Insmet

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Insmet

02 maja 2016, 20:49

//Podziękowania dla Infiego za pomoc w tworzeniu tekstu

Chociaż zamek ten nie był najstarszym w Autonomii Wolenvain, to nie działało to na jego niekorzyść. Zastosowane nowinki technologiczne sprawiły, że pomimo niewielkich rozmiarów cieszył się opinią bezpiecznej twierdzy. Zamieszkujący go potomkowie Jawrema byli pierwszymi mieszkańcami tej struktury, albowiem właśnie ten ród, zaledwie kilka pokoleń wcześniej, ukończył budowę tego miejsca. Świadczyły o tym zresztą wszechobecne symbole – dość nietypowe zresztą. Herb rodu Jawrema nosił nazwę "Katowskiej Dłoni", zaś ukazywał białą, zaciśniętą w pięść rękę, która trzymała koniec szubienicznego sznura. Skąd taki symbol?

Mówiło się, że przodkowie barona Morkwira – on to stanowił głowę rodu – wywodzili się z rodziny katowskiej, która była dawno temu na usługach rodziny królewskiej, jeszcze za czasów rządów potomka Wolena. Nie było to może najszlachetniejsze zajęcie, jednak nikt autorytetu Morkwira na tych ziemiach nie podważał, zwłaszcza że historie o jego przodku urosły już właściwie raczej do miana legend, czy mitów. Trzeba było zresztą przyznać, że Jawremowie, choć mówiło się iż sprawiedliwie i szlachetnie, to rządzili twardą ręką.


Insmet, albowiem taką nazwę nosił ów zamek, znajdował się na wychodzącym w jezioro Iqua cyplu. Zamek znajdował się na szczycie ciągle podmywanych przez wody jeziora klifów, przez co znajdował się na dużej wysokości. Gwarantowało mu to spore bezpieczeństwo, które dodatkowo potęgowała otaczająca go fosa. Bezpieczeństwo, które ostatnimi czasy znacznie zwiększało komfort psychiczny mieszkańców Insmetu.


Ziemie Jawrema graniczyły bowiem z terenami szlachty, której ziemie wchodziły już w obręb prwincji stołecznej. Jakkolwiek do 405 roku Ery Feniksa nikt nie pomyślałby nawet, że Morkwir i jego poddani obawiać się będą najazdu krajanów, tak obecna sytuacja była na tyle napięta, że nie podobna było poddawać tę opinię w wątpliwość. Pogląd, jakoby wzajemna nieufność umarła, sam sczezł zaraz po tragicznych wydarzeniach, jakich doświadczyła stolica Autonomii w ostatniej dekadzie. Prawdą było, że stulecia wzajemnej ostrożności w kontaktach gospodarczo–politycznych nie rokowały najlepszej przyszłości, jednak w ostatnich latach ostrożność ta wybuchła do rozmiarów, które staczały Autonomię na krawędź wojny domowej.


Szczęściem Insmet był potężną twierdzą koncentryczną, składającą sie z murów wewnętrznych i zewnętrznych.


Z tych pierwszych, wysokich na całe trzydzieści stóp, można było dostrzec ciągnące się po horyzont jezioro Iqua, zaś w wyjątkowo pogodne dni, na południowym zachodzie majaczyły wieże Dunriku. Ziemie Jawrema obejmowały znajdujący się w pobliżu Derinu cypel i były niewielkie jak na kogoś o statusie barona. Trudno jednak było poznać powód takiej kolei rzeczy, albowiem nikt o tym nie wspominał i wszyscy traktowali tę rzecz, jakby była najnormalniejsza w świecie. Jedynie urzędnicy Derinu na wspomnienie tego faktu uśmiechali się szyderczo.


Wewnętrzny zamek miał kształt sześciokąta, który był niemalże foremny. Starania budowniczych aby zachować symetrię były nietrudne do zauważenia, a ich wysiłki odniosły wymierny skutek. Na załamaniach muru, w regularnych odstępach znajdowały się wysokie baszty, które dodatkowo wyposażone były w drewniane dachy. Wszystkie były tej samej wysokości, górowały ponad murami dobre dziesięć stóp. Pomiędzy nimi, również starannie wybudowane w równych odstępach, obecne były niższe, tym razem już niekryte baszty.


Zaraz za bramą znajdował się dość obszerny dziedziniec, który otoczony był przyklejonymi do murów zabudowaniami. Mieściła się tam stajnia, niewielka kaplica poświęcona Lorven Protektorce Dusz, magazyny i tym podobne. Donżon wyposażony w skierowane na wszystkie strony okna górował ponad wszystkimi innymi budowlami zamku, niczym wbity w zwłoki miecz. Ta mieszkalna budowla stanowiła jednocześnie ostatni bastion obrony w wypadku zajęcia zamku przez nacierające siły.


Od donżonu, stanowącego jedną bryłę z przeciwległym do wrót murem, dodatkowo odcinał go jeszcze mający dziesięć stóp wysokości i trzy szerokości blankowany mur z z metalową kratą, który miał zapewne stanowić dodatkowe zabezpieczenie. Przeszkoda ta dawała obrońcom kilka cennych sekund na przegrupowanie szeregów i przewagę w walce z przedzierającymi się na drugą stronę napastnikami.


