Trakt Południowy

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Trakt Południowy

03 maja 2011, 20:13

Ta długa droga, prowadząca od bram Varti aż po Khan'Sal, ostatnie średniocywilizowane miasto na południu, charakteryzuje się jednym stałym widokiem: po prawej stronie widać głównie stepy przeradzające się szybko w pustynie, po lewej zaś szczyty strzelistych gór Ikrem. Trakt jest w dość dobrym stanie, chociaż nie jeździ nim wielu podróżnych. Tylko kupcy dbający o interesy troszczą się o przejezdną i łatwą drogę.
Chociaż większość ludzi z Varti ciągnie w stronę północnego-zachodu, a nie na południe, to trudno też nie spotkać na trakcie do Khan'Sal nikogo przez dłużej niż parę godzin. Powietrze tutaj jest zazwyczaj czyste i przejrzyste, a widoczność może ograniczać jedynie lekka krętość traktu, którego dalsze części bywają zasłonięte pagórkami.


~*~*~

W jasny dzień na trakt wstąpiła Niniel, na swoim gniadym koniu. Jechała stępa, ostrożnie – w głowie dudniło jej od teorii na temat jazdy konnej. Doszła do być może błędnych wniosków, że skoro już zna teorię, to przerodzić ją w praktykę może sama. Tak więc o jasnym świcie wymknęła się z siedziby Enklawy, oporządziła konia (co zajęło jej trzy razy dłużej niż myślała) i ruszyła ostrożnie w stronę Varti. Po ponad trzech godzinach zatrzymała się w miasteczku by posilić się jakimś biedakiem, wypiła wino w miejscowej karczmie i wsiadła z powrotem na konia.
Mysiała przyznać, że mięśnie zaczynają ją boleć, jednak nie miała zamiaru ustąpić. Czuła się w koniu coraz lepiej, a to dawało jej motywację.
Mając za sobą Varti na odległość jednej stai, ścisnęła łydkami boki konia i ruszyła wolnym kłusem. Przyjemnie było podnieść głowę i poczuć we włosach wiatr, chociaż z drugiej strony gorący wicherek z pustynnych terenów zrobił się z czasem nieprzyjemny i nasunął złe wspomnienia.
Niniel skupiła się na wczuciu się w konia. Położyła jedną dłoń na jego karku by poczuć bliskość ze zwierzęciem. jednocześnie starała się skoncentrować na wszystkim, co przekazał jej Kelio:, pięty nisko, plecy proste, odpowiednie ruchy miednicą w czasie anglezowania. Jej gniadek był średnio szybkim i posłusznym koniem, idealnym do nauki jazdy. Najada zadowolona z tego, jak łatwo przychodził jej kłus, pogoniła konia lekkim szturchańcem piętą. To było… Nie tak przyjemne uczucie. A raczej, mogłoby być przyjemne, gdyby nie fakt, że poświęciła całą uwagę na wbiciu się w siodło i nie spadnięciu. Do tego odnosiła wrażenie, że zbyt puściła gniadka na wodzy i nie zdoła już nad nim zapanować.
Nie ujechała nawet kilkudziesięciu kroków, gdy zza drzewa przy skraju drogi wyskoczyła tuż przed konia sporych rozmiarów wiewiórka. Niniel szarpnęła panikujące zwierze do tyłu, po chwili czując sój błąd – tylko mu pomogła. Przednie kopyta uniosły się z ziemi a najada zrobiła jedyne, co wydawało jej się słuszne – złapała grzywę i przylgnęła do szyi konia.

[zt – skok czasu o 5 lat, nowa era]
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Infi;
Vyrn;
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 sty 2013, 13:19

I oto z lasu wreszcie wychynął czerwonooki miecznik. Niosąc ze sobą ubrania martwego paniska, z nowymi butami na stopach i nieco nieprzytomnym uśmiechem… Wiedział, że jego decyzja jest słuszna. Infi dostrzegł Kenhkara, pozdrawiając go krótkim machnięciem dłoni. Brodacz nie spał, co, zważywszy na późną porę i ogólne przemęczenie członków Entropii, było rzeczą niespotykaną. Wojownik nie wiedział, gdzie posiadacz złamanego kostura przebywał wcześniej, ale cieszyło go, że już się odnalazł. Nawet mimo tego, że nie spodziewał się, iż wyruszy z drużyną w dalszą drogę.

Przyjemne ciepło ciągle żywo płonących ognisk sprawiło, że miecznik docenił wkład Kena, który jawił się jako jedyna doglądająca płomieni osoba. Niestety, Infi nie wierzył w jego altruizm – pilnując ognia mag wiatru ogrzał nie tylko innych członków drużyny, ale przede wszystkim samego siebie. Grunt, że dbając o własną wygodę sprawił, że jego towarzysze również nie musieli teraz cierpieć chłodu.

Dobranie odpowiednich patyków zajęło Infiemu całkiem sporo czasu, podczas którego nie odezwał się ani słowem. W końcu, nieopodal obozowiska znalazły się idealne do jego celów szczapy drewna, które posłużyły przewodnikowi Entropii za tyki, na których wywiesił on mokre ubrania Merratrona. Do rana powinny wyschnąć, nadając się do noszenia. Leżące obok niedokładnie obrobione truchło niedźwiedzia trafiło wgłąb lasu. Nie będzie już czasu, aby je wykorzystać, a upieczonego mięsa było i tak już aż nadto. Leżąca pomiędzy ogniskami kupa doprawionej ziołami dziczyzny wystarczyłaby na kilka dni forsownego marszu. Infi zebrał część mięsa, pakując je do swej torby i zapełniając pustkę po sucharach, którymi obdzielił członków drużyny. Wszystko było gotowe, można było ułożyć się do snu.

Wojownik wziął swój wierny, poszczerbiony nieco miecz i ułożył go u swego boku, układając się do snu. Było mu coraz cieplej, błoga senność brała powoli w posiadanie całe jego wymęczone ciało. W końcu zasnął, mając w uszach jedynie spokojne oddechy swoich drużynników oraz kapiącą z drzew wodę z topiącego się powoli śniegu.

