Gaj na polach

Tereny miejskie nie kończą się na jego murach. Do samego Wolenvain należy kilka wiosek, z których najważniejsza leży tuż pod nim. Tutaj znajduje się także częściowo zrujnowana, nadal używana podczas turniejów rycerskich, starożytna arena.
Awatar użytkownika
Lleyrnimehth
Posty: 28
Rejestracja: 28 wrz 2011, 17:15
Karta Postaci: viewtopic.php?t=772

Gaj na polach

23 gru 2011, 20:22

Gaj ten, skupisko dość masywnych drzew liściastych, znajdował się parę staj od murów Wolenvain, na otaczających je polach. Nie był duży ani niezwykły – od, zwykła wysepka drzew wśród rosłych traw. Bliżej mu było do linii pobliskiego lasu niż do samego miasta.

---

Lleyrnimehth, machając gorączkowo skrzydłami, opadła z hukiem na ziemię koło linii gaju. Była podekscytowana, podniecona obecną sytuację. Cieszyła się, obiecując sobie cuda które zaraz powinna była zobaczyć.
Niczym jaszczurka czołgająca się po ziemi, obróciła się łbem w stronę gaju i zanurzyła pospiesznie pomiędzy pierwszymi drzwiami. Na szczęście nie były zbyt gęste, mogła się między nimi przepchnąć, jednak martwił ją nieco fakt, że w takiej sytuacji nie jest to perfekcyjna kryjówka.
To nic, nie miała czasu żeby się tym przejmować. Wolała wierzyć, że nikt nie zbliży się do gaju, w pobliżu którego widziano niedawno lądującego smoka. Oby tak właśnie było.
Zanurzyła się najgłębiej jak mogła, do punktu w którym zdała sobie sprawę, że dalej drzewa umieszczone są zbyt gęsto. Moszcząc się w miarę wygodnie na zbutwiałych liściach, nie mogła odpędzić myśli do Ayumi i jej ciała, w którym miała się zaraz znaleźć. Nie mogła się jednak śpieszyć – najpierw wolała poświęcić parę minut na nałożenie na masywne cielsko kamuflażu. Trudno było jej się skupić, dlatego zajęło jej to też nieco dłużej niż zwykle, jednak w końcu stało się – ciało smoczycy rozpłynęło się i było ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie nabierze nagłej ochoty na spacerowanie po opuszczonym gaju. Inaczej może nadepnąć na jeden z jej ostrych kolców na ciele…
Gdy była już ukryta, skupiła się na Zielonej, szukając jej myślami gdzieś w pobliżu Północnej Bramy. Na szczęście ta nie poruszała się, dzięki czemu smoczycy szybko udało się ustalić jej położenie. Tylko moment zajęła rozszczepienie się ciała i duszy i wkrótce w gaju pozostało już tylko to pierwsze…

