Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3754
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Od czasu zwanej Plagą Minaloicką wielkiej zarazy, która miała miejsce w latach 403-405EF, kanały pod Minaloit stały się miejscem wręcz mitycznym. Odkryte na początku zakładania tego górskiego osiedla, a więc w roku 398 Ery Feniksa, korytarze zdawały się być idealne do wykorzystania w formie ścieku. Spora ilość przeróbek, jakich dokonali osadnicy, pozwoliła im na odprowadzanie nieczystości wprost do leżącej na południu miasteczka rzeki Napogi. Istnienie kanałów okazało się niezbędne dla istnienia Minaloit jako takiego – spływający wiosną z gór, roztopiony śnieg znajdował tutaj ujście, nie zalewając miasteczka. Niepotrzebne ścieżki odnalezionych komnat zamurowano, resztę uprzątnięto i tak właśnie całość funkcjonowała nieprzerwanie od kilkunastu lat. Nie przeprowadzano tutaj właściwie żadnych badań, traktując istnienie tych starożytnych tuneli jako dopust Piętnastki.

Plotki pojawiły się nieco później. Mówiono, że choroba, jaka przetrzebiła osiedle, wyszła właśnie stąd, rażąc mieszkańców rozkwitającego Minaloit niczym młot samego Mealena. To tutaj palono zwłoki, stąd wyszli pierwsi zarażeni – chodzące trupy o wielkiej sile i nieposkromionej żądzy mordu. Dopiero powrót niejakiego Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, położył kres tym cierpieniom. Dla wielu spraw było już jednak za późno. Bractwo, które trzymało pieczę nad rozwojem osiedla, rozpadło się, większość mieszkańców zmarła bądź wyjechała, a namiestnik prowincji utworzonej wokół niego do teraz jest obiektem drwin możnych, zwących go czasem „Psem Derinu”. Z oazy światłych umysłów Minaloit stało się zabitą dechami dziurą, do której nikt nie chciał się przeprowadzić. Główną populację stanowili górnicy oraz ich rodziny, niestrudzenie pracując nad wydobyciem bogactwa Ikrem – srebra.


Kanały nadal były używane, ale na zdecydowanie mniejszą skalę. Ludzie bali się tam zapuszczać, pozostawiając porzucone tam za czasów zarazy przedmioty samym sobie. Mówiono, że można tam znaleźć oręż, artefakty, wynalazki – wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo tego mało która grupa śmiałków decydowała się ostatecznie na zejście wgłąb – a były po temu dwie, powszechnie znane drogi.


Pierwsza, najbardziej oczywista, prowadziła z miasta. Wystarczyło uderzyć na południe osiedla, aby dojść do dużego, okrągłego, niezabezpieczonego otworu. Po Pladze Minaloickiej zamierzano go nawet zamurować, ale zaprawa okazała się niezbyt trwała, przez co konstrukcja rozpadła się, a jej gruzów nie uprzątnięto. Zresztą, jako wytwór ludzkich rąk cały ten od siedmiu boleści „portal” z definicji nie był szczególnie mocnym konstruktem. Wybito go tak, aby można było we względnie łatwy i bezpieczny sposób zejść niżej, do właściwych kanałów. Po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji ze Złotego Wąwozu przejście to prowadziło prosto w objęcia stacjonujących nieco dalej w podziemiach brodatych wartowników, którym nie przeszkadzał najwyraźniej smród spływających do otworu nieczystości. Większość bowiem mieszkańców Minaloit wzorem obywateli znamienitszych metropolii wyrzucało nieczystości wprost na błotniste ulice, licząc na to, że zmyją je deszcze bądź same spłyną do otworu na końcu miasta, czemu sprzyjało obniżenie terenu w kierunku południowym.


Drugim ogólnie znanym wejściem było to od strony samej rzeki. Aby do niego trafić, należało iść traktem z miasta aż do miejsca, w którym przecinał on Napogę. Następnie, idąc w górę jej nurtu, nie sposób było nie trafić do jedynego ujścia kanałów. Choć kiedyś tego okrągłego przejścia (o średnicy około dwóch metrów) chroniły ustawione raz przy razie, grube, stalowe pręty, teraz kilka z nich było uszkodzonych. Powstała na skutek działania jakiejś żrącej substancji dziura prawdopodobnie również była chroniona przez krasnoludy. Pozwalała bowiem nawet wyrośniętemu mężczyźnie na przeciśnięcie się dalej – z trudem, na kuckach, ale pozwalała – co mogło prowadzić do przykrych dla Minaloit konsekwencji.


Idąc korytarzem otwierającym się za uszkodzonymi kratami można było po lekkim łuku dojść do samego miasta, wychodząc na jego południu – opisanym wyżej portalem. Po drodze kilkadziesiąt metrów od tego wylotu, mijało się tylko jedną odnogę, prowadzącą do krasnoludzkich tuneli. Do odnogi tej wpadały – tak z lewej jak i z prawej – kolejne tunele, w większości zamurowane. Te odpieczętowane były natomiast chronione przez kolejnych brodaczy, które generalnie cały kompleks uważały za swój.


Część użytkowa kanałów była więc względnie mało rozbudowana – ot, jeden tunel prowadzący właściwie prostą drogą od Minaloit do Napogi i jedna, nachylona odpowiednio odnoga prowadząca do podziemnej siedziby krasnoludów. Przez środek obu tych kwadratowych tuneli szły kamienne rynny, którymi nieczystości płynęły do rzeki. Z racji małej populacji miasta było ich niewiele, przez co większość z nich po prostu tutaj zalegała, czekając na deszcz. Ziemia była tutaj twarda i nieskora do poddania się pracy ludzkich rąk, więc tylko niektórzy z bogatszych obywateli żyjących w mieście mogli sobie w przeszłości pozwolić na posiadanie własnych, domowych odpływów. Teraz jednak, po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji, ostatni z nich – ten idący od zrujnowanego ratusza miejskiego – został zlikwidowany, dzięki czemu nieczystości trafiały do kanałów jedynie leżącym na południu miasta, południowym portalem oraz od strony krasnoludzkich tuneli. Po lewej i prawej stronie rynien pozostawiono wąskie chodniki pozwalające na przejście jednej, niezbyt szerokiej w barach osoby.


