Uliczki, drogi, zakamarki

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Uliczki, drogi, zakamarki

10 lis 2011, 09:49

W każdym mieście, nie ważne, jak obskurne by było, czy też monumentalne i wspaniałe, znajdują się ścieżki i brukowane drogi po których mieszkańcy czy też wozy, przemieszczają się z powodzeniem po mieście. Tak też jest i w Minaloit .
Główne drogi w mieścinie są szerokie i utwardzone, a po ich stronach wznoszą się mieszkania, gospody, karczmy, czy tez jakieś zakłady rzemieślnicze. Te szerokie drogi, rozdzielają się jednak nie raz na węższe, prowadzące w ciemne i mało ciekawe miejsca, czy też najzwyklej w świecie są skrótami. To na nich można spotkać przechadzających się mieszkańców/przejezdnych, porozmawiać o nowinkach na niestety na jednej z nie licznych ław, spytać o drogę, dość do dowolnego miejsca w mieście, bądź też zaszyć się w jakieś ciemnej ślepej uliczce.

-----------------------------------------------------------------------------------------

No i Jean dziarsko szła przed siebie, spoglądając co chwila na swego…towarzysza(?), który w tym momencie wyglądał na całkowicie zaabsorbowanego swoimi poszukiwaniami, gdyż przemieszczał się po drodze z nosem przy ziemi. Jean zaś kierowała ich dwójkę w coraz to ciemniejsze zakamarki, aż dziw bierze, że jeszcze nie potknęła się o coś i nie zaliczyła spektakularnej gleby. Może to instynkt utrzymania się w poziomie? Może…W każdym bądź razie szli w coraz to węższe uliczki, prowadzące na obrzeża miasta.
– Hmm…Wiesz, tak mnie zastanawia, jesteś jakimś psem dziwnej rasy? Czy po prostu…trochę przerośniętym, obłokowo-kanciastym tworem ludzkim? Ten, tak z ciekawości się pytam. Bo to po raz pierwszy widzę…Ciebie podobnych. – spytała zaintrygowana. Jean zawsze była ciekawska, a i takie poszukiwania w ciszy były by nudne, a tego Pani Kapitan nie lubiła…bardzo.
Warto dodać, że jak na razie Jean’owe zmysły wytropić swoich nie mogły, jedynie instynkt naprowadzał na właściwy trop, który mógł być już wyczuwany przez myśliwski węch Matthew’a
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3797
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

03 maja 2013, 22:48

MG

Ponury pochód podążył ulicami Minaloit. W miarę, jak wieść o śmierci Aleksisa Bentruma roznosiła się, do procesji dołączało coraz więcej osób. Kolumna ludzi i krasnoludów we względnym milczeniu podążała za niosącym bezwładne ciało mężczyzną. Po śmierci Czarny Kamień zdawał się mniejszy, niż za życia. Ostatnie wydarzenia odbiły się na jego stanie do tego stopnia, że sylwetka alchemika przestała przypominać ludzką. Nie sposób było nie odwrócić wzroku od tej wychudzonej, bladej, pozbawionej części ramienia postaci o zmierzwionych włosach, skrwawionym odzieniu i ciągle broczących ranach.

Niosący Bentruma Sarl czuł, jak bardzo jego niedoszły pracodawca mu ciąży. Dumny najemnik nie chciał pomocy, pewien, że samotnie poradzi sobie z zadaniem. Powoli zaczynało brakować mu sił, jednak nie dawał po sobie tego poznać. Kroczący obok niego łysy, długobrody (nawet, jak na standardy jego rasy), zwany wujkiem Festerem krasnolud co jakiś czas kilofem wskazywał mu drogę do swego domostwa. Miejsce Aleksisa było z dala od innych, pozabijanych przez szalonego maga osób. Nikt nie pytał, dlaczego na tymczasowe miejsce jego spoczynku wybrano sadybę Festera, a chociaż w pewnych kręgach uchodził on za istnego cudotwórcę, nikt nie liczył na to, że Czarny Kamień będzie jeszcze kroczył pośród żywych.

Gdzieś na szarym końcu dreptała wybitnie północnej urody dziewka, Breiva, ciągnąc za uzdę swego srokatego konia. Jak każdy, kto dowiedział się o śmierci Bentruma, roskvarka szła popychana z gruntu nieracjonalnymi pobudkami. Czuła, że zmarł ktoś ważny, że trzeba go odprowadzić na tamten świat. Wiedziała, że zginął bohater. Obok niej pojawiła się nagle postać wielkiego majestatu, o obszernym stroju, nalanej twarzy i czerwonym nosie. Sam namiestnik regionu, Devonhild z rodu Jamiga, szedł z pospólstwem, niezdolny do wyrzeczenia choćby słowa. Nikt nie czynił mu wstrętów, nikt widoczny go nie pilnował. Tego dnia był jednym z ludzi, których opanował żal po stracie wybitnego obywatela Autonomii Wolenvain. Ból, pustka i tęsknota opanowały nawet tych, którym nie dane było zamienić z mistrzem Bentrumem choćby jednego słowa. Aura smutku podniosła się z ziemi w całym miasteczku, łapiąc wszystkich za gardła.

W końcu, a wydawałoby się, że minęły lata, odkąd Sarl przekroczył próg ratusza ze zdruzgotanym ciałem burmistrza na ramieniu, pochód dotarł do celu. Niepozorna, acz powoli odzyskująca dawną świetność, drewniana chatka stała tutaj jak wiele innych zamieszkanych obecnie przez krasnoludy chatek. Tutaj jednak zakończyła się wędrówka bez mała wszystkich obywateli Minaloit. Łysy Fester otworzył drzwi, wpuścił objuczonego Aleksisem chorążego do środka, po czym podążył za nim i zawarł je z trzaskiem. Uczestnicy procesji nadal stali tak, jak stali wcześniej, żaden nie śmiał się ruszyć. Tłum należało odwołać, a nikomu nie spieszyło się do wystosowania odpowiedniej przemowy. Niektórzy spojrzeli ukradkiem na namiestnika, jednak ten niezmiennie wpatrywał się w swe bambosze. W końcu westchnął, wyprostował się, spuścił wzrok i rzekł.