[ Dodano: Nie 10 Cze, 2012 19:50 ]
Lleyrnimehth polubiła Zieloną. Chociaż niektóre jej słowa mocno ją zraniły, to jednak jej wyrzuty sumienia były jak najbardziej prawdziwe i już nimi samymi zdobyła sobie wybaczenie smoczycy. Driada gadała dużo, była ciekawska i niewinna, a jej pytania śmieszyły Firletkę, która nagle poczuła się nie tylko ważniejsza i lubiana, ale też i nieco mądrzejsza. Zazwyczaj to ona była tą, która pytała o najróżniejsze ludzkie wynalazki, a przy Zielonej mogła zabłysnąć swoją wiedzą.
Jednak coś w sypialni na piętrze w Gospodzie Pod Linoskoczkiem poszło nie tak… Wszystko to, niezwykle trudne do opisania, stało się w sekundę i trwało bardzo długo. Smoczyca nie pamięta dokładnie kiedy się zaczęło, nie pamięta nawet ostatnich słów driady. Po prostu nagle wszystko zaczęło miarowo ciemnieć i się rozmazywać, zarówno przed jej oczami jak i w jej umyśle. Gdyby tylko miała w tym momencie świadomość zapewne dostałaby ze strachu zawału, w obawie iż jej ciału grozi niebezpieczeństwo, iż właśnie ktoś atakuje jej smoczą postać… ale świadomości nie miała. Umysł olbrzymiego gada pochłonęła ciemność, a ona nagle goła, krucha i mała spadała w tę głębię. Nie była już potężnym smokiem, była niczym młode smoczątko. Machała kończynami, jej serce trzepotało niczym skrzydła złapanego gołębia, oczy wyszły jej z orbit, jednak… nie mogła krzyczeć. Tak bardzo chciała krzyczeć o pomoc, o litość, jednak ciemność była zimna, a mróz zamrażał jej płuca.
Nie pamiętała jak ten koszmar się zakończył, ani też ile trwał jej dalszy trans. Wiedziała tylko że w tym czasie nie czuła nic, nie była nigdzie, nie miała myśli. Niby jak sen, jednak bez snów… Czuła, że nie istnieje. Czy tak właśnie wyglądała Otchłań? Czy tym właśnie było życie po śmierci?
I tak jak nagle zniknęła, tak też powróciła. Pierwszym co poczuła był ból głowy, drugim – ból brzucha. Smoczyca uniosła powoli obie pary powiek, ale światło poranka było dla niej takim szokiem, aż niemal zasyczała z bólu, zamykając je natychmiast. Teraz będąc bardziej ostrożną uchylała powieki bardzo powoli. Pierwszym, co dostrzegła, były konary drzewek w gaju. Lleyrnimehth uniosła powoli łeb, oglądając się w okół siebie. Była w swoim własnym ciele, leżąc w miejscu a którym je też opuściła. Był poranek, jednak nie wiedziała ile dni minęło. Zdawało jej się, iż jej dusza błądziła całymi tygodniami w poszukiwaniu ciała.
Nie miała wątpliwości co do tego, co się właśnie stało, jednak nie była pewna dlaczego. Jej dusza została wyrwana z ciała Ayumi i na wskutek szoku nie była w stanie wrócić do swojego prawdziwego ciała. Firletka nie raz była już ostrzegana przed mocą Jednego Umysłu, jednak nigdy nie przydarzyło jej się nic, czym straszyło ją Starszeństwo. Jej wrodzona ostrożność nigdy do tego nie dopuściła.
Jednym z powodów tego wypadku mógł być głód. Lleyrnimehth czując kłucie w żołądku uniosła się na łapach i spojrzała na swój wydęty brzuchol. Odłączenie umysłu mogło być reakcją ochronną, ponieważ nie skupiała się dostatecznie na własnym ciele. Czy była już głodna kiedy swoimi myślami znajdowała się w sypialni w Linoskoczku? Czy możliwym jest, że po prostu w wyniku podniecenia o tym zapomniała? A może to nie głód, a wynik jakiejś nieznanej jej magii? Słyszała, iż również zakłócenia magiczne mogą powodować zakłócenia w połączeniu umysłu z ciałem
Żółtołuska sama nie była pewna. Nieco zagubiona potoczyła wzrokiem w okół siebie, ale nie znalazła odpowiedzi, co przybiło ją jeszcze bardziej. Była też jednak też jasna strona medalu: w gaju nie było nikogo oprócz niej. Była sama i bezpieczna.
Smoczyca uniosła wielkie cielsko na czterech łapach i westchnęła głośno. Na jej pięknych łuskach osiadły liście i brud, czasem mieszcząc się w miejscach z których nie tak łatwo je usunąć. Niby drobiazg, ale wystarczył by dostatecznie popsuć jej humor. Stała tam chwile niczym wielka statua, rozdarta pomiędzy załamaniem się, kąpielą, posiłkiem a Zieloną i Nim. Zapewne zastanawiali się co się z nią stało… A może i nie.
Pewnie w cale nie zauważyli. Typowo przybiła sama siebie, jakby na złość chcąc jeszcze bardziej zepsuć sobie humor (jak widać – to było jeszcze możliwe). Ze zwieszoną głową zaczęła wiercić się, by tyłem wyjść z gaju. Jak już się wygrzebie na otwarty teren to podejmie decyzję, co teraz.
Wtedy przyszło jej do głowy, iż przy opuszczeniu Zielonej i jej mogła stać się jakaś krzywda. Że może i ona przeżyła wizję spadania w dół… śmierci. W tym momencie smoczyca zapewne olałaby się zimnym potem, gdyby tylko mogła… A że nie mogła, jęknęła tylko głośno i ignorując już drzewa które mogłaby zniszczyć, odbiła się z całej siły od miękkiego gruntu. Nie wzięła pod uwagi faktu, iż jej mięśnie nie były przygotowane do takiego posiłku po tak długim bezruchu, co spowodowało, że prawie wpadła na większe drzewo przed nią. Na szczęście udało jej się musnąć je jedynie skrzydłem, dzięki czemu zapobiegła sporej katastrofie, którą dostrzegliby zapewne nawet dwunodzy na murach Miasta.
Lleyrnimehth wkładała w machanie skrzydłami całą siłę, mimo to szło jej bardzo wolno. Wielkie cielsko powoli wzbijało się w powietrze, kierując się w stronę Wolenvain. Nawet z ziemi dało się słyszeć głośny oddech smoczycy, która mimo zmęczenia coraz uparciej dążyła do celu.

[z/t]

Wyjaśnienie: dusza Lleyrnimehth była cały czas z Ayumi w Sypialni I w Linoskoczku (przynajmniej do ostatniego posta smoczycy). Potem Ayumi i tak wyszła z tematu teoretycznie razem z duszą Firletki, więc nie widzę powodu, by pisać tam po czasie, zwłaszcza że opisane wydarzenia nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem. Dusza i ciało smoczycy są teraz jednym i lecą do Wolenvain =3 Wdzięczna będę jeśli dla formalności jakiś MG
w tym temacie, w ostatnim poście Ayumi dopisze też [z/t] smoczycy.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

25 mar 2014, 14:20

//Nie spodziewaliście się mnie tak wcześnie!
MG

Cień na granicy wzroku zafalował niczym rozgrzane od ogniska powietrze, wypluwając na obrzeżach gaju dwie, dotąd ukryte w nim osoby. Anemetius wyczuł rozdarcie czasoprzestrzeni, poczuł też, że świat najpierw stanął w miejscu, a następnie cofnął się w czasie o cztery sekundy. Nagromadzenie potęgi i mocy sprawczej stało się w tym miejscu przez chwilę nie do zniesienia. Oto w miejscu spotkania formującej się, a stworzonej z trójki (czwórki, jeśli liczyć Rinej) pokręconych istot „drużyny” pojawili się nieproszeni goście. Ich sylwetki były jednoznacznie męskie, a szli ramię w ramię, zupełnie jak błyszczący, niedoszli oprawcy Loki. Zanim jednak maszkara zdążyła choćby zadrżeć w obawie o swe życie, w bijący od Anemetiusa krąg światła wszedł nie kto inny, jak jej świeżo mianowany przyboczny.

