Strona 218 z 233

Parter: Sala Główna

: 04 lut 2011, 00:00
autor: Karm
Sala główna karczmy "Pod Pechowym Linoskoczkiem" jest chyba najczęściej odwiedzanym miejscem w całym Wolenvain. Geneza tej nietypowej nazwy jest następująca – otóż swego czasu do miasta przybył cyrk, który rozłożył się na placu obok. W pewnym momencie by uszczęśliwić publikę, wystąpić miał odważny linoskoczek, jednakże zadanie go przerosło. Ludność nie była rada z jego popisów, wręcz przeciwnie! Był za słaby, by okazać mu pozytywne emocje. Widzowie okazali więc niezadowolenie, rzucając w niego kamieniami, przez co zachwiał się i spadł, co skończyło się uszkodzonym kręgosłupem. Od tamtej chwili lokal nosi miano "Pechowego Linoskoczka" czy po prostu "Linoskoczka", jak również jest nazywany przez obywateli. To w nim spotykają się przedstawiciele przeróżnych ras, nie bojąc się, że będą przez kogoś dyskryminowani, poniżani, wytykani palcami.
Przybytek cieszy się ogromną tolerancją gości, którzy przychodzą tam, by się zabawić, napić w kręgu znajomych i przyjaciół, a nie po to, by dać komuś w mordę ze względu na kolor skóry, zbyt niski lub wysoki wzrost, czy też przez obecność ogona. Oczywiście mogą zdarzyć się wyjątki, którym to przeszkadza, jednak będą miały wtedy one przeciw sobie większość gości i nie tylko. Wszak wiadomo po cóż przed budynkiem stoi dwóch, budzących strach swą potężną sylwetką i postawą, mężczyzn. Są oni doskonale przygotowani na wkroczenie do karczmy w odpowiednim momencie i przywołanie sprawiających problemy delikwentów do porządku. Właścicielka płaci im niemało za ochronę swego dobytku oraz gości w nim przebywających, toteż nie mogą jej w takich sytuacjach zawieść.
Gdy przybysz wchodzi do sali głównej na parterze, widzi zazwyczaj prawie całkowicie zapełnione, niepouszkadzane stoliki, o których bezpieczeństwo dba karczmarz, zza swej długiej, lśniącej lady, oraz owe wykidajła sprzed budynku. Wszyscy pracownicy to osoby przodujące w swym fachu, właścicielka musi wszakże wprawnie ich dobierać, jeśli chce, by jej lokal nadal cieszył się dużą popularnością i nienaganną opinią. Wieczorami sala główna zawsze jest oświetlona za sprawą dużego paleniska, świec, kaganków oraz występujących tutaj zwłaszcza w cieplejszej porze roku kutych, żelaznych koszy z rozżarzonymi węglami, stanowiąc namiastkę przepychu – wszak mało kogo w tych czasach było stać na to, żeby oświetlić izby po zmroku.
Od stolika do stolika krążą zazwyczaj grzeszące skromną, acz niebrzydką urodą, dziewki służebne, podając gościom zamawiane przez nich jadło i trunki. Karczmarz wyciera kufle dość czystą ścierką i obserwuje cały przybytek swym wprawnym okiem, co chwila przyjmując kolejne zamówienie na kufel zimnego piwa od klientów, którzy postanowili przysiąść się przy ladzie. Tacy zawsze są najlepszym źródłem ciekawych plotek zza bądź sprzed bram miasta, których on, szanujący się szynkarz, nie może przecie nie wysłuchać, wdając się w długie dyskusję, trwające dopóty, dopóki ich źródło może jeszcze mówić.
Za kontuarem znajduje się kuchnia, gdzie, jak wiadomo, przygotowywane jest pożywienie dla głodnych, strudzonych długimi podróżami gości. Obok niej korytarz prowadzi do magazynów oraz na zaplecze, jednak klienci nie mają tam wstępu. Na wprost głównego wejścia znajduje się drugie, tylne, a na prawo od niego schody na piętro oraz sypialnie, w których to noce spędzają przejezdni, oraz schody na pierwsze piętro, gdzie aktualnie znajduje się niedawno otwarta sala biesiadna, wykorzystywana do organizowania wszelkiej maści bankietów.
Tak wygląda karczma "Pod Pechowym Linoskoczkiem", miejsce spotkań przeróżnych istot, chcących spędzić czas w nienagannej, przyjaznej atmosferze, miejsce, do którego przyjezdni nie wahają się wejść, by się napić i najeść bądź spędzić spokojnie noc, do ktorego każdy ma prawo przybyć, nie ważne, czy krasnolud, niziołek, człowiek, czy jaszczur, ważne, że istota głodna, spragniona dobrego trunku bądź towarzystwa.


