ma pojęcia o twojej obecności. Kształci się w naszej zacnej Akademii, dorastając do roli, jaką narzuciło jej przeznaczenie. Jest stałe połączenie z Nicością zaciekawiło nie tylko mnie, choć to ja pierwszy do niej dotarłem. Tylko dzięki niemu udało mi się ciebie tutaj ściągnąć. Byłeś jednym z niewielu przedstawicieli twojej rasy, którzy krążyli kiedyś po Lewiatanie – [/b] prawił, przesyłając do Viridara nieprzerwany ciąg myśli, które nie tyle były skierowane do podróżnika, ile miały na celu uporządkowanie jego własnych.

– Podczas swojego pobytu spotkałeś zaiste interesujące persony – podjął po chwili. – Loki, Niniel, Sergiusza Amrotu, Dariusza II, Fleczera, ba!, nawet samą Sachmet. Dwukrotnie świadkowałeś przywoływaniu Cienia do tego świata, ostatecznie uczestnicząc – świadomie bądź nie – w jego uwolnieniu. Do tamtego momentu rozpatrywałem go jako sojusznika naszej sprawy – dodał, a uwadze Viridara nie umknął użyty przez niego zaimek. – Kto by pomyślał, że stary Urag Mal zdołał rzucić tak potężną klątwę… – zamyślił się żartobliwie. – Nieważne. Jego również zniszczymy.[/leftmargin]

– Zapewne zastanawiasz się, jaki jest mój cel i twoja rola w tym wszystkim. Pragnę tego, czego pragnie Nicość – powiedział wprost, uważając najwyraźniej, że zdradzanie swoich motywów komuś takiemu, jak Viridar, jest czymś bezpiecznym. Nie pomylił się. Ujawnianie sekretów maga nie mogło interesować eterycznego, który bardzo dobrze rozeznawał się w poruszanej kwestii. – Dążę do tego, od kiedy poznałem tajemnicę tego miejsca. Sprowadziłem tutaj Nikol, aby wspomogła mnie w tym dziele, jednak sprawy się pokomplikowały. Elfy się niecierpliwią, Latarnicy depczą mi po piętach, a paladyni wespół z namiestnikami oczekują moich interwencji w pewnych delikatnych sprawach. Nasza królowa uczy się, ale zbyt wolno. W tym momencie właśnie musiałeś pojawić się ty.


– Wolałbym nie pętać cię przez cały czas, w którym będziesz mi potrzebny. Wierzę, że dostrzeżesz prawdę w moich słowach i sam przystąpisz do mego dzieła. Jesteś jednym z tych, którzy powstali z chaosu coraz potężniejszej Nicości. Jesteś jej częścią – czy tego chcesz, czy nie – a jej naturalny cel doskonale znasz.


– Będziemy początkiem. Dotrzemy do wszystkich światów, a w końcu do samych bogów i Cienia. Jak wiesz, nie jest on znacząco różny od ciebie. Można go nazwać pierwszym eterycznym, złożonym z wielu innych i takim, który zyskał własną, pokrętną moralność. Chce być strażnikiem, protektorem światów, czymś, co odwlecze nieuniknione. Nie wie jednak, że istnieje tylko jeden Protektor – JA! – zakończył, wycofując mentalne macki z umysłu Viridara i oczekując jego odpowiedzi.

Awatar użytkownika
Viridar
Posty: 885
Rejestracja: 05 lut. 2011, 21:54
Lokalizacja postaci: Loszek
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?t=216&highlight=viridar

30 sie. 2016, 22:08

Meda­l­ion za­wsze był pew­n­ego ro­dz­a­ju ci­śnie­niem w umy­śle Vi­ri­da­ra. Ci­ągle zda­wał sobie spra­wę z jego is­tnie­nia, czuł osta­tnią nić wi­ęzi ze świ­a­t­em, w którym go po­zo­sta­wił. Był to osta­tni błąd po­pełn­io­ny, kie­dy świ­at z którym był zwi­ąza­ny wbr­ew sw­o­j­ej woli spo­wo­do­wał u niego irra­cjo­na­lne za­cho­wa­nie, wy­pa­cza­jąc jego umy­sł emo­cja­mi do który­ch nie był przy­zwy­cza­jo­ny. Ro­z­umi­ał swój błąd, i kon­s­e­kw­e­ncje, które mógł on ze sobą nie­ść, ale nie prz­e­jm­o­wał się nimi. Isto­ta taka jak on mo­gła być niesko­ń­cz­e­nie cie­r­pli­wa, w ko­ńcu Ni­co­ść up­o­mni się i o to sp­e­ktr­um w sw­o­im cza­sie, uwa­lni­a­jąc go od tego nie­do­go­d­nie­nia. Nie­st­ety, nie wie­dz­i­ał on o tym, co skry­wa­ło mi­a­sto aka­d­e­m­ii ma­gi­cznej i jej li­d­er o wie­dzy i mocy, któr­ej ża­d­en śmie­rt­elny po­si­a­dać nie po­wi­nien.

