Krasnoludzkie tunele

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Krasnoludzkie tunele

05 sie 2013, 20:41

Mało który ludzki mieszkaniec Minaloit miał pewność, że w niemal każdym wykupionym przez członków pochodzącej ze Złotego Wąwozu krasnoludzkiej ekspedycji domu znajdowało się zwykle skrzętnie ukryte wejście. Każde z nich prowadziło w dól, pod miasto, gdzie brodacze już pierwszego dnia po swym przybyciu bezprawnie wbili szpadle i kilofy. Składując zwały odpadów kopalnych w wykupionych specjalnie do tego celu, niezamieszkanych chałupach przedstawiciele rodu Mealena wgryzali się coraz głębiej w skaliste podłoże, tworząc sobie prawdziwy dom.

W obecnej chwili klarujące dopiero swoją strukturę tunele przypominały raczej nieobrobione, wydrążone niedbale korytarze. Wedle krasnoludzkich standardów, oczywiście. Dla ludzi, nawet tych, którzy posiadali wiedzę o górnictwie, każdy z tych surowych tuneli był wręcz idealny. Każda z belek trzymających strop i ściany była umieszczona w dokładnie takiej samej odległości od następnej i poprzedniej. Specjalne umocnienia w miejscach krzyżowania się tuneli były symetryczne, a porządne, długopalące się pochodnie, wygodne zejścia oraz płynne przewężenia potęgowały wrażenie obcowania z czymś niesamowicie stałym i zaprojektowanym przez geniusza.


Chociaż miejscami korytarze były tak wąskie, że tylko jeden krasnolud mógłby się w nich zmieścić, dwa główne korytarze zyskały już zdatny do szybkiej wędrówki kształt. Przecinały się niemal dokładnie pod ratuszem miejskim, krzyżując się nieludzko dokładnie pod kątem prostym. Mimo, że prace nad nimi nadal trwały, już teraz mogło się w nich komfortowo poruszać nawet trzech rosłych, ludzkich mężczyzn. Tunele te były najlepiej oświetlone i podziurawione wlotami mniejszych korytarzy prowadzących w większości bezpośrednio do domostw na górze. Niektóre krasnoludy pokusiły się nawet o wstawienie tutaj prowizorycznych drzwi z wyrytymi nań pospolitymi w ich języku runami imiennymi, chcąc oficjalnie zapraszać swoich znajomych do odwiedzania ich tą drogą. Fakt faktem, że z miesiąca na miesiąc liczba krasnoludów na powierzchni miasteczka zmniejszała się. Komunikowanie się tunelami było dla nich wygodniejsze i bardziej naturalne. Plotki rozchodziły się szybko, ale tajemnica była pilnie strzeżona – nikt niewtajemniczony nie mógł powiedzieć na pewno, co działo się pod Minaloit. Chociaż naiwnością było sądzić, że namiestnik Devonhild z domu Jamiga nic o tym przedsięwzięciu nie wie, jego ludzkim podwładnym pozostały jedynie szepty.


Generalnie jednak rzecz ujmując, kompleks był podzielony wedle kompasu. Na północy prowadzono najbardziej intensywne prace – to tam spodziewano się ujrzeć wreszcie pierwsze oznaki istnienia Dravenghr – mitycznej kopalni, którą pragnęli znaleźć członkowie ekspedycji. Odnaleziono tam pozostałości starodawnej instalacji kanalizacyjnej, którą na początkach Minaloit, tj. około roku 399EF znaleźli tutaj ludzcy osadnicy budujący tu kolonię górniczą, co w jakiś sposób dało przybyłym tutaj dwanaście lat później krasnoludom ze Złotego Wąwozu kolejne wskazówki na temat położenia celu ich ekspedycji. Na południu składowano odpady, wynosząc je na górę pod osłoną nocy. Wschód i zachód miały w przyszłości pełnić rolę tuneli mieszkalnych, jednak kwestia ta nadal pozostawała dyskusyjna. Wielu krasnoludów mieszkało na tej osi i z tych kierunków codziennie udawało się do pracy, jednak póki co zmuszeni byli do nocowania w swych powierzchniowych domach. Niektórych kompletnie to nie odchodzili, inni woleli zaczekać, aż odkryte zostaną starożytne korytarze godne ich rasy. Żaden z krasnali nie ukrywał, że wkrótce pojawi się ich w tym miejscu o wiele więcej, a przechowanie takiej ilości osób mogłoby być dla Minaloit niemożliwe. Mimo wszystkich nadziei wiązanych z tym sporym kompleksem tuneli prace szły na wyraz wolno – brodacze pracowali z pietyzmem i dokładnością, nie licząc dni spędzonych pod ziemią.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

26 sie 2013, 11:05

Został poprowadzony do innego pomieszczenia. W podłodze znajdował się zasnuty mrokiem otwór, zapewne prowadzący do kopalni – jego nowego terenu działań. Wysłuchał ostatnich słów krasnoluda i skierował się w stronę dziury, nie komentując sytuacji ani nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego. To będzie ciężka sprawa…

Uchwycił się drabiny i począł schodzić w dół; nie było to za wygodne, gdyż ledwo mieścił się w dziurze, a sama drabina była projektowana raczej dla kogoś o wzroście o połowę mniejszym od niego. Słyszał doskonale stukot, jaki wydawały jego kroki, gdy powoli zagłębiał się w norze. Gdy w końcu dotknął nogami stałego gruntu, musiał ukucnąć, by zmieścić się w tunelu. Zaklął pod nosem, widząc zaistniałą sytuację. Jeśli tak miał wyglądać cały jego pobyt w tym miejscu, najlepiej od razu zawrócić.