Zewnętrzne mury były niewiele niższe od wewnętrznych, stanowiąc właściwie ich dłuższą kopię. Również zbudowane na planie sześciokąta, były wyposażone w ten sam układ baszt. Istotną róznicę natomiast stanowiła szeroka na jakieś piętnaście stóp, a głęboka na dziesięć, otaczająca całe zewnętrzne mury fosa. Porozrzucane za zewnętrznymi murami znajdowały się stajnie, budynki mieszkalne i wszelkiego rodzaju budowle, które mogły być potrzebne żyjącym w nim ludziom. Oprócz tego znajdowała się tam też dość duża kaplica poświęcona Lorven, w której na stałe rezydowało kilku kapłanów. Zaraz za skierowanymi w stronę traktu wrotami był obszerny dziedziniec, na którym zasadzono kilka brzóz, oraz postawiono szubienicę. Czy miała być ona swego rodzaju pomnikiem dla założyciela rodu, czy też stała tam w celu czysto praktycznym? O tym przyjezdni musieli przekonać się sami.


Zamek był raczej mocno ściśnięty i nie sprawiał tym samym tak wielkiego wrażenie jak budowle pokroju Dunriku, które samą swoją monumentalnością wprawiały przyjezdnych w osłupienie. Insmet jednak dla obserwatora nie pozostawiał wątpliwości – nie był łatwy do zdobycia, a bronić mógł się długo. Co oczywiście czyniło go pożądanym zamkiem.


MG:

Sadrigal wraz z grupą zbrojnych przejechał przez bramy zewnętrznych murów po dłużącej się podróży. Słońce chowało się już za horyzontem, gdy znaleźli się w obrębie twierdzy. Pod koniec ich wędrówki Dawimir przycichł znacznie i stał się dużo mniej gadatliwy, powody takiego zachowania pozostawały dla szlachcica nieodgadnione. Czyżby jednak ostra odpowiedź Trzpienia uraziła w jakiś sposób zbrojnego? Wydawało się to możliwe, biorąc pod uwagę jak łatwo przyszło mu spoufalanie się ze szlachcicem.

Konni nie zatrzymując się ruszyli dalej, w stronę wewnętrznych murów. Dopiero za nimi pojawili się pachołkowie, którzy odebrali od nich konie, aby zaprowadzić je do stajni. Przy Sadrigalu błyskawicznie pojawił się młody chłopak, który – jak poinformował go Dawimir – miał pomóc mu w zabraniu wszystkiego, co szlachcic chce zanieść do przygotowanego dlań kufra, oraz wskazać jego lokalizację. Zaraz po tym jak zsiadł z konia do mężczyzny zbliżył się ktoś jeszcze – sam właściciel zamku. A przynajmniej tak mógł stwierdzić po zachowaniu obecnych wokół osób i jego wyglądzie. Morkwir okazał się dość krępym mężczyzną, o krótkiej, gęstej brodzie i ciemnych, przeplecionych miejscami siwizną włosach. Należał do osób, które szlachetnie się starzały, nabierając nadających powagi rysów i zachowując czujne spojrzenie. Otaczającą go aurę wzmagało wykonane z drogich materiałów, jednak nieszczególnie wymyślne odzienie. Raczej mało wylewnie powitał Sadrigala, a ten szybko mógł ocenić, że Morkwir prawdpodobnie właśnie taki był w kontaktach – raczej flegmatyczny, nie uzewnętrzniając przesadnie swoich emocji i odczuć.

– Cieszę się, że przyjeliście, panie, moje zaproszenie. Odświeżcie się i rozgośćcie, niebawem rozpoczniemy ucztę. Poinstruowałem służbę, żeby dostarczyła wam wszystko co będzie potrzebne – po krótkiej, zdawkowanej rozmowie Sadrigal udał się za służącym. Ród Jawrema zdawał się być nad wyraz religijny. Po drodze szlachcic mógł dostrzec wiele rycin ilustrujących historię zawarte w Księdze Światła. Wiele też miejsc przyozdobionych było symbolami słońca, Świątyni Światła, samej Protektorki. W tym co jakiś czas pojawiały się portrety członków rodu, czy typowe ozdoby w postaci zwierzęcych głów, skór, cennej broni, czy drogich naczyń. Ta dysproporcja pomiędzy flegmatycznym, spokojnym zachowaniem Morkwira, a ekscentrycznością jego miejsca zamieszkania było zaskakująca.

Sadrigal miał dość czasu, aby spokojnie przygotować się do uczty. Przydzielony mu służący zaprowadził mu do pomieszczeń, w których mogł się odświeżyć i przygotować do uczty.
Kiedy szlachcic został poproszony o zejście na ucztę słońce nie oświetlało już Autonomii. Służba zamku zadbała jednak, aby rozpalić kosze z węglami, które oświetlały wnętrze budowli.

Sadrigal został zaprowadzony do jadalni, gdzie czekali już pozostali goście Morkwira. Czuł na sobie wiele spojrzeń, niektóre niekoniecznie zdawały się przychylne, niewiele wiedział o obecnych, byli to pomniejsi szlachcice na usługach Jawrema, nikt kto nad wyraz liczył się w świecie. Gości było około trzydziestu osób. Usadzono go gdzieś w połowie stołu, pośród innych gości. W końcu pojawił się i sam pan Morkwir Jawrem. Zatrzymał się on przed swoim krzesłem, a gdy przycichły rozmowy powitał gości.