Z tego miejsca możesz udać się do:
Sypialni I;
Sypialni II;
Karczemnego podwórza;
Głównego rynku;
Na piętrze:
Sali Biesiadnej;
Pokoju prywatnego I;
Pokoju prywatnego II;
Pokoju prywatnego III.

: 13 paź 2013, 13:30
autor: Złotooka
MG

Już myślał, że nic z tego i mężczyzna nie zgodzi się z nim wyjść. Jednakże ku jego zadowoleniu, ten postanowił się ostatecznie zgodzić.

Chciał jedynie wiedzieć, gdzie jest troll, to po jaką cholerę wcinał nos w jego mieszek? Lubił poplotkować, dowiedzieć się czegoś, coś komuś podszepnąć, wymienić się informacjami, ale takiego chamstwa… Karczmarz bardzo tego nie lubił, gdy ktoś wcinał się do jego oszczędności, a szczególnie gdy był tym kimś jakiś nieopierzony młodzik, który myślał, że nabierze starego lisa. Nie, karczmarz tak łatwo nie oddawał swych pieniędzy nikomu.

Ja i kombinować? – Spytał retorycznie jedynie i ruszył w kierunku wyjścia. Uważał, że to prędzej Da’ran śmiał tu kombinować i to w bardzo ubliżający mu sposób. On jedynie chciał chronić swoje dobra.

Na zapleczu zaś placyk lśnił pustką, jeśli nie brać pod uwagę błota i rosłego mężczyzny, który wstał ze skrzynki, która robiła mu za prowizoryczną ławę. Zaraz stanął obok niego, nawet dobrej postury, karczmarz. Pewnie sam dałby sobie radę z dziwnym klientem, ale lepiej było mieć ubezpieczenie w postaci potężniejszego znajomka, a znał go od bardzo dawna i mógł na niego liczyć. Nawet wymienili porozumiewawcze uśmiechy.

A teraz chłopcze, bądź tak grzeczny i spadaj stąd, i nigdy nie wracaj. Zapamiętaj, nikt nie będzie sobie rościł praw do mych oszczędności. – Rzekł ze złożonymi rączkami na piersi. – Wiesz, co z nim zrobić, jak będzie się rzucać. Ja idę pilnować interesu, bo robi się rozróba. – Dodał do swego przyjaciela i zaraz zniknął za drzwiami, które z hukiem zatrzasnęły się za nim.

Osiłek spojrzał na Da’rana dość mądrym wzrokiem, oceniając jego głupotę, po czym zapytał chrapliwym, ciężkim głosem:

To jak, będziesz robił problemy?


