Ruiny bramy zachodniej

Największe, podupadłe na skutek wojen miasto Autonomii i jej stolica. Wiele z budynków, w tym zachodnia brama miejska, stoi w ruinie, a liczba bezdomnych jest tutaj przerażająco wysoka. Miasto dzieli się na cztery dzielnice, a jego rynek jest największy w Znanym Świecie.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Ruiny bramy zachodniej

07 paź 2011, 20:36

Brama zachodnia była niegdyś głównym wejściem do Wolenvain, przez które zdolne były przejść karawany kupieckie i defilady wojskowe. Czasy świetności bramy minęły w 410 roku EF, kiedy to została ona zniszczona przez samych obrońców, aby uniemożliwić wojskom Imperium Zachodniego wdarcie się do miasta. Od tamtej pory niegdysiejszy powód przechwałek mieszkańców Wolenvain spoczywa w gruzach. Zalegające na ziemi pozostałości z czasem zostały uprzątnięte i jest ona przejezdna, choć nadal niewątpliwie zniszczona. Trzymetrowy wjazd do miasta osłaniają jedynie po bokach dwie popękane kolumny, które mają podobną do murów wysokość. Nie wyglądają imponująco, a cokolwiek dawniej się na nich wspierało było całkowicie i definitywnie nieobecne. Miejscami na najbliższych fragmentach muru, a także kamieniach traktu można było dostrzec ślady po odłamkach, które zostały wyrzucone z ogromną siłą z eksplodującej bramy.

Brama jest jednym z wielu powodów konfliktów, które narastają w Wolenvain. Ta część muru należy do cechu garbarskiego, który zresztą swojego czasu uprzątnął gruz. Jednak ze względu na fakt, że została ona zniszczona przez obrońców cech odmawia naprawy, twierdząc, że to miasto powinno zapłacić za szkody wyrządzone przez powołanych przez siebie żołnierzy. Miasto jednak nie jest skore do żadnych ustępstw. Idealnym rozwiązaniem byłoby znaleźć kozła ofiarnego, jednak zarówno sprawcy zdarzenia, jak i ówcześni rządzący ulotnili się już dawno temu. Tak długo jak cech garbarski, oraz miastowi urzędnicy nie dojdą do jakiegoś kompromisu brama ta pozostanie zniszczona.

MG
Obecnie przy bramie zbierała się czwarta kompania piechoty, dowodzona przez kapitana Ajena Firaara. W oczekiwaniu na rekrutów, kapitan przechadzał się w tę i wewte, co i rusz sprawdzając barykadę utworzoną przy zamkniętej na cztery spusty bramie. Niepokój malował się na jego twarzy – to tutaj prawdopodobnie uderzy pierwsza fala szturmowa wojsk Zachodu, chociaż kapitan modlił się, aby Imperium nawet nie pomyślało o szturmie. Śmierć w boju była bardziej chwalebna, niż śmierć z głodu podczas przeciągającego się oblężenia, ale walka czwartej kompanii jako pierwszej na linii defensywnej przy bramie zachodniej była z góry przegrana.

Każdy z rekrutów przydzielonych do czwartej kompani winien zgłosić się do kapitania i dostosować się do jego rozkazów.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

03 lip 2012, 04:12

Prowadząc przez miasto swoją pierwszą, pełnoprawną drużynę, Infi wydłużał krok, wręcz emanując entuzjazmem. Każdy ruch przybliżał go do upragnionego, choć nieokreślonego celu, a poruszanie się w dowolnym kierunku zawsze było lepsze, niż siedzenie w jednym miejscu. Czerwonookiemu udało się zebrać niecodzienną grupę awanturników, z których właściwie żaden nie zadawał kłopotliwego, acz zasadnego w tym przypadku pytania – „Co będę z tego miał?”. Wszystkie napotkane istoty po prostu poszły za nim, jakby był kimś, kto potrafi pociągnąć za sobą tłumy, wypowiadając kilka prostych zdań. Inni w jego położeniu na pewno czuliby się potężni, wiedząc, że wyłącznie za sprawą swojego języka zjednali sobie drużynę dość przypadkowych osób, jednak Infi po prostu szedł w milczeniu przed siebie, nie odwracając głowy, słysząc za sobą ciężkie, minotaurze kroki, szelest materiałów, podzwanianie oręża… Entropia była z nim. Miał tylko nadzieję, że nie mylił się co do niej i zakładając, że pójdą za nim do samego końca nie będzie zmuszony srogo się zawieść.

Chociaż grupki narwanych poszukiwaczy przygód takie jak ta były niewątpliwie bardzo popularne w całej Autonomii, zbieranina tak różnych, nie tylko wyglądem, ale też charakterem i poglądami istot idąca w jednym kierunku jedną z najbardziej uczęszczanych dróg Wolenvain wzbudzała duże zainteresowanie przechodniów. Z jakiegoś powodu Infiemu zaczęło się to podobać, jakby miasto żegnało go, życząc powodzenia. Jego nieogoloną twarz na krótką chwilę rozjaśnił mimowolny uśmiech. Idąc przez miejskie ulice, Infinitus sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie, jakby dopiero co wychędożył cnotliwą dzierlatkę.

Dawna Brama Zachodnia, obecnie leżąca w ruinach, oczyszczonych tylko na tyle, aby umożliwić przejazd średniej szerokości wozu wyglądała tak samo, jak wczoraj, z tą różnicą, że ozdabiali ją inni strażnicy. W mniemaniu Infiego służyli oni jedynie do dopełniania wyglądu ważnych budynków, a wartość bojowa takich zakutych w zbroje „żołnierzy” była znikoma. Strażnicy podobno istnieli też po to, aby zniechęcać do popełniania przestępstw i ścigać tych, którzy jednak odważyli się to zrobić, jednak sądząc z tego, że prawdziwe zbrodnie popełniano poza ich zasięgiem, nie szło im zbyt dobrze.

Pod bramą, prócz zwyczajowego tłumku poruszających się w tę czy tamtą stronę, miecznik dostrzegł również znajomą mu sylwetkę. Zdumiewające, że nawet po tak długim czasie, jaki minął od świtu, Arael postanowiła na niego czekać. Prawda, zobowiązała się mu towarzyszyć, jednak mogła po prostu rzucać słowami na wiatr niczym wytrawni urzędnicy pałacowi, chcąc po prostu osiągnąć własne, pokrętne cele. Uzbrojona wojowniczka okazała się kimś innym niż zimną profesjonalistką, za którą chciała uchodzić. Miała swego rodzaju poczucie honoru, cechę właściwie niespotykaną w jej fachu. Towarzyszył jej wysoki mężczyna, swoim wzrostem prawie dorównujący ponadprzeciętnemu pod tym względem Infiemu. Białe, długie włosy spadały mu na ramiona, jednak to, co w jego wyglądzie zwracało największą uwagę, znajdowało się niemal na całym jego ciele. Misternie stworzona zbroja kłuła po oczach złotymi zdobieniami, odbijając blask stojącego niemal w zenicie słońca. Mężczyzna wyglądał rycersko, ze swoim jednoręcznym mieczem przy pasie i wyprostowaną postawą. Rozmawiał z Arael, jednak znaczenie wypowiadanych przez niego słów rozmyło się w wypełnionym zgiełkiem powietrzu. W tym hałasie było coś niecodziennego… jakby tłum ludzi zmierzał tutaj tylko po to, aby zobaczyć jakieś widowisko. Oczywiście ze swojej perspektywy Infi nie mógł wiedzieć, że owym widowiskiem jest stojąca za murami miasta Lleyrnimehth, smoczyca, na której grzbiecie przeleciał przez połowę Autonomii. Jakby na wspomnienie o tym wydarzeniu, świerzbem odezwały się otarcia po wewnętrznej części ud mężczyzny. Zdecydowanie nie było to najwygodniejszy środek transportu, jakim przyszło mu się poruszać. Nie zwlekając, ciekaw, co ściąga tutaj tłumek ludzi, Infi zdecydował się przerwać rozmowę białowłosego rycerzyka z Arael.

