Dwór Pomiędzy Spektrami

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Dwór Pomiędzy Spektrami

11 sty 2014, 12:17

MG

Sceneria dziwacznego świata, w którym znajdował się Mork, zafalowała. Wszystko zdawało się zacierać, jakby jego duch oddalał się od miejsca, w którym był jeszcze chwilę temu. Czuł, jakby coś za nim podążało – a było to coś wielkiego i wściekłego, chcącego go najwyraźniej rozszarpać. Szalony mag uciekał przez swe wspomnienia, jednak żadne z nich nie dawało mu bezpieczeństwa. Czuł się zagrożony, jego ostatni bastion padał pod naporem nieznanych, niewidocznych wojsk. Chcieli znaleźć go i stłamsić nawet tutaj, w niezdobytej dotąd twierdzy jego własnego umysłu. Przekraczał kolejne, zamknięte dotąd nawet przed nim drzwi, robił to wszystko tylko po to, żeby uniknąć frontalnej konfrontacji. Jego duch dryfował, płynął bez celu przez żyły samego Lewiatana, przez Nicość i Spektra, byle dalej. Nie czuł już niczego, wyzwolony z okowów śmiertelnego ciała. Był czystą esencją samego siebie, niepodlegającą fizycznym prawidłom duszą. Przestał już myśleć, postradał życie, a wraz z nim świadomość. Był całkowicie wolny, naraz wszędzie i nigdzie, przekraczając naraz całą nieskończoność Omsnispektrum… Potem jednak uderzył się mocno w głowę i rozbudził, czując pod sobą twardą, drewnianą podłogę.

Kwadratowe pomieszczenie, w którym się znalazł, było całkowicie puste. Na każdej ze ścian znajdowały się proste, jednoskrzydłowe drzwi. Nie było w nim niczego, co przykuwałoby uwagę. Ciemne drewno na suficie, ścianach i podłodze – porządne deski. Chwilę zajęło Morkowi rozeznanie się w nowej sytuacji. Czuł się niepokojąco dobrze, nic go nie bolało, a jego ciało po bliższych oględzinach okazało się być całkowicie sprawne. Nie był głodny ani spragniony, a jego odzienie było dokładnie takie same, jak za życia… Właśnie – czy w ogóle mógł uznać się za martwego? Oddychał, czuł, żył, mógł chodzić, gadać i skakać. Nie miał żadnych ran, jego myśli były czyste i niczym niezmącone (o ile można tak mówić o myślach szaleńca). Czyżby ktoś go wskrzesił? Ostatnie, co pamiętał, było jedynie głupim snem z lecznicy, ale teraz odróżniał już sen od jawy. Miejsce, w którym się znajdował, było zdecydowanie materialne, nie niepokoiło. Dziwna sprawa, że mimo braku okien pomieszczenie było widoczne dość wyraźnie, a kolory nieprzekłamane. Nie sposób było na to narzekać.

Gdzieś dalej (lub bardzo blisko, nie sposób było ocenić) w dokładnie takim samym pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Miała podobne odczucia, z tym jednak wyjątkiem, że czuła się o wiele bardziej zdezorientowana. Kurz, pył, ból, mocne uderzenie w głowę… i nagle to. Zdecydowanie – Aleksis Bentrum miał mocne powody do drapania swej czarnej czupryny w zastanowieniu. Co ciekawe, mógł to robić oburącz. Z pewnością fakt posiadania dwóch sprawnych dłoni zaskoczył go najbardziej. Z tego, co pamiętał, jednej z nich już dłuższy czas przy nim nie było. Teraz jednak w połowie nieistniejąca dotąd kończyna działała perfekcyjnie. Ubranie Czarnego Kamienia było tym, które ofiarował mu swego czasu sam namiestnik. Czyste, schludne – był nawet beret, który spadł z aleksisowej głowy, gdy ten leżał sobie w najlepsze na ciemnych deskach podłogi. Samo to, że burmistrz znalazł się nagle w nowym pomieszczeniu mogło przyprawić go o zawroty głowy, ale, podobnie jak Mork, alchemik w jakiś irracjonalny sposób nie bał się. Jego nowe położenie nie niepokoiło, nie przytłaczało, jawiło się jako kolejna zagadka do rozwiązania. Póki co nie było powodów do paniki. Jeszcze.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

12 sty 2014, 17:35

[/oldsize]

Z

aczęło się. Wiosna! Mógł biec przez puszyste pagórki kołder i zatapiać się w morzach owalnego żywota. Było tu tak pięknie, tak cudownie, niczym raj! Ale już, już zatapiał się w chmurze gradowej, która miała przynieść zimę. Zimę, leciał, leciał w górę. Coś za nim, coś przed nim, ale nie mógł się zatrzymać. Skakał, szarpał się, uciekał. Przerażenie, strach, ekstaza, piękno przepływającego obłoczka. Skakał pomiędzy wysokimi drzewami Lasu Cieni a następnie zatapiał głowę w Jeziorze Iqua. Wreszcie był u celu. Gigantyczne Wichrowe Szczyty, tam na pewno go nie znajdzie. Biegł po pionowej ścianie w górę, skacząc niczym kozica a następnie szybując jak martwa sowa. Wybijał stopami gigantyczne kratery. To coś nie chciało odpuścić, leciało za nim. Skoczyło w bok, zaatakowało. Twierdza skruszona, począł spadać. Musiał się podnieść. Musiał skakać, tańczyć, wziąć lutnię i grać.
"Gnaj, gnaj koniku, mój ty mały żbiku, Gnaj gdzie Twoje nogi śmierdzieć nie będą"

M

uzyka brzmiała w jego głowie. Nie mógł się poddać, musiał zwiać. Ale gdzie? Nigdy nie miał innego miejsca, nigdy nie poznał niczego. Ale tam, tam na górze coś się otwierało. Portal, znów mógł uciekać, znów miał cel. Biegł wśród śniegu, padał on na stopy. Zamarznięte giry nie chciały współpracować, musiał znaleźć inną drogę. Przeskoczył przez portal. Górą do dołu, dołem do góry. Drzwi. Szarpnięcie klamki, która wyleciała z głośnym stukotem. Dotknął ściany, zamarł. Była śliska. Uciekał dalej, dalej, dalej. Niczym w objęcia rodziców, których nigdy nie miał. A może i miał. Nie wiedział już niczego, wszystko się zacierało, coś pożerało wspomnienia. Przerażenie w oczach, samotna łza spływająca po policzku, wybuch w tle.