Przy­wo­ła­na do tego świ­a­ta bezksz­ta­ł­tna chm­u­ra purp­uro­w­ej en­er­gii po­wo­li nabie­ra­ła pse­udo-hu­ma­no­ida­ln­ego ksz­ta­łtu, do­sto­so­w­ując się do ot­o­cz­e­nia. Od pie­rw­sz­ej se­k­un­dy wie­dz­i­ał w ja­kim świe­cie się zna­la­zł i za­nim na­wet ro­zsz­e­rzył pe­rc­epcję na całe po­mie­sz­cz­e­nie, zde­cy­do­wał, że taka ad­ap­ta­cja była na mie­j­scu aby uła­twić ko­m­u­ni­ka­cję z by­t­em, lub by­ta­mi odpo­wie­dz­i­a­lny­mi za przy­wo­ła­nie go. Po­d­czas gdy two­rząca jego for­mę en­er­gia sk­upi­a­ła się w li­ni­a­ch względ­nego ksz­ta­łtu to­rsu i ra­m­ion, jego umy­sł nie po­zo­sta­wał bier­ny, od­czy­t­u­jąc z ot­o­cz­e­nia ka­żdy skra­w­ek in­for­ma­cji, jaki tyl­ko jego ma­gi­czne zmy­sły były w sta­nie prz­e­two­rzyć.

Pie­rw­szą i jedy­ną nie­spo­dz­i­a­n­ką była ot­a­cza­jąca go en­er­gia. Ja­ki­mś spo­sob­em to mie­j­sce było prz­e­si­ąk­ni­ęte en­er­gią Ni­co­ści a wie­dz­i­ał bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, że Ni­co­ść nie po­ż­era­ła tego sp­e­ktr­um. Nie była to jed­nak ża­d­na szt­u­czka, fakt, że en­er­gia ta była mu nie­mal ma­t­czy­na nie po­zo­sta­wi­ał ża­d­nego ma­r­gi­n­esu błędu. Później, były tyl­ko prz­e­wi­dy­wa­lne fa­kty. Spęta­nie nie było za­sko­cz­e­niem, w ko­ńcu prz­ez wła­sną irra­cjo­na­lno­ść sprz­ed lat zo­stał zr­ed­u­ko­wa­ny do roli przy­wo­ła­ńca, fakt, że isto­ta, która go przy­wo­ła­ła chci­a­ła za­cho­wać nad nim ja­kąś dozę kontr­oli był tyl­ko lo­gi­czny. Da­l­ej, była isto­ta, odpo­wie­dz­i­a­lna za jego przy­wo­ła­nie. Męż­czy­zna, chy­ba kie­dyś będący czło­wie­kiem, ale teraz jego aura była subt­elnie inna, nadal przy­po­mi­na­jąc ory­gi­nał, ale dla zmy­słów et­ery­cznego nie było tr­ud­ne zna­l­e­zie­nie różnic. Za tą zmi­a­nę była odpo­wie­dz­i­a­lna wła­śnie ta dz­i­ka en­er­gia, która zna­jdo­wa­ła ujście po­prz­ez męż­czy­znę, zmie­ni­a­jąc go na tyle, by nie dało się po­wie­dz­ieć gdz­ie ko­ń­czył się on, a za­czy­na­ła wola tego skra­w­ka Ni­co­ści. Dało się jed­nak po­wie­dz­ieć, że po­dąża­jąc za ni­ci­a­mi tej en­er­gii, jego pe­rc­epcja ob­jęła całe mi­a­sto, id­e­nty­fi­k­ując je, jako is­tnie­jące pod zie­mią. Mo­ri­nthar. Sły­sz­ał o mie­ście, kie­dy po­prz­e­d­nio stąpał po tym świe­cie, ale nie uznał śmie­rt­eln­ej aka­d­e­m­ii ma­gi­cznej, którym się szczy­ci­ło, jako go­d­nej uwa­gi. Teraz wi­dz­i­ał, że było to błęd­em, gdyż to mie­j­sce wy­ra­źnie skry­wa­ło nie­zwy­kłą za­ga­d­kę, która pra­wie wy­wo­ły­wa­ła za­cie­ka­wie­nie, w wy­pra­nym z od­cz­uć umy­śle et­ery­cznego. Ade­kwa­tnym opi­s­em jego toku my­śli by­łoby, że zda­wał sobie spra­wę z tego, że to mie­j­sce było nie­zwy­kle wa­żne i zrozumie­nie, bądź opa­no­wa­nie go by­łoby przy­da­tne jego ma­t­e­czni­ko­wi, stąd uznał to za pr­io­ry­t­et.