- Miło, że tu jesteś - rzekł bez wstępów, patrząc na czerwone oczy kobiety, nie zdając sobie sprawy z tego, że po wydarzeniach ostatniej nocy jego własne patrzałki stały się prawie takie same, jak jej. - Wybacz spóźnienie, sprawy się… skomplikowały - dodał, odwracając się bokiem i wskazując na resztę swojej kompanii, jakby sama jej obecność miała wszystko wytłumaczyć. Niestety, nie tłumaczyła niczego, podobnie jak punktowo upaćkane krwią ożywieńców, na szczęście, dzięki Lunie, już nie dziurawe odzienie Infiego. - Jeżeli nadal chcesz iść ze mną na Pustynię Śmierci, musisz wiedzieć, że staniesz się częścią Entropii. - Oczy mężczyzny zabłysnęły w słońcu podczas wypowiadania ostatniego słowa. Po tej długiej, jak na niego, przemowie, zawierającej pełne zdanie złożone, wojownik skierował swoje spojrzenie na firycka w zbroi, jakby go oceniając. Infinitus zmrużył oczy.

- Jestem Infi - powiedział po krótkiej pauzie, nabierając powoli wprawy w ciągłym przedstawieniu się. Wyciągnął dłoń do tamtego, chcąc, starym zwyczajem, przywitać nieznajomego. Coś mówiło miecznikowi, że Merratron jest kimś wartym uwagi, nie tylko z powodu niespotykanej bladości skóry i porządnego przyodziewku.

Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

03 lip 2012, 14:51

Arael uświadomiła sobie, że to, co Merr powiedział było prawdą. Praktycznie nie rozmawiali po tym, jak w brutalny, bezlitosny sposób pozbawiła mrocznego elfa życia. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, była zbyt zmęczona by jej uwagę przykuł tak nieistotny szczegół. Teraz jednak wydało jej się to dalece istotniejsze. Tak, jakby jej uczeń był przerażony, tak, jakby nie wierzył w to, co zobaczył. Tak, jakby nie chciał jej już więcej znać, jakby uznał, że całe zadeklarowanie poszukiwania mistrza lub mistrzyni było jedną, wielką pomyłką. A jednak, patrząc z drugiej strony, wrócił. Wrócił, co prawda po jakimś czasie, jednak wrócił i znów był gotowy. Wierność, chociaż nie niewzruszona. Nie jest ślepo oddany, ma własny umysł i nim się kieruje. Potrzebuje swoich własnych przemyśleń, nie będzie za mną głupio podążał. Zachowuje się tak, jak…jak ja zachowywałam się wobec Tarretha. Będzie doskonałym uczniem, o ile nie powtórzy mojego ostatniego aktu szkolenia. Łowczyni postanowiła wszystko powiedzieć sobie w myślach, nie przerywać jego słów. Żadne z nich nie było na tyle butne, żeby przyjąć na siebie całą winę, Arael uznała, że nie ma sensu się kłócić. Ona przyjęła na siebie część odpowiedzialności, podobnie jak on. Tak naprawdę żadne nie było winne, jednak nie miała odwagi, by to głośno powiedzieć.
Przedstawił jej swoje stanowisko dotyczące pustyni. Rzeczywiście, jego blada cera i białe włosy wskazywały na to, że jego ciało nie jest przystosowane do znoszenia tak ogromnych ilości światła słonecznego, jakie prawdopodobnie panują na pustyni. Był to kłopot, jednak być może Ayumi, prawdopodobnie biegła w magii istotka będzie w stanie mu jakoś pomóc. Nie interesowały go skarby, wyprawy, przygody.
On potrzebował swojego światełka w tunelu.
- Przybędzie tu śmieszne, zielone stworzonko. Może ono będzie w stanie coś poradzić na Twoją bladość. Nie wiem, magiczna chmurka, przenośny cień. Nie znam się na magii. – chciała powiedzieć jeszcze kilka rzeczy, jednak przerwało jej głośne tupanie i brzęk metalu. Zbyt głośne na Infiego, brzęk metalu zbyt zwielokrotniony na jego pojedynczy miecz. Wychyliła się zza zasłaniającego dokładny widok elfa i zmrużyła oczy, nieco przyślepione słonecznym światłem. Nie od razu widziała wszystko, jednak była w stanie rozpoznać Infiego, idącego na czele i Ayumi, drepczącą w pobliżu miecznika. Oraz zbieraninę innych osobliwości, z czego najbardziej w oczy rzucał się odziany na czerwono elf. A może wielki jak cholera minotaur? A może kobieta, której puszyste ogony (!) lekko kołysały się na boki? A może również pokaźnych rozmiarów gnoll, idący w pobliżu minotarua? Idący w jej i Merra stronę byli prawdziwym, kalejdoskopowym zlepkiem wszystkiego tego, co mogła sobie wyobrazić. Prawdziwym chaosem. Chciała jeszcze porozmawiać z Merrem, jednak nie przy Infim, który był już na tyle blisko, że usłyszałby wszystko. On także najwidoczniej uznał, że jest na odległości sprzyjającej mówieniu, bo wyraził swoje zadowolenie jej obecnością. Była Łowczynią, a wyprawy w takie miejsca nie zdarzały się codziennie. Nie mogła tak po prostu przepuścić jej przez palce. Czuła też niejaką satysfakcję, że jej oczekiwania pokryły się z prawdą. Infi i Ayumi wciąż przebywali w mieście. Jak widać, nie próżnował. Przedstawił się Merratronowi, jednak uznała, że on wchodząc jej w rozmowę złamał etykietę na tyle, że ona mogła teraz wciąć mu się w słowo.
- Ciebie również miło widzieć, mieczniku. Widzę, że nie tylko mnie udało ci się przekonać do podjęcia wyprawy – zachichotała – Mówiłam, że masz czerwone oczy? Nie wierzyłeś mi. To teraz się przyjrzyj – powolnym ruchem, żeby go nie przestraszyć i nie wywołać odruchów obronnych podniosła na wysokość oczu Infiego swoje idealnie wypolerowane ostrze na karwaszy, w którym można było przejrzeć się jak w zwierciadle. Po dłuższej chwili opuściła je, jednak szkarłatnooki na pewno miał czas na dostrzeżenie czerwieni swoich ślepi.
- Miło mi być częścią Entropii. Jeszcze milej byłoby dowiedzieć się, czym to do cholery jest.
Znowu była w pobliżu tych, wokół których nigdy nie było nudno. Ta wyprawa mogła okazać się jednym z największych wydarzeń w jej życiu.
Spojrzała na Ayumi i z uśmiechem skinęła głową w jej stronę. Z resztą zamierzała zapoznać się i przywitać nieco później.
Była pewna, że będzie miała na to mnóstwo czasu.
Awatar użytkownika
Merratron
Posty: 33
Rejestracja: 05 lut 2012, 01:53
GG: 3224957
Karta Postaci: viewtopic.php?p=23256#23256