Pozostałe odnogi, ciągnące się zapewne wiele sążni pod górami Ikrem pozostawały niezbadane, mówiono jednak, że prowadzą one bezpośrednio do przedsionka Dravenghr – mitycznej kopalni, jaką mają na celu odzyskać brodaci obywatele miasta (w sile około dwóch tysięcy chłopa), zajmujący się obecnie zabezpieczaniem terenu.


MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 218
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

27 mar 2017, 11:52

Biegła. Wiedziona przez swoich niewidzialnych przewodników. Niewidzialnych, ale za to jak bardzo słyszalnych w jej głowie. Wydawałoby się, że taki chór demonów zagłuszał wszystko inne, a jednak białowłosa pozostawała czujna. Jakkolwiek nie ona kierowała swoimi krokami, nadal decydowała o swoich czynach choćby w niewielkim stopniu. Musiała przecież przeżyć.
Ciemności podziemi Minaloit nie sprawiały dlań żadnego kłopotu. Jej droga była jasna i, choć prowadziła w nieznane, Rowena jakby na pamięć znała mapę Kanałów i mogłaby je przemierzać z zamkniętymi oczyma. Korytarze, komnaty, przewężenia – wszystko to pokonywała za głosem silnych i nagłych impulsów przekazywanych przez dręczące ją zjawy. Nie wszystko jednak wyglądało tak sielankowo. Na swej drodze napotykała nieumarłych napastników. Stwory napawające grozą i obrzydzeniem. Gdyby do zmysłów Roweny dochodził rozsądek, z pewnością odepchnęłaby od siebie myśli o nekromancji. Wszak ta dziedzina magii bezpośrednio dotyka kwestii śmierci i życia po śmierci. Albo raczej ożywienia na nowo. Nieumarli, ożywieńcy, żywe trupy, zaraza – cokolwiek to było, stawało na drodze białowłosej, nie chcąc jej przepuścić. Musiała więc torować sobie drogę sama. Ostrze Białej Brwi cięło ohydne zwłoki bezwzględnie i bezbłędnie. Zatrzymywało przeciwnika chociaż na chwilę potrzebną do przebycia kolejnego odcinka drogi. Napastnicy nie pozostawali jednak zupełnie bierni. Oprócz poranionych przez miecz mieszkańców podziemi dziewczyna pozostawiała po sobie również ślady własnej krwi sączącej się z kilku zranionych miejsc. Ból, jaki sprawiały, przyćmiewał ból głowy czy też oszołomienie powodowane przez duchy, które poganiały swą nosicielkę.
Dalej i dalej; szybciej i szybciej. Gonią nas, śledzą nas! Oczekują nas! Dalej, szybciej! Uciekaj, uciekaj! Biegnij, biegnij!
Zdyszana, mokra od zimnego potu, zmęczona i ranna wpadła do kolejnej komnaty. Innej od wszystkich, które przemierzała. Innej, bo okrągłej. Innej, bo bez wyjścia. Ciężkie drzwi, które zamierzała otworzyć, były zamknięte! Liczyła, że wystarczy odsunąć jakąś zasuwę, zdjąć łańcuch albo skobel… Znalazła się w pułapce. Nerwowym wzrokiem szukała przejścia, choćby szczeliny, przez którą mogłaby się przecisnąć. Przypadła do ścian i zaczęła badawczo wodzić wolną dłonią po kamieniach. Może znajdzie jakąś dźwignię. Ukryty przycisk otwierający tajemnicze przejście. Cokolwiek!
Na jej jasne włosy padło blade światło. Spojrzała w górę. Z niekształtnych wybitych w stropie otworów przedzierały się promienie słoneczne. Oświetlały ściany, które nie jawiły się już tylko jako różnej wielkości i kształtu kamienie. Były to misternie wykonane płaskorzeźby. Dziewczyna sięgnęła do torby, wyciągając z niej krzesiwo i świecę. Czarną świecę. Płomyczek dał dodatkowe światło. Rowena dokładniej przyjrzała się ścianom. Po szlachetnych klejnotach zdobiących te arcydzieła pozostały dziury rażące pustką. Wyryte w skale obrazy przedstawiały głównie bitewne sceny z życia krasnoludów. Rowena dostrzegła, że płaskorzeźby pokrywają całe mury, także w głowie zaczęło jej świtać, czy nie można byłoby się wdrapać po nich ku tym otworom w suficie. Tylko co dalej? Miała wyjść na powierzchnię? Tak po prostu z niczym? Narażała swoje życie tylko po to, by wrócić do punktu wyjścia? Wściekła i bezradna jeszcze raz spróbowała naprzeć na wrota, by wreszcie opaść nań plecami. Jej umysł wraz z krążącymi w nim zjawami intensywnie szukał rozwiązania.
Nagle wyczuła jego obecność. Nawet nie uniosła spuszczonej głowy. Duchy wyraźnie przekazały jej całą swoją wrogość do istoty, która goniła ją od dawna. Zdawało jej się, że nawet czarny kamień spoczywający na jej piersi drgnął nieznacznie. Ta istota nie była „chciana” ani przez żywych, ani przez zmarłych. Była tak ohydna i jednym, i drugim, że egzystowała gdzieś pomiędzy pragnąc jedynie śmierci. Tym razem śmierci Roweny. Czy miała jakiekolwiek szanse z tą maszyną do zabijania? Ze stworem mającym jeden cel w swoim żywocie? Posiadała jedynie miecz i zdolności szermiercze, które posiadła od matki. Zwinność, szybkość i instynkt. Ona również – gdyby tylko chciała – mogła być stworzona do zabijania. Posłała już kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt istnień na tamten świat. Dlaczego miałaby tego nie zrobić tu i teraz? Sprawa była o tyle skomplikowana, że jej przeciwnik był bardzo trudny, silny i nie potrzebował żadnej broni. Jego bronią była niepohamowana żądza uśmiercenia białowłosej.
Poprawiła uścisk rękojeści przebierając palcami. Czy zwykłe ostrze wystarczy? Jakie moce były w stanie powstrzymać bestię? Gdyby tylko znała się na przeklętej magii… W tej plątaninie myśli „przypomniała” sobie, że w drugiej dłoni trzyma wciąż zapaloną świecę. Ogień. Ogień był tym, co powinno powstrzymać potwora. Nie mogła jednak do niego tak po prostu podejść i podpalić. Mogła za to wykorzystać swoje pokryte tkaniną piłeczki kuglarskie. Materiał zająłby się ogniem. Cóż mogłaby poświęcić nieco swoje dłonie, by cisnąć w Morka takimi ognistymi pociskami. Tylko czy starczy czasu na wyjęcie ich z torby, podpalenie i wycelowanie? Rowena miała wątpliwości co do powodzenia swojego planu. Oprócz jednej. Musi zabić Morka.
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