Wyglądał tak, jak go zapamiętała – nienaganny strój, ciemne włosy, takież oczy i dość niechlujna broda. Sądząc jednak po tym, jak się poruszał, zmienił się stan jego ducha. Był wyraźnie wstawiony. Przyprowadził ze sobą idealnie wyrzeźbionego, nagiego i całkowicie łysego towarzysza. Jego poszarzała, pokryta dodatkowo ciemnymi, poskręcanymi tatuażami skóra wyglądała niezwykle nienaturalnie w kontraście z tym, jakim blaskiem jeszcze niedawno biła. Bezwłosy obserwował świat całkowicie beznamiętnie, nie emanując nawet żadną aurą magiczną. Co innego jego upojony alkoholem towarzysz, który zdradzał swoją znaczną, używaną od niechcenia i w naturalny sposób moc. Zdecydowanie – nie był on pierwszym lepszym przybłędą. Rinej poruszyła się niespokojnie w głowie Darriana, jakby szamocząc się w żałosnej próbie oddalenia od tego osobnika.

- Przyprowazziłem ci przekąskę… - wybełkotał w stronę Loki, kompletnie ignorując znajdującego się w lasku, świetlistego Anemetiusa oraz stojącego nieopodal Darriana. Dopiero po chwili skonstatował, że nie ma szans na romantyczną kolację we dwoje.

- Aganaael sz Nimbu – przedstawił się upadły powiernik, rozkładając szeroko ręce i przechylając się w tył, przez co prawie stracił równowagę i upadł. Złapał ją, robiąc kilka kroków wstecz. - Ten tu to… Szszawemel… Szwarenel… Jakoś tak… - przedstawił swojego towarzysza, odpuszczając ostatecznie i machając ręką w pijackim, przesadzonym geście. – Drugiego zjadłem - powiedział już całkiem przytomnie, rozszerzając oczy i patrząc prosto na Anemetiusa z niepokojącym wyrazem twarzy. Przypominał przez chwilę śliniącego się na widok smakowitej kości psa, ale wrażenie to minęło tak szybko, jak się pojawiło. Powiernik usiadł po chwili pod jednym z drzew, marszcząc twarz i oddychając z trudem. Uniósł głowę, ponownie zerkając na ascendenta.

- Jeszteś… piękny.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

25 mar 2014, 15:17

Kotołak w końcu odzyskał swoją broń, co od razu sprawiło, że kamień spadł mu z serca. Poczuł się lepiej nie na duchu, ale nie na ciele. Związane z walką emocje i napięcie dały o sobie znać, sprawiając, że zasłabł i niemal się przewrócił. Raczej nie mógł zrzucić tego na karb zaklęć, bo te nie powodowały przecież u niego nigdy znacznego osłabienia fizycznego, chyba że wykonywał je naprawdę resztkami wszelkich posiadanych sił. Wyglądało na to, że już wyląduje na ziemi gdy uchwyciła go czyjaś ręka.

Niemal bezwiednie Xariel pozwolił prowadzić się mężczyźnie, który później okazał się strażnikiem miejskim. Nie zdawał się mieć złych zamiarów, więc i nie było sensu w takim stanie stawiać oporu. Kluczyli dość długo, poruszając się najwidoczniej mało uczęszczanymi zaułkami. Strażnik miejski nie omieszkał przy okazji biadolić na temat rozkręcania kolejnych burd, których to w mieście było w tej chwili dość. Z tym drugim twierdzeniem trudno było się nie zgodzić, jednak na pierwsze Xariel mógł jedynie wycedzić przez zęby, że to nie on tę burdę zaczął.

Chcąc nie chcąc kotołak skończył w bramie Wolenvain. Teoretycznie mógłby teraz zawrócić i po prostu znów wejść do miasta, jednak nie miało to w sobie żadnego sensu, przedzieranie się ponownie przez Wolenvain, w dodatku ryzykowanie tego, że znów spotka owego strażnika – to nie było logiczne w żadnym stopniu. Ba, było nielogiczne do tego stopnia, że nawet zmęczony umysł Xariela stwierdził, że to gówniany pomysł. Z braku jakichkolwiek innych możliwości kotołak udał się w jedynym kierunku, który przedstawiał sobą jakąkolwiek wartość. Kierunek ten był w gruncie rzeczy niemal równie nielogiczny co wędrówka przez miasto, jednak nadal był lepszy niż ruszenie przed siebie traktem.

Mowa tutaj oczywiście o kierunku z którego emanowała potężna aura magiczna, która okalała od jakiegoś czasu miasto. Xariel po prostu nie potrafił jej nie odczuwać, nie było takiej możliwości. Wciskała się wszędzie i dominowała wszelkie inne odczucia magiczne. Kotołak powoli, dysząc i podpierając się na swojej włóczni ruszył w tamtym kierunku. Jego prawa ręka zwisała bezwładnie wzdłuż ciała, pozwalając, aby krew skapywała bezwładnie na ziemię. Co prawda ostatnia próba ujrzenia źródła takiej energii magicznej skończyła się dla niego staranowaniem przez drzwi, jednak w gruncie rzeczy – czy miał teraz inny wybór?