Miał sny, a jakże. Wiele nieuporządkowanych obrazów całą noc przecinało jego skołatany umysł, który mimo najszczerszych chęci nie potrafił powiązać ich w jedną spójną całość. Gdy wreszcie otworzył oczy, niewiele z tego pamiętał. Żadnych dodatkowych wskazówek, żadnej nowej wizji. Tylko chłód i zapach lasu.

Wstał nieco wcześniej, niż zamierzał. Było jeszcze ciemno. Po cichu ubrał się w ciuchy Merratrona, co znacząco pomogło mu zachować ciepło. Nagi miecz trafił do jednej dłoni, przepełniony jedzeniem wór w drugą. Większość Entropii jeszcze spała. Przewodnik drużyny rozejrzał się po swych towarzyszach, westchnął cicho. Jego wzrok najdłużej utrzymał się na Ajumi i kolorowowłosej niemowie. Jeżeli faktycznie była ona Firletką, powinna dotrzymać swej obietnicy i towarzyszyć mu, dopóki będzie jej potrzebował. Trzeba było przyznać, że wielki smok potrzebny był przez cały czas, więc powinien pojawić się jeszcze dzisiaj. Nie, żeby Infi był szczególnie naiwny – nie wierzył, że przedstawiciele pradawnych ras nie mają lepszych rzeczy do roboty jak tylko towarzyszenie nieznanemu światu miecznikowi. Nic jednak nie przeszkadzało mu w żywieniu nadziei, że niebawem na niebie ujrzy znajomą, masywną sylwetkę. Każdy miał swoje marzenia.

Ufając, że przynajmniej Asterias za chwilę podąży za nim, Infi odszedł samotnie w ciemność traktu południowego i dalej – do miasta duchów, Varti.

z/t
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

29 sty 2013, 14:06

Wciąż zmorzone już teraz tylko półsnem nozdrza Arael połechtał delikatny, stłumiony nieco przez rozliczne, inne zapachy, aromat pieczonego mięsiwa. Łowczyni niemrawo podniosła powieki, czując, jak jej żołądek rozpaczliwie domaga się treści. Od czasu spałaszowania kilku garści borówek Czerwonooka nie miała w ustach niczego, co byłoby zdolne do zaspokojenia głodu. Delikatnie uniosła się do półleżącej pozycji, wspierając ciało na łokciu. Oprócz źródła kuszącego zapachu, którym miał okazać się pieczony niedźwiedź, oczy Łowczyni napotkały również sznur z wiszącymi na nim, dziwnie znajomymi ubraniami. Po chwili przeczesywania pamięci skojarzyła je – uprzednio należały do Merratrona. Arael nie przejęła się tym zanadto – sama zrabowała większość dobytku elfa, ktoś poszedł po prostu o krok dalej, zabierając mu ubrania. Czerwone oczy obiegły obóz w poszukiwaniu kogoś, kto byłby zdolny do ograbienia trupa z odzieży. Jej oczy napotkały brodatego mężczyznę, którego jednak jak dotąd nie udało jej się poznać, oraz słodko śpiącego Infiego, za którym wyruszyła na pustynię bo… bo tak? Wolała nie wdawać się w głębsze kontemplacje na temat swojej roli w tej wyprawie, bowiem mogła dojść do wniosków, które sprawiłyby, że mogłaby zawrócić na pięcie i odejść, czego nie chciała. Miała świadomość konieczności pójścia na tę wyprawę u boku miecznika, nie wiedziała tylko, co budziło w niej takie poczucie. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, postanowiła zaufać owemu przebłyskowi intuicji i działać.

Pierwszą formą działania miało być podejście do ogniska i urżnięcie ostrzem co smakowiciej wyglądających fragmentów niedźwiadka. Skrzywiła się, gdy jej usta zdominował tłusty, mocny smak pieczonego w warunkach polowych mięsa. Nie była przyzwyczajona do tak ciężkiej strawy, częściej raczyła się chlebem, serem, ptasimi jajami… uśmiechnęła się do siebie, bo chociaż na przyrządzanie strawy z jaj nie miała czasu ani tym bardziej ochoty, to może jej wierny uczeń wpadł na pomysł wpakowania czegoś smakowitego do sakwy, której zawartość była Łowczyni wciąż nieznana. Chwytając worek w swoje drobne rączki, z których jedna była delikatnie pomarszczona w kilku miejscach od oparzenia, sięgnęła do wnętrza, a jej ręce napotkały kilka rzeczy. Wyciągnąwszy pierwszą z nich ujrzała w blasku ogniska kawałek sera, który niezwłocznie, choć nie łapczywie, spałaszowała. Kolejnym jakże cennym znaleziskiem było pół bochenka chleba, nieco czerstwego, jednak wciąż niepokrytego zielonym nalotem pleśni. Bez zawahania pochłonęła również ten "dar" Merratrona.

Czując, że gdyby jej żołądek miał usta, właśnie obdarzyłby ją uśmiechem, powróciła do miejsca, w którym uprzednio leżała i wyciągnęła się, czekając, aż reszta Entropii się obudzi. Z półotwartymi oczami rozmyślała o wydarzeniach ostatnich paru dni, ze względnym zadowoleniem stwierdzając, że nawet, gdyby mogła coś zmienić, raczej by tego nie zrobiła. Może poza przyjmowaniem elfów-albinosów do terminu w zacienionych uliczkach Wolenvain. Dopiero po chwili usłyszała tupanie w obozie, oznajmiające, że ktoś uniósł swój senny tyłek i być może za chwilę będzie mogła z kimś uciąć pogawędkę. Uniósłszy jedną powiekę dostrzegła Infiego, który zdjąwszy merratronowe ciuszki ze sznura, założył je na swój wytatuowany grzbiet, po czym rozejrzał się po wszystkich śpiących, złapał swój miecz, przygotowany worek z jedzeniem, który nie wyglądał na lekki, a następnie… podreptał w stronę Varti? Nie obudziwszy nikogo. Arael nie miała pojęcia, co o tym myśleć, wiedziała tylko, że obiecała miecznikowi wierność. O motywy opuszczenia obozu zamierzała zapytać go nieco później, w bardziej sprzyjających okolicznościach. Bezszelestnie wstała, chwytając w rękę sakwę z jedzeniem, do której przełożyła większą część ptasich jaj, po czym już miała skierować swoje kroki w kierunku oddalającego się miecznika, ale… coś ją zatrzymało. Jej wzrok spoczął na ostatnim, nierozdzielonym dziedzictwie Merratrona, siwym koniku, który niechybnie zostanie zabity i rozszarpany przez leśne zwierzęta, jeżeli zostanie tutaj. Postanowiwszy, że siwy, młody, jeździecki koń na pewno będzie stanowił cenny kąsek dla ludzi z Varti, być może gotowych coś zań przehandlować, podeszła do zwierzęcia, poklepała je po karku, ujęła delikatnie za uzdę i poprowadziła w stronę traktu.

