Rynek

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

Rynek

12 mar 2013, 23:18

Obrazek
Rynek wydawał się miejscem niemal zabytkowym. W tak zapyziałej dziurze jak Minaloit nie można się spodziewać niczego lepszego. Po pierwsze to miejsce było małe. Cały jarmark zakreślał się w koło oplatające ratusz. Była to większych rozmiarów brukowana ulica na którą co jakiś czas witali kolejni handlarze. Na targ z dość odległych od Minaloit wiosek, przybywali pasterze by sprzedać to co wyhodowali. Były więc: krowy, konie, świnie, koguty, owce. Nie było ich zbyt wiele, jakość także pozostawiała wiele do życzenia, jednak to one były głównym źródłem mięsiwa dla miasta. Pojawiali się także rolnicy, prości chłopi oderwani od pługa, by przejechać raniutko na targ i sprzedać warzywa które zdołali zebrać. Bardzo pospolite, stosunkowo tanie, aczkolwiek dobre i świeże. Ich zapach mieszał się z zapachem potu oraz żywego inwentarza. Choć ta część rynku zdawała się przeważać, czasem pojawiali się tutaj zgoła inni handlarze. Gdy pora sprzyja z gór schodzą łowcy polujący na ryby w zimnych, przejrzystych potokach. Są one zwykle dość świeże, zdarza się jednak, iż nieuczciwy handlarz wrzuci gdzieś na stos starą część ogona. Niestety, tych płetwiastych, mięsistych przysmaków w Minaloit nie widzi się zbyt często. Są raczej okazjonalnym rarytasem niżli podstawowym dobrem. Idąc dalej tą małą ostoją handlu można napotkać stragany z prostymi ubraniami, bronią oraz przedmiotami użytku codziennego. Dobra znalezione tutaj nie są najwyższej jakości. Zakrawają o przeciętne, jeśli patrzeć na nie optymistycznym okiem. Wśród nich biegają zwykle małe, posiniaczone i brudne dzieci, bawiące się w gonitwy, bądź szukające straganu, który mogłyby okraść. Przestępczość w tym miejscu jest raczej niska, zdarzają się jednak kieszonkowcy żądni podwędzić sakiewkę bądź dwie. Straż, przechadzająca się po rynku, pilnująca jednocześnie ratusza, bardzo poważnie traktuje takie przestępstwa.

Od czasów pojawienia się krasnoludów ze Złotego Wąwozu poziom rynku trochę się podniósł. Kramy stały się nieco większe, więcej kupców przybywało aby zaoferować swe towary. Więcej gęb do karmienia, więcej ciuchów do załatania bądź sprzedania. Interes począł się rozkręcać, nie zmieniło to jednak faktu jakim była ubogość tego miejsca. Minaloicki rynek nadal był zabitą gwoździami stertą desek otaczającą ratusz. Powróćmy jednak do rzeczonych brodaczy. Ci skromni, dobrzy ludzie nie znali pojęcia etyka interesów. Dla nich handel polegał głównie na krzyku i machaniu co tam w łapę wpadnie. Jarmark był więc zawsze gwarny i wesoły. Krasnoludy wrzeszczały, kłóciły się, wywoływały burdy (uciszane szybko przez straż) oraz klęły siarczyście. Gorąca krew tych małych jegomości była zaletą a jednocześnie wadą. Wykłócą się o każdą cenę, nawet jeśli oznaczała by pobicie kupującego. Dlatego właśnie, paradoksalnie, częściej z rynku wypadali kupcy niżli pospolici wandale.

Pozostaje jedynie ostatnia kwestia– krasnoludzkie wyroby. Gdy brodacze ze Złotego Wąwozu przyjechali tu po raz pierwszy szukali zarobku. Jeśli go znaleźli, powodziło im się dobrze. Jeśli nie, potrafili kończyć na ulicy sprzedając wszystkie swoje najwartościowsze przedmioty. W krótkim czasie Minaloicki rynek wzbogacił się o towary luksusowe. Mała ich ilość wpłynęła oczywiście na cenę jaką osiągają. Lecz jeśli dobrze poszukać można znaleźć prawdziwe rarytasy takie jak biżuteria, broń czy prawdziwe krasnoludzkie narzędzia.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wiedzieć czemu szedł całą noc. Może to przez te wiecznie rozkrzyczane Mysie Mordy, potwory o piętnastu twarzach i posturze człowieka. Nie był jednak pewien, żadnej nie spotkał. Mimo wszystko, to musiała byś ich wina. Nienawidził ich całym swym cudownym sercem. Sercem przepełnionym takim bólem, iż mógłby zalać on całe to miasto i jeszcze przyzwać wielkie potwory morskie. Zmiotłyby one tedy całe to zawszone centrum świata a następnie, na czele z Morkiem, powędrowałyby na Wolenvein! Tak, ten plan był niezwykle dopracowany i jedynie ten dziwny, mały pajączek powstrzymywał go przed wypełnieniem powinności jaka należała się światu. A właściwie, co on tutaj robił? Taki mały, włochaty, miał pięć nóżek, pewnie mutant z dodatkową, o dwudziestu dwóch ślepiach. Mork to wiedział, uczył się kiedyś liczb. Tylko kolejność jakoś mu się zaplątała. Miał wrażenie jakby stworzonko było mu dziwnie bliskie, niczym dawno zapomniany brat. Schylił się więc i wyciągnął rękę. Zaraz cofnął ją jednakże, klnąc w myślach najsiarczyściej jak tylko potrafił. To pewnie szpieg Aleksisa. Obserwował go wszędzie, wiedział, że Mork ma go w garści i pocznie wypędzać go powoli, dyskretnie, acz z takim miłym pchnięciem i namaszczeniem jakie trzeba nadać kupie aby wreszcie wyskoczyła i wylądowała w wychodku. Teraz jednak, gdy Zbawiciel Ludzkości w liczbie jeden podróżował na pohybel tego barana wiedział, iż jego plan jest idealny. Aleksis musi sikać po gaciach nie wiedząc co zrobić na tak otwartą zapowiedź ataku. Cudownego, pełnego strzał i mieczy ataku. Trzeba było zdobyć jedynie jeden komponent. Dużą ilość muczących, gryzących trawę, fioletowych potworów z piekieł. Krów. To słowo wybrzmiało w głowie Morka niczym omen. Te straszliwe, zajadłe machiny zagłady były niczym więcej jak kolejną straszliwą bronią w arsenale Najpiękniejszego i Najodważniejszego. Wiedział, że jeśli ich użyje Aleksis będzie musiał uciekać. Nic już go nie powstrzyma. Pozwolił twarzy na lekki uśmiech. Pierwszy gest jaki wykonał podczas pobytu w Minaloit który nie był niezbędny. Cóż za burżuazja z jego strony. Powinien się pohamować a jednak teraz uśmiechał się pełną gębą. Jednakże, świt już niedługo, zaraz przecie, a on musiał jeszcze załatwić pewne sprawy. Dotarł więc wreszcie do rynku. Skulił się zawżdy, jakby go kto uderzył. Nie chciał aby ktokolwiek go przyuważył na tym daszeczku. Następnie poszedł do skraju i począł się przyglądać. Patrzał to w prawo, to w lewo. Tak skulony, że niemal leżał. Pierwsze wozy wjeżdżały właśnie na teren krągłego jarmarku. I krowy. Pasterze ze stadami krów wprowadzanych na obrzeża. Idealnie, idealnie. Począł przyglądać się tym pomiotom szatana, tej śmierci skopyconej. Kurwa ich mać. Musiał wiedzieć gdzie jest największe stado i gdzie mógłby się ukryć. Ukryć przed wzrokiem gapiów, tych słabych małych ludzi na dole którzy widząc burzenie ich zadufanego w sobie świata próbowaliby przeszkadzać. Nie mógł na to pozwolić. Bowiem to on był Mork!
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