Wszędzie dookoła dało się słyszeć pracujących krasnoludów – co chwilę do jego uszu docierały śpiewy, modlitwy, a także odgłosy kilofów i młotów. Wydawali się na tyle pochłonięci swoją pracą, że najemnik nie spodziewał się, by mieli ją nagle przerwać. Podszedł powoli pod najbliższe źródło światła i wydobył festerowską mapę. Pierwsze, co zrobił, to zorientował się na niej – zlokalizował swoją pozycję, zapewne oznaczoną przez starego jako jego dom. Potem zaś prześledził drogę, jaka prowadziła do więzienia, gdzie trzymana była tamta istota..

Potem zaś ruszył – najpierw w kucki, a gdy tunele zwiększyły się, powstał, wciąż jednak starał się zachowywać cicho. Poruszał się przy ścianie i na każdym skrzyżowaniu czy rozwidleniu dróg ponownie dobywał mapy i upewniał się co do kierunku. Nasłuchiwał też uważnie dźwięków krasnoludzkich buciorów, gotów ukryć się w cieniu, gdyby poczęły niebezpiecznie się zbliżać.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

02 wrz 2013, 23:39

MG

Mimo, że Sarl nie był mistrzem w skradaniu się, hałasy w krasnoludzkich tunelach pozwoliły mu poruszać się dostatecznie niezauważenie. Parę razy spotykał wędrujących po korytarzach, gadających ze sobą brodaczy, którzy byli zbyt pewni siebie (bądź pijani), żeby go zauważyć. Kto wszak mógł podejrzewać, że w jaskiniach, których istnienie było trzymane w tak pilnie strzeżonej tajemnicy pojawi się jakiś nieznany człek…? Gospodarzom z pewnością nie pomogła też ich wrodzona krótkowzroczność, niepozwalająca dostrzec czającego się w cieniach jednego z wielu małych korytarzyków, rosłego mężczyzny. Wszystko to sprawiło, że najemnik bez większych problemów przebył niemal połowę drogi do celi więziennej. Szło mu niezgorzej, bez większych niespodzianek. Z pewnością spowodowane to było tym, że działał w pojedynkę, co na tym etapie jego misji okazało się okolicznością sprzyjającą. Był zdany wyłącznie na siebie… i dawał radę.

Nie myśląc o tym, co czeka go dalej, Sarl sukcesywnie parł do swego celu. Wiedział, że niebawem znajdzie się przy celi skazańca, o którym mówił wujaszek Fester. Tylko od niego zależało, czy postąpi wedle zaleceń starca. Mapa wskazywała na to, że od więzienia dzieli chorążego ledwie kilka kroków. Wreszcie dostrzegł on stojącego w załomie tunelu samotnego, rudobrodego strażnika. Pilnował on dwuskrzydłowych wrót ozdobionych dziwacznymi, lekko błyszczącymi w półmroku symbolami. Co ciekawe, odrzwia nie posiadały żadnej widocznej klamki. Kryjąc się tak, aby pozostać bezpiecznym, a jednocześnie móc możliwie z bliska obserwować ognistowłosego woja, Sarl przyjrzał mu się uważnie.

Rosły, odziany w bogato zdobioną zbroję krasnolud o twardych rysach patrzył sennie przed siebie. Jego płytowo-kolczy pancerz zwieszał się mu niemal do kolan, a wrażliwych miejsc chroniły szczególnie grube kawałki metalu. Była to jednak zbroja ciężka i niepraktyczna, raczej paradna, niźli użytkowa, jakby nikt nie spodziewał się prób siłowego oswobodzenia więźnia. Strażnik wsparł się na krótkiej włóczni z długim i wąskim, brunatnym proporcem, pozostawiając swój jednoręczny toporek przy pasie. Nie miał ni tarczy, ni hełmu. Włócznik był sam, znudzony swą dolą. Aż dziw brał, że nigdzie nie było widać drugiego, podobnie odzianego woja. Być może szukał on szczęścia w innym miejscu, pozostawiając swego ziomka na pastwę nudy… albo czaił się gdzieś w pobliżu.

Oparty o prowizoryczne drzwi, zgięty niemal w pół i ukryty głęboko w korytarzyku Sarl miał czas, aby powziąć odpowiednią decyzję. Wiedział, że nikt go tutaj nie zobaczy, przynajmniej dopóki gospodarz domu nad jego głową nie zechce udać się do piwnic. Wtedy najemnik miałby, krótko mówiąc, przesrane.