– Jest z nami dziś pan Sadrigal z rodu Vertrana herbu Czerwony Kruk, za moim zaproszeniem dotrzyma nam towarzystwa na polowaniu. Zapewne większość z was o nim słyszała – Morkwir ponad stołem wskazał dłonią w stronę Trzpienia, choć w gruncie rzeczy każdy zapewne doskonale wiedział, że to o niego chodzi. W końcu pozostali znali się wzajemnie.

– Rozpocznijmy ucztę. A także przyznam, że chętnie usłyszałbym historię o jego wyczynie z pierwszej ręki, może będzie chętny się nią z nami podzielić? – Morkwir usiadł przy stole i wbił wzrok w Sadrigala, słudzy zaś poczęli wnosić przygotowane na tę okazję potrawy, oraz rozlewać do naczyń wino.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

27 cze 2017, 16:07

MG:

Zukul roztaczał dalej swą historię o boju na rękę jaki odbył gdy składali wyposażenie. Ich stosunkowo krótka zabawa pozwoliła zabić nieco czasu, jednak samo polowanie nie było jeszcze gotowe. Dwaj mężczyźni rozpoczęli więc powolną przechadzkę w stronę obozu, który rozbito dla szlachty. Gdzieś po drodze dogonił ich przyjaciel Jawrema. Melwez z nieco kpiącą miną zbliżył się do rozmawiającej dwójki. W dłoni trzymał dwa okazałe zające. Strzały były już wyjęte, jednak ślady krwi i ziejący rany pozwalały stwierdzić, że oba zostały zabite pojedynczym, celnym strzałem w pierś.

- Patrzcie co mi wpadło w ręce kiedy obserwowałem waszą zabawę - zażartował. Faktycznie, Sadrigal mógł skojarzyć, że kiedy oni przygotowywali się na nadejście zwierzyny mężczyzna sam pochwycił łuk i oddalił się gdzieś na bok. Najwidoczniej wykończył to, czego oni nie zdołali ustrzelić. I to w dodatku mając zapewne mniej sprzyjające do tego warunki. Towarzysz pana Zukula musiał być dobrym strzelcem. Zapewne lepszym niż oni obaj. Mina pana Zukula nieco zrzedła na ten widok. Nie trwało to jednak długo, szlachcic zaraz roześmiał się rubasznie i machnął ręką. Kolejny dowód na to, że przyzwyczajony był do tego rodzaju docinek. Ruszyli dalej we trójkę.

Pozostały czas zleciał Sadrigalowi na przygotowywaniu się do polowania, wymianie uprzejmości z inną szlachtą i krótkich rozmowach. Luźny, radosny klimat polowania udzielał się i jemu, nieco go rozleniwiając i sprawiając, że nie miał większych chęci wnikać w szlacheckie afiliacje i próbować wywiadywać się kto z kim, gdzie i tak dalej. Zwłaszcza, że mało jeszcze wiedział, a więc łatwo było o niestosowne pytanie, które zraziłoby do niego rozmówcę. Wolał wyczekiwać tych krótkich okazji, gdy mógł coś usłyszeć przypadkiem. Gdzieś w tym czasie dotarła do niego jego zdobycz, którą nakazał oporządzić i przygotować dla siebie mięso i skórę. Przyjemnym na swój sposób było uczucie, że nic nie musi robić sam - od wszystkiego byli ludzie, którzy czekali tylko na polecenia.

W końcu nadszedł i czas polowania. Sadrigal miał okazję stanąć ramię w ramię wraz z kwiatem Insmeckiego rycerstwa. W dłoni ściskał przywiezioną na wozach włócznię, która miała mu posłużyć za broń przeciwko zwierzynie, która zostanie spędzona w ich stronę. Drobnymi zwierzętami mieli zająć się mniej ważni, podrzędni szlachcice, lub też służba.

Wraz z innymi rozstawił się w długim szpalerze czekając na nadchodzące zwierzęta. Czas mijał, a w oddali powoli rozlegały się krzyki i ujadania psów. Przerażone zwierzęta rzucały się do ucieczki nie mając innego wyjścia jak biec prosto na czekających z bronią w ręku polujących. W odległości kilkunastu metrów po swojej lewej i prawej stronie Sadrigal dostrzegał innych szlachciców, którzy tak jak i on cierpliwie czekali. Kilka metrów za nim leżały kolejne włócznie, gotowe do użycia, gdyby tylko ktoś musiał przybiec mu na pomoc, lub też on sam chciał sięgnąć po kolejną broń. Czuł buzującą w jego żyłach adrenalinę, gdy myślał o mogących wybiec zaraz z lasu zwierzętach. Dziki, łosie, jelenie... A może jakiś niedźwiedź? Niewątpliwie gdyby zdołał zabić takiego zwierzę zwróciłby na siebie uwagę innych i wywołał szacunek. Wiedział co robić. Wbić jeden koniec w zwierzę, drugi osadzić w ziemi i nie pozwolić mu się dosięgnąć. Brzmiało banalnie, w praktyce jednak to starcie z przerażonym stworzeniem, które za wszelką cenę chciało ratować swoje życie było nie lada wyczynem.