Za Infim.

z/t
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

29 sty 2013, 17:04

Kenhkar siedział sobie przy ognisku, gdy do obozowiska powrócił Infi, targając ze sobą jakieś łachy. Nie wiadomo skąd je wziął. Może miał swój prywatny składzik albo chatkę w okolicy? To nie było istotne, chociaż Ken dość mocno się tym zaintrygował z braku lepszych zainteresowań w chwili obecnej. Miecznik skinął dłonią w krótkim przywitaniu, powiesił nowe wdzianko na jakichś badylach – pewnie żeby wyschło – i ułożył się do snu.

W pewnym momencie kobieta o nieznanym Kenhkarowi imieniu Arael, obudziwszy się, ukroiła sobie nieco mięsiwa i zaczęła się posilać. Mężczyzna patrzył na nią ukradkiem, zastanawiając się, kim ona właściwie jest. Spojrzał na całą tę zbieraninę, którą okrzyknięto Entropią. Długa droga przed nimi, a i tak nie wiadomo, jak wszystko się skończy. Kenhkara w tej niewygodnej podróży utrzymywał tylko obraz zdobycia jakiejś pokaźnej fortunki. Choć i to było niepewne. Mogli najzwyczajniej w świecie wyjść z własnej woli w śmiertelne piaski, gdzie wszędzie czyha zguba. Cóż, nie było to zbyt optymistyczne podejście do sprawy, więc wojownik prędko je odrzucił, skupiając się na pozytywach. Na przykład na tym, iż na zachodzie z pewnością jest cieplej i bardziej sucho. Już szlag go trafiał z tej wilgoci i chłodu.

Ostatecznie położył się spać nieopodal ognisk, aby było mu ciepło. Jego myśli prędko spowiła błoga nieświadomość.

Kenhkar otworzył swe brązowe oczy. Widział wszystko jak przez mgłę, na dodatek ciemność jeszcze nie uległa słońcu. Nie miał więc pojęcia, jak długo spał. Godzinę, dwie? Cóż, nie zmieniało to faktu, że jest po prostu ciemno. Usiadł, trąc oczy. Rozejrzał się po okolicy. Drużyna spała. Tak to wyglądało. Nagle trzasnęła jakaś gałązka. Cicho, lecz trzasnęła. Od razu rzucił swym czujnym spojrzeniem w tamtą stronę. Jakiś cień, sporej postury, odchodził. Kenhkar zauważył, że nowe ciuszki Infiego zniknęły. Chwilę potem za cieniem ruszyła Arael, prowadząc konia tego elfa, który gdzieś potem zaginął. O co tu chodziło?

Wyspał się nieco, więc powstał, przeciągnął się z rozkoszą, po czym chwycił worek ze swym dobytkiem, umocował go na plecach i ruszył z wolna za dwójką towarzyszy, dorzuciwszy po drodze resztek drewna do ognisk.

[z/t]
Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

29 sty 2013, 23:05

Asterias wziął napierśnik w jedną rękę, w drugą zaś uchwycił pochwę wraz z mieczem w niej tkwiącym. Nie były to ciężkie przedmioty, tak więc dużej trudności to nie robiło. Dłoń, którą odciął miecznik swym potężnym cięciem, Czerwony obrał ze skóry, na której fragmencie był tatuaż. Być może ważny dlań w przyszłości, nigdy nie wiadomo. Instynkt podpowiadał mu, że warto zbierać takie ciekawostki, a elf posłusznie go słuchał. Skórę zaś włożył do jedynego miejsca, w którym mogłaby być – do woreczka ze składnikami alchemicznymi. Nie było ich dużo, tak więc skóra zmieściła się bez problemu, acz powinien w przyszłości zainwestować w jakiś "worek", w którym mógłby chować co ciekawsze łupy.
Infi odszedł prędzej od niego, Aster jeszcze chwilę pozostał przy trupie Merra, jakby oddając mu ostatni hołd. Może i zginął, jak to miecznik określił, jak ostatnia ciota, ale chociaż to mu się należało. Jakby w powietrze wyrzucił słowa podziękowania za przedmioty, które mu wraz z miecznikiem zabrali.


Kiedy znalazł się przy ognisku, postanowił wykorzystać ostatnie godziny na sen. Przysiadł w miejscu, w którym zostawił Wygnańca, i który posłusznie jakby nań czekał, położył resztę obok niego, w pozycji siedzącej skrzyżował nogi w taki sposób, by jego równowaga była trudniejsza do zachwiania i dał się zatopić w krainę snu.

Tym razem nie śnił o niczym. Jego sen był jakby niespokojny, biorąc pod uwagę zdarzenia z dnia, który się właśnie dla maga skończył. Gdyby Asterias był wierzący, z pewnością podziękowałby za to bogu, którego by czcił. Jednak nie był, gdyż nie znalazł dla siebie odpowiedniego…