//Przyjąłem, że idziesz w kierunku celi więziennej, w której jest Ellia. Pamiętaj, że w każdej chwili w głównym tunelu mogą pojawić się krasnoludy.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

16 wrz 2013, 19:49

Z tuneli wciąż dochodziły hałasy, podobne do tych, które słyszał poprzednio. Stłumione, basowe pokrzykiwania, uderzenia kilofem w ścianę, takie tam. Nie było się czym przejmować, wszystko z bezpiecznej odległości. Do tego, kroki nieszczęsnych karłów niosły się na tyle daleko, by dało się je odpowiednio wcześnie usłyszeć i schronić. Na pewno żaden z nich nie spodziewał się intruzów. To działało na jego korzyść i zamierzał to wykorzystać.

Nikt nie przeszkadzał mu w jego wędrówce, gdy kierował się w głąb labiryntu. Nie było się nad czym zastanawiać, należało działać, i to szybko. Wydostać tego nieszczęsnego skurwiela, pozbyć się strażników i zjeżdżać z powrotem. Łatwo było powiedzieć – czy też pomyśleć – ale trudniej zrobić. Dla najemnika nie była to jednak pierwszyzna; zachowywał niezachwianą pewność siebie, która nieraz pozwalała mu osiągnąć cel. Żadne myśli czy też zmartwienia nie nawiedzały już jego umysłu. Trwał skoncentrowany na tym, co chciał zrobić, i parł dalej wprzód.

Wedle mapy był już u celu, potwierdził to też rzut oka w głąb tunelu, gdzie zauważył pojedynczego strażnika i dziwaczne drzwi. Wrota na razie go nie interesowały, ich otwarcie pozostawił na później. Zamiast tego skupił się na cieciu stojącym przy drzwiach. O tak, nie wydawał się zbytnio przygotowanym do swej roli – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Tkwił prawie w półśnie, patrząc przed siebie półprzymkniętymi oczami, zakuty w dziwaczną, niepraktyczną i pewnie cholernie niewygodną zbroję. Patrząc nań z ukrycia, najemnik wiedział już, jak go załatwi. Tak jak poprzednio, nie myślał wiele. Postawił na brawurę, doświadczenie i fizyczne predyspozycje. Tak jak zawsze.

Jedyną przeszkodą była broń krasnoluda. Włócznia. Długi kij z zaostrzonym końcem. Jej zastosowanie było dość dyskusyjne, ale w obecnej sytuacji była dla tamtego dosyć użyteczna. W wąskim tunelu – jeśli zdążyłby jej użyć – pewnie zdołałby utrzymać go na dystans. To była jedynie drobna przeszkoda. Zaspany i znudzony, niespodziewający się ataku i zakuty w utrudniającą ruchy zbroję nie powinien zdążyć wykonać jakiegokolwiek ruchu, by się obronić.

Chorąży postanowił poczekać na najlepszą okazję, by zwiększyć swoje szanse. Od razu dobył broni, jednak nie swojego wysłużonego miecza. Wyjął nowe znalezisko, pragnąć przetestować je i sprawdzić, ile jest warte. W półmroku nie dostrzegł misternych zdobień, kunsztownie wykonanej rękojeści i głowni, jednak trzymając oręż w dłoni czuł wibrującą, pulsującą energię, coś, czego jeszcze nie zaznał. Magiczny oręż dodał mu siły i determinacji.

Zaczekał, aż strażnik wykona jakiś ruch zdradzający jego faktyczną dekoncentrację – obróci się w bok, zwiesi głowę w dół czy też nawet zacznie przysypiać. Ocenił szybko odległość dzielącą go od wroga, po czym podkradł się jak tylko mógł najbliżej, wciąż pozostając niewykrytym. W końcu, gdy uznał, że nadeszła pora, zaatakował.

Przypuścił szarżę na zaskoczonego, krasnoludzkiego żołnierza. Wiedział, że największym zagrożeniem jest broń brodacza, więc właśnie ona – i dzierżąca ją nieosłonięta dłoń – była pierwszym celem. Krawędź zakrzywionego miecza wymierzył w rękę wartownika, chcąc ciąć oburącz z lewej, co miało mu nie pozwolić na użycie broni. Kolejnym ruchem, zaledwie sekundę po poprzednim, miało być boczne, także oburęczne, cięcie z prawej strony na lewą, mające przeciąć głowę brodacza na dwie, niekoniecznie równe połowy.

Ruchy najemnika były naprawdę szybkie, wspomagane dodatkowo złowrogą magią wibrującą od Szablogrzbieta. Postawił wszystko na jedną kartę z niezachwianą pewnością siebie. Nie pierwszy raz miał w ręku broń, nie pierwszy raz atakował frontalnie, nie pierwszy raz wykonywał dziwne, tajemnicze zadanie w jeszcze dziwniejszym miejscu. I z pewnością nie ostatni.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