Z myśli wyrwało go głośne ujadanie wymieszane z serią przeraźliwych pisków. Wprost na niego pędziło pierwsze z naganianych zwierząt jakie przyszło mu dziś ujrzeć. Niemały samiec dzika. Pruł rozpędzony do przodu wymijając drzewa i szukając miejsca, w którym mógłby się wyrwać obławie. W jego boku głęboko tkwiła jakaś zagubiona strzała. Miał szansę dorwać to bydlę. Miał najbliżej z wszystkich, aby przeciąć mu drogę.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Re: Insmet

26 lip 2017, 21:50

Sadrigal nie zastanawiał się ani ułamka sekundy po tym, kiedy dostrzegł okazję. Każdy moment był na wagę złota, kiedy szarżowała na niego góra mięśni, kłów i pomieszanego ze strachem szaleństwa. Ubijać dziki z włócznią w ręku zdarzało mu się już, wiedział więc, jak się obchodzić z tą bronią - czuł się z nią w ręku znacznie pewniej niż z łukiem, i dawno już nauczył się ufać swojemu refleksowi. Ruszył więc do akcji natychmiast. Cofnął się odrobinę w tył, bliżej zapasowych włóczni, tak, aby mógł z nich skorzystać, gdyby zwierzę złamało pierwszą. Zagrodził dzikowi drogę, pewnie i mocno osadził tylni koniec broni w ziemi, ustawił ją pod odpowiednim kątem, przyjął odpowiednią pozycję i przygotował się na potężne uderzenie.

Dzik był spory, ranny i rozjuszony, co stanowiło iście niebezpieczną kombinację. Sadrigal jednak nie takim stworzeniom patrzył już prosto w oczy bez strachu - to dzik skończy dzisiejszego dnia jako ofiara, nie on. Szlachcic pozostawał spokojny, mimo coraz głośniej szumiącej mu w skroniach krwi, z uniesieniem już teraz uderzającym mu do głowy, przygotowującym go do boju na śmierć i życie, który z każdym susem oszalałego dzika zbliżał się w zawrotnym tempie. Nagle jego zmysły nabrały nowej ostrości, jakiej doświadczał tylko wtedy, kiedy stawiał swoje życie na szali; widział każdą niedoskonałość w drewnie drzewca włóczni, każdą plamkę na stalowym ostrzu, wzrokiem chłonął ziemię wybuchającą pod każdym susem jego bezmyślnego adwersarza, każde uniesienie się i opadnięcie boków bestii we frantycznych próbach oddychania, małe, świńskie oczka, skierowane teraz prosto na niego i pełne zwierzęcej desperacji. Ustawił włócznię tak, aby ugodziła dzika w płuco - zwierzę miało grubą, twardą czaszkę chroniącą mały mózg, a otwarty, straszący kłami pysk był celem zdecydowanie zbyt ryzykownym, małym i poruszającym się w zbyt raptownym tempie. Nadziawszy się na włócznię wbitą w płuca dzik powinien zatrzymać się na jej poprzeczce; Sadrigal wiedział, jak ważnym było nie pozwolić dzikowi złamać ani włóczni, ani poprzeczki, każdy ruch zwierzęcia po nabiciu musiał więc mieć swoją odpowiedź - przesunięcie się środka ciężkości i dostosowanie kąta nachylenia włóczni przez młodego szlachcica. Po ugodzeniu zwierzęcia i zatrzymaniu jego impetu do końca, Sadrigal planował puścić wbitą w ziemię włócznię, odskoczyć do tyłu, wziąć jedną z zapasowych i metodycznie dobić zranione zwierzę kilkoma ciosami w bok korpusu i szyi. Przez cały czas priorytetem dla niego było własne bezpieczeństwo. Dzik nie był wiele większy od przeciętnego, szlachcic więc nie spodziewał się po nim niczego nadzwyczajnego - gdyby jednak zwierzę zaskoczyło go niespotykaną siłą, Sadrigal równorzędnie próbowałby ratować honor i życie. Nie wierzył jednak w to, żeby taka konieczność zaistniała.

Pierwsza większa ofiara tego polowania należeć będzie do niego. Kiedy zwierz będzie leżał, skrwawiony, u jego stóp, pierwszym czynem Sadrigala będzie gorące i żarliwe podziękowanie Lorven za pomyślne zakończenie się starcia.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Re: Insmet

09 lut 2018, 22:28

MG:

Bliskość zapasowej broni była dla Sadrigala pokrzepiająca, miał jednak dużą świadomość, że w razie nieumiejętnego posłużenia się włócznią trzymaną w dłoniach może nie mieć szansy po nie sięgnąć. Musiał zaufać, że ciężki i gruby drzewiec, który miał w dłoniach wytrzyma. W końcu takie było jego jedyne zadanie - przetrwać zderzenie z nadbiegającym zwierzęciem.

Starcie z wypędzonym z lasu zwierzęciem przypominało szlachcicowi czasy młodości, gdy zwykł takie polowania oglądać i brać w nich udział. Wiedział, że zachowanie spanikowanego zwierzęcia jest niemal nie do przewidzenia. Buzująca w jego żyłach krew i uderzająca do głowy adrenalina sprawiły, że zapomniał o całym świecie wokół, a jedynym jego celem stało się zakończenie żywota włochatej bestii, która biegła w jego stronę.