Nie wiedział ile spał. Otworzył powoli oczy. Jego "łupy" leżały nadal obok, koło miecza Infiego. Rozejrzał się powoli. Nie zauważył Arael, ani miecznika. Wstał, i począł rozglądać się, by nie przegapić czegoś ważnego. Najwyraźniej poszli już, prawdopodobnie niedawno, gdyż ślady znalezione przez Astera, w pozostałościach śnieżnych, były jeszcze świeże. Zabrali także konia, który jeszcze niedawno służył truposzowi. Cóż… Nie było co zwlekać, powinien dogonić swych ziomków póki jeszcze mógł. Rozejrzał się za swym płaszczem i zauważył, że sporo ludzi, w tym niemal wszystkie kobiety Entropii, spały. Postanowił zostawić zziębniętej, nagiej i kolorowej kobiecie płaszcz, jej bardziej się przyda. Chociaż służył Czerwonemu przez długi czas, teraz musiał zostać tutaj.
Przypiął klamrę pochwy do swego paska, by móc ułatwić sobie dzierżenie łupów. W jedną rękę wziął Wygnańca, jak ostatnio, oparł go o swe ramię, by nie nadwerężać ręki. W drugą zaś rękę wziął kirys. Było to razem dość ciężkie. Miał nadzieję szybko dogonić Infiego z bandą, by zrzucić część tobołów na konia, którego postanowili zabrać…

By dać jakiś znak innym, postanowił krwią zrobić ślady na śniegu i kilku drzewach, jakby oznaczając drogę. Ayumi, driada, która jeszcze niedawno deklarowała chęć pozostania uczennicą maga krwi, powinna poznać jego robotę i odgadnąć kierunek drogi. Maznął kilka wzorków, dość niewielkich, jakby na kształt strzał i ruszył w drogę, dość powolnym przez przedmioty krokiem… Oczywiście, jak na swe standardy.

z/t
Awatar użytkownika
Ajumi
Posty: 153
Rejestracja: 04 wrz 2011, 18:12
GG: 7575125
Karta Postaci: viewtopic.php?t=653

30 sty 2013, 16:36

Przerażający dzień pełen wrażeń i to dość meczący… nigdy nie przeżyła czegoś takiego i przez ten podskok adrenaliny nie spieszyło się zielonowłosej do snu. Obserwowała w ciszy członków drużyny. Przyglądała się Infiemu jak przyrządza mięso, obserwowała jak inni się częstowali upieczonym jedzeniem i po kolei układali do snu. Po takim horrorze byli w stanie od tak zasnąć? Może faktycznie i ona powinna odciąć się od tych przykrych zdarzeń. W końcu to dopiero początek… jeżeli tak się bała tej małej rozgrzewki nie powinna iść dalej.
Nie była zadowolona z siebie i zastosowania energii na Tarnalu. Niestety nie mogła tego odwrócić. Musieli po prostu przeczekać aż w organizmie wojownika wszystko się unormuje. Na szczęście Dziwne Oczy była w stanie przyprowadzić go do porządku. Siłą ale ważne, że skutecznie. Wzruszyła ramionami starając się nie zadręczać tym więcej. Musi po prostu więcej poćwiczyć kontrolowanie tej energii.
Odprowadziła wzrokiem Asteriasa i Infiego. Podniosła się z miejsca i w końcu postanowiła posilić się. Organizm był zmęczony a chodź driada nie podzielała spożywania mięsa i to ze stworzenia lasu, którego poniekąd uważała za krewniaka… głód wziął nad nią górę. Posiliła się i ogrzewała przy ognisku. Nawet nie spostrzegła kiedy usnęła. Powieki po prostu zrobiły się zbyt ciężkie i film się urwał.

Otworzyła oczy i podniosła głowę z małego niedźwiadka, który to w nocy posłużył jej za poduszkę. Dziś czuła się o wiele lepiej. Wypoczęta i nieco silniejsza, nie tylko fizycznie. Podniosła się z ziemi przeciągając leniwie i rozejrzała po kompanach. Kilku osób już brakowało. Domyśliła się, że wyruszyli w dalszą podróż, zdziwiona była tym, że nic nie słyszała. Musiała być naprawdę zmęczona. Podsunęła niedźwiadka bliżej Tarnala. W końcu zarzekał się wczoraj, że się nim zaopiekuje. Ajumi nie chciała nikomu przerywać snu i postanowiła po prostu wyruszyć sama i dogonić resztę.

Chłód z rana był niezwykle dokuczliwy. Drobne ciałko driady nie było przystosowane do takich warunków a do tego była nieodpowiednio ubrana. Przewiewna, podarta suknia nie była dobra osłoną. Po paru krokach stwierdziła, że tak daleko nie zajdzie a już na pewno nikogo nie dogoni. Postanowiła sobie nieco ułatwić… przyjęła postać eteryczną.

Nie czuła już nieprzyjemnego zimna i mogła nieco szybciej podróżować lewitując nieco nad ziemią. Gdy pojawiła się przy drodze nie zastanawiała się długo w którą stronę ma się udać. Rozpoznała znaki z krwi przypominające strzałki. Nie trudno było się również domyślić kto jest ich wykonawcą. Ajumi uśmiechnęła się do siebie pod nosem i ruszyła za śladami. Chodź wczorajszego wieczoru nie była pewna czy ma odwagę iść dalej, dziś przez myśl nie przeszło jej najmniejsze zawahanie by tu zostać bądź się cofnąć. Może to przywiązanie może coś innego kazało się jej nie poddawać. Miała tylko nadzieję, że daleko nie odeszli i dogoni ich.

z.t
Awatar użytkownika
Dziwne Oczy
Posty: 188
Rejestracja: 07 maja 2012, 18:46
GG: 4896516
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1882

