Nowy Sektor

Znajdujący się w północno-zachodniej części Wolenvain teren mieszczący wiele urokliwych zakątków, ale również świątyń i cmentarzy. Najbardziej rzuca się w oczy Pierwsza Katedra Świątyni Światła położona niemal przy samym rynku miejskim.
Awatar użytkownika
Elathorn
Posty: 551
Rejestracja: 07 wrz 2011, 16:49
GG: 3224957
Karta Postaci: viewtopic.php?t=667

Nowy Sektor

17 wrz 2011, 15:38

Obrazek

Druga z dwóch głównych części Jaśminowego Parku (obok starego sektora, który został zaniedbany) jest jego reprezentacyjną częścią. Jest to spory obszar, podzielony na podsektory najróżniejszych kwiatów, które od ścieżki oddzielone są niskim żywopłotem. Z roślinności należy tu wymienić rozmaite krzewy oraz dużą ilość drzew (chociaż niektóre sektory są ich pozbawione, dzięki czemu są nasłonecznione). Niektóre podsektory zamiast kwiatów, w środku wypełnione są wodą, tworząc rozmaite oczka wodne, wypełnione kolorowymi rybami a często także pięknymi roślinami, które upodobały sobie takie a nie inne miejsce.
W dzień nowy sektor jest przeważnie zapełniony przez masę spacerujących i odpoczywających ludzi. Cele ich przybycia są rozmaite – od zwykłej zabawy wśród dzieci, przez romantyczny spacer po zwykłą chęć odpoczęcia na łonie natury. Natomiast w nocy cały sektor przeważnie pustoszeje, jednak wciąż jest otwarty dla tych, którzy preferują samotność i ciemność.

***

Noc. Zostawiając Szkiełka w jakieś dobrze wyglądającej stajni, Elathorn nie czuł senności, ani odrobinę. Chciał pochłonąć wiedzę zawartej w trzymanej, dosyć grubej księdze, dotyczącej zaklinania. Potrzebował jednak do tego spokoju oraz światła – a w nocy te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczały. Chyba, że użyć magii. Tylko dzięki swoim umiejętnością Elathorn nie zgubił się w ciemnym o tej porze parku – gdyby nie mała lampa oliwna otoczona lodem, stworzonym przez czarodzieja. Co więcej, lód ten poddany był drugiemu zaklęciu, dzięki czemu światło wzmacniało się. Po kilku minutach drogi, Elathorn znalazł ławeczkę na odsłoniętym terenie, gdzie padały promienie odbite przez księżyc. Postawił lampkę na oparciu i otworzył księgę. Światła było na tyle, by czytać wygodnie. Uśmiechnął się lekko i pogrążył w lekturze.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Vilanna Monero
Posty: 16
Rejestracja: 15 wrz 2014, 20:34
Lokalizacja postaci: Nowy Sektor
GG: 41740690
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50004#50004

22 paź 2014, 21:43

Musiała przyznać rację Brefirridowi. Nie pomyślała o tym, że oszukiwani mogliby sami zostać oszukani. Zbyci po to, by można było poszukać bogactw na własną rękę. Nie była dość przebiegła, żeby przewidzieć taką możliwość w pierwszej chwili. Wyraźnie się zasmuciła, bo przypomniała sobie w jakim żyje świecie. Tu nie ceniło się szczerości, a osoba uczciwa prawie na pewno do niczego by nie doszła. Albo się knuło, manipulowało i dążyło do celu kosztem innych, albo trzeba było grać zawsze najsłabsze role. Istot uległych, bezwolnych i wykorzystywanych.
Vilanna westchnęła.
- To prawda, tak mogłoby być – przyznała ze zrezygnowaniem. - Wobec tego po prostu pójdę sama wywiedzieć się w tej sprawie. Spotkajmy się jutrzejszego dnia w karczmie Pod Pechowym Linoskoczkiem. Postaram się tam być przed zachodem słońca.
Awatar użytkownika
Harkvinnar
Posty: 43
Rejestracja: 09 kwie 2014, 22:58
Lokalizacja postaci: Główne pomieszczenie
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49563#49563

24 paź 2014, 13:59

Stał tak, słuchając gadaniny mędrszych od siebie, usilnie starając się wymyślić jakiś plan. Po chwili okazało się, że prócz urażenia dumy Grada propozycją ucieknięcia się do oszustwa tak Vilanna jak i Brefirrid niczego nie osiągnęli. Hark też do niczego nie doszedł, ale przynajmniej nie postrzępił sobie ozora. Musiał lepiej poznać to miasto, jego mieszkańców i tutejsze zwyczaje. Na Północy po prostu porwałby szlachciankę i przehandlował ją za Heodrena, ale tutaj taka rzecz nie miała racji bytu. Twierdze w Wysokim Hodgerdzie nie były otoczone miastami, stąd podejście pod ich bramy z zakładnikiem było o wiele łatwiejsze. Tutaj musiałby przebić się pewnie przez tuziny drabów miejskich, samozwańczych bohaterów i Madanaar wie, kogo jeszcze.