Naj­pierw jed­nak, mu­si­ał za­jąć się kwe­stią isto­ty, która go tu przy­wo­ła­ła. Pęta­jące go za­klęcie było stwo­rzo­ne nadzwy­czaj in­t­eli­g­e­ntnie i do­kła­d­nie, da­jąc mu dość wo­lno­ści, by nie prz­e­pa­dł od nie­dobo­ru en­er­gii, ale nie dość si­lne, by mógł za­gro­zić przy­wo­ła­czo­wi. Świ­a­d­czy­ło to o ogro­mn­ej wie­dzy i mocy ma­gi­cznej tego męż­czy­zny, jeśli to je­sz­cze w ogóle był męż­czy­zna, a nie ma­sko­tka tej wo­ln­ej cząstki Ni­co­ści. Za­klęcie nie było jed­nak prz­e­sa­d­nie ob­e­zwła­d­ni­a­jące, mniej­wi­ęc­ej na pod­obnym po­z­io­mie, jaki mógłby sam w sw­o­im ob­e­cnym, osłabio­nym sta­nie stwo­rzyć. Teor­ety­cznie mógłby spróbo­wać prz­e­ła­mać to za­klęcie, ale ko­sz­to­wa­łoby go to tyle en­er­gii, że w ra­zie po­ra­żki ry­zy­ko­wał ba­r­dzo dużo. Nie mu­si­ał oczy­wi­ście po­d­e­jm­o­wać ża­d­nego ry­zy­ka, jako isto­ta nie­śmie­rt­elna, cza­su miał aż w nadm­i­a­rze a za to bra­ko­wa­ło mu w tej chwi­li in­for­ma­cji, które bez cie­nia wąt­pli­wo­ści miał męż­czy­zna.

Przy­wo­ły­wa­cz za­i­ni­cjo­wał ro­zmo­wę, uży­wa­jąc tel­e­pa­t­ii, co było dobrym zna­kiem. Wsz­el­ka ko­m­u­ni­ka­cja mi­ędzy nimi będz­ie bez wąt­pie­nia szy­bsza w ten spo­sób oraz wy­da­jnie­j­sza dla jego za­pa­sów en­er­gii, gdyż nie wy­ma­ga­ła do­da­tk­o­w­ego zuży­cia ma­g­ii na ma­gi­czną pe­rc­epcję dźwi­ęku. Et­ery­czny po­zwa­lał się wy­ga­dać „Pro­t­e­kto­ro­wi”, bez ża­d­nej wy­cz­uwa­ln­ej reakcji ani w sw­o­j­ej wi­dz­i­a­ln­ej for­mie ani w sw­o­im umy­śle. Wsz­y­stko w ko­ńcu było dla niego tyl­ko fa­kta­mi, które wy­sta­r­czy­ło sobie po­ukła­dać w ka­t­ego­ri­a­ch po­zy­tyw­ny­ch i nega­tyw­ny­ch. Tych drugi­ch było wi­ęc­ej. „Pro­t­e­ktor” wie­dz­i­ał za­ska­k­ująco dużo a to w po­łą­cz­e­niu z wi­ęza­mi, który­mi go ogra­ni­czył, czy­ni­ło z niego za­gro­ż­enie. Pró­cz nie­po­ko­jąc­ej wie­dzy jed­nak, pie­rw­sza po­ło­wa mo­no­lo­gu nie za­wie­ra­ła wi­ęc­ej cie­ka­wo­st­ek. Kil­ka im­ion, które daw­no prz­e­sta­ły mieć zna­cz­e­nie po­nad pro­ste ety­kie­tki w sty­lu „uży­t­e­czny”, „gro­źna”, nic wi­ęc­ej. Ba­r­dz­iej isto­tne fa­kty do­pie­ro za­częły wy­pły­wać na jaw, kie­dy męż­czy­zna użył po raz pie­rw­szy li­cz­by mno­giej, mówi­ąc o zni­sz­cz­e­niu Urag Mala.