31 sty 2013, 00:14

Dziwne Oczy leżała dokładnie w tym samym miejscu, w którym legła rozzłoszczona wczorajszego wieczoru. Sen dopadł ją dość szybko, pomimo nerwów i całej palety emocji, które nią targały. Wbrew zmęczeniu, które odczuwała, nie spała długo. Zaraz po przebudzeniu powróciły irytujące myśli, na które samica nie miała zbyt wielkiej ochoty.
W pobliżu kręcił się Wyjec, z nosem przy ziemi, najwidoczniej starający się rozerwać wdychaniem porannych zapachów gleby. Poprzedniego dnia spał długo, choć był to mocno potrzebny sen regeneracyjny i nie można było go przecenić. Gdy zwierzak ujrzał, że jego pani poruszyła się w odruchu pobudki, podszedł do niej i położył cielsko tuż przy jej łbie, aż musiała go odepchnąć, by cokolwiek widzieć spod półprzymkniętych powiek.
A co nieco było do oglądania. W obozie każdy zdawał się zajmować tylko sobą, nikt nie rozmawiał, natomiast co i rusz ktoś podnosił się, przygotowywał czy… ruszał w podróż. Gnollicę zdziwiło, że Czerwonooki nie raczył nic powiedzieć, choć wcześniej gadał szumnie o jakiejś Erotropii. Uraziło ją to i właściwie zasiało jeszcze więcej wątpliwości.
Po co zgodziła się na wędrówkę z tymi wszystkimi dziwolągami? Czy ta historia, w czasie której prawie została pożarta i straciła swoje uzbrojenie to był tylko wstęp do czegoś jeszcze gorszego? Czy jest komuś cokolwiek winna? Czy nie powinna zabrać swego tyłka w troki, byle dalej od tych przeklętych Rozległych Piasków? Czy nie powinna przede wszystkim pomyśleć o dobru Wyjca? I czy dalej powinna kisić się w swojej samotności czy przestać zaprzeczać, że została stworzona do życia w grupie?
Nie śpieszyła się. Leniwie podniosła się i rozejrzała po pustoszejącym obozie. Wiedziała, że w razie czego wytropi tych, którzy wyruszyli przed nią bez problemu, a z jej długością kroku dogonienie ich również nie było aż tak ciężkie. Zawiesiła w końcu spojrzenie na Byku i westchnęła ciężko, kiedy zaczęła człapać w jego stronę. Nie wiedziała, czy jego rozum wrócił na swoje miejsce, nie wiedziała nawet, po co się tym przejmuje.
Szturchnęła go ostrożnie nogą, siląc się na zobojętniałą minę i ton:
Wygląda, że reszta poszła. Idziemy, Żelazny Rogu?
W tym krótkim, zdawkowym pytaniu zawarta była cała jej niepewność i nieumiejętność podjęcia decyzji. Z jednej strony w ogóle nie pasowała do tej wyprawy, do tych różniących się od niej łysawych stworzeń. Z drugiej, duma nie pozwalała się jej wycofać z całego przedsięwzięcia. I nie wiedzieć czemu, to właśnie na minotaurze spoczęła niejako odpowiedzialność za ich oboje. W końcu powiedziała: "my".
Awatar użytkownika
Pogak
Posty: 33
Rejestracja: 12 maja 2013, 12:59
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=43188#43188

09 cze 2013, 19:23

Miarowy stukot jelenich racic o bruk traktu południowego przeplatał się z charczeniem wydobywającym się z piersi wyczerpanego morain pędzącego na złamanie karku w bliżej niesprecyzowanym kierunku, jednak można było powiedzieć, że z każdą chwilą znajdował się coraz bliżej Wolenvain. Po dłuższym, szaleńczym cwale na chwilę przystanął, omiatając głębokimi, pełnymi łez oczami barwy szafiru okolicę. Po jego lewej stronie rozciągał się krajobraz, który w myślach Pomazaniec nazwał wstępem do koszmaru – stepy nawet wiosenną nocą wyglądały raczej sucho i nieprzyjaźnie dla kogoś, kto szczególnie ukochał wodę. Postanowiwszy dla własnego bezpieczeństwa trzymać się możliwie daleko od tych suchych wertepów Pogak już w łagodniejszym tempie począł dreptać na północ.

Jego umysł rozsadzały rozliczne wizje dotyczące tego, co obecnie musi dziać się w Alne. Oczyma wyobraźni widział swojego ojca, któremu starszyzna zarzuca brak kompetencji w wychowaniu syna, niemalże czuł na sobie przeszywający wstyd w oczach swoich mistrzów z obozu, wreszcie myślał o Poreri, z pogardą patrzącą na mordercę. Nieprzerwany marsz w towarzystwie rozgorączkowanego, rozbieganego umysłu trwał, aż znad gór otaczających Minaloit jego oczy delikatnie musnęły pierwsze promienie porannego światła. Wówczas Pogak zszedł z traktu, mając po swojej prawej stronie liczne zarośla. Pokryta poranną rosą niska trawa wesoło błyskała do niego pojedynczymi kropelkami, budząc iskierki szczęścia w morainowym sercu. Zrazu jednak młodego In ogarnął dziwny niepokój, jakby nagle poczuł, że część jego umarła, a on zapomniał to sprawdzić. Wyciągnął przed siebie drżącą rękę i wydał rosie polecenie.

Jego strach prysł w momencie, w którym drobne kropelki zaczęły podskakiwać do góry, formując się w coraz większy strumień. Chwilę później struga zakręciła się wokół niego jak niesforny, skrzydlaty wąż. Morain, jeszcze przed chwilą niemal pogrążony w żałobie poczuł radość przepełniającą go po same brzegi. Woda nie opuściła go i wciąż chciała słuchać jego próśb. Życiodajny płyn zatoczył jeszcze kilka fikuśnych kształtów, po czym Pogak uwolnił magię, pozwalając drobinkom rosy powrócić na swoje pierwotne miejsca tak, by nie pozbawiać wody organizmów czerpiących ją właśnie z tego miejsca. Delikatnie i znacznie lżejszym krokiem powrócił na trakt, zmierzając na północ.

Planował dostać się do jakiegoś miasta, w którym będzie dostatecznie mokro, by żyć i wystarczająco źle, by móc pomagać tambylcom. Miarowy stukot jego racic od teraz brzmiał sam, wywołane zmęczeniem charczenie ustało, przywracając oddechowi płynność i głębokość.