16 wrz 2013, 22:19

MG

Powszechnie uważało się, że strażnicy zlokalizowani w miejscach nie tyle narażonych na atak, ile po prostu często odwiedzanych byli ledwie elementem krajobrazu. Dopełniali go perfekcyjnie, odziani w wymyślne pancerze, dzierżący rozmaite, krzykliwe proporce i niepraktyczne bronie. Wielu władyków uważało posiadanie strażników przed wrotami swoich siedzib za przejaw czystej kurtuazji, mając w odwodzie kilka tuzinów zaprawionego w bojach najemnego woja na wypadek prawdziwego ataku. Wielu z tych nieszczęsnych, zmuszonych do udawania posągów mężczyzn pełniło swą służbę bez szczególnej troski o faktyczny stan zdrowia swoich pracodawców. Nikt ich za to nie winił – mieli wszak jedynie dobrze wyglądać. Sprawa byłą skutecznie rozdmuchiwana przez bogaczy, urastając do takiej rangi, że dla wielu pełnienie nudnej posługi strażniczej na dworze szlacheckim stawało się marzeniem, a „ochrona” możnowładców – przywilejem. Inna rzecz, że strażnicy byli opłacani lepiej, niż wskazywałby na to relatywnie mały zakres ich obowiązków. Zaletą każdego strażnika winna być przede wszystkim cierpliwość, zaraz potem dyscyplina i odporność na stres. Szeroko pojęte cwaniactwo też nie pozostawało bez znaczenia, bowiem najważniejszym było nie dać się przyłapać – czy to na śnie, piciu wina czy urywaniu się ze służby w celu uskuteczniania radosnej pochędóżki w miejskim burdelu.

Krasnoludzkie społeczeństwo Złotego Wąwozu nie jawiło się jako inne. Chociaż krasnoludy były w gruncie rzeczy osobnikami niezwykle cierpliwymi i skorymi do pietystycznego traktowania swoich przełożonych, ich strażnicy nie byli wyjątkowi. Chociaż uzbrojenie wykonywane przez ród Mealena było dalece bardziej praktyczne, niż ludzkie, wykazujący uwielbienie do złota i kamieni szlachetnych brodacze nie mogli powstrzymać się przed dodaniem swoim żywym posągom strategicznie rozmieszczonych świecidełek i wzorów. I tak – strażnik, którego zamierzał zaatakować Sarl zdawał się wręcz opalizować. Chociaż z początku nie było to dostrzegalne, jego zbroja lśniła nie tylko od polerowania.

Malowane runy, oprawione kamienie szlachetne i złote wykończenia tylko przez chwilę rzuciły się w oczy atakującego bez zachwiania najemnika. Zaskoczony brodacz nie miał nawet jak odpowiedzieć na pierwszy cios. Jego dłoń została przecięta przez ciemne ostrze Szablogrzbietu, stając się niemal całkowicie bezużyteczna. Ścięgna i mięśnie nie stanowiły problemu dla magicznego oręża. Chorąży poczuł wibracje pod palcami, lecz nie były one spowodowane wyprowadzonym dość topornie uderzeniem. Mimo, że miecz nie wyzwolił swej mocy, Sarl dzięki samej jej obecności nabrał jeszcze większej pewności siebie. Ciął po to, aby zabić.

Zszokowany krasnolud próbował zasłonić swoją twarz przed wąskim ostrzem, lecz udało mu się to tylko połowicznie. Z całą swą niemałą siłą popchnął wściekle atakującego najemnika, przez co nieco wybił go z rytmu, a jego twarde kości zdołały oddalić od niego groźbę rozłupania łepetyny. Cięty na wskroś przez twarz, czoło i czubek głowy krasnolud szarpnął się do tyłu, niemrawo machając drzewcem swej dzierżonej teraz oburącz broni. Przyparł do zasklepionych runami wrót, łapiąc swą włócznię w połowie, próbując niezbyt składnie sparować kolejne ciosy sarlowej klingi. Słabość jego głównej dłoni była dostrzegalna gołym okiem – chwyt krasnala nie był pewny, drzewce ślizgały się od krwi. Brodacz tracił wizję, ale nie poddawał się, próbując natrzeć na swego przeciwnika całym ciałem. Odbił się plecami od drewnianych wrót, wprawił swoje ciało w ruch i pozwolił się ponieść, warcząc opętańczo. Zbroja pociągnęła go naprzód, prosto na najemnika, w mgnieniu oka obalając go z nóg. Ciężki brodacz legł na najemniku, jednak było to wszystko, co mógł uczynić – jego pancerz blokował go tak bardzo, że nie mógł wznieść swej krótkiej ręki do jego gardła, przy czym włócznia leżała w poprzek gdzieś w okolicy pępka chorążego. Krasnolud próbował gryźć, ale jego szczęki nijak nie dały rady kolczudze. Kapalin najemnika spadł mu z głowy i hałaśliwe potoczył się w stronę głównego tunelu. Nie czujący bólu Sarl mógł zwyczajnie wykończyć swego przeciwnika, po czym spróbować się spod niego wykaraskać. Na szczęście odgłosy walki póki co nie przyciągnęły nikogo. Jasnym jednak było, że niebawem trzeba będzie salwować się ucieczką.

//Ufam, że odpowiednio opiszesz dalszą akcję fabularną, więc możesz pociągnąć ją aż do momentu, w którym krasnolud będzie martwy bądź zemdlały, a wrota prowadzące do celi Ellii będą jedyną przeszkodą do jej uwolnienia. Pamiętaj o tym, że należy się spieszyć – krew sącząca się do głównego tuneli i hałasy na pewno niebawem kogoś tu przyciągną.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

17 wrz 2013, 20:11

Atak udał się, choć nie tak, jak najemnik się spodziewał. Przez rozciętą dłoń krasnolud nie był w stanie się bronić, choć rozpaczliwie próbował. Ostatnim desperackim wysiłkiem odbił się od ściany i zwalił go z nóg, jednak wciąż nie był w stanie mu zagrozić.