06 kwie 2013, 16:04

Zwyczajny, miejski gwar, który można było spotkać na niemal każdym rynku, w Minaloit momentalnie zmienił się w chaos, jakiego Zeler jeszcze nie widział. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jego głowie to to, że kogoś na rynku zarżnięto. Wszakże nie ciężko było wbić komuś sztylet w plecy w tłumie, a trup na środku rynku z pewnością wywołałby poruszenie. Szybko okazało się, że jego teoria jest nieprawdziwo. Dowiedział się o tym w tym samym momencie, gdy ludzie, krasnoludy, zwierzęta i stoiska zaczęły zapadać się i znikać w ciemnej dziurze. Do dziury wpadł również elf, którego wcześniej Zeler popchnął. On sam do dziury wpadać zamiaru nie miał, toteż prędko rzucił się do ucieczki. Wolał nie zastanawiać się, gdzie owa dziura prowadzi, jeśli w ogóle ma drugi koniec.

Udało mu się uniknąć wciągnięcia, a nawet stratowania przez konia. Pech chciał, że drewniana konstrukcja, która kiedyś była wozem, poczuła konieczną chęć zbliżenia z zielonookim, co też jej się udało. Efektem tego były połamane żebra, potłuczone cztery litery i nieduża plama krwi, która szczęśliwie znalazła się na ziemi a nie na czarnej szacie. Cicho jęknął z bólu, który przeszył jego ciało, po czym cały obolały, powoli się podniósł. To co zobaczył przed swoimi oczyma nie przypominało już rynku. Wyglądało raczej jak pole walki, a raczej masakry dokonanej przez nieznanego nikomu najeźdźcę. Biorąc pod uwagę swój własny stan, a to, co stało się z innymi ludźmi i nie ludźmi, stwierdził, że miał naprawdę dużo szczęścia.

Potrzebował opieki medycznej. Tego był pewien, lecz jego priorytetem wciąż były krasnoludy. Mimo, iż od jego wejścia na rynek wszystko dookoła drastycznie się zmieniło, uważał, że jego szanse na dogadanie się z brodaczami drastycznie wzrosły. Postanowił odnaleźć tych, którym dałby radę pomóc. Nie znał się na medycynie, ale w takich sytuacjach zawsze dało zrobić się coś, czym mógłby zagrabić sobie zaufanie i wdzięczność innych. Z tym planem w głowie, postanowił kontynuować wcześniej przerwane poszukiwania. Ruszył powoli, trzymając się za bolący tors i pozostawiając za sobą obecnie nic nie wartą sakiewkę.

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

06 kwie 2013, 19:59

Rowena z rozdziawionymi ustami wioskowego głupka patrzyła z dala na całe widowisko. Właśnie opuściła Sennego Licha z zamiarem udania się na Rynek, gdzie mogłaby opchnąć zdobyczną laskę. Zamarudziła w pokoju i dzięki bogom. Lenistwo uchroniło ją od wypadku, jaki miał miejsce na rynku. Coś błysnęło, ktoś krzyczał, wył, płakał. Powietrze zawibrowało od wrzasków, lamentów, ryku zwierząt i magii portalu. Rynek pokryły tumany kurzu, wzbijane przez uciekający w popłochu inwentarz. Kwik trzody, wizg koni, skrzek drobiu wszelkiego gatunku i przerażone krzyki ludzi i krasnoludów. Wielka zgroza padła na targowisko Minaloit. I wielkie nieszczęście. Magiczne wrota rozwarły się zasysając wszystko, co było dokoła – bezwzględnie i bezlitośnie, w całości i w kawałkach. Smród strachu i krwi drażnił jej powonienie, a niepokój wkradł się w jej umysł. Przecież wśród pochłanianych przez portal nieszczęśników mógł być Kot’eleiven! Bez namysłu ruszyła więc w cały ten rozgardiasz. Wpadła na biegnących w przeciwną stronę ludzi. Odpychała ich laską. Przedzierała się wolno, jakby szła w górę rwącej rzeki. Ktoś nią szarpnął, upadła. Nieomal ją stratowano. Gdy jednak udało jej się powstać, portal zamknął się. By otworzyć z hukiem nad Ratuszem i z impetem wypluć to, co zdołała pochłonąć. Widownia zamarła, patrząc jak całe piętro budynku Magistartu przeobraża się w ruinę. Jak odpadają dachówki, zbijają się drogie okienne szyby, jak ściany obracają się w gruzy, pod którymi znalazł się właśnie Aleksis…
Zmarszczyła brwi, patrząc i niedowierzając. Wiatr targnął jej białymi włosami. Twarz znów pokryła warstwa kurzu. Nie mogła się poruszyć. Bezradność sparaliżowała ciało. Alchemik nie miał szans na przeżycie. Czy był jej bliski? Nie wiedziała. Spojrzała w stronę pobojowiska. Gdzie był elf? Co powinna uczynić? Wściekłość usunęła strach. Wrzasnęła opętańczo padając na kolana. Była taka…bezsilna wobec poczynań Losu. Gdyby tylko…gdyby tylko potrafiła…mogła zmierzyć się ze Śmiercią. Zetrzeć się z nią w boju o życie Aleksa. W końcu nie był obojętny. Niezupełnie.
Potrącił ją człowiek, który jęczał boleśnie, trzymając się za poobijany tors. Na powrót pomyślała o Kocie.
Hej, ty, nie widziałeś elfa? – nie sprecyzowała pytania, nie zawracając sobie głowy prawdopodobieństwem, że Kot’eleiven nie był w Minaloit jedynym elfem. – Mogę ci pomóc, tylko powiedz, czy widziałeś elfa? Był tu? Co się z nim stało?
Rowena zatrzymała mężczyznę niemalże siłą. Sięgnęła do torby. Miała w niej jeszcze kilka fiolek przedziwnych specyfików, które uśmierzały ból. Ułamała szyjkę ampułki.
Masz, pij. Złagodzi ból – podała naczyńko z płynem o zielonkawej barwie. – Co tu się wydarzyło?
Pragnęła rychłej odpowiedzi. Musiała wiedzieć, co czynić. Jak działać, dokąd się udać? Czy biec do Ratusza…czy…cokolwiek? Przeczuwała tragedię, niepokój w jej sercu narastał z każdym ułamkiem sekundy. Desperacko patrzyła w zielone oczy nieznajomego.
Mów – ponagliła, trzymając go mocno za ramię.
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

07 kwie 2013, 12:45

Ból, który go męczył, stawał się powoli bardzo irytujący. Nie był w stanie iść szybko czy też uważnie się rozglądać oraz miał problemy z oddychaniem. Jakby tego było mało, ktoś na niego wpadł. Niższa o głowę, białowłosa kobieta z mieczem na plecach i zdeterminowanym wyrazem twarzy. Momentalnie całe jego ciało przeszył palący ból, który zmusił go do zatrzymania się. Jego ciało nie chciało się ponownie ruszyć, dlatego też przyklęknął na jednym kolenie, z trudem próbując złapać oddech.