.

.. nie było niczego… nie było zbawienia… nie było końca… nie było początku… nie było jego… był tylko ktoś, kto się za niego podawał… duplikat… martwa skóra… DUSZA!

W

OLNOŚĆ! Nie czuł niczego. Czuł wszystko. Był omnipotentny w swej impotencji. Skakał na prawo, lewo, w górę, w dół. Nie był niczym i był czymś. Przekraczał granice, nikt go nie gonił. Mógł siedzieć w miejscu, mógł się przemieszczać. Chciał odkrywać. Chłonąć. Wiedza. Wszystko naraz. Potwory i demony. Mork.

Ał. – pierwszy był głos. Głos prawdopodobnie swój, acz mógł należeć do kogoś innego o takim samym głosie. Potem… potem był dotyk. Dotyk podłogi, która ciężko leżała na jego głowie. Wróć, odwrotnie. To ON ciężko leżał na podłodze. Czymże był? Prawdopodobnie sobą. Potem był węch. Węch nic nie rozumiał, ale śmierdziało. Nim? Niczym? Coś, ktoś, coś? A może to te drzwi! Drzwi, które tak dobrze go otoczyły? Bogowie, Lorven kochana, dlaczego miał takie myśli? Wszystko się klarowało, wiedział już kim jest. Był sobą. Morkiem. Wiedział też kogo kochał – Aleksa. Teraz tylko go znaleźć i żyć razem długo i szczęśliwie. Sensowne. Ale gdzie on był? I gdzie był Mork? Mork był… w pomieszczeniu. Z tego zdawał sobie sprawę. I były tam drzwi. Przez drzwi trzeba przejść. Zadziwiał się sam swoją logiką. Nic go nie bolało, mógł iść. Czuł, że czegoś mu brakuje. Nie wiedział czego. Był. To było ważne. Ale czym był i dlaczego się tutaj znalazł. Tak, był Morkiem. Dlaczego był Morkiem? I czy w ogóle żył.

T

AK. Mózg powoli zaczynał funkcjonować. Sen w lecznicy, zabicie Aleksisa, miłość do umierającego. Ale… ale… ale to nie mogło być prawdą. Nie zrobiłby czegoś takiego miłości swego życia. Postanowił dowiedzieć się kto go zwodzi. Drzwi po prawej. Tak, to je otworzy. Potem się pomyśli. Trzeba było działać… inaczej to coś może wrócić. Widmo spętania w okowach własnej choroby ciążyło na jego duszy. Nie pozbędzie się go, nim nie dowie się gdzie jest Aleks. Musiał żyć, musiał.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

12 sty 2014, 20:41

Świadomość była uśpiona, jakby oddzielona od reszty umysłu. Dryfowała po pustce, oddalając się tym samym od dawnego ogniska, które było życiem. Sam proces nie budził w niej żadnych emocji, odcinając ją od dawnych odruchów. Funkcjonowała w innej postaci, poddawała się niepojętej dla niej przestrzeni. Rozum wydawał się jeno bezpowrotną przeszłością. Przygaszony, jakoby niepotrzebny nowej formie jestestwa. Zaiste, spędzona tutaj wieczność przypominałaby sen, w którym perspektywa możliwej pobudki byłaby tragedią.

Niespodziewanie, jakby za sprawą najpotężniejszych mocy, rozpadająca się świadomość otrzymała rozkaz. Rozkaz wymagający bezwarunkowego spełnienia. Być może wieczność musiała jeszcze poczekać, aby jaźń raz jeszcze mogła rzucić się w wir wydarzeń wiadomych wyłącznie przez bogów.

Tło*

Jak zwykle ból potrafił przypomnieć o wszystkim. W jednej bolesnej chwili, rozum odradzał się za sprawą fali dawnych doznań. Bodźców znanych tylko tym, którzy uzyskali godność dzierżenia losu śmiertelnika. Umysł odzyskiwał to, co prawie utracił na zawsze.

Powieki otworzyły się. Zielone, nieco nieobecne oczy widziały jakby przez mgłę. Czaszka bolała, a ciało przez moment było zdrętwiałe. Palce prawicy drgnęły, aby w następnej chwili uformować dłoń w pięść. Nogi zdawały się ciężkie, chociaż był to specyficzny, przyjemny ciężar. Po chwili spojrzenie wyostrzyło się, dostrzegając klarowniejszą wizję świata… a wtedy do głowy zapukała armia myśli. Aleksis Bentrum powrócił.

Alchemik Minaloit poderwał tors do góry. Siedział z wyprostowanymi nogami, jego ręce złapały za podłogę. Szok uderzył w uczonego niczym młot w kowadło; rozbłysły ogniki zdezorientowania, każde uderzenie serca pompowało coraz żwawiej krew. Szybkie, płytkie oddechy zagłuszyły ciszę tajemniczego pomieszczenia. Skóra zareagowała na panikę porodem kropel potu. Zdecydowanie, oto Czarny Kamień powoli odzyskiwał władzę nad samym sobą. Powrócił tam, gdzie oczekiwało na niego przeznaczenie.