Przesycone energią magiczną powietrze zdawało się pochodzić niemalże z innego świata. Kotołak nigdy nie widział tyle mocy skupionej w jednym miejscu. A centrum tej energii była… świetlista istota, która zdawała się z niej wręcz składać? Gdyby Xariel w tej chwili nie był rannym, mającym dość wszystkiego i podejrzewającym siebie o nadchodzącą śmierć kotołakiem zapewne stanąłby jak wryty. Teraz nie przewidując, że cokolwiek gorszego może mu się w sumie wydarzyć ruszył na spotkanie owego bytu. Szybko okazało się, że oprócz niego znajdują się tam kolejne. Jakiś mężczyzna, którego kotołak nie potrafił sklasyfikować, kolejnych dwóch, których nie potrafił sklasyfikować tym bardziej, nawet jako mężczyzn zresztą, oślepiające światło bijące z tego miejsca sprawiało, że jego zmęczone oczy odmawiały w pewnym stopniu posłuszeństwa. Wypadałoby się odwrócić i odejść, tak to logiczny wybór. Pytanie pozostawało, odejść gdzie? Wracanie do miasta, jak już wcześniej stwierdził, nie miało sensu – spotkanie ze strażnikami miejskimi było niewskazane. Na trakt ruszyć nie mógł, nie w takim stanie. Mógł się udać tam, albo położyć na ziemi i czekać… na coś. Wybrał pierwszą opcję.

Jakież było jego zdziwienie, gdy zdał sobie sprawę, że w tej grupce wzajemnej adoracji jest znajomy płaszcz, należący do nikogo innego, a Loki. Tak, pamiętał. Trudno taki ewenement zapomnieć. Ranny i zmęczony nie przejmował się nawet faktem, że pozostała czwórka osobników była mu zupełnie nieznana i mogła mieć przeróżne intencje. A samo stężenie magii jakie w tym miejscu panowało przekraczało wszystko, co do tej pory widział. Wykończony ranami nie był zdolny do zastanawiania się nad tak górnolotnymi wizjami. W ostateczności był zdolny jeszcze się bronić choć przez krótką chwilę. Bardzo krótką, króciutką. W sumie, to nie było sensu się bronić. Zbliżył się do owej grupki i niemal bezczelnie wciął w ich rozmowę banalnym stwierdzeniem.

- Widzę, że znalazłaś sobie adekwatne towarzystwo. – rzucił w ich stronę, mimo zmęczenia zdolny nasycić słowa nutą ironii. Swoją ranę, słusznie zresztą, przypisywał owej emanującej potężną magią istocie, z którą to najwidoczniej Loki była w jakiś sposób związana. Czyniło to ją współwinną, nieprawdaż? Nie mógł przecież wiedzieć, że całe to zgrupowanie spotkało się ledwie przed paroma minutami.
- Postanowiłem pogadać, zważając na fakt, że może mi już mało czasu zostać na takie pogawędki za niedługo.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

25 mar 2014, 16:03

// Jakim cudem on kuźwa ich pokonał. MG post uznaję za reset kolejki.

Czy nic nie może nigdy być łatwe? Zapewne nie, kiedy bogowie szturchają się wzajemnie, mówiąc sobie nawzajem "Ej, patrz tam, będzie się działo.". W momencie, kiedy wszystko wydawało się układać, pojawiła się para nieznajomych pasujących do towarzystwa idealnie, zarówno w kwestii potęgi, jak i dziwactwa. Jeden, ten wyglądający normalniej, wydawał się być pijany a drugi, jak się okazało będący "przekąską" nie wykazywał jakichkolwiek oznak… czegokolwiek. Nowoprzybyły najwidoczniej znał Loki, co nie zdziwiło Darriana za bardzo, kto wie skąd ona tak naprawdę wypełzła i gdzie pełzała. Ciekawsze było "poruszenie się" Rinej, jakby się Agana-cośtam obawiała. Zastanowienie półelfa chwilowo przerwało wyznanie nieznajomego skierowane do Anemetiusa, powodując rozbawienie a wręcz ciche prychnięcie, szybko jednak się pozbierał.

– Czuję twoje obawy, ale uspokój się. Nie możemy sobie w tej sytuacji pozwolić na dekoncentrację. – Uspokajał swoją towarzyszkę, czując jej zaniepokojenie, które było dla nich dość niebezpieczne. Przy kontakcie z istotami tak potężnymi, nawet na równych prawach, okazanie jakiejkolwiek słabości było bardzo groźne.

– Nie spoufalajmy się zbytnio z tym nowym. – Wydukała krótko, dając do zrozumienia swojemu nosicielowi, że nie podobało jej się towarzystwo przybysza, acz nie była w stanie konkretnie przyczepić tej obawie żadnej nazwy.

– Jego postawa mi też się nie podoba, acz nie można zaprzeczyć, że czuć od niego moc. Wątpię by miał jakieś złe zamiary, lub w ogóle jakiekolwiek zamiary w tej chwili. Dojdzie do siebie to będzie można go oceniać. – Dodał na koniec mentalnej dyskusji, chcąc jakoś uspokoić Wiedźmę, przynajmniej na razie. Gdyby tylko wiedział, o co chodzi.

Zamiast jednak roztrząsać jednego przybysza, z wymiany myśli wytrącił go kolejny, teraz prezentujący się o wiele mniej dostojnie, nawet od Agana-cośtam. W ich stronę, bowiem zmierzał ranny kotołak, wydający z siebie słabą aurę magiczną. Tak jak przypuszczał, aura Anemetiusa zbierała tu wszystkich na tyle odważnych, lub głupich, by spróbować podążyć za aurą tak intensywną by być wyczuwalną z tak olbrzymich odległości.