03 lip 2012, 15:24

Magia.
To właśnie ją Arael uznała za możliwość ochronienia Merra przed słońcem, będącym nieodłączną częścią wszelkich pustyń. Bo skoro jest ona w stanie niszczyć budynki, podpalać lasy czy zabijać ludzi w mgnieniu oka, to równie dobrze może chronić, czyż nie? Cóż, chociaż brzmiało to nadzwyczaj logicznie, to Merratron nie posiadał takiej pewności. Nie znał się na magii. Co więcej, większość jego styczności z nią była dla niego przeżyciem bardziej negatywnym niż pozytywnym. Tym bardziej czarowanie przez "dziwne, zielone istotki" nie napawało go optymizmem.
Jeżeli będzie w stanie coś na to poradzić, to – urwał w połowie zdania. Nie dlatego, że kogoś zauważył. Po prostu uświadomił sobie, że to była wymówka. Zwykła wymówka, mająca w pewien sposób ochronić go przed koniecznością wyboru. Proste słowa mające uchronić go przed podróżą na pustynię. Przeklął w myślach. Wpierw po to, żeby w pewien sposób się uspokoić. Potem powtórzył to, jednakże tym razem wulgaryzm był skierowany na niego samego, za swoją głupotę.
Zdania dokończyć już nie miał okazji. Hałas, jaki Merratron usłyszał za sobą najwyraźniej przyciągnął uwagę jego rozmówczyni. Widząc, że zasłania jej widok, przeszedł bardziej na jej bok i odwrócił się przodem w tą stronę, gdzie ona skupiła swą uwagę.
To, co zauważył, było dziwne. Co prawda, mówiła mu o mężczyźnie i driadzie. Ale przecież to nie byli wszyscy. Elf, widoczny zapewne z kilometrów tylko z powodu czerwonego odzienia. Dalej było jeszcze ciekawiej.
Dwie istoty, znacznie od niego wyższe. Gnoll i minotaur. To był pierwszy kontakt Merratrona z przedstawicielami tych ras, które wcześniej kojarzył jedynie z opowieści czy ksiąg. Ale najlepsze zostało na koniec. Kobieta, która wyróżniała się praktycznie tylko jedną rzeczą. Albo raczej czterema, gdyż tyle było ogonów prawie tak wielkich, jak ona sama. Żeby to były jeszcze zwykłe ogony, niczym u kota i psa. Jednak z jakiegoś powodu, postanowiły one być puszyste, co wyglądało niesamowicie.
Merratron zagwizdał. Jednak, wbrew wszelkim pozorom, nie z powodu Dariane. Gwizd ten miał przywołać do niego jego białego niczym śnieg – bądź jego włosy – wierzchowca. Ten, stukając podkowami o ziemię, dotarł, kiedy miecznik rozmawiał z jego mistrzynią. On wykorzystał tą chwilę, by zatrzymać konia obok siebie i przyjrzeć się dokładnie niecodziennej kompani.
Zastanawiał się przy tym, czy on, półelf z jedną, głęboko skrywaną tajemnicą, pasowałby do nich. Cóż, patrząc na tą grupę, ciężko powiedzieć czy jest coś, co by do niej nie pasowało, bo już teraz była dosyć niezwykła. Zaabsorbowało to jego uwagę na tyle, że nawet nie zauważył, kiedy miecznik przeniósł centrum swego zainteresowania na niego, zaczynając od przedstawienia się i powitania.
Spojrzał w jego oczy, szukając informacji. Cóż, jedyne co się dowiedział to to, że ma czerwone tęczówki. Jednak nie zdziwiło go to aż tak, jak kobieta z czterema ogonami.
Wyobrażacie to sobie?! Cztery, puszyste ogony!
Wróćmy jednak do akcji. Półelf uścisnął jego rękę, mając cichą nadzieje na to, że mężczyzna nie zaciśnie swej dłoni nazbyt mocno, gdyż nie byłoby to miłe przeżycie kilka minut po silnym uderzeniu w mur.
Merratron. Nazywam się Merratron, jestem uczniem Arael. – rzekł, gdy nastała jego kolej na przedstawienie się. Chwilę po swoich słowach, stracił kontakt wzrokowy z Infim a nawiązał z samym sobą, gdy Arael wtryniła swoje ostrze pomiędzy ich twarze. Wykorzystał tą chwilę, by puścić dłoń miecznika.
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

04 lip 2012, 19:48

Kenhkar, cały zasapany, ruszył wreszcie na zachód, w tymże kierunku upatrując położenie Entropii. Odkąd opuścił zakurzone podwórze Linoskoczka, przebył wiele ulic, znalazł się w kilkunastu zaułkach oraz nieopodal mniej wykwintnych karczm niż ta, w której spędził dzisiejsze popołudnie. Szukał czerwonookiego dobre pół godziny, ale nie mógł nic wskórać – sześć osób zniknęło z powierzchni ziemi. Tak przynajmniej się mu zdawało.

Zniechęcony brakiem powodzenia w poszukiwaniach, przystanął na skrzyżowaniu dwóch węższych uliczek i zaczął się zastanawiać, czy w ogóle istnieje sens w uganianiu się za Infim. Trzech robotników gawędziło wesoło, przenosząc spore skrzynie z całą masą drzazg i pęknięć. Na sąsiednim rogu stała dziwka, kusząc go swymi obfitymi krągłościami. Mag nie miał jednak ochoty na chwile rozkoszy, wolał teraz znaleźć wreszcie grupkę, za którą uganiał się już ładnych kilkanaście minut.

Zrezygnowany, zapytał przypadkowego jegomościa, czy widział kilkuosobową grupkę, złożoną z różnorodnych istot. Głównie wspominał o minotaurze, gdyż wiedział, że takie osoby zawsze rzucają się mieszkańcom w oczy. Przechodzień nie widział jednak Entropii, co rozdrażniło Kenhkara jeszcze bardziej. Brodacz ruszył więc w poszukiwaniu większych ulic, gdzie można było znaleźć więcej osób. Pytał wszystkich, niezależnie od płci, rasy czy wieku. Nikt jednak nie widział stworzeń, o które pytał.

Mimowolnie zbliżał się do miejsca, w którym niegdyś znajdowała się brama zachodnia, potężna i misternie wykonana. Kenhkar nadal pytał wszystkich o Infiego. I wreszcie niepozorna staruszka odrzekła, że widziała bardzo dziwną zbieraninę byków, psów, zielonych istotek i jeszcze większych dziwadeł. Mag prędko zdał sobie sprawę, że kobiecina przesada, aczkolwiek w jej opowieści znajduje się ziarnko prawdy. Otrzymawszy wskazówki, dotyczące trasy Entropii, ruszył jej śladem.

Chwilę później poprzez jedną z prostopadłych do głównej ulic ścieżek dotarł pod ruiny bramy zachodniej. Na lewo od niego dostrzec można było potężną sylwetkę minotaura, a jeżeli przyjrzeć się lepiej, to reszta stała nieopodal. Kenhkar ocenił odległość na jakieś sto metrów. Nie zwlekał dłużej, tylko zdecydowanie ruszył ku nim, dostrzegając, jak Infi podaje dłoń nieznajomemu o bujnych, białych jak śnieg włosach. Ludzie zbierali się, najwidoczniej widząc coś bardzo intrygującego, skoro nadciągali tak licznie. Magowi jednak zdawało się, że to wszystko przez grupkę awanturników, których ciężko byłoby nazwać niezwracającymi na siebie uwagi.