- Dzi… - zatrzymał się, drżącym głosem wypowiadając pierwszą sylabę. – Dzisiejszego dnia odszedł… - kolejna pełna smutku pauza - …Aleksis z rodu Bentruma, herbu Czarny Kamień, mistrz alchemiczny namiestnictwa minaloickiego, pogromca golema, krzewiciel pokoju, myśliciel znikąd… i mój przyjaciel – powiedział jednym tchem, donośnie, jak nauczono go za młodu. Jego słowa były doskonale słyszalne we wszystkich zakątkach niewielkiego, pogrążonego w ciszy miasteczka. Nikt nie śmiał przerywać, chociaż Devonhild wyraźnie w swym obecnym stanie nie potrafił wygłosić składnego monologu. - Jego śmierć to dla nas wszystkich wielki cios – powiedział po chwili namiestnik, łapiąc nieco pewności siebie w głosie. – …Albowiem powiadam wam, Lewiatan nigdy nie nosił tak światłego męża. Jego starania o lepszą przyszłość naszego miasta nie zostaną zapomniane. Dzieło mistrza Bentruma będzie kontynuowane, a każde dziecko zamieszkujące Minaloit będzie znało jego imię. Ja… namiestnik Devonhild Jamig… składam mu hołd - to rzekłszy, nie bacząc na błoto pod swoimi stopami, władca legł na kolanach, a w ślad za nim poszli wszyscy obecni. - Niechaj Ghan'To ma go w swej opiece.

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

04 maja 2013, 13:35

– Usiądź, dziecko. Porozmawiamy.
– O czym, mistrzu?
– O życiu. Wiesz, czym jest życie?
– No… Jak ktoś się rusza, to znaczy, że żyje, nie?
– Widziałaś kiedyś łososie płynące w górę strumienia?
– Widziałam. Woda znosiła je w dół. Musiały skakać, prześlizgiwać się po kamieniach, żeby ją pokonać. Niedźwiedzie siedziały wtedy na brzegach i nabijały je leniwie na pazury. A one cały czas musiały skakać.
– Życie to jest wędrówka w górę strumienia. Stałe skakanie nad spienioną wodą. Dopóki skaczesz, wiesz, że idziesz do przodu. Możesz łatwo się poślizgnąć, ale cały czas jesteś w ruchu. Życie to stały ruch. Życie to kluczenie między pazurami niedźwiedzi. Broczenie z ran. Dopóki czujesz jeszcze, jak krew cieknie ci po boku, wiesz, że wciąż żyjesz.

***

Krew.

Nie chciała krzepnąć. Za cholerę. Breiva szła krok za krokiem, niemal potykając się na nierównym bruku, roztrącając drzazgi, połamane drewno, gruz. Ciężko było powiedzieć, kto tu prowadzi – Breiva, czy Svarra. Momentami to konik ciągnął ją odpowiednią trasą, drepcząc za konwojem. Bo on przynajmniej widział.

Breiva nie widziała nic.

Brunatno-rude plamy na bruku. Dlaczego nie krzepła? Przecież umarł.

Aleksis Bentrum umarł. Koniec wszystkiego. Topniejący lód.

***
– Dziecko, wiesz, co to koniec?
– Tak. O końcu mówi Przepowiednia, opowiadałeś mi, mistrzu. Piękna bogini wreszcie wybierze swój ślubny pierścień, a wtedy nie wstanie już słońce. Będą też inne Znaki…
– Kiedy nadejdzie?
– Stopnieje wieczny lód. Właśnie wtedy będzie…
– Źle, leniwe krówsko.
– Źle?
– Koniec nadejdzie wtedy, gdy przestaniesz wierzyć. Przestaniesz skakać w górę strumienia, przestaniesz uważać na pazury niedźwiedzi. I przestaniesz wreszcie krwawić. Zatrzymasz się i właśnie wtedy będzie to twój koniec.

***

Dreszcz. Bardziej wyczuła, niż zauważyła tuż przy sobie obecność. Hipnotycznym wzrokiem wpatrzona w koraliki krwi, nie zauważyła nawet, gdy pochód zatrzymał się. Svarra skubnął dziewczynę w dłoń. Zamarła.

– Dzisiejszego dnia odszedł…

Nie.

– Aleksis z rodu Bentruma…

Nie!

Drżącą dłonią sięgnęła do czoła, odgarnęła czarne, wilgotne kosmyki, rozmazując na bladej skórze smugę krwi. Zagryzła wargi. Też do krwi. Krew.

Tyle krwi.

Dlaczego jeszcze nie krzepła?

– Wstawaj – wymamrotała, wpatrzona jak pijana w sponiewieranego burmistrza. – Wstawaj, kurwa.

Dygotała tak samo jak wtedy, gdy wykąpała się w lodowatym strumieniu, a potem siedziała tuż przy ognisku, naga, owinięta jedynie w szorstką, grubą derkę. Wnętrzności skręcały jej się jak lodowaty węzeł okrętowy. Pieprzony stryczek.

Otwórz oczy.

Jeśli tego nie zrobisz, przeklnę cię tysiącem słów.

Uniosła wzrok. Ułożenie ramion i barków Sarla, cała jego sylwetka pokazywała, że wojownik jest już zmęczony. Z chęcią by zrzucił ciężar, ale nie może. Dlatego starał się stać jak najpewniej, rozkładając ciężar równomiernie, balansując nim. Breiva zdławiła w sobie irracjonalną chęć pomocy. Nie warto.

Dopiero teraz zauważyła, że alchemik nie ma ręki. Ciężko było jednak powiedzieć, czy nie miał jej od początku, czy też stracił ją dopiero teraz. Zacisnęła pięści. Gdyby nie rękawice, paznokcie wbiłyby jej się w wewnętrzne części dłoni.

– Svarra – szepnęła zduszonym tonem. – To jakieś fatum jest, nie, koniku? Co o tym sądzisz?

Svarra był tylko koniem. Nic nie sądził. Nawet biorąc poprawkę na jego łzawe, spokojne, pełne wewnętrznej refleksji spojrzenie… Koń naprawdę nic nie sądził. Ale mógł za to współczująco zarżeć i zadreptać w miejscu, co też uczynił, wybijając na bruku nerwowe staccato. Drażnił go zapach krwi. I śmierci.

