Główny rynek

Centrum Wolenvain obejmuje swoim zakresem przede wszystkim zabudowę powstałą wokół ogromnego, największego w Autonomii rynku, czyli wszelkiego rodzaju oberże, karczmy, sklepy, łaźnie, zamtuzy, słynny uniwersytet oraz legendarną, poelficką Wieczną Bibliotekę.
Awatar użytkownika
Viridar
Posty: 886
Rejestracja: 05 lut 2011, 21:54
Lokalizacja postaci: Loszek
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?t=216&highlight=viridar

Główny rynek

08 lut 2011, 13:13

W każdym dużym mieście znajduje się rynek. W Wolenvain akurat jest to spory plac, wielkości wręcz małej wioski. Można było tam kupić dosłownie wszystko, i z każdego niemal miejsca, od bułki, przez magiczne świecidełka po pełną zbroje płytową. Dominowały stragany, poustawiane najczęściej chaotycznie. Bogatsi kupcy natomiast mogli sobie pozwolić na kupno bądź wynajem budynków na obrzeżach rynku.
Rynek ten często był nazywany Rynkiem Mealena, z racji faktu że tuż przy nim znajdowała się świątynia mu poświęcona, gdzie każdy kupiec odmawiał modlitwę z prośbą o pomyślność przed rozpoczęciem handlu.
Rynek ożywiali zawsze jacyś grajkowie bądź tancerze, którzy mieli nadzieję że ktoś doceni ich usługi złotem.
Oczywiście coś musiało psuć ten obraz, zawsze znalazł się jakiś obdarty żebrak błagający o pieniądze, których z reguły nie miał z własnej winy.

Tego dnia na rynek przybyła nowa osoba. Jegomość w bogatych purpurowych szatach , kto przebywał ostatnio "Pod pechowym linoskoczkiem" mógł go skojarzyć, jednak coś się zmieniło. Nie miał już na sobie kaptura, co pozwoliło zobaczyć jego twarz. Nic nadzwyczajnego – Człowiek, młody, o łagodnych rysach twarzy o piwnych oczach i krótkich ciemnych włosach. Człowiek ten przyglądał się różnym towarom, głównie tym magicznym, oraz obserwował kupujących jak i sprzedających.
Magowie mogą wyczuć dziwną energie którą emituje jego ciało, a postaci o wyczulonym węchu jak postać HardoBoiru mogą zauważyć że nie wydziela żadnego zapachu…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Luna
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

10 kwie 2012, 02:17

Wszystkie dzieła bezpiecznie spoczywały już na wózku Ogoniastej. Trzeba było szybko poszukać jakiegoś ciepłego konta, bo chłód stawał się nieznośny. Skrzatka przeliczyła w głowie zawartość sakwy. Powinno wystarczyć na jakiś ciepły posiłek, gorzej z noclegiem.

Luna uważnie obserwowała twarz towarzyszki, kiedy ta opowiadała o swoim pierwszym wspomnieniu. Widziała, że malarka stara się ukryć emocje. Z pewnością nie mówiła jej wszystkiego. Trudno się dziwić – mało jest takich, którzy nowo napotkanej osobie od razu opowiadają historie życia. Ci, którzy tak robią zwykle nie maja po prostu za wiele do opowiadania.
Malarka wydawała się dość "sztywna". Nie tylko ogony sprawiały, że wyróżniała się z tłumu. Była całkiem urodziwa, ale nie w typie Luny. Jej zachowanie – patetyczne i nieco teatralne po trosze bawiło, a po trosze denerwowało skrzatkę. Z całą pewnością była ona jednak ciekawą osobą z ciekawą historią. Luna łaknęła przygód, a intuicja podpowiadała jej, że Dariane je jej zapewni.
Z racji oczywistej niechęci artystki do osobistych zwierzeń postanowiła zmienić temat.
– Co cię sprowadza do Wolenvain? Mnie, można powiedzieć los tu przygnał. Nie mam jeszcze konkretnych planów na dalszą podróż. Musiałabym troszkę zarobić, bo nie mam nawet na prowiant.…a tutejsze stragany są nieźle pilnowane, dodała w myślach. Nie chciała od razu ujawniać swoich drobnych wad. Wszystkie skrzaty uchodzą za złodziejaszków, Luna jednak z powodu mieszanej krwi nie wyglądała jak typowy skrzat. To jeszcze ułatwiało jej robotę – nikt nie patrzył na nią podejrzliwie, mogła więc działać.
– Można powiedzieć, że też w pewnym sensie jestem artystką – uśmiechnęła się przyjaźnie – chociaż większość nazywa to zwyczajnym rzemiosłem. Potrafię szyć wspaniałe stroje, ostatnio nie mam jednak okazji się rozwijać. Robię to za co mi płacą, a czasy nie ciekawe, to też ludzie nie zgłaszają się po balowe suknie i odświętne tuniki, a tylko po naszycie łaty na starych portkach. – Pociągnęła nalewki i cmoknęła z dezaprobatą. Magiczny, złoty płyn powoli się kończył. Zostało już tylko kilka łyków.
– No cóż, wygląda na to, że nie mamy wyjścia – teraz już musimy udać się do karczmy.– roześmiała się perliście, machając przy tym niemal pustą butelką. Śmiech oznaczał, że trunek jak zwykle zadziałał, po wcześniejszym złym humorze nie było już nawet śladu.
Dariana
Posty: 50
Rejestracja: 05 lut 2012, 21:02
Karta Postaci: viewtopic.php?p=23323#23323