z/t
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

11 lut 2014, 23:32

Miarowego kroku najemniczki, od paru godzin nie zagłuszało nic, prócz szumu poruszonych wiatrem stepowych traw. Anante spokojnie rozglądała się po okolicy, idąc skrajem traktu. Zewsząd otaczały ją delikatnie pofalowane wzgórza i step, kuszący wolnością, niczym stara kochanka; tylko po lewej obraz ten zakłócały wcale nie tak odległe góry Ikrem, przebijające sklepienie chmur na wzór włóczni. Uśmiechnąwszy się na tą myśl, poprawiła ramię od torby podróżnej. Od lat była już przyzwyczajona do ciężaru pancerza i plecaka, traktując je niczym nieodłączny element swojego ciała, bez którego czuła by się nieswojo. Możliwe że było to tylko jej osobiste odczucie, jednak najemnicza brać z jaką wielokrotnie miała styczność potwierdzała tę regułę. Dzień był piękny, nawet jak na wczesne lato. Słońce, wznoszące się niczym gigantyczna złota latarnia, ogrzewało powierzchnie ziemi, nadając okolicy lekko zamazanych, acz wyrazistych barw. Uśmiechnąwszy się delikatnie poprawiła zsuwający się na oczy kaptur. Choć dla przeciętnego chłopa grzało naprawdę porządnie, półdemonica dopiero teraz zaczynała się czuć komfortowo. Choć nie cierpiała za bardzo zimą, spędziwszy ją na granicy pustyni, pracując przy karawanach, to jednak jej organizm preferował zdecydowanie gorętsze okresy, które powolutku nadchodziły na te ziemie. Choć targały nią lekkie obawy, związane z powrotem na łono cywilizacji to jednak kroczyła przed siebie pełna nadziei, kapkę już irracjonalnej po tylu latach. Do jej wyobraźni, powracały obrazy przeszłości, które niekoniecznie należały do najprzyjemniejszych. Tak, cywilizacja… matecznik wszystkiego co najpiękniejsze i najplugawsze we wszystkich istotach uznających się za myślące. A jednak postanowiła wrócić w ten chaos, choć nie był to akt podyktowany tylko czczą chęcią. Jej ekwipunek i zapasy uległy znacznej degradacji, a poza tym powoli zaczynały ją nużyć ciągłe wędrówki. Potrzebowała chwili oddechu, możliwości zdystansowania się do świata i odpoczynku, w trakcie którego nie będzie musiała oglądać się przez ramię. Wymacawszy odruchowo medalion, skryty pod koszulą uspokoiła się trochę. Już niedługo będzie musiała porzucić kaptur i ponownie zacząć przypominać człowieka. Zresztą będzie do tego potrzeba ciepłej kąpieli, jak nie dwóch, z porządną szczotką i ługiem. Choć przeważnie dbała o takie sprawy, to jednak długie wędrówki nie sprzyjały higienie osobistej. Może jeszcze nie cuchnęła, jednak wszędobylska mieszanka kurzu, pyłu i zestarzałego potu nikomu nie służyła. Rozmarzywszy się na chwilę, prawie nie wpadła w jedną z kolein, powstałych na trakcie. Zakląwszy szpetnie, odsunęła się od cholery i ominąwszy ja szerokim łukiem, wróciła do powolnego stukania obcasami o bruk. Spoglądając na monotonny krajobraz, uspokoiła się szybko. Cóż, może i mogłaby pokonać tą drogę parokrotnie szybciej, jadąc konno, jednak miała dwa powody by tego unikać niczym ognia. Po pierwsze miała czas i w sumie nigdzie się jej nie spieszyło, po drugie za cholerę nie ufała bydlakom. Myśl że nic co jest większe od niej i łazi na czterech kopytach nie może być godne zaufania, nie zrodziła się w niej bez przyczyny. W trakcie jednego z postoi, była mimowolnym świadkiem jak konisko jakiegoś paniczyka wyrwało się spod kontroli i rozsierdzone jego zachowaniem ugryzło najbliższą osobę, miażdżąc jej twarz i zrywając skórę razem z mięśniami. Młody chłop, który miał nieszczęście przybyć tego dnia na wioskowy targ, nie miał szans obronić się przed czworo-kopytnym potworem i w tym wraz z twarzą stracił szanse na normalną egzystencję. Wzdrygnąwszy się na samo wspomnienie, odgoniła od siebie podobnie makabryczne zdarzenia i spróbowała ponownie cieszyć się dniem.