Z tego, co Kenhkar widział, wynikało, że wysoka kobieta o oczach, które już z daleka świeciły czerwienią, także idzie z Infim. A ten, któremu przywódca Entropii podawał rękę? Mag nie miał pewności, ale przeczucie mówiło mu, że on idzie także. Już tylko kilkanaście metrów dzieliło go od grupki, którą ścigał z wielkim zaangażowaniem. Mijał przeróżnych ludzi: tłustych i bogatych kupców, piękne niewiasty o cudnych blond włosach, ale też biedaków, którym widać było wiele kości – nawet przez ubranie.

Nagle poczuł, że nie wie, co powiedzieć. Infi był ciekawą osobą, roztaczał wokół siebie specyficzną aurę, siłę, potęgę, aczkolwiek zdającą się być uśpioną. Kenhkar mimowolnie odczuwał swego rodzaju respekt. Może to dlatego ciągle brakowało mu języka w gębie, co miało miejsce rzadko. Bardzo rzadko. Rozmowy przed nim ucichły, jednak hałas wciąż wesoło rozbrzmiewał dookoła. Kenhkar czuł się głupio, stojąc na środku ulicy i gapiąc się na miecznika, jakby miał zaraz go okraść, toteż wziął głęboki wdech i ruszył przed siebie, mijając członków Entropii, aż dotarł wreszcie do czerwonookiego.

- Nie wiem, kim jesteś, ani dlaczego Cię spotkałem – zaczął cicho, lecz stanowczo i z przekonaniem, wręcz z patosem. – Nie mam powodów by iść za Tobą, ale… chcę. – Popatrzył głęboko w oczy miecznika. Bał się ich czerwieni, która tak mocno kontrastowała z uwielbianym przez niego błękitem nieba. Ale klamka zapadła, słowa Infiego, wypowiedziane jeszcze na podwórzu, trafiły także i jego. Nie zamierzał się wycofywać. – Chcę iść z wami, o ile nie masz nic przeciwko. Czuję w kościach, że podczas tej wyprawy każdy z jej uczestników odnajdzie dla siebie coś wyjątkowego. Niezależnie od tego czy chodzi o złoto, czy o coś całkiem innego.

Z drugiej strony – pomyślał – może naprawdę znajdę coś wartościowego? Przydałoby się trochę pieniędzy. Mimo wszystko. Skończył mówić, rozluźnił się i czekał na odpowiedź Infiego.

Awatar użytkownika
Lleyrnimehth
Posty: 28
Rejestracja: 28 wrz 2011, 17:15
Karta Postaci: viewtopic.php?t=772

05 lip 2012, 15:16

Odpowiedź strażnika jednocześnie zasmuciła Lleyrnimehth, jak i podniosła ją na duchu. On i Zielona zapewne są jeszcze w mieście, z drugiej zaś strony nie miała pojęcia kiedy znowu je opuszczą. Głód i pragnienie paliły jej żołądek i gardło, a powoli zbierający się gapie bardziej ją przerażali niż irytowali. Smoczyca wymamrotała podziękowania w głowie kapitana na murach po czym wykonała parę ostrożnych kroków w tył, jakby miało ją to czasowo zabezpieczyć przed zbierającym się, małym tłumkiem. Nie opuściła jednak miejsca, z rozterką w sercu przyglądała się to otwartej bramie, to równinie za nią, nie mogąc się zdecydować co ma zrobić. Co jeśli ruszy na polowanie, a On i Zielona wyjdą w tym czasie z miasta i odejdą bez niej? Z drugiej strony chyba by tego nie zrobili, w końcu byli jej coś winni po przejażdżce na którą się zgodziła. Jeśli by ją zostawili… Oznaczałoby to oczywiście tylko to, że nie są jej godni, jednak to wcale nie pocieszało olbrzymiej Firletki. Mimo swoich rozmiarów była bardzo uczuciowym stworzeniem i szybko przywiązywała się do istot, które wydawały jej się dobre. Chciała wierzyć, że znalazła przyjaciół.

Smoczyca zwiesiła łeb i zamknęła trzecie powieki, postanawiając, że dalsza zwłoka nie ma sensu. Smoczy głód jest niebezpieczny, szybko odbiera siły tak, że nawet latanie staje się niemożliwe. Już miała się odwrócić, kiedy ostatni raz rzucając spojrzenie na Bramę szczęśliwie ujrzała rosłą postać wojownika a obok niego Zieloną (na szczęście całą i zdrową!) – i nie tylko. Śledziły go jeszcze cztery inne postaci, każda kolejna dziwniejsza od poprzedniej. Oczy Firletki otwarły się szeroko, bowiem nigdy w życiu nie widziała takich istot, a wszystko co nowe przeważnie ją zachwycało. Tego w końcu szukała na Południu. W skład niezwykłego orszaku wchodziła piękna kobieta o dziewięciu lisich ogonach, byk i wilk na dwóch łapach oraz mężczyzna o włosach koloru… krwi. Jedynie ten wywołał u smoczycy lekkie drgnięcie, ponieważ skojarzenie jej nie było bynajmniej miłe. Mimo to obecność tych istot ucieszyła ją, ponieważ znacznie wzmogła jej zainteresowanie. Z pewnością nie będzie się z nimi nudzić…

Niedaleko grupki dostrzegła również inną postać, która wywoływała w niej zawsze mieszane uczucia, zarówno bardzo dobre jak i złe. Zaskoczona obecnością Czerwonookiej Lleyrnimehth wyciągnęła łeb do przodu, jakby chcąc się upewnić iż jest to faktycznie półdemonica. Nie ulegało to wątpliwości, tylko dlaczego smoczyca wcześniej jej nie zauważyła? Widocznie z powodu zmęczenia i głodu. Wzdychając głośno z ulgą poczyniła dwa kroki do przodu… Jednak ani Arael, ani też Infi nie przemówili do niej, zdawali się nawet nie zauważyć jej obecności. Gadzica spojrzała na swoje cielsko i jednoznacznie stwierdziła, iż nie zauważenie nie wchodzi w drogę, zajmowała w końcu dwie szerokości traktu. Czyżby zatem ją ignorowali? Poczuła nagłe rozczarowanie i smutek, gdy lekko nieobecnym wzrokiem obserwowała rozmowę Jego, Czerwonookiej i nieznanej jej postaci, Białego Włosa. Żadnego słowa nie skierowali do niej. Czyżby po uzyskaniu potrzebnego transportu do Wolenvain nie była już potrzebna? Czyżby obecność strachliwego olbrzyma była dla Niego tylko balastem? Głęboko w sercu żywiła przecież ciągle nadzieję, że jej nowi "przyjaciele" ucieszą się na jej widok i zapytają chociaż o powód jej nagłego zniknięcia z umysłu Zielonej… Czy nic się jej nie stało…

Smoczyca położyła się powoli, składając wielki łeb na łapach, niczym psiak dopraszający się kostki. Nie chciała przerywać rozmowy dwunogich, nie miała też jednak odwagi by po prostu opuścić to miejsce, chociaż dziwne rozczarowanie którego doznała zmuszało ją do tego. Leżała tak prezentując sobą okaz nędzy i rozpaczy, bowiem zarówno koniuszek jej ogona jak i pierwsze powieki drgały lekko na wskutek głodu, zaś z jej oczu buchał smutek niczym ogień z rozpalonego pieca. Przeniosła spojrzenie na Zieloną, mając nadzieję że chociaż ona do niej zagada… Żeby ktokolwiek ją zauważył. Z każdą chwilą odnosiła wrażenie, że towarzystwo to jednak do niej nie pasuje.