To, że białowłosa zadawała mu niesprecyzowane pytania wcale nie pomagało. Czy widział elfa? Oczywiście że widział. Jednego nawet popchnął, czego skutkiem było prawdopodobnie wpadnięcie cherlawego stworzenia do szalejącego portalu. Nie miał zamiaru mówić o tym kobiecie. Kto wie, czy to właśnie nie był elf, którego ona szukała? Przydałaby mu się teraz pomoc, dlatego w jego interesie było to, żeby kobieta pozostała razem z nim na rynku.

Wciąż wydając uporczywe polecenia i zadając pytania, zaproponowała mu fiolkę z zielonym specyfikiem, rzekomo mającym uśmierzyć ból. Wziął do ręki naczynie, nieufnie spojrzał na białowłosą, po czym prędko opróżnił buteleczkę, wlewając jej zawartość do ust. Wątpił, aby ktoś chciał go otruć w środku miasta, nawet, jeśli miasto to było właśnie spowite chmurą chaosu. Nie był w stanie określić smaku podanej mu mikstury, jednak miał nadzieję, że zacznie działać szybko.
Cholera wie… – dwa słowa wystarczyły, by na jego twarzy pojawił się grymas bólu. – Dziura… Portal… Chaos… – widoczne było, iż nie był w stanie wypowiadać złożonych zdań. – Elf… Twarz… Sprecyzuj… Nie zapominam…

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

11 kwie 2013, 19:24

Mężczyzna opadł na jedno kolano. Męka malująca się na jego twarzy w umiejętny i dokładny sposób opisywała ból, którego doświadczał. Jednak nie wzbudziło to w Rowenie współczucia czy litości. Podany cierpiącemu fiolki z uśmierzającym ból środkiem, miał rozjaśnić mu umysł. Zdawała sobie sprawę, że rany, jakie odniósł skutecznie mąciły w głowie. Ból promieniujący na całe ciało często uniemożliwiał logiczne myślenie. Obrażenia mężczyzny nie pozwalały mu nawet swobodnie mówić. Prawdopodobnie miał uszkodzone płuca, połamane żebra albo co, białowłosa nie miała czasu ani ochoty się tego dowiadywać. Poza tym człowiek rzucał hasłami bez ładu i składu, a tu ani chwili do stracenia.
No elf – ponagliła poirytowanym głosem. – Z blizną na twarzy.
Przygryzła wargę, odwracając się ku ruinom Ratusza. Krasnoludy i ludzie łączyli swe siły, by wyciągnąć ofiary spod gruzu. Jednak wciąż panowała panika i więcej w tym było chaosu niż składnej współpracy. Wojowniczka nie wiedziała, co począć. Nie zamierzała zostawać z rannym, musiała działać. Pomóc tym, którzy – być może – właśnie balansowali na granicy życia i śmierci. Choćby i miała wyszarpywać ich z szpon Kostuchy, zrobi to. O, Rowena już wcale się tak bardzo nie bała. Wizje miewała o wiele koszmarniejsze…
Koszmar! No tak! Że też na to nie wpadła. Elfy! Przecież! Jeden genialny pomysł gonił drugi. Nabrała pewności, że może uratować Kot’eleivena. I Aleksa.
Była przekonana, że i Kot znalazł się w niebezpieczeństwie. Mimo, że napotkany mężczyzna nie opisał, ba! Wręcz sam prosił o opis, szczegół związany z wyglądem poszukiwanego, sam fakt, że kręcił się tu jakiś elf, był dla niej wskazówką. Tak, trzeba działać. Każda minuta jest teraz na wagę złota. Poderwała się, puszczając nieznajomego. Zrobiła kilka susów w stronę Ratusza, jednak na tyle daleko, by móc zrobić to, czego nie robiła dawno, bo utraciła rzekomą "moc" wraz z wizjami.
Jestem córką nekromanty. Nie boję się was – zmarszczyła brwi i biorąc głęboki oddech, myśląc intensywnie nad jednym tylko widokiem, stanowczym głosem zawołała:
Koszmar! – licząc, silnie wierząc, że zaraz zmaterializuje się widomy koń.
Klacz czarna jak smoła, o ciele utkanym z dymu. Spod jej kopyt sypały się iskry, z nozdrzy buchała gorąca para, a falujące włosie grzywy lizało płomyczkami ognia, lecz nie parzyło ani nie spalało. Koń – zjawa. Wierzchowiec nie znający zmęczenia. Wielokroć niósł ją na swym grzbiecie. Wielokroć go wzywała. Piękny i przerażający, bo nie z tego świata. Ze świata umarłych.
Rowena bardzo ufała, że znów jest w stanie go przywołać. Oczywiście, dopiero potem pomyślała, o cenie. O konsekwencjach swego uczynku. Nigdy wcześniej nie cierpiała z tego powodu, teraz? Po kuracji Aleksa, nie była pewna, co się może wydarzyć. I czy przywoła widmo rumaka? Czy utraciła tę moc na zawsze. Ale przecież wizje wróciły… Z trudem panowała nad lękiem. Wrastał wraz z niepewnością… Mogła uratować ich obydwu. Na grzbiecie konia zawiozłaby do elfów. Tej wysokiej pani, która nawiedziła Aleksa. Na pewno ktoś znał drogę do domku Elaine. Ktoś musiał znać.
Czuła, że ogarnia ją bezsilność. Nie, nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości. Nie wolno jej było teraz stracić przytomności i spaść w otchłań wizji.
Stała wpatrzona w przestrzeń, czekając na pierwsze oznaki materializacji Koszmara…
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

13 kwie 2013, 21:24

MG-ów 2-óch:

Obecną w takich miejscach niemalże bez wyjątków mieszaninę nisko brzmiących głosów mężczyzn, wyższych, należących niechybnie do pań z odgłosami zwierząt i brzęku metalu, monet i jedna Lorven raczy wiedzieć, czego jeszcze, przebiło gwałcące uszy rżenie konia, dźwięk dobrze znany właściwie każdemu, a zarazem obcy, odmienny. Chwilę później powietrze tuż przed Roweną drgnęło, a rżenie stało się wyraźniejsze. Przed jej oczami pojawiła się chmura ciemnego dymu, rozjaśnianego w niektórych miejscach drobnymi wyładowaniami – wyglądało to bez mała tak, jakby białowłosa ściągnęła burzową chmurę na wysokość oczu i nakazała jej rżeć.