- Nie przypuszczam by któreś z was umiało leczyć. – Rzekł krótko, przenosząc wzrok z ścierściucha na pozostałych a następnie z powrotem, wzruszając ramionami. Trójka przybyszy nadal była okryta zbyt wielką ilością niewiadomych by chciał mówić zbyt wiele w ich kierunku, w jego planie było ograniczenie się do cichej obserwacji pozostałych i zostawienie słów ich niepisanemu liderowi w postaci Anemetiusa. Kiedy wątpliwości się rozwieją, chętnie dołączy do dyskusji.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

25 mar 2014, 18:21

Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem Ascendenta. Pozyskał do swojej sprawy silne istoty, z którymi jego moc wzrośnie niebotycznie. W końcu będzie mógł rozpocząć realizację wielkiego planu, wzniosłego eksperymentu …

Wtem z myśli wyrwało go zaburzenie przestrzeni oraz czasu. Świat stanął w miejscu i cofnął się. Ktoś nadchodził. Zwrócił się w kierunku źródła owej nieznanej mocy i ujrzał jak z ciemności wychodzą dwie istoty. Jeden, co szybko wywnioskował, był pijany, drugi, cóż, dość skąpo odziany. Jednak ten pijany…ten wzbudził w Anemetiusie obawę, jaki i coś na wskroś pogardy, obrzydzenia. Przynajmniej mieli w sobie tyle rozumu by się przedstawić, jakiś Aganaeel i Szwarnel, choć pewnie przedstawiający był zbyt pijany, by poprawie wymówić jego miano. Zjadł? Sondy myślowe ascendenta zapalił czerwoną lampkę. Istota odezwała się prosto ku niemu.

Ty zaś jesteś odrażający – rzekł wykonując swą niematerialną dłonią władczy odruch. Mimo tej okazanej pogardy czuł moc tego stworzenia. – Znasz go, Loki?

I znowu zjawił się kolejny byt, tym razem jednak w porównaniu do całej reszty nic nieznaczący, więc nie trudził się zbytnią analizą. Przedstawiciel rasy kotołaków. Posiadający pewną moc magiczną, nikłą. Wystarczyłoby jedno skinienie.

Kolejny twój towarzysz, Loki? – zagadnął nasycając ten przekaz pewnym zdziwieniem. – Szkoda że spotkaliśmy się w tak dostępnym miejscu. Przez to mamy gromadę … gości – dokończył kierując świetlistą głowę ku pijakowi leżącemu pod drzewem. Oczywiście, wiedział kim był, a przynajmniej przeczuwał. Na pewno nie zwykłym śmiertelnikiem, chociaż wiele posiadał podobnych cech.

Ja osobiście nie – odpowiedział na pytanie Darriana. Naturalnie mógłby spróbować i pewnie by się udało, ale po co marnować siły na takie coś? Nie miał ku temu żadnych podstaw.

Czy nic nigdy nie może iść zgodnie z planem?!

Awatar użytkownika
Loki
Posty: 659
Rejestracja: 02 mar 2011, 17:05
GG: 9442894
Karta Postaci: viewtopic.php?t=209

25 mar 2014, 19:15

Prychnęła głucho, łapiąc ręką za mruczący organ ukryty mniej więcej pośrodku jej talii.

– Nie jem, byle czego. – stwierdziła po chwili milczenia, próbując jakoś zripostować cięte niczym szkoło słowa mężczyzny. Ostatnie czego pragnęła, to pokazywanie w jego towarzystwie tak pierwotnej słabości, zniżającej ją poniekąd do rangi łaknącej krwi bestii. Nie, by taką nie była, lecz za podobne temu reakcje złudnie miał odpowiadać mózg, a nie podrzędny mu żołądek. Nie mogła nie pokazać jeszcze raz swoich białych, trójkątnych zębów, gdy tylko Darrian wymówił jej prawdziwe imię. Nie wiedzieć czemu, ale kompetycje we wzajemnym docinaniu sprawiały maszkarze nieopisaną satysfakcję. Być może przywodziły jej na myśl stare, dobre czasy, gdy wtedy główną bronią stanowiły kłujące i zimne niczym sopel lodu słowa.

O mało nie parsknęła śmiechem, gdy mag począł mówić o tak zwanej ‘zdrowej rywalizacji’. A dosadniej mówiąc – przejęciu władzy. Takiej opcji nie było; nie póki jeszcze żyje i oddycha. Prędzej sama popełni samobójstwo, niżeli miałaby słuchać rozkazów tego nadętego elfa. Albo i lepiej; pozbawiłaby go ostatniego tchnienia, rozwiązując wszelkie problemy w dogodny dla wszystkich sposób. Chociaż… Zwróciła głowę ku pulsującej jasnością postaci. Chociaż równie dobrze mogłaby usiąść wygodnie, patrząc jak sam ascendent spopiela, czy co tam uzna za stosowne, Darriana. I to niebyły zły widok.

Anemetius co prawda wyzwalał z siebie ogromne pokłady energii, ale ograniczone do tego stopnia, że mogła trzeźwo myśleć (jeżeli chodziło o czynniki zewnętrzne oczywiście). Coś zmieniło ten stan rzeczy, doprowadzając Loki do nieznośnego uścisku w głowie, umiejscowionym gdzieś w tylnym płacie. Jęknęła bezgłośnie oddalając się od niewidzialnego źródła bólu, żwawym krokiem w tył. Zanim zdołała chociażby zanotować, czy jej działania przyniosły określony skutek, przyczyna minęła niemal tak szybko jak się pojawiła.

Lekko wstrząśnięta jęła gorączkowo omiatać oczami najbliższe otoczenie, chcąc sprecyzować kto też za podobne anomalie jest odpowiedzialny. Kolejny szok był znacznie intensywniejszy, zaakcentowany skręceniem się wnętrzności w ciasną serpentynę, gdy na horyzoncie dojrzała dwie sylwetki.