Aura tego miejsca udzieliła się burmistrzowi, który znany był ze swojego spokojnego podejścia do życia. Uspokoiwszy się, uniósł swą lewą rękę. Zdziwienie pojawiło się na jego licu, gdy oczy ujrzały zdrową kończynę. Usta uwolniły słowa pełnie zdziwienia:

- Jakże to tak…? Jakże to tak…? – dwa słowa brzmiały jak rozpad ideałów fanatyka, który nie był przygotowany na obraz dewastujący zatwardziałe poglądy. Alchemik nigdy nie przepuszczałby, nawet w snach, że odzyska utraconą rękę. Parę razy zamknął i otwierał dłoń, przekręcał ją przy bystrych patrzałkach, badał jej każdy szczegół. Była odzyskanym ciałem, to było pewne.

W następnej chwili, Bentrum bliżej przyjrzał się własnej osobie. Prezentował się godnie, jak przystało na fałszywego szlachcica. Pamiętał te ubrania podarowane przez… pewnego krasnoluda. Alchemik sięgnął swą lewą ręką za leżący na podłodze beret. Płynnym ruchem umieścił okrycie głowy na swej czuprynie.

Pewny krasnolud… siwobrody. Skrzydlate bestie… dwie kobiety. Białowłosa piękność, mowa Elain. Praca dziwnej maszynerii, wibrująca energią szabla. Mętlik w głowie i nieuporządkowane wspomnienia. Aleksis delikatnie dotknął swych skroni, nie mogąc jeszcze ułożyć do ładu swej historii. Potrzebował czasu na odbudowanie przeszłości, pamiętał jedynie najdawniejsze czasy. Minione wydarzenia w Minaloit były okryte bielistą mgłą.

- Na bogów! – niespodziewanie krzyknął!. - Mój amulet! Gdzie on jest?! – Zauważona strata natychmiast skonsternowała alchemika, który uderzał się w okolicy mostka, w geście naiwnych poszukiwań utraconego świadectwa przynależności do Czarnych Kamieni. Raz jeszcze rozejrzał się po pokoju, aby dojść do oczywistego wniosku. - Gdzież mnie zabrali? – ostatnie zdania wygłosił spokojniej, próbując pogodzić się z niespotykaną dotąd sytuacją.

Zadał sobie jedno, niezwykle ważne pytanie: gdzie się on znajdował? Na pierwszy rzut oka, nawet nie kojarzył ścian. Opanowanym wzrokiem przyjrzał się budulcowi, próbując odnaleźć w nim jakiekolwiek wskazówki. Przeszedł się wzdłuż ścian, co jakiś czas pukając w nie. Badał pokój, próbował określić chociażby użyty gatunek drewna do jego konstrukcji. W pewnym momencie, przyłożył czoło do podłogi, później do każdych drzwi, aby jako-tako określić możliwą różnicą temperatur, o ile takowa istniała. Jeśli, dajmy na to, południowa strona wydawała się cieplejsze od północnej, Aleksis uzyskałby pewne odpowiedzi. Zachowanie uczonego wydawało się niepojęte, ale… pomieszczenie było jasne. Jasne, chociaż nie było tutaj okien czy pochodni. Światło emanowało za pomocą magii.

Bentruma gnębiły dziwne, jeszcze nieokreślone przeczucia. Po przeprowadzeniu oględzin, skierował się ku północnym drzwi. Wziął głęboki wdech… otworzył próg i przeszedł do następnego, być może, pokoiku.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

13 sty 2014, 06:16

//Aleksis: 1. Mork: 9.
MG

Karty zostały rozdane, gra zaczęła się toczyć. Żywe pionki ruszyły po planszy, nie zdając sobie sprawy z uczestniczenia w czymś przekraczającym pojęcie śmiertelników. Każdy z zamkniętych w Dworze śmiałków podszedł do tego na swój sposób. Chociaż ich umysły pracowały zgoła inaczej, obaj zdecydowali się finalnie na przekroczenie progu wybranych przez siebie drzwi. Mork zrobił to od razu, Aleksis pozwolił sobie na chwilę kontemplacji. Wyruszył nieco później, chociaż nie był bogatszy o żadną wiedzę – no, może poza informacją, że wszystkie elementy pustego, drewnianego pomieszczenia wykonane zostały z ciemnego, sprowadzanego zwykle do Autonomii z samego Khan'Sal drewna – hebanu. Próby zmierzenia różnic temperatur czy jakiegokolwiek sklasyfikowania pokojów znajdujących się za czworgiem drzwi spełzły na niczym. Alchemik ruszył na północ, podczas gdy jego zabójca, Mork, wybrał wschód.

Czarny Kamień znalazł się w zbudowanym dokładnie tak samo jak poprzednie pomieszczeniu. Jedyną różnicę stanowiły możliwe wyjścia – droga na północ nie istniała, Bentrum miał drzwi tylko po swojej lewej i po prawej stronie. Nie one były jednak głównym elementem przyciągającym uwagę. Pośrodku pomieszczenia stał tyłem do Aleksisa jakby znajomy mu fotel, a po bliższych oględzinach pokój okazał się być zagracony. Nie wyglądało na to, żeby można było wśród tego bałaganu znaleźć cokolwiek użytecznego. Delikatne, szklane i mechaniczne sprzęty były potrzaskane, zniszczone do cna; zalegały na całej powierzchni drewnianej podłogi, chrzęszcząc przy każdym kroku alchemika. Wyglądało na to, że w pomieszczeniu tym znajdowała się ongiś jakaś skomplikowana aparatura, którą ktoś następnie doszczętnie zdewastował (a warto dodać, że znał się na swej robocie). Nad fotelem unosiło się kilka much gnilnych, a do nozdrzy burmistrza doszedł zapach śmierci. Na fotelu z pewnością znajdowało się kilkudniowe ciało, jednak zasłaniało je oparcie siedziska. Gdyby Aleksis zechciał je obejść, zobaczyłby trupa swego dawnego znajomego – krasnoluda Festera. Jego łysa głowa zwisała smętnie, a pokryty zakrzepłą krwią tors nie pozostawał złudzeń – ktoś starego wujaszka zwyczajnie zadźgał w jego własnym fotelu. Twarz starzyka była spokojna, jego oblicze, jeżeli zmyć z niego krew i nie zwracać uwagi na nienaturalną bladość, wyglądałoby jak we śnie. Możliwe, że to właśnie podczas drzemki został zamordowany. Aleksisa wypełniło nagłe poczucie winy, jakby to przez niego Festera spotkała śmierć. To irracjonalne uczucie miało mu towarzyszyć przez dłuższy czas.