Awatar użytkownika
Tarnal
Posty: 138
Rejestracja: 04 paź 2011, 07:00
GG: 11616203
Karta Postaci: viewtopic.php?t=842

06 lip 2012, 09:47

Szli niezbyt spiesznie, wręcz jakby dumnie dając do zrozumienia mieszkańcom, iż właśnie teraz głównymi ulicami podąża grupa inna od wszystkich, lepsza, chociaż być może nie każdy z nich póki co o tym wiedział. Kierowani powolnym krokiem tajemniczego mężczyzny, wojownika o krwistoczerwonych oczach – Infiego, z pewnością zdawali sobie sprawę z bardzo dużej ilości, niekoniecznie przychylnych spojrzeń przechodniów, zainteresowanych lub czasem poirytowanych widokiem tak wielu nie-ludzkich stworzeń. Tarnal bynajmniej nic sobie z nich nie robił, niezmiennie przywołując wspomnienie bardzo owocnej współpracy właśnie z tą mniej ludzką częścią społeczeństwa Wolenvain, dzięki której samo miasto zostało ocalone przed tyranią Imperium. Oczywiście zdegustowane, nawet nieco nieśmiałe zerknięcia na niego, czy gnollicę były jedynie niewielką częścią reszty, należącą zazwyczaj do gburowatych rasistów, uznających jedynie ludzką rasę za godną istnienia, a już na pewno panowania. Niestety i takim skóra została wtedy uratowana, czego ci bardziej prześladowani i bezbronni mogli pożałować. Stereotypu nie przełamie nawet już nikła pamięć o grupie obrońców miasta, z której wielu Tarnal pewnie ponownie nie zobaczy, zwłaszcza w okolicznościach wyruszenia na wyprawę, która nie skończy się nawet na kilku tygodniach. Do tej pory przebłyski zdrowego rozsądku poruszały w nim pewne zastanowienie, dlaczego się zgodził.. co przyjdzie mu z takiej wyprawy, prócz niewątpliwej możliwości stracenia życia. Odpowiedź była dość prosta, choć nie z początku. Znajdowała się głównie przed nim – gdyż sam wraz z gnollicą szedł na samym końcu – była to drużyna, której członków bardzo chciał poznać. Tu jego zdanie różniło się nieco od poglądów włochatej towarzyszki, bowiem minotaury zawsze były bardzo tolerancyjne, a sam Tarnal przez wzgląd na swoją historię, nigdy nie oceniał pochopnie, zawsze chcąc uprzednio zapoznać się z towarzyszem boju, lub jak w tym przypadku – głównie wędrówki. Ta niewątpliwie się zaczęła, i choć na pewno w niezbyt zgrany i przyjazny sposób, to dosyć intrygująco, by minotaur, ani żaden inny stwór jeszcze z niej nie zrezygnował. Infi i driada zbliżyli się już do bramy, gdy Dziwne Oczy wraz z Tarnalem byli jeszcze nieco w tyle, gawędząc o różnych sprawach, w czym od czasu do czasu swoim hałaśliwym warknięciem przeszkodziła im hiena. Choć silny wiekiem minotaur zaprawdę wiele już widział i bardzo rzadko jakaś sytuacja jest w stanie go zaskoczyć, przy gnollicy.. podobnej, choć jednocześnie zagadkowo innej, czuł się nadzwyczaj nieswojo, a jego słowa czasem brzmiały trochę sztucznie, jak gdyby dopiero co nauczył się posługiwać wspólną mową. Miał nadzieję, że to minie, gdyż momentami sam siebie ganił w myślach, że coś zabrzmiało tak, jak w ogóle nie powinno. Jako przewyższający wzrostem niemal wszystkich zebranych przed ruinami bramy, dojrzał już Infiego rozmawiającego z kimś zupełnie nowym – kobietą przyodzianą w ciemnego koloru zbroję, wyraźnie wyglądającą na nieprzeciętną wojowniczkę. Konwersacja nawet z daleka nie wyglądała na całkiem oficjalną, a wręcz przyjazną, chociaż stojący obok kobiety białowłosy mężczyzna, który przez wprawne oko medyka zostałby trafnie określony mianem albinosa, wydawał się nieco odcięty od rozmowy, wcześniej witając się z Infim jedynie uściśnięciem dłoni. Tarnal dochodził już do grupy zbierającej się wokół Infiego, kończąc jedną ze swoich podkolorowanych, heroicznych opowieści skierowanej do towarzyszki, gdy jego uwagę odwróciła coraz bardziej powiększająca się grupa osób, chcąca podejść pod bramę, zapewne by ujrzeć coś ciekawego. – Na Lorven! – Ryknął potężnie, gdy jak po sznurku poprzez spojrzenia większości osób w jedno miejsce, swoim wzrokiem dostrzegł przed bramą wielkiego, wręcz winnego przerażać w swoich rozmiarach smoka. Lecz nie, nikt nie zdawał się wpadać w panikę, a doznawał jedynie narastającej ciekawości, choć z pewnością nie wszyscy zdołali ujrzeć samego gada. – To smok! Najprawdziwszy! – Nie wiedząc do końca co myśleć w takich sytuacjach ni to podniecenia, ni to wyczuwając również nutę niebezpieczeństwa, zawsze na początku sięgał po swoją broń, dla pewności. I teraz odruchowo jego dłoń koniecznie chciała spocząć na rękojeści topora, niestety bezsilnie przecinając powietrze w miejscu, w którym ta miała się znajdować. Przecież zostawił go, podobnie jak tarczę, nad czym zastanawiał się teraz dość intensywnie, uważając to za niewybaczalny błąd. Chociaż Tarnal nie mógł jeszcze tego wiedzieć, w tej sytuacji brak oręża wyszedł mu na dobre, gdyż smoczyca nie miała złych zamiarów, a widok wyciągniętej, gotowej do ataku broni mógłby ją odstraszyć, lub co gorsza rozgniewać, wtedy dopiero wszyscy mieliby problem. Wpatrując się krótką chwilę w jej oblicze, wyglądające na nieco posmutniałe, nie zwracał uwagi na resztę towarzyszy, których jego ryk mógł nawet na chwilę osłupić. Cóż, wywołała w jego głowie niemałą bitwę myśli. Smok bowiem był jednym z niewielu tajemniczych stworzeń, których Tarnal jeszcze nigdy nie miał okazji ujrzeć na własne oczy, mimo tego, że wiedział o nich sporo z opowieści, które to bywają różne, lecz przeważnie zawierają w sobie choć małą część prawdy. Z drugiej strony rozsądek, który i tak dość niedawno przegrał umysłową batalię z pokusą ponownego zakosztowania wrażeń, zachęcał do zachowania ostrożności wobec tak ogromnego stwora, z pewnością potrafiącego stać się w mgnieniu oka niebezpiecznym, siejącym zniszczenie destruktorem. Mimo że jeszcze nie podjął tej ważnej decyzji, jakby nieświadomie, i tak z wolna poruszał się w kierunku tłumu i smoka, który jeszcze przed wybuchem minotaura, z nieznanej mu przyczyny jakby zmarkotniał, opuszczając łeb. Już po chwili wiedział, ponad wszystko co bezpieczne i rozsądne, chciał zaspokoić ciekawość, nawet mimo swojej chronicznej niechęci do magii – a oczywistym jest, że smoki należą do istot magicznych – nie mógł tego powstrzymać, już świadomie zbliżając się do leżącego gada, coraz mniej zwracając uwagę na pozostałych kompanów i nowo przybyłego, który chyba bardzo chciał również znaleźć się w Entropii. Jednak od być może nowego członka załogi, ważniejsze było niesamowite stworzenie, do którego Tarnal teraz zmierzał, z łatwością przeciskając się przez zbieraninę gapiów. Dla niektórych wręcz ślepe pragnienie minotaura nie pozostawiło mu jednak pełnej jasności umysłu, chciał tak bardzo zobaczyć smoka, porozmawiać z nim, że nie przemyślał nawet, w jaki sposób ma to zrobić. – S-smoku, witaj! – Zaczął wreszcie dość głośnym tonem i niepewnie, jakby nie mając przekonania, że smok w ogóle słyszy go i dostrzega z takiej wysokości. Wielu mogło uznać go w tym momencie za dziwaka, nie tylko ze względu na niepospolity wygląd i ponad dwumetrowy wzrost, mimo to nie zwracał uwagi na nic, prócz szlachetnego stworzenia, do którego kierował swoje słowa. – Co tutaj robisz? To znaczy.. w Wolenvain. – Dodał po chwili, uświadamiając sobie, że z boku sytuacja w rzeczy samej może wyglądać nieco komicznie, choć pytanie zadał chyba trafnie, bowiem tak ludnego miasta nie można nazwać smoczymi terenami, więc przedstawiciel tej rasy musiał mieć tu jakąś sprawę.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3776
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