Wszystko to znacznie komplikowało sprawę, a Grad nie lubił skomplikowanych spraw. Wykonał, co prawda, kilka akcji dywersyjnych, ale to było dawno, poza tym robił to wraz ze swoim oddziałem i w dość małej skali. Do zdobycia Twierdzy Wolenvain potrzebna byłaby niemała armia. Słyszał, że jego pobratymcom sztuka ta udała się nie dalej jak dziesięć lat temu, ale nastroje panujące obecnie na Północy nie pozwalały na planowanie kolejnej tego typu napaści. Nie wydawało się, że istnieje łatwe rozwiązanie tej sprawy. Wreszcie Vilanna zaproponowała rozejście się i spotkanie nazajutrz, w znanej Harkowi karczmie "Pod Pechowym Linoskoczkiem". Wojownika zdziwiło to, że kobieta nadal chce pomagać dwóm przygodnie spotkanym, a uchodzącym tutaj przecież za barbarzyńców, roskvarom. Wyglądało na to, że mimo wieku była nad wyraz ufna, co mogło przysłużyć się ich sprawie. Grad nie zamierzał zaglądać darowanej pannie w zęby, nie zastanawiając się nad jej motywacją.

– Dziękujemy za pomoc – burknął z tym swoim dziwacznym akcentem. Dawno się nie odzywał, przez co nie wyszło mu to zbyt dobrze. – Stawimy się – zadeklarował tonem ostatecznym. Rozmowa w wyraźny sposób zmierzała ku pożegnaniu, ale Hark nie miał pojęcia, czy powinien zrobić to pierwszy, a jeżeli tak, to w jaki sposób. Zaczekał zatem na ruch swojego jeszcze mniej okrzesanego w takich sprawach kompana lub rezolutnej, niezważającej na konwenanse dziewoi. Wrażenie, jakie roztaczała, nie pasowało do przedstawicieli jej stanu, ale mimo tego Grad nie potrafił zdobyć się na zbytnią poufałość. Jedna konwersacja nie zmieniła jego głęboko zakorzenionego nastawienia do członków wysokich rodów.

Awatar użytkownika
Brefirrid
Posty: 29
Rejestracja: 21 lut 2014, 00:05
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49623#49623

29 paź 2014, 22:43

Brefirrid pokiwał głową. Jeśli tylko Vilanna miała zamiar im w jakiś sposób pomóc, to nie miał zamiaru odmawiać. Może jego uprzedzenia co do mieszkańców tej krainy są przesadne.

- Niech tak będzie. Będziemy wdzięczny, jeśli zdołasz się czegoś dowiedzieć.

Druid zamilkł nie wiedząc w gruncie rzeczy czy powinien coś jeszcze powiedzieć. Rozmowa zdawała się nieuchronnie zbliżać do końca, jednak szlachcianka nie do końca wyglądała na kogoś, kto zbiera się do odejścia. Bref wsparł się jedynie na swoim kosturze i spojrzał przelotnie na Grada, który stał obok niego. Pokiwał jeszcze raz głową potwierdzając słowa wojownika.

Zapewne powinni byli także sami udać się z powrotem w miasto, musieli znaleźć nocleg przed nadchodzącą nocą, oraz rozmówić się. Brefirrida zastanawiało co też jego przyjaciel sądzi o tym nietypowym spotkaniu, oraz o samej szlachciance. Miał mieszane uczucia czy powinni jej ufać. Głęboko zakorzeniona w nim siedziała niechęć do tych ludzi, tak innych i tak dewastujących to, co ich otacza. Z drugiej strony, przecież ona była jeszcze dzieckiem. Zaledwie młodą, bezbronną, naiwną istotą. A przynajmniej na taką wyglądała, może ten świat przepełniony brukiem i kamieniami nie wypaczył jej jeszcze.

- Wracamy do tamtej karczmy na nocleg? – zapytał swojego towarzysza w północnym języku. Zdawał sobie sprawę, że ta krótka wymiana kilku słów pomiędzy nimi może być w stosunku do rozmówczyni niekulturalna, gdyż niewątpliwie nie mogła ich zrozumieć… Ale nie przejmował się tym. Liczył na to, że Vilanna przyjmie fakt, że byli oni obcymi ludźmi, z obcych krain, władającymi obcym językiem. Zresztą, skoro nie bała się zagadać do dwóch wcale niemałych mężczyzn samotnie w środku parku, w dodatku mimo uzbrojonego jak od bitwy Harkvinnara, to raczej nie przejmie się takim szczegółem.

To uświadomiło Brefirridowi, że nie powinien być taki pewien, czy aby ona jest sama. Może wokół czaili się kolejni ludzie, a ją przysłali na jakieś przeszpiegi? Wiedział że jego bracia złupili kilka lat temu to miasto, a więc tutejsi ludzie mogli nieszczególnie przepadać za roskvarami. Rozejrzał się ponownie, jak robił to poprzednio. Tym razem jednak próbując dostrzec jakieś ślady, które świadczyły by o większej liczbie ludzi w okolicy. Nie dostrzegł niczego.

Awatar użytkownika
Harkvinnar
Posty: 43
Rejestracja: 09 kwie 2014, 22:58
Lokalizacja postaci: Główne pomieszczenie
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49563#49563

01 lis 2014, 20:08

Przytaknął z wolna, nie odwracając wzroku od Vilanny, oczekując na jej ruch. Ten jednak nie nadchodził, więc zdecydował się odpowiedzieć na pytanie swojego towarzysza nie tylko niewerbalnie.