Koniec drogi.

Była wiosna. Dawno już stopniał lód.

– To przecież musi być jakieś pierdolone fatum. Przecież nie po to się wędruje w obcym kraju po śliskich, oblodzonych traktach, żeby teraz lód stopniał – mamrotała dalej do zwierzęcia, z roztargnieniem szarpiąc jego grzywę. Svarra stał spokojnie. Pozwalał jej na wszystko. Breiva nawet nie zauważała, że wokół jest pełno ludzi, że ktoś wygłasza chwytającą za serce mowę prawie-że-pogrzebową.

Jaki mają tu obrządek pochówku? Całopalenie? Łódź na wodę?

Stopiony lód.

– Straciliśmy kupę czasu, koniku. Bentrum musi żyć. Przecież nie można tak nagle sobie nie żyć, jak ludzie przychodzą z interesami. Ludzie tu przecież czekają – mamrotała dalej. Kiedy jest się w podróży, setki, tysiące staj od domu, kiedy brodzi się przed pustkowia, tłucze traktem, ogląda nieznane twarzy i słucha znajomego, ale nie rodowitego języka, przestaje się tym martwić. Kiedy jedynym towarzyszem rozmowy jest koń, to się z nim, kurwa, rozmawia.

Więc Breiva rozmawiała.

Devonhild mówił.

Zimny bruk pod kolanami.

Dawno już stopniał lód.

Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

17 maja 2013, 23:21

MG

Wrzawa i chaos, jaki jeszcze niedawno panował wśród ponurych uliczek górskiego miasta, zostały bardzo szybko zastąpiony przez wszechogarniający smutek i żal, spowodowany nagłą śmiercią burmistrza miasta. Wszystko potęgowały różnobarwne i kolorowe plotki, które często stawiały całą sprawę w o wiele gorszym świetle. Większość mieszkańców zaczynała już jednak oswajać się z szokiem, jakim okazała się ta smutna wieść, która teraz była już przecież potwierdzona i pewna, niczym następowanie nocy po dniu. Lwia część osób zamieszkujących Minaloit uczestniczyła już w pożegnaniu, wbijając puste, niepewne spojrzenia w prowadzącego to wszystko osobnika, dobrego znajomego Bentruma, Festera. Naprawdę trudno było uniknąć ponurego i nieprzyjemnego nastroju, który udzielał się niemal każdemu, niezależnie od tego, czy ten ktoś znał alchemika osobiście, czy też pierwszy raz widział go na oczy. Samo miasto także wydawało się uczestniczyć w procesji, sprawiać wrażenie wyjątkowo ciemnego i nieprzystępnego, z ciemnymi jak nigdy zakamarkami i uliczkami.
Już z daleka słychać było żałobny orszak, skąd dobiegał donośny, silny głos Festera, wypowiadającego kolejne ponure słowa, głucho odbijające się od drewnianych konstrukcji. Powoli przed ich oczami zaczął malować się tłum złożony z ludzi i krasnoludów, którzy przybyli by towarzyszyć wielkiej osobie po raz ostatni. Większość z nich zapewne pokładała duże nadzieje w tym potężnym i odważnym człowieku. Jednak rzeczywistość okazała się wyjątkowo brutalna, i ten oto sławetny człowiek, mogący uchodzić nawet za symbol Minaloit, leżał teraz bez życia, słaby i bezsilny jak nigdy. Cała ta otoczka sprawiała, że łatwo było odczuć dość silne przygnębienie, tak więc nic dziwnego że równie szybko podłapały to krasnoludy, poruszające się przez cały ten czas niemal gęsiego, uważnie rozglądając się na przy tym na boki. Wręcz ciężko było pomyśleć, że te rozbrykane, pewne siebie i nabuzowane istoty, mogły teraz tak powoli kroczyć, w ciszy i spokoju. Może i ta rasa słynęła z niezbyt wyrachowanego zachowania, specyficznych manier lub wyjątkowej agresywności, jednak czego jak czego, ale szacunku nie można było im odmówić.
Gdy cała drużyna zbliżała się już do stojącego pochodu, prowadzący to wszystko krasnolud kończył już przemowę. Raczej niewiele osób zwróciło uwagę na trójkę przedstawicieli tej niskiej rasy, oraz na Nessira i Utirrenona, którzy kroczyli zaraz za nimi. Znajdowali się oni trochę dalej niż osoby, które przybyły na ceremonię, przesuwali się jakieś dwadzieścia kroków dalej. Nagle jednak Nex zatrzymał się, wbijając swój niezbyt bystry wzrok w całe to zbiorowisko, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co się wokół niego dzieje. Podobnie uczynili jego towarzysze, obracając się w kierunku centrum wydarzenia, pochylając lekko głowy, kręcąc delikatnie włochatymi łbami. I gdy tylko Fester padł ciężko na kolana, oddając tym samym hołd zmarłemu, oni uczynili dokładnie to samo, zatapiając spodnie w brudnym, szarobrązowym błocie, wraz ze wszystkimi zebranymi w tym miejscu obywatelami.
Ich twarze nie wyrażały właściwie niczego, przez co ciężko było ocenić, jakie mają odczucia związane ze śmiercią Aleksisa. Raczej nie przypominali osób, które obracałyby się w podobnych kręgach, jednak jak powszechnie wiadomo, pozory bardzo często mylą. Właściwie Nessir i Uti nie wiedzieli o nich właściwie nic, co tylko jeszcze bardziej utrudniało całą sytuację. Klęczeli więc tak dalej w trójkę, zupełnie niczym zimne, marmurowe posągi, ze smutnymi spojrzeniami, wpatrzonymi gdzieś w ziemię. Po chwili Nex jednak zerwał się szybko na równe nogi, powstając jako pierwszy z całego tłumu, a zaraz po nim uczynili to jego kompani. Wyglądało na to, że dowódca nie chciał, by ktokolwiek widział jak idą dalej, wykonując rękami pospieszające ruchy, samemu ruszając w stronę zaciemnionej uliczki prowadzącej ku większej konstelacji budynków mieszkalnych.
Gdy cała piątka znalazła się już pomiędzy dwoma brudnymi, podniszczonymi, drewnianymi domami, szef całej bandy poruszył się niespokojnie, strzepując nieco brudu z kolan. Po chwili odezwał się w końcu, jakby dopiero teraz mógł coś powiedzieć.
- Nadeszły trudne czasy panowie. Aleks był wielkim człekiem, straciliśmy cholernie ważnego gościa – powiedział, kręcąc przy tym głową na boki, wprawiając w ruch swoją długą, pokaźną brodę. Terek i Kerin kiwnęli tylko głowami, niechętni do ciągnięcia trudnego tematu. Nex jednak nie ustępował, pociągnął więc donośnie nosem, ciągle kontynuując swoją mowę. - Bogowie czasem decydują za nas, czyniąc rzeczy, na które nie mamy wpływu – rzekł poważnie, spoglądając gdzieś w pochmurne niebo, jakby chcąc ujrzeć jednego ze stworzycieli. Widząc jednak tylko ciemnoszare obłoki skierował wzrok znów w dół, szukając jakiegoś pocieszenia na twardej ziemi. - Mam nadzieje chopaki, że Wy również macie swoich Bogów? Przyda Wam się ich pomoc w najbliższym czasie. Kto wie, co nas czeka w tym przeklętym miejscu. Mam złe przeczucia – zakończył, a jego głos z każdą chwilą tracił delikatnie na pewności, jednak ciągle był potężny i silny. Najmłodszy z krasnoludów drgnął niepewnie na te słowa, ewidentnie nieprzyzwyczajony do ryzyka i perspektywy śmierci w walce. Kusznik szedł jednak dalej niewzruszony, łypiąc na wszystko spode łba, niczym obrażona kobita. Widać że z każdą chwilą zaczęła opuszczać ich początkowa pewność siebie, mimo tego że nie chcieli tego po sobie pokazywać. Prawda jednak była taka, że ta wyprawa mogła okazać się ich ostatnią. Nie było jednak już odwrotu, musieli stawić czoła złodziejom, tak jak postanowili. A jeśli tylko Bogowie będą łaskawi, obie grupy wyjdą w dobrym stanie. - Niech dobrzy Bogowie mają nas w opiece – szepnął cicho Kerin, kładąc wielką łapę na swoim bojowym młocie, zaciskając mocno palce, jakby trzymał się poręczy, która dzieliła go od olbrzymiej, ciemnej przepaści.
>>Możecie wejść w dłuższy dialog z krasnoludami bądź między sobą, bądź po prostu udać się do następnej lokacji. Zakończcie posty prostym Z/t, a ja utworzę nową lokację.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