Nie potrwało to jednak przesadnie długo, gdyż już po chwili z obłoku wyłonił się dobrze znany zielonookiej kształt, jakim był Koszmar. Spojrzał prosto w oczy Roweny, jakby z wyrzutem, że zapomniała o nim na tak długo. Stał przed nią w całej swej koszmarnej okazałości, gotów posłużyć jako wierzchowiec raz jeszcze.


Zeler tymczasem… cóż. Żył. A i to było nader dobre, bo mógłby pójść przykładem wielu osób z rynku i, dla odmiany, nie żyć. Mężczyzna jednak postanowił tym razem zrobić coś rozsądnego i, jak mógł, trzymał się życia.

Za bolące żebra zresztą też się trzymał. Specyfik Roweny jednakże podziałał, ból może nie tyle ustąpił, co osłabł, wytłumił się. Stał się mniej wyczuwalny, uciekając zza kurtynę zmysłów. Zeler oprzytomniał trochę, gdy mgła cierpienia zasnuwająca umysł rozproszyła się nieco.

Dlatego też był w pełni przytomny, gdy koń zmaterializował się nagle. Nie mógł zrzucić tego na karb jakiegoś szoku pourazowego, ciosu w głowę i tym podobne. Koń zwyczajnie był. Musiał zaakceptować ten fakt, przyjąć go do wiadomości.

Usłyszał nagle głośniejszy jęk. Nie to, żeby na rynku było cicho. Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia i nie umarli od razu, leżeli teraz w malowniczych poezjach. Najgorzej miała górna połowa dogorywającego krasnoluda, z której wylała się treść jelit, a potem, jakby ją goniły, wyszły też same jelita. Krasnolud cierpiał straszliwie, ale niezbyt długo. Już chwilę później jego oczy oglądały niebyt.

Jęk natomiast stale był. Pod stertą połamanego drewna, skór, metalu i śledzi. Zeler usłyszał go, ponieważ istota, która raczyła owy dźwięk wydawać, bynajmniej nie krępowała się w uzewnętrznianiu boleści.

Spod nieoheblowanej deski wystawała krótka, krępa noga w wysokim kamaszu. Wnioskując z budowy oraz samego kamasza – kończyna krasnoludzka. Jej właściciel, zdaje się, robił dokładnie to, co Zeler. Próbował przeżyć.

Wychodziło mu nieco słabiej. Ale kto wie? Może ktoś zechce mu udzielić pomocy?

Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

16 kwie 2013, 14:07

Kot'eleiven sprawnie stawiał kolejne kroki, długimi krokami szybko zbliżając się do celu swojej podróży, jakim był główny rynek Minaloit, czy raczej znajdujące się na nim kramy. Spieszył się, choć zupełnie nie wiedział dlaczego. Właściwie ledwo powstrzymywał się od przejścia w łagodny trucht, a przecież nikt ani nic na niego nie czekało. Co ja właściwie robię? – pytał się bezsensownie w myślach, doskonale zdając sobie jednak sprawę z tego, że nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Miał wrażenie, że po prostu musi się tam udać, że zwyczajnie nie ma innego wyboru. Czuł się niemal niczym kukła, poruszana szybkimi, zręcznymi ruchami przez wprawnego kuglarza, niby niezależna i wolna, a jednak kontrolowana w każdym aspekcie. Tak, Kot coraz częściej zaczynał miewać wrażenie, że nic co dzieje się wokół niego, nie dzieje się bez powodu. Było to naprawdę nieprzyjemne uczucie, wrażenie, że nie ma się na nic wpływu. Uczucie bezsilności, które nie towarzyszyło mu już od bardzo dawna. Przecież od zawsze sam był sobie panem, zupełnie wolny i niezależny, dbający jedynie o swoje interesy. Zmieniło się to jednak diametralnie, odkąd wpadł w to całe zamieszanie w pałacu, po którym został uznany za poszukiwanego, w efekcie czego musiał na dłuższy czas zabawić w Minaloit. Pozostało mu więc tylko próbować kierować się swoimi odczuciami i robić to, co uważa za słuszne.
W końcu, mijając w pospiesznym tempie niezbyt zatłoczone uliczki, pokonując drogi pełne klejącego się do butów błota i topniejących resztek śniegowego puchu, zaczął zbliżać się do ratusza, przed którym znajdował się ów rynek, gdzie według domysłów elfa, powinna znajdować się teraz białowłosa. Zanim jeszcze cokolwiek zobaczył, jego znakomity słuch począł wyłapywać dobiegające stamtąd hałasy. Wreszcie zaczęły się wyłaniać drewniane kramy, zza których dziesiątki handlarzy zapewne wykrzykiwało swoje, jakże niskie i okazyjne ceny, próbując znaleźć ewentualnych nabywców na towary, których jakość, była podobnie do cen, dość niska.
A jednak, czuły słuch oraz bystry wzrok długouchego szybko pozwoliły mu odkryć, już z daleka, że coś jest nie w porządku, że nie są to zwykłe krzyki i głośne dyskusje, a paniczne wrzaski. Wrzaski świadczące o tym, że coś poważnego musiało się tu wydarzyć, albo ciągle jeszcze ma miejsce. Teraz zaczął już powoli biec, chcąc jak najszybciej znaleźć się w centrum tych wydarzeń, poniekąd zadowolony, że w końcu coś się dzieje. Z każdym kolejnym krokiem, przed Kot'eleivenem zaczęli się pojawiać ludzie, w zupełnym popłochu, tratując wszystko co stanęło na ich drodze. Gdzieś w pobliżu przebiegł głośno rżący koń, w szaleńczym pędzie pokonując kolejne części straganów, rozrzucając stojących w pobliżu ludzi. Teraz już nie było absolutnie żadnych wątpliwości, musiało stać się coś złego. Nagle w głowie Kota narodziła się myśl, że przecież Rowena gdzieś tu powinna być, a w tym całym chaosie, bardzo łatwo było o jakąś tragedię. A kto wie, może nawet ona jest bezpośrednią przyczyną całego tego zamieszania. W końcu kto jak kto, ale ona ma talent do wpadania w różne tarapaty, i odstawiania różnych głupstw.
Elf zaklął siarczyście, po czym zaczął przepychać się przez tłum, utworzony w większości z małych, krzątających się pod nogami krasnoludów, w mniejszej części z ludzi. Jednak ta banda zupełnie nie interesowała Kota, on szukał kogoś konkretnego. Zaczął przedzierać się w kierunku ratusza, gdzie właściwie musiało znajdować się centrum całego tego zamieszania, albo przynajmniej tak to wyglądało z daleka. To właśnie stamtąd ludzie zaczynali się wycofywać bądź przyglądać się wszystkiemu z daleka, lamentując i dyskutując między sobą.
Można by rzec, nareszcie, dzierżący kosę elf znalazł się w pobliżu najważniejszego budynku w mieście, jednak widok, jaki ukazał się jego oczom, zupełnie go zaskoczył. I to bynajmniej nie dlatego, że nie widział podobnych dziwactw, a dlatego, że nie wiedział, o co tu właściwie chodzi. Na bruku, okalającym cały budynek, leżeli ranni ludzie oraz zwierzęta, gdzieniegdzie ziemię pokrywała także czerwona, jeszcze świeża krew, a między tym wszystkim walały się różne, w większości poniszczone przedmioty, które zapewne wcześniej były częścią handlarzy i tych ich cholernych kramów. Dopiero po chwili Kot zauważył, że ratusz też nie wygląda do końca tak jak powinien. Dojrzał, że górna część całej budowli, czyli dach, jak i najwyższe piętro, zostały w jakiś nieznany sposób obrócone w ruinę, waląc się na potężny budynek, częstując przy tym także wszystko co ów ratusz otaczało. W środku na pewno znajdowało się wiele rannych osób, w tym zapewne także Aleks, a na razie nie wyglądało na to, by ktokolwiek fatygował się, by ruszyć im z pomocą.
Długouchy obserwował to wszystko, zupełnie nie wiedząc co ze sobą począć, nieco przerażony, a zarazem zupełnie zdziwiony, próbując zaczepiać wciąż kręcących się wokół ludzi, starając dowiedzieć się, co właściwie miało tu miejsce. Nikt jednak nie raczył mu odpowiedzieć, martwiąc się tylko i wyłącznie o siebie, starając się jak najszybciej opuścić centrum miasta. Kot'eleiven klął zatem tylko raz po raz, chodząc wokół, obserwując wszystko bardzo dokładnie, starając się wypatrzyć cokolwiek, co pomogłoby mu w rozpoznaniu się w całej tej szokującej sytuacji. Nigdzie nie widział jednak żadnych uzbrojonych osobników, żadnych morderczych i krwiożerczych bestii, żadnych dziwnych anomalii, które mogłyby do tego doprowadzić. Wyglądało to zupełnie tak, jakby nagle stało się coś dziwnego, coś co zaatakowało wszystko co znajdowało się wokół, po czym równie szybko zniknęło, zostawiając jedynie zgliszcza i rannych.
Krążąc między tym wszystkim, starając się zachować jak największy spokój, długouchy niemal zapomniał o celu całej tej wyprawy w te okolice. Przypomniał mu o tym jednak dziwny widok, który nagle rzucił mu się w oczy, w odległości jakichś dziesięciu kroków od niego. Tym dziwem, który wprawił go w takie nagłe zaskoczenie, był stojący między tym wszystkim, zupełnie spokojny, wręcz nienaturalnie czarny koń. Z resztą, to nie tyle kolor był nienaturalny i nadzwyczajny, co dziwna, bijąca z tamtego miejsca energia, oraz specyficzny wygląd zwierzęcia. Nie przypominał on prostych wierzchowców, jakimi poruszała się większość autonomii. Miał w sobie coś dziwnego, co łatwo było dostrzec nawet z daleka, choć ciężko było powiedzieć, czym jest to spowodowane.
Uwagę Kota szybko przykuł też wyjątkowy kontrast, gdy w pobliżu czarnego niczym smoła zwierza, ujrzał coś kompletnie białego, co po chwili zostało zasłonięte przez lamentującą kobiecinę, gadającą coś z głową skierowaną ku niebu. Elf ruszył szybko, odpychając każdego, kto stanął na jego drodze, w końcu zbliżając się tam, gdzie ujrzał charakterystyczne włosy. Nie miał wątpliwości, w odległości około dwóch kroków od niego, stała odwrócona plecami Rowena, ze wzrokiem utkwionym właśnie w owego tajemniczego wierzchowca, który stał obok niej. Widok ten sprawił mu niespodziewaną ulgę, a także poniekąd jakąś radość. Tak, cieszył się że ją widzi, zupełnie całą i zdrową, choć w towarzystwie jakiegoś krwawiącego jegomościa. Nie czekając na nic, zbliżył się do nich szybko, stając zaraz za nią, kładąc ręką na jej ramieniu, zaciskając ją przy tym delikatnie, choć stanowczo, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę.
- Szukałem Cię – rzekł głośno, lekko podenerwowanym głosem, chcąc by usłyszała go w panującym wokół gwarze i chaosie, schylając się przy tym ku niej. - Dobrze że jesteś cała. Co tu się właściwie wydarzyło do cholery, skąd ci wszyscy ranni i te zniszczenia, co to za zwierzę? – zaczął wypytywać Kot'eleiven w pośpiechu, chcąc jak najszybciej pojąć niecodzienną sytuację, ciągle się rozglądając. Nie dość, że nie miał bladego pojęcia co się dzieje, oraz czy są w ogóle bezpieczni, to w dodatku nie był pewien, co powinni teraz robić. Mogli oddalić się stąd jak najszybciej, tak by niczym nie ryzykować, bądź wziąć się za pomaganie tym wszystkim rannym osobom, przede wszystkim ruszając na pomoc Aleksisowi. A czas płynął nieubłaganie, kiedy oni we trójkę stali bezradnie, nie podejmując żadnych kroków. Długouchy skierował spojrzenie na kasztanowłosego mężczyznę, który wyraźnie był ranny. W jego wzroku nie widać było współczucia, a jedynie zdenerwowanie, wymieszane z zaciekawieniem. Potem spojrzał w stronę dziwnego, czarnego ogiera, jednak szybko odwrócił wzrok, z jakiegoś dziwnego powodu nie chcąc mieć z nim żadnego kontaktu. W końcu skierował się ku Rowenie, podchodząc teraz bliżej niej, po czym pochylił się lekko, i zwyczajnie zapytał, o coś co było wyjątkowo konkretnego, a przy tym wyjątkowo prostego:
- Co robimy?! –
Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