– Wracamy, ale nie do tej samej – rzekł po chwili zastanowienia. Tamta bogata karczma nie podobała mu się. Wkroczył do niej z zamiarem zaznania odrobiny luksusu, a i tam ktoś próbował obić mu mordę. Skoro bili tutaj wszędzie, to Harkvinnarowi zajedno było, czy będzie pił tutejsze szczyny w "Linoskoczku" czy jednej z portowych spelun nad rzeką. W jednym z takich przybytków czułby się mniej skrępowany, biesiadując wspólnie z innymi oberwańcami, którzy nie mogli znaleźć dla siebie miejsca w tym mieście. Może spotkałby jakichś roskvarów – kto wie. Poza tym, tam wszystko powinno być tańsze. Grad nie miał jakoś szczególnie wybrednego podniebienia, a jeżeli w grę wchodziło jeszcze zaoszczędzenie kilku miedziaków, to decyzja wydawała się oczywista.

Nie znając wolenvaińskich zwyczajów odczekał odpowiednią – jak mu się wydawało – chwilę, po czym skłonił się lekko i odwrócił od pani Monero, nasadzając hełm i kierując się w stronę wyjścia z ogrodów. Spacer przez Jaśminowy Park dał mu pewne pojęcie na temat tego, co będzie robił nazajutrz, więc pozbył się poczucia stania w miejscu i bezsilności. Jego cel był już bliżej niż dalej, wiedział to. Idąc tak przez miasto nie mógł skupić się na niepokoju, jaki zasiała w jego sercu wiadomość o rzekomej śmierci Heodrena. Samo spotkanie z Vilanną było jakby odrealnione. Kobieta pojawiła się znikąd, miała odpowiednie informacje i jeszcze na dodatek zaoferowała pomoc. Sprawa śmierdziała na kilometr, ale skupiony na wędrówce Harkvinnar na razie o tym nie myślał. Uwagę poświęcał głównie swojemu suchemu od gadania językowi.

z/t
Awatar użytkownika
Brefirrid
Posty: 29
Rejestracja: 21 lut 2014, 00:05
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49623#49623

08 lis 2014, 18:02

Widząc, że Harkvinnar postanowił się oddalić druid rzucił jedynie szlachciance smutny, starczy uśmiech na pożegnanie i udał się za nim. Westchnął sam do siebie, po czym przyśpieszył kroku w celu dogonienia swojego towarzysza.

Przeczuwał, że Grad znajdzie jakieś obskurne, tanie i pełne krzywo patrzących na obcych ludzi. W końcu wojownik zdawał się mieć do tego talent i przyciągać na siebie kłopoty kiedy tylko zdarzała się taka okazja. Udowodnił to już na Północy. Z drugiej strony, w równiej mierze Hark zdawał się w razie takich kłopotów przyciągać też i potrzebną mu pomoc.

Porzucił rozmyślania o tym niecodziennym spotkaniu w parku na rzecz ułożenia jakiś planów na najbliższe kilka godzin. Zapewne spędzą sporo czasu krążąc bez sensu po mieście nim w końcu trafią do jakiejś karczmy. Harkvinnar zdawał się kierować w stronę rzeki. Miejsce dobre jak każde inne.

Bez słowa szedł za mężczyzną dobrze wiedząc, że i tak nie ma szans na to, aby przekonał go do zmiany zdania. Bref miał obawy, że w jakiejś dupianej karczmie sytuacja będzie jeszcze gorsza niż w tym całym Linoskoczku. Skoro w takim miejscu znalazł się jakiś chłoptaś, któremu Hark obił mordę, to co będzie w taniej, pełnej marginesu społecznego oberży?

z/t
Awatar użytkownika
Kerreos
Posty: 47
Rejestracja: 06 maja 2015, 16:10
GG: 35260981
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3491#53102

Spacer

20 lis 2018, 16:52

Wiele razy słyszy się, że najtrudniej jest coś zacząć, jednak Kerreos nie był tego taki pewien. Zasadniczo lwia część zmian w jego życiu, nawet jeśli z pewnymi zgrzytami, rozgrywała się dość szybko, wręcz automatycznie. Odkrycie swoich zdolności, śmierć rodziców, którą przyjął z taką ulgą; rwany okres wojenny i wreszcie dość ostrożny, ale jednoznaczny zwrot ku własnej społeczności. Wszystko to działo się z perspektywy Kerreosa tak nieubłaganie, jakby jakiś absolut dawno już sobie poskładał wszystko do kupy, a teraz przyszedł już tylko czas na proces realizacji. Gorzej z utrzymaniem danej drogi życiowej. Zwłaszcza, gdy nie jest się jej do końca pewnym.

Kerreos lubił tutaj spacerować. Wyjątkowo nawet nie przeszkadzały mu większe lub mniejsze tłumy. Przede wszystkim dlatego, że ludzie w tych okolicach koncentrowali się na ogół na wypoczynku lub osobach, z którymi przybyli. Stąd też mało kto go zaczepiał, nie licząc sporadycznych skinień głową ze strony tych, którzy pamiętali go jako jednego z dowódców obrony stolicy sprzed kilku lat.

Już od dłuższego czasu mężczyzna czuł, że znajdował się w martwym punkcie. Niby co jakiś czas brał udział w różnych ważnych naradach, rozmawiał z ludźmi o danej sytuacji, ale czuł się nieco zagubiony. W pojedynkę trudno mu było trafić na trop, który by go interesował - czy to w kontekście potencjalnych konfliktów, czyhających na jego społeczność, czy czegokolwiek innego. Szczególnie z jego mało ekstrawertycznym charakterem. Dlatego też zazwyczaj wszystkie ruchy kończyły się zaszyciem w jakimś miejscu ze stosem książek czy wałęsaniem się w różnych miejscach i testowaniu swoich umiejętności.