Wieczór
Czując narastające zmęczenie, Anante zaczęła szukać miejsca na postój. Choć równiny przy trakcie wyglądały kusząco, wolała jednak unikać tak otwartej przestrzeni. Nie zbyt uśmiechało się zostanie największym obiektem sygnalizacyjnym w promieniu paru mil. Oczywiście mogła zrezygnować z luksusu jaki stanowiła ciepła strawa i światło, jednakże po paru poprzednich nocach miała już serdecznie dość suszonego mięsiwa i chłodu. Widząc, jak czerwona kula powoli znika za horyzontem, przyspieszyła swoje poszukiwania. Wolała nie wędrować przy blasku gwiazd, jakkolwiek by to romantycznie i zachęcająco nie wyglądało. Nie mogąc nic wyraźnie dostrzec i nie znając okolicy, mogłaby się stać łatwym łupem dla pierwszej napotkanej zgrai idiotów z łukami. Zaczynając się już lekko niepokoić, dostrzegła nieznaczne, ale jednak zawsze jakieś zagłębienie terenu przy samym trakcie. Pospiesznie zszedłszy z drogi, zeszła na dno dosyć sporej dziury, w kształcie spłaszczonej czaszy. Na jej środku znajdował się krąg z kamieni, otoczony poletkiem wypalonej trawy. Cóż, widać nie ona pierwsza postanowiła tu przenocować. Nie mając zbyt wiele czasu zabrała się za zebranie niezbędnego na noc opału. Znosząc kłęby wysuszonej trawy i niewielkie, zasuszone kłęby gałęzi które kiedyś chyba były krzakami straciła ostatnią godzinę przed ciemnością. Ułożywszy na środku kamiennego koła niewielką kupkę chrustu, podłożyła pod niego kawałek hubki. Nie mogąc nigdzie znaleźć krzemienia, westchnęła poirytowana i zaczęła mamrotać krótką inkantację. W jej umyśle pojawił się wyraźny obraz małego płomyczka, nie większego niż jej kciuk. Ogieniek, niczym małe zwierzątko drżał, pod wpływem wyimaginowanych podmuchów wiatru. Skoncentrowawszy się, uspokoiła go, po czym zaczęła zasilać energią magiczną, tworząc jego odpowiednik w rzeczywistym świecie. Jednocześnie kreśliła w powietrzu, dwoma palcami prawej dłoni dosyć prostu symbol, przypominający kulę o poszarpanych brzegach. Wiedząc że nawet na tym etapie coś może nie wypalić, poszerzyła wyobrażenie o cichy, niknący w przestrzeni trzask, zapach płonących gałęzi i trawy, oraz uczucie ciepła i bezpieczeństwa, jakie od wieków stanowił dla większości istot ogień. Nie zapominała jednak, że potrzebuje on pożywienia, niczym żywa istota. Umieściwszy w swej wyobraźni obraz hubki, dokończyła inkantację. Z lekkim uśmiechem, spojrzała na swoje dzieło. Mały ognik pełgał po hubce, powoli ją wypalając. Nie czekając zbytnio, zaczęła delikatnie dmuchać, jednocześnie wygaszając magiczne połączenie płomyka z jej zasobami. Już po chwili jej wysiłki zaowocowały delikatnym trzaskiem i rozświetleniem skromnego obozowiska. Dorzuciwszy parę gałązek, rozłożyła na ziemi swój płaszcz, po czym zaczęła wyciągać z torby suszone mięso, suchary, manierkę z wodą i kubek. Trochę soli i mięty, a będzie mogła zrobić coś na kształt gulaszu… Odwróciwszy się do ogniska, przelotnie dostrzegła cień zbliżający się od traktu. Szybkim ruchem odłożyła jedzenie i płynnym ruchem sięgnęła po miecz. Stanąwszy na skraju oświetlonego przez skromne palenisko kręgu, przygotowała się na ewentualny atak i powiedziała spokojnym głosem:
Witaj, jeśli jesteś podróżnym i szukasz miejsca na noc; odpowiedz i podejdź tu. Podzielę się strawą i miejscem przy ognisku…- po chwili dodała z nutą groźby, choć wiedziała jak niepoważnie musi to brzmieć z ust tak niepozornej istoty jaką była– W przeciwnym razie, nalegałabym żebyś odszedł, bo nie jestem tak łatwym celem jak się może wydawać.
Czekając na odpowiedź, przygotowała rezerwy magiczne do odparcia ewentualnego ataku i odpowiedzenia na niego jednym, miażdżącym ciosem. Nie miała nastroju do uczciwej rąbaniny, w szczególności że czekał na nią posiłek. W sumie, miała szczerą nadzieje że ma przed sobą podróżnego, który będzie gotów podzielić się historią bądź dwoma, za odrobinę jadła i nie sprawi większego problemu. Ba, marzyło się jej nawet że czymś urozmaici jej skromne racje i naprawdę uda się jej ugotować coś zjadliwego…
Awatar użytkownika
Trinn
Posty: 75
Rejestracja: 24 cze 2012, 18:19
Lokalizacja postaci: Sala
GG: 8800133
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2008

12 lut 2014, 12:53

Poranki były męczące, południa spędzone na, zdawać by się mogło niekończącej podróży, wieczory obfite w rozedrganie ramion spowodowane nagłymi przypływami zimna, a noce… cóż z jednej strony były potworne, a potworność ich łączyła się z przymusem zmiany postaci i popadania w czujny sen w postaci jaszczurki. Z drugiej jednak strony był to jedyny czas w przeciągu doby, kiedy dziewczyna była w stanie rozluźnić mięśnie, skryć się pod stertą liści i po prostu umknąć w ramiona Morfeusza.
Sny nie dawały jednak ukojenia. Kobieta wciąż miała przed oczyma mord, bezwładne ciało, spływającą po trawie posokę i dwie krwistoczerwone kule naznaczone zbrodnią, której nie zdoła wymazać żadna pokuta. Tak krótkie przecież spotkanie z drużyną posępnego mieczownika zdążyło pozostawić głęboką ranę w psychice młodej zmiennokształtnej, której do tej pory obca była agresja.
Czas upływał młódce na liczeniu przemykających w powietrzu owadów, na zbieraniu jagód – w czym trzeba przyznać jest zaskakująco dobra, na podśpiewywaniu pod nosem, udawaniu pirata i zastanawianiu się czy piraci w ogóle istnieją. Potem robiła zupę z jarzyn to jest – wrzucała owoce do wody, rozbełtując je i nazywając potrawą, zmieniała się w jaszczurkę, umykając przez trakt, a droga do Wolevain… ah! Ta droga zdawała się nie mieć końca!
Nie wiedząca zbyt wiele o pobliskich ścieżkach Trinn nie zdawała sobie sprawy z tego jak mocno zeszła z obranej trasy, zamiast w mieście pojawiając się na Trakcie Południowym. Cóż to była za złość i niezadowolenie, gdy nareszcie pewien miły kupiec podróżujący w stronę Khan' Sal kupiec wyprowadził jaszczurołaczkę z błędu.
I pojawiły się kolejne dni pełne piaszczystej drogi, błądzenia, jagód, koszmarów, drogi, jagód i kolejnych koszmarów. Życie stało się zadziwiająco monotonne i nawet spontaniczne przemiany nie burzyły tej narastającej nudy, poczucia znużenia, które wywiercało dziewczynie dziurę w brzuchu. Mimo wszystko kuglarka stroniła od towarzystwa i kiedy tylko słyszała nadjeżdżający powóz, przemieniała się, drepcząc tuż przy kołach, wsłuchując się w pieśni wędrowców, zapamiętując ich teksty jednak nigdy nie uświadamiając ich o swej cichej obecności.
Tym razem było inaczej. Już od pewnego czasu zimno zdawało się być jeszcze bardziej przeszywające, jeszcze mocniej drażniło delikatną skórę, jeszcze silniej prześwietlało kości. Coraz rzadziej napotykane na drodze krzewy, w których nie sposób znaleźć było ani odrobiny jedzenia… wszystkie te aspekty zmusiły dziewczę do zaufania samotnemu podróżnikowi, który kusił rozpalonym, trzaskającym wesoło ogniskiem. Dym unoszący się wysoko do chmur i gwiazd jawił się niczym swojskie zaproszenie. A może pułapka? Ponieważ słowa nieznajomej wydawały się naszpikowane groźbami, ostrzeżeniami.
Kobieta nie winna być tak brutalną, nie powinna zabijać. Z resztą nikt nie powinien zabijać.
Nie, nie. Jeżeli nic mi nie zrobisz, nie musisz obawiać się niczego z mojej strony. – mruknęła Trinn, łapiąc się za burczący na słowo "strawa" brzuch.
Jakie konkretnie jadło masz na myśli? – zainteresowała się brązowowłosa przed oczyma mając zastawione suto karczmiane stoły.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