Wyuczone przez lata młodości działania Sadrigala były niewątpliwie słuszne, jedyne co mogło zawieźć to głupi błąd z jego strony, lub też dzierżona broń. Mądrze wybrał cel i dobrze przygotował się, aby w niego ugodzić. Szybko jednak dostrzegł jeden mankament jego przygotowania. Zwierzę nie biegło wprost na niego. Przerażony dzik najwyraźniej nie nabrał aż tak agresywnych zamiarów, jak w pierwszej chwili podejrzewał szlachcic.

Sadrigal jednak wiedział również jak uporać się z tym. Naturalnym było, że próbujące zachować swoje życie zwierzę często nawet w tak podbramkowej sytuacji starało się uniknąć kontaktu z człowiekiem i przebiec obok niego. Trzpień obserwował uważnie pędzące zwierze, by w ostatniej chwili gwałtownym susem znaleźć się tuż przed nim i wymierzyć grot włóczni we włochatą pierś. Dzik nie miał dość czasu by zareagować.

Gwałtowne szarpnięcie, które mężczyzna poczuł niemal wyrwało mu drzewce z dłoni. Zwierz był duży i ciężki, a powstrzymanie jego pędu nie było łatwym zadaniem. Szlachcic z trudem utrzymał włócznię w dłoniach, jednak już po chwili udało mu się znów pewnie chwycić broń. Impet wpadającego na grot dzika sprawił, że musiał postawić kilka kroków do tyłu, nie będąc w stanie zatrzymać całej jego masy natychmiast w miejscu. Nie stanowiło to większego problemu, pozycja Sadrigala była pewna, a kilka krótkich kroków w żaden sposób nią nie zachwiało.

Naprężone drewno wygięło się niebezpiecznie, a powietrze raz za razem przeszywał potworny pisk rannego zwierzęcia. Dzik to kwiczał, to syczał, to świszczał, to znów wydawał inne, trudne do zidentyfikowania dźwięki. Niektóre wytwarzane przez jego własne struny głosowe, inne będące skutkiem dziury, która powstała w jednym z jego płuc. Sadrigal wiedział, że zwierzę jest już jego. Po tym jak zahamował pęd rozpędzonego zwierzęcia utrzymanie go na szczycie włóczni nie było tak trudnym zadaniem. Szczególnie,

że zwierzę słabło i marniało w oczach. Rany i utrata krwi szybko zakończyły jego żywot, a szczęśliwy szlachcic mógł wypuścić broń.

Martwe zwierzę leżało na ziemi, a stojący nad nim łowca wznosił w duchu modlitwę. Jego modły zostały przerwane jednak przez nagły ryk, który usłyszał ze swej prawej strony. Lustrując wzrokiem okolicę dostrzegł po chwili jego źródło - jeszcze większe niż to zwierzę, z którym jemu przyszło się mierzyć. Kilkadziesiąt metrów od niego dwóch mężczyzn toczyło zaciekłą walkę z wielkim niedźwiedziem. Jak na razie trudno było ocenić kto ją wygrywa.[/p]
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Don't Believe the Fife

10 lut 2018, 14:49

Chwytając nową włócznię Sadrigal skierował swoje kroki w stronę starcia pomiędzy ludźmi a bestią, bystrym okiem lustrując sytuację. Modlitwa oziębiła mu nieco buzującą krew w żyłach i rozbudzenie jej na nowo nie było czymś tak prostym, mógł więc spojrzeć na sytuację dość trzeźwo, aczkolwiek dalej nie był w pełni władz umysłowych, dalej euforia sprawiała, że nie czuł się nadzwyczajnie pewnie na nogach.

Widział bój na śmierć i życie, przerażający ryk niedźwiedzia, szał w gwałtownych ruchach, siła przeciw przebiegłości, instynkt przeciw rozumowi. Gdyby czas miał pomyśleć głębiej nad sytuacją, do dziwnych wniosków mógłby dojść, i widok, jaki miał przed sobą, wrył mu się w pamięć, przypominał mu się w dniach późniejszych podczas bezsennych nocy, skłaniając do zastanowienia i refleksji. Teraz jednak młody szlachcic skupiony był na poradzeniu sobie z nowym problemem.

Idąc w stronę walczących wiedział, co winien zrobić w podobnej sytuacji. Niedźwiedź nie był łupem mu należnym, włączenie się więc do boju i ubicie go byłoby czynem niegodnym i budzącym dyshonor dla tych z nim walczących, a Lorven wiedziała, że Sadrigal nie potrzebował robić sobie tu wrogów, przynajmniej nie teraz. Honor jednak honorem, a życie życiem - będzie czekał w pogotowiu w bliskiej odległości, do czasu rozstrzygnięcia boju bądź sytuacji krytycznego zagrożenia życia jednego z łowców. Jego włócznia była gotowa, czekał na wpóługiętych nogach, przygotowany do ruszenia w wir akcji, na wypadek, gdyby pojawiła się okazja uratowania życia jednego z walczących - i przy okazji zyskania sprzymierzeńca na dworze pana Jawrema, sprzymierzeńca, który z pewnością byłby doskonałym źródłem informacji. Kalkulacje wywołały chłodny uśmieszek na twarzy Sadrigala; w odróżnieniu do boju z dzikiem, bój z niedźwiedziem obserwował z coraz bardziej rozjaśniającą się, chłodną i zimnokrwistą głową. Hierarchie rangi i pozycji społecznych wirowały mu w głowie bardziej niż rzeczywistość boju; gdyby dostrzegł możliwość polepszenia swojej pozycji na dworze barona, skoczyłby w przód, by z niej skorzystać, bez najlżejszego zawahania.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Re: Insmet