Drugi wędrowiec, Mork, również wybrał już swą ścieżkę. Trafił do pomieszczenia zawierającego kolejne czworo drzwi. Miał trzy wyjścia, nie licząc tego, z którego wyszedł. Jego doznania były jednak inne – pod stopami miał zdjęty ze ściany gobelin przedstawiający członków jakiejś niezwykle rozbudowanej rodziny szlacheckiej. Większość z nich przedstawiała twarze znanych mu nawet z widzenia osób, chociaż konotacje rodzinne były pokręcone. Pośrodku, niczym panująca na dworze para, spleceni zostali węzłem małżeńskim burmistrz Aleksis Bentrum i on, Mork. Ich dziecko wyglądało makabrycznie. Artysta tkający gobelin musiał być mistrzem w swej dziedzinie, ale takiego czegoś nie stworzyłby nawet sam Vogar. Przerośnięta, łysiejąca głowa, wypełnione czernią oczy, małe różki i krzywy, ukazujący ostre jak szpilki kły uśmiech tworzyły obraz oddany tak realistycznie, że samo patrzenie na niego wywoływało zniesmaczenie. Dzieciak wyglądał na co najmniej upośledzonego, nadto: posiadającego związek z samą Czeluścią. Powiada się, że w rodach szlacheckich częste jest spółkowanie w alkowie z członkami własnej rodziny. Owoce takich potajemnych związków przypominały czasem to, co widział teraz Mork. Zwykle jednak bękarty takie ukrywało się, zamiast umieszczać je na rodzinnych gobelinach. Dziadkowie demonicznego pomiotu, podobnie jak inni członkowie tego dziwacznego rodu, odstawali od normy. Matka Aleksisa była piękną, ciemnowłosą elfką, jego ojcem – łysy, stary krasnolud. Twarz rodzicielki Morka wyglądała jak stopiona świeca w kolorze ludzkiej skóry, a jej mężem okazał się być sam namiestnik Minaloit – pad Devonhild Jamig. Podobnych nieracjonalnych połączeń było jeszcze wiele, nie zdawały się układać w żaden konkretny wzór. Szczególną uwagę przykuwał znajdująca się na samej górze gobelinu ramka z kunsztownie wykonanym malunkiem przedstawiającym krwistoczerwoną, kolczastą różę. Wszystkie symbolizujące połączenia rodzinne nitki w końcu trafiały do niej, jakby była ona przodkiem wszystkich przedstawionych na obrazie osób.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

14 sty 2014, 21:46

[/oldsize]

W

szedł dalej. Właściwie nie zdawał sobie sprawy jak. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z jego rękami, poruszającymi się miarowo w trakcie każdego kroku. Tak, w przód i w tył. Powoli. Sumując wymachnięcia to prawdopodobnie było tysiąc pięćset stóp. Stóp Morka albo tego pana pod ścianą. O ile tam ktokolwiek był. Chyba nie. Smutne. Gdyby był, to pewnie miałby bardzo podobne stopy. A tak, to nie miał. A, stopy, właśnie. Pod stopami coś było. Miękkie, delikatne, cudowne. Nie, nie cudowne. Obrzydliwe. Hop na podłogę, do podłogi, oczko blisko. Badanie, badanie, badanie. Mmmm… tak, to było to. Co to było, co to będzie. Widział ich już wcześniej. Jak gdyby w swoich myślach, jak spał. Nie znał ich przecie, znał tylko Morka, Mork był nim. A był nim, ponieważ nikogo innego nie było w pobliżu. Nie musiał się upewniać czy jest sobą, bo sobą był. Z pewnością. Na pewno.

T

ak, on i Aleks na ślubnym kobiercu. To by się zgadzało. Tylko źle uchwycili rysy. Mogli też jakoś ulepszyć materiał. W ogóle do dupy z tymi krasnoludzkimi szwaczkami. Sam by to zrobił lepiej. Kurwa, jebać, szmata, idiota, zajebany dupek. Ah, tak, czyli Aleks był jego mężem. A dziecko takie cudowne. Miało twarz po burmistrzu. Pewnie rośnie duże i zdrowe. Właściwie to go nie pamiętał… zaraz, czyli był Morką? Dzielną matką, nastawioną na rodzenie dzieci. To cudowne. Już wiedział kim był. Była. Jakie piękne. Pocałowała obraz swojego dziecka z namiętnością chorej umysłowo matki. Aleks miał brzydką matkę, nigdy jej nie lubiła. Wredna suka, która nie potrafiła utrzymać języka za zębami. Niczego nie potrafiła. Sprawiła, że syn był kompletnie do chrzanu w łóżku. Ociec za to swój chłop. Zawsze dawał jej klapsa, gdy przechadzała się wzdłuż stołu i podawała mięsiwa. Jak prawdziwa kobieta, nie te dworne szkapy. Bentrum dobrze wybrał. Wieśniaczka miast wysokiej klasy pannica. Bardzo dobrze. I jej matka i ojciec. Tacy piękni. Tacy wspaniali. Pamiętała jak ojciec kładł ją sobie na kolano i klepał po tyłku. I jak matka dawała jej gonić całymi dniami za gąskami.
"Cicha noc, bura noc, przynieś koc, będzie noc. A jak już skończymy, to se fajki zapalimy…"