28 mar 2017, 00:19

M[ork nie żył. Nie w ścisłym tego słowa znaczeniu, aczkolwiek na tyle adekwatnym, by emocje stały się dla niego ambiwalentne, zaś ciało poczęło gnić. Nie przejmował się tym jednakże w sposób, w jaki okazywali to inni. Reszta umierała, on z jakiegoś powodu nie. Nie przeszkadzało mu to także żyć, na swój specyficzny, morderczy sposób. Przemieszczał się przez korytarze niczym dzika świnia, która gdzieś po drugiej stronie lasu wyczuła trufle - czyli biegnąc, odbijając się od tego, czego nie dało się zniszczyć oraz robiąc taki rozgardiasz, jaki tylko głuchego i ślepego nie poderwał by na nogi.

Wpadł do sali, gdzie stała upragniona ofiara. Śmierdziała. Stała tam, nie taka, jak powinna - znaczy martwa. Ale zamierzał to zmienić, w sposób możliwie szybki i krwawy. Nie była to sprawa personalna, musielibyśmy bowiem założyć, że nieumarły posiadał osobowość. Miast niej, miał coś o wiele gorętszego i wsiąkającego w skórę niczym wysoko procentowy alkohol - niepohamowaną chęć morderstwa, założenie, że różnica pomiędzy osobą martwą a żywą to jedno uderzenie pięści. To była dobra świadomość. Całkowite oddanie swego ciała wyższemu celowi, nieznanemu, acz lepszemu niż trwanie w bezruchu. Z ust wydobyło się długie i zawodzące
- Aaaaallleeeeekkkksssss! - był to także moment, w którym nieumarły ruszył ku nieuchronnemu przeznaczeniu. Nie wiedział dlaczego, nie wiedział co nim kierowało. Nie myślał, nie czuł, przepełniał go jedynie gniew. A był to gniew demoniczny, zewnętrzny, choć z wnętrza. Nie rozumiał go, nie musiał. Był narzędziem czegoś większego, wychodzącego poza pojęcie gnijącego mózgu. Bezrozumna, niepodważalna pewność, iż to on wyjdzie zwycięsko z tej batalii, przepełniała jego ciało. Jego ofiara była przerażona, pociła się, oddychała ciężko, przejawiała oznaki ludzkiej słabości. On nie. Brak oddechu, brak zmęczenia, nawet kolejne kroki były pewniejsze niż ludzkie.


Tym razem było inaczej. Tym razem czekał na coś więcej. Wiedział, że przeciwnik jest słaby, dużo słabszy od poprzednich, acz na tyle wartościujący swe życie, iż ucieczka od walki była dla niego oczywistością. Tacy zaś bywają najgorsi. Czuł to podświadomie, znał ten obraz, choć nie wiedział skąd. Czuł więź, jaką posiadał z każdym, kto zachowywał się w ten sposób. Jak gdyby znał to oblicze. Oblicze królika zapędzonego przez lisa do nory, który ma coś jeszcze w rękawie. Może to być celnie wymierzony kopniak, może pięść pod żebrem, może kolejny sposób ucieczki. Mork, jak ten biedny lis, nie wiedział. Nie zmieniło to faktu, że właśnie szarżował z pełną szybkością na swą ofiarę. Nie sprawiło także, że choć na sekundę się zawahał. Ciało było w tym momencie oderwane od umysłu, ponieważ umysł już dawno zaprzestał nad nim kontroli. Lecz jako mózg, wiedział coś jeszcze. Nie obędzie się bez pomocy z wewnątrz. Niekoniecznie świadomie, niekoniecznie racjonalnie, mózg przewidywał rozwój wydarzeń, w którym ostatnią deską ratunku stanie się jedynie zielone światło, pochodzące gdzieś spoza jego aktualnej jurysdykcji. Pewność dodawała sił, by ponownie opanować ciało i zmusić je do dalszego biegu. Szaleńczego, pełnego grozy, niepowstrzymanego. Następnie skok, niczym małpa skacząca z drzewa na drzewo, zarówno kolana jak i łokcie wystawione do przodu, coby całym ciałem dopaść przeciwnika i nie pozwolić mu już na żadną ucieczkę. Zablokować kończyny i wgryźć się w szyję. Tak działał drapieżnik, tak działał Mork. Puste ślepia będą wypatrywały kolejnego punktu na szyi, torsie czy twarzy przeciwnika, takiego, który byłby odsłonięty. Takiego, w który można by rozedrzeć zębami. Miał absolutną, niepodważalną pewność narzędzia, że używający go wie co robi. Że gdyby miał przegrać, otrzyma nowe siły, pomoc i ostatecznie dopełni zadania. Nie dbał o rany, nie dbał o swoje własne dobro, bo ono już dawno przestało być ważne. Oczekiwał tylko jednego, za swe oddanie sprawie, za swe ślepe posłuszeństwo - że zielone światło wreszcie nadejdzie, zaś on dostąpi zaszczytu oglądania go, nim pogrąży się na zawsze w całkowitej ciemności, którą ześle mu już niedługo los.

