Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Aiar przebrany za pomocnika świątynnego;
Artlan przebrany za giermka;
czeladnik młynarski Akanor;
młody, nerwowy szlachcic;
paladyn z mocno poparzoną twarzą;
sołtys wsi Tesor.
Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 63
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

Re: Pożarka

26 sie 2018, 00:37

Stojąca przed chatą Wierzba nie wyglądała na ucieszoną nowym zadaniem. Właśnie skończyła przygotowywać swój ekwipunek do łażenia po lesie i przez myśli błysnęła jej chęć ucieczki do sołtysowej chaty. Odgoniła ją jednak tak szybko, jak się pojawiła. Być może pozbyła się z barków ciężaru ślepej towarzyszki, jednak słowa staruszki wciąż tkwiły jej pod czerepem sprawiając, że od czasu do czasu przez kark przebiegał zimny dreszcz.
Ta kobieta wiedziała i widziała zbyt wiele.

Kopiąc jakiś leżący na ziemi kamień ruszyła przed siebie. Czekało ją małe wyzwanie, które miało zalążki stania się czymś więcej. Wspomniała słowa tego chłopca, którego imię ją rozbawiło, a jednak wypadło jej z pamięci. Słowa, które odkopały wspomnienia o tym miejscu. Pożarka była skąpana we krwi. To nie przypadek, że tak często działy się tutaj niebezpieczne zjawiska, że ludzie szaleli, a leśne zwierzęta się wściekały ganiając za jakimś zielskiem. Potwory kryjące się za drzewami z pewnością były częścią klątwy trawiącej tę małą wioskę. Odgoniła jednak również i te myśli oczyszczając swój umysł.

Z poważną miną szukała miejsc orientacyjnych wcześniej jej wskazanych. Nie umiała tropić, jednak wracając pamięcią do sytuacji, w których ktoś to robił przy niej, ostatnio tą osobą był Drytrak, starała się sobie przypomnieć na co zwracali uwagę i wykorzystują swoje wyostrzone zmysły zważała na różne małe ślady, które mogły świadczyć o obecności wilków czy innych zwierząt.

– Żółty kwiatek z kolcami, też sobie wymyśliła – mruknęła.

Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

Re: Pożarka

30 sie 2018, 17:12

- Jagekhr, sługa Lorven - odpowiedział na przywitanie sołtysa krasnolud. Ktoś mógł ich wszakże słuchać - uwaga paru osób nadal była skupiona na nim, jako na osobie siedzącej na poczesnym miejscu. Nie próbował budować ani przeciągać konwersacji z sołtysem - dał mu tylko znać, enigmatycznie, że "sprawę zna". Nie miał zamiaru komukolwiek tłumaczyć swojej obecności tu - grał mistycznego, poważnego bubka, twierdzącego, że jego obecność tu jest sprawą wyłącznie pomiędzy nim, Boginią i imć Definitorem, i doskonale bawił się, odgrywając tę rolę. Widział wystarczająco napuszonych poczuciem swojej ważności błaznów, by móc udawać jednego z nich, posuwając się nawet do tego, że udawał jakieś maniery, racząc się wieprzkiem. Po skosztowaniu tutejszego piwa zupełnie nie był pod wrażeniem, co sprawiło mimochodem, że pozostał względnie trzeźwy. Kiedy nie wiedział, co powiedzieć, mógł po prostu uśmiechać się tajemniczo i pieprzyć głupoty o niezbadanej i nieskończenie mądrej woli Lorven, śmiejąc się w duchu do rozpuku i wyobrażając sobie siebie opowiadającego tę historię znajomemu kapłanowi Zeatela przy spirycie.

Mniej więcej wiedział, czego się od niego oczekuje, i nie było to trudne, trzymał się więc zadania, jakie miał do wykonania. Ze swojego miejsca widział dobrze wszystkich biesiadników, i kiedy oni go obserwowali, on także obserwował ich. Zwracał również uwagę na trójcę najemników i ewentualne sygnały, jakie mogą mu dawać, i pozostawał w roli nawet wówczas, gdy wyszedł do wychodka się odlać.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG-post: Bonum

30 sie 2018, 19:18

MG

Wierzba wiedziała o życiu zbyt wiele, żeby ignorować takie znaki. Jeśli wiedźma nie mogła udać się na poszukiwanie swoich ziół sama, bojąc się wilków, to niechybnie na polance z ziołami będą wilki. Prosta sprawa. Mało to słyszy się o dzielnych awanturnikach, którzy doskonale poinformowani o zakresie swojej misji po prostu szli i ją wykonywali? Bardowie wiedzą co nieco o takich pięknych historiach. Co z tego, że powszechnie uważa się je za przynajmniej lekko podkoloryzowane. Mają być wilki, to będą wilki. Prawda…?

Otóż: wilków nie było. Dojście do wskazanego przez lokalną mądrą miejsca zajęło Wierzbie chwilę czasu. Kilkukrotnie traciła przez ten czas ochotę na dalszą wędrówkę. Zaszła głęboko w las, ale wskazówki wiedźmy okazały się bardzo przydatne. Szkoda tylko, że nie poinformowała o odległości, jaką będzie trzeba przemierzyć. Ślady zwierzyny, owszem, były, ale niezbyt świeże. Łuczniczka wiedziała, że nic jej nie zagraża. Takie spacery przez dzikie knieje nie były dla niej pierwszyzną. Mimo wszystko prawdopodobnie ominęłaby właściwe miejsce, gdyby nie facet, na którego znienacka natrafiła. Z początku w ogóle jej nie zauważył, zajęty ostrożnym zbieraniem łodyg kolczastej rośliny o żółtych, drobnych kwiatkach i wkładaniem ich do parcianej torby. Ubrany był niezbyt schludnie, w cerowaną bodaj setki razy, długą zżółkłą koszulę i rozlazłe bure nogawice. Przy pasie kołysał mu się nóż i kilka sakw, a na szyi lekko połyskiwał brudny srebrnawy naszyjnik niknący pod koszulą. Splątane włosy i ogorzała twarz jegomościa zdecydowanie nie zachęcały do podjęcia przyjacielskiej rozmowy. Tym bardziej, że mężczyzna wreszcie spostrzegł nadchodzącą Wierzbę. Zląkł się, podskoczył niemal, zmroziło go na moment, po czym… zaczął uciekać prosto przez las. I chociaż jego reakcja była co najmniej dziwna, teoretycznie nie było powodów, aby go gonić. Nie zerwał wszak wszystkich kwiatów.


Pod chatą sołtysa zaciekawieni obecnością Ylzzirila chłopi przeglądali jego towary. Gorzałka bardzo ich zaciekawiła. Najwyraźniej nie była powszechna w tych stronach. Krasnolud szybko zrozumiał, że w Autonomii Wolenvain nie wszyscy zajmują się wytwarzaniem tego przedniego alkoholu, co niewątpliwie nim wstrząsnęło. I nawet nie było tak, że nie znali sposobów. Światły zwyczaj codziennego picia wódki chyba jeszcze tutaj nie dotarł. Podobno tylko najmędrsi z ludzi pozamykani w klasztorach przyrządzali destylaty, którymi raczyli się w zamkniętych murach.

Mimo nawału szokujących dlań informacji. Ylzziril nie poczuł w sobie misji krzewiciela wiedzy na temat pozytywnego wpływu mocnych alkoholi na życie. Mieli tutaj swoje piwo i wino, które wydawało się im wystarczać. Co natomiast Ylz poczuł? Możliwość dobrego zarobku. Tak zachwalał swoją gorzałkę, że chłopi poszli po bodaj najbogatszą osobę we wsi – sołtysa. Chwilę ich nie było. W międzyczasie do wozu przytoczył się porządnie odziany, starszy już nieco człek. Zawiązał pas i fachowo poklepał drewno. Zerknął do środka wozu, po czym gwizdnął cicho pod nosem. Rzemieślnik rzemieślnika pozna.

– Hakesiusz z Lasves. Mistrz ciesielski – przedstawił się nie bez dumy, wyciągając sękatą dłoń. – Młyn tu stawiam. Ale coś mi się zdaje, żeście z dalszych stron przybyli, panowie krasnoludy. Z całym inwentarzem. Narzędzia do robienia w drewnie macie? – zapytał, chcąc najwyraźniej wymienić doświadczenie.


Wewnątrz domu sołtysa Jagekhra pozostawiono przez jakiś czas samemu sobie. Sołtys w mig zrozumiał jego miejsce w całej maskaradzie, szybko ulatniając się po wymienieniu standardowych uprzejmości. Nie dał po sobie niczego poznać, a przynajmniej Jag niczego nie zauważył. Nie zauważył też, że nieco nieudolnie wciela się w rolę gorliwego wyznawcy Lorven. Mimo wszystko jego rozmówcy słuchali go z uwagą i nikt nie śmiał niczego mu zasugerować. Oczywiście utwierdziło to brodacza o jego wysokich zdolnościach aktorskich. Biesiadnicy czuli się jednak nieswojo przy krasnoludzie, nie mając na co dzień z przedstawicielami jego rasy.

Lejące się strumieniami piwo z czasem rozsupływało jednak języki, a widzący zdolności Jaga w zakresie jego konsumpcji mężczyźni pozwalali sobie na coraz więcej. Wkrótce temat przy stole zszedł na roszczenia siedzącego przy stole młodziana. Okazało się bowiem, że tyczą się one nośnych dla wszystkich spraw matrymonialnych. Pozostali biesiadnicy niby to uspokajali gniewnego szlachetkę, ostatecznie prowokując go do dalszych wyznań. Wszystkich jego sprawa nieco bawiła. Nie dlatego, że była niepoważna, ale dlatego, że perorujący młodzian był nią tak bardzo zaaferowany.

– Bo widzisz, mości krasnoludzie, narzeczoną mu uprowadzili. Prosto z domu rodzinnego. Jaja jak smocze – dodał ciszej giermek Artlan na chwilę przed tym, jak sołtysa Tesora dobiegły słuchy o krasnoludzkiej gorzałce oferowanej na zewnątrz. Przeprosił biesiadników i pospiesznie wyszedł z domu, zabierając ze sobą jednego z mnichów.

– Tak było! – jęknął młodzian kręcąc koło ucha świńskim żeberkiem. – Była jak ten płatek śniegu, nienaruszona, nieskalana, tylko prawdziwy podlec śmiałby…! – Aż się zapowietrzył, oczywiście ku uciesze gawiedzi. – Takiego czynu nie puszczę płazem! Ani mój ojciec! – zadeklarował, zbierając aprobujące zamiar, choć nieco rozbawione pomruki. Z tego, co Jagekhr wiedział, za uprowadzenie kobiety z dworu szlacheckiego – a niechybnie musiała być to tego typu kobieta – groziły dotkliwe kary. Wyglądało na to, że biedny młodzian stał się ofiarą historii miłosnej dwojga ludzi, którzy najwyraźniej nie przejmowali się konwenansami i postanowili uciec daleko stąd. Trop doprowadził go aż do Pożarki, choć nie wydawało się, że pochodzi z daleka. Zapewne udał się po pomoc do lokalnych władz wioski, chcąc uzyskać więcej możliwości i informacji.

Jagekhr znał takie sprawy – zdarzało się nawet, że jako najemnik tropił takie krnąbrne parki lub nawet całe drużyny rycerskie. Nie zawsze chciały poddać się bez walki, ale damę zawsze udawało się przyprowadzić do domu. Czasem brzemienną, co rodziło tylko dalsze komplikacje i roszczenia od strony porywacza. Sprawy miłosne szlachciurów bawiły krasnoluda, szczególnie, gdy rozgrywały się w tak dramatyczny sposób. Mimo wszystko starał się słuchać młodziana ze spokojem i udawaną wyrozumiałością, trzymając się swej roli jako bogobojnego wyznawcy Lorven. W przeciwnym razie z pewnością byłby go już wyśmiał.

Przy stole siedzieli także mieszczanie zajmujący się w Pożarce budową młyna. Czeladnik ciesielski nie uczestniczył w rozmowach, woląc gadać z młynarskim pod nieobecność jego mistrza. Cieśla natomiast nie strofował go, bo sam wolał zajmować się podglądaniem roześmianych córek sołtysa, korzystając z chmielu i wolności, jaką zapewniła mu realizacja prac poza rodzinnym miastem. Rodzina sołtysa bawiła się świetnie z rodziną czeladnika młynarskiego przy sąsiednim stole. Córki sołtysa nie pracowały tego dnia, powierzając wszystko krzepkim chłopkom zatrudnianym przez ich ojca. Młodsi, podchmieleni wieśniacy poczęli przebąkiwać powoli coś o tańcach, ale ich ojcowie pozostawali póki co nieugięci. Wydawało się, że biesiada dopiero się rozkręca, a już Jagekhr mógł mieć jej dość. Dopiero za trzecim kubkiem piwa spostrzegł, że uzupełniająca go służka bardzo mocno napiera nań swoim rozłożystym ciałem przy dokonywaniu tejże czynności. Wreszcie zwróciła jego uwagę, ale trudno było powiedzieć, jak zinterpretuje całe zajście gruboskórny, a przy tym – a jakże! – bogobojny krasnolud.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.