Chorąży odwinął się i uderzył go rękojeścią w twarz, zaraz po tym zrzucając go z siebie. Cios zmasakrował jego twarz i ogłuszył chwilowo, przez co nie był już w stanie stawiać oporu – stoczył się na bok, ledwo żyjąc. Sarl działał wyjątkowo szybko; wiedział doskonale, że narobił zbyt dużo szumu niż powinien. Od razu przyłożył ostrze do gardła strażnika i wysyczał:

– Jak otworzyć te drzwi, skurwysynu? Jak?!

Dał mu dwie, trzy sekundy na odpowiedź. Nieważne, czy zaczął mówić czy nie, miał skończyć z przeciętą tętnicą szyjną. Zaraz potem czekało go szybkie, lecz w miarę dokładne przeszukanie. Najemnik poszukiwał czegoś nietypowego, w rodzaju zwoju otwierającego czy też chociażby klamki, cokolwiek, co pozwoliłoby mu otworzyć wrota.

Rozejrzał się gorączkowo. Niedługo będzie tutaj dość tłoczno – pomyślał. Chwycił zmasakrowanego klawisza pod pachami i odciągnął go w ciemną wnękę, w której znajdował się wcześniej, po drodze zgarniając swój hełm. Nakrył go potem swoim płaszczem. Nie był idealnie czarny, ale dla ślepawych brodaczy powinno wystarczyć.

Spostrzegł, wróciwszy, plamy krwi na posadzce. Na to też miał radę. Wyjął bukłak z wodą, który zawsze nosił ze sobą i wylał wodę na ziemię, chcąc zmyć karmazynowe plamy lub pozwolić im zmieszać się z ziemią, by straciły swój przykuwający wzrok kolor.

Miał mało czasu. Podszedł do drzwi i oglądając je próbował poznać zasadę ich działania, wykorzystując to, co znalazł przy strażniku i to, co mu powiedział bądź nie. Wciąż nasłuchiwał podejrzanych odgłosów, gotowy wskoczyć w najbliższy ciemny kąt, gdyby zaczęły niebezpiecznie się zbliżać.

Udało mi się napisać, pisałem jednak na szybko, więc proszę wybaczyć długość i ewentualne błędy. W najbliższym czasie mogę mieć problemy z dostępem do forum.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

17 wrz 2013, 21:05

//Instapost.MG

To było łatwe zwycięstwo. Pokonanie przysypiającego strażnika z niepraktyczną w tunelowych warunkach bronią i w niewygodnym opancerzeniu nie było dla zaprawionego w bojach Sarla żadnym wyzwaniem. Prawda, że obalający się na niego, kanciaty w swej zbroi krasnolud poobijał mu nogi i ścisnął podbrzusze, ale generalnie chorąży wyszedł z walki bez szwanku. Pozbierał się dość szybko, korzystając z tego, że jego ofiara nadal pozostawała przytomna. Klinga Szablogrzbietu dotknęła krasnoludzkiego gardła, gdy najemnik warknął swoje pytanie. Abstrahując już od tego, że strażnik na pewno odmówiłby odpowiedzi i prawdopodobnie nie znał Wolnej Mowy, trzy sekundy były zbyt małą ilością czasu, aby krasnal pozbierał się do kupy po uderzeniu rękojeścią miecza w łeb. Czas upłynął, jego szyja została gładko przecięta, a z gardła wydobył się tylko chrapliwy bulgot. Jucha chlusnęła na i tak zbroczone już odzienie Sarla, pokrywając krwawym malunkiem również jego twarz. Przebicie tętnicy szyjnej karła poskutkowało uwolnieniem się ogromnej ilości posoki.

Szybkie, acz stosunkowo dokładne przeszukanie martwego krasnoluda pozwoliło chorążemu zebrać kilka przedmiotów. Jednym z nich była sztywna, stworzona z garbowanej skóry karta z nieznanymi mu runicznymi znakami. Drugim był nieco przyrdzewiały, sporawy klucz, który jednak nijak nie mógł pomóc szabrownikowi w otwarciu wrót nieposiadających nawet klamki, nie mówiąc o dziurce od klucza. Strażnik miał przy sobie też woreczek zwyczajnych, płaskich kamyków z wydrapanymi na nich runami pomalowanymi ciemną farbką. Nie obyło się też bez krasnoludzkiej waluty – grubych, srebrnych monet z detalicznie wyrysowanymi wizerunkami poważnych brodaczy w koronach na awersach oraz rozmaitymi runami i herbami na rewersach. Znalazły się nawet trzy rubiny wielkości paznokci małego palca dłoni.