Ostatnio zmieniony 01 wrz 2017, 20:09 przez Infi, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Poprawka BBCode’a P – powinien on obejmować CAŁY AKAPIT, nie tylko pierwszą jego literę.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3754
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: The 1

09 lut 2018, 22:55

Ryk demonów poniósł się przez kompleks tuneli pod Minaloit. Koszmary Roweny urzeczywistniły się w pełni, gdy stanęły przeciwko sternikowi Morka. Była jak ogłuszona, czując ich obecność mocniej niż kiedykolwiek. Dotychczas nawet ona nie wiedziała, skąd brały się głosy w jej głowie. W lepsze dni posądzała się o szaleństwo i próbowała nad nim zapanować. W gorsze bezbrzeżnie zawierzała swoim demonom, idąc tam, dokąd ją prowadziły. Tak jak tego dnia. To, co miał w sobie Mork, nie spodobało im się. Czerpiąc z dziwnej aury tego miejsca i żerując na duszy samej Roweny, stanęły do walki. Białowłosa nie wiedziała, ile ich jest – trzy, dwa, może jeden o kilku twarzach…? Nie była nawet pewna, czy je widzi: balansowały na granicy wzroku, uciekając, gdy tylko próbowała skupić na nich wzrok. Otoczyły walczących, okazując swój gniew na widok swego pobratymca. Ten nie był im dłużny. Aura magiczna zgęstniała poza wolą.

Mork nie czuł nowej obecności. Nie czuł w zasadzie nic poza żądzą mordu. Potężny atak mentalny prześlizgnął się po nim, trafiając prosto w to, co świadczyło o jego wyjątkowości. Niemowlęcy demon, którego powłokę cielesną dawno temu unieszkodliwił Aleksis Bentrum, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Był potężniejszy od tych, którzy go atakowali, ale był także niedoświadczony. Chaotycznie manipulował swoim potencjałem. Kwilił wniebogłosy, niczym ludzkie dziecko. Jego płacz był jednak zupełnie nieludzki.

Fala uderzeniowa poniosła się echem słyszalnym w całym Minaloit. Piękne płaskorzeźby wgniotły się w ściany okrągłej sali, a masywne drzwi za białowłosą wypadły z zawiasów i przewróciły się z hukiem. Wszechobecny pył zawirował i uniósł się ku szybom wentylacyjnym, wydobywając na zewnątrz na stoku jednej z bezimiennych gór w paśmie Ikrem. Roweną zachwiało nieco, ale tylko na chwilę.

Szybko stanęła do pionu, gotowa, by atakować. Widziała, że jej przeciwnik nie jest w stanie logicznie myśleć. Stanowił obecnie nic ponad to, z czym się już spotkała – kolejnego nieumarłego. Mógł być szybki, mógł być silny, mógł być nieludzko zdeterminowany, by urwać jej głowę i wyssać szpik. Ale był tylko nieumarłym. Nie umiał unikać ataków, bo nie wiedział, jaką krzywdę może mu zrobić Biała Brew. Nie czuł bólu, więc przyjmie raz za razem. Krew zalała oczy Roweny, której mózg pulsował od adrenaliny i skrzeku otaczających ją widm. Głosy obecne w głowie wojowniczki opuściły ją po raz pierwszy, od kiedy sięgała pamięcią. Nic jej już nie namawiało, nie kusiło, nie przekonywało. W jej umyśle został tylko jeden głos – jej własny. Mimo okoliczności zmiana ta obdarzyła ją niepokojącą jasnością umysłu. Było to niczym pierwszy łyk powietrza po długim nurkowaniu. Przez chwilę zachłysnęła się, ale szybko odzyskała ostrość wzroku i czynu.

Rowena ledwo zdołała uniknąć szaleńczej szarży Morka. Nie było chwili do namysłu i wdrażania w życie innych planów. Nieumarły zaprzągł do pracy całe swoje ciało. Skoczył długim susem, uderzając w bok swojej przeciwniczki. Odczuła to uderzenie, ale wykorzystała jego pęd, aby oddalić się od nieumarłego i przejść do ataku. Miała już wolną drogę ucieczki w głąb kompleksu, ale ze wszystkimi swoimi demonami po raz pierwszy całkowicie po swojej stronie, jeszcze o tym nie pomyślała. Nie czuła, że stoi na krawędzi zagłady. Liczyła na swoje zwycięstwo.

Kiedy potwór odwrócił się w jej kierunku, zobaczyła jego zmętniałe oczy w znajomej oprawie. Wściekle patrzył na nią Aleksis Bentrum. Wiedziała, że to nie on, że nieumarły mężczyzna jest innej postury, ma inne włosy i pozostałości ubrania. Jednakże, pewne szczegóły jego wyglądu zdradzały podobieństwo nawet po śmierci. Rowena miała pewność, utwierdzoną przez nadnaturalną intuicję zesłaną przez aury miejsca, w którym się znalazła – oto stanęła naprzeciw brata swego dawnego kochanka. I nie zamierzała go oszczędzać.

Na Morka spadał cios za ciosem, ale on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Sam atakował całym ciałem, ciągle spychając Rowenę, która unikała go najlepiej jak potrafiła. Nie zamierzała wchodzić mu w drogę, bo wiedziała, że kontakt z jego ramieniem byłby jak kontakt z gałęzią drzewa. W trakcie konnego galopu. Mimo tej świadomości musiała przyznać, że warunki i odniesione rany nie ułatwiały jej tego zadania. Zdołała mocno naciąć przedramię nieumarłego, z którego zwisł smętny płat mięsa. Ograniczyło to nieco jego mobilność w tym obszarze, co jasno zasugerowało, że mimo wszystko Mork nadal posługuje się swoimi mięśniami – w ten czy inny sposób.

Starając się wyciąć w swoim przeciwniku jak najwięcej tego typu otworów, Rowena zyskała kilka dodatkowych zadrapań i siniaków. Stwór nie przerywał naporu i nie zwalniał, więc jedyną opcją było jego całkowite poszatkowanie. Na to jednak nie było widoków – zanim wojowniczka dokonałaby tej wątpliwej sztuki, dawno leżałaby martwa. W żaden sposób nie mogła jednak sprawić, by Mork się od niej odczepił. Dwukrotnie przemierzyła całą salę wycofując się i wykorzystując maksymalnie dostępną jej przestrzeń. Mimo ogromnego doświadczenia i wytrzymałości słabła z każdą minutą.