S

tara ludowa przyśpiewka rozgrywała się w jej czaszce. Skakała pomiędzy włosami, elektryzując je i powodując miłe swędzenie. Głowa mimowolnie poczęła się ruszać, za nic mając sobie resztę ciała. Ręce nadal poruszały się po materiale. Cóż, nie było na co czekać. Szybko zebrała z podłogi gobelin (gdyby się opierał trzeba będzie drzeć) i okryła się nim. Następnie, wyglądając już nieco lepiej, poczęła przyglądać się podłodze. Gdyby ta okazała się całkowicie normalna spojrzałaby na sufit. Dopiero po upewnieniu się, że może się poruszać bezpiecznie oraz czy gobelin nie grzeje za mocno popatrzyłaby na drzwi.

Na wprost! – zakomenderowałaby i dziarskim krokiem przekroczyła kolejne wrota.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

15 sty 2014, 17:48

Przekroczywszy próg dzielący oba pomieszczenia, Aleksis wszedł miarowym krokiem do nowego pokoju. Bałagan natychmiast przykuł uwagę alchemika, który zdziwił się panującym tutaj nieładem. Jego dawne mieszkanie, sklepowa piwnica była często siedliskiem chaosu. Porozrzucane utensylia, brak jakiegokolwiek porządku na półkach, stół zawalony księgami i przeróżnymi substancjami do alchemicznych reakcji. Wisienką na przysłowiowym torcie był zapach niezwykle podobny do siarki, który ogarniał podziemia. Niemniej, Bentrum potrafił odróżnić bałagan powstały z lenistwa od syfu pozostawionego przez… nieproszonych gości.

Podeszwy drogich butów zgniatały szklane elementy. Trzask szkła wydawał się złowieszczy, pobudzał wyobraźnie do snucia mrocznych teorii. Najgorszy był widok skierowanego tyłem do Aleksisa oparcia pewnego fotelu. Wydawał się dziwnie znajomy. Bzyczenie much było jakby nienaturalne, a zapach drażnił człowieka. Gdyby nie doświadczenie Bentruma z różnorodnymi wonnościami, zapewne teraz z ledwością powstrzymywałby wymioty.

Okrążył fotel, coby zobaczyć jego przód. Był zajęty przez prawowitego właściciela, krasnoluda Festera. Wujaszek Fester nie żył.

Uczony, widząc truchło, błyskawicznie cofnął się ku północnej ścianie. Uciekał od truposza, gnieździł się tam rozkład i koszmar. Pamięć o Festerze mieszała się z odorem śmierci, wspomnienia przebudziły się w umyśle Czarnego Kamienia. On, Fester, był swoistym mentorem alchemika. Miał wiele pytań do poczciwego krasnoluda, który wyróżniał się ze swej rasy. Był nośnikiem ogromnego doświadczenia, był uczonym, ale znał życie. Między człowiekiem a długowiecznym wykreowała się pewna więź, byli do siebie podobni. Być może to podobieństwo nie było lustrzanym odbiciem, jednak przybliżało dusze dwójki istot, które skupiły się na swojej pasji. Gdyby nie Fester, Bentrum zapewne nie nabyłby pewnych poglądów. Przeznaczenie postanowiło pociągnąć za odpowiednie sznurki, aby uśmiercić legendę.

Bentrum opierał się plecami o ścianę, zadręczając się widzianą prawdą. Festera nie było, a burmistrz został skazany na brutalną rzeczywistość. Burza emocji odbierała siły w nogach, oczy łzawiły, usta wydawały żałosne jęki. Życie bywa kapryśne, a alchemik musiał cierpieć. Świat był obojętny na łzy mężczyzny, który utracił przyjaciela. Całe gówno szalało wyłącznie w głowie alchemika. Był samotny, tym razem mógł liczyć tylko na siebie. Poczucie winy odrywało kolejne płaty kurtyny, która skrywała obłęd.

Aleksis zupełnie nie wiedział, co się wokół niego działo. Krzyknął głośno, waląc pięściami w ścianę. Przypominał obecnie rozdrażnione zwierze, niźli ponadprzeciętną, rozumną jednostkę. Prosta, odwieczna reguła śmiertelności w kilka sekund przeorała osobowość Czarnego Kamienia. Ten podszedł do trupa i złapał za dłoń krasnoluda.

- Przepraszam, Festerze. – Powiedział, trzymając rękę umarłego. Pozostał w takiej pozie jeszcze przez moment…

Ręce Bentruma były zabrudzone krwią. Mokre od łez ręce starły częściowo juchę z lica staruszka. Śmierć utwierdziła uczonego w przekonaniu, że musiał cierpieć. Ktoś skazał go na to szaleństwo. Wiedział, że ten dziwny kompleks pomieszczeń zapewne skrywał kolejne okropieństwa. Niemniej, trzeba było iść. Instynkt przetrwania budził się, pobudzony groźbą niebezpieczeństwa.

Mając za plecami Festera, Bentrum podszedł do zachodnich drzwi. Otworzył je i przygotowywał oczy na najgorsze.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

04 mar 2014, 21:45

//Aleksis: 3. Mork: 7.
MG

Wbrew temu, co sądził Mork, gobelin nie dał się tak łatwo zdjąć z podłogi kwadratowego pomieszczenia. Był doń przytwierdzony tak mocno, że bez ciężkich narzędzi nie mogło się w tym przypadku obyć. Robota była zresztą przednia – spleciona kunsztownie tkanina wypełniała całą dostępną jej przestrzeń, nie można było nawet jej podważyć. Sprawę dodatkowo utrudniały listwy przypodłogowe trzymające dywan w ryzach. Niepocieszony szaleniec ruszył więc prosto przed siebie, dalej na wschód.

