Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3750
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź. 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 56
Rejestracja: 25 sty. 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

Re: Pożarka

30 lip. 2017, 20:54

Krasnolud tak naprawdę nie wiedział gdzie chce iść i co zrobić. Wieża pełna bogatszych i lepiej usytuowanych ludzi wydawała mu się lepszym miejscem. Może dałby radę coś jeszcze sprzedać, dogadać się, cokolwiek. Z drugiej strony, chciał iść dalej. W końcu wyruszył przede wszystkim by poznać tę dziwną krainę.

Pełne lasów i łąk widoki, które przez Ylzzirilem roztoczył poranek wzbudziły w nim pewien respekt. Dziwnie się czuł w tym miejscu, gdzie świat zdawał się taki... nieograniczony? Nawykły przecież do tego, że otaczało go góry, lub też ciemne ściany wykutych w nich tuneli. To miejsce zdawało się tak przepastne, pełne wszystkiego. Z jednej strony cieszyło go to, że dane mu ujrzeć jest coś odmiennego od miejsc, w których spędzał tyle czasu. Z drugiej nadal jeszcze nie do końca się przyzwyczaił pomimo swych ostatnich podróży. Wzbudzało to jego niepokój. Zwłaszcza, że w przypadku jego nieprzystosowanego do takich miejsc wzroku wszystkie co znajdowało się gdzieś daleko w oddali zaczynało przypominać jedynie kolorowe, rozmazane plamy.

Biorąc przykład z pozostałych Yl popędził zwierzę i ruszył do wsi. Cóż mu było z zostawania pod wieżą. Chciał zobaczyć kolejną z tych nędznych ludzkich osad pełnych drewnianych domów. Często niewiele się one różniły pomiędzy sobą, ale kto wie. Może ta wzbudzi jego ciekawość? Nie znał nadal zbyt dobrze tutejszych obyczajów. Wyraźny, obcy akcent i nieobycie sprawiały, że trudno się dogadywał z miejscowymi i pomimo tego, że wędrował przez Autonomię już jakiś czas, to nadal był dla tej kultury zupełnie obcy. Nie był pewien gdzie udać się we wsi i jak ustawić. Na szczęście mógł obserwować swoich towarzyszy i wyciągnąć wnioski. Widząc jak Jakeghr wędruje do domu, który najpewniej należał do kogoś ważnego w tym zbiorze śmiesznych domków zrobił to samo. Jedynie ostrożniej. Chciał najpierw zawitać, przywitać się, wybadać nieco sołtysa co tam we wsi i widzieć jak zareaguje na jego obecność. A jeśli będzie człowiekiem otwartym, to zaoferować coś na sprzedaż, lub też podarować jakieś wieści, czy może nawet jeden z obecnych w wozie toporków, czy też podobny krasnoludzki produkt (z rodzaju tych mniej cennych, oczywiście) za jadło i możliwość spokojnego spędzenia nocy w swym wozie obok budynku.

Przez całą drogę Yl milczał. Wiedział, że zapewne i tak się z innymi niedogada. Zauważył, że pozostali nie zjedli nic z rana. On, przyzwyczajony do tego, że rankiem wstaje i rusza pracować jakoś nie wyobrażał sobie takiego dnia. Zresztą, pewnie jadł więcej niż Wierzba i Rakczadra razem wzięci. Nawet dziewczyna nie tknęła jedzenia, choć spodziewał się, że kiedy poprzedni posiłek ją opuści - a zdawało się to nieuniknione - to pokusi się choć na kilka gryzów jadła. W końcu z czegoś jej organizm czerpać musiał, a skoro poprzednie źródło znalazło się w lesie... Cóż. Ale nie miało to w gruncie rzeczy dlań większego znaczenia.