Już sam fakt, że zaczął myśleć o stolicy jako "jego" społeczeństwie, wprawiał go niemalże w zakłopotanie. W końcu gdy Imperium Agstusu uderzyło, nie dołączył do obrońców, zostając koniec końców kapitanem z powodów patriotycznych, tylko - jakkolwiek to mogłoby brzmieć - terapeutycznych. Ale stało się, po raz pierwszy poczuł choć cień przynależności, nie do końca racjonalnie ukazujące się po takim szmacie czasu. Mógł więc albo za tym podążyć i zobaczyć, gdzie go zaprowadzi tego typu postawa, albo powrócić do szalonego, dekadenckiego życia, pełnego bójek, popijaw, całonocnych eskapad w celu pretekstowych "ćwiczeń w terenie" i przebudzeń w przypadkowych lokalach lub łóżkach.

Spacerując, przeciągnął się, zaraz potem przekładając kostur z lewej ręki do prawej. Chodził tak i rozmyślał już od pewnego czasu. Po chwili namysłu uznał, że jeszcze nie czuje się zmęczony i kontynuował marsz, tym razem już odchodząc nieco myślami od problematycznego tematu. Skupił swoją uwagę na podziwianiu otoczenia.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3821
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Out There

22 lis 2018, 20:22

MG

Wychodzący z Twierdzy Iverdon musiał przyznać, że towarzystwo Ficji było dlań niezwykle przyjemne także wtedy, gdy minęło pierwsze wrażenie. W zasadzie trudno było uznać, że minęło – początkowe uderzenie rozlało się ciepłem po całym ciele i wypełniło je niebezpieczną energią.

To chyba z tego powodu reakcje Iverdona były mocniejsze, niżby sobie tego życzył – lub tak właśnie je postrzegał. Gdy się śmiał, robił to głośniej niż zazwyczaj, gdy odwracał głowę w kierunku swojej towarzyszki, to gwałtownie, a gdy próbował o czymś mówić, zacinał się i brakowało mu uczonych słów.

Mimo to rozmowa o niczym szła całkiem dobrze, a pan Balgerand nie mógł pozbyć się mimowolnego uśmiechu błąkającego się po jego wargach. Podobnie zresztą uśmiechała się młódka, obok której szedł – nader blisko, ale nie na tyle blisko, by wywołać skandal. Czuł jednak bijące od jej ciała ciepło, jak gdyby Ficja promieniowała nie tylko nieskrępowaną pewnością siebie, lecz także faktycznym gorącem. Być może nawet tak było i ciarki, które czuł na swoim lewym ramieniu, nie były wywołane niczym innym.

Ekscytacja sprawiała, że trudno było trzymać fason, ale pomogły w tym spojrzenia z tłumu. Wolenvain jak zwykle zasrane było ludźmi, a spośród nich wielu miało odwagę bez wstydu patrzeć w stronę dwójki szlachetnie urodzonych osób.

Niektórzy mężczyźni wprost taksowali Ficję wzrokiem, ta jednak zdawała się czerpać z tego energię. Ta udzielała się także Iverdonowi, który w przeciwnym razie mógłby się strapić – wszak z pewnością teraz motłoch weźmie ich na języki. Łatwo było mu jednak przyjąć pozytywne spojrzenie na przyszłość. Zainteresowanie motłochu i propagację jego imienia wśród ludu można było przekuć w faktyczną władzę i potęgę.

Szlachcic wiedział, że będzie obserwowany, przynajmniej przez kilka następnych godzin, a być może i dni. Władzę nad mijającymi ich osobami czuł już teraz – wszak nie mieli oni prawa nawet patrzeć na Ficję, a on, Iverdon, miał przywilej swobodnego z nią rozmawiania. Czuł wyższość nad zazdrośnikami i ona usztywniła go nieco, dzięki czemu nie zrobił z siebie błazna. Zważywszy na to, jak bardzo absorbowała go Ficja, był to niemały sukces.

Spośród wszystkich tematów, które poruszyły, jeden wydał się Iverdonowi szczególnie istotny. Jego towarzyszka plotkowała o swoim stryju, niejakim Alevilu Ezyharu, który siedział w tutejszym zamku podobnie jak Iverdon. Udzielane mimowolnie przez Ficję informacje pozwoliły Iverdonowi na przypomnienie sobie, kim jest ów Alevil.

Głowa tutejszego odłamu rodu Ezyhara i najstarszy spośród czterech braci dorobił się porządnie po wojnie, czym nie zaskarbił sobie szacunku bardziej szacownych rodów. Mimo to robił, co mógł, by być ważną personą – jego ziemie nie były wprawdzie zbyt istotne, ale przed wojną jego ród bodaj nie miał żadnych, więc był to duży sukces.

Należało się ze nim liczyć nie tyle ze względu na faktyczną potęgę, ile potęgę symboliczną – stary Alevil Ezyhar posiadał wiele informacji i mocniejsze od niego persony zdawały się go obawiać, jakby wiedział zbyt wiele. Oczywiście nie polepszało to jego opinii i nawet Iverdon znał kilka osób, które otwarcie życzyły mu śmierci.

Ważną informacją było też to, że Ficja wizytowała tutaj swoją ciotkę, co tłumaczyło nieco jej swobodne zachowanie – nie była stąd i mogła pozwolić sobie na więcej, bo jej opinia i tak nie mogła pójść za nią na rodzinny dwór, gdzie jej ojciec stanowił wasala rzekomo potężnego możnowładcy. Dwór ten leżał gdzieś w prowincji stołecznej, ale panna Ezyhar niewiele więcej mówiła na jego temat.