Wpierw poczuł dojmujący chłód, gdy świeże, lodowate powietrze owionęło całą jego sylwetkę. Niestety, nie dane było mu owinąć się w cieplutki gobelin, a jego szaty nie należały do zbyt grubych, więc obłąkaniec zatrząsł się mimowolnie. Stanął na szerokim, kamiennym balkonie wychodzącym na piękną panoramę. Mork widział przed sobą ośnieżone szczyty Gór Ikrem, pod sobą piękny, iglasty las. Drzewa szumiały lekko, zrzucając z siebie ciągle nawarstwiający się śnieg. Lodowe płatki wirowały wokół mężczyzny, który miał chwilę, aby przyjrzeć się otoczeniu. Balkon miał kilka metrów długości, szedł na północ, gdzie od strony budynku wpadały do niego kolejne, identyczne do tych, z których wyszedł szaleniec, drzwi. Posiadał również kamienną balustradę, w której wyrzeźbiono kunsztownie głowy brodatych królów krasnoludzkich. Kolejność wydawała się Morkowi przypadkowa, ale nie znał się on na dynastiach Złotego Wąwozu, więc właściwie nie zaprzątał sobie tym głowy. Innych tego typu balkonów nie było widać, za to ze swej perspektywy dane było obłąkańcowi ocenić, że znajduje się obecnie mniej-więcej w połowie zewnętrznej ściany drewnianego dworku. Przy założeniu, że wszelkie pomieszczenia są w nim kwadratowe oznaczało to, że budynek jest po tej stronie szeroki na cztery pokoje. Balkon był jednak umieszczony na wysokości czwartego piętra sporej kamienicy, a w górę szły od niego jeszcze ze dwa, więc w praktyce pomieszczeń tych mogło być o wiele więcej.

Pomijając piękny widok, jaki roztoczył się przed Morkiem, na balkonie znajdował się jeszcze jeden przyciągający wzrok element. Była to potężna, dorównująca mu wysokością bryła doskonale przezroczystego lodu. Znajdowała się ona centralnie pomiędzy dwoma wychodzącymi na balkon odrzwiami. Zastygnięty w niej, nagi miecz jawił się jako przedmiot niezwykłej wartości i piękna. Krucza czerń splatała się ze złotem na jego wykrzywionym ostrzu. Mork mimowolnie zapragnął uchwycić ten cudowny oręż w swoje ręce, chociaż nie miał pojęcia, jak się do niego na tę chwilę dobrać. Miał tylko dwa wyjścia – mógł cofnąć się i spróbować innej drogi lub uderzyć na północ i skręcić w lewo, ponownie zapadając w Dworek.

W innej części budynku ze swoimi smutkami zmagał się Aleksis Bentrum. Drewniane ściany kolejnego pomieszczenia, jakie odkrył alchemik, otuliły go ze wszystkich stron. Trzecie pomieszczenie, ponownie doskonale kwadratowe, drewniane, bez okien. Jedne tylko drzwi prowadziły na południe, Czarny Kamień dotarł do północno-zachodniego rogu budynku. Jak i w poprzednim pokoju tak i tutaj było kilka elementów niepasujących do sytuacji. W pomieszczeniu dominowała ogromna, sięgająca powały, kamienna figura krasnoluda. Wykształcony umysł Bentruma w mig pojął, że stoi oto przed posągiem Mealena, Kowala Istnień. Krasnoludy wierzyły w tego boga od zarania dziejów, przynosząc swoją wiarę na królestwa ludzi, którzy wypaczyli ją na swoją modłę. Teraz jednak Aleksis stanął przed pierwotnym obrazem tego potężnego boga. Ubrany był on w mocną, inkrustowaną skomplikowanymi runami zbroję, dzierżył też swój atrybut – kowalski młot. Srogie spojrzenie figury zmierzyło przybysza, jakby Mealen poddawał go próbie. Alchemik poczuł ciarki na plecach, niezdolny początkowo do uniesienia swojego wzroku na stworzyciela brodatego ludu Gór Ikrem. Tylko dzięki temu udało mu się dostrzec idealnie wpasowaną w deski pomieszczenia klapę leżącą u stóp pomniku. Prowadziła ona niechybnie wgłąb Dworu, do niezbadanych jego czeluści – czy jednak Aleksis Bentrum okaże się na tyle silny, aby spróbować tej drogi? Wszak miał jeszcze kilka innych możliwości…

- DRAVENGHR! - odezwał się w powietrzu potężny, poruszający posadami świata warkot. Słowo wypowiedziane przez tajemniczy głos wbiło się do głowy Bentruma niczym uderzone ogromnym młotem dłuto, odbijając się echem po jego czaszce. Chociaż jego język nieprzyzwyczajony był do twardej mowy krasnoludzkiej, wiedział, że nigdy już nie pomyli się w wymowie tej dobrze znanej mu nazwy. Mealen zapłakał nad jego głową, brocząc hebanowe deski wielkimi, krwawymi łzami. Bóg smucił się nad losem z dawna utraconej przez jego lud kopalni.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

04 mar 2014, 23:44

Niosący ciężar pamięci o zabitym Festerze, Bentrum wszedł do nowego pomieszczenia. Pokój okazał się niemal identyczny do pozostałych, jedynie jego wystrój ukazywał znaczące różnice. Tym razem oczy alchemika ujrzały kamienną postać. Właściwie, był to posąg sięgający prawie drewnianego sufitu. Pierwsze badawcze spojrzenie na figurę natychmiast wywołało w Aleksisie reakcję.