: 13 paź 2013, 18:24
autor: Da'ran
Da’ran został wprowadzony na zaplecze. Nic ciekawego, jedynie jakiś osiłek który miał go pilnować. Jednak żadnych informacji o trollu nie dostał. Coraz bardziej denerwowało go to wszystko. Możliwe, że gdyby było to w jakiś innych okolicznościach próbowałby miło pogawędzić z owym mężczyzną. Lecz nie teraz. Zaczął zimno.
– Mam się śmiać? Kimże jesteś? Myślisz, że dasz mi radę? Posiadam wiedzę dzięki której w sekundę mogę sprawić abyś zasnął… i już się nie wybudził. – Ostatnie słowa wypowiedział obojętnie jakby to on decydował o życiu osiłka. Mówił jednak z przekonaniem i bez ani jednej nutki zawahania.
Stał nie wiedząc co robić. Z jednej strony mógł po prostu rzucić zaklęcie na owego mężczyznę .Z drugiej jednak mógł się on jeszcze po coś przydać.
– Jestem Da’ran. Poszukuję pewnego trolla. Był tu kiedyś. Wysoki, brzydki, zielony, mocno zbudowany, miał na sobie czerwony strój. Widziałeś go może? Zrobił się tu niezły burdel. Ktoś kogoś zabił… a przynajmniej tak by się wydawało. Potem zabrali trolla… Ja byłem tym mężczyzną, leżącym wtedy na ziemi z rozwaloną twarzą duszącym się własnymi rzygami. Chcę teraz odnaleźć trolla, zakończyć problemy z przeszłości. Jednak jedyną rzeczą która stoi mi na przeszkodzie jest wiedza. Wiedza miejsca przebywania trolla. Czy mógłbyś więc wyjawić mi gdzie jest troll?
Zakończył wypowiedź czekając aż dotrze do mężczyzny, a sam Da’ran usłyszy odpowiedź.

// Mam jeszcze jedną prośbę, czy mogłabyś opisać mi bardziej szczegółowo zaplecze i tego osiłka.

: 13 paź 2013, 22:11
autor: Złotooka
MG

Da’ran był jakby w gorącej wodzie kąpany. Chciał zyskać jak najwięcej, mimo że to informacje były dla niego najważniejsze. Niepotrzebnie chciał ściągnąć od karczmarza kilka suwerenów. Ten wiedział dość sporo o trollu i tym, co się z nim stało, i co działo się też po wszystkim w przybytku. Może i całymi dniami sterczał za ladą i wycierał brudną szmatą jeszcze brudniejsze kufle, ale słuch miał świetny, wzrok również.

Jego najbliższy kolega z dzieciństwa… Nie interesował się zbytnio plotkami i tym, co się działo gdziekolwiek. Lubił sobie od czasu do czasu wypić, a potem spokojnie, w zaciszu zaplecza pozbyć się kaca. Uwielbiał spokój po nocnym piciu, jednakże w mieście ciężko było o takowy. Podobnie było teraz, gdyż ktoś postanowił narazić się karczmarzowi.

Zaplecze nie było zbyt obszerne. Obstawiony dookoła skrzynkami placyk nie dawał zbyt wielkiej swobody ruchu. Drobna ścieżka, prowadząca między skrzynkami i rynsztokiem, łączyła się z jedną z mniejszych uliczek Wolenvain. Nic wielkiego, ale można było niepostrzeżenie umknąć z karczmy niezauważonym.

Tak, dokładnie tak myślę – stwierdził osiłek, jednakże nie zamierzał się o nic zakładać, o nic kłócić, gdyż miał głowę na karku i lekką migrenę. – Wolałbym, by nie doszło do żadnych niechcianych sytuacji… I jakichkolwiek magicznych sztuczek. Ten troll, jak mnie pamięć nie myli, został zabrany do lochów. Pamięć mnie jednakże nie myli, bo mało tu bywa trolli, a tym bardziej takich w purpurze, a teraz do widzenia. – Skinął Da'ranowi na ścieżkę, mając nadzieję, iż en w końcu raczy się ruszyć i zniknąć mu z oczu.


: 13 paź 2013, 22:17
autor: Ilmarania
Ilmaraniya przyglądał się rozgrywającej się sytuacji z podniesioną brwią. Cieszyła się, że ktoś zareagował na tyle sprawnie, że złapał rabusiów na gorącym uczynku. Może to powstrzyma chociaż na chwilę innych złodziejaszków przebywających z pewnością obecnie w karczmie. A przynajmniej tak właśnie łudziła się żywiołaczka. Dobrze jednak, że chociaż jedni zostaną ukarani. Mimo, że prawa ziemskich istot średnio ją obchodziły to jednak kradzież wszędzie była tak samo zła, a ona nie lubiła tracić pieniędzy. Nie przerywała ciszy kiedy dwójka rabusiów została wyprowadzonych. Jeden z nich zdawał się jej przypatrywać jednak ona pozostała niewzruszona. Ilmaraniya zmierzyła karczmarza niezbyt przyjaznym spojrzeniem kiedy woda nie została jej jednak podana. No tylko moczymorda może zostać obsłużony tutaj. Żywiołaczka nie mogła się doczekać kiedy mężczyźni już wyjdą. Ilmaraniya postanowiła że jak tylko wyjdą to wymknie się za nimi zobaczyć co dalej z rabusiami. Widząc, że niedoszłe ofiary panują nad sytuacją uśmiechnęła się pod nosem czekając na dalszy, pozytywny miała nadzieję, rozwój sytuacji.