11 kwie 2012, 08:19

Czarnowłosa oglądała jeszcze miejsce, gdzie przed chwilą były jej dzieła, by upewnić się, ze o niczym nie zapomniała. Taki nawyk, wyrobiony po latach ulicznego handlu swoimi pracami. Nieraz zapomniała jakiegoś pędzla, stojaka, czy nawet płótna, co ją bardzo bolało. No, bolało do czasu, gdy przywykła do dokładnych oględzin miejsca sprzedaży przed odjazdem.
Potem odwróciła się do Luny, obdarowując ją lekkim, sympatycznym uśmiechem.
żądza pieniądza! – stwierdziła teatralnie, machając przy tym ręką, niczym arystokratka. Następnie zaśmiała się – Trzeba jakoś zarabiać, prawda? Jeżdżę od wioski do wioski, miasta do miasta i sprzedaję swoje obrazy. Tak żyję. No, poza tym nie ma dla artysty lepszej nagrody, jak ktoś, kto doceni pracę, prawda? – wyjaśniła dokładniej, radośnie sunąc nogami po ziemi, w kierunku siedzenia wozu. Ręką machnęła do Luny, by ta wsiadała. W końcu ileż można kazać na siebie czekać? skoro Luna chciała iść do karczmy, to się do karczmy udadzą.
Po drodze, ogoniasta artystka dowiedziała się o umiejętnościach krawieckich towarzyszki. Jej mizerny, zdający się nigdy nie znikać uśmiech lekko się poszerzył.
To czemu tego nie wykorzystasz? Możesz na tym sporo zarobić. Popatrz… Najpierw zainwestuj w materiały, uszyj coś, a potem idź do jakiegoś krawca, czy manufaktury krawieckiej i pokaż swoje dzieło! Zaoferuj swoje umiejętności! Jestem pewna, że zatrudniliby Cię. W tych czasach samodzielne zaistnienie na rynku jest bardzo trudne… Pamiętasz tą cenę za obraz? Ona taka nie jest. Podałam ją tylko po to, żeby zobaczyć, kto byłby w stanie walczyć o ten obraz. Mogłabym sprzedać i za ćwierć tej ceny! Ech… Może złą taktykę obieram? Mniejsza… Chodźmy do tej karczmy – krótki monolog, zakończony przypieczętowaniem odjazdu. I tak oto powoli, wóz z dwiema kobietami i stertą obrazów ruszył do jakiejś gospody…

<z/t x2> (Ja i Luna. Oczywiście, jeśli nie ma nic przeciwko.)
Następny temat -> Gospoda pod Pechowym Linoskoczkiem
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

11 kwie 2012, 23:25

Był już prawie ranek, słońce zaczynało wyłaniać się znad horyzontu, Aster postanowił rozpocząć powolny spacer po rynku, aby odnaleźć kuźnię, gdyż należało przeprowadzić inwentaryzację.

Jego pancerz był podziurawiony jak ser szwajcarski, zdecydowanie nie spełniał już wymaganej funkcji obronnej, która w tym momencie była bardzo potrzebna młodemu elfowi. Prócz tego potrzebował nowego imagu, aby ludzie, którzy ścigają Infiego, i którzy właściwie są już jego wrogami nie znaleźli go tak łatwo. Należało zmienić praktycznie wszystko. Postanowił zostawić jedynie płaszcz, łańcuch skryć pod czymś, co będzie przypominało fałdę ze skóry.

Pragnął znaleźć pancerz, który byłby połączeniem lekkiego, skórzanego pancerza z elementami metalowymi, typowymi dla ciężkich. Płaszcz postanowił zarzucić na głowę, robiąc swego rodzaju kaptur, ale to dopasuje kiedy będzie już w posiadaniu nowego ekwipunku. Należało zmodyfikować także maskę, aby pasowała kolorystyką i wyglądem do nowego pancerza. Postanowił także dodać mały bonus, mający mylić widzące go istoty, jednakże o tym musiał jeszcze pomyśleć. Pomysł był świeży i należało go dopracować.

Było niemal kompletnie pusto, jedynie paru grajków i sprzedawców zajmowało już należne im miejsca, aby od samego rana móc zarobić na życie.

– Biedne istoty. To musi być strasznie nużące.. Żyć tak na co dzień, sprzedawać jakieś ryby, ubrania, czy cholera wie co jeszcze… Nie mógłbym tak żyć. Przecież w tym nie ma żadnego zastrzyku adrenaliny, przygody… W tym nie ma ambicji! Czymże jest życie bez ambicji? – mówił do siebie elf. Wyglądał na wyraźnie zdziwionego i jednocześnie oburzonego, że inni tego nie zauważają.

"Żyć tylko po to, żeby sprzedawać bezwartościowe przedmioty, aby przetrwać kolejne dni." Ta myśl wydawała się mu zupełnie bezsensowna. Uważał, że prędzej by się sam zabił nim zrobił takie coś.

– To nie dla mnie. To nigdy nie będzie moje życie. Nie dopuszczę do tego…

– A jeżeli będzie, to mam nadzieję, że ktoś to prędko zakończy – dokończył mag wzdrygając się z obrzydzeniem.

Szedł przed siebie, powoli, oglądając szyldy sklepów, budynków, aby nie przeoczyć kuźni. Uczucie wybuchu mocy było coraz silniejsze. Właściwie miejsca, w którym się to wydarzyło. Być może przy okazji uda mu się je odnaleźć. Poczuł smród siarki, charakterystyczny dla demonicznych istot oraz nieumartych. Nie było to wyczuwalne dla zwykłych osób.

Asterias jako mag krwi oraz znakomity tropiciel potrafił doskonale odróżniać zapachy i ślady znajdujące się na podłożu. Jednakże prócz zapachu siarki i śmierci nie potrafił określić dokładnego miejsca, zapewne było chronione w jakiś sposób przez jakiegoś maga, bądź istotę potrafiącą tworzyć takie bariery.