22 maja 2013, 14:55

Nessir szedł wolnym krokiem tuż za krasnoludami, omiatając wzrokiem całą okolicę. Musiał przyznać że podczas jego pobytu w Kacerstwie wiele się zmieniło. Starał się zrozumieć jak w tak krótkim czasie mogło nastąpić tyle nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wszyscy ludzie wydawali się smutni i przepełnieni żalem, jakby po stracie kogoś bardzo bliskiego. Gdy w końcu dotarli do żałobnego pochodu, Nessir zaklął w myślach. W Minaloit był pierwszy raz, toteż owego Bentruma raczej nie mógł znać za dobrze. Ze zdziwieniem oglądał cyrk jaki postanowiły odstawić towarzyszący mu wojownicy. Ani myślał klękać czy oddawać jakikolwiek hołd poległemu burmistrzowi. Z rękami założonymi na piersi podziwiał wczucie krasnoludów w żałobny klimat. Wybrali sobie bardzo słaby moment na smutki po utracie, jak to powiedzieli, kogoś ważnego. Cały żałobny teatr zbył obojętnym spojrzeniem i już po chwili ruszył za ponaglającym Nexem w milczeniu.
Idąc, uważnie lustrował okolicę w poszukiwaniu jakiś podejrzanych znaków, czy osobników. W końcu nie wiedzieli czy nie idą w sam środek pułapki. Dywagację na temat bogów, czy wiary w nich również pominął milczeniem. Jedyne do czego się zmusił to wzrok mówiący że ma za nic tu Bogów. Mimo wszystko, docenił słowa towarzysza, wolał jednak niepotrzebnie nie gadać w takiej sytuacji. Jedyne co go zaniepokoiło to nagły brak pewności w słowach krasnoluda. Niebywale szybko stracił wiarę we własne umiejętności. Takie gadanie niezbyt poprawiało morale całego zespołu.
– Tak, tak. W opiece. – mruknął cicho i milczeniu szedł z kompanami.
[z/t]
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3797
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

31 maja 2013, 13:54

MG

Minaloit padło na kolana, zgięte niepojętym żalem. Coraz więcej i więcej osób dołączało do tłumu na ulicy przed chatą, do której wniesiono ciało Aleksisa Bentruma. Ludzie płakali, tarzali się w błocie, modlili i pomstowali. Tamtego dnia wielu utraciło swych bliskich, a śmierć jedynej osoby, która mogła pociągnąć miasteczko do lepszej przyszłości przechyliła szalę goryczy, sprowadzając na wielu z nich czyste szaleństwo. Chociaż niewielu znało Czarnego Kamienia osobiście, w mieście o tak tragicznej historii jak Minaloit, każdy, najmniejszy choćby przejaw bohaterstwa spotykał się z ogólną aprobatą i uwielbieniem. Zaskakująca była reakcja krasnoludów, które przyłączyły się do ogólnej żałoby ludzkiej części mieszkańców miasteczka. Wielu z nich oddało pokłon zmarłemu, hołdując mu choćby przez skinienie głowy. Znaczna ich ilość wyszła na ulice, nawet, jeśli masakra na rynku kompletnie nie dotyczyła ich i ich rodzin.