Gdzieś między wierszami wspomniała natomiast o swym tutejszym amancie, który smalił do niej cholewki. Wyglądało na to, że nie jest mu jeszcze obiecana, ale trwają rozmowy. Młódka upatrywała w małżeństwie szansy na zamieszkanie na dworze królewskim. Żadne imię czy nazwisko nie padło, więc Iverdon nie wiedział, komu ewentualnie nadepnął na odcisk wybierając się z Ficją do Jaśminowego Parku. Niezręcznie było natomiast wprost dopytywać.

Bo wreszcie dotarli – ogrody doglądane przed wieloma laty przez elfy, a później zaadoptowane na potrzeby przestrzeni miejskich były iście urokliwie. Znajdujące się tutaj gdzieniegdzie miejsca odosobnienia, kapliczki, zbiorniczki wodne i rzeczki przyciągały wzrok, a górujące nad wszystkim katedra wolenvaińska nadawała Jaśminowemu Parkowi intymnej atmosfery. Nie było tutaj wiele osób – para minęła grupę mnichów, kilku rozgadanych studentów tutejszego uniwersytetu, nauczającego dzieci kapłana Lorven i żebraka.

W pewnym momencie w pobliskich krzakach Iverdon dostrzegł jakieś błyskanie. Ficja chyba niczego nie zauważyła, paplała bowiem dalej. Snująca się za nimi służka łatwo dawała o sobie zapomnieć, więc młódka komentowała aktualnie sytuację w Świątyni Światła, koncentrując się przede wszystkim na żartowaniu – w niezbyt przystojny sposób – z duchownych nadużywających ponoć alkoholu i hazardu. Iverdon znał to podejście, słyszał niekiedy tego typu poematy i wiedział doskonale, skąd pochodzą jej słowa – nie wiedział jednak, skąd tak młoda i teoretycznie odosobniona przez rodzinę osoba zna karczemne przyśpiewki. Być może nie była to pierwsza ucieczka Ficji spod jarzma jej opiekunów.


Znajdujący się w nieco innej części Jaśminowego Parku Kerreos także mijał barwne osoby, jednak nie koncentrował się na nich w żadnej mierze. W pewnym momencie jego los zetknął go z grupką trzech młodych szlachciców.

Sądząc po ubiorze, żaden z nich nie był jeszcze rycerzem – mimo tego każdy miał miecz przy boku, po czym łatwo było poznać ich stan. Byli za młodzi, by Kerreos znał ich z czasów bitwy o Wolenvain, w której uczestniczył niespełna pięć lat temu. Prawdopodobnie większość z nich nawet nie była wówczas mieszkańcami Twierdzy, a jeśli była, to służyła jeszcze w charakterze paziów dla tutejszych panisk.

Uwagę w stroju młodzieńców zwracał uwagę przede wszystkim specyficzny, nowoczesny krój. Centralny, najbardziej rozgadany i zyskujący sobie największą uwagę pańczyk miał na sobie wybitnie krótką jopulę – lub może nawet wams. Kerreos nie znał się na obecnej modzie, wiedząc tylko, że wywodzi się bodaj z Lokent. Jopula była krótka na tyle, że szlachetce było widać sznurki od nogawic wraz z fragmentem gaci. Na południu panowie paradowali ponoć tak, że było im widać gacie w całości – choć mogła to być jedynie plotka na ich temat. W Wolenvain nikt nie miał wątpliwości – każdy Lokentczyk, prócz uciekinierów, to buntownik, fircyk, oportunista i kurwiarz. Mimo wszystko nosili się tam dobrze.

Gdy Kerreos zbliżył się do młodzianów, posłyszał, że rozmawiają o niejakiej Ficji Ezyhar. Byli raczej rozochoceni i prawdopodobnie nieco podchmieleni, wygadywali bowiem straszliwe, odsądzające białogłowę od czci i wiary kalumnie. Cóż, nietrudno było pojąć, że to przez ich młody wiek i alkohol. Na szczęście nikogo nie zaczepiali, dzięki czemu Kerreos mógł przejść swobodnie. Mimo to czuł wyzywające spojrzenie szlachciców na swoim karku, gdy szedł dalej. Nie było to miłe uczucie.

Gdzieś z oddali dobiegały okrzyki wzburzonego człeka, który najwyraźniej nauczał – robił to jednak agresywnie i mocnym tonem. Widać było, że niektóre osoby skręciły ścieżyną w lewo tylko po to, by go posłuchać. Niektórzy śmiali się pod nosem, inni byli szczerze zainteresowani, pozostali wyraźnie zaniepokojeni. Nietrudno było napotkać w Jaśminowym Parku krzykaczy jednego czy drugiego autoramentu, ale ten był wyjątkowo rozpalony. Kerreos nie mógł usłyszeć, o czym dokładnie mówi, ale trzeba było przyznać, że przemawiający mężczyzna potrafił przyciągnąć do siebie ludzi choćby samym tonem.

Awatar użytkownika
Kerreos
Posty: 47
Rejestracja: 06 maja 2015, 16:10
GG: 35260981
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3491#53102

Kontakt

23 lis 2018, 03:37

Przez pewien czas Kerreos pozostawał wierny swojemu postanowieniu, ignorując kompletnie wszystko poza pięknymi widokami. Dopiero mało subtelne wejście pewnej grupy młodzików zaabsorbowało go.