20 kwie 2013, 20:02

Na rynku panował niewyobrażalny harmider. Panika ogarnęła już nie tylko skupionych na targowisku, ale i pozostałych mieszkańców – nawet tych, którzy nie byli świadkami wypadku, jaki przed chwilą miał miejsce. Plac zalały krew, łzy i fekalia. Żywi uciekali na oślep, często kręcąc się w kółko. Wzywali bogów, prosząc o łaskę i zmiłowanie. Krzyczeli, ogarnięci szaleństwem i strachem. Jedne wrzaski mieszały się z jękami konających. Co za mroczna siła spowodowała taką rzeź?! Ciała były rozdarte, jakby przez sforę wściekłych psów. Tu i ówdzie leżały samotne kończyny oblepione kurzem i posoką. Ktoś darł się patrząc na swoje, trzymające się zaledwie pasem skóry, oderwane od kości i mięśni nogi. Ktoś próbował wepchnąć do rozpłatanego brzucha kiszki. Rynek broczył krwią obficie, wypełniając rynsztoki po brzegi. Wsiąkając między bruk. Przepełniając powietrze żelazistą wonią, która przebiła się przez cały smród targowiska. Powietrze, które wibrowało od dźwięków przerażenia.
Rowena stała pośród tego krwawego pobojowiska, jako jedyna jaśniejąca plama. Śnieżnobiałe włosy widoczne były z daleka. Nie poruszały się, stanowiąc trwały punkt. Dziewczyna nie przemieszczała się wraz z tłumem, nie uciekała, nie klęczała zwijając się z bólu i – na szczęście – nie leżała rozerwana na kawałki. Wystraszeni mieszkańcy popychali ją, przeklinali, aby zeszła z drogi albo upominali, by uciekała wraz z nimi, ratowała swe młode życie, ale ona stała uparcie wpatrując się przed siebie w pustkę. Bo z tej pustki zaczęło się coś wyłaniać…
Powietrze zgęstniało. Stało się duszne i lepkie, jak przed burzą. Gdyby na rynku na ten moment zapanowała cisza, dałoby się posłyszeć ciche syknięcia gaszonych między wilgotnymi palcami płomieni. Z początku pojawiły się niewyraźne zawieszone w powietrzu ciemne smugi, jakby były to jedyne tumany kurzy wzbijane przez tłum. Jednak czarne pasma dymu, który uniósł się nie wiedzieć skąd, gęstniały i kłębiły się tworząc zarysy sylwetki, którą potem wypełniły nadając prawdziwe kształty. Proces wydawał się szybki, ale dla urzeczonej Roweny trwał wiecznie. Widziała, jak smużka dymu rysowała subtelnie smukłą szyję, zgrabny grzbiet i mocne, wytrzymałe nogi. Z każdym detalem, każdym pojedynczym włosem tworzącym gęstą grzywę. Dym zastrzygł zmaterializowanymi uszami i zarżał, pretensjonalnie bijąc kopytami o bruk. Oniemieli ludzie, będący świadkiem kolejnego szokującego zjawiska, zaczęli goręcej wzywać pomocy bogów, mimo że ta wciąż nie nadchodziła. Tymczasem koń energicznie zamiótł ogonem, strzepując z końcówek włosia drobne płomyczki, które gasły po chwili. Zjawa zbliżyła się do Roweny i z wyrzutem dwukrotnie uderzył kopytem o bruk, parskając przy tym parą. Wojowniczka nie mogła zaś napatrzyć się na karego ogiera, którego postać skupiła się na jej zawołanie. Zaiste był wspaniały i przerażający zarazem. Roztaczał wokół siebie specyficzną aurę. Pochodził z zaświatów. Był zjawą, zbudowaną z dymu i popiołu – nie krwi i kości. Tylko w ślepiach płonął ogień, świadcząc o tym, że zwierzę jest całkiem żywe, jak na trupa.
Białowłosa wyciągnęła ramię. Jej dłoń obwiązana skórzanym paskiem dotknęła szyi ogiera, jak gdyby ta była zupełnie materialna. Przesunęła po niej pieszczotliwie, a potem zacisnęła palce na grzywie, której końce zdawały się płonąć. Wówczas, poczuła ciężar na ramieniu. Gwałtownie odwróciła się smagając swą twarz białymi kosmykami, chwytając jednocześnie za rękojeść. Szybko ją puściła, gdy okazało się, że to Kot’eleiven. Jej oddech przyspieszył nagle, a ona sama zadławiła się powietrzem. Oczy miała szeroko otwarte, rozchylone lekko usta, a w jej ruchach objawiała się nerwowość. Mówił coś do niej, ale chyba nie słuchała tych słów, lecz nieumyślnie. Gdy w końcu pochylił się ku niej, zadawszy jakże istotne pytanie zdenerwowanym tonem, ona zamiast mu odpowiedzieć – czas wszak gonił – rzuciła mu się na szyję, obejmując mocno.
Myślałam, że i ty tam…że… – wyszeptała szybko, dławiąc się powietrzem. Jak trudno było wytłumaczyć radość, która na tę chwilę zagościła w jej sercu. Jak ciężko zrozumieć tajemniczą więź, łączącą tę dwójkę, oplatająca ich niczym bluszcz, mocniej i mocniej zbliżając do siebie w niewiadomym celu. Dlatego tak trudno było Rowenie pojąć emocje, jakie nią władały. Rozpoznała jednak ulgę, gdy ujrzała elfa, oraz spokój, który ją ogarnął…
Puściła go tak nagle, jak objęła. Dopiero potem słowa Kota dotarły do białowłosej. Niestety, wojowniczka zrobiła bezradną minę, nie potrafiąc powiedzieć, co się wydarzyło. Jednak to nie miało teraz znaczenia. Istotne stały się skutki fatalnego dnia. Najwyższe piętro Ratusza legło w gruzach, a pod nimi znajdował się burmistrz. Aleksis Bentrum. Aleks. Jej Aleks. Skierowała wzrok na zawalony budynek, a na jej twarzy odmalowała się trwoga. Czas gonił. Musieli działać. Teraz. Już. Rowena pierwsza wyrwała się z tego marazmu. Chwyciła za grzywę tajemniczego konia i dosiadła go bez trudu.
Nie ma czasu – rzekła, wyciągając do Kota rękę, by również dosiadł zwierzęcia. Choć Ratusz był zaledwie kilkadziesiąt kroków stąd, znacznie łatwiej będzie im przedrzeć się przez tłuszczę na końskim grzbiecie. Zresztą, ludzie już omijali szerokim łukiem zjawę wierzchowca. Koszmar podreptał w miejscu, rwąc się do biegu. – Później. Czas nagli – popędziła elfa, zamykając mu usta przed zadaniem kolejnych pytań.
Zaufaj mi – dodała, trzymając wyciągnięte ramię. Musieli pognać do Ratusza, gdzie rozgrywała się walka o życie.