Nie było jednak czasu, aby przyglądać się bezużytecznym w tej chwili znaleziskom. Ciało krasnala zostało usadowione w głębokim cieniu i przykryte wielkim, ciemnym płaszczem najemnika. Smuga krwi prowadziła od miejsca mordu do miejsca ukrycia ciała, a posoki było tyle, że przestała już wsiąkać w ziemię, zbierając się w dużą kałużę. Szczęśliwie dla Sarla nierówności tunelu nie pozwoliły plamie krwi dotrzeć do głównego tunelu. Prawda, że wnękę, w jakiej obecnie znajdował się chorąży, było widać z korytarza jak na dłoni, ale przynajmniej nie było sposobu, aby zauważyć jego haniebny czyn z daleka. Plamy krwi zostały polane wodą z bukłaka, zmieniając nieco swój kolor i zmieniając podłoże w lepkie, brunatne błoto. Kałuża wypełniła się do granic możliwości i rozrzedziła się, co w tym przypadku wcale nie jawiło się jako okoliczność sprzyjająca. Krew krzepła. Krew z wodą – niekoniecznie.

Chwilowo jednak nic nie zagrażało bezpieczeństwu mordercy. Mógł on we względnym spokoju przyjrzeć się wrotom, jakie stanęły mu na drodze. Porządne, drewniane odrzwia pyszniły się kunsztownie wykonanymi malunkami, które nic Sarlowi nie mówiły. Spróbował je pchnąć, zostawiając na nich ślady krwi, jednak na nic się to zdało. Klucz krasnoluda nie pasował nigdzie, a zdobyczny list nie wyjaśniał, co zrobić. Możliwe, że nieznajomość języka krasnoludów miała w tej sprawie kluczowe znaczenie.

Gdy tak najemnik stał przed wrotami i rozmyślał, za jego plecami odezwały się ciężkie kroki. To drugi, odziany podobnie do pierwszego krasnolud wrócił na posterunek. Wdepnął w kałużę krwi, rozdziawił usta, odrzucił włócznię na bok i wyciągnął jednoręczny toporek. W przeciwieństwie do swego kamrata miał na łbie płytki hełm z różkami, a jego dłonie ukryte były w rękawicach. Dumny, nie cofnął się, nie wołał o pomoc. Zaatakował, burcząc gniewnie w swym języku.

- Skuhrwysynu - warknął, dając kolejny dowód na to, że wulgaryzmy były najlepiej przyswajalnymi słowami z obcych języków.

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

20 wrz 2013, 18:48

Skarlały cieć nie odpowiedział mu, więc, nie bez satysfakcji, przeciągnął mu ostrzem po gardle. Niesiony irytacją, że ten, o, śmiał stanąć mu na drodze i przeszkodzić, dopiero po fakcie zrozumiał, że mógł go wykończyć trochę inaczej. Zrozumiał, jak posoka opryskała mu twarz i zbroczyła obficie ziemię. Teraz posprzątanie tego bajzlu będzie znacznie trudniejsze. Zignorował też myśl, jakoby dał krasnoludowi zbyt mało czasu na odpowiedź – sam tego czasu posiadał zgoła niewiele. Kwestie języka w ogóle zaś nie przyszły mu do głowy.

Jak gdyby nic się nie stało – ot, kolejna karba na rękojeści miecza, kolejne ścierwo wysłane na tamten świat – począł przeszukiwać zwłoki. Jako pierwsza rzuciła mu się w oczy kartka. Skóra, nie pergamin. Szybki rzut oka ujawnił kilka symboli, które widział pierwszy raz w życiu. Przyda się – pomyślał i włożył kartkę za pasek. Potem odnalazł kluczyk, jednak na pewno nie do drzwi, które miał za plecami. Również się przyda. Wydobył też dwa woreczki. Jeden z kamieniami, drugi ze srebrnymi talarami, jak się okazało, nie autonomijskimi. Bogatszy o przedmioty, których znaczenia jeszcze nie poznał, przystąpił do sprzątania.

Truchło strażnika legło na podłodze, przykryte płaszczem. Najemnik nie był do tego kawałka materiału szczególnie przywiązany, więc rozstał się z nim bez żalu. Natomiast pomysł, by wylać wodę na plamy krwi, okazał się nietrafiony. Stworzył jedynie bagno; powiększył kałużę z krwią, rozrzedzając nieco posokę. Ze zrezygnowaniem odłożył pusty bukłak i zostawił to, co zrobił.

Zbliżył się do drzwi, lecz żaden z przedmiotów nie pozwolił mu ich otworzyć. Próbował każdego po kolei – dziurki od klucza nie było, symbolu nie rozumiał, a otworu, by wrzucić monetę, z pewnością nie było. Zanim zdążył poczynić cokolwiek, nadeszło kolejne zagrożenie.

Drugi ze strażników zjawił się za jego plecami. Jakież musiało być jego zaskoczenie, gdy zobaczył człowieka na miejscu swojego rodaka, wdepnąwszy w kałużę krwi. Chorąży obrócił się ku niemu bez emocji, i takoż sięgnął po złowrogi miecz. Zakręcił nim młynka, ustawiając się tak, by za plecami mieć pusty tunel, nie ścianę, i ponownie przygotował się psychicznie na walkę. Która zapewne będzie znacznie cięższa niż poprzednio. Tym razem element zaskoczenia nie działał na jego korzyść. Nie zdołało to jednak zachwiać jego pewności.