Kerreos westchnął w duchu. Gdyby spotkał ich lata wcześniej, prawdopodobnie rozpocząłby z nimi bójkę zaraz po usłyszeniu ich niewydarzonych głosów. Choćby po to, żeby się sprawdzić z lokenckimi pawiami, podałby się za kochanka lub po prostu adoratora tej Ficji, o której sobie niefrasobliwie gawędzili, i korzystając z tego pretekstu, wpadłby w nich jak burza ze swoim kosturem. Odpowiednio podchmielony, za samo gapienie się na jego plecy połamałby im dodatkowo co niektóre kończyny. A potem utrudzony poszedłby z mocnym postanowieniem zbałamucenia jakiejś młódki, która by mu się spodobała, swoim Słowem i wpakowania się do niej na jedną noc. Zapewne w dużej mierze z powodu takich wspomnień zauważył tamtych mężczyzn i skupił się na nich mocniej - poza tym, że ich bezceremonialne zachowanie samo w sobie zwracało uwagę, rzecz jasna.

Tym razem tylko ich słuchał, zastanawiając się, czy również byłby takim elementem, gdyby od najwcześniejszych lat nie odseparował się od społeczeństwa przez swoje błogosławieństwo i zarazem przekleństwo. Pewnie tak. Jego kompanami byliby oczywiście ludzie niższego stanu, ale w tych akurat aspektach klasy niewiele się różnią od siebie, jeżeli w ogóle. Ale to tylko nierealny alternatywny scenariusz, Kerreos starał się specjalnie nie zagłębiać w takie dywagacje, bo tylko mieszały mu zbytnio w głowie. Starczyło wrażenie, że od jakiegoś czasu czuł, iż po pamiętnym oblężeniu wiele nie osiągnął, żeby zrobić... cokolwiek znaczącego, nie licząc prywatnych studiów nad napotkanymi księgami.

Wtem posłyszał przemówienie pewnego człowieka. Choć zazwyczaj nie interesował się tak pretensjonalną próbą uzyskania posłuchu, tym razem przyciągnęła go swojego rodzaju charyzma, jaką wyczuł. Część jego osobowości - ta przyzwyczajona bardziej do konwencjonalnych ruchów - już chciała się zbliżyć, aby go wysłuchać. Bo po prawdzie przy dziewięciu na dziesięć tego typu przypadków natychmiast byłby w drodze właśnie tam. Jednak jakoś nie mógł wyrzucić sobie z głowy ględzących junaków z tyłu. Nie z jakiegoś konkretniejszego powodu, w końcu nigdy w życiu na oczy ich nie widział, a nawet jeśli, to nie zawracał sobie nimi głowy. Po prostu coś, jakiś wewnętrzny instynkt, podpowiadało mu, że może jednak warto pobyć tutaj nieco dłużej. Ale był też tamten osobliwy facet...

Podjął decyzję. A właściwie była ona już podjęta od kilkudziesięciu sekund, musiał po prostu przyznać sam przed sobą, że nie było żadnego dylematu. Rzuci jedynie okiem w stronę mówiącego z oddali i przekona się, czy będzie w stanie go wypatrzyć, zapamiętać rysy twarzy. Jeśli nie, może wyszuka go innym razem. Wątpił bowiem, żeby posłyszał go akurat podczas jego jedynej - bądź ostatniej - tyrady w tych okolicach. Tymczasem stanie gdzieś w pobliżu, niby dla podziwiania widoków i przerwy w bardziej intensywnym spacerze, co moment niewinnie się przechadzając, aby nie sprawiać nienaturalnego wrażenia. Wielokrotnie już w przeszłości zbierał w ten sposób informacje niemal tak efektywnie, jak podczas spotkań sam na sam z ludźmi o słabych, podatnych na sugestie umysłach. Wiedział, jak zachowywać się tak, ażeby nie wzbudzić podejrzeń. Samotnikom łatwiej to przychodziło, tak przynajmniej mu się zdawało. A tamci byli do tego pijani jak bele, mówiąc tak głośno, że zbudziliby niejednego trupa. Nie musiał zatem się nawet specjalnie zbliżać do ich cudzoziemskich mord. Miał czas.

Ustawił się w odpowiedniej odległości, by słyszeć, ale i takiej, która pozwalała mu zareagować na niemal jakąkolwiek zmienną w otoczeniu. Przeciągnął się, rozciągając jednocześnie lekko mięśnie, by na wszelki wypadek jego ciało było gotowe do użycia kostura, którym bez większych problemów mógłby utrzymać na dystans każdego potencjalnego kmiota z bronią białą i zasadniczo zrobić z nim, co by tylko chciał. Na nic się nie zapowiadało, ale odkąd kilka starć na śmierć i życie z roskvarami jeszcze w 405EF pozbawiło go niemal całkowicie naturalnego koloru włosów, cechowała go czasem wręcz paranoiczna ostrożność. Będzie po prostu czujnie słuchał i zobaczy, co się stanie dalej. Zżerała go ciekawość, czy faktycznie udało mu się uchwycić instynktowne, nieco irracjonalne wyczucie, czy po prostu padł ofiarą uprzednich nostalgicznych wspominków.
Awatar użytkownika
Iverdon Balgerand
Posty: 13
Rejestracja: 21 sty 2015, 13:38
Lokalizacja postaci: Nowy Sektor
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3400

Re: Nowy Sektor

14 sty 2019, 14:03

Wyprostowany Iverdon szedł powoli przed siebie. Nie przychodziło mu to łatwo, ale zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na nic, co by w jakikolwiek sposób zmieniło aktualne postrzeganie jego osoby przez publikę. Cieszył się w głębi serca, że wokół znajdowali się ludzie, którzy - przypadkowo, ale jednak - pomagali mu trzymać fason. Zdawał sobie sprawę, że na wiele rzeczy reaguje mocniej, niżby sobie tego życzył, ale próby opanowania się sprawiały tylko, że jeszcze bardziej popadał w dziwne, nienaturalne ruchy - co wkrótce sprawiło, że zaprzestał takich prób. W efekcie poczuł się trochę naturalniej i spokojniej, chociaż daleko było sytuacji od codzienności i ciągle czuł to w swoich ruchach.