: 15 paź 2013, 20:53
autor: Da'ran
"Lochy" pomyślał Da’ran. Czemu nie przyszło mu to do głowy. Całe zamieszanie miało jednak miejsce trochę czasu temu. Nie sądził, że troll nadal tam przebywa. Spojrzał teraz zupełnie innym wzrokiem na osiłka. Uśmiechnął się do niego. Patrzył mu prosto w oczy. Już dawno tego nie robił. Kochał to uczucie. Czuł jak z głębi jego ciał napływa energia… Jego oczy zabłysły zielonym blaskiem.
"Nie" nagle zmienił zdanie. Wszystko jakby się cofnęło. Cała gromadzona energia nagle rozpłynęła się.
– Bądź zdrów. – Poklepał osiłka po ramieniu omijając go i ruszając we wskazanym kierunku.
Stał teraz na jakiej uliczce, nie miał pojęcia gdzie jest. Jednak czy to jakiś problem? Miasto nie jest takie duże, jakoś się odnajdzie. Wrócił do myśli o Azurze. Jak wcześniej stwierdził nie był pewny czy troll nadal jest w Lochach. Dobrze byłoby upewnić się czy to prawda. Tylko gdzie? Rynek wydawał się najodpowiedniejszym miejscem, dużo ludzi, dużo informacji. Wyruszył więc w kierunku wspomnianego miejsca.
z/t

: 16 paź 2013, 21:36
autor: Mohlin Badini
Gdy panicz myślał nad usłyszaną właśnie historią , Mohlin wykorzystał okazje by rozglądnąć się po karczmie. Przerzucał wzrok z jednej osoby na drugą, nie widząc niczego godnego uwagi. Nagle dostrzegł tajemniczego mężczyznę, udającego się ku wyjściu. Połowa jego twarzy była fascynująca, zupełnie jak gdyby z żelaza. Natomiast tam gdzie pozostała ludzka część, Mohlin dostrzegł znajome rysy. Szok jakiego doznał dosłownie zwalił go z siedzenia. Był to Da'ran, ten który ponoć został zabity z ręki Azura. Mały wojownik poderwał się szybko z ziemi, po czym pobiegł za nim .

z/t

: 17 paź 2013, 20:10
autor: Alia
MG
Dla Isista, Ilmy i Elensara

Isist wydawał się być otępiały zaistniałą sytuacją. Milczał, nie próbując nawet tłumaczyć się ze swojego postępowania, co zdecydowanie nie pomagało mu w jakikolwiek sposób. Grubas szarpnął nim gwałtownie, zirytowany. W momencie, gdy rabuś nie zareagował, ostrze wróciło na jego szyję – prawdopodobnie jako dodatkowa "zachęta" do spełniania poleceń.
Zmierzali ku wyjściu w ciszy, złodziejaszek prowadzony przez żądnego sprawiedliwości mężczyznę. Dalszy brak jakiejkolwiek obrony nie polepszał jego sytuacji.