06 mar 2018, 23:47

MG:

Sadrigal nie musiał troszczyć się o zabitego dzika. Był pewien, że znajdą się wyznaczeni do tego ludzie, którzy pozbierają truchło i zabiorą w odpowiednie miejsce, wraz z wszystkimi innymi. I oczywiście w razie potrzeby poświadczą, że to on jest jego zdobywcą. Wszyscy stali rozdzieleni, w pewnych odległościach, czasami gubiąc się nawet z oczu w gąszczu. Jednak uczestnicy polowania nie byli tak samotni, jak mogłoby się zdawać. Wszędzie pełno było czujnych oczu. Czy to okolicznych chłopów usługujących szlachcie, czy to młodych chłopców na posyłki.

Sadrigal zaczął powoli zbliżać się do rozwścieczone zwierzęcia. niedźwiedź miał już kilka ran, jednak pozostawał nadal żwawy. Toczyło z nim bój w gruncie rzeczy dwóch szlachciców. Jaki był powód tego faktu nie był w stanie stwierdzić, gdyż zajęty był wcześniej swoim własnym bojem. Zapewne po prostu obaj mężczyźni dotarli do niego w podobnym czasie i uznali, że w wypadku tak groźnego zwierzęcia współpraca nie będzie niczym gorszącym. Albowiem rzeczywiście, zwierz prezentował się groźnie.
W jednym z tych szlachciców Sadrigal rozpoznał już znajomą mu sylwetkę. Pan Gellen stał nieco pod skosem do zwierzęcia, które swoją uwagę skupiało przede wszystkim na drugim, nieznanym Sadrigalowi szlachcicu. Kojarzył jego osobę z uczty, ale nic więcej nie był w stanie powiedzieć. Melwez zdawał się nieskory do ściągania na siebie uwagi zwierzęcia. Raczej czekał na stosowną okazję, by zadać cios. Gdyby Trzpień stał z drugiej strony zwierzęcia mógłby dostrzec, że na jego boku widniało kilka ran, zapewne zadanych przez włócznię. Rany obficie krwawiły, co było niewątpliwie spowodowane wyszarpywaniem grotu, albowiem włócznia Melweza nadal tkwiła w jego rękach, a szlachcic wciąż czekał na dobry moment, aby wbić ją w sposób, który umożliwi oparcie jej o ziemię.

Tymczasem drugi polujący mężczyzna pokrzykiwał, straszył zwierzę dzierżoną bronią i co jakiś czas cofał się aby uniknąć ataku zwierzęcia. Wielka brązowa kupa futra jaką był niedźwiedź wyglądała na bardzo rozwścieczoną, zwierzę jednak zdawało się również czuć osaczone i nieskore do ślepego ataku. Głównie kręciło łbem, ryczało i co jakiś czas ruszało kilka kroków do przodu, wyciągając najeżony zębami łeb. Nie był to dlań żaden ratunek, mężczyźni nie chcieli dać się odstraszyć i zrezygnować.

Bój toczył się jeszcze przez chwile, gdy jego bieg obrał nagle zgoła nieprzyjemny obrót. Stojący przed frontem zwierza mężczyzna doskoczył doń, widząc zapewne jakąś okazję, która przez chwilę pojawiła się w tej nierównej walce. Wbił włócznie tak mocno w zwierzę, że aż jego ręce przejechały po drzewcu gdy stalowe, poprzeczne pióra oparły się o ciało niedźwiedzia. Kąt pod jakim się znalazła był jednak bardzo ostry, a próba podparcia jej o ziemię, która później nastąpiła była ewidentnym błędem. Drzewiec, choć gruby i mocny nie wytrzymał napięcia. Zwłaszcza, że rozwścieczone tak poważną raną i coraz bardziej przypierane do muru zwierzę wpadło wreszcie w kompletny szał.