Gdy Sarl pojawił się na progu chaty należącej do wujka Festera, mnogość oczu zwróciła się w jego stronę. Niektóre wyrażały nadzieję, inne pogardę, jeszcze inne smutek lub złość. Krew na jego koszuli należała do hołubionego przez wielu Aleksisa, a wśród mieszkańców Minaloit nie brakowało takich, którzy z chęcią uznaliby ją za swego rodzaju makabryczną relikwię. Najemnik zostawił drzwi za sobą otwarte, a wychodząc trafił dokładnie na koniec wygłoszonej przez namiestnika mowy pożegnalnej. Chorąży słyszał modlitwy wygłaszane przez innych obywateli, wygłaszanych niekiedy w zgoła odmiennych od Wspólnej Mowy językach. Niektórzy oddawali Bentruma pod opiekę Mealena, inni Ghan'To, jeszcze inni Zeatela czy Vieroxona. Kilku nazw Sarl nie rozpoznawał, jednak nie wydawało się, żeby go to obchodziło. Ilu ludzi, tyle religii – szczególnie tutaj, w tak etnicznie zróżnicowanej Autonomii Wolenvain.

Mimo swojego miejscami zbyt oczywstego braku ogłady i taktu nawet ktoś taki jak Sarl musiał docenić to, co wydarzyło się kilka minut po przemowie pana Jamiga. Tak oto krasnoludy Minaloit rozpoczęły własną, mrukliwą i niezwykle ujmującą, acz prostą pieśń. Muzyka przeznaczona dla ich tragicznie zmarłych ziomków zatrzęsła posadami miasta, rezonując z otaczającymi je skałami. Moc tysięcy krasnoludzkich gardeł sprawiła, że Góry Ikrem zaczęły śpiewać razem z nimi, drżąc w posadach. Niezrozumiałe, burkliwe słowa rozpłynęły się w melodii, niedostrzegalne dla laików, nadające pieśni sens i siłę zdolną przenikać Spektra. Niektórzy z tkniętych nastrojem chwili ludzi przyłączyli się do chóru, jednak ich fałsz szybko znikał w gęstym powietrzu. Starożytne dźwięki wypełniły powietrze czystą, pierwotną magią, otępiając wszystkich, którzy je słyszeli. Nigdy jeszcze w Autonomii Wolenvain słowa nie niosły ze sobą takiej mocy. Przodujący w chórach kapłani krasnoludzcy wili swoje sieci nad tłumem, powodując, że nawet kompletne, brodate beztalencia nie mogły złamać czystości nut. Dawni mieszkańcy Złotego Wąwozu byli teraz jak jeden potężny, mruczący niczym ogromny kot organizm. Organizm mający tylko jeden cel – przyniesienie ukojenia duszy Aleksisa Bentruma.

Wtem zza Sarla wypadł wujek Fester, z obłędem w oczach i pianą na ustach. Zanim jednak chorąży skonstatował, co właściwie się stało, sam mimowolnie i gwałtownie uniósł głowę ku niebu. Gdzieś w tłumie tak samo postąpiła Breiva, czując, jakby jej głowa wypełniona była wełną. Zarówno ona jak i najemnik, z którym tak lubiła się droczyć, doznali dokładnie tego samego zjawiska, a sądząc po zachowaniu łysego Festera on również stał się jego ofiarą. Zobaczyli tylko biel, nie mogąc poruszyć żadnym mięśniem. Krew tępo pulsowała w ich głowach, sprawiając coraz większy ból. Krasnoludzka muzyka znalazła się jakby obok, będąc tłem do jakiegoś, z początku niewyraźnego, kobiecego głosu. Elfie medium przemówiło do nich, śpiewając na swój sposób. Jego mowa mieszała się z pieśnią, tworząc jedyną w swoim rodzaju kompozycję. Niektóre wypowiadane przez Elain (bo zaiste byla to Elain) słowa były elfickie, inne krasnoludzkie… Tylko niektóre dało się zrozumieć.

- Znajdźcie Krwawą Różę… – powtarzała raz po raz, wtrącając swoją prośbę niezależnie od kontekstu. - Nie pozwólcie mu się przeistoczyć – dodała składniej, zaraz po chwili płynnie przechodząc na jeden z niezrozumiałych dla odbiorców język. - Ja… nie mogę… Trzy dni…

Wizja zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła, sprowadzając na Sarla i Breivę ogromne zmęczenie i nienaturalne otępienie. Jak przez mgłę czuli, że ktoś ciągnie ich za łokcie, że przestępują jakiś próg. Usłyszeli zatrzaskiwane z tyłu drzwi. Wreszcie leniwie powróciła do nich samoświadomość, a w mroku przed nimi zamajaczyła przerażona twarz brodatego, łysego krasnoluda. Sam nie wyglądał najlepiej, ale najwyraźniej szybciej przyszło mu otrząśnięcie się z tego, co miało miejsce przed chwilą. Strzelił Sarlowi w pysk, co pozwoliło mu dojść do siebie w ułamku sekundy. W innej sytuacji z pewnością oddałby krasnoludowi w dwójnasób, ale tym razem czuł jedynie swego rodzaju wdzięczność. Podobnie Fester postąpił z Breivą, barwiąc jej blady policzek różową plamą w kształcie swej dłoni.

- Słyszeliście to… - powiedział bez przekonania, chociaż w jego starych oczach tlił się niebezpieczny ogień. W jakiś sposób krasnolud wiedział na kogo jeszcze, prócz niego, zesłano wizje. - Wpuszczę was cichcem do naszych dziur. Kwiatek powinien gdzieś tam być - rzekł, pełen naiwnej wiary, że stojący przed nim mężczyzna i kobieta przystaną na podjęcie wyzwania rzuconego im przez nieznane im widmo. - Ja z nim zostanę. Nie pozwolę, aby kolejny zwiał z mojej chaty. Trza po szynkach szaleńców jakowychś poszukać. Trzy dni, hm – burknął sceptycznie. - Grega nie ma… - rzekł smutno, nie zdając sobie sprawy, że rozmówcy prawdopodobnie żadnego Grega nie znają. - Chyba nikt poza wami tego nie zrobi.

- A. Fester jestem - rzekł, wyciągając sękatą dłoń kolejno w stronę Breivy, a potem Sarla, aby wzorem ludzi zamieszkujących te tereny oficjalnie się przywitać.