Brodacz odrzucił włócznię i sięgnął po swój toporek. Najemnik słyszał kiedyś, że to właśnie taka broń – jednoręczne topory, a także młoty – są ulubioną bronią tej rasy. Znał ten oręż, znał jego wady i zalety; zetknął się z nim już niejednokrotnie. Wiedział też o predyspozycjach brodatej rasy, ich zachowaniu i możliwościach. Znał też własne atuty.

Strażnik zaszarżował na niego, wyciągając toporek przed siebie i przebierając szybko krótkimi nóżkami. Sarl, rozgrzany i panujący nad sytuacją, czekał do ostatniej chwili, po czym odskoczył w prawo, schodząc z drogi rozpędzonemu żołnierzowi i szybko podstawiając mu nogę. Szybki ruch najemnika miał sprawić, by jego zakuty w ciężką, spowalniającą ruchy zbroję przeciwnik wyrżnął jak długi na ziemię.

Swój miecz przygotował do bloku odpowiadającemu zamiarom tamtego na wypadek, gdyby jakimś cudem musiał odeprzeć cios. Jeśli zaś manewr się powiódł – rozbrojenie kopnięciem w prawą dłoń, a potem dekapitacja.

Awatar użytkownika
Szablogrzbiet
Posty: 32
Rejestracja: 11 paź 2012, 02:48
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2251

20 wrz 2013, 21:10

W momencie, w którym okazało się czym tak naprawdę był zwój uzyskany przez Sarla Szablogrzbiet zamarł. Musiał przyznać przed samym sobą, że tak tępego dzierżyciela nie miał od długich lat. Czuł, że jego inteligencja będzie adekwatna do starożytnych ludów północy. Bezmyślność, a nawet głupota najemnika wprawiły Szablogrzbieta w zadumę. Wtedy miecz nie miał wystarczająco dużo mocy, by jakkolwiek silniej zareagować na decyzje Sarla. Spasował przed idiotyzmem człowieka.

Wyłączył się w głębokim zamyśleniu, co teraz. Wrzaski, krzyki i gniew na bezmózgiego człowieka nigdy nie działały – nie podziałałyby i wtedy. Skupiony na regeneracji Szablogrzbiet analizował swoją obecną sytuację. Skarb przemknął mu pod nosem i nic nie mógł z tym zrobić. Kolejny raz moc uciekała mu i udała się gdzieś w nieznane czasy. Próbował też przypomnieć sobie, co się stało wtedy, podczas ataku na mości Bentruma. Próbował kontaktu, ale… świadomość oderwała się od jestestwa.

Z medytacji Szablogrzbieta wyrwał dopiero smak krwi na ostrzu. Krasnoludzka, nie najlepszej jakości, ale nie najgorszej. Karzeł do najmłodszych nie należał, ale do starych też nie – od razu było to czuć. Szablogrzbiet od razu zaczął obserwować sobie tylko znanym sposobem okolicę. Zdążył też zapoznać się ze zwojem, który pozyskał tępogłów. Zaśmiał się gorzko w duchu, gdy widział bezradne najemnika próby otwarcia wrót. Kolejny raz upewnił się w przekonaniu, że tylko inteligencja i wiedza jest mocą.

Niezbyt zadowolony z poczynań swojego właściciela, całkiem rześki po medytacji Szablogrzbiet postanowił nie ingerować – jeszcze – w los idioty. Zresztą zaczęło się robić ciekawiej. Kolejne ofiary pojawiły się.

Nic lepszego do czynienia nie miał. Postanowił wybadać nowe ścieżki swoich możliwości. Szablogrzbiet mocą podpinał się z dzierżycielem. W pewien sposób łączył się z nią i wspomagał. Wiedział więc, jak działać wewnątrz. Ale skoro nie pozyskał instrukcji, nie pozostaje nic innego, jak samemu się uczyć. Wiedzę posiadał, trzeba było tyko trochę wyczuć nurt magii.

Szablogrzbiet skupił się mocno na otaczającej miejsce energii. Jego moc łączyła się z mocą Sarla. Był w stanie wyczuć jej (mocy) granice – czuł gdzie teoretycznie zasięgu nie ma, czyli poza ciałem, swoją i Sarla materią. Miecz w pełnej analizie i spokoju wyobraził to sobie na zasadzie działania w zamkniętym pomieszczeniu. Był mistrzem tego wyimaginowanego miejsca. W nim mógł robić dosłownie wszystko, ale nic poza nim. Dlatego ciemne ostrze postanowiło mentalnie rozpłynąć się w swoim pomieszczeniu. Nie przebywać nim, ale stać się nim. W ten sposób granice stałyby się bardziej częścią niego, aniżeli zamykały go wewnątrz, jak ściany pokoju normalną osobę. Osiągając to, byłby w stanie częściowo wpłynąć na otoczenie, które mu nie podlega. Moc, którą posiadał, Szablogrzbiet postanowił częściowo otoczyć "nowego" siebie. Nie wykorzystał do tego wielkiej ilości energii, ale wystarczającej, by poczuć i częściowo zrozumieć działania na zewnątrz.