Spuścił wzrok, albowiem potężna postać – majestatyczny posąg – jakby kreowała aurę pierwotnego szacunku. Czasem wystarczyło zbliżyć się do skupisk owych mocy, aby odczuć na własnej skórze wpływ ich siły. Obiektem aury mogłaby być wszechrzecz: dziecko, dorosły, kamień czy drzewo. Istniały na Lewiatanie byty, którą samą obecnością wymuszały na śmiertelnikach pewne reakcje. Chociażby Elain – potrafiła ona samym istnieniem, być może nawet nieświadomie, przeistoczyć zachowania otaczających ją śmiertelnych na osobiste. Potrafiła, jakby wczepić swą naturę w istoty znajdujące się w jej zasięgu. Nie inaczej było z posągiem przedstawiającym Mealena – wtłoczył swą potęgę w człowieka, a ten w mig zareagował pokorną postawą. Nawet wyrzeźbiony, nieżywy wzrok potrafił ukazać pierwiastek najprawdziwszej, niepowtarzalnej boskości.

Aleksis Bentrum niejednokrotnie spotykał na swej drodze próby. Tym razem okazało się nie inaczej. Mimo świdrującego wejrzenia martwego boga, alchemik bardzo powoli podnosił wzrok. Pierw niezwykle dokładnie i mozolnie patrzył na kamienne nogi. Potem badał swym bystrym okiem nałożoną runami zbroję, a na końcu człowiecze oczy nawiązały kontakt z oczami krasnoludzkiego bóstwa. Klapa, chociaż zauważona, została zignorowana przez alchemika.

Kakofonia dźwięków niczym lawina górska uderzyła w Czarnego Kamienia. Naznaczone potęgą słowo przez chwilę w pełni wypełniło umysł Aleksisa. Przez krótki moment, na wszystkich poziomach jaźni, skupił się wyłącznie na przekazie wygłoszonym w czystym – przynajmniej się tak Bentrumowi wydawało – języku krasnoludów. Wiadomość przybyła z takim impetem, iże jej nadawca upadł na kolana. Ludzki umysł z ledwością opierał się nawałnicy doświadczeń, które napierały na duchową harmonię człowieka jak taran na bramę zamku. Niewytłumaczalny pobyt w nieznanej alchemikowi lokacji, śmierć opiekuna i przyjaciela, a teraz to: słowo godne samego Mealena. Wszystkie te zebrane w burmistrzu przeżycia tworzyły niebezpieczną mieszankę, która nieśpiesznie wyniszczała ludzką psychikę.

Krwawe łzy jeno dopełniły niedawny przekaz. Bentrum pozwolił się porwać emocjom, które gotowały się w nim. Całe zdarzenie zinterpretował pod naciskiem silnych przeżyć.

- MEALENIE! – ryknął najgłośniej, jak tylko potrafił. Okrzyk podobny był do okrzyków zdeterminowanych ludzi, którzy pod wpływem chwili mogliby ujawnić światu skrywane w ich wnętrzach sekrety. - Oddaję szacunek i hołd tobie, Boski Kowale! – począł prawić ciszej, ale nadal wystarczająco głośno. - Niechaj twoje łzy pozostaną w twych oczach, albowiem twoje dzieci kopią do Dravenghr! Odzyskają je! – mówił według swojego pomyślunku. - ALE BEZ FESTERA NIE DADZĄ RADY! – Ponownie krzyknął. - Błagam, przywróć do życia… FESTERA!

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

05 mar 2014, 04:04

MG

Zgięty niepojętą mocą Aleksis ukorzył się przed starożytnym bogiem, oddając mu należytą cześć. Nie znał miłych Mealenowi słów, nie mówił nawet w języku jego dzieci, a mimo tego wysnuł swoją prośbę. Krwawe łzy przestały wylewać się z posągu, pozostawiając po sobie jedynie ciemniejącą szybko strugę na jego licu oraz kleiste plamy u jego stóp. Drogie spodnie i buty Bentruma poplamiły się posoką boga, której kropelki trafiały w niego za każdym razem, gdy jedna z wielkich łez uderzała o deski Dworu. Wizerunek Kowala Istnień uronił ich jedynie sześć. Nie sposób było ocenić, czy bez słów Czarnego Kamienia pomnik również przestałby płakać, czy faktycznie niosły one ze sobą jakąś, pocieszającą nawet bogów, nadzieję.

Nic poza tym się jednak nie wydarzyło. Z drzwi, które alchemik zostawił za swoimi plecami nie wybiegł nagle cudem ożywiony wujaszek Fester, bóg nie wyrzekł też ani jednego słowa więcej, pozostawiając los Dravenghr całkowicie w rękach śmiertelników. W pewien przemożny sposób Bentrum poczuł jednak spokój ducha, jakby sama obecność posągu Mealena dodawała mu otuchy. Burmistrz nie mógł jednak wyzbyć się wrażenia, jakby nawet bogowie byli w tym miejscu bezsilni. Nie było to ich dominium, ale coś kompletnie im przeciwnego. Wynaturzenie na obliczu Omnispektrum, świat pomiędzy światami, wypaczenie powstałe prosto z Nicości. Aleksis sam doszedł do wniosku, że wymiar, w którym się znalazł, nie jest czymś naturalnym. Nie sposób było myśleć o nim w ludzkich kategoriach.

Wtem spłynęło na Bentruma istne błogosławieństwo krasnoludzkiego boga. Determinacja zapaliła się w nim jasnym płomieniem, a jego myśli wyzbyły się kiełkującego powoli szaleństwa. Żył, był tutaj, sprawnie funkcjonował, miał wolną wolę. Posiadał wszystko, co było mu potrzebne, aby rozwikłać tajemnicę miejsca, w którym się znalazł. Twarz Mealena zdawała się być łagodna niczym lico dumnego ojca spoglądającego na grono swoich zdrowych dzieci. Pozostał w nim jednak smutek, jakby bóg sposobił się już do odejścia, jakby żegnał się już ze światem.