//Sarl, Breiva, Szablogrzbiet – z/t do chatki wujka Festera.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

16 cze 2013, 18:46

O Festerze można było powiedzieć wiele. Że był stary, że był krasnoludem, że ciągnęło odeń lekką wonią gorzelni, że jego ciemne, jakby szczurze oczy połyskiwały ponuro w pobrużdżonej, ogorzałej twarzy. Można było mieć zastrzeżenia co do jakości jego mowy wspólnej i talentu oratorskiego, ale nie dało się powiedzieć, że krasnolud nie umiał tłumaczyć dokładnie. Nabrał nagle jakiegoś dziwnego drygu, szczegóły opisywał tak plastycznie, że Breiva poczuła się, jakby w Minaloit żyła od dziecka. Zresztą pasował jej klimat i układ miasteczka, miała wrażenie, że będzie potrafiła się w nim odnaleźć.
Podziękowała Festerowi i wyszła sprężystym, całkiem sprawnym krokiem z jego domostwa, nabierając od progu haust chłodnego, czystego powietrza. Cóż, względnie czystego. Zalatywało typowo miejskimi aromatami, ludźmi, gównem i koniem.
Właśnie.
Koniem.
Rozejrzała się, odruchowo unosząc lewą nogę zgiętą w kolanie, by wyciągnąć z buta sztylet. Zmrużyła oczy. Svarra skakał jak szalony i wariował, zapierając się wszystkimi czterema kopytami o bruk. Jakiś zapchlony cap wziął go na arkan i ciągnął, a biedny koń, ewidentnie nie chcąc opuszczać pani, próbował stawiać opór i wrosnąć w ziemię. Podkowy ze zgrzytem szorowały kamień, niemalże krzesząc iskry. Svarra wył.
Breiva warknęła cicho. A potem gwizdnęła cichutko przez zęby, zaś Svarra, zauważając ją za plecami mężczyzn, nagle znieruchomiał. Wrócił do swojego standardowego trybu spokojnego, pokornego, znudzonego, pogodzonego z losem konia. Zwiesił smętnie łeb i pozwolił się prowadzić, Breiva zaś przerzuciła sztylet z lewej do prawej dłoni i schowała go w rękawie ostrzem w dół, tak, by móc łatwo go wyciągnąć.
Dopiero wtedy ruszyła naprzód, głośno tupiąc i robiąc nadmiar hałasu.
– Patrzcie no. – Zagwizdała. – Minaloit to iście piękne miasto, nie? Burmistrz, jak jeszcze żył, trzymał tu wszystko jak w zegarku. Wystawcie sobie, człowiek wychodzi od przyjaciela, sławnego w okolicy Festera i myśli sobie, że by, kurwa, konia kupił. Bo bez konia to tak głupio, zwłaszcza, że ma znaleźć coś, od czego zależą losy pana Bentruma. A tu proszę, konia sami podprowadzają! I to zdaje się, do ciężkiego gromu, mojego własnego!
Ostatnie słowa wysyczała z gardłowym, twardym akcentem. A Svarra zareagował sam z siebie, błyskawicznie unosząc się dęba i podnosząc do góry solidnie podkute kopyta. Rasa północnych koni nie zachwyca rozmiarami, ale jest całkiem krzepka i wytrzymała. I ma zgrabne, ciężkie kopyta, którymi Svarra potrafił całkiem nieźle bić. Spiął się w sobie i spuścił je na pierwszego mężczyznę, kwicząc rozpaczliwie i próbując wygiąć szyję tak, by ugryźć zarazem tego, który trzymał go na arkanie. Breiva zaś skoczyła w stronę trzeciego z nich, chcąc z przyklęku podciąć mu nogi kopniakiem. Ostrze błysnęło w jej dłoni. Zakręciła nim fachowo.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3797
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

30 cze 2013, 22:19

MG

Mgnienie oka wystarczyło, aby dwóch koniokradów padło niczym rażeni gromem na lepkie, minaloickie błotko. Jeden z nich, spięty ze strachu przed śpiewającym w gęstym powietrzu sztyletem Breivy nie zdołał utrzymać się na nogach, gdy otulona ciężkim buciorem kobieca stópka wraziła obcas w jego łydkę. Jęknąwszy głucho, ślizgając się na mazistej ziemi i ciągle próbując złapać równowagę złodziej plasnął plecami o podłoże, z wyraźnym bólem i wbrew własnej woli wydychając w jednej chwili całe zgromadzone w płucach powietrze. Prawdą okazało się, że górski klimat powodował zwiększenia pojemności ludzkich klatkek piersiowych, bowiem łachmaniarz brzmiał, jakby rozgrzewał się przed występem wokalnym, do którego trenował przez ostatnie dziesięciolecie.

W tym samym czasie ponownie zadziałał Svarra, wyraźnie nie w sosie po ostatnich wydarzeniach. Co do niego niepodobne, był zaniepokojony. Był zaniepokojony tak bardzo, że wprost musiał całemu światu o tym obwieścić. Wydawane przez jego pełną piany paszczę odgłosy niosły się daleko, przywołując na uliczkę kilku zbłąkanych krasnoludów. Wiedząc, co się święci, a będąc istotami z gruntu praworządnymi, dwaj niezbyt wysocy, przy czym podpici wesolutko obywatele Minaloit przystąpili do łapania uciekającego jak łania, drugiego zbira. Trzeci, rozpłaszczony na ziemi przez silny cios podków niskiego konika nie stanowił już żadnego zagrożenia, legnąwszy bez życia. Co zadziwiające, brodacze okazali się istnymi mistrzami biegów na krótkie dystanse, w mig doganiając ostatniego koniokrada. Powalony człek nie miał nawet sposobności, aby oponować przed solidnymi kopniakami podbitymi stalą, krasnoludzkich butów. Jeden z krasnoludów zostawił swego kontynuującego dzieło zniszczenia ziomka, przystępując do panny, którą w tak heroiczny sposób wyratował (!) od kradzieży.

- Tuś mi, dziołcho…! - zakrzyknął czerwony na twarzy zwolennik sprawiedliwości dziejowej. – Zajmiem się nimi, coby już wstrętów nie czynili – zapowiedział, przystępując do powoli podnoszącego się, a uprzednio podciętego przez Breivę zbója, racząc go sążnistym ciosem swego kamasza. - Wszystko masz? - zapytał, widząc porozrzucane na ulicy osobiste rzeczy Żmii. – No, kunia masz… głodnego, ha! - stwierdził, oblizując swe wąskie, okolone nieprzeniknioną warstwą zarostu wargi. Zaiste – niecodzienne zachowanie Svarry wyjaśniło się bardzo szybko. Zwierzak żądał paszy.