Męż­czy­zna konty­n­u­ujący swój mo­no­log stał się o wie­le ba­r­dz­iej in­t­er­es­ującym pio­n­kiem, kie­dy stwie­r­dz­ił, jaki jest jego cel. Ka­żde ko­l­e­jne jego sło­wo jed­nak zmnie­j­sz­a­ło to w jak po­zy­tyw­nym świe­tle wi­dz­i­ał go Vi­ri­dar i za jak ko­mp­et­e­ntn­ego do wy­pełnie­nia tych pla­nów go uwa­żał. Ci­ężko było brać na po­wa­żnie ko­goś, kto w prz­e­ci­ągu kil­ku zdań prz­e­cho­dzi od zabi­ja­nia nie­mal, że bo­ski­ch istot, prz­ez probl­e­my z ja­ki­miś śmie­szny­mi or­ga­ni­za­cja­mi śmie­rt­elni­ków, by za­ko­ń­czyć na wy­krzy­ki­wa­niu jaki to nie był wiel­ki w po­rów­na­niu z isto­ta­mi po ty­si­ą­ckroć wi­ększ­y­mi od niego. Nie mo­żna było za­prz­e­czyć, że z mocą i wie­dzą, którą wła­dał był nie­wąt­pli­wie gro­źny, ale jego aro­ga­ncja była jego naj­wi­ększą słabo­ścią, zwła­sz­cza, kie­dy za­ko­ń­czył me­nta­lny prz­e­kaz pe­łnym mega­lo­ma­n­ii „okrzy­kiem” wska­z­ującym na sw­o­ją osobę.

Nie, żeby et­ery­czny miał za­mi­ar go po­pra­wi­ać. Wrę­cz prz­e­ciw­nie, w iro­ni­cznym ob­ro­cie sy­t­u­acji, teraz kl­u­cz­em do jego wo­lno­ści były wła­śnie prz­e­sa­d­ne, nie­ko­ntr­o­lo­wa­ne emo­cje ko­goś in­n­ego, po­d­czas gdy jego wła­sne sw­ego cza­su po­sta­wi­ły go w sy­t­u­acji, w któr­ej jego spęta­nie było wy­ko­na­lne. Póki co mógł grać, tak jak Pro­t­e­ktor mu za­gra, testo­wać jak dł­uga była jego smy­cz, by po­t­em zdobyć jego za­ufa­nie i wy­ko­rzy­stać jego aro­ga­ncję prz­e­ciw nie­mu w ja­kie­jś do­go­d­nej sy­t­u­acji. Naj­pierw jed­nak, mu­si­ał wie­dz­ieć wi­ęc­ej o isto­ta­ch i or­ga­ni­za­cja­ch, które sta­ły im na dro­dze, za­nim będz­ie mógł za­cząć coś pla­no­wać.

Oczy­wi­ście, cała ana­li­za mo­no­lo­gu Pro­t­e­kto­ra, trw­a­ła tak na­pra­w­dę uła­m­ek se­k­un­dy, po którym przy­sz­ła ko­l­ej na za­i­ni­cjo­wa­nie tel­e­pa­ty­cznego konta­ktu z jego stro­ny.

- Jest to spra­wa, za którą mogę się opo­wie­dz­ieć. Kto stoi nam na dro­dze i ja­kie za­gro­ż­enie stwa­rza­ją? – Krótko i na temat, mi­s­trzo­wski prz­e­kaz tel­e­pa­ty­czny Vi­ri­da­ra był le­d­wie wy­cz­uwa­lny w umy­śle męż­czy­zny, ale sło­wa były wy­ra­źne. Et­ery­czny nie był ogra­ni­czo­ny ża­d­ny­mi czyn­ni­ka­mi jak zmę­cz­e­nie a stan jego za­pa­sów en­er­gety­czny­ch był tak duży jaki mógł utrzy­mać w ca­ło­ści w zba­la­nso­wa­nym sta­di­um, więc nie było naj­mnie­j­sz­ego po­wo­du by prz­e­kła­dać konty­n­u­ację.

Wróć do „Morinhtar”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 14 użytkowników online: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Bing [Bot], Google [Bot], Infi
Liczba postów: 52086
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.