– Aganatel… –
wydyszała przez zaciśnięte gardło, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

A jednak; człapał w ich stronę prowadząc nowego przyjaciela w którym Loki rozpoznała wcześniej mieniącego się sługusa Lorven. Potrząsnęła szybko głową, jakby chcąc sprawdzić, czy nie targają nią dziwne omamy. Raczej na to nie wyglądało, zwłaszcza, że wszyscy patrzyli niemal w tym samym kierunku. Widząc w takim stanie swojego towarzysza niedawnej niedoli, odczuła jednocześnie ulgę i dziwną troskę.
Aczkolwiek zanim zdołała dojść do konkretnych wniosków, kolejna postać wytoczyła się na scenę. Ponad wszystkie Cienie…

Ostatnia osoba, jakiej by się spodziewała w stanie gorszym niż opłakany. I jeszcze uznawszy, że ma właśnie teraz czas na pogawędki.

– He, He… – wyrzuciła niemal panicznie, przywdziewając swój najrozkoszniejszy i najszerszy uśmiech, mogący odstraszyć większość ludzi – Daj mi chwilkę… – rzuciła przepraszająco, podnosząc wskazujący palec do góry. Nie czekając na odpowiedź Anemetiusa, błyskawicznie dopadła leżącego pod drzewkiem mężczyzny.

Kucnęła powoli i przycupnęła na miękkiej ziemi, tym samym sprowadzając swoją zębatą twarz na poziom twarzy wyraźnie wstawionego maga. Starała nawiązać się pełny kontakt wzrokowy i zwrócić całą jego uwagę, wyraźnie rozproszoną przez licznie obecne postacie w drzewiastym zakątku.


– Żyjesz… Dobrze, bo liczę na pełen raport, ale to potem…
– dodała szybko, mając nadzieję uniknąć pijackiego bełkotu – I wyglądasz strasznie. - rzekła ostrzej, acz ciszej, z dala od zasięgu ciekawskich uszu – Choć nie tak strasznie, jak cię zobaczyłam po raz pierwszy. - przyznała, schodząc z karcącego tonu kilka stopni niżej.


– I nie tak paskudnie, jak Czarne Futerko. - powiedziała już głośno, wręcz omal nie krzycząc. Rzuciła spojrzenie Xarielowi, który wyglądał nie lepiej niż rozłożony na ziemi Aganatel. – Zostawić was na chwilę… - mruknęła niezadowolona, kręcąc zrezygnowana upstrzoną wężami głową.


– Oboje są ze mną. – wygłosiła donośnie, kierując słowa ku świetlistej imitacji człowieka – Aganatel jest jednym z moich towarzyszy, o których wspominałam. Za to kotołak… Pomógł mi wiele razy, dzięki czemu zawdzięczam między innymi życie. I przez to wiszę przysługę. - dodała już z większym niesmakiem, nieuradowana z tego faktu.


- Wiem, że proszę o wiele, ale oboje są niezwykle cenni i chciałabym ich poskładać… Z twoją pomocą, jeżeli pozwolisz. - wyrzuciła, pokornie skłaniając zakapturzoną głowę, co prezentowało się nieco komicznie, gdy tak nadal tkwiła w kuckach w nogach pijanego przybysza. Wyglądało na to że sprawa jest niemała, zważywszy, że ostatnie czego można się było po zadziornej marze spodziewać, to jakikolwiek gest skruchy. Chyba trafiła do bez znanego jej punktu wyjścia.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

26 mar 2014, 00:48

Pokręcił głową rozsypując złociste iskierki światła. Mimo swej demonicznej cząstki, która była anomalią w tym świecie, Loki nadal wykazywała wiele cech typowych dla istot śmiertelnych. Silne emocje, uczucia wpływające na osąd. On również był na to podatny, ale potrafił to kontrolować. Wybierać i ewentualnie odrzucać to, co było niepożądane. Współczucie kierujące obecnie Loki stanowiło jeden z tych elementów, które należałoby odrzucić. Widział w tym jednak pewną szansę. Nie był wskaże altruistą. Niczego nie ma za darmo. Jeden układ już mieli. Szykował się drugi?

Obiecałem ci pomóc w odszukaniu dwójki twych towarzyszy – odpowiedział tonem całkowicie pozbawionym jakiegokolwiek nacechowania. Zwyczajnie stwierdzał niezaprzeczalny fakt. – W zamian miałaś zaoferować mi swoje usługi. I słowa raz danego nie cofnę. Jednakże ten … Kotołak nie jest częścią umowy.

Zerknął na futrzaka oczodołami wypełnionymi magicznym blaskiem. Ocalił jej życie? Hmm, może źle go ocenił? Nieważne.

Wówczas za tą kolejną pomoc, jak sama zresztą wskazałaś, wielką, będziesz musiała mi się zrewanżować. – Zapewne w tej chwili w sercu Loki pojawiłoby się zwątpienie i niepokój. Przewidując to dodał całkowicie spokojnie. – Nie masz czego się obawiać. Nie będzie to nic, co ci zagrozi. Po prostu będę oczekiwał przysługi, którą będziesz musiała spełnić wtedy, kiedy mnie się to spodoba. Zgodzisz się? Jeżeli tak – Uniósł ręce do góry w pokojowym geście dobrej woli. – Zobaczę, co da się zrobić i spróbuję pomóc tej istocie … jakże bliskiej twemu sercu.