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

06 lip 2013, 17:47

Ogólnie rzecz biorąc życie jest proste. Istnieje zespół pragnień, które należy spełnić, a cała reszta jest właśnie drogą realizacji. Chcesz srać, to szukasz ustronnego krzaka. Chcesz jeść, to polujesz lub zarabiać, by żarcie zdobyć w sposób mniej inwazyjny, to jest, kupić. Nie masz jak zarobić, to kradniesz, bo wciąż chcesz jeść. Jak chcesz jeść więcej i lepiej, to liżesz tyłek wyżej postawionym, nie bacząc, że trzeszczy dziwnie wygięty kark. Chcesz chędożyć, to szukasz kobiety. Chcesz chędożyć więcej i lepszych kobiet, to liżesz tyłek wyżej postawionym, nie bacząc…
I tak w kółko.
To właśnie te drobne podniety mobilizują do działania. Tyle że ta akurat zasada wykłada się w starciu z obojętnym stoicyzmem pewnego konia. Bo właściwie to na Svarrę nie działało… prawie nic. Gdy chciał kasztanić, to kasztanił i naprawdę niewielką różnicę mu robiło, czy sra na gościńcu, czy też na progu czyjejś chaty. Chędożyć nie chciał, stanowił dziwny przypadek konia, który na widok klaczki parskał tylko i odsuwał się odrobinę na bok. Breiva łaskawie określała to mianem "nieśmiałości" (chyba że irytowało ją zachowanie konia, wtedy przechodziła na "zwałachowienie"?. Nawet niedobór wody nie stanowił dla niego większego problemu, gdyby przyszło mu umierać z odwodnienia, konałby ze swoim obojętnym wdziękiem.
Ale jedno go ruszało. Jedzenie.
Jeść chciał prawie zawsze, nawet gdy nie był głodny. Teraz był. Jeść chciał podwójnie.
– Cicho! – syknęła Breiva, uciszając jego płaczliwo-rżące protesty. Łypnęło czarne, migdałowe oko o prostokątnej źrenicy. Svarra nie mógł zrozumieć, dlaczego jego pani tak okrutnie go karze śmiercią głodową.
Prawda zaś wyglądała tak, że obecność krasnoludów wcale nie polepszała sytuacji. Breiva wiedziała, że pokurcze, choć wzrostu nikczemnego, bywają porywająco skuteczne w zwarciu. Właściwie nie sądziła, by mogła sobie poradzić z chociaż jednym krasnoludem, który nie byłby chromym i ślepym starcem. Co prawda nie znała jeszcze tych minaloidzkich, ale ogólna znajomość tej rasy nakazywała twierdzić, że nie odbiegają od reguły.
Niskie, silne, krzepkie. Niekiedy brutalne. Często pijane w sztok i nie do końca obliczalne. Żmija odwróciła się tak, by nie mieć krasnoludów za plecami. Nie było powiedziane, że to, iż pomogli jej z koniokradami oznaczało, że jeszcze puszczą ją wolno.
– Zaiste, panie… – powiedziała wolno, trzymając ręce na widoku. Żadnych niepotrzebnych ruchów. Zbierała swoje rzeczy i pospiesznie upychała je w jukach konia, starając się nie wykonywać żadnych zbyt agresywnych gestów. Pijany krasnolud to niebezpieczny krasnolud.
Trzeźwy w sumie też.
Swoją drogą, istnieje coś takiego jak trzeźwy krasnolud?
– Dzięki wielkie składam za poratowanie – powiedziała gładko, ani za szybko, ani za wolno. Ot, dyplomacja. Język, choćby rozdwojony, wciąż był w gębie, to najważniejsze. – Plotki jednak prawdziwe są, jakoby krasnoludzcy mistrzowie z Minaloit słynęli z prawości, krzepy i odwagi.
Ukłoniła się. Ale nie przesadnie nisko, by nie spuścić żadnego z pokurczy z oczu. Niedomiar szacunku to głupota, nadmiar zaś jest jeszcze większą.
– Pozwolicie, panie, że teraz się oddalę… – ciągnęła ostrożnie, chwytając Svarrę za uzdę. Koń dalej rżał cichutko, skarżąc się na głód, chłód i biedę, ale przynajmniej już się nie szarpał. Chwała Ogramowi. – Chabeta mi zaraz z głodu padnie.
Zrobiła kilka kroków w tył, ciągnąc konia za sobą. Ruszył posłusznie, stukając podkutymi kopytami o śliskie kamienie. Zawsze tak szedł. Gdziekolwiek Breiva by go nie chciała wziąć, zawsze tam poszedł, nawet gdy trzeba było wsiąść na statek.
Nagle zatrzymała się.
– Przy okazji, panie – powiedziała nagle. – Wskazalibyście podróżnemu drogę do karczmy? Szukam, hm… kompanów.
Stalowe oczy Żmii błysnęły w półmroku. A gdyby tak… krasnoludy? Uratowali ją (chyba) przed koniokradami. Nie mogli być źli. Należało tylko określić ich stosunek wobec osoby śniętego Bentruma.
– Przejść zamierzałam koło ratusza, ale… – Zrobiła idealnie zmartwioną minę. – Ścierwo jakie zaatakowało ratusz. Rynek cały niemal zagruzowany, nijak stopy wepchnąć, a co dopiero konia. I co gorsza, pan Burmistrz śmierć poniósł…
Potrząsnęła głową ze smutkiem.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3797
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

14 lip 2013, 03:26

MG

Od czasu pojawienia się w tym miejscu krasnoludów Minaloit znacząco zyskało na bezpieczeństwie. Każda, niedotycząca spraw wyłącznie krasnoludzkich burda była szybko tłumiona, a jej prowodyrzy byli jeszcze sążniście kopani w zady na pożegnanie. Brodacze nie karali zbyt trwale, ale dotkliwie – kilka połamanych żeber czy kończyn szybko oduczało ludzi nieuczciwych jak odróżnić dobro od zła. Społeczeństwo Minaloit, które z powodu napływu uchodźców w roku 411EF nieco podupadło zostało siłowo umoralnione przez lud Mealena. Dla Breivy fakt ten wychodził wyłącznie na plus.