17 lut 2014, 15:27

Słysząc kobiecy głos, półdemonica poczuła się lekko zaskoczona. Nie licząc kurierów, oraz nielicznych koleżanek po fachu nie często zdarzało jej się spotykać inne podróżniczki. Do tego tak młoda sądząc po głosie. Instynktownie szukając aury, nie zdziwiła się zbytnio nie znajdując nic ciekawego. Rozmówczyni przed nią musiała być tym kim był i niczym więcej. Widząc jak na wzmiankę o jedzeniu chwyta się za brzuch, Anante westchnęła lekko. I tak oto prysły jej marzenia o jakichś ambitniejszym dodatku do kolacji. Z drugiej strony będzie z kim porozmawiać, nie bojąc się sztychu pod żebra, co samo w sobie można by uznać za przyjemną odmianę. Płynnym ruchem schowała miecz do pochwy i odsunąwszy się przepuściła przed sobą podróżniczkę. Zanim ta weszła w oświetlony obszar, półdemonica potarła dłonią ukryty pod koszulą amulet i wyszeptawszy parę niezrozumiałych słów aktywowała wplecione w niego zaklęcie. Nie musiała się upewniać, by mieć pewność że działa. Z szczerym zaciekawieniem spoglądała na dziewczynę wchodzącą w krąg światła, stwarzany przez ognisko. Pierwsze co rzucało się w oczy to jej wzrost. Miała przed sobą zdecydowanie wysoką kobietę, żeby nie powiedzieć za wysoką. Mimo to była dosyć proporcjonalnie zbudowana, choć nawet w tak słabym świetle mogła dostrzec kości biodrowe i łopatki. Młode, raczej delikatne oblicze przysłaniała obecnie gra cieni, uniemożliwiając stwierdzenie czegokolwiek poza tym, że raczej brzydka nie jest. Włosy, o chwilowo nie możliwym do określenia kolorze skręcały się w pukle opadające na ramiona. Ananthe była pod wrażeniem. Wolała nawet nie wiedzieć ile wysiłku musiało kosztować utrzymanie takiej fryzury. Ruszywszy tuż za nią, powiedziała, okrążając ognisko:
-Cóż… strawa… mam tutaj…- mówiąc to zaczęła grzebać w torbie podróżnej, uprzednio ściągnąwszy rękawice. Oczywiście cały czas miała na oku nieznajomą–… parę pasków suszonego mięsiwa, suchary… jest też wino… i trochę ziół. Cholera, nie mam niestety żadnego garnka, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to po prostu opiekę to mięso. Skąd Ciebie tu przywiało? Bo nie wyglądasz mi na miejscową, czy jednego z najemników…
W oczekiwaniu na odpowiedź, półdemonica zaczęła grzebać w stercie krzaczków w poszukiwaniu w miarę prostego i długiego badyla. Znalazłszy w końcu gałąź o upragnionym kształcie, oczyściła ją z kory i opaliwszy nad ogniem zaczęła owijać kawałkami mięsa. Choć kierowała się dobrą wolą i pewnymi zasadami jakie wypracowała sobie przez lata wędrówek, to zaczęła się zastanawiać co skłoniło ją do takiej dobroczynności. Znajdowały się w końcu na środku dosyć długiego szlaku, a to były jej ostatnie zapasy. Jeśli więc nie zadowoli się sucharami (w co głęboko wątpiła), będzie musiała jutro, bądź pojutrze nadłożyć drogi i zapolować. Mimo to odrobina wieści i rozmowa wydawały się jej godziwą zapłatą za wikt. Przez ostatnie dwa lata za bardzo dała się ponieść nogom i zawędrowała za daleko w głuszę. Nie było tak źle, jeśli nie liczyć drobnej utarczki z orkami. Cisza, spokój i pod dostatkiem czasu na myślenie. Nie żeby po tylu latach miała jeszcze o czym myśleć, jednak sama atmosfera tamtych chwil skłaniała ku podobnemu zachowaniu. Bezkres pustyni, cichy szum piasku przesypującego się przez wydmy i chłód nocy… Z drugiej strony był to tez okres, kiedy z całej jej twarzy nieustannie złaziła skóra, a wszystko nie miłosiernie swędziało. Otrząsnąwszy się z tej dygresji, nadstawiła kijek nad ogień i zaczęła się przyglądać nieznajomej. W świetle, rzucanym przez ognisko mogła dostrzec znacznie więcej szczegółów. Pukle, niesfornie opadające na jej czoło nabrały teraz jasno-brązowej barwy, a skóra nawet teraz zdawała się blada. Delikatnie się uśmiechnąwszy, pomyślała z lekką satysfakcją ze nie tylko ona musi unikać słońca. Nawet w lekkim półmroku i przysypany pyłem drogi, strój nieznajomej zwracał na siebie uwagę. Cóż, najwidoczniej takie było jego zadanie… Anante nie mogła tylko zrozumieć po co te wszystkie frędzle, ale w sumie to nie jej interes. Westchnąwszy lekko, oderwała wzrok od dziewczyny i wpatrzywszy się w płomienie, zaczęła zastanawiać się co dalej. Wolenvein wydawało się najsensowniejszym celem podróży, najpewniejszym miejscem w którym mogłaby uzupełnić zapasy i odpocząć. Z drugiej strony kapkę obawiała się konfrontacji ze wspomnieniami. Uśmiechnąwszy sie gorzko, prawie nie zaśmiała się słysząc w myślach swoje dziecinne wymówki. Po tylu latach nikt już najpewniej nawet nie pamięta o niej, a z pewnością nie ludzie. Będzie po prostu kolejnym obcym, pałętającym się po stolicy. Zresztą musiała znaleźć jakaś pracę i podreperować ekwipunek, a oto najprościej będzie starać się na terenie stolicy. Wziąwszy głębszy wdech, wyciągnęła z torby pół paczki sucharów i manierkę z winem i położywszy je przed podróżniczką, wróciła do pilnowania kolacji.

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 26 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 26 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.