07 lip 2012, 03:49

Przyspieszę nieco, bo odpisywanie idzie Entropii jak krew z nosa. Wybaczcie, że sam piszę dopiero teraz, ale możecie przyjąć, że czekałem na większy odzew, poza tym dostęp do Internetu mam tutaj znacząco ograniczony.

Nie mija się z prawdą stwierdzenie, jakoby osoby posiadające jasno wytyczony cel, do którego na dodatek podążają dobrze znaną im ścieżką, nie zauważają niczego, co na niej nie leży. Taką osobą niewątpliwie był Infi. Gdyby tylko zatrzymał się na chwilę, przemyślał swoje motywy i zachowanie, na pewno doszedłby do kilku ważnych wniosków, być może nawet odwołując szaleńczą pogoń na Pustynię Śmierci. Opętany chęcią jak najszybszego dotarcia do nawiedzającego go w snach miejsca, wojownik nie zwracał uwagi na nic innego, nie dostrzegając zmian, jakie zaszły w jego ciele i psychice, nie widząc nawet… smoka, który stał tuż za bramą i rosnącym tłumkiem obserwujących go istot ras wszelakich, skutecznie utrudniających przygarbionemu, pogrążonemu w czymś na kształt rozmowy miecznikowi dostrzeżenie czegokolwiek.

Białowłosy odwzajemnił uścisk, a jego dłoń była, jak na kogoś takiej postury, zaskakująco delikatna. Infi uśmiechnął się półgębkiem. Uczeń zabójczyni… Cóż, w tym miejscu nic ne powinno zaskakiwać, nawet delikatne, odziane w zbroje rycerzyki towarzyszące mordercom z zasadami. Być może Arael również uważała, że pewne osoby po prostu dopełniają wyglądu innych, a Merratrona przygarnęła nie tyle ze względu na jego wartość bojową, ale właśnie olśniewającą, dosłownie i w przenośni, aparycję. Infi mimowolnie pogładził swoją przydługą brodę, widząc kompletny brak zarostu u tamtego.

Wojownik puścił dłoń rycerza, dając zadość konwenansom. Chociaż interesował go fakt posiadania przez Arael, która wyglądała na młodą osobę, własnego ucznia, nie drążył tematu, po części dlatego, że czerwonooka postanowiła się odezwać, wyjawiając kolejne rewelacje na temat tęczówek Infiego, pokazując mu idealnie wypolerowaną część swojej zbroi, w której mężczyzna mógł się przejrzeć. I -faktycznie, jego niegdyś ciemnobrązowe oczy raziły teraz nienaturalnym szkarłatem, przywodzącym na myśl odcień tryskającej z przebitej tętnicy krwi. Infi odsunął się o krok, jakby chcąc sprawdzić, czy z tej odległości wszystko wygląda tak samo, jak przed chwilą. Wyglądało. Mrużąc oczy, miecznik zastanawiał się, jak do tego doszło i czy zmiana będzie postępować. Przewodnik Entropii osłupiał na moment, po chwili odzyskując jednak dawny spokój. Paradoksalnie jego zmieniającego się ciało nie wzbudzało w nim odrazy czy niepokoju, tak jakby wszystko było w porządku, a to, że dobiegającym trzydziestki mężczyzną czerwienieją oczy jest całkiem naturalnym procesem.

- Entropia to nasza drużyna - rzekł, odwodząc ramię Arael, nie komentując sprawy czerwonych oczu. - Rozumiem, że zabierasz z nami swojego ucznia…? - dopytał, będąc pewien odpowiedzi, gdy nagle zaczepił go znany z podwórza karczmy brodaty mężczyzna, który najwyraźniej podążał za zbieraniną od samego Linoskoczka. Infi dał mu się wypowiedzieć, po czym nabrał powietrza w płuca, niejako rozpromieniony na samą myśl, że przyjdzie mu podróżować z kolejną tajemniczą osobą.

- Witamy w Entropii… – rzucił tylko, nie kończąc, bowiem powietrze przedarł ryk zaaferowanego Tarnala oraz ciężkie, wywołujące małe, lokalne trzęsienie ziemi kroki jakiejś wielkiej istoty. Minotaur krzyczał, że widzi smoka, najprawdziwszego, w dodatku tutaj, przy bramie miasta! Infi szybko odwrócił głowę, stając na palcach, aby widzieć lepiej, w mig konstatując, z jakiego powodu ludność miasta ściągała w to miejsce. Robiąc wydatny użytek z łokci, wojownik przecisnął się przez tłum, stojący już za miastem w pewnej, jakoby gwarantującej bezpieczeństwo odległości od wielkiej smoczycy, po czym bez strachu przestąpił kilka kroków w miejsce, w które nikt nie odważył się podejść.

- Przepraszam, Firletko - rzekł cicho, kładąc dłoń na pysku leżącej smoczycy, mając nadzieje, że nie zareaguje nerwowo. - Chciałabyś podążyć z nami na pustynię? - dodał tym samym, uspokajającym tonem. Chociaż wiedział, że smoczyca jest zbyt wielka, aby penetrować katakumby wraz z Entropią, jej przywódca cenił sobie wierność i oddanie, jakie pokazała, podchodząc tak blisko siedzib ludzkich. Czekając na telepatyczną odpowiedź, odwrócił się w stronę zebranych osób, których było niemało. Z pewnością większość z nich była zaskoczona widokiem smoka i mężczyzny, który tak po prostu do niego przemawiał. Poniesiony atmosferą chwili i wlepionymi w niego setkami oczu Infinitus wyprostował się i postanowił rzec kilka słów do obywateli Wolenvain. Wyglądało na to, że musiał przywyknąć do patetycznych przemówień, bowiem coraz częściej odczuwał potrzebę przemawiania do większej ilości osób.