Zwracając się do rozmawiającego z nią krasnoluda jak do możnego panicza zyskała sobie jego prześmiewczą przychylność. Karzeł pierw zdziwił się, a gdy przyszło do sedna, zaparł dłońmi o kolana, rycząc wniebogłosy, rozbawiony do granic możliwości. Nie mógł nasłuchać się gładkiej mowy dziewoi z Północy, która wyraźnie starała się wynieść go ponad stan. Bez oczekiwanego skutku, warto dodać. Nawet wzmianka o burmistrzu nijak nie mogła powstrzymać pijanego furiata od obłąkańczego rechotu. Jego zwabieni wydawanymi przez niego odgłosami kamraci zostawili swoją wybitnie już niemobilną ofiarę przystąpili do niego, zrazu nie wiedząc, co się święci. Aby uciszyć najweselszego z krasnoludów obdarowali go kilkoma kuksańcami pod żebra. Gdyby nie to, że przedstawiciele brodatej rasy mieli tak grube kości, połamaliby go w trymiga. Ich zabiegi nijak nie wpłynęły na zachowanie kumpla.

- Oszczędź, dziecino, klepki mu się przestawiwszy… - rzekł jeden, uderzając tamtego otwartą dłonią w potylicę, co sprawiło, że z jego ust wyleciało coś na kształt flegmy, ale ciemnej i jakby bardziej stałej, niż zwyczajna. Drugi z przytomnych członków samozwańczej straży obywatelskiej wiedział, o co chodzi, więc prędko opisał Breivie drogę do najbliższego szynku, „Kacerstwa”, który wśród jemu podobnych zdążył już sobie zyskać sporą renomę.

- Ha! Tera to 'szyscy kompanów szukamy, panno zaranna! - wykrzyknął prześmiewczo wesołek, starając się sparodiować sposób wymowy Breivy. Opamiętał się na chwilę tylko po to, żeby zaraz po swojej wypowiedzi klepnąć Żmiję w okolicy lędźwi, wyraźnie coś sugerując. - Nie ma to jak gładka łydka na stypie, coby łzy otrzeć, hehe! - wydarł się, ponownie oblizując swe usta, jak to miał wyraźnie w zwyczaju. Na nic zdały się starania jego bojowych towarzyszy, którzy wyraźnie starali się sprawić, aby wreszcie zamknął jadaczkę. – Pono jurnych kogucików gromada do mieściny zajechała, pewnikiem coś znajdziesz - poradził, łypiąc jakoby porozumiewawczo w stronę Breivy.

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

09 sie 2013, 16:39

Kiedy się rodzisz, opcje są dwie – wyrośniesz albo na idiotę, albo na mądrego człowieka. Mądry człowiek zrozumie aluzję i nie będzie iść w zaparte, zaś idiota wejdzie pomiędzy wódkę i zakąskę, skąd wyjdzie niekoniecznie w jednym kawałku. Breiva, zdaje się, idiotką nie była. Prawdopodobnie tylko to powstrzymało ją przed rzuceniem się pierwszemu krasnoludowi do gardła, gdy zrozumiała, że zwyczajnie się z niej nabija.
Co więcej – sugeruje, że Breiva szuka sobie kompanów do wesołej pochędóżki. |Obelga kwalifikująca do natychmiastowego raczenia się wonią kwiatów od strony korzeni.
– Dzięki, panie… – wymamrotała tylko do mniej pijanego i bardziej komunikatywnego krasnoluda, ukradkiem zaciskając pięści. W półmroku uliczki mogli nie zauważyć, że raptownie zbladła, a na jej policzkach pojawiły się szkarłatne wykwity.
Uśmiechnęła się słodko, w wyobraźni wciskając kciuki w grdykę stojącego naprzeciwko pokurcza. Gdy zaczynał charczeć i dławić się śliną, ze spoconą, obrzmiałą twarzą, przełknęła ślinę.
– Na pewno trafię – obiecała, skwapliwie potakując. Z dwojga złego może to i lepiej. Nie wiedziała, jaki stosunek do Festera miały inne krasnoludy. To, że uratowali jej konia, o niczym jeszcze nie świadczyło.
Wyszła z deszczu, a mogła koncertowo wpieprzyć się pod rynnę.
– Svarra! – syknęła melodyjnie, choć nie było tam ani jednej głoski syczącej i gwizdnęła cicho na konia. Wierzchowiec zrobił ślamazarny krok, a potem przystanął, jakby nie był do końca pewny, czy w ogóle chce mu się ruszać.
Chciało.
Ręka Breivy solidnie klepiąca go w zad uświadomiła go co do tego faktu.
– Idziemy – burknęła roskvarka, ruszając przed siebie miękkim krokiem w taki sposób, by mieć cały czas krasnoludów na oku, przynajmniej dopóki nie dojdzie do końca uliczki. Nigdy nie wiadomo, co może takim stuknąć. – Serdecznie panom dziękuję za konia i… jeśli wolno mi doradzić, szanowny pan winien zaprzestać picia.
Skłoniła się krasnoludowi z kurtuazją i przesadnie nisko. Bynajmniej nie bez przyczyny. Po prostu ukradkiem sprawdziła, czy dalej ma w butach sztylety. Pierwsza zasada złodzieja mówi, że choćbyś był niezwykły, zawsze znajdzie się ktoś lepszy od ciebie. I nieprzypadkowo może być to nawet krasnolud. Okradziony złodziej jest okryty hańbą do końca życia.
Zacisnęła pięści.
Henar.
Wtedy, w uliczce, gdy puszczała go wolno półnagiego, upokorzonego i z bliznami na ciele, myślała, że już wystarczająco odpokutował. Teraz, gdy prowadziła swojego wierzchowca za uzdę, dochodziła do wniosku, że chyba jednak nie.
Zajmie się tym później, o ile kiedykolwiek jeszcze go spotka.
Ale najpierw… najpierw burmistrz Bentrum.


z/t

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerreos
Liczba postów: 52218
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.