W innej części kompleksu do najgłębszych zakamarków swej duszy sięgnął Sokolnik. Z początku bardzo mu się to nie spodobało, ale z czasem w głupiej determinacji i poczuciu misji skorzystał z tego, co podsunął mu los. Zesłał na siebie niewyobrażalne katusze. Jego dusza rozerwała się i scaliła, razem z ciałem jaśniejącym na jego oczach. Wszystkie jego ubrania i sprzęty spłonęły doszczętnie, nie pozostawiając nawet popiołów. Sokół, który również rozświetlił się nienaturalnie, przysiadł na ramieniu istoty, jaką stał się Dresz, scalając z nią całkowicie. Przekazał jej tylko swoje skrzydła, które Sokolnik wyraźnie poczuł na swych plecach. Jego tatuaże żyły własnym życiem – nie pojaśniały jak reszta jego ciała, oplatając jego niszczejące ciało i nie pozwalając mu na całkowitą dezintegrację.

Kiedy powstał, u jego stóp powstało bajoro bielejącej magmy. Wydostał się ze niego, krok za krokiem zdążając w kierunku największego zła. Wyczuwał je instynktownie, przekraczając i znacząc swoimi krokami coraz głębsze tunele przedsionka Dravenghr. Czuł, że to jedyne, co może w tym momencie zrobić, że cała jego istota zyskała wreszcie ultymatywny cel istnienia. Wiedział jednocześnie, że nie ma wiele czasu, bo fizyczna, utrzymująca go w ryzach powłoka długo nie wytrzyma. Spalał się z każdą sekundą, pod koniec swej wędrówki zostawiając na posadzce tylko lekkie ślady.

Negatywna aura magiczna gęstniała z każdym krokiem, chcąc wyprzeć tak nienaturalne dla niej światło. Sokolnik walczył z tym miejscem na każdym możliwym poziomie, wybijając sobie przejścia tam, gdzie ich nie było i rozrzedzając samą zarazę, której podłoże wreszcie zrozumiał. Choroba, która przed laty trawiła Minaloit, pochodziła dokładnie tego miejsca, przedostając się przez miejskie kanały niczym smród. Coś ją powstrzymało, jednak teraz zdawała się wracać. Źródło było już blisko.

Sokolnik znalazł się wreszcie u celu. Wpadł do ogromnej sali nietkniętej dłutami szabrowników. Jego niewidzące oczy dawno przestały być użyteczne. Postrzegał świat wszystkimi zmysłami naraz, będąc wszędzie i nigdzie jednocześnie. Nad jego głową zwieszały się naturalne, ogromne stalaktyty, które krasnoludzki architekt tego miejsca sprytnie wykorzystał jako element zdobiący sufit. Zostały one częściowo ukształtowane, zyskując swoistą symetrię i rozchodząc się koncentrycznie od centrum powały. Na prawo od pozbawionego wrót korytarza, z którego wyszedł Sokolnik, znajdowała się ogromna brama. Gdyby ktoś zjechał tak nisko wozem, mógłby się w niej minąć z drugim. Bramę opatrzono kunsztownymi inskrypcjami, złoceniami i okraszone dziesiątkami kamieni szlachetnych. Były jednak wyważone – jedno skrzydło zwieszało się smętnie, połyskując smętnie w świetle wytwarzanym przez Sokolnika.

Sala wydawała się pusta, jeśli nie liczyć śmieci usypanych pod niemal wszystkimi jej ścianami śmieci nieznanego pochodzenia. Nie sposób było rozpoznać, czym były te marne drzazgi w latach świetności. Wyglądały jak porzucone, zniszczone na skutek potężnej, antagonistycznej energii, dla której nie stanowiły żadnej przeszkody.

Oto jednak uwagę Sokolnika całkowicie pochłonęła Krwawa Róża. Wyrysowana za pomocą posoki misternie wpisywała się w geometrię pomieszczenia. Nakreślona przez prawdziwego artystę skrywała potężne pokłady magiczne, ale prawie nie emanowała własną aurą. Jej sploty były niebezpieczne, więc Dresz zatrzymał się u jej skraju, wreszcie czując jej naturę. Zrozumiał, że każdy krok ku centrum sali może być tym ostatnim. Krwawa Róża pochłaniała całą moc magiczną, rozpraszając ją i niwelując. Mimo wszystko gęsto było tutaj od aury zmuszającej nieumarłych do powstania. Szybko okazało się, że wzór jest w kilku miejscach zatarty, lekko tracąc na sile. Biegły mag umiałby wykorzystać te przerwy, przeciskając przez nie swą wolę. W pomieszczeniu nie było jednak nikogo. Być może poza zasuszoną, znajdującą się dokładnie w centrum postacią, która początkowo nie zwróciła uwagi wyczulonego na wszystkie bodźce Sokolnika. W związku z tym, że znajdowała się wewnątrz Róży, bardzo trudno było ją dostrzec za pomocą magii. Mogła stanowić źródło aury wypełniającej cały kompleks, ale nie sposób było tego ustalić.

Postać siedziała ze skrzyżowanymi nogami, trzymając dłonie na kolanach. Trudno było określić, jaką miała płeć. Jej łysa, pomarszczona głowa została obciążona nieproporcjonalnie dużymi rogami przypominającymi rogi bawoła. Zwieszałaby się bezwładnie, gdyby nie to, że całe ciało istoty zostało całkowicie zmumifikowane, sztywne i bez życia. Stwór przypominał nieco dorosłego człowieka, ale prócz rogów miała także zdecydowanie zbyt dużą głowę, oczy i dłonie.

Na obecność Sokolnika istota drgnęła lekko i uniosła niemrawo łeb. Próbowała się uśmiechnąć.

– Witaj, Powierniku – padło słabo bezpośrednio w głowie Dresza – w komnacie Krwawej Róży.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 97
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

Re: Kanały

09 lut 2018, 23:34

Chciał przetrwać. Za wszelką cenę chciał przetrwać, trwać i żyć nadal. Świat wokół mógł płonąć, a jemu zależało tylko na istnieniu jego samego i splecionego z jego duszą ptaka. Nie był świadomy tego co się dzieje. A przynajmniej nie dosłownie. Może jakieś jego szczątki świadomości, może rezonująca z tym miejscem magiczna aura jego skrytego wewnątrz potencjału. Może one potrafiły cokolwiek w tym wszystkim wyrysować. Nadać sens, pozwolić zrozumieć.