- To jest Firletka, moja towarzyszka - rzekł, mając nadzieję, że nie przesadził, mówiąc w ten sposób o ogromnej smoczycy, ale po części chciał uspokoić zaniepokojonych obecnością jaszczurzycy mieszkańców, oraz, przede wszystkim, strażników miejskich, równie tłumnie zbierających się przy murze. - Mam nadzieję, że uda się ona ze mną na Pustynię Śmierci… - zakomunikował donośnym głosem miecznik. - …wraz z resztą drużyny, znaną od dzisiaj jako Entropia. - Wojownik wskazał na, miejmy nadzieję, wychodzących za nim tłumu członków jego ciągle powiększającej się kompanii, tym prostym gestem jednoznacznie określając ich przynależność. – Pamiętajcie o nas, gdy wrócimy – rzekł po prostu, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni żałując, że nie jest złotoustym retorem. Nie czekając dłużej i słabnąc pod wpływem skierowanych na siebie spojrzeń, Infi postawił pierwszy krok na trakcie prowadzącym ku upragnionej niewiadomej, czy to z idącymi za nim krok w krok wszystkimi towarzyszami, czy ledwie garstką z nich. Jeżeli stchórzyli w tej chwili, ich wola. Lepiej, żeby zrobili teraz, niż pośrodku gorących piasków pustyni.

z/t
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

08 lip 2012, 05:51

Asterias był tuż za Infim, którego zaś kurczowo trzymała się driada. Aster, jako jedyny, odzywał się do Dariane, dlatego nie dziwnym było, że trzymała się ona blisko niego. Drużyna była jeszcze świeża, uczestnicy byli dla siebie nieufni, co nie wróżyło najlepiej, jednak ta pewnego rodzaju nieśmiałość na pewno wkrótce przeminie.
Zdawało się, że ich liczba miała się jeszcze powiększyć o… demoniczną kobietę i jej przyjaciela, który zdawał się być elfem… przynajmniej w pewnym stopniu.
Mag nie wiedział czy to dobry znak, że ostatnio spotyka tak wiele istot o demonicznych korzeniach. Jednak szybko odpuścił sobie rozmyślanie nad tym, w końcu po co martwić się na zapas.
Czerwony praktycznie cały czas przyglądał się Infiemu, który wyglądał jakby osłupiał po tym jak przejrzał się w wypolerowanym kawałku zbroi kobiety w czerni.
Półelf, z którym właśnie badawczo rozmawiał miecznik, przedstawił się jako Merratron oraz wspomniał, że jest uczniem Arael, zapewne demonicznej kobiety stojącej obok nich.
Aster nie miał zamiaru przyłączać się do rozmowy, miał w tym momencie ponury humor z niewiadomo jakiego powodu. Być może tak mocno się ekscytował wyprawą, że w końcu przerodziło się to w zupełnie odwrotne uczucie. Chciał chwilę pobyć w ciszy, nie nawiązując z nikim dłuższej konwersacji jeśli to nie będzie konieczne. W duchu liczył na to, że ktoś może zdoła nieco podnieść elfa na duchu, jednak trzeba było się skupić na rzeczywistości.
Nagle pojawił się kolejny osobnik, którego Entropia zdążyła już spotkać przed Linoskoczkiem. Okazało się, że on również pragnie wyruszyć z nimi, na niebezpieczną wyprawę na owianą złą sławą Pustynię Śmierci. Infi zgodził się, bez cienia wątpliwości. To obudziło w Asterze lekki niepokój.
Swoją drogą, ciekawe jak tam będzie? Pewnie gorąco, biorąc pod uwagę to, że jest to pustynia. Magia krwi może się tam szczególnie przydać.
Niewiele myśląc na temat decyzji, którą podjął miecznik, Czerwony usłyszał ryk Minotaura, który zdawał się krzyczeć na widok… smoka? Tak, to zdecydowanie był smok, i to całkiem spory.
Smok przed bramą, to dopiero nowość. Aster miał nadzieje, że ten jest bardziej przyjazny od ostatniego, który towarzyszy mu po dziś dzień jako pancerz i płaszcz.
Infi podszedł w stronę smoka, pogłaskał go, po czym dodał, że Firelka jest jego towarzyszem, tak jak i wszyscy inni.
Ma nawet smoka. Niesamowite, jak ten gość to robi? – pomyślał Aster.
Miecznik zaś przedstawił grupę ochotników gapiom zebranym z powodu smoka pochodzących z miasta, które właśnie opuszczali, Wolenvain, jako Entropię, gdyż taka była nazwa grupy, którą utworzyli pod jego przewodnictwem.
Ciekawe co było w Infim, że tak łatwo potrafił przekonać do siebie tyle ludzi… i nie tylko.
Wracając do kwestii smoka, Asterias postanowił nie rzucać się gadowi w oczy, w końcu mógłby go rozwścieczyć widokiem kawałka jego pobratymca jako części swojej garderoby.
Elfi mag zauważył, że przywódca Entropii ruszył w drogę, widocznie nie miał zamiaru już dłużej czekać. Czerwony rzucił okiem na ponętną nieznajomą, prawdopodobnie jego nową towarzyszkę, wydawało mu się jakby ją znał, nie miał jednak pojęcia skąd, gdyż był pewien, że nigdy wcześniej jej nie spotkał. Zatopił się w marzeniach z wzrokiem zastygniętym na demonicy, lecz po chwili ocknął się i ruszył za wojownikiem, w drogę ku nieznanemu.
Przygoda właśnie się rozpoczęła.

[z/t – rusza za Infim, jednak można go zaczepić]
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