Rudy krasnolud, choć pałał lekkim sentymentem do Wierzby, to poza tym zupełnie w sumie się pozostałymi nie interesował. Niech robią co chcą i zdychają jak chcą. On przyjechał tu po kosztowności, widoki i wiedzę. A na to pierwsze raczej nie mógł liczyć.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

Re: Pożarka

30 lip. 2017, 22:37

Podróż do wioski upłynęła Grynfie tak samo, jak ta z jaskini pośród gór. Chłopka nic nie widziała, więc tylko znajome zapachy zwierząt gospodarskich i pozostawianych przezeń nieczystości upewniały ją, że grupa rzeczywiście wracała do cywilizacji. Jedynym udogodnieniem była jazda wozem, na co nie mogłaby liczyć, gdyby nie jej niepełnosprawność. Oddałaby jednak tą wątpliwą przyjemność za możliwość ponownego oglądania otaczającego ją świata.

Gdy dotarli do ścieżki, chłopka z podziękowaniem przyjęła pomoc Wierzby. Wiedziała, że niedługo drużyna się rozpadnie, więc cieszyła się z tych ostatnich przejawów życzliwości. Niedługo będzie musiała radzić sobie sama, bo raczej wątpiła, że wiedźma pomoże jej odzyskać wzrok. W sytuacji, w jakiej się znalazła, należało się jednak chwytać wszelkich możliwych środków, tak więc Grynfa, podpierając się kijem, stanęła przed drzwiami domniemanej chatki, zwracając się w stronę, z której słyszała pukanie Wierzby.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3750
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Calm Before the Storm

01 sie. 2017, 19:27

MG

Najpierw szedł Jagekhr, prując do wioski niczym wół. Zaraz za nim znajdował się zresztą prawdziwy pociągowy zwierz, ciągnąc majdan drugiego krasnoluda, Ylzzirila. Za wozem szedł, jakby w zamyśleniu, Rakczadra. Cały ten korowód był bardzo dobrze widoczny nawet dla chłopów pracujących na dalekich polach – głównie przez wysokie umiejscowienie oraz bardzo wyróżniającą się na tle przyrody rudość woźnicy.

Ci, którzy z jakiegoś powodu znajdowali się przy głównej drodze Pożarki, schodzili śmiałkom z drogi. Nie uszło ich uwadze, że powróciło tylko dwóch, i to jeszcze spoza ludzkiej rasy. Rakczadra był im znany, więc niewiele sobie zrobili z jego obecności – dobrze, że się pojawił, bo mógł mieć coś ciekawego do powiedzenia, a być może pomógłby w jakichś pracach, ale to nie on był dzisiaj główną atrakcją.

Wagabundzi wzbudzali o wiele większe zainteresowanie – tym większe, że byli krasnoludami. Nikt nie śmiał zagadać. Jagekhr nie zachęcał do tego, bez wahania dążąc do celu, jaki sobie obrał. Jego dobór nie dziwił. Największy, należący do sołtysa dom leżał w samym centrum wioski, górując nad resztą swoimi dwoma kondygnacjami oraz przyrastającym doń, jedynym w wiosce chlewem. Wiosna daleko niosła swojski zapach świń i mokrej paszy, a u chaty przywiązano także sześć koni, z których przynajmniej dwa były przedniego rzędu. Dziwiła tak duża ich liczba; oznaczało to, że sołtysa odwiedzało właśnie wielu gości, w tym kilku majętnych.

Nieopodal wyrastała pokaźna konstrukcja nieukończonego jeszcze młyna wiatrowego, przy której toczyły się prace ciesielskie. Wieś niezbyt się zmieniła od czasu ostatniej wizyty śmiałków. Chaty chłopskie nadal wydawały się rozrzucone chaotycznie i byle wzdłuż drogi – niektóre w pewnym oddaleniu, inne przy samym gościńcu. Rozciągające się za nimi pola ciągnęły się daleko, a rosły na nim nieznane krasnoludom rośliny. Prócz zbóż nie potrafili wyszczególnić innych, a chociaż pyszniły się one w słońcu swoją dojrzałą zielonością, nie za bardzo mogło ich to obchodzić.