[z/t]
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

21 kwie 2013, 23:30

Kot stał podenerwowany i zmieszany jednocześnie, pośród całego tego hałasu i harmidru, który sprawiał dziwne wrażenie, jakby zamiast milknąć i z czasem powoli zanikać, to wbrew wszystkiemu jedynie narastał, potęgując całą tę chaotyczną sytuację. Nieznane i zupełnie obce dla długouchego wydarzenia, jakie wydarzyły się przed ratuszem, gdy ten przebywał w części mieszkalnej Minaloit, były dla prostych mieszkańców równie straszne, co interesujące, sprawiając że bardzo wielu z nich zamiast szybkiego opuszczania lokacji, przepychała się w kierunku centrum wydarzeń. Powodowało to, że znajdowały się tu nie tylko te osoby, które chciały stąd jak najszybciej uciec, ale również te, które podobnie jak on, chciały się dowiedzieć co się dzieje, szukając jakiejś sensacji. Jakby tego było mało, wiele z nich bezczelnie rozpychało się przy tym łokciami bądź dyskutowało głośno, potęgując to wszystko. Prócz uczucia niepewności i lekkiego zagubienia, które były głównymi powodami jego wybuchowego samopoczucia, dochodziła też stojąca przed nim Rowena, też odgrywająca w tym wszystkim wyraźną rolę, jeżeli nie główną. W końcu wyruszył do tego miejsca tylko po to, by się z nią spotkać, nie spodziewał się jednak, że będzie świadkiem jakichś szokujących wydarzeń.
Kot'eleiven dość szybko spostrzegł podczas krótkiego dialogu, że była ona w podobnym stanie jak on, jeżeli nawet nie gorszym. Od razu dostrzegł jej rozbiegane, szalone spojrzenie zielonych, głębokich oczu, oraz dziwną mimikę twarzy, wyraźnie wskazującą zmieszanie i brak pewności. Mówił do niej głośno i wyraźnie, lecz ona zdawała się go nie słyszeć, jakby jego słowa nie miały absolutnie żadnego znaczenia, niczym nadające się jedynie do bezczelnego zignorowania. To również stosunkowo prędko sprawiło, że elf poczuł się jeszcze bardziej wyprowadzony z równowagi, raz po raz marszcząc brwi, próbując z trudem uchwycić jej spojrzenie, by nawiązać choćby kontakt wzrokowy. I gdy tak z sekundy na sekundę stawał się coraz większym kłębkiem nerwów, białowłosa, można by rzec "jak to miała w zwyczaju", kompletnie zaskoczyła go swoim zachowaniem, doskakując do niego i wieszając się mu na szyi niczym córka, przy radosnym spotkaniu ze swoim ojcem, który powrócił z daleka po miesiącach rozłąki. Ten prosty, niespodziewany gest na tyle zbił go z tropu, że Kot momentalnie zapomniał o całym nękającym go stresie, kierując całą swą uwagę i skupienie ku dziewczynie, jakby reszta zupełnie nie miała znaczenia.
Właściwie to sam nie był pewny, dlaczego ten krótki akt radości, spowodował u niego taką reakcję. Ich specyficzna, powiedzieć by można, dziwna znajomość miała to do siebie, że właściwie każde okazywanie uczuć, mogło być dla drugiego zaskoczeniem, nie zależnie od tego, czy było to coś pozytywnego, czy raczej bardziej negatywnego. Mimo że spędzili ze sobą już tyle czasu, w jakimś stopniu poznając się i przyzwyczajając do siebie, wielokrotnie będąc w naprawdę trudnych oraz bardzo osobistych sytuacjach, to ciągle żadne z nich nie wiedziało, w jakim charakterze powinno odnosić się do drugiego. Bardzo wiele ich łączyło, jednak jeszcze więcej dzieliło. Do tego wszystkiego dochodził też burmistrz miasta, w końcu była ona wybranką jego serca, i jakby tego było mało, oboje ciągle mieli do spłacenia dług, jaki powstał po zniszczeniu jego sklepu. Dlatego to co było między nimi, mogło bardzo niespodziewanie się zmienić, w mig zmieniając charakter całej tej znajomości. A biorąc pod uwagę, jaką niezwykłą osobą była jego młoda towarzyszka, mógł równie dobrze spodziewać się jakichś wyrzutów bądź nagłego aktu niechęci. Na szczęście ta mała, zagubiona osóbka ucieszyła się na jego widok, a wobec takiego zachowania, naprawdę ciężko było pozostać obojętnym.
Kot'eleiven stosunkowo szybko jednak oprzytomniał, słysząc jej pozbawione ładu i składu słowa, przypominając sobie o tym, że powinni zacząć możliwie jak najszybciej działać, miast po prostu rozmawiać. Nie było czasu na miłe słówka, oraz jakieś egzaltacje, musieli powziąć jakieś kroki, ponieważ bardzo wiele zależało od tego, co teraz uczynią. Elf zerknął w stronę rannego jegomościa, który ciągle towarzyszył całemu spotkaniu, po czym znów skierował się ku Rowenie.
- Miło że się o mnie martwiłaś mała, jednak żadne z nas nie jest do końca bezpieczne, tak długo jak stoimy wśród tego całego bydła – odrzekł, z początku ciepło, powoli przechodząc do nieco bardziej chłodnego tonu, który był dla niego niemal typowy.
Nietrudno jednak było zauważyć, że ona również nie ma pomysłu, co powinni teraz począć. Kot obracał głowę bez celu, wszędzie widząc jednak tylko krążących obywateli, co chwila zderzających się ze sobą. Wtem Rowena złapała go nagle za rękę, mówiąc przy tym, że nie ma czasu na wyjaśnienia czy tłumaczenia. Z tym na pewno był z nią zupełnie zgodny, jednak niespecjalnie uśmiechała mu się perspektywa przejażdżki na mrocznym wierzchowcu, tym bardziej, że z jazdą konną był wyjątkowo na bakier. Poza tym, prawdopodobnie białowłosa chciała ruszyć w kierunku ratusza, gdzie prawdopodobnie znajdował się Aleksis Bentrum, a to było przecież na tyle blisko, że mogli spokojnie przejść ten dystans. Uważał więc że nie było żadnego sensu, by próbować się tam dostać w ten sposób, postanowił więc szybko przedstawić jej swoją opinię.
- Chcesz przejechać tę drogę na tym wierzchu, to proszę bardzo, mnie jednak do tego nie mieszaj. Spróbuję tam dostać się na własnych nogach, postaram się być zaraz za Tobą – przerwał, jeszcze raz kierując spojrzenie tam, gdzie stał dziwny koń. Już teraz wiedział, że będzie musiała się przed nim tłumaczyć po tym wszystkim…
- Ufam Ci, jednak… nie, nie mam zamiaru go dosiadać. Wsiadaj i jedź, nie ma czasu – powiedział stanowczym tonem, chcąc definitywnie uciąć dyskusję, dając przy tym do zrozumienia, że ma zamiar twardo postawić na swoim, nie oczekując przy tym sprzeciwu. Na szczęście dziewczyna bardzo szybko zrozumiała, że nie było sensu się teraz o to wykłócać, więc ruszyła przodem, torując drogę między tabunami gapiów, którzy niespokojnie zerkali w stronę dziwnej dwójki i konia, a on szedł zaraz za nią. Przebijali się tak, powoli zbliżając się do najważniejszego budynku w mieście, jakim był ratusz, przepychając się wśród ludzi i krasnoludów. Ona, na czarnym jak noc ogierze, on z równie czarną kosą w ręku, przebijając się ku ratuszowi w poszukiwaniu Aleksa, jak jakiś mroczny omen, niczym dwa zwiastuny grozy i śmierci.
[z/t]
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

23 kwie 2013, 17:59

Mikstura, którą wypił duszkiem nie okazałą się trucizną i w dodatku znacząco uśmierzyła ból towarzyszący połamanym żebrom, co było niezwykle pozytywnym aspektem pojawienia się dziwnej kobiety. Przecierając spocone czoło podniósł wzrok z powrotem na białowłosą, która widocznie przestała oczekiwać odpowiedzi na zadane wcześniej pytania. Było mu to na rękę, wszakże nie widział żadnego elfa oszpeconego blizną na twarzy. Ból w torsie wciąż był odczuwalny, jednak nie było to teraz nic, z czym jego wyćwiczone ciało nie dałoby sobie rady, dlatego też postanowił podnieść się z powrotem na obie nogi, ponownie górując nad większością niedobitków znajdujących się na rynku.