Nagle przez pomieszczenie przebiegł kolejny hałas. Tym razem jednak miał on jasne źródło – to sam pomnik pękł dokładnie w połowie, ukazując swoje kamienne wnętrze. Twórca rasy krasnoludzkiej postanowił dać Aleksisowi swój ostatni podarek. Posąg rozdzielił się niczym przełamany w pół bochenek chleba. Pośród mroku błysnął wielki jak pięść dorosłego mężczyzny, nerkowato ukształtowany diament. Alchemik w mig rozpoznał jego przeznaczenie. Naładowane czystą, naturalną mocą serce golema było czymś na tyle niezwykłym i niesamowitym, że Czarnemu Kamieniowi aż dech w piersiach zaparło. Obiekt wielkiego pożądania każdego twórcy automatonów oddał się dobrowolnie w ręce Bentruma, gotowy do natychmiastowego użycia. Wiedział on, że tego typu kamień szlachetny wystarczyłby na całe lata pracy dowolnego tworu, jaki mógł wyjść spod jego rąk. Oczywiście brakowało mu innych składników do stworzenia golema, ale alchemik nie był w stanie stracić nadziei – gdzieś musiały się one znajdować. Bogowie niczego nie robili bez potrzeby.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

05 mar 2014, 12:05

Prośba Aleksisa nie została spełniona. Fester nie powrócił do życia, nie spojrzał hardo na alchemika, nie rzekł słowa przynoszącego radę godną niejednego mędrca. Niemniej, człowiek stawał się z każdą chwilą silniejszy. Umysł uczonego stawał się klarowny jak rozgrzane żelazo, które było formowane w ostrze za sprawą kowalskiego młota. Mealen w istocie był Kowalem Istnień, bowiem wykuwał w śmiertelnym jestestwie determinację. Nieład rosnącego szaleństwa powstrzymał boski młot. Swym uderzeniem rozbił ognisko obłędu, tym samym uwalniając zdrowy rozsądek alchemika.

Sześć krwawych łez rozbiło się na drewnianej podłodze. Mealen przestał łkać. Opuścił Spektrum Dworu, które przeczyło równowadze. Aleksis pojął, że cały ten kompleks nie był naturalnym elementem całej rzeczywistości, jeno przemocą wdrożoną cząstką, która była swoistym pasożytem. Nawet alchemik nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób to miejsce działało, na jakiej zasadzie potrafiło utrzymać stabilność i przywoływać do siebie samych bogów. Przejrzysty jak czysty lód umysł wiedział, że należało odnaleźć cel istnienia Dworku, a nie sposób jego konstrukcji. Prawdopodobnie, nawet najpotężniejsi magowie Akademii mieliby problem ze zbadaniem struktury Międzyspektralnej rzeczywistości. Należało spojrzeć dalej, zadać sobie pytanie: w jakim celu zostało to stworzone? Takie odpowiedzi należało odnaleźć. Można to było porównać do chorego, który spożywa lekarstwo. Nie musiał wiedzieć, w jaki sposób stworzone substancję leczniczą – ważne, że rozumiał jej efekt.

Posąg boga został w jakiś niewytłumaczalny sposób naruszony. Budulec pękł, jego górna połowa sunęła się od dolnej. Aleksis zmrużył wzrok, albowiem nie miał pojęcia, co mógł oznaczać ten proces. Uważnie obserwował, będąc również gotowy do ucieczki. Okazało się, że w środku posągu spoczywało… najprawdziwsze serce golema! Alchemik otworzył usta ze zdziwienia niczym dziecko, któremu zdradzono rytuał tworzenia jego przyszłego braciszka. Potężny artefakt poruszył alchemikiem, który uznał to za boski dar. Powstał i wziął w swoje posiadanie główną część każdego golema.

Po chwili zreflektował się, albowiem nie miał bladego pojęcia, gdzie mógłby umieścić przedmiot wysokiej wartości. Nie posiadał sakwy ani innego pojemnika. Postanowił wykorzystać swoje ubranie. Zdjął dublet swój, postanowił przerobić go na prowizoryczny worek. Zapewne nie mógłby umieścić w nim zbyt wiele, ale miał nadzieję, że serce zmieściłoby się.

Nim wyszedłby z pokoju, spojrzałby jeszcze na klapę. Wyglądało na to, że budynek był kilkupoziomowym kompleksem, o ile istniały inne przejścia w górę czy w dół. Być może było to jedyne przejście do ostatniego, dolnego poziomu. Być może były tylko dwa poziomy – zerowe (to, w którym obecnie był alchemik) i dolne (znajdujące się pod klapą). No właśnie, nie było pewności. Aleksis postanowił zbadać pozostałe pokoje poziomu zerowego.

Alchemik założył, że poziom zerowy jest symetrycznym kwadratem, a każde pomieszczenie porównywał do terytoriów. Podzielił w wyobraźni kwadrat na pomniejsze, sobie równe kwadraty. Jeśli teraz cofnąłby się, na nowo zakładając abstrakcyjnie, że drzwi za jego plecami to północ, powinien kierować się nieustannie przy krawędzi kwadratu – o ile jego założenie było właściwe. Postanowił podążać krawędzią, aby zweryfikować swoje założenie. W ten sposób mógłby wyliczyć owe terytoria i przewidzieć jego całkowitą wielkość, bazując na ilości terytoriów. Wystarczyło pokonać krawędź północną, a potem skręcić na wschód, coby kroczyć dolną, prawą krawędzią.

Zostawiwszy pokój Mealena w spokoju, Aleksis wrócił do pokoju martwego Festera. Stamtąd ruszył prosto, czyli przez prawe drzwi patrząc od wejścia do komaty startowej.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.