Naprzeciw domu sołtysa z ziemi wyrastała przysadzista kapliczka z malutkim odrostem dzwonnicy. Tutejszy kapłan nie pokazał się, a z pewnością powrót śmiałków z Wichrowych Szczytów ciekawił go tak samo jak innych. Ciekawości tej kompletnie nie wstydziły się tylko dzieci, podchodząc znacznie bliżej od dorosłych, którzy nie przejmowali się ich zachowaniem, o ile pociechy nie były ich własne. A i wtedy trudno było je upilnować – jedna z matek odpuściła całkiem, przysiadając po prostu na progu kapliczki i odpoczywając. Była w zaawansowanej ciąży, a matkowała przynajmniej czterem śmigającym po wsi latoroślom.

Znajdującą się pomiędzy tymi dwoma niezwykle istotnymi budynkami – domem sołtysa i kaplicą – wybrukowano, tworząc swoisty dziedziniec, na którym stopy mogły wreszcie odpocząć. Wozem Ylza przestało tak trząść, ale nie pocieszył się zbyt długo – czas było złazić z zydla i zapukać do domu przywódcy tutejszej ludności. Oczywiście pierwszy zrobił to Jagekhr. Ostrożny Ylz musiał poświęcić chwilę na przemyślenie swojej decyzji. Pozostawienie tutaj wozu bez opieki mogło wydawać się głupie, ale z drugiej strony miał zostać gościem sołtysa – obrabować takiego nie lza. Nie ufał jednak ani ludziom Autonomii ani tym bardziej tutejszym chłopom, których w ogóle nie znał. Teoretycznie nie miał się czego bać, ale jego natura wstrzymała go przed szybkim pójściem w ślady swojego brodatego ziomka.

Ten natomiast wypadł z domu tak szybko, jak doń wpadł. Nie chodziło o to, że został wyrzucony lub wyproszony. Wszak wysoko wysklepiona, duża sala pełna była ludzi. Wiele było tu urodziwych dziewek pozostających na służbie sołtysa, widoczne było także kilka jego córek. Parobkowie, słudzy i inni mężczyźni tłoczyli się wokół paru możnych, a także dostojnika świątynnego. Ten od razu zwrócił uwagę Jagekhra. Jego rysów nie mógł pomylić z nikim innym – był to znany mu awanturnik, którego wołano Ćwiercią. Nie pochodził z tych stron i dziwiła jego obecność w Pożarce. Bardziej jednak dziwił jego strój.

Ćwierć był bowiem ubrany jak Definitor, a na widok Jaga jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Czuprynę schował pod fikuśną, błękitną czapeją, w błękit i biel zakuł się zresztą cały; Jagekhr nie wiedział, co oznaczają te wszystkie kolory, ale nie mógł pomylić tej stylówki z żadną inną. Definitorzy byli postrachem wszystkich heretyckich kapłanów i co parę lat wpadali kontrolnie do każdego opactwa, świątyni czy innego zakątka należącego do Świątyni Światła. Nie dało się zostać jednym z nich ot tak, bez związania się z najważniejszym kościołem Autonomii już za dzieciaka. Zanim Jag zdążył cokolwiek powiedzieć, przypadło do niego dwóch mężów, wcześniej siedzących spokojnie po bokach Ćwierci. Ich także znał, byli zresztą nierozłączni. Artlan i Aiar, bo tak ich wołano, rozpłynęli się w wylewnych powitaniach, tak do nich niepodobnych.

– Mój przyjacielu Jagu, jak dobrze cię widzieć! – zawołał jeden z nich jowialnie (choć głos mu się załamał), popychając dość silnie krasnoluda, tak, że ten musiał zrobić krok w tył. Kolejny wykonał zachęcony siłą mięśni drugiego mężczyzny. Był nieco skonfundowany, poza tym popchnięcia nie były agresywne – raczej naglące i podszyte prawdziwym strachem. Wkrótce nawet nienawykły do takich zagrywek umysł brodacza pozwolił mu skonstatować, że oto jest świadkiem maskarady w wykonaniu jego kolegów po fachu. Nie mógł jednak uwierzyć w ich głupotę – za podszywanie się pod Definitora groziła kara surowsza niż śmierć.