W pewnego rodzaju ucieczce swoją uwagę często zwracał w stronę otaczających ich ludzi - myślał o tym, co może przyjść z tego, że znajdują się w takim centrum uwagi. Przychodziły mu na myśl rzeczy pozytywne jak i negatywne, ale głównie jego myśli kierowały się w jednym kierunku - jak mógłby tego użyć?

Kiedy Ficja wspomniała o swoim stryju szlachcic zwrócił na rozmowę pełną uwagę. Wcześniej gawędził lekko, tym samym oglądając się wokół siebie i pozwalając sobie poczuć się swobodniej w towarzystwie kobiety. Teraz jednak padło coś, co go szczerze interesowało. Kiedy tylko przypomniał sobie, kim ów stryj był, począł myśleć o tym, jak owocna znajomość z kimś takim mogłaby się okazać.

Trzymając się, oczywiście, wypracowanych, dworskich manier począł ciągnąć temat tego człowieka, o którym tak niewiele wiedział. Wypytywał łagodnie, niby z ciekawości, czasem rzucając jakąś żartobliwą uwagę, cały czas uważając, aby nie wydało się w to żaden sposób nienaturalne. Chciał wiedzieć, jak blisko ze stryjem była Ficja, jaka była jego pozycja i co mógłby zaoferować. Słuchał uważnie, starając się wyłapać każdą w jakikolwiek sposób ważną informację, przy tym czasem rzucając komentarzem odnośnie tego, co wiedział o tym człowieku. Wspomniał gdzieś o jego czynach wojennych, pozycji na dworze i tym podobnych szczegółach, aby rozmowa nie wydawała się bardziej przesłuchaniem niż dialogiem.

- "Po cóż? Nic tu" - zaśmiał się lekko Iverdon słysząc o tym, że Ficja chciała zamieszkać na dworze. Nie ciągnął tematu amanta, chociaż chętnie dowiedziałby się więcej. Starał się za to sprawiać wrażenie, jakby w ogóle go to nie ruszyło, czemu służyć miała również uwaga, którą rzucił. Za luźnym pytaniem ukrywała się również, oczywiście, ciekawość. Faktycznie ciekaw był, dlaczego kobietę tak ciągnie na dwór w stolicy. Nie chciał wypytywać o to, gdzie mieszkała w tym momencie - podejrzewał, że sprawa by była jaśniejsza, gdyby coś o tym wiedział. Postarał się zapamiętać, aby przy najwcześniejszej okazji czegoś się o tym dowiedzieć.

Szlachcic zwrócił uwagę na coś błyszczącego wśród krzaków. Był ciekaw, ale nie mógł tak po prostu porzucić Ficji, by popędzić i zacząć rozkopywać zieleń - zapewne i tak był to tylko jakiś śmieć. Przedmiot, który ktoś zostawił czy upuścił, bez żadnej wartości. Szybko wyrzucił owe błyszące coś z umysłu, wiedząc, że nie ma to prawdopodobnie żadnego znaczenia.

Iverdona zastanawiało podejście Ficji do kościoła. Nie zgadzał się z nim, ale nie chciał wdawać się w dyskusję, wiedząc, że nie miało to większego sensu - nie była to poważna dyskusja o światopoglądzie, a zdawał sobie też sprawę, skąd takie spojrzenie pochodzi. Niewiele sensownych rzeczy można było wyciągnąć z losowych rzeczy rzucanych po karczmach - szczerze wątpił, aby to była jedna z nielicznych. Szczerze mówiąc - był prawie pewien, że było wręcz odwrotnie.

Kiedy tak szli dobiegł ich głos jakiegoś krzyczącego człeka. Szlachcic z tonu mężczyzny wyciągnął, że musiało to być jakiegoś rodzaju przemówienie. Wodzony ciekawością ruszył spokojnie w tamtą stronę. Rzucił do Ficji odnośnie tego uwagę, chociaż wątpił, by było to potrzebne - młódka wyglądała na osobę, którą zainteresuje to nawet bardziej niż jego samego.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3821
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Starving Off Truth

16 sty 2019, 23:53

MG

Mijający szlacheckich modnisi Kerreos nieco bardziej skupił się na ich słowach, szybko konkludując, że najbardziej wyszczekany z nich jest blisko z tą całą Ficją. Być może był jej amantem lub nawet obiecanym mężem. Pozował na takiego, który nie ma problemu z niegodnym gadaniem na temat równej stanem panny, choć Kerreos od razu wyczuł, że robi to tylko po to, by wyjść na bardziej wyluzowanego. Mimo mocnych słów zdawał się dość płochliwy.