Loki musiała być świadoma, że nie będzie zajmował się wszystkimi jej problemami bezinteresownie. Już sam fakt, że miała wrogów w postaci bogów sprawiał, że jego oferta była można rzecz wspaniałomyślna. On nie potrzebował Loki do ochrony ani pomocy. Po prostu wzbudzała w nim zainteresowanie jako obiekt potencjalnej wiedzy i możliwości. Ona była interesem, z którego zamierzał wyciągnąć korzyści. Byli sprzymierzeńcami, lecz bardzo świeżymi. Pertraktacje zawsze są wymagające na początku.

Darrianie - zwrócił się do półefla wyciągając rękę z czystej energii pulsującej i jarzącej. – I ty, Rinej, wasze zatargi z Loki przestają obowiązywać. – Specjalnie przemilczał kwestię o zdrowej rywalizacja, bo ta wzbudzała w nim tylko pewien uśmiech na myśl o ambicjach tego śmiertelnika, ale to dobrze. Ambitnymi można … sterować. Potrzebował ambitnych. – Oczywiście, zgadzam się na twoje warunki, a jakże. To zaszczyt.


Teraz tylko trzeba było zaczekać na odpowiedź nowoprzybyłych.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 mar 2014, 03:02

//Wymęczony MG-post, skoro już Wam aż tak bardzo zależy. Więcej informacji w temacie sesji.
MG

Jak Aganatel siadł pod drzewem, tak siedział nadal. Nie skomentował niezbyt pochlebnych słów Anemetiusa pod swoim adresem, praktycznie nie reagując na to, że posłał je za pomocą telepatii. Ascendent zresztą szybko stracił nim zainteresowanie, przechodząc do dalszej konwersacji z Loki, dla której w ogóle pojawił się w gaju. Reszta zgromadzonych interesowała go mniej, a najmniejszym szacunkiem obdarzył czarnego kotołaka, który w dziwnym otępieniu dotarł w miejsce spotkania. Xariel, bo o nim mowa, zachowywał się nie lepiej od upadłego powiernika – jego reakcje były nieadekwatne do napotkanej sytuacji, co z pewnością spowodowane było bólem i szokiem, jakiego doznał po wydarzeniach na rynku Wolenvain. Kotołak nawet nie podejrzewał, że niemal każda ze stojących w lasku istot jest w stanie pozbyć się go w mgnieniu oka. Gdyby tak było, wziąłby nogi za pas. O jego stanie jasno świadczył fakt, że widok świetlistej, półprzezroczystej, humanoidalnej jedynie w kształcie istoty, jaką stał się Anemetius, nie wywołał w nim praktycznie żadnej widocznej reakcji.

Zgromadzeni potraktowali kotołaka jak rannego przybłędę, nie interesując się jego losem. Wyjątkiem była Loki, która stanęła w jego i Aganatela obronie. Ten ostatni nie został dopuszczony do słowa, ale z gorliwym potakiwaniem przyjął żądania swojej pani. Z pewnością opowie jej, co wydarzyło się na trakcie, gdy tylko dojdzie do siebie. Na razie jednak zabawiał się, machając rękami przed sobą, wyraźnie nimi zafascynowany. Cienie, które dotąd naturalnie układały się wokół niego, załamały się i osłoniły go przed bijącym od Anemetiusa blaskiem. Upadły westchnął z ulgą, nadal obserwując ukradkiem ascendenta, starając się nie zawieszać na nim wzroku na dłużej. Zachowywał się jak podglądający dziewoję w łaźni młodzian, który wstydzi się własnych, perwersyjnych pragnień i tylko z tego powodu nie może patrzeć na nią cały czas.

Stojący obok nagi i pokryty tatuażami osobnik nadal nie dawał oznak życia, jakby i jemu Aganatel wyżarł duszę. Sądząc jednak z tego, co mówił powiernik, jego towarzysz miał stanowić „przekąskę” dla Loki. Z pewnością nie sugerował wbicia się zębami w pięknie zarysowane mięśnie apatycznego (i apetycznego) męża. Loki, choć znała swego przybocznego relatywnie krótko, nigdy nie widziała, aby się posilał. Wtem jednak sama, jak na komendę, poczuła głód. Całodzienne przygody z udziałem sługusów bóstw, cienistych rumaków i zbudowanych z czystej mocy magicznej bytów namieszały nie tylko w jej wężowej głowie. Nie było możliwości, aby niematerialna dusza, o ile jakakolwiek się w łysym znajdowała, zdołała poskromić jej układ pokarmowy.

W lasku rozległ się krótki, pijacki śmiech. Nie wyglądało na to, że Aganatel szybko do siebie dojdzie. Zgromadzone tutaj osoby mogłyby go nawet opuścić, a on zapewne skonstatowałby ten fakt dopiero po dłuższej chwili, gdy tamci znajdowaliby się już zbyt daleko, aby ich dogonić. Doświadczenie, jakie miała z nim Loki kazało jednak sugerować, że znajdzie ją wszędzie i utrudnianie mu tego nie miało sensu. Zresztą, niezbyt jej w obecnym stanie wadził.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

26 mar 2014, 17:11

To był chyba jakiś żart, największa znana mu maszkara, która pluła kwasem i zjadała żywcem różne rzeczy zaczęła nagle okazywać tej nowoprzybyłej dwójce współczucie a nawet prosiła Anemetiusa o doprowadzenie ich do stanu używalności (tak, tak właśnie byli postrzegani przez Darriana i zapewne także ascendenta, jako użyteczne, lub nie, narzędzia) mimo, iż zapewne wiedziała, że ich niepisany lider nie będzie marnować mocy bez czegoś w zamian. Była też opcja, że nie zdawała sobie z tego sprawy acz głupia mu się mimo wszystko nie wydawała, przynajmniej nie za bardzo.