W tym samym czasie jego towarzysz niedoli objął taktykę zupełnie odwrotną. Rzucając śmiałe słowa, wydawał się być nieprzejęty śmiertelnym, można rzec, zagrożeniem. Jednak wszystko, co mówił, trafiało w próżnię. Prawdopodobnie napastnik uznał, że sztylet na gardle jest wystarczającym bodźcem, sugerującym, że lepiej, by ofiara była posłuszna, dlatego też ręka Elensara, mimo iż wykręcona na plecach, unieruchomiona była raczej łagodnie.
I najpewniej to pomogło mu w jego ryzykownej próbie, która miała zwrócić mu wolność. W momencie, gdy pojmany zatrzymał się, mężczyzna odsunął lekko, dosłownie o centymetr, ostrze od szyi elfa, mając zamiar go popchnąć, zmuszając do dalszej drogi. Cóż – nie zdążył. Możliwe, że to pochodzenie i refleks Elensara pozwoliły mu zrobić to, czego nie udałoby się dokonać przeciętnej istocie.
Gdyby mężczyzna wiedział, że coś się szykuje, sprawy prawdopodobnie potoczyłyby się zupełnie inaczej, on jednak, przekonany o swoim zwycięstwie, nie pomyślał nawet o tym, że może oberwać. Musiał być więc dość mocno zdziwiony, gdy nagle dostał tyłem głowy Elensara w nos, który natychmiastowo eksplodował bólem. Zaraz później pojawiła się krew. Cóż… Uderzenie było dość mocne, odczuł to też atakujący.
Kurwa mać… - tylko to dało się słyszeć od poszkodowanego mężczyzny, gdy gwałtownie puścił swojego więźnia, przykładając jedną rękę do twarzy. Liczył, że chociaż trochę uda zahamować mu się krwotok.
W momencie, gdy oberwał, odruchem szarpnął się nieco do tyłu, przeciągając sztyletem po szyi elfa, który mógł przeżyć lekką chwilę grozy. Miał jednak ogromne szczęście – pomijając ból i nieco krwi, ostrze nie wyrządziło mu żadnej krzywdy. Zaraz jednak mogło się to zmienić, zważywszy, że mężczyzna, mimo że dalej klął, powoli odzyskiwał panowanie nad sobą.
Jedną dłoń dalej miał przyciśniętą do pulsującego bólem nosa, drugą jednak wsunął ostrze za pas, wyciągając ją, by złapać uciekającego mu już Elensara za kaptur. Szarpnął mocno, pozbawiając elfa równowagi, tak, że ten zachwiał się do tyłu. W momencie, gdy zaatakowany próbował się utrzymać, mimowolnie odginając do tyłu, napastnik wykorzystał okazję do ataku – odjąwszy rękę od twarzy, zwinął ją w pięść i z całą siłą, na jaką było ją stać uderzył w szczękę przeciwnika, tak, że ten mimowolnie jęknął, ogłuszony bólem.
Widzę, że humor ci dopisuje? - słowa były zniekształcone, dało się je jednak zrozumieć. W karczmie panowała grobowa cisza, gdy goście przyglądali się całej sytuacji. Oberżysta próbował załagodzić sytuację, jednak gdy tylko wymówił pierwsze "Ależ panowie…", został zmierzony przez dwójkę napastników spojrzeniem, które skutecznie zamknęło mu usta. Nie chciał kłopotów.
Hm, no cóż… Zobaczymy, czy za chwilę będziesz taki cwany - prawdopodobnie w tym momencie na ustach szczupłego mężczyzny pojawiłby się ironiczny uśmiech, odpowiadający tonowi głosu, jednak trudno byłoby go dostrzec., rękę znów bowiem przyłożył do nosa, hamując krwawienie. Mocno zdenerwowany, ruszył w stronę drzwi, ciągnąc wręcz za sobą Elensara, dalej otumanionego po ciosie.
Sytuacja dalej nie przedstawiała się za dobrze, teraz jednak elf zyskał lekką przewagę – jego przeciwnik miał słaby punkt, na który musi uważać. Wiedział też, że atak z zaskoczenia był dobrym pomysłem – teraz jednak musiałby się znacznie wysilić, w końcu mężczyzna stał się czujny. Czy elf dobrze rozegra to, co właśnie się działo? W co on się wplątał? A chciał po prostu pomóc…