Gdy tylko drzewiec pękł z trzaskiem niedźwiedź skoczył do przodu i potężnym zamachem łapy uderzył napastnika. Szlachcic stęknął i przewrócił się, nie będąc w stanie ustać na nogach pod naporem tego ciosu. Rozwścieczone zwierzę próbując ukazać swoją potęgę wzniosło się na tylne łapy, nieco chwiejnie stawiając krok do przodu i niewątpliwie zamierzając opaść na swoją ofiarę. Sadrigal poczuł, że może to być właśnie jego szansa, choć na reakcję miał raptem kilka sekund.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Re: Insmet

30 sie 2018, 16:44

Był to dokładnie ten moment, na który Sadrigal czekał. Czasu na reakcję zbyt wiele nie miał, ale pozostawał w gotowości właśnie w oczekiwaniu na taki rozwój sytuacji. Zwierzę było bliskie śmierci; krew lała się z dziesiątek ran, jego ruchy stawały się coraz bardziej desperackie i gwałtowne, szybkie na tyle, że mogły zaskoczyć kogoś, kto nie wiedział, z jaką determinacją osaczone zwierzę potrafi walczyć o życie. Szlachcic z rodu Vertana dobrze jednak znał tę determinację - wiedział dokładnie, czego może się spodziewać po zwierzęciu, które, zaślepione szałem i furią, nie widziało teraz świata poza powalonym na ziemię rannym. Podejrzewał, że równie dokładnie czytał sytuację Melwez; ta chwila była doskonała do zadania ostatecznego, śmiertelnego ciosu, i była też doskonała do tego, aby okazał odwagę bez pakowania się w zbyt duże ryzyko. Furia zwierzęcia wykrwawiała się wraz z wylewającą się z niego raptownie posoką, brocząc trawę, znacząc rdzawym śladem pole odwiecznego boju między cywilizacją a prymitywną, pierwotną siłą - boju, w którym siły natury skazane były, nieodwołalnie, na porażkę. Żelazisty zapach krwi zmieszany z odorem potu i zapachem wyprawionej skóry wypełniał nozdrza Sadrigala, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu - oto jeszcze jedna okazja pokazania swej wyższości, swej odwagi i umiejętności. Jeśli Jawrem ceni kompetencję, nie będzie mógł tego nie docenić.

Sadrigal w kilku susach znalazł się więc jakieś dwa łokcie za powalonym szlachcicem, nadstawiając włócznię tak, aby nadziać na nią atakującą bestię od przodu. Był zbyt daleko od niedźwiedzia, żeby samemu być w poważnych kłopotach, i widział dokładnie upazurzone łapy czworonoga - doskonale wiedział, kiedy koniecznym stanie się raptowne odskoczenie poza ich zasięg. Niedźwiedź już teraz chwiał się na nogach - niemal niemożliwym dla niego było, by bez impetu przełamał jeszcze jedno grube drzewce włóczni, tym bardziej ustawionej pod odpowiednim kątem, o co Sadrigal nie omieszkał się zatroszczyć. Nadziewając je w ten sposób zadawał najważniejszy cios, zatrzymując amok bestii w miejscu i prawdopodobnie kończąc jej żywot; gdyby witalność niedźwiedzia przekraczała przeciętną, młody szlachcic ufał, że sprawę dokończyłby Melwez. Był wszakże gotowy w każdej chwili na wycofanie się daleko poza zasięg łap bestii, gdyby sprawa groziła wymknięciem się spod jego kompetentnej kontroli.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Re: Insmet

05 wrz 2018, 09:38

MG:

Sadrigal i Melwez ruszyli do przodu niemal niczym jeden organizm, zapewne oboje dostrzegając w tej wzniesionej postawie zwierzęcia szansę na zakończenie toczącej się w lesie walki. W międzyczasie ich bój został zauważony i najwyraźniej uznano, że potrzebują pomocy. Z boków nadbiegały już kolejne osoby, jednak nie było to miejsca ani czas żeby się rozglądać. Jedynie stłumione krzyki sprawiły, że w podświadomości Sadrigala zaświtała nikła myśl, że ktoś jeszcze pędzi im na pomoc. Wątpliwe było, aby miał zdążyć.

Obaj mężczyźni choć ruszyli razem obrali zgoła inne taktyki. Melwez w przeciwieństwie do Sadrigala wyskoczył do przodu, starając się zapewne śmiertelnie ranić zwierzę jeszcze zanim to swoim ogromnym ciężarem będzie lądowało wprost na jego powalonym ziomku. W kilku zaledwie susach znalazł się tuż obok i pchnął włócznią wprost w wystawioną pierś niedźwiedzia. Zwierzę próbowało go dosięgnąć swoimi potężnymi łapami, jednak w ostatniej chwili zdążył się uchylić, jedną ręką nadal trzymając włócznię i starając się oprzeć ją o ziemię w dogodnym miejscu. Udało mu się to zresztą nawet.

Ryk jaki Sadrigal usłyszał, gdy wielkie cielsko leśnej bestii oparło się o stalowe skrzydła włóczni był niemal nienaturalny. Nie miał wątpliwości, że długo go zapamięta. Miał w życiu okazje doświadczać różnych sytuacji, polowań i tak dalej. Jednak determinacja, wytrzymałość i siła tego zwierzęcia były czymś niecodziennym, odmiennym. Chcąc czy nie chcąc czuł przed nim respekt.

Włócznia Melweza, a raczej jej drzewce, zaczęły się niebezpiecznie wyginać pod ogromnym ciężarem z jakim przyszło się im mierzyć. Trzpień musiał sam zareagować, a wcześniej wybrana przez niego pozycja nie pozwalała zrobić tego skutecznie. Sam również szybko zbliżył się i wkładając w ten cios niemało siły wdział swoją broń obok pierwszej. Naparł z całą mocą na włócznię, aż czuł jak chropowate drzewce przesuwają mu się nieco w dłoniach. Zdołał jednak odepchnąć nieco cielsko niedźwiedzia tak, aby osadzić stabilnie włócznie w ziemi. Dysząc i ocierając pot z czoła odsunął się kilka kroków w tył, pomagając przy tym Melwezowi odciągnąć trzeciego szlachcica.