Dresz odczuwał jednak tylko ból. Nie wiedział czy krzyczy, zdawało mu się że tak. Napędzany aurą tego miejsca, czując jak wykrzywia ona i wypacza wszystko co się dzieje sięgał do swojego jestestwa. Miał wrażenie, że całe jego ciało płonie. Że cały jest zanurzony w płomieniach, które liżą dokładnie każdą jedną komórkę jego ciała. Szaleństwo było jego jedyną ucieczką, jedyną którą potrafił sobie wyobrazić. Jednak z każdą sekundą tych cierpień zdawało się oddalać coraz bardziej.

Nie wiedział ile czasu minęło. Nie wiedział co się tak naprawdę stało. Nie rozumiał nadal tego, co go otacza. Znał jednak już jakiś cel. Dotarcie do źródła trwającego w tym miejscu spaczenia stało się jego celem. Krążąca wokół aura, która zmuszała do życia tych, którzy już dawno polegli - była obrzydliwa. Brzydziła go i sprawiała, że gardził otaczającymi go ścianami. Musiała odejść.

Czuł gdzie jest źródło tej abominacji i pragnął je unicestwić. Podniósł się. Nie zwracał uwagi na to, jaki ślad pozostawiają jego kroki, nie zwracał uwagi w gruncie rzeczy niemal na nic. Po prostu szedł do celu. Tam, gdzie nie mógł ujrzeć jasnej drogi tworzył ją sam. Przedzierał się przez to miejsce niczym toczący się, niemożliwy do zatrzymania głaz. Jego aura rezonowała z tym miejscem, czuł jak mrok gęstnieje wokół niego i rozprasza się wypalany jego własnym, wewnętrznym światłem.

Wreszcie ujrzał miejsce, do którego miał dotrzeć. Potężne dziedzictwo krasnoludów. Miejsce zapierające dech w piersiach, imponujące. On sam jednak, gdy do niego wszedł nie czuł nic. Wiedział, że jego istota w jakiś zadziwiający sposób powoli jakby zanika. Że jego istnienie. Istnienie Sokolnika, którego dotychczas znał, rozumiał i pamiętał ulatuje. Nie wiedział co stało się z Sokołem. Jego przeładowane bodźcami zmysły nie były w stanie zanotować zniknięcia przyjaciela. Nawet więcej, zapomniał teraz zupełnie o tym, który towarzyszył mu tak długo. Jego jestestwo kierowało się teraz tylko w jednym kierunku.

Stanął na skraju Krwawej Róży. Ten zadziwiający, pełen magicznej energii rysunek stanowił barierę, której jeszcze nie napotkał od momentu kiedy rozpoczął swoją wędrówkę w tej zadziwiającej postaci. Wątle czuł, że była czymś potężnym. Na tyle potężnym, że stanowiłaby przeszkodę dla niego nawet dawniej. W odległych czasach. Jego wspomnienia światła i dawnej potęgi zdawały się odżywać na nowo. Choć niewiele mniej poszatkowane i niekompletne niż swego czasu. Nadal nie potrafił odnaleźć w tym wszystkim swego miejsca. Wiedział jednak, że to miejsce w którym jest teraz - Dravenghr - należy oczyścić.

Zatrzymał się, niepewien co też teraz powinien uczynić. Czuł się inny, nie rozumiał jeszcze dobrze wszystkiego co do niego docierało. Był wszędzie i nigdzie. Widział wszystko i nic. To przedziwne odczucie towarzyszące mu od momentu opuszczenia podziemnego jeziora wzmagało się coraz bardziej... A może tylko to on coraz lepiej je odczuwał?
Dotarł do niego głos. Głos postaci, której nie potrafił dobrze zidentyfikować. Która zdawała się być źródłem wszelkiego spaczenia, jakie krążyło w tym miejscu - taka była logiczna konkluzja. A jej słowa poczęły się odbijać w jego głowie niczym krążące po górach echo.

Powierniku - Sokolnik uniósł swoje ręce, a przynajmniej tak mu się wydawało, tak podpowiadała pamięć mięśniowa jego dawnego bytu. Zacisnął mocno dłonie na swojej głowie. Powierniku - w jego głowie rozbłysło światło. Przemknęły obrazy, w których pełno było jasności. Zobaczył przedziwne domy i drzewa. I twarze, wiele twarzy. Twarze, których nie widział nigdy wcześniej, a zdawały się tak znajome. Na pewno ich nie widział? Powierniku - ogarnęło go potężne poczucie winy, które wyciskało z piersi oddech, sprawiało że serce podchodzi do gardła, a w żołądku coś ciąży tak niemiłosiernie, że nie sposób tego znieść. Kogo zawiódł? Kogo nie zrozumiał?

Powierniku - padł na kolana. Czy też tylko tak mu się wydawało? Rozwarł usta i począł krzyczeć. Wydał z siebie wrzask, niesiony nie przez jego struny głosowe, ale całe jestestwo - wrzask, który poniósł się korytarzami Dravenghr, niczym potężna fala wody. Wrzask przypominający krzyk setki głosów, wrzask od którego powietrze gęstniało i drżało, wrzask, który nacierał na ściany tego miejsca tak mocno, jakby chciał je zburzyć. Krzyk, który nie był w żaden sposób ludzki. Który zdawał się nie być z tego świata. Krzyk, który szarżował korytarzami tego spaczonego miejsca nie chcąc się zatrzymać.