Pierwszym co przykuło jego uwagę było dziwne zachowanie i tak już dziwacznej kobiety. Krótkie słowo, jakby komenda, po którym nie wiadomo skąd poczęła pojawiać się widmowa, upiorna postać konia. Wpatrując się w to dziwne zjawisko, Zeler zmarszczył brwi. Czy była to halucynacja wywołana tajemniczym, zielonym płynem, czy coś realnego, wywołanego za pomocą magii? Cokolwiek to było, wywoływało u niego nieprzyjemne ciarki. Miał wrażenie, że już nic, co wydarzy się w tej górskiej mieścinie nie będzie w stanie go zdziwić. Niemalże w tym samym momencie, w którym pojawiła się widmowa szkapa, do białowłosej prędko podszedł elf, łapiąc ją za ramię. Można było prędko zauważyć, że znali się. Może nawet dobrze. Może nawet byli kochankami. Mimo wszystko, nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Wymienili pomiędzy sobą kilka krótkich zdań, po czym opuścili rynek kierując się w stronę ratusza, kobieta na swoim upiornym koniu a elf tuż za nią, na piechotę.

Zaraz po oddaleniu się nietypowej pary, do uszu Zelera dobiegł głośny jęk. Nie był to jęk osoby umierającej. Był to głos, który wydawała osoba usilnie walcząca o życie. Zielonooki prędko począł szukać miejsca, z którego dochodził ten dźwięk, szybko je lokalizując. Miejscem tym okazała się sterta drewna i metalu, które wcześniej prawdopodobnie były kupieckim stoiskiem. Spod stery wystawało coś, co przykuwało jego uwagę, a był to mianowicie but. Bardziej od samego obuwia interesowała go osoba, która je nosiła. Był to najprawdopodobniej krasnolud, w dodatku jeszcze żywy. Kasztanowłosy lekko się uśmiechnął sam do siebie. Mimo, iż był cały poturbowany, rynek leżał w strzępkach a wszędzie panował chaos i walały się trupy, sytuacja wydawała się dla niego całkiem korzystna. Przy odrobinie wysiłku będzie w stanie uratować jegomościa uwięzionego pod szczątkami straganu, a jeśli wysili się jeszcze odrobinę, uda mu się zdobyć jego zaufanie. Wtedy będzie o krok bliżej do swojego celu.

- Trzymaj się druhu, pomoc nadchodzi. – wydyszał w miarę możliwości przyjaznym głosem, idąc w stronę sterty, wciąż trzymając się za uszkodzony bok. Chciał wydostać krasnoluda z pod desek jak najszybciej, jednak nie chciał też zbytnio się przemęczać. Postanowił wpierw poprzesuwać większe deski, dzięki czemu brodacz miałby w miarę możliwość samemu spróbować wydostać się spod sterty. Jego zamysł nie powstrzymywał go jednak od usuwaniu również mniejszych rzeczy i zwracania uwagi na cokolwiek, co wydawało się cenne i warte uwagi.

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

27 kwie 2013, 11:40

MG


O, bogowie! Czyliż znacie radość mrówki, którą w ostatniej chwili ominęło miażdżące końskie kopyto? Czyliż znacie szczęście przymierającej głodem wiewiórki, która na przednówku wykopała sobie spod śniegu dawno temu zagubiony orzech? Czy może wreszcie znacie radość dziecka, które znalazło wór słodyczy zgubiony najzupełniej przypadkiem przez kupca?
Nie? To może chociaż znacie radość krasnoluda, który poczuł, że przygniatające mu nogi i pierś bele drewna nareszcie się ruszają?
Też nie? Osz, cholera jasna! No tak. Bogowie, lubo ignoranckie indywidua, rzadko kiedy interesują się emocjami biednych dzieci Matuszki Naszej Pod Nogami. Dziś w Minaloit można by pomyśleć, że bogom obce są emocje inne niż gniew i paląca chęć zemsty. Błędnie pomyśleć. Ruinie miasta i śmierci burmistrza winien jest tylko jeden podniebny idiota, nie zaś bogowie. Wbrew pozorom, równie daleko im do radosnych wzruszeń, co do porywów złości.
Cóż. A przynajmniej tak właśnie myślał brodacz, z nieśmiałą nadzieją wyczuwając, jak napór desek słabnie. Usłyszał coś przytłumionego. Jakby głos… Pomoc nadchodzi?
Spróbował odkrzyknąć z ulgą, że nic się nie stało, ale z jego gardła wyrwał się tylko ciężki, zduszony skrzek. Poczuł wilgoć na policzku i smak żelaza w ustach. Krew. Chyba, upadając, przygryzł sobie język. Ale i to nie jest ważne, nie to…!
Noga! Moja biedna noga! Kurwa jego mać to była pokręciła, szlag! Niech to chudy byk wydyma! Niech to szyszymora trąca! Niech to oskubana gęś w rzyć nakopie! Moja noga! Złamaliście mi, psubraty, nogę!
Krasnolud rozkaszlał się chrapliwie, siejąc deszczem czerwonych kropelek w powietrze. Wprost na twarz młodego mężczyzny, który… Och. Wcale nie wyglądał na najzdrowszego.
– Dzięęujee… – wymamrotał brodacz grubym, niskim basem, zniekształconym przez opuchnięty język. Wypychał mu usta jak gorący kartofel, stanowczo odbierając zdolności słowotwórcze. – Esteęę Braa! Ęki ssi sa ąmoc, młoęszęę.
No.
To tyle w kwestii podziękowania za pomoc młodzieńcowi. Krasnolud, wyraźnie zirytowany, charknął, smarknął, warknął, pierdnął i siarczyście splunął na bruk. Dopiero teraz rozejrzał się po pobojowisku. Próbował gwizdnąć przez zęby i odkrył, że jeden z nich ma paskudnie wybity. No nic, zdarzają się i takie nieszczęścia. Na migi pokazał Zelerowi, by pomógł mu wstać. Krótka, krępa noga krasnoluda była wygięta pod dziwnym kątem i ewidentnie złamana. Z porwanych nogawic sączyła się niespiesznie krew.
– Choś – wymamrotał. – Po-omusz mi, chłopsze. Odwsięszę się.
Ano odwdzięczy.
Zeler bowiem nie mógł wiedzieć, że miał zaszczyt odwalić kupę gruzu z krasnoludzkiego wojownika Braga z klanu Stalowej Pieśni, zwanego (przez bardzo nielicznych i bardzo po cichu) Bragiem Kocią Mordą.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1043
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Ponczolinio
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.