Raniony przez niedźwiedzia jegomość miał trudności z tym, żeby wstać. Najwyraźniej uderzenie niedźwiedziej łapy poczyniło jakieś poważniejsze szkody w jego organizmie, tym już jednak Sadrigal nie musiał się martwić, chyba że chciał z nim porozmawiać. Raną zajmą się słudzy, cyrulicy, czy kogokolwiek w Insmecie miano na swoich usługach. Ludzie poczęli się schodzić wokół i podziwiać ich osiągnięcie. Główny zaszczyt za zabicie stwora przypadł Melwezowi, chodź nie obeszło się i bez gratulacji skierowanych w stronę Sadrigala. Jego wybór, aby pozostać za leżącym na ziemi został - a przynajmniej tak się zdawało - poczytany za chwilę zawahania.

Teraz zaś sam miał okazję spędzić chwilę podziwiając swoje dzieło. Dopiero teraz miał szansę uspokoić się, złapać oddech i przyjrzeć upolowanej bestii. Uświadomił sobie, że niedźwiedź jest ogromny. Jego gargantuiczne rozmiary sporo wykraczały poza to, co zdarzało mu się zazwyczaj słyszeć i widzieć. Nie dostrzegł tego w pierwszej chwili zbyt pochłonięty polowaniem, napompowany adrenaliną i tak skupiony na samym zwierzęciu, że nie miał wokół niego żadnego punktu odniesienia. Na ciele upolowanego zwierza dostrzegł wiele blizn, które niewątpliwie były już zasklepione. Przez myśl przeszło mu, że być może to nie pierwsze polowanie w jakim również futrzak brał udział. Aczkolwiek z pewną satysfakcją również stwierdził, że ostatnie. Zwierzę prezentowało się groźnie. Wspierało się na zadzie i dwóch wbitych w jego pierś włóczniach, jego łeb i łapy zwisały bezwładnie. Z rozchylonego pyska wystawały żółte, wielkie niczym tłuste palce pana Zukula, kły. W oczach natomiast zastygł zwierzęcy szał - jeszcze chwilę temu mogłoby się zdawać, że nieposkromiony, teraz zaś wdeptany w leśne runo.

Zamieniając kilka słów z osobami wokół i słysząc odległe sygnały rogu Sadrigal zrozumiał, że polowanie prawdpodobnie dobiega końca. Teraz był czas aby wrócić do obozu, obmyć się, odpocząć i dobrze zjeść. Później natomiast zdecydować co dalej.

Po powrocie na miejsce dotarło do Sadrigala, iż pierwsza nagonka była na tyle dużym sukcesem, że z jutrzejszej postanowiono zrezygnować i przesunąć o jeden dzień powrót do zamku. Tę noc zatem można było poświęcić na balowanie, picie i ucztowanie na opiekanym nad ogniskami mięsie pomniejszych zdobyczy. Lub też na głębokim porządnym śnie. Sam musiał o tym zdecydować. Nie miał w każdym razie wątpliwości, że jeśli chce jeszcze złapać jakieś znajomości, porozmawiać z kimś zwyczajnie, czy wywiedzieć się więcej o tutejszych, to reszta dnia wraz z nadchodzącą nocą były na to bardzo dobrym momentem. Napompowani popijawą, która z całą pewnością nastąpi, a w dodatku adrenaliną po świeżym polowaniu szlachcice mogli zrobić się bardziej gadatliwi. Decyzja należała do niego.

Jeśli zaś postanowi spędzić najbliższy czas na wypoczynku, to pozostanie mu wstać rankiem i wraz z innymi przygotować się do podróży. Tam odbędzie się wielka uczta, na którym - jak mógł podejrzewać - zabity przez nich niedźwiedź może nawet będzie głównym, zaszczytnym daniem. A później? Cóż później, to tylko czas powie. Zasłyszał od jednej z dam, którą udało mu się zachęcić jeszcze w zamku do rozmowy ciepłym uśmiechem i miłymi słowami plotkę. Mianowicie, że niedługo szlachta będzie się udawać do stolicy, gdzie zarządzono wspólny zjazd i wybór nowego króla. Gdyby Sadrigalowi udało się przybyć na miejsce wraz z panem Insmetu niewątpliwie byłaby to dla niego ogromna okazja na zwiększenie swoich znajomości, oraz wpływów. Morkwir Jawrem zdawał się osobą może nie przesadnie znaczącą, ale na tyle bogatą i wpływową, aby w jakimś stopniu się liczyć. Jego protekcja potencjalnie była pierwszymi stopniami na drabinie wiodącej do szczytu.

//Zezwalam - w razie takiej chęci - na przewinięcie w Twoim kolejnym poście fabuły do rozpoczęcia zamkowej uczty, Twoja postać może wypocząć, otrzymać nieco gratulacji, odbyć mniej istotne, drobne, fabularne rozmowy. Dopuszczam w tym czasie ingerencję w świat na poziomie zwyczajowego dla gry swobodnej.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52162
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.