Drzwi skrzypnęły, gdy wyciągnięto ich z karczmy. Grubas potraktował Isista dość… nieelegancko, rzucając bezceremonialnie na ziemię. Górując nad nim, miał wręcz pewność, że ten nie będzie próbował żadnych sztuczek – bo i jak? Szturchnął butem leżącą przed sobą postać.
- Gadaj. Teraz. Kim jesteś, kto cię przysłał - wiele osób wzdrygnęłoby się, słysząc ton, jakim zostało wypowiedziane te kilka słów. To nie były pytania, tylko rzucone oschłym głosem rozkazy, zmuszające wręcz do odpowiedzi. Widać było, że dwóch mężczyzn nie należało do specjalnie uprzejmych istot. Lub po prostu cenili zawartość swoich sakiewek, kto wie?
Szczuplejszy z nich zmienił uchwyt, łapiąc Elensara tym razem za kark. Elf powoli dochodził już do siebie, mimo że uporczywy ból szczęki niezbyt pomagał mu w myśleniu. Krwotok zdążył ustać, dlatego też atakujący miał wolną jedną dłoń. Zakrwawiona nieco twarz wyglądała trochę strasznie w ciemnościach rozjaśnianych jedynie światłem z okien karczmy. To było jednak najmniejsze zmartwienie elfa w tym momencie.
- No, to jak, mówicie po dobroci, czy nieco wam trzeba pomóc?
Unieruchamiający go mężczyzna wypowiedział słowa cicho, dosadnie. Wiadomo z góry było, że pomoc nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Elensar musiał szybko coś wymyślić, dobrą wymówkę, obojętnie, jeśli tylko nie chciał skończyć źle. A była taka możliwość, zważywszy, że chwilę wcześniej rozwalił swojemu przeciwnikowi nos.
Jeśli rozważałby ponowienie swojego ataku, szybko musiałby odsunąć od siebie tę myśl – mężczyzna zaczął się bowiem pilnować, trzymając teraz stosowną odległość od głowy elfa, wszak lepiej nie kusić losu.

Ilmaraniya widziała całe zajście, mając co do niego dość proste odczucia. W końcu zasłużyli na taki los. Złodzieje powinni być odpowiednio karani. Ale czy na pewno? Nie wiedziała, co się stanie za drzwiami.
A jeśli będą próbowali się pozabijać? Czy próba kradzieży jest wystarczająco zła, by za nią pozbawić kogoś życia? – takie i inne myśli kłębiły się w głowach klientów oberży, gdy ci obserwowali zaistniałą sytuację. Nikt jednak nie podjął się odważnego czynu wyjścia na dwór, by widzieć zdarzenie na własne oczy. Każdy wolał snuć domysły, to było bezpieczniejsze, a zarazem niekiedy ciekawsze – w końcu, jak wiadomo, w wyobraźni czasem powstają niestworzone rzeczy.
Żywiołaczka miała poważny dylemat, jeśli chciała wyjść, by zobaczyć przebieg zdarzeń. Ciekawość rosła z każdą minioną sekundą, jednak czy aby na pewno to się opłaca? Czy nie zapłaci zbyt dużej ceny, by zaspokoić zwykłą zachciankę zobaczenia, co będzie dalej?


Dobra. Elensar i Isist – z/t. Jeśli Ilmaraniya zdecyduje się do nich dołączyć – także. Przenosimy akcję na karczemne podwórze. Post tutaj może napisać jedynie Ilma, jeśli nie będzie chciała wyjść na zewnątrz.

: 27 paź 2013, 12:26
autor: Luvien

Karczma "Pod Pechowym Linoskoczkiem" znajdowała się nieopodal centrum miasta. Dzięki temu Luvien dotarła do niej bez pakowania się w sam środek Wolenvain. Drzwi uchyliły się z lekkim skrzypnięciem, wpuszczając do środka powiew świeżego powietrza. Pojedyncze osoby z ciekawości zerknęły ku wejściu, jednak widząc, że oto nie przybył nikt interesujący, szybko wracały do swoich spraw.

Dziewczyna zrzuciła kaptur i poprawiła dłonią włosy. Bywa, że w takich opowieściach bohaterowie wybierają ocieniony, samotny kąt i w swej tajemniczości spędzają tam najbliższy czas. Tymczasem Luvien po prostu podeszła do lady i zajęła jedno z wolnych miejsc przy niej.
Poproszę… cokolwiek, co dzisiaj podajecie. – zwróciła się uprzejmie ku karczmarzowi cichym głosem.
Spojrzał na nią, zaciekawiony nowym gościem, ale nic nie powiedział. Skinął tylko głową i podał polecenie dalej.

Czarnoooka wybrała to miejsce z premedytacją. Ponoć to przy ladzie siadają najbardziej rozmowni, z najciekawszymi opowieściami. Informacja jest towarem, a nim dziewczyna ruszy w miasto, warto dowiedzieć się, co ostatnio działo się w okolicy. Sama nie miała na podorędziu żadnych ciekawych opowieści, więc w oczekiwaniu na strawę przysłuchiwała się harmiderowi sali głównej, próbując wyłowić z niego jakieś przydatne plotki.


: 27 paź 2013, 17:17
autor: Sonneillon
Przed wyjściem z pokoju ostatni raz zbadała wszystkie powierzchnie czy czasem nie zostawiła tam żadnej ze swoich rzeczy. Starała się nigdy nie rozkładać ze wszystkim w takich miejscach jak karczmy czy gospody, jednak czasami nie było na to rady. Obszukała wszystko ostatni już raz, przewiązała białą wstęgą ziejące pustką oczodoły, zarzuciła na ramię swoją ciężką torbę i już chciała wychodzić z pokoju. Wyszłaby gdyby nie zauważyła braku kostura w swojej ręce, który pomagał odnajdywać jej drogę. Wróciła się w głąb pokoju, odnalazła kostur i dopiero teraz wyszła na korytarz który prowadził do głównej sali karczmy. Miała jednak do pokonania schody, które były jej utrapieniem– były strome i wąskie. Zeszła z nich bardzo ostrożnie, sprawdzając najpierw każdy schodek. Teraz musiała dostać się do lady, zamówić coś do jedzenia i oddelegować swoją osobę do wolnego miejsca przy którymkolwiek ze stolików, nie potykając się o własne stopy i nie wpadając na nikogo co mogłoby skończyć się tragedią.
Kusztykając lekko dotarła do karczmarza. Używając swojego wewnętrznego wzroku zauważyła że sala jest zapełniona ludźmi. Nie będzie się teraz tam przepychać aby znaleźć skrawek wolnej ławy, przepraszając wszystkich i prosząc o to żeby ją przepuścili. Usiadła więc przy kontuarze, kostur opierając o wolne krzesło obok. Było dla niej dużym problemem ciągle tachanie ze sobą tego kawału kija i masywnej skórzanej sakwy, jednak nie poradziłaby sobie bez tego.
Zamówiła coś do jedzenia, cokolwiek co polecił jej karczmarz i zagłębiła się w rozmyślaniach gdzie udać się dalej.

: 27 paź 2013, 20:55
autor: Błysk
MG

Drzwi karczmy otworzyły się cicho i dyskretnie, a przez szparę, niezauważony przez gości i pracowników karczmy wślizgnął się do środka zakapturzony jegomość z instrumentem, który wyglądał jak lira i mała harfa w jednym. Struny przeciągnięte były ponad gryfem pod skosem i kończyły się na drewnianym, dłuższym niż normalnie mostku zamieszczonym na półkulistym, drewnianym, pustym w środku korpusie. Instrument nie był jednak najbardziej egzotyczny w całym obrazku, jaki stanowił dziwny, tajemniczy bard. Tkanina, z której uszyta była jego tunika była niesamowicie czarna. Nie była to jednak zwykła czerń. Zdawało się, jakby pochłaniała ona całe światło wokół tak, że roztaczała wręcz aurę ciemności wokół całej postaci.
Mężczyzna był dość niski i szczupły. W jego dłoniach wystających z szerokich rękawów dało się jednak dostrzec jakąś nie do końca określoną siłę i stanowczość, tak jakby te dłonie miały już za sobą wielkie czyny. Twarz zakryta była pod kapturem, spod którego wyzierały jedynie pełne usta, wydające się nie należeć do mężczyzny w średnim wieku, a do młodej i urodziwej kobiety, zupełnie jakby ktoś je tam doczepił. Wykrzywiały się w delikatnym, przyjemnym uśmiechu.
Postać nie była co prawda wyprostowana, ale kroczyła majestatycznie i bardzo delikatnie tak, iż wydawało się, jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią, a nie faktycznie stawiała kroki, których obecność zdradzała jedynie skrzypiąca podłoga karczmy. Skierowała się ku najciemniejszemu jej kątowi, gdzie nie docierały prawie wcale smugi światła bijące od paleniska czy świec. Usiadłszy tam, tak bardzo wtopiła się w tło, że wydawało się jakby nikogo tam nie było.
Po chwili odpoczynku, bard chwycił swój osobliwy instrument i począł szarpać jego struny. Te zaczęły drgać i wybrzmiewać dźwiękiem niepodobnym do żadnego innego, jakby mieszanka barwy cymbałów, kitary oraz dzwonków. Struny nie emanowały jednak tylko dźwiękiem, ale również delikatnym, miękkim jasnoturkusowym światłem. Po chwili wstępu brzmiącego cichą, zwiewną muzyką, mężczyzna zaczął śpiewać półszeptanym, wysokim, choć bardzo męskim głosem. Jego pełne usta zdawały się smakować każde słowo:

Kiedy cel niepewny i mgliste marzenia,
pojawia się studnia, co spełnia życzenia.

Już wielu śmiałków legendy treść znało,
a tych co w nią wierzą wciąż jeszcze niemało.
W nieznanym miejscu, niezbadanym czasie,
Pojawi się miejsce, co studnią być zda się.

Nie każdemu jednak, kto szuka jej mienia,
pojawi się studnia co spełnia życzenia.

Trójka wybranych wyruszy złączona,
swej trasy wędrówką, a by ją pokonać,
do działania wespół zmuszona zostanie
nim cel swój osiągnie – wypełni zadanie.

Przed nimi to właśnie po trudach kroczenia
pojawi się studnia, co spełnia życzenia.

Trud jednak wielki na końcu się zjawi
i o rozterkę wybrańców przyprawi.
Trzech musi dzierżyć kielicha odłamki,
lecz wypić może jeden, o to pójdą w szranki.

Nie każdemu bowiem użyczy spełnienia
zjawiona już studnia, co spełnia życzenia.

Śpiew był cały czas jednolity, ale nie nazbyt cichy. Wszyscy jednak, którzy przebywali w tym samym pomieszczeniu, co tajemniczy bard zdawali się nie słyszeć pięknej pieśni wydobywającej się z jego ust i dziwnego instrumentu. Prawie wszyscy. Trójka gości siedziała jak zahipnotyzowana nie wiedząc skąd pochodzą te niespotykane dźwięki i kto wyśpiewuje intrygujący tekst. W pewnej chwili jak jeden mąż, Luvien, Sonneillon oraz Vahzah wstali ze swoich miejsc porzucając strawę i trunki i udali się w stronę ciemnego kąta, w którym siedział mężczyzna podgrywający teraz jedynie na mieniących się strunach. Sonn co prawda zapomniała wziąć swój kostur, ale prowadził ją dźwięk, a w jej głowie malował się obraz jasnoturkusowej duszy roztaczającej aurę tego samego koloru. Gdy już do niego podeszli, ten wyjął zza przepastnej tuniki idealnie przejrzysty, kryształowy fragment czegoś, co w całości musiało być kielichem, o którym opowiadała pieśń – legenda i wręczył go Luvien zwracając się do całej trójki słowami:
- Las Cieni.
Vahzah i Luvien spojrzeli na siebie pytająco, po czym zwrócili się z powrotem w stronę barda. Tego jednak już nie było, a w miejscu, gdzie się znajdował dogasały maleńkie migocące iskierki o jasnoturkusowej barwie.