- Oficjalnie widzieliśmy już wszystko. Wężowowłosa mara okazująca współczucie to jedna z ostatnich rzeczy, jakich się w tym świecie spodziewałem. Trzeba będzie znaleźć kolejny zaklęty dziko wyzwoloną magią przytułek, który nas gdzieś wyrzuci, bo zacznie się robić nudno. – Skomentował humorystycznie, nie powracając jednak do kpiącego wręcz nastawienia sprzed kilku chwil, by nie zrobić negatywnego wrażenia. Coś mimo wszystko mu mówiło, że Świetlisty, przynajmniej po cichu, się z nim zgodzi w tym kpieniu ze współczucia. Skoro o samym Anemetiusie, ten wyciągnął do niego zbudowaną z energii dłoń, proponując uścisk dłoni na przypieczętowanie umowy. Półelf był szczerze zdziwiony, to miał być jakiś test? Jego forma była zbudowana z energii magicznej, nie dało się jej fizycznie dotknąć… chyba.

- To w ogóle podziała? – Zapytał, wyciągając dłoń do energetycznego bytu, nie chcąc wyjść na niewdzięcznego, czy źle wychowanego acz jednocześnie, pytaniem zabezpieczając się przed niezręczną wpadką. W momencie, w którym ich dłonie powinny się zetknąć, kontynuuje krótkim - Dla nas to także zaszczyt. - po czym albo jego ręka przefrunie przez rozmówce, lub natrafi na jego dłoń. To nie miało większego znaczenia, w obu przypadkach po prostu się uśmiechnie i zaciśnie dłoń lub nie. Cała sprawa tak naprawdę rozgrywała się między nimi, przynajmniej na razie. Kiedy Kotołak dojdzie do siebie, może zacznie okazywać pomyślunek, ale chwilowo tylko Darrian z Anemetiusem zdawali się pojmować powagę sytuacji i co ważniejsze, siebie nawzajem. Mag ciągle analizował Świetlistego i spodziewał się tego samego z jego strony. Jeśli kiedyś sobie zaufają, nie będzie umysłu do którego nie byliby w stanie się wspólnie przedrzeć.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 mar 2014, 18:07

MG

Składająca się na Anemetiusa czysta moc magiczna nie bez kozery nazywana była wybitnie antagonistyczną. W swych skupionych formach zdolna była do formowania niszczących pocisków magicznych, nieprzenikalnych barier oraz innych tworów o jednoznacznie bojowym znaczeniu. Zetknięcie z nią w dowolnej formie wywierało w tkankach żywych istny maraton zniszczenia, czego najlżejszym przejawem były dotkliwe poparzenia. Ascendent, aby skupić swą złożoną z miliardów cząstek czystej mocy strukturę do humanoidalnej formy musiał zagęścić ją w sposób niewyobrażalny dla śmiertelnych. Energetyczny byt z pewnością wiedział, czym może grozić kontakt z jego roziskrzoną, mieniącą się tysiącami kolorów strukturą.

Nie wiedział tego najwyraźniej Darrian, niefrasobliwie wyciągając swoją organiczną dłoń w kierunku eterycznej, sypiącej naokoło magicznymi wyładowaniami masy. Gdy tylko zetknął się z nią, mimowolnie cofnął swoją rękę, potykając się i upadając na plecy. Skóra na jego palcach stopiła się jak wosk świecy, zlepiając jego palce i wywołując w nim paroksyzmy najczystszego bólu. Nie można było tego porównać nawet z włożeniem ręki w wesoło huczące ognisko, prędzej z trafieniem przez potężny, lecący prosto z nieba piorun. Tkanki zostały przesunięte, jakby zerwane przez potężne wyładowanie elektryczne. Paznokcie uległy deformacji do tego stopnia, że przestały przypominać twory ludzkiego ciała. Na końcach palców Darriana bieliły się kości, szybko pokryte lejącą się z jego dłoni, obficie znaczącą miejsce jego upadku krwią. Rękaw jego szaty rozpłynął się aż do łokcia, podobnie jak wszelkie włoski, jakie wyrastały na ramieniu pólelfa.

Gdzieś w tle odezwał się chichot, gdy Aganatel, który bogatszy najwyraźniej o wiedzę dotyczącą czystej mocy magicznej najzwyczajniej w świecie nabijał się z poszkodowanego maga. Nie można było go jednak winić – jego upojenie nadal nie ustępowało, kierując każdym jego ruchem, oceniając zamiast niego, co jest zabawne, a co nie. Powiernik wyłączony był z konwersacji i aktywnego uczestniczenia w życiu formującej się właśnie drużyny, najwyraźniej czując się już wedle jakiegoś niepisanego prawa jej częścią. Mimo swych znanych póki co wyłącznie Loki atutów upadły nie był jednak w stanie nikogo uleczyć. Brak kogoś o tego typu zdolnościach po raz drugi odbił się na sposobie funkcjonowania zebranej dziwnym trafem w lasku pod Wolenvain grupki

.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

26 mar 2014, 18:49

Kotołak stał, tak po prostu. Nie miał nic innego do roboty. Fakt przebywania wokół niego conajmniej trzech bytów, których moc wykraczała poza wszelkie ramy zrozumienia powoli docierała do jego ospałego umysłu. Ale nie zmieniało to faktu, że teraz już musiał stać. Przyszedł, stanął, będzie stał.

Loki roztoczyła przed świetlistym wizję wielkiej, przyjacielskiej przeszłości, ratowania życia i tak dalej. Piękna opowieść, w którą Xariel się nie mieszał, ani na którą nie zareagował. Po prostