Sala Tronowa

Wybudowany w 408EF na gruzach Zamku Jasności duży pałac znajdujący się w północno-wschodniej części miasta. Otoczony jest graniczącym z rzeką murem zawierającym w sobie także budynki wojskowe i stajnie. Stanowi siedzibę królów Autonomii Wolenvain.
Awatar użytkownika
Posty: 467
Rejestracja: 23 kwie 2011, 21:21
Lokalizacja postaci: Komnaty rektora
Karta Postaci: viewtopic.php?t=477

Sala Tronowa

19 wrz 2011, 13:55

Po wejściu do Pałacu przytłacza przestrzeń pustego holu, który oświetlają jedynie przymocowane do ścian pochodnie, które zdają się wiecznie płonąć. Czujne oczy straży obserwują każdy ruch, ponaglając interesanta do konkretnego działania.
Dlatego też zmierzasz ku wielkim żelaznym wrotom, zdobionym w pozłacane płaskorzeźby. Straż rozchyla potężne skrzydła, za którymi jawi się najważniejsze pomieszczenie w całym Pałacu. Sala tronowa.
Podłużna komnata skryta jest w ciemności. Piękne, wąskie okna o ostrych łukach zakryte są ciężkimi, grubymi kotarami z ciemnego sukna. Osoba postronna i mało spostrzegawcza nie dostrzeże, ze pod tą przykrywą umieszczone są szczelnie zamknięte okiennice. Parę metrów od każdego z okien trwa mosiężny stojak z głęboką czarą wypełnioną oliwą. Płonący ogień oświetla wnętrze.
Posadzka wykonana jest z dokładnie oszlifowanych kamiennych płyt. Każdy krok odbija się echem, które niknie w mroku wysokiego sklepienia podtrzymywanego przez rządy strzelistych kolumn, poprowadzonych wzdłuż sali.
Przestrzeń zdaje się przytłaczać, bardziej niż przedtem. Idziesz więc przed siebie i nie możesz oderwać wzroku od jedynego stałego punktu, znajdującego się w przeciwległym końcu sali.
Tron znajduję się na niewielkim podwyższeniu. Kamienny, misternie rzeźbiony i okuty mosiężnymi zdobieniami. Potężny, obity granatowym suknem. Tu stojaków z czaszami ognia jest nieco więcej. wszystko po to, by dokładniej oświetlać zasiadającego i miłościwie panującego władcę…

***
Straż uchyliła przed nimi wrota sali. Nikol wprowadziła Serghia do środka. Sala imponowała swą wielkością, przestronnością i surowym wystrojem.
I jak ci się podoba? Czy nie za mrocznie? – jedynie to mogło martwić obecną królową. Nie mogła jednak pozwolić na promienie słoneczne wpadające przez okna. Wkrótce mdlała by na tronie, a to nie było wskazane. – Poza tym brak kolorów nie rozprasza, lecz koncentruje na pracy.
Nikol lekkim i tanecznym krokiem zbliżyła się do tronu, ciągnąć za sobą nadwampira. Na siedzisku lśniła złota korona wysadzana drogocennymi klejnotami.
Uczynisz mi ten honor? – rzekła podając mu koronę i chyląc głowę.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Posty: 12
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

12 wrz 2016, 16:46

Dardem przeskoczył z luźnych pogaduszek do konkretnych faktów, co Virnhildowi przyniosło niejaką ulgę. Od małego będąc członkiem szlachty musiał co prawda nauczyć się manewrować podczas suchej gadki, flirtów i wszelkich temu podobnych zachowań, jednak nie dawały mu one nigdy radości ani satysfakcji. Nie minęło wiele czasu, jego myśli jednak już wracały do Faleforu, który czuwał nad bezpieczeństwem północnej części Autonomii.

- Niewątpliwie jego śmierć jest przykrym wydarzeniem dla nas wszystkich - oszczędnie odpowiedział Dardemowi na jego słowa. W okolicach Faleforu nie wylewało się wiele łez nad zmarłymi, śmierć była czymś powszechnym, codziennym. Przechodziło się obok niej dość obojętnie, jako faktu którego nie można już cofnąć.

Przez chwilę nie odpowiadał rozważając propozycję Rejranda. A więc jego celem w tym rychłym spotkaniu było zaproszenie go na uroczystość. Nie obawiał się szczególnie gaf towarzyskich. W końcu wychował się pośród szlachty i pewne rzeczy były dla niego naturalne, niezależnie czy je lubił czy też nie. Zresztą, postać Strażnika Gór budziła na tyle dużo szacunku, że ludzie zapewne byli skorzy przyjąć i zaakceptować pewne drobne dziwactwa, uznając je za rzecz naturalną w okolicach Wichrowych Szczytów. Propozycja Dardema nie budziła raczej żadnych negatywnych odczuć, raczej zdawała się mieć zaskakująco pozytywny wydźwięk. Ich rody nigdy za sobą nie przepadały, jednak sam młody Rejrand zdawał się nie podążać za tym swego rodzaju... zwyczajem. Może i Virnhild powinien rozważyć swoje podejście wobec potomka Wolena. Pozostawał on jednak potomkiem Wolena, a także konkurentem w wielu interesach. Kłótnie pomiędzy nimi niewątpliwie miały duży wpływ na Autonomię. Wszelkie szlaki pomiędzy kupieckimi kochankami, a Wolenvain i zachodem przechodziły przez ziemie Virnhilda, co już stawiało go na mocnej pozycji. Z drugiej strony, otwarta wrogość była rzeczą ryzykowną. Reszta szlachty w stolicy społecznej bez wątpienia nie posiadała tak silnego zaplecza militarnego i doświadczenia bojowego jak ziemie Faleforu, natomiast łącząc się nadrabiała to liczebnością.

- Zgoda, jakże mógłbym odmówić - pokiwał głową.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Gehenna

26 maja 2018, 16:35

MG

Wydawało się, że po tym, jak Virnhild przystał na propozycję Dardema, ten drugi rozluźnił się jeszcze bardziej. Przeszedł do mniej istotnych tematów, a hrabia Hilduun musiał przyznać, że rozmowa z nim w ogóle go nie nudziła. Nawet mimo tego, że młody Rejrand nie mówił o niczym szczególnie istotnym. Skupiał się głównie na anegdotach ze szlacheckiego życia, przedstawiając je tak, że nawet Vinrhildowi zdarzyło się parę razy szczerze uśmiechnąć. Występujące w nich motywy związane z Konsorcjum Dardem starał się zbywać lub przemilczeć, a gdy tylko wychodziły na wierzch, łatwo było pojąć, jakie jest jego nastawienie. Prawda mogła zaskakiwać.

Ostatnie lata świeżo upieczony hrabia spędził wszak na poszerzaniu swojej strefy wpływów działając z pozycji szlachcica uwikłanego w interesy z bogatymi mieszczanami. Widać było, że nie spodziewał się, aby kiedykolwiek miał zostać władcą ziemskim. Życie spędził na budowaniu własnej legendy, teraz zaś los pokrzyżował mu plany. Zdawał się traktować Konsorcjum z dystansem, co w zaistniałej sytuacji nie mogło dziwić, ale Virnhild wyczuł wręcz swoiste rozczarowanie swojego rozmówcy, a miejscami obawę o dalsze funkcjonowanie tej organizacji.

Im bliżej zjazdu szlachty i soboru, tym ambicje członków Konsorcjum były wyższe. Ich niezmierzone bogactwo otwierało po kolei wszystkie drzwi, teraz już na widoku, jakby wszystkim zaczęło się spieszyć. Nie wydawało się, żeby Rejrand był w stanie nad tym zapanować – szczególnie, że musiał rychło zrzec się swej roli lidera z racji obejmowania nowych obowiązków jako hrabia. Virnhild pojął, że oto w Konsorcjum wszystko się gotuje i dla jego włodarzy najważniejszym jest, by siła organizacji została skierowana w odpowiednim kierunku – co wcale takim oczywistym nie było. Macki Konsorcjum były być może długie, ale nie sięgały nawet do Derinu. Namiestnik Jakuren z pewnością nie był natomiast jedynym, który w związku z nadchodzącym zjazdem miał swoje plany.

Virnhild z całą mocą zrozumiał, że gra, w której pragnął uczestniczyć, roszcząc sobie prawa do tronu, sięgała znacznie dalej, niż mógł początkowo zakładać. Wszak rody namiestnicze również były spowinowacone z dynastią Wolenów, która w trakcie swojego długiego panowania wchodziła w różne mariaże. Jej przedstawiciele nigdy nie byli liczni ani płodni, więc miało to ogromne znaczenie, a bywało przecież nawet, że Wolenowie wżeniali się w dynastie poza granicami swojego kraju – nawet w dalekim Imperium Agstusu.


Mimo wszystko spotkanie zakończyło się w dobrej atmosferze, a Virnhild mógł powrócić do swoich komnat nie niepokojony. Varrist nadal się w nich znajdował, podenerwowany i dość mocno podchmielony. Nie wiadomo skąd przygruchał sobie także kobietę odzianą nieco lepiej niż zwykła służka. Mimo wszystko hrabia Hilduun nie zdybał ich na niczym – siedziała w bezpiecznej odległości, choć zasługi miała w tym raczej nie powściągliwość pana Kelkana, ale jego zapobiegliwość – zapewne spodziewał się rychłego powrotu swego towarzysza i odpuścił dziewczynie na czas. Tę drugą teorię potwierdziło jej zachowanie. Spłoniła się i szybko zniknęła, mrucząc słowa przeprosin. Varrist ryknął na to wszystko śmiechem, choć widać było, że wyraża swym zachowaniem także ulgę.

– Wpadła na przeszpiegi – rzekł, pokazując przy okazji beczułkę miodu pitnego, która niechybnie dostarczona została wraz z kobietą. Była szczelnie zamknięta. – Dar od rodu… Hmm… Ezyhara, jakoś tak. Nikt ważny. I czego chciał Srejrand? – zapytał całkiem bez ogródek były giermek Virnhilda.

Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 12
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

Re: Sala Tronowa

05 wrz 2018, 11:15

Rozmowa z Dardemem była dla Virnhilda nietypowa, wręcz wytrąciła go w pewnym stopniu z równowagi. Nie w typowy dla niego, wybuchowy sposób, a raczej powodując niepewność i konsternację. Spotkał osobę, której spotkać się nie spodziewał. Zgoła inną i mniej chciwą, niż przewidywał. A przede wszystkim człowieka wplątanego w sieć knowań i zależności, w której wcale nie czuł się dobrze. Nie tego oczekiwałoby się po chciwym, pozbawionym honoru i tradycji człowieku.

Jak miał podejść do "tego" Dardema? Czy był tak świetnym aktorem? Niewątpliwie nie brakowało mu uroku osobistego, który nawet gbura spod Wichrowych Szczytów w pewien sposób urzekł. Hilduun musiał całą sprawę dobrze przemyśleć. Mimo wszystko, jeśli chciał faktycznie zdobyć tron, to nie mógł potraktować Rejranda ot tak jako przyjaciela. Był dla niego konkurentem. Dziedzictwo, na które ród Hilduunów się powoływał, sięgające aż do Vaina Lwa ze Stepów, było rzeczą powszechnie znaną i akceptowaną. Obiektem legend i pewnych rodowych prawd. I choć nie sprawiało ono, że w normalnych warunkach byli pierwsi do tronu, to w sytuacji, kiedy bezpośrednia królewska linia dziedzictwa została przerwana, pod względem praw stawiało go na dość silnej pozycji. A przynajmniej równie silnej, co wiele z dalekich, nikomu nieznanych i nie tak pewnych dzieci ostatniego władcy z dynastii Wolenów. Może po prostu Dardem chciał go ugłaskać? Czyżby gdzieś w swych knowaniach dostrzegł, że Virnhildem nie kieruje przede wszystkim chęć władzy, która, choć niewątpliwie obecna i wyraźna, to nie dominowała w jego charakterze? Że popycha go do przodu pewne swoiste poczucie patriotyzmu oraz buta nakazująca mu sądzić, że w Autonomii jest źle, a tylko on może twardą ręką wszystko naprawić? Czyżby liczył, że obsypany dostateczną ilością zapewnień, tytułów, ziem i zasług Virnhild stanie po jego stronie?

Trudno było jednak o to, co przy wyborze króla rzeczywiście się liczyło - poparcie. Jego kontakty z Derinem były nikłe i odległe. Więksi szlachcice prowincji stołecznej stali po stronie Konsorcjum, a fakt, że prowadzący do Kupieckich Kochanków trakt przechodził przez ziemie Hilduuna, tylko zaogniał cały konflikt. Virnhild uważał siebie za jednego z najpotężniejszych ludzi w prowincji stołecznej. Jego ród miał ogromne ziemie, nad którymi powierzono mu pieczę, aby piastował istotne dla całego kraju stanowisko - był murem pomiędzy światem ludzi a barbarzyństwem zielonoskórych. Mógł mieć nadzieję na to, że pomniejsza szlachta przy jego ziemiach może go poprzeć, oczywiście odpowiednio zachęcona. Wszak przez setki lat jego potomkowie chronili ich tereny przed najazdami z gór.

W dodatku ziemie Hilduuna były znane z hodowli wytrzymałych, żwawych koni, drużyn rycerskich o wielkości porównywalnej może tylko z tych w prowincjach granicznych, zahartowania mieszkańców w boju ze względu na ciągłe zagrożenie ze strony orków oraz sprawnej produkcji broni dla wcześniej wymienionych. Można było mówić dalej, choćby o doświadczeniu bojowym wyniesionym z tych walk, o którym mieszkańcy innych prowincji co najwyżej mogli pomarzyć. Jego ludzie byli elitą wśród tutejszych. Na jego usługach pozostawali zwiadowcy spod Wichrowych Gór. Strażnicy, których utrzymywał, a którzy żyli na zamkach, przy większych osadach i w rozrzuconych po Wichrowych Łąkach garnizonach stanowili owiane legendami zgromadzenie nadzwyczajnych wręcz osobników. Oczywiście, mieli tropić i zwalczać orków, ostrzegać przed zagrożeniem, informować o ruchach zielonoskórych i tak dalej. Ale mógłby na jakiś czas odciągnąć ich od tych obowiązków... Nawet jeśli jego wasale i inni szlachcice spojrzeliby na to krzywo.

To wszystko czyniło go jednym z najpotężniejszych hrabiów Autonomii. Jego ziemi od dawna nie dotknęła żadna większa klęska. Nie dotarli do nich roskvarowie, zaraza nie zdziesiątkowała mieszkańców, a zagrożenie ze strony orków bardziej ich umacniało niż osłabiało po tylu wiekach swojej obecności.

To wszystko było tylko w słowach i teoriach. Co mu z bycia Strażnikiem Gór, ogromnych bogatych ziemi, zdolnych wojowników, koni, włóczni, toporów i tarcz, kiedy cała prowincja stołeczna manipulowana przez Konsorcjum patrzyła na niego wrogo? Kiedy w razie wojny atak mógł nastąpić zarówno ze wschodu, jak i zachodu? Kiedy zebrani razem w jedno grono wszyscy szlachcice popierający kupieckie szmaty będą mieli nad jego ludźmi przewagę na tyle dużą, że ich doświadczenie i ilość może nie wystarczyć?

Cóż mu z zahartowanych w boju zwiadowców, skoro opuszczone posterunki, porzucone garnizony i wywiedzeni na wojnę mężczyźni byli zbyt daleko, by chronić jego ziemię przed orkami, którzy mogą w każdej chwili się pojawić?

Cóż mu po zaszczytnych tytułach, dziedzictwach i powadze jego rangi, gdy nikt ich już nie szanuje i nie zwraca na nie uwagi?

Virnhild musiał bardzo dobrze i ostrożnie przemyśleć swoje poczynania. Wojna nie była mu na rękę. A jeśli miałaby nastąpić, być w gotowści, tak aby działać wtedy szybko, błyskawicznie i sprawnie. Musiał być jeszcze bardziej przygotowany, niż już był. Cały ten zastój, bezradność i niepewność sprawiały, że miał ochotę zacisnąć dłonie w pięści i tłuc znajdujące się przed nim powietrze. Wziął jednak głęboki wdech i powstrzymał się. Nie chciał urządzać zbędnego i głupawego widowiska.

Jego rozmyślania przerwała sytuacja, którą zastał w swoich komnatach. O ile mógł podejrzewać, że zastanie w nich Varrista, to już widok kolejnej twarzy był lekkim zaskoczeniem. Starał się jednak nie dać tego po sobie poznać.

- Czyżbyś pił i zabawiał się po kryjomu w moich komnatach? - rzucił półżartem, kiedy drzwi za dziewczyną zamknęły się szczelnie.

Podszedł i z impetem usiadł stosunkowo blisko swojego towarzysza. Choć jego głos sam w sobie był raczej donośny, starał się mówić na tyle cicho, aby nie niósł się zbyt daleko. Nie miał pewności, kto słucha.

- Na przeszpiegi? Mam nadzieję, że twój urok osobisty odwrócił tę zależność i dowiedziałeś się czegoś ciekawego? - Virnhild wiedział, że przy swoim dawnym giermku może pozwolić sobie na nieco luzu czy lekko szydercze żarty. Mówił tak jak i on, bez ogródek i bezpośrednio. Znali się nie od dziś, a choć los nie zawsze splatał ich ścieżki razem, to dobrze się dogadywali. Cenił bardzo towarzystwo Kelkana. Zerknął kontem oka na beczułkę. Raczej nie próbowano go otruć na wstępie. Zatrzymał się na chwilę nad mianem rodu, starając się odgrzebać w myślach, kim są i gdzie leżą ich ziemie.

- Nie wiem ile prawdy, a ile jadu w jego słowach. Wszak tak naprawdę nie znam tego człowieka. Zawsze jawił się w opowieściach jako chciwy, kupiecki pies. Ale wydaje się, że Konsorcjum uciekło spod jego rąk i układa własne plany. Albo też on świetnie to udaje w jakimś dziwacznym celu - ujawnił dość pokrótce i bez wielkich szczegółów część rozmowy z Dardemem. Ufał Varristowi. Wiedział także, że jego towarzysz był człowiekiem na tyle bystrym i pomysłowym, że jego opinia bywała przydatna. Virnhild był dumny, ale nie głupi - potrafił wysłuchać tych, z którymi był bliżej.

- Srejrand... - powtórzył, nie czekając na odpowiedź. Wiedział, że dostanie ją później. - Hrabia Srejrand, przyjacielu! - Hilduun uśmiechnął się pobłażliwie.
- Za dwa dni będzie zaprzysięgał wasali. Ubierz się godnie i nabierz manier, jesteśmy zaproszeni na ucztę. - Z impetem położył dłoń na ramieniu rozmówcy, aby nadać nieco więcej wagi swoim słowom. Jasno dał znać tym zamiar, aby zabrać go ze sobą na uroczystość.

- Powiedz też reszcie, a przynajmniej tym, którzy nie narobią nam wstydu - dodał po chwili, poważniejąc już nieco i spoglądając w stronę okna.

- Zastanawiam się, czy nie posłać kogoś z wiadomością do Faleforu. Niech przypilnują, czy każdy, kto może, ma w domu broń. Niech przycisną mężczyzn, żeby trenowali, gotowali się do walki. I rozwiedzą się o zielonoskórych. Trzeba ich też przycisnąć i wytrzebić, jeśli nadarzy się ku temu okazja. Ograniczyć ryzyko, gdyby mężczyźni musieli opuścić domy. Nie wiem, czego się spodziewać, Varriście. Burzowe chmury wiszą nad stolicą, a nam... - urwał na chwilę, gdy duma zdusiła jego głos w gardle. Ciężko było przyznać się do słabości. Ciężko było przyjąć fakt, że nie było się największym i najsilniejszym wśród ludzi wokół. W Faleforze zawsze każdy był mniejszy od niego. Tutaj? Tutaj musiał ostrożnie stawiać kroki.

- ...A nam brak poparcia i sojuszników, przyjacielu. Muszę rozmówić się z Jakurenem, gdy zjawi się w stolicy - dokończył wreszcie po przerwie, choć słowa te były niemal jak splunięcie. Postanowił, że ostateczną decyzję podejmie po usłyszeniu opinii Kelkana. Jeśli go poprze, to wyśle kogoś z wiadomością.

Rozmowa pomiędzy nimi ciągnęła się jeszcze przez chwilę, dotykając te bardziej i te mniej istotne tematy. Myśli Virnhilda powoli zaczęły uciekać ku kolejnym dniom, które miały nastąpić, zbliżającej się uroczystości i zjeżdżającej się do stolicy szlachcie.

- Mam dla ciebie jeszcze jedną sprawę. Załatw to sam albo znajdź zaufanego człowieka, który jest sprawny w takich kwestiach. Chciałbym się dowiedzieć jak najwięcej o śmierci Heodrena Horfrada. Podobnież zmarł w tych murach.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Army of the Sun

05 wrz 2018, 17:31

MG

Wiedziony wątpliwościami hrabia Virnhild Hilduun długo rozmyślał nad swoją sytuacją. Jego sytuacja była natomiast sytuacją królestwa – to jasne. Stanowił jednego z najważniejszych hrabiów prowincji stołecznej, a chociaż mało kto podzielał jego poglądy, wiedział, jak postawić na swoim. Czuł się przytłoczony sytuacją w Pałacu Sprawiedliwości, jakby pochodził z zupełnie innej rzeczywistości – rzeczywistości ludzi działających na zupełnie innych zasadach, ludzi szczerych i bezkompromisowych. Tacy właśnie byli mieszkańcy jego rodzinnych stron, Wichrowych Łąk. Ciągłe zagrożenie od strony zielonoskórych okazyjnie napadających na przygraniczne osady sprawiało, że w Faleforze – stołecznym zamku hrabiego – nie było miejsca na rozbudowane intrygi i brak zaufania. Jeśli komuś nie dało się zaufać na dworze, nie można było zaufać mu w boju.

Bój był natomiast wpisany w samo jestestwo przekazywanego z pokolenia na pokolenie tytułu Strażnika Gór. I chociaż ostatnimi czasy jego znaczenie osłabło, głównie ze względu na zbyt dużą skuteczność i niemal całkowite wyparcie orków z Autonomii Wolenvain, sam ród Hilduuna nadal budził uznanie. Stanowił potęgę militarną i niemal samowystarczalny ośrodek gospodarczy. Niemal, bo nawet uparty i dumny Virnhild musiał przyznać, że bliska obecność rozbudowanych ośrodków handlowych takich jak Kupieckie Kochanki wiele mu się przysłużyła. Niektóre z opracowanych przez tamtejszych ekspertów technologii przejęli rzemieślnicy działający na ziemiach Hilduuna, ale pewne towary hrabia musiał sprowadzać. Chodziło tutaj głównie o tanie surowce, bo przecież wytwarzane w Wichrowych Łąkach uzbrojenie stało na wystarczającym poziomie. To znaczy – wystarczającym do wypełniania rozkazów Strażnika Gór. W praktyce nie było ono najnowocześniejsze, stojąc kilka poziomów niżej od wybitnych dzieł współczesnej sztuki wojennej.

Stosunkowo liczni i zaprawieni w boju mieszkańcu ziem Virnhilda tak czy inaczej mogli stanowić istotną siłę w każdej wojnie. Jeśli jednak przyszłoby im walczyć ze wszystkimi sąsiadami, prędzej czy później musieliby się poddać. Nie mogli być w każdym miejscu jednocześnie, a obsadzenie wewnątrzkrajowych zamków i strażnic Wichrowych Łąk osłabiłoby ich potencjał obronny, zachęcając orków do ataku od tyłu.

Żadne widoczne w tym momencie wyjście nie było optymalnie. Należało podejmować ostrożne kroki, by nie sprzeniewierzyć szansy na ustanowienie korzystnych sojuszy. Posiadanie mocarnego sprzymierzeńca bardzo ułatwiłoby hrabiemu Hilduunowi sprawę. Swojej szansy upatrywał przede wszystkim w namiestniku Derinu, panu Jakurenie. Czy jednak jego potęga nie okaże się zbyt odległa, by zapewnić bezpieczeństwo ziem Virnhilda?

– Zajebiście – odpowiedział Varrist, rozpalony na propozycję posłania kogoś do Faleforu z rozkazami utrzymania gotowości bojowej. Emocje go nie opuszczały. Informacje przekazane przez Virnhilda wyraźnie na niego zadziałały. – Widzę, że przestajesz się czaić. Bo wiesz… wieści o zbrojeniach na pewno dotrą do naszych sąsiadów. Mogą się nieco pieklić. Ale… chuj z nimi, tyle powiem. Ja bym im wysłał paru kuszników w poselstwie. Na pewno sami też się już szykują. Wszyscy się szykują, nawet ojciec tej tam – mruknął, wskazując podbródkiem drzwi do komnaty. Jego bezkompromisowość i wulgarność biła po uszach hrabiego Hilduuna, ale młodemu Kelkanowi można było wybaczyć. Poniosły go wieści.

– Ta Ezyharówna sobie o mnie przypomniała. Dawno już się z nią zadawałem, ale jak tylko się pojawiłeś, to od razu zwietrzyła okazję. Znam te sucz… sztuczki. Stary Ezyhar nadal szpieguje. Niczego się nie oduczył.

Virnhildowi przypomniało się na te słowa znaczenie rodu Ezyhara. Chociaż nie miał z nim dotychczas bezpośredniej styczności, wizytując co jakiś czas stolicę, trochę się o nim nasłuchał. Głowa rodu, wiekowy Alevil Ezyhar, dorobił się po wojnie, ale mimo sporego bogactwa nie miał jeszcze żadnych znaczących ziem ani wasali. Obecnie utrzymywał się w Twierdzy głównie dzięki informacjom, które posiadał. Ponoć miał haka na każdego, ale ile było w tym prawdy, hrabia Hilduun nie mógł wiedzieć.

– Ano… trochę mi powiedziała. Że jej ojciec serdecznie pozdrawia i przesyła przedni dar. Zaprasza też na rozmowę, ale ja bym na twoim miejscu nie szedł. On ma więcej oczu niż ty koni. Ale ponoć mają przyjść różni ważni ludzie. Raczej głównie takie same jak Ezyhar, podłe skurwysyny. Więc jak chcesz. Możesz coś z tego ugrać, ale jak się zbłaźnisz, to po tobie. Bez urazy, panie – dawny giermek hrabiego skłonił się lekko z ironią, wiedząc, że nawet tak chamski żart w stosunku do Virnhilda ujdzie mu płazem.

– Z Jego Namiestniczą Jakurenem, mówisz… Wkurwisz tym wszystkich. Dobrze. Po wichrowemu. Ale postaraj się to zrobić od niechcenia, dobrze ci radzę. Nie wychodź z inicjatywą. I tak już wiele się tutaj gada o waszym sojuszu, którego przecież nawet nie ma. Najlepiej, gdy z nim pomówisz w trakcie jakiegoś popasu. Na pewno będzie okazja, gdy się pojawi. Mówią, że tu przypłynie, rozumiesz? Wariat. Chce pokazać, że nie próżnował od wojny, że ma flotę, która może usiąść na całym jeziorze i jeszcez dopływach. Będzie potem wiosłował pod górę do domu albo uderzy w cały ten pałacyk balistą okrętową. – Varrist sam zaśmiał się ze swojego podłego żarciku, choć widać było, że podziwia rozmach namiestnika Derinu.

Dawny giermek hrabiego sobie na wiele w jego obecności, głównie chyba przez wzgląd na dawne czasy i podekscytowanie obecnością dawnego towarzysza. Mimo wszystko Hilduun poczuł, że warto byłoby przywrócić Kelkana do porządku. Odezwało się w nim niejako poczucie obowiazku. Był kiedyś odpowiedzialny za tego oto młodziana, sposobiąc go przecież do rycerskiego życia przez wiele długich lat. Wydawało się, że stolica go nieco rozpuściła. Nadal jednak Virnhild stanowił dla Varrista ogromny autorytet. Być może warto było sprawdzić, czy jego zdolności bojowe nie stępiały od czasu pasowania. Wydawało się, że obecnie większą uwagę pan Kelkan przywiązuje do brylowania na dworze, niż do cyzelowania kunsztu wojennego. Dobrze było mieć kogoś tak rozeznanego i bywałego na podorędziu, jednak beztroska Varrista nieco studziła zapał Virnhilda. Jego rady mogły nie być do końca przemyślane.

Plotka o ogromnej flocie jeziornej Jakurena dotarła już swego czasu do uszu hrabiego Hilduuna. Wyglądało na to, że nie jest przesadzona. Nie traktował jednak doniesień o przypłynięciu do Wolenvain poważnie. Niewiele statków było do tego zdolnych, a były to zwykle jednostki raczej małe i napędzane przede wszystkim siłą mięśni wioślarzy. Rzeka Iqua była bardzo szeroka, miejscami kursowały po niej promy, więc nawet spory statek namiestniczy mógłby się zmieścić. Tylko jak Jakuren zamierzał go później zawrócić i dotrzeć z powrotem do Derinu? W górę rzeki…? Hilduun porzucił te rozważania dość szybko. Pływał niezmiernie rzadko i nie znał się na tym zupełnie.

– Heodren, Heodren Horfrad… Coś mi mówi to miano. – Varrist namyślił się przez chwilę. – Ponoć nie zgiął kolan w Hodgerdzie i zbuntował się przeciw Imperium, po tym, jak jego ojciec sprzedał kraj. Zwiał do Autonomii i tu sczezł? No ciekawe. Pogadam.

Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 12
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

Re: Sala Tronowa

05 wrz 2018, 17:49

- Wszyscy się szykują - - Virnhild przytaknął.

- Zresztą, w Faleforze to nic dziwnego. Niech rozpuszczą plotkę, że dużo się ostatnimi czasy słyszy od zwiadowców o orkach. Nikt nie będzie miał pretensji do nas o zbrojenie się, niech się rzucają do gardeł sobie nawzajem.

Virnhild wbił wzrok w swojego rozmówcę, czekając aż ten skończy mówić o rodzie Ezyhara. Spojrzał na niego chłodno, gdy ten zaczął przesadnie komentować kwestie spotkania.

- Pozwól, że to mi pozostanie jednak decyzje z kim i jak rozmawiać - wszedł mu w słowo. Sugerowanie ze strony Varrista jakoby miał się zbłaźnić na spotkaniu było co najmniej nie na miejscu. Nawet w ustach tak pyskatego osobnika. Niemniej przewidywania Kelkana były zgodne z prawdą. Poza oschłym tonem i opryskliwą odpowiedzią jego zachowanie zostało właściwie puszczone płazem.

- Po wichrowemu - Virnhild powtórzył, nieco może zbyt gwałtownie.

- Tak to właśnie pamiętasz? Wkurwić wszystkich? A pamiętasz jeszcze jak się trzyma miecz, czy zbyt wiele czasu spędziłeś w łożach i komnatach? Widzę, że czujesz się tu jak ryba w wodzie. Ale lepiej pamiętaj, jaki grunt jest śliski. Tutaj chodzi o całe ziemie mojego rodu, a może nawet więcej - kontynuował, licząc że ostudzi nieco przesadny i bezmyślny zapał swojego towarzysza. Varrist go zirytował i zapewne dobrze o tym wiedział.

- Każę wysłać kogoś z wieścią. Niech rozpuszczą plotki i zaczną przygotowywać się na najgorsze. Nie możemy czekać aż będzie za późno, ty zajmij się sprawą Heodrena - Virnhild zdołał uspokoić swój ton, jednak krew nadal pulsowała mu w skroniach. Traktował sprawę poważnie, wiele mógł zyskać, ale również wiele stracić.

Nie komentował już nawet słów, którymi jego dawny towarzysz podsumował sprawę Jakurena. Postanowił, że kwestię namiestnika zostawi sobie na później, gdy będzie bliżej do jego przybycia. Zanim postawi pierwsze kroki chciał w miarę możliwości wywiedzieć się jaki jest stosunek namiestnika Derinu do osoby Strażnika Gór.

Wstał, dając znak, iż pora już na nich. Chciał jeszcze przed jutrzejszym dniem odwiedzić swoich ludzi . Czuł potrzebę, aby upewnić się, że wiedzą gdzie jest ich miejsce i nie mają niczego głupiego w planach. Przy okazji sprawdzi też, czy należycie zajęto się faleforskimi końmi oraz wyśle kogoś zaufanego do wuja z wiadomością. On będzie już wiedział jak odpowiednio zająć się sprawami rodowych ziem.

Ezyhara postanowił odwiedzić zgodnie z jego propozycją. Nie mógł zaprzepaścić szansy na to, aby poznać kolejną osobę. Miał okazję ocenić czy w nadchodzących rozgrywkach mężczyzna ten będzie dla niego przeszkodą czy pomocą.

Wróć do „Pałac Sprawiedliwości”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 4 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi, WielkaNiewiadoma, Wierzba, Xariel
Liczba postów: 52207
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.