Prowokował go drugi młodzik, podsuwając co bardziej obrzydliwe epitety, do których tamten musiał robić dobrą minę, starając się przewodzić rozmowie. Trzeciemu giermkowi ta sytuacja chyba w ogóle się nie podobała, bo wprawdzie uśmiechał się pod nosem, ale dużo bardziej interesowało go grzebanie we własnej sakwie. Nie miał jednak odwagi, by przebić się ze słowami rozsądku do swoich towarzyszy.

Nie było potrzeby, by zajmować się nimi dłużej – Kerreos posłyszał bowiem ognistą mowę jakiegoś świątobliwego męża, zdążając w jego kierunku. Podobnie zresztą jak Iverdon wraz ze swoją towarzyszką.

W międzyczasie pan Balgerand dowiedział się nieco więcej o stryju Ficji, Alevilu z rodu Ezyhara. Niestety, młódka nie wiedziała zbyt wiele, bo przebywała głównie w otoczeniu kobiet spowinowaconych z tutejszym odłamem jej rodziny. Wspomniała jednak, że Alevil niejednokrotnie wspominał o tym, że jego babka lub prababka pochodziła z rodu baronowskiego czy też hrabiowskiego. Ficja uważała ten fakt za niezmiernie interesujący, jej własny bowiem ojciec, brat Alevila, nigdy o tym nie wspominał.

Mimo to w Twierdzy niczego jej nie brakowało – stryjek, choć skąpy, dbał o dobrą opinię i łożył na uczty, bibeloty oraz ubrania. Ficja wydatnie z tego korzystała. Wyjaśniła się zatem tajemnica przepięknej niebieskiej sukienki, w której paradowała panna Ezyhar, przyciągając wzrok niemalże wszystkich obecnych w Jaśminowym Parku.

Chociaż Iverdon był zbyt zajęty traceniem koncentracji wywołanym przeżywaniem ciągłego zachwytu nad swoją towarzyszką, Ficja traktowała wszystkie jego pytania i sugestie bardzo lekko. Sprawiło to, że mógł mniej przejmować się doborem słów. Panna Ezyhar przede wszystkim się dobrze bawiła, nie zwracając uwagi na to, jakie informacje przekazuje. Zresztą, nie były one jakieś szczególnie tajne – takimi z pewnością nie dysponowała.

– W Wolenvain tyyyle się dzieje – odpowiedziała Ficja na żartobliwe pytanie Iverdona, ciągnąc go w kierunku przemawiającego mężczyzny. – A niedługo dwór odzyska miarę królewskiego. Wyobraź sobie, panie Balgerandzie – ja na dworze królewskim! – Mówiąc to, oddaliła się nieco od Iverdona i złożyła ręce nad głową w czymś, co miało przypominać koronę, ale wyszła jej bardziej tiara arcykapłana.

Śmiejąc się w głos, sunęła krok za krokiem w stronę nauczającego, wyprzedzając odrobinę swego towarzysza i niemal wpadając na Kerreosa. Uśmiechnęła się do niego pięknie, unosząc wyżej lewy kącik ust i lekko przekrzywiając głowę. Chociaż doświadczenie mieszczanina z kobietami było znacznie większe niż Iverdona, także jego serce przyspieszyło na ten niesamowity widok. Czar Ficji trafiał niemal każdego.

Tymczasem w powietrzu niosły się tubalne słowa stojącego przed całą trójką kapłana. Zebrał się przed nim mały tłumek. Niektóre budujące go osoby były jawnie rozbawione, inne słuchały z uwagą, jeszcze inne wyglądały, jakby miały zaraz wynieść kapłana na tarczy. To, co wygadywał, rzeczywiście zakrawało na herezję i mogło oburzać. Łatwo było rozpoznać duchownego – był to Tonuryn z jednej z małych świątyń poświęconych Lorven. Ta konkretna mieściła się w Jaśminowym Parku, więc nauczał niejako na swoim terenie.

– Tak, wątpiący, przyszedł do mnie – DO MNIE – sługa samej Protektorki Dusz! To JA jestem jej heroldem i ogłaszam jej wolę! Dołączcie do mnie, by OCZYŚCIĆ TEN SKORUMPOWANY ŚWIAT i przygotować go na NADEJŚCIE PANI! – krzyczał rozkręcony kapłan, wpadając w swoją rolę całkowicie, stanowiąc uosobienie fanatyka.

– Demon z Lwiego Brodu zjawił się jako kara, kara za WINY AKADEMII W MORINHTARZE! To w niej czai się źródło wszelkiego zła! Obrzydliwi magowie niemili są Lorven, jako i dostojnicy Świątyni Światła! – na te słowa część tłumu potaknęła. Widać było, że temat ten był już poruszany. Napięcie rosło. Wyglądało na to, że zaraz może dojść do rękoczynów. Zaatakowanie kapłana z pewnością wywoła bójkę, bo byli tutaj także jego żarliwi poplecznicy, którzy z pewnością nie zawahają się go bronić. Niektóre osoby stojące w tłumie były nawet uzbrojone.

Zafascynowana Ficja stanęła zdecydowanie zbyt blisko, z gracją przeciskając się przez tłumek. Wszyscy ją przepuszczali, jednak Iverdon miał już z tym pewien problem. Kilka kroków za nim z przerażeniem stanęła służka, która oficjalnie odpowiadała za bezpieczeństwo panny z rodu Ezyhara. Jej reakcją na całą sytuację było błagalne spojrzenie skierowane w kierunku pana Balgeranda.

Wróć do „Jaśminowy Park”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerreos, Kewc
Liczba postów: 52308
Liczba tematów: 2980
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.