Siłą rzeczy Jagekhr wyszedł z dwoma swymi dawnymi kumplami na dziedziniec, z którego pociągnęli go dalej, w stronę chlewu, z dala od wścibskich uszu. Ze swojego zydla widział to wszystko Ylzziril, uznając, że oto jego towarzysz spotkał dawnych przyjaciół, którzy ni z tego, ni z owego wzięli go na stronę. Widocznie był im coś winien – trudno. Rudobrody musiał sam przełamać pierwsze lody i udać się do domu sołtysa, o ile przemyślał już sprawę pozostawienia swojego dobytku na zewnątrz.

Wprowadzony do przybytku dla świń krasnolud z pewnością zachodził w głowę, co też się tutaj właściwie wydarzyło. Jego znajomkowie nie wykręcali się.

– Dobra, słuchaj, bo mało mamy czasu. Fajnie, że wpadłeś, ale ani słowa o Ćwierci, jasne? Robimy za jego obstawę. Gruba sprawa, ogromne siano, tylko sołtys wie. Może się nawet przydasz – powiedział Artlan, zakapior, któremu Lorven poskąpiła szyi. Był dokładnie o te kilka kciuków niższy od swego kompana, Aiara. Obaj mieli zmierzwione, brązowe włosy, twarze moczymord i bezzębne uśmiechy, ale różnili się gestami. Artlan, mimo bardziej trollowej postury, był o wiele gładszy w ruchach, co często dziwiło wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia.

Cieszyło, że nadal żyją – mimo że przybyło im kilka blizn – i trzymają się razem, szczególnie, jeśli był wśród nich Ćwierć. Cała trójka stanowiła małą kompanię wywrotowców, najemników, którzy nie bali się żadnej roboty. Jagekhrowi przyszło z nimi ongiś współpracować i na brak atrakcji nie mógł narzekać. Ich plany były zazwyczaj przynajmniej odrobinę szalone, ale jakimś cudem zawsze udawało się im przeżyć. Jeśli byli w takim miejscu, to sprawa rzeczywiście była warta zachodu.


W innym miejscu, niedręczone obecnością tutejszych wieśniaków, znalazły się Grynfa i Wierzba. Ta druga, mimo że o wiele wygodniej przebywałoby się jej u sołtysa, wybrała inną drogę – zabrała niewidomą do wiedźmy, na co pozostali odetchnęli chyba z ulgą; nikt nie kwapił się do tej roboty. Wcześniej i tak Wierzba chcąc nie chcąc zajmowała się kaleką, bo poza nią w grupie znajdowały się jeszcze tylko dwa krasnoludy – nieobyte ani z pomocą niepełnosprawnym, ani z kobietami. Teraz jednak nastąpił ostatni etap tej charytatywnej podróży. Łuczniczka chciała dokończyć dzieła, dzięki czemu mogłaby z czystym sercem oddalić się ku chacie sołtysa, gdzie mogła liczyć na odrobinę godnego wypoczynku.

Droga przez las dłużyła się ze względu na konieczność prowadzenia Grynfy. Ścieżynka też nie należała do najwygodniejszych, udekorowana przez naturę (a może i tutejszą wiedźmę) licznymi kamulcami i wystającymi korzeniami. Prowadziła do wybudowanej na polanie chaty. Przypominała ona chłopską, była tylko dużo mniejsza. Niezbędnych – a co dopiero drobnych – napraw renowacyjnych od dawna nikt tutaj nie wykonał; te krytyczne były wykonane byle jak. Nie była to wprawdzie rudera, ale domkowi wiedźmy niewiele brakowało do uzyskania tego statusu.

Sama mądra przebywała akurat przed chatą, doglądając swoich roślin. Na widok nadchodzących kobiet wyprostowała się i skrzywiła. Najwyraźniej nie miała ochoty na przyjmowanie gości. Dostrzegła jednak, że Grynfa idzie niepewnie, jakby coś jej dolegało. Odrobinę się na to rozchmurzyła. Nie było szansy przygotować się do tej rozmowy. Z tego, co Wierzba wiedziała o tych wyklętych przedstawicielach kobiecego rodu, były one dość nieprzewidywalne. Ta jednak wyglądała dość zwyczajnie.

Gdyby nie mieszkała w tak oddalonej od wioski chacie, mogłaby uchodzić za zwykłą chłopkę. Jej włosy skryte były pod prostym kapturkiem, a zgrzebna, robocza sukienka upaprana była tu i ówdzie ziemią oraz fragmentami roślin. Na nogach miała mocne onuce, a jedynym, co mogło ją odrobinę odróżniać od innych wioskowych kobiet, były jej jasne oczy koloru wypłowiałego błękitu.

– No, co jest? – zagadała zrzędliwie, bez żadnych wstępów. Szybko przystąpiła do Grynfy, od razu konstatując, że to jej należy pomóc. Spojrzała jej głęboko w oczy, ale widząc, że wzrok chłopki się nie koncentruje, od razu domyśliła się reszty. Potrząsnęła trochę Grynfą i uderzyła ją lekko w policzek, zostawiając na nim kilka drobnych grudek ziemi. Dziewczyna nie wydawała się jakaś tępa, bo reagowała poprawnie. Łatwo było poznać, że jest niewidoma, mimo że jej oczy na pierwszy rzut oka wyglądały normalnie. – Nie widzi…? Dziwaczne. – Puściła ją.

– …Ale trudno. Co się stało? – zwróciła się wreszcie do Wierzby, choć równie dobrze mogła zapytać samą niewidomą; wszak zdolności mowy nikt jej nie odebrał. Łuczniczka została za to zmierzona, nie bez dezaprobaty, od stóp do głów. Szczególnie wiele uwagi otrzymało dźwigane przez nią uzbrojenie. Wiedźma lekko pokręciła głową, jak gdyby wiedziała wszystko o tym typie kobiet, uważając ich postępowanie za skrajną głupotę i nieodpowiedzialność. Sama była jednak tutejszą wiedźmą, co też nie było obyczajne, więc nie zająknęła się na ten temat. Przez pewien czas miała minę zdradzającą, że rozważa, czy przystąpiła do odpowiedniej młódki, bowiem według jej miary Wierzba mogła być równie chora na głowę, jak niewidoma mimo sprawnych oczu Grynfa.

Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip. 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

Dirt Preachers

01 sie. 2017, 21:12

Jagekhr nie planował uciekać stąd przed hordą wieśniaków goniących go ze smołą, pierzem i pochodniami, ale prawdopodobieństwo tego, że to właśnie nastąpi, właśnie wzrosło dramatycznie. Od kiedy zrozumiał, co tu się dzieje, musiał się powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem. Powstrzymywał się dlatego, że, na ile znał tę dwójkę, nie przyjęliby tego dobrze, i jego przyszły udział w zysku z przedsięwzięcia mógłby spaść. I dlatego, że większość ich planów, choć szalona i porywcza i zakrawająca na głupotę, o dziwo jakimś cudem kończyła się sukcesem - a nie słyszał pewnie nawet o połowie. Tych trzech definitywnie miało jakieś chody u bogów, inaczej lata temu skończyliby połamani kołem. Spojrzał po nich i wyszczerzył zęby - coś tak zuchwałego nie mogło nie spotkać się z jego aprobatą, i, na Zeatela, jeśli nawet ich nakryją, to ich imiona będą żyć w pamięci ludzi z północy Autonomii przez następnych parę pokoleń przynajmniej. Decyzja o włączeniu się w to nie była nawet decyzją. Klepnął bliższego z dwójki w bok, jako że wyżej nie mógł sięgnąć.

- Artlan. Aiar. Wyglądacie jeszcze gorzej, niż was zapamiętałem. Mówcie, za ile, co i jak.

Nie uszło uwagi Jagekhra to, że sołtys podobno był włączony w plan - bez czego pewnie udać się nie miało prawa, bo o ile pamiętał, sołtys tej wsi głupi nie był. I przeszło mu przez myśl, że jeśli wieśniacy zauważyliby, że coś jest nie tak, poszliby z tym do sołtysa właśnie, który to mógłby im wybić to z głów. To mogło zadziałać. Tym bardziej, że jaki miał wybór - jeśli oszustwo wyszłoby na jaw, znajomość z tą dwójką spokojnie wystarczyłaby do tego, żeby mieszkańcy do spółki z kapłanem spróbowali posłać go na stryczek.

Po szybkim omówieniu sprawy naturalnym wydawał się, oczywiście, powrót do sadyby sołtysa i traktowanie fałszywego Definitora tak, jak Jagekhr traktowałby prawdziwego Definitora, którego nie znał. Czyli pozdrowienie go i późniejsze siedzenie cicho, dopóki nie miał czegoś istotnego do powiedzenia. Może zapytanie kogoś półżartem, czy klecha dobrze traktuje jego znajomków. Oryginalny zamiar bycia samemu tym, który opowiada, spalił na panewce, przynajmniej na razie, i krasnolud planował raczej siedzieć cicho, dopóki nie zostanie o coś zapytany. I, oczywiście, ani słowa o całej historii nie planował mówić ani Ylzzirilowi, ani reszcie kompanii - na tę chwilę bardziej ufał najemniczej trójce niż tej zgrai. Przynajmniej wiedział, czego po trójce Ćwierci może się spodziewać. Na twarzy krasnoluda pojawił się wyraz przebiegłości, wyraźny chyba dla każdego, kto patrzył.

Dylematu religijnego nie miał - jego bogiem był Zeatel, Lorven mogła się wypchać. Nie miał zamiaru Jej tego mówić wprost, ale mniej więcej do tego się to sprowadzało, A coś mu mówiło, że Zeatel jeśli nie pochwaliłby takiej eskapady, to chociaż uśmiechnąłby się z przekąsem, patrząc na to wszystko z góry. Wszak odwagi do czegoś takiego trzeba było niewątpliwie, a na wojnie fortele to chleb powszedni. Jagekhr, oczywiście, miał się za mistrza forteli i przebiegłości. Co zakrawało na komedię momentami, jako że talenta krasnoluda ograniczały się do skutecznego, sprawnego rąbania oraz turzej siły i wytrzymałości, z czym w parze szedł również spryt zakrawający na turzy. Wystarczał ten spryt jednak na to, żeby póki co siedzieć cicho i nie przeszkadzać.

Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 62
Rejestracja: 06 lut. 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

Re: Pożarka

04 sie. 2017, 17:02

Widząc pochyloną nad roślinami postać Wierzba wyprostowała się lekko, unosząc podbródek i pociągnęła Grynfę mocniej do przodu, przyspieszając przy tym kroku. Chciała mieć tę sprawę już za sobą i chociaż gdzieś tam biła się niepewnie z myślą, że ślepota chłopki raczej wyleczona przez tę niezbyt zachęcająco wyglądającą starowinkę nie zostanie, to być może zdołałaby podrzucić kobiecie Grynfę, jako dziewkę do pomocy. Przecież staruszce z pewnością ktoś by się przydał, a nawet niewidomego można nauczyć paru powtarzających się czynności.

Uśmiechnęła się pod nosem i już zamierzała wydukać jakieś przywitanie, kiedy to kobieta znalazła się przy Grynfie dokładnie ją oglądając, co z jej perspektywy wyglądało całkiem zabawnie. Łuczniczka odsunęła się o parę kroków krzyżując ręce na piersi. Taki pośpiech ze strony staruszki nawet jej pasował. Miała chwilę na dokładniejsze rozeznanie się w okolicy. Trochę jej się zrobiło żal leśnej wiedźmy. Z pewnością bardzo pomagała wieśniakom, a jednak chata w której mieszkała nie wyglądała tak, jakby ich wdzięczność spływała na kobietę z każdą wyleczoną krostą, czy pokonanym kaszlem.

– Hm? – Zamrugała wyrwana z zamyślenia. – A, no tak. Nie widzi. – Przez chwilę patrzyła się na Grynfę z głupkowatą miną czekając aż ta pociągnie swój wątek, nawet po pytaniu staruszki wyraźnie skierowanym do niej. Ta jednak postanowiła chyba rzucać sobie rzepami w swoim umyśle, ponieważ stała tak nie odzywając się zupełnie.

Wierzba odchrząknęła zirytowana. Zauważając zezujący na jej uzbrojenie wzrok pełen nagany odetchnęła głęboko na wpół przyzwyczajona do takiego, a nawet gorszego traktowania, na wpół jeszcze bardziej wzburzona, gdyż rzeczy, które zaraz staruszka z jej ust usłyszy z pewnością mają szansę umieścić Wierzbę na stronie szukających guza wariatek jeszcze mocniej.

– Jakiś czas temu ruszyliśmy wyprawą w góry, być może o nas słyszałaś. – Zaczęła dość spokojnie i ignorując dalsze spojrzenia skupiła wzrok na jednym, bardzo ładnym drzewie. – Szukaliśmy….. Sama nie wiem czego, nic o tych jaskiniach tak naprawdę nie wiedzieliśmy. To właśnie ta głupia decyzja nas tutaj sprowadza. – Odchrząknęła zaglądając w jasne oczy rozmówczyni. – Jak się szybko okazało nie byliśmy sami. Wśród tych skalnych tuneli mieszkała prawdziwa bestia. Cholerny bazyliszek! A nawet nie przeszliśmy połowy drogi. Kto wie co tam siedzi głębiej. No i ten głupi gad splunął jej prosto w twarz jakimś żrącym kwasem, a później…..– Wierzba przerwała swoją historyjkę, mrużąc oczy i zagłębiając się w tym niespokojnym wspomnieniu. No właśnie, co się tak dokładnie stało później? Chyba nigdy jej umysł się nad tym nie zastanawiał. Pamiętała tylko, że jej ciałem zawładnęło zimno, ciepły głos Varame i plecy Trefnisia, który zasłonił je przed gadem, rzucając w niego kamieniem. Pamiętała jeszcze szał Jaga i odrąbaną nogę potwora i….– Myślę, że ktoś rzucił w tej jaskini zaklęcie. Pamiętam, że walczyliśmy z jaszczurem, nagle nastąpiła ciemność i obudziłam się otoczona nieprzytomnymi towarzyszami, bestię zabił kamień, a jej – Wskazała na Grynfę – z twarzy zniknęły oparzenia, jakby ich tam nigdy nie było, a przecież je widziałam. Od tamtej pory jest ślepa, dlatego się tu znalazłyśmy. Szukamy sposobu na przywrócenie jej wzroku.

Skończyła swoją opowieść zdziwiona emocjami, jakie u niej wywołała.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 56
Rejestracja: 25 sty. 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

Re: Pożarka

04 sie. 2017, 21:22

Całe zamieszanie nie obeszło Yla. Co prawda Jagekhr wyglądał jak ktoś, kto spotkał dawnych kompanów, jednak tak szybka ich wspólna ewakuacja z domu sołtysa zdawała się dziwna. Czyżby takie były tutaj zwyczaje, że kiedy chce się porozmawiać, to wychodzi się z domu?
Yl postanowił poczekać, aż Jagekhr skończy tę dziwną dyskusję ze swymi przyjaciółmi i zobaczyć czy wrócą do domu sołtysa. Jeśli tak się stanie i nie wylecą z niego równie prędko, to i krasnolud zapuka do drzwi, wejdzie, przedstawi się jako Ylzziril z Wędrujących Wichrów i poprosi o przyzwolenie aby postawić swój wóz przy domostwie i spędzić w nim noc. Nie zapomni oczywiście napomknąć też o tym, że może być w stanie coś sprzedać, lub też na szybko sporządzić jako cieśla.
Pamiętał, aby nie spędzić w domu sołtysa zbyt dużo czasu. Obawiał się o swój wóz. Zanim w ogóle pozbierał się aby wejść do domostwa postanowił przed uczynieniem tego dokonać jeszcze jednej czynności - przyłożył swą dłoń do widniejącej na klapie wozu czynności i spędził tak chwilę dokonując czegoś, co tylko jemu było znane, a co najwidoczniej miało przynajmniej częściowo zabezpieczyć wóz.
Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

Re: Pożarka

11 lut. 2018, 00:06

Grynfa spodziewała się, że wytłumaczenie wiedźmie sytuacji, w jaką się wplątała będzie trudne. Mimo to, konkretne, bezpośrednie pytanie staruszki zbiło ją lekko z tropu. Nie miała zbyt wiele czasu na przemyślenie odpowiedzi, ale jednocześnie nie chciała wyjść na wariatkę. Na szczęście Wierzba pospieszyła jej z pomocą, pozwalając na chociaż trochę bardziej składne i logiczne wyjaśnienie. Chłopka poczekała, aż jej tymczasowa opiekunka skończy wypowiedź, po czym sama wtrąciła swoje trzy ory.

- Bestię zabił kamień, który już wcześniej raz spadł na jednego z naszych współtowarzyszy. Gad mnie opluł, parząc kwasem - jednak oparzenia też znikły. Tak jakby coś cofnęło całą naszą wyprawę w czasie i pozwoliło skale spaść z sufitu jeszcze raz. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale innego wytłumaczenia nie umiem znaleźć - miała nadzieję, że wiedźma okaże się kimś więcej, niż zwykłą wiejską znachorką i będzie w stanie w jakiś sposób jej pomóc.

Rakczadra
Posty: 15
Rejestracja: 06 lis. 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

Re: Pożarka

12 lut. 2018, 15:02

Pożarka była mu względnie znajomą wioską. Wielu tutejszych zwyczajnie kojarzył, chociaż nigdy specjalnie nie nawiązywali znajomości. Z pewnością jednak nigdy nie zrobił im nic złego, wręcz przeciwnie, gotów był zawsze okazać życzliwość każdej napotkanej istocie. Wchodząc pomiędzy zabudowania wraz z dwoma krasnoludami czuł się niemal jak niewidzialny. Zazwyczaj jego pojawienie się tutaj wywoływało choć trochę zaciekawienia, trudno go było zresztą przeoczyć, ubiorem i wyglądem znacznie odbiegał od pozostałych mieszkańców. Tym razem jednak, Rakczadra zdecydowanie pozostał niezauważony, a całą uwagę skupili na sobie dwaj przedstawiciele krasnoludzkiej rasy.
„Hmm... może i wyglądają nieco inaczej, ale ogólnie wiele się nie różnią, ani ode mnie, ani od Pożarczan. No, ale zawsze to chociaż jakakolwiek odmiana.”
Chłopak wcale nie kwapił się do odwiedzania sołtysa, ale zmierzał razem z towarzyszami podróży w tym kierunku. Widząc rozbawione i odważne dzieciaki uśmiechał się do nich przyjaźnie, powinny wiedzieć, że nic im nie grozi z ręki Rakczadry. Ten dziecięcy zapał i entuzjazm udzieliły się młodemu góralowi na tyle, że pozwolił sobie dorwać szybkim, acz delikatnym ruchem jednego kilkuletniego urwisa, wyłaskotać go dokładnie, a następnie posadzić sobie na barana. Przez moment stał tak z dzieckiem przed domem sołtysa obojętnie patrząc na scenę z Jagekhrem i jakimiś pstrokato odzianymi ludźmi. Nic z tego nie rozumiał i równie mało go to interesowało, o ile nikomu nie działa się krzywda. Podrapał się w łysą głowę, zerknął na równie bezrobotnego Ylzzirila, po czym wzruszył ramionami.
- Jak tam, mama i tatko zdrowi? - zapytał dziecinę, którą przetrzymywał na swoich barkach.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Majestic-12 [Bot]
Liczba postów: 52088
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.