A potem wszystko ustało. Znów był wszędzie i nigdzie. Znów widział wszystko i nic. Zebrał w całość swoje zmieszane myśli, spiął się w sobie składając znów w całość siebie samego. Jeśli tylko jego oczy jeszcze nadal można było dostrzec w tym wszystkim, to właśnie spotkały się ze spojrzeniem zasuszonej postaci. Nie widział. Ale widział wszystko.
- Czym jesteś? - zapytał.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 262
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

Re: Kanały

27 lut 2018, 10:34

Nessir przyglądał się z zaciekawieniem temu co wyczyniał jego kompan. Wiadomym było to, że między nimi nie zaiskrzyło od samego początku. Jeśli miał być ze sobą szczery, przyłożył do takiego stanu rzeczy całkiem sporo wysiłku. Jakoś od samego początku nie mógł się przekonać do ponurego jegomościa, któremu dodatkowo towarzyszył dziwny ptak. W gruncie rzeczy obwiniał charakter Sokolnika. Wiecznie naburmuszony, milczący, a w dodatku wyraz twarzy świadczący o tym, że uważa się za jednostkę ewidentnie wybitną, która odstaje od reszty zespołu. No kto by polubił takiego typa. Można było jednak wiele kwestii rozwiązać zupełnie inaczej, tak aby każdy z drużynników mógł się wykazać. Niestety dość boleśnie przekonał się o tym, że od samego początku nie byli drużyną, a jedynie zbiorem osobowości, który nie potrafił do niczego dojść wspólnie. Brakowało im zgrania, a przede wszystkim chemii i racjonalnych decyzji. Mógłby się założyć o każde dobro, że gdyby wspólną przygodę zaczęli od spotkania w karczmie i dawki alkoholu to obecna współpraca przebiegałaby o wiele lepiej. Żałował, że w tak patowej sytuacji przekonał się o wyższości pracy w zespole aniżeli samodzielnym działaniu. Doskonale pamiętał, że wbrew własnym przekonaniom od samego początku faworyzował Dahharda i wspólnie z nim próbował zawiązać sojusz. Jedyne co mu zostało po tej znajomości to poważne problemy i nadszarpnięte zdrowie

.

Skupiając się jednak na obecnej chwili, musiał podjąć decyzję. Wiedział, że będzie to kluczowa decyzja od której zależeć będzie jego życie. W milczeniu wodził wzrokiem za Sokolnikiem, który wydawał się być bardziej zaangażowany w temacie eksploracji terenu. Niby nie robił nic szczególnie wymagającego, ale jak zwykle odwalił większość roboty za niego. Może nieco zbyt pobieżnie, ale sprawdził drzwi od każdej z komnat i starał się znaleźć jak najwięcej możliwości opuszczenia ruin, w których się znajdowali. To co szczególnie wzbudziło było najbardziej zastanawiające. Sokolnik postanowił najzwyczajniej w świecie wskoczyć w pustą przestrzeń, która wydawała się być najbardziej podejrzaną rzeczą w całym pomieszczeniu. Po raz kolejny mógł się przekonać o tym, że gdyby działali jako drużyna – wszystko byłoby łatwiejsze. Nic jednak na to nie mógł poradzić, ze Sokolnik zdecydował się wskoczyć, nie konsultując z nim niczego. Miał przecież linę, a teren sprzyjał jej poprawnemu wykorzystaniu.

Wiedział, ze musi znaleźć jakikolwiek stabilny punkt zaczepienia i obwiązać wokół niego jeden koniec, a drugim siebie. Mimo ciężkich warunków panujących w podziemiach, starał się wytężyć wzrok i odnaleźć coś co pozwoliłoby mu na wykonanie tego planu. Poszukując odpowiedniego miejsca, nasłuchiwał odgłosów, które dobiegały z dołu. Był w stanie przysiąc, że słyszy odgłosy walki. Rozpaczliwej walki o przetrwanie. To tylko zmobilizowało go do tego aby sprawniej wykonywać swój plan. Nie wiedział, czego spodziewać się na dole, ale po odgłosach spodziewał się najgorszego. Gdyby tylko udało mu się zrealizować ten plan, jeszcze stanąłby nad krawędzią i dokonał oględzin swojego dobytku oraz ciała. Szczerze, nie pamiętał już co mu konkretnie dolega, ale wiedział, że wygra walkę z bólem, dokładnie tak jak robił to do tej pory. Większym problemem wydawał się być jego dobytek. Wiedział, że potrafi się wspinać i zamierzał wykorzystać tą cenną umiejętność do tego, aby zejść w dół otworu, ale potrzebował do tego co najmniej jednej sprawnej ręki. Chcąc nie chcąc musiał się pożegnać z częścią fantów, które posiadał. Miał swój miecz, z którym nie chciał się rozstawać, kilka dodatków, które mógł bez problemu przewiesić przez siebie, oraz tarczę, która znalazł niedawno. Jeżeli miał coś jeszcze to albo o tym zapomniał, albo zgubił. Nie zamierzał poświęcać temu uwagi ani rozpamiętywać straconych skarbów. To co na sobie nosił w żadnym stopniu nie ograniczało jego ruchów oraz wykonane zostało z lekkich komponentów. Nie powinno mu ciążyć, ale przed ostatecznym zejściem jeszcze raz przemyślał sprawę. Skoro złazi ewidentnie do zbiornika z wodą, całkiem możliwe, że będzie musiał pływać. Nie potrafił pływać, ale utrzymywać się na powierzchni już tak. Każdy element ubioru może mu ciążyć, a nasiąknięta wodą warstwa ubrań doprowadzić na dno. Idąc w ślady Sokolnika również zaczął ściągać z siebie cały ten pierdolnik. Każdy kolejny element ubioru budził w nim skrajne emocje. W większości przypadków to co na sobie nosi było tak bardzo bezużyteczne jak mógł sobie to tylko wyobrazić. Dziwił się, że tak długo wytrzymał w tych łachmanach. Ostatnim na co spojrzał to na naramienniki, karwasze oraz nagolenniki. Z tego co pamiętał wydał na nie fortunę. Dla pewności zrzucił zostawił wszystko przed wejściem. Może jakiś głupiec, który zawędruje tu ponownie będzie tego potrzebował. Prócz bielizny, na nogach zostawił buty.