W każdym razie, Czerwony postanowił dalej szukać kuźni…
Awatar użytkownika
Margreth
Posty: 58
Rejestracja: 21 lis 2011, 02:18
GG: 6850576
Karta Postaci: viewtopic.php?p=17117#17117

12 kwie 2012, 00:03

Już dawno temu zgubił resztę drużyny. Zdążył przez ten czas powstrzymać swój głód i ponownie nie mógł sobie wybaczyć tego, że pozbawił życia kolejną osobę, zwykłego, prostego mieszczanina, lecz męczyło go to, mógł mieć rodzinę, może nie otworzy dziś sklepu i nie zarobi by ją utrzymać, może przez niego wszyscy zdechną z głodu? Zabójstwo jednej osoby może wprowadzić prawdziwy łańcuch zdarzeń, które doprowadzą do śmierci wielu innych i jakby na to nie patrzeć, winnym w takiej sytuacji jest morderca, którym w tej chwili był on.
Próbował zapomnieć o całym zajściu i przystosować się do życia w społeczności, wiedział, że niedługo ktoś się dowie, że coraz więcej osób zostaje przez niego pożartych. Wytargował od jednego z handlarzy niezłą szynkę i kawałek chleba po przystępnej ceni, choć nie było to łatwe z uwagi na jego problemy z wysławianiem się i tą wiecznie skrzywioną minę godną osoby poturbowanej przez koło fortuny. Sprzedawca patrzył na niego nieprzychylnie, to samo tyczyło się sąsiednich handlarzy, którzy nie darzyli Mara sympatią już po pierwszy spojrzeniu. to doprowadził do tego, że skrył się jeszcze bardziej w wysokim kołnierzu i opatulił płaszczem, choć nie był to jeden z tych chłodnych poranków. Chwycił co udało mu się zdobyć i skrył pod płaszczem ruszając wzdłuż rynku. Szukając czegoś, choć sam nie wiedział czego. Po prostu chciał zrobić kiedyś coś pożytecznego, ale najwyraźniej nie tego wymagał od niego los.
Szedł tak i spoglądał na sklepowe szyldy. Krok jego był nieco ociężały, częściowo martwe mięśnie utrudniały szybkie poruszanie się więc po prostu dość szybki pełzł, nie zaś kroczył, ciągnął prawą nogę, a dość szybkie kroki starał się stawiać lewą i o to wpadł na kogoś. Nie wiedział co się stało. Zauważył tylko, że on i osoba, o którą zahaczył ledwo złapali równowagę i nawet nie zorientował się czy może nie spowodował czyjegoś upadku. Zauważył natomiast, że upuścił to co udało mu się zakupić, więc schylił się z lekkim problemem i chwycił w rękawice kawałek mięsa i bochenek chleba, by rzucić przed siebie:
Straszliwie prze…praszam panie – głos mu się urywał, jakby się dusił, lecz nie wydawało się to być dla niego czymś niecodziennym. Ujrzał bowiem coś istotniejszego, osobnika, który zdecydowanie wyglądał dość tajemniczo, w końcu krył się nawet bardziej niż on, jakby obawiał się rozpoznania. Przykucając tak utkwił w nim spojrzeniem swych podkrążonych, zmęczonych oczu.
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

12 kwie 2012, 23:38

Czerwony szedł przed siebie, powoli, patrząc na szyldy sklepów i czasem się zamyślając. Spacerował już tak nieco ponad pół godziny. Był to przyjemny spacer, dawno nie miał czasu na zwykłe chodzenie i rozmyślanie o tyłkach elfich niewiast, nieskażonych żadnymi niedoskonałościami, jakby nie z tego świata, stawiających młodszych jak i tych starszych "chłopców" na baczność. Miło było czasem pomyśleć o czymś przyjemnym.

– Eh, przydałoby się wyrwać jakąś powabną dziewoję… – mówił do siebie, uśmiechając się Aster.

Mieć ponad sto dwadzieścia lat i wciąż nie mieć żadnej. To smutne, samotność jest smutna, jednak młody mag nie mógł sobie pozwolić na zauroczenie, ani tym bardziej miłość. Zakochanie się byłoby niemalże wyrokiem dla jego wybranki, z pewnością wrogowie wykorzystaliby to na jego niekorzyść… Ale jednak, jednak ciągnęła ta myśl. Pragnął się w to zagłębić, pomarzyć, być znów wolnym, być znów dzieckiem. I chociaż miał trudne dzieciństwo, za nic by go nie oddał. To dzięki temu jest jaki jest.

Wtedy przypomniał sobie o śnie, bądź wizji, którą miał kiedy po pijaku, z rozpędu obarczył ścianę ciężarem swej głowy. "Ciekawe kim była ta piękna mroczna elfka, którą widziałem?" – to pytanie bardzo go nurtowało.

"Może zapytam o to Adiraela? W sumie dawno z nim nie rozmawiałem, chyba wypadałoby się "zaprzyjaźnić" skoro już jesteśmy ze sobą tak ściśle związani."
Przyjaźń z demonem. To byłoby coś. Ta myśl bardzo spodobała się młodemu Asteriasowi.
Demony są trudne do zrozumienia, a jeszcze trudniej zakumplować się z którymś. Być może to nawet niemożliwe, elf postanowił jednak spróbować.

Kiedy próbował poukładać te myśli w swojej głowie, coś go z nich wytrąciło, poczuł, że się przewraca.
Szybko odzyskał równowagę, zauważył, że uderzył w pewnego faceta.
Obabulonej istocie wypadło jedzenie z ręki, kiedy próbował je podnieść widocznie sprawiało mu to kłopot.
I ten zapach.. Pachniał jakby… zgnilizną?

Spojrzał wtedy na ową istotę, miała na sobie maskę. Po chwili wymiany spojrzeń, mężczyzna zaczął się jąkać i przepraszać elfa. Aster już miał mu pomóc, kiedy zorientował się, że chyba ma do czynienia z nieumarłym. Tak, zdecydowanie coś było z nim nie tak. Jego ruchy, jakby wszystko go bolało, spostrzegawczość Astera i jego doświadczenie magiczne pozwoliło mu to określić.

"A co jeśli jest z tym nekromantą? Nie mogę pozwolić, aby mnie teraz znaleźli." – ta myśl przepłynęła przez jego umysł, przeszywając go na wylot.

– Odpowiedz kim jesteś, albo będę zmuszony nalegać – rzekł Asterias poważniejąc w sekundzie i obarczając truposza lodowatym acz pełnym gotowości spojrzeniem z jego krwistoczerwonych oczu.

– Nie każ mi się powtarzać, inaczej zrobi się nieprzyjemnie, nie mam czasu na babranie – skończył surowo grożąc mężczyźnie.

Młody elf był w tej chwili nieco przestraszony, nie był przygotowany do walki z nieumarłymi, jego magia była na nich prawie bezużyteczna w porównaniu z żyjącymi. Zbliżył swą rękę do ostrza sztyletu, aby w dowolnej chwili móc rozciąć sobie dłoń i zacząć walczyć. Jeżeli go odnaleźli to będzie z nim krucho, musiał się upewnić, że on nie jest sługą lisza.

Postanowił znów posłuchać instynktu, aby określić czy nieumarły próbuje kłamać, w końcu tylko tu mu zostało. Sprawdzanie tego magią krwi odpadało, gdyż trup jak to trup krwi nie ma, a nawet jeśli ma to śladowe ilości. W tym momencie jego niezawodny przyjaciel w postaci instynktu mówił, że trafił na niewinną istotę, ale potrzebował pewności.

Nie mógł sobie pozwolić na wykrycie, gdyż drugi raz mógłby nie dać rady sobie samemu z tym poradzić.
Awatar użytkownika
Margreth
Posty: 58
Rejestracja: 21 lis 2011, 02:18
GG: 6850576
Karta Postaci: viewtopic.php?p=17117#17117

14 kwie 2012, 00:46

Jeśli było coś czego Mar się brzydził to było to czynienie krzywdy innym przez niego samego. Był to zdecydowanie infantylny lęk, w końcu ten świat nie był dla ludzi, którzy boją się użyć siły, jeśli wymaga tego sytuacja. Należy często uderzyć, aby kogoś do czegoś przekonać, komuś coś udowodnić, sprawić, ze ktoś poczuje do ciebie respekt. Jednakże nieumarły nie był jeszcze gotów, by to sobie uświadomić. Jego umysł ledwie przebudził sie po tak potwornej śpiączce. Jego sposób myślenia został przytępiony, tak więc zapomniał zapewne jak należy postępować, zapomniał, że inni są gotowi go zaatakować. Miał jak na razie wiele szczęścia. Odkąd tu przybył wszyscy byli dla niego wyrozumiali, a w szczególności Kaila, właściwie to nagle zastanowiło go gdzie też ona się podziała, potem przypomniał sobie o Vanessie, w końcu to jej lek utrzymał go w stanie trzeźwości umysłu na tak długo.

Nieznajomy rozkazał mu się przedstawić, był to ton pełen groźby, co nie spodobało się truposzowi, jednakże był wciąż w stanie zachować trzeźwość umysłu, ostatnia z jego uczt miała miejsce całkiem niedawno. Był w pełni sił psychicznych jak i fizycznych, choć mogło się wydawać inaczej. Kątem oka wypatrzył, że mężczyzna po coś sięga. Upuścił pożywienie ponownie i wystawił ręce do przodu tak jak to czasem robią zaklinacze zwierząt, kiedy chcą je uspokoić.
Stój! – powiedział twardo i stanowczo. – Nawet się… nie znamy. Nie musimy… walczyć – rzekł już spokojniejszym tonem, robiąc przerwy na zebranie powietrza, choć po ruchach jego ciała nie było widać, by rzeczywiście oddychał, ta tajemnicza reakcja musiała utrudniać mu porozumiewanie się.
Jestem Margreth. Zwą mnie… Bładzącym. To był… wypadek. Nie chciałem uczynić nic… niepokojącego – spoglądał na tajemniczego wędrowca swym zimnym spojrzeniem, w którym iskrzyła się odrobina nadziei, lecz było w tym zakodowane coś jeszcze, prośba o odpowiedź. W końcu skoro sam się przedstawił to żądał tego samego. W końcu skąd mógł wiedzieć, że stoi przed nim ktoś kto obawia się mówić kim jest? Takich osób nie spotyka się często. Tym bardziej on nie pamiętał jeszcze, że takie osoby w ogóle istnieją.
Zamarł tak w bezruchu i oczekiwał reakcji, gdyż jego abstrakcyjne myślenie nie było aż na tyle przebudzone, by mógł sobie ułożyć jakiekolwiek scenariusze. Zapewne gdyby był wciąż żywy, to bałby się w takiej sytuacji, lecz nie znał już uczucia strachu, pozostały tylko żałość, smutek i to nostalgiczne poczucie, że gdzieś tam, w przeszłości utracił honor, który musi odzyskać.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

19 kwie 2012, 19:25

Gdyby nie bliska obecność Wygnańca, cała sprawa potoczyłaby się inaczej. Ostrze nie było wówczas celem Infiego, nigdy nie miało nim być. Zew czarnego, runicznego miecza przebił się do niego z kamienicy, w której zaraz potem nastąpiły straszne, lecz wielkie i widowiskowe wydarzenia. Pełen szlachetnych pobudek, poczucia słuszności i swoistego bohaterstwa, wojownik wkroczył do sklepu, wmawiając sobie, że ten nagły przypływ rycerskości to całkiem normalna sprawa, lecz jego zachowanie znacząco odbiegało od normy. Infi nigdy nie był przykładem typowego, praworządnego herosa, który z pieśnią na ustach i obnażonym orężem rusza do walki ze złem zagrażającym spokojowi mieszkańców Wolenvain. Tolerował przejawy łamania prawa, ba! często sam dopuszczał się drobnych machlojek, w miarę możliwości pomijając długotrwałe procesy związane z opłacaniem cła czy innymi tego typu, jego zdaniem, niepotrzebnymi, biurokratycznymi aktywnościami. Z pewnością nie był kimś, kto na sam widok podejrzanych osobników naraża własne życie, aby chronić nieznanych frajerów, którzy sami są sobie winni, że nie zabezpieczyli drzwi swoich przybytków przed włamaniem.
Wszystko to zmieniło się w chwili, gdy mężczyzna nieświadomie poczuł zew manipulującego jego ruchami przedmiotu, który uaktywnił się, gdy tylko znalazł się w pobliżu. Nagła potrzeba popchnęła wojownika do siania zniszczenia wśród tych, którzy stanęli na jego drodze do bliżej nieokreślonego celu. Zabił… czy właściwie poćwiartował ósemkę dziwnych, nie czujących bólu przeciwników, a byłoby ich więcej, gdyby nie fakt, że napotkał na swojej drodze to, czego szukał od początku – miecz Wygnańca, kusząco pozostawiony samemu sobie pod ścianą pomieszczenia. Nawet gdyby nie nadzwyczajne okoliczności, połyskujące, niedawno przekute runiczne ostrze przyciągnęłoby każdego, kto potrafi docenić kunszt rzemieślniczy. Zdecydowanie można było powiedzieć, że kowal wykonał tutaj naprawdę dobrą robotę, wręcz genialnie posługując się młotem i dłutem.
Czar minął, gdy dłoń Infiego zacisnęła się na otoczonej rzemieniami rękojeści szepczącego oręża, które nie pozwalało rozluźnić uścisku. Jego ramię eksplodowało bólem, a wyniszczana przez fizyczne i psychiczne cierpienie jaźń wycofała się wgłąb umysłu, pozostawiając na zewnątrz tylko pierwotne, podstawowe instynkty. Nie panując nad sobą, demonoid rzucił się na łeb, na szyję, przez okno w kształcie lotosu, chcąc jedynie zakończyć swoją mękę. Upadek nie należał do miękkich. Lewy bark miecznika został wybity ze stawu, boleśnie deformując dobrze wyrzeźbione ciało mężczyzny. Nie wiedzieć dlaczego i jakim sposobem, wierny towarzysz wojownika, zwykły, półtoraręczny miecz, który w czasie jego akrobacji nietypowo przewieszony był ukośnie przez plecy Infiego, nie zrobił mu żadnej krzywdy, nie złamał się i nie spowodował większych szkód, i tym razem nie zawodząc swojego pana.
Wstrząs podziałał. Wygnaniec pozostał tam, gdzie upadł znajdujący się na granicy świadomości wojownik, podczas gdy Infi potoczył się z impetem na drugą stronę ulicy, w cień płytkiego podwórza, ostatkiem sił odczołgując się pod ścianę nieznanego budynku. W tej chwili można było uznać to za okoliczność sprzyjającą, bowiem po chwili kamienica z wybitym oknem eksplodowała z ogłuszającym hukiem, znacząc nocne niebo feerią barw i płochym dymem. Jak można było się spodziewać, wraz na miejscu zdarzenia pojawili się gapie, strażnicy i gawiedź, która mimo późnej pory zerwała się z łóżek. Mieszkańcy miasta po tak strasznym wydarzeniu jak oblężenie byli cokolwiek przewrażliwieni, jednak eksplozja stanowiącej ongiś dobrze prosperujący sklep kamienicy mogłaby poruszyć nawet skałę. Sytuacja została opanowana nad wyraz szybko, nikt nie zauważył leżącego z dala od centrum wydarzeń Infiego, wszyscy patrzyli w górę – na pióropusz dymu oraz wiszących na drzewie trzech mężczyzn, prędko wywleczonych przez straż.
Nowy posiadacz Wygnańca żył, utrzymując się w stanie półprzytomności, prowadząc własną, psychiczną walkę z rozrastającą się w jego wnętrzu plugawą esencją, mocą, która zagościła w jego ciele, wypleniając część człowieczeństwa. Toczył walkę, którą przegrał już na starcie, dotykając ostrza demonów. Jego oczy otworzyły się nad ranem… stając się jednolicie czerwone, złowrogie i inne.

Infi wstał z trudem, czując, jak jego kości protestują z każdym ruchem. Lewy bark opuchł, zniekształcił się i promieniował bólem… bólem, który powinien okazać się o wiele silniejszy. Miasto było gotowe na powitanie kolejnego świtu, o czym świadczyła rozświetlająca niebo, szara, wzbierająca poświata. Wojownik warknął cicho opuszczając głowę, gdy jego nowe oczy zapiekły żywym ogniem, nienawidząc nawet tak delikatnego światła, powoli wyciągającego szczegóły jego postaci z mroku, ukazując zaschniętą krew, pokrywającą go od stóp do głów. Rzeź, jakiej dokonał w tajemnicy nigdy nie wyjdzie na światło dzienne, jednak jego wygląd sugerował, że przez pół nocy taplał się w posoce… co wcale tak bardzo nie mijało się z prawdą.
Miecznik musiał się spieszyć… wkrótce gospodarz kamienicy, przy której wylądował, dostrzeże go pod ścianą, a widząc jego iście makabryczną aparycję niechybnie wezwie straże. Infi potrzebował znaleźć kogoś, kto poniesie dla niego Wygnańca, ale najpierw po prostu chwycił poczerniałą, popaloną, ale sprawną dłonią wyłamany bark i korzystając ze swojej niesamowitej siły po prostu wepchnął kość na miejsce, krzywiąc się z bólu i charcząc, jakby nieudolnie udając śmiech. Demonoid wyszedł na ulicę. Pochylając się nieco na lewą stronę, gdzie jego ramię nadal było luźne i niesprawne, szukał łzawiącym wzrokiem miejsca impaktu jego ciała z jak dotąd nieustępliwą ziemią. Znalazł. Czuł, że Wygnaniec tam jest, wiedział, że nikt go nie wziął, a jego bezpieczeństwo zostało zagwarantowane przez zwały cegieł i drewna ze zniszczonej kamienicy.
Kątem oka dostrzegł dwie postacie, z czego kontur jednej wydawał się mu niezwykle znajomy. Wyglądało na to, że nieco wyższy mężczyzna dąży do rozwiązania jakiegoś konfliktu jedynym słusznym sposobem – pojedynkiem. Nie widząc wiele poza Asteriasem, demonoid podążył w kierunku rozmawiających nieopodal gruzowiska mężczyzn.
– Ty - rzekł chrapliwie, wskazując palcem odzianego w zniszczony, czerwony pancerz elfa, o którym wiedział, że może go znać i nie przejmując się jego planami na dzisiejsze przedpołudnie, w tym rozmowami z chodzącymi trupami. Nie wiedzieć, czy przez upadek, czy szok wywołany zetknięciem z czarnym ostrzem, Infi nie potrafił skoncentrować myśli i przypomnieć sobie, kim elf tak naprawdę był. – Za mną. Poniesiesz go. - Jego słowa były stanowcze, dość głupie, jeśli spojrzeć na jego stan i dość gwałtowną, zważywszy na zachowanie, osobowość Asteriasa, ale nie dbał o to. Musiał iść do Linoskoczka, gdzie miał zjawić się przed świtem. Nie wiedział jeszcze dlaczego, ale był pewien, że właśnie tam teraz powinien być. Nie miał czasu do stracenia, chciał tylko, aby Wygnaniec podążał za nim.
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

22 kwie 2012, 16:09

Krew Astera płynęła nader szybko przyspieszana strachem i przerażeniem, które mimo to dobrze ukrywał pod maską twarzy. Obecność nieumartego sprawiła, że młody mag zwątpił w to czy dożyje jutra, wiedział, że nie poradzi sobie ze swoimi dawnymi pracodawcami.

Nie był pewien co zrobić. Nie chciał skrzywdzić niewinnej istoty, nawet jeśli była już od dawna martwa. Ów nieboszczyk począł zaprzeczać, starał się wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji, powstrzymać maga przed atakiem. Nie wyglądał na przerażonego, wręcz przeciwnie, po prostu nie chciał walczyć.
Asterias już gotów by ciąć swą dłoń, aby móc zainicjować zaklęcie, zwątpił po chwilowym zastanowieniu się.

– Ja… przepraszam. Nie powinienem reagować tak gwałtownie. Masz ra… – ciągnął Czerwony wciąż będąc przygotowanym do ataku w kierunku nieumartego mężczyzny, chcąc chować sztylet, gdy nagle jego uwagę przykuł człowiek skąpany we krwi, jakby się w niej kąpał. Aster poczuł, że większość z ów posoki nie była nawet jego. Wyglądał na nieźle poturbowanego, mag pozostał w gotowości do ataku, gdyby czegoś próbował mógł go teraz z łatwością wykończyć, dzięki takiej ilości krwi.

Wojownik zbliżał się z ich stronę. Gdy był już na tyle blisko, elfi mag rozpoznał ów miecznika.

– INFI! – krzyknął Czerwony zupełnie zapominając co się przed chwilą działo.
"Chyba zaraz będę miał kłopoty" – pomyślał Aster.

Był gotów ponieść konsekwencje, jednakże nie zamierał umrzeć. Przynajmniej nie teraz. Zbyt wiele nieścisłości. Tak mało osiągnął. Pragnął stać się legendą, dlatego nie mógł sobie pozwolić na śmierć.
Infi szedł powoli, sam widok wojownika napawał bólem. Sam wojownik zaś zapewne walczył całą noc, aby właśnie tak wyglądać, a naprawdę wyglądał… imponująco? Aster wyczuł tam 5… 7 rodzajów krwi? Nie mógł dokładnie tego określić.

Infi zwrócił się do młodego elfa, nakazał mu iść za sobą i coś ponieść.
"Ciekawe dlaczego sam sobie tego nie poniesie…." – zastanawiał się.
Asterias zauważył, że miecznik najwyraźniej nie miał pojęcia, że już się spotkali. Było w nim także coś innego. Przez ostatnie doświadczenia odkrył, że udaje mu się coraz lepiej sprecyzować aury demoniczne, czasem nawet magiczne pobliskich istot. Może to przez częściowe zespolenie z demonem w przytułku, a może po prostu dużo czasu przebywał obok magów i istot demonicznych. W każdym razie potrafił już mniej więcej określić czy dana istota była uzdolniona magicznie bądź określić jej demoniczne korzenie, jednak były to dopiero początki zaznajamiania się z nową umiejętnością. Energia bijąca z wnętrza miecznika była o wiele większa i dało się określić jej pochodzenie. Było ono z pewnością demoniczne, bardzo silne doznanie świadczące, że coś się w nim zmieniło. Oczy demonoida wyglądały teraz na bardziej złe i nie opuszczała ich barwa czerwieni, były bardzo podobne do tych Astera, jednak ciemniejsze. Coraz mniej było w nim dawnego wojownika.

Czerwony postanowił pójść za kosiarzem. Przypomniał sobie, że przed chwilą wpadł na Marga
– Przepraszam za ten wybuch, Margreth. Wygląda na to, że pójdę za tym mężczyzną – zwrócił się do zombiego mag.

Przyglądał się dokąd zmierza demonoid. Dopiero teraz zorientował się, że rozmawiał z nieumartym niedaleko "świeżo zburzonego budynku", który był również celem wojownika. Najwyraźniej coś tam zostawił, aż dziw, że Aster wcześniej nie wyczuł energii z ruin. Pewnie adrenalina uderzyła mu do głowy podczas "rozmowy" z Marem.
Wtedy zdał sobie sprawę, że aura z gruzowiska przypomina tą, którą czuł będąc jeszcze w Linoskoczku.
Zaintrygowała go ta sprawa, postanowił to sprawdzić.
Awatar użytkownika
Margreth
Posty: 58
Rejestracja: 21 lis 2011, 02:18
GG: 6850576
Karta Postaci: viewtopic.php?p=17117#17117

23 kwie 2012, 21:43

Atmosfera była bardzo napięta, zdawała się narastać z każdą chwilą, co nie wróżyło pomyślnego przebiegu spotkania. Jego oczy śledziły mimowolnie wzrok potencjalnego przeciwnika, zachodziło to bardzo instynktownie. Jego ciało znieruchomiało, co pozwalało mu na bezbłędne ocenienie, czy tajemniczy mężczyzna w szkarłacie coś planuje. Widział ruch pod płaszczem. Z racji, że nie było wiatru, który mógłby poruszyć materiałem, musiał to być ruch ręki. Instynkty Mara podpowiadały mu, co to oznacza, czuł, że już wiele razy był w podobnej sytuacji. Dłoń zaraz pochwyci jakąś ukrytą broń, oręż zapewne szybko zostanie przemieszczony za pomocą zamachu, by zadać cios. Nie podobało się to nieumarłemu. W sytuacji, gdy zostanie zaatakowany będzie musiał się bronić, a to doprowadzi do odkrycia przed tutejszymi ludźmi, że nie jest żadnym schorowanym mężczyzną, lecz ohydną bestią. Słowa mężczyzny odzianego w czerwień nie uspokoiły go ani trochę, gdyż zdawały się jedynie mieć na celu odwrócenie uwagi od tego ruchu. Nie chciał jednak wpadać w niepotrzebny konflikt, kiedy można było go oszczędzić.
W porządku. Nie musimy… walczyć. Nie zamierzałem-
Już chciał udobruchać przeciwnika, lecz wtem dzika część jego osoby wyczuła charakterystyczną woń, jakkolwiek stwierdzenie, że wyczuł woń jest tu niepoprawne, gdyż był to swego rodzaju dodatkowy zmysł sprawiający, że potrafił zorientować się w czyjejś aktualnej lokacji, szczególnie, gdy osoba taka ociekała krwią. Widok ten nie należał do codziennych, ze względu na to, że znajdowali się w środku miasta, gdzie poziom tolerancji w kwestii takich widoków był na pewno zaniżony, a wszystkie okropności działy się tu pod osłoną nocy oraz jej sługi jakim był mrok. Mężczyzna, którego ujrzał zombie, był pokryty posoką, jakby oblewała go obficie, wielokrotnie i to dość niedawno, co przyczyniło się do zróżnicowanego poziomu krwawych plam – jedne były już wyraźnie starsze od pozostałych i na odwrót, inne świeższe, choć na pewno ich powstawanie dzielił niedługi okres czasu. Chylił się ku jednej stronie jakby utrzymanie równowagi sprawiało mu w tej chwili trudność, a słowa jakie wypowiedział i sposób w jaki podchodził do tej sytuacji, były po prostu szalone i anormalne.
Nieumarły powstał i spoglądał jak elf zmierza ku tajemniczemu wojownikowi, jak mógł mniemać, gdyż jego stan wskazywało zdecydowanie na to, że parał się tym rzemiosłem. Było w tym wojowniku coś niepokojącego. Nie spotkał nigdy nikogo kto patrzył w taki sposób na innych oraz był tak wypruty z emocji, by nie okazywać ani odrobinę, że doskwiera mu ból, co dało się przecież wyczytać z jego pozy, zaś twarz rzeczywiście nie zdradzała za wiele. Był najwyraźniej o wiele bardziej zajęty jakimś wyższym celem, choć niekoniecznie, może był taki zawsze. Margreth nie mógł tego rozumieć. Nie mógł tego rozumieć, gdyż nie posiadał tak wyrobionego spojrzenia na świat, by móc śmiało powiedzieć, iż stoi przed nim morderca, szaleniec albo odwrotnie – bohater. Smutne, niepokojące spojrzenie nie zniknęło. Nie zostało zastąpione przez ciekawość, choć ta kryła się w nim i była wciąż niespełniona. Kolokwialnie mówiąc ta ciekawość go zżerała. Nic, więc dziwnego w tym, że poznanie imienia brzmiącego Infi mu nie wystarczyło. Wciąż szukał odpowiedzi, powinien to robić wszędzie, czemu więc i nie tutaj.
Poczekajcie! – Zawołał, choć trud jaki mu to sprawiło był wyczuwalny, a wołanie pozbawione było pewnej siły, którą posiadali żyjący czy też raczej nie na wpół zgnili. – Brzmieć to może… absurdalnie, lecz… chcę ruszyć z wami – mówił na tyle głośno, by go słyszeli, wciąż jednak robiąc te przydługie przerwy na złapanie oddechu, czego oczywiście nie robił, gdyż dawno czynność ta przestała mu być potrzebna. Ruszył za nimi dość pośpiesznie jak na niego, licząc, że otrzyma jakiś znak słusznie podjętej decyzji, a także mając cichą nadzieję, że zgodzą się bez mrugnięcia okiem. To co robił było wszakże ryzykowne. Pokryty krwią wojownik zmierzał ku czemuś i mógł przecież uznać, że Mar chce mu to odebrać. Skąd jednak nieświadomy takich konsekwencji Margreth mógł wziąć taki obrót spraw pod uwagę?
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 kwie 2012, 00:05

To było do przewidzenia. Asterias chciał w tylko jemu znany sposób wykorzystać fakt, że zbroczony krwią wojownik zdaje się nie pamiętać, kim elf dla niego jest. Dobitnie świadczył o tym fakt, że do teraz czerwony mag nie musiał salwować się ucieczką przed rozwścieczonym, pełnym adrenaliny i żądzy mordu rzeźnikiem, chcącym pozbawić go kilku kończyn. Zdecydowanie, Czerwony zasługiwał na to i wiedział, że prędzej czy później nie uniknie konsekwencji swoich czynów… nawet jeśli nie był niczemu winny, a wszystko to tylko niefortunny zbieg okoliczności. Sprawiedliwość była ślepa, a denerwowanie niezwykle silnego fizycznie demonoida musiało zostać ukarane. Niemniej, nie miało to nastąpić w tym miejscu i czasie. Wkrótce jasnym stało się, że obicie mordy Asteriasowi nie jest w żadnym stopniu celem dziwnie zachowującego się mężczyzny.
Infi wyglądał, jakby nie za bardzo przejmował się motywami napotkanego maga, wręcz przeciwnie – ważnym dla niego było tylko to, że sie zgodził. Wojownik po prostu odwrócił się od rozmawiających chwilę temu mężczyzn, wbijając wzrok w brukowane podłoże, z dala od znienawidzonego słońca. Słowa Margretha przeszły bez echa, jakby niedosłyszane przez Infiego, mimo, że wypowiedziane były dostatecznie głośno, a w nadal rozespanym po nocy powietrzu niosły się daleko.
W końcu wojownik doszedł do znajdujących się nieopodal, świeżych ruin, nadal noszących ślady niedawnej katastrofy. Doskonale wiedział, gdzie znajduje się miecz, jednak nadal czuł, że nie może go dotykać, jeśli chce zachować swoje ciało w jednym kawałku. Wygnaniec leżał pod gruzami, więc Infi nie przejmując się ewentualnymi gapiami czy strażnikami czym prędzej począł zdrową ręką rozgarniać bloki skalne, a dzięki jego niespotykanej sile nie sprawiło mu to żadnego widocznego problemu. Ba! po chwili zaczął pomagać sobie lewą dłonią, tą połączoną z niedawno jeszcze wybitym barkiem. Taka czynność musiała wywoływać ogromny, dojmujący ból, jednak wojownik nie okazywał niczego na zewnątrz. Jeśli cierpiał, robił to po cichu, będąc doskonałym aktorem. Drugie wytłumaczenie było prostsze – Infi po prostu nie czuł bólu tak, jak wszyscy inni.
Praca poszła nad wyraz sprawnie, i wkrótce Wygnaniec zabłysnął w niedawno wzeszłym słońcu, w pełni oswobodzony z drewnianych oraz kamiennych odłamków.
– Weź go. Idź za mną - powiedział krótko Infi do Asteriasa, licząc, że wypełni jego polecenia i domyśli się, że chodzi o miecz. Po chwili jednak wojownik odwrócił się wręcz nienaturalnie szybko, jakby dopiero teraz dostrzegając obecność trzymającego się z tyłu Margretha. Wygnaniec był bezpieczny. Można było zająć się innymi sprawami. Infi zmrużył oczy i poruszył poplamionymi krwią chrapkami, węsząc przez chwilę.
– Idziesz ze mną na pustynię - stwierdził po chwili przyglądania się nieumarłemu, a w tym zdaniu nie kryło się zupełnie nic. Nie było w nim groźby, rozkazu, obietnicy, po prostu stwierdzenie oczywistego faktu, jakby dotyczące dzisiejszej pogody, która, nawiasem mówiąc, zaczęła się już psuć. Kilka malutkich kropel deszczu spadło na twarz demonoida, rozmywając brud w krwawe łzy.
Infi ponownie wbił wzrok w podłoże, jakby dłuższe patrzenie na Margretha sprawiało mu ból, po czym odwrócił się ku swojemu celowi – karczmie „Pod linoskoczkiem”. Kroki wysokich, sznurowanych butów poniosły się echem po uśpionej uliczce, która zaraz miała wypełnić się tłumem zmierzającym na rynek osób. Należało działać relatywnie szybko. Reakcja mieszkańców Wolenvain na trzech niecodziennie wyglądających mężczyzn – pokrwawionego wojownika, elfa w zniszczonym pancerzu oraz nieumarłego mogła być cokolwiek nieprzyjazna.

Z/T.

Wróć do „Centrum miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 24 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 23 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.