W momencie, gdy krasnolud atakował (bo co innego tak tępy osobnik, jak on, mógł wymyślić) Szablogrzbiet najsilniej jak mógł skupił ku sobie jednostki i cząsteczki nowej otoczki. Skondensowana tak moc w większej ilości mogłaby być niestabilna – co gorsze – mogłaby się zapaść. Świadom tego zagrożenia, miecz odpowiednią ilość energii mógł kontrolować. Gdy ostrze zbliżyło się do krasnoluda (najbliżej jak to było możliwe), skondensowana energia nie tylko została uwolniona, ale jeszcze dodatkowo wypchnięta następną dawką energii. W ten sposób powinna powstać pewna eksplozja. Niczym uwolnienie tłumionego wrzasku.

Bądź co bądź, nie Szablogrzbiet nie miał – jeszcze – na celu ranienia Sarla, dlatego eksperyment skierował w stronę brodacza. Ciekawy, zaraz po uwolnieniu zaklęcia, starał się zebrać z jego przebiegu jak najwięcej danych

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

28 wrz 2013, 02:37

MG

Jedno nie ulegało wątpliwościom – trudno jest obalić krasnoluda. Nawet, jeżeli mówimy o krasnoludzie w jakże niewygodnej, ciężkiej zbroi paradnej. Stosujący iście jarmarczną sztuczkę z podkładaniem nogi Sarl wyraźnie się przeliczył. Szarża krasnoluda była niezbyt szybka. Obiekt o takiej wielkiej masie własnej jak ten konkretny, brodaty strażnik okuty w metalowy pancerz niesamowicie wolno się rozpędzał; z drugiej strony wolno swą prędkość tracił. Inna sprawa, że odległość, jaka dzieliła chorążego od jego kolejnego przeciwnika nie była zbyt duża i karzeł nawet nie zdążył się rozpędzić, więc próba jego wywrócenia przy tak niskim tempie była iście szaleńczym pomysłem.

Mimo wszystko manewr najemnika w pewnej części zakończył się sukcesem. Zgodnie z zamiarem człeczyna uniknął śmiercionośnego ostrza topora i spowodował zachwianie strażnika. Na tym jednak szczęście Sarla się zakończyło, bowiem krasnolud zatoczył się prosto na niego, mimochodem kopiąc w piszczel i tak już obolałej po tej akcji, prawej nogi. Stal, w jaką okute były kończyny dolne brodacza, wbiła się boleśnie w okrytą tylko jedną warstwą materiału nogę najemnika. Czując, jak krwotok podskórny już powoduje powstawanie ogromnego siniaka chorąży sam zatoczył się i wystawił na atak, otrzymując cios płazem topora. Oberwał pod żebra, w miejsce łatwo niskiemu wrogowi dostępne. Mimo kolczugi jego płuca pozbawione zostały większości powietrza, ale zadany nieco na oślep cios Szablogrzbietu niezbyt mocno sięgnął celu.

Samo cięcie właściwie nie mogło zagrozić krasnoludowi, było bowiem wyprowadzone w jego okryty stalą bark. Wtedy jednak sam miecz zdecydował się działać. Rękojeść silnie zadrżała w dłoni jego dzierżyciela, niemal wyślizgując się z wprawnego przecież uścisku. Przez cała klingę przebiegł wibracyjny dreszcz, kończąc swój bieg na samym jej czubku. Gdy tylko ostrze dotknęło pancerza strażnika, aby bezpiecznie dla niego ześlizgnąć się po krasnoludziej stali, zaklęty oręż wyzwolił kumulowaną energię w oślepiającej eksplozji.

Wybuch był głośny, dziki i niekontrolowany. Jak na pierwszą próbę użycia nowego zaklęcia Szablogrzbiet spisał się jednak całkiem nieźle. Lewa część twarzy brodacza właściwie się stopiła, wprawiając go natychmiastowo w szalony taniec agonii. Część zbroi na jego barku została rozerwana, a naramiennik zwisł smętnie, jeszcze bardziej blokując ruchy sarlowego przeciwnika. Krasnolud puścił swój toporek, mimo woli próbując przyłożyć dłonie do okaleczonej twarzy. Nawet powiernik miecza poczuł gorąco na swej twarzy i palcach dzierżących Szablogrzbiet. Jego rękawica sczerniała nieco, a ręka zdrętwiała aż po łokieć. Walka zakończyła się, krasnal został unieszkodliwiony, czekając na własną śmierć.

Oślepiony przeciwnik przestał już opętańczo zawodzić, ale huk wywołanej przez Szablogrzbiet eksplozji poniósł się daleko. Czas, jaki pozostał Sarlowi skurczył się jeszcze bardziej. Musiał kombinować jeszcze szybciej, bowiem już teraz intuicja podpowiadała mu, że lada moment mogą się tutaj pojawić żądni zemsty ziomkowie pokonanych strażników.

//Sarlu – masz obite żebra, stopę i piszczel, wszystko z prawej strony. Szablogrzbiecie – straciłeś nieco więcej mocy, niż z początku zakładałeś, więc jej zasoby są teraz stosunkowo niskie. Możesz dopisać sobie nową moc do KP, szczegóły omówimy prywatnie.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.