Upewniwszy się, że nic nie ogranicza jego ruchów, rozpoczął proces schodzenia w dół. Mógł po prostu skoczyć jak Sokolnik, ale bał się o swój stan zdrowia. Dokuczał mu ból w niektórych miejscach, a dodatkowy upadek na teren, którego nawet nie widział nie wydawał się najrozsądniejszym pomysłem. Upewnił się, że elementy ekwipunku, które zostały przewieszone przez ramie nie ograniczają mu ruchów, a ze znalezioną tarczą będzie mógł schodzić w dół. Tego artefaktu akurat nie chciał się pozbyć. Wierzył, że jeżeli cos ma ocalić jego życie w tych Kanałach to będzie właśnie ta tarcza.
O ile to możliwe, starał się poruszać ostrożnie. Nie wiedział jak głęboko musi zejść oraz nie był pewien tego czy starczy mu liny. Gdyby okazało się, że lina, która posiada jest zwyczajnie za krótka, podjąłby ryzyko odwiązania się i zeskoczenia w ten sam sposób w jaki zrobił to Sokolnik. To samo wykonałby gdyby stwierdził, że cała jego konstrukcja z liną nie zapewni mu odpowiedniego zabezpieczenia. Zaciskając zęby po raz kolejny ruszył w ciemną otchłań, nie mając pojęcia co może czekać na niego w jeziorze, do którego zmierzał.

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 218
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

Re: Kanały

21 mar 2018, 09:02

Gdyby wierzyła w bogów, z pewnością wzywałaby ich teraz na pomoc. Tymczasem to nie bogowie, a demony przybyły na ratunek, choć wydawało się to dziwne. Wszak dręczące ją koszmary raniły dotkliwie jej umysł i duszę, a ból był tak rzeczywisty, jakby odnosiła cielesne obrażenia. Kąsały, bluźniły, obrzucały wyzwiskami i mieszały jej zmysły. Żerowały na jej jaźni wściekłe za to, że zniszczyła ich spokój. Dusze zmarłych powołane do „życia” stały się demonami. Teraz nie tylko istniały w je głowie. Oto stawiły się realnie w komnacie, która zmieniła się w plac walki. Choć nie mogła uchwycić ich wzrokiem, czuła ich obecność niemal namacalnie, a ich ryk zagłuszył ją na dłuższą chwilę. Zademonstrowały w ten sposób swoją siłę oraz niezadowolenie z obecności nowego intruza. Atmosfera gęstniała, stając się nie do zniesienia, jak i stres, wywołany śmiertelnym pojedynkiem. Rowena czuła już na karku zimny oddech Kostuchy.
Fala uderzeniowa zachwiała Roweną, ale nie upadła. Głosy opuściły nagle jej myśli, ale nie poddała się kontemplacji nowego stanu, którego już nie pamiętała. Nie miała czasu do namysłu. Nie pomyślała nawet o tym, by uciec w głąb podziemi, a drogę miała już wolną. Drzwi wypadły z zawiasów pod wpływem mocy ścierających się dwóch paranormalnych sił. Rowena pozbawiona koszmarnych przewodników stała się tym, co stworzyła z niej jej totalnie niemagiczna matka.
Wypad, pchnięcie, wycofanie. Krok wprzód, cięcie, dwa kroki w tył. Piruet, cięcie, unik, piruet, cięcie. Natarcie odgórne i trucht. Finta, cięcie. Wypad, pchnięcie, piruet, unik, cięcie.
Metodycznie powtarzała kroki śmiercionośnego tańca. Co jakiś czas zmieniała ich kolejność, dodawała lub ujmowała ruch, zaskakiwała czymś nowym, żeby nie przyzwyczaić potwora do schematu. Gdyby się go nauczył, znalazł słaby punkt lub lukę, byłoby po niej. Żonglując pozycjami ataku oraz uskokami, żeby nie mógł jej dopaść. Przeważała nad nim umiejętnościami, a przede wszystkim – logicznym myśleniem. Stwór miał jeden cel, ale nie był w stanie bronić się przed Białą Brwią. Nie umiał jej pochwycić ani doścignąć. Nie planował, nie kierował się taktyką. Był jednak silny, szybki i cholernie zdeterminowany. Rowena nie mogła się do niego zbliżyć, by zadać bardziej dotkliwy cios. Trzymała się na odległość klingi – nieco bardziej bezpieczna, ale też bezradna. Dwukrotnie przemierzyła salę, uciekając przed natarciami Morka. Wykonując swój śmiertelny taniec słabła z każdą chwilą. Nie pomyślała nawet o uciecze w głąb korytarza, który teraz stał przed nią otworem. Mork doścignąłby ją w mgnieniu oka. Sama myśl o tym, że ta maszkara wbija swe zęby w je ciało, szarpie je na strzępy, napawał ją wstrętem, strachem i bólem, doprowadzając niemal do wymiotów. Nie mogła zginąć. Nie tak! Och, jakby teraz przydałaby się pomocna kosa Kot’eleivena. Zawsze ratował ją z opałów, lecz nie teraz, gdy stałą przed obliczem straszliwej śmierci. Teraz to nie jego oczy patrzyły na jej oblicze. I nie miała na myśli spojrzenia pełnego uczucia, które choć trudno było nazwać miłością, to właśnie tą miłością było. To były oczy przepełnione obłędną żądzą krwi i mordu, oczy Aleksisa Bentruma. Zaraz? Aleksisa Bentruma? To nie mógł być on, zgoła wyglądał inaczej, ale to spojrzenie mogło należeć tylko do niego. Czarny kamień na jej piersi zadrżał i w jej głowie znikąd pojawiło się stwierdzenie, że oto stoi przed bliźniakiem burmistrza. To on winien był jego śmierci. Ta myśl rozsierdziła ją, a wściekłość dodała sił. Gdyby jakkolwiek mogła podciąć mu ścięgna, labo chociaż wykuć oczy, a mogła jedynie unikać i unikać. Do tyłu, do tyłu i ciągle do tyłu. Nie spostrzegła, gdy zaczęła przekraczać próg wrót prowadzących w głąb kompleksu. A może była to właściwa droga? Może znajdzie bardziej sprzyjające okoliczności do rozgrywki niż kamienny ring?

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Rejestracja · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi
Liczba postów: 52107
Liczba tematów: 2967
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.