08 lip 2012, 16:37

Łowczyni nie była naiwną istotą, nie tak łatwo było ją oszukać, a wrażenie, że Infi próbuje zrobić to bardzo usilnie miała już po raz drugi. Za pierwszym razem było to tylko mrugnięcie szkarłatu, jednak teraz jego ślepia wręcz ziały czerwienią, a zmiana bynajmniej nie uszła uwadze Arael. On coś ukrywa. Coś, do czego cholernie nie chce się przyznać. Jest taki jak ja, ma w sobie krew demonów. Zamierzała podejść go podczas drogi czy noclegu i spróbować wyciągnąć z niego coś więcej niż odtrącenie ramienia i nieskomentowanie sytuacji. Miecznik w skrócie wyjaśnił czym jest Entropia. Arael nie była uczoną, nie spędziła połowy życia na penetrowaniu mądrych ksiąg. Tak naprawdę tytuły, które przeczytała mogła spokojnie zliczyć na palcach jednej ręki. Słowo "Entropia" było jej całkowicie obce, toteż przyjęła, że jest to po prostu nazwa własna zbieraniny istot, które zgromadził wokół siebie Infi.
Jego kolejna wypowiedź była pytaniem o Merra. Łowczyni popatrzyła na ucznia, który jeszcze nie zadeklarował chęci pójścia na wyprawę ze swoją mistrzynią. Nie zamierzała go do niczego zmuszać, jednak chciałaby go mieć przy sobie, przynajmniej jedną osobę, której mogła zaufać. Spojrzała mu w oczy.
– Merr, już bez wymówek, zbaczania z tematu i prób odpowiedzi bez odpowiadania. Idziesz ze mną czy nie?
Na krótko po swoim pytaniu usłyszała ryk jednego ze stworzeń przybyłych z Infim. Spojrzała w kierunku, w którym spoglądała znaczna większość.
Jej oczy spostrzegły Firletkę, na grzbiecie której przemierzyła pół Autonomii. Nieco spochmurniała wyobrażając sobie, jak bardzo zakłopotana i przerażona pod naporem tych wszystkich wlepionych w nią oczu będzie smoczyca. Szepnęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, jednak Merr mógł usłyszeć jej słowa.
- Bardzo miła istota, chociaż ma nieco niewygodny grzbiet. Mimo to, mam do niej dług wdzięczności.
Infi przywitał jakiegoś brodatego mężczyznę po czym poszedł w stronę smoka. Łowczyni odprowadziła go wzrokiem, chwilę później jego śladem podreptał odziany w czerwono-czerwony z lekką domieszką czerwieni i czerwonymi elementami mężczyzna. Na jego widok Arael przypomniał się jeden z Wolenvainskich błaznów, który ubierał się w podobne kolory, jednak jego ubranie nie wyglądało na zakrwawione, a strój Czerwonego miejscami przypominał bardziej rzeźnicki fartuch niż szatę.
Jej spojrzenie powróciło na Merratrona, w oczekiwaniu na jego odpowiedź. I niezależnie od tego, co odpowie jej białowłose elfiątko, ona wyruszy za Infim.
Awatar użytkownika
Merratron
Posty: 33
Rejestracja: 05 lut 2012, 01:53
GG: 3224957
Karta Postaci: viewtopic.php?p=23256#23256

09 lip 2012, 01:04

Tak. W końcu musiało do tego dojść.
Zaraz po tym jak Infi wyjaśnił czym jest Entropia, padło pytanie, którego się obawiał. Chcieli wiedzieć, czy wyrusza z nimi. Serce zabiło mu mocniej. Sam nie wiedział, czy rzeczywiście chce iść. Czy znajdzie to czego poszukuje na pustyni, u boku tak dziwnej kompanii? Czy znajdzie tam cokolwiek, poza zagrożeniem życia i wściekłym słońcem? Nie wiedział. To było dla niego najgorsze. Nie miał pojęcia, czy cokolwiek mu to przyniesie poza straconym czasem, którego nie powinien już więcej marnować. Ale z drugiej strony, czyż nie powinno być jego powinnością jako ucznia podążyć za mistrzynią? Tym bardziej, że tej wydawało się na tym zależeć.
Spojrzał na Arael. Osobę, którą uznawał za mentorkę, strażniczkę sprawiedliwości oraz zabójczynie. Widział jedynie te trzy jej "strony", praktycznie kompletnie zapominając o reszcie cech jej charakteru, czy choćby o fakcie, że jest kobietą. Patrzył na nią w ciszy, zastanawiając się, czy chce za nią iść. Wciąż czuł, jakby nadwyrężył jej zaufanie, jakby splamił własny honor przez to odejście bez słowa. Jednak to wciąż nie była łatwa decyzja.
Ja… – wydukał w końcu, chociaż wciąż nie znał odpowiedzi. Jego wzrok przeniósł się na Infiego. Kolejna niewiadoma, jak praktycznie cała ta drużyna, z Arael na czele. Tak naprawdę, nikogo nie znał. Nie miał nawet okazji dobrze zapoznać się z swoją mistrzynią. Nie wiedział, co lubi a czego nie cierpi, jakie są jej zainteresowania, czy ma kogoś bliskiego. Nie znał jej. A gdyby tu został, to rozdzieliliby się. Jego wzrok ponownie przeniósł się na nią. Zadał sobie pomocnicze pytanie. "Czy chce, by ona była moją mistrzynią?". Odpowiedź była twierdząca. W osobie Arael widział nadzieje na osiągnięcie swojego celu. Gdyby teraz się rozdzielili na nie wiadomo jak długi czas, mogliby się już nigdy nie spotkać.
Idę! – wykrzyknął swoim melodyjnym głosem, co nie zabrzmiało aż tak bojowo, jak byłoby to w wypadku istoty nieelfiej, lecz czy jest to ważne dla przesłania?
Błyskawicznie pojawił się następny osobnik. O dziwo, nie była to kolejna, dziwna istota pokroju smoka czy gnolla. Był to zwykły, najzwyczajniejszy człowiek. Ale zbyt wyróżniałby się w tak wyróżniającej się grupie, gdyby nie miał czegoś, co by wyróżniałoby go z tłumu, czyż nie? W jego wypadku był to kostur, prawie tak wielki jak on sam. Merratron zastanawiał się, czy rzeczywiście osobnik ten zamierza go stosować do walki. W końcu to musi być wysoce niepraktyczne wymachiwać czymś tak wielkim. Kątem oka spojrzał na swój lekki miecz, lecz wciąż ostry niczym brzytwa. Przyzwyczajony do szybkiego stylu walki nie potrafił sobie wyobrazić walki takim bydlakiem, jakiego przytargał tutaj człowiek. Jedyna jako-taka normalna istota dotarła do Infiego, więc pośrednio także do Merratrona, który stał tuż przy nim. Pozwoliło mu to doskonale usłyszeć wszystkie słowa jakie między sobą wymienili. Cóż, wszystko wskazywało na to, że i on zamierza do nich dołączyć. Przeczucia, jakie mężczyzna wyraził na głos sprawiły,że półelf odruchowo zacisnął lewą pięść. Coś wyjątkowego? Kpiny.
Jakby mało było dziwnych istot czy emocji tego dnia, w okolicy był także smok. Najprawdziwszy smok, żywy jak jasna cholera. Merratron przyglądał mu się z lekko otwartymi ustami. W niecałe kilkanaście minut spotkał więcej przedstawicieli najróżniejszych ras niż przez całe swoje wcześniejsze życie, które wcale nie należało do szczególnie krótkich.
Niewygodny grzbiet… – powtórzył cicho słowa Arael mniej-więcej tym tonem, co ona. Dopiero po chwili jego nieco zamulony umysł dotarł do treści tych słów. Jego mistrzyni ujeżdżała smoka! Jego zdziwiony wzrok przeniósł się na kobietę, jakby szukając potwierdzenia, że to prawda. Cóż, wszystko wskazywało na to, że tak.
Na przemowę Infiego nie zwrócił specjalnej uwagi. Wykorzystał ten czas, by otrząsnąć się z zdziwienia. Wziął kilka głębokich oddechów i tym podobne sprawy, które pozwoliły przywrócić jego umysł do jako-takiej stabilności.
W końcu wyruszyli. Arael bez słowa obróciła się na pięcie i ruszyła za Infim. Merratron krótkim truchtem nadgonił swoją mistrzynię od jej prawicy, by iść z nią ramię w ramię. Po swojej lewej stronie miał natomiast swego wierzchowca, którego wciąż trzymał za uzdę.
Mistrzyni, nie chciałabyś jechać? Myślę… – cóż, nie powiedział co myśli. Głównie z tego powodu, że słowa te na jego język zostały wepchnięte przez dziwne poczucie, że to powinien powiedzieć. Nie wiedział jednak, czemu.
z/t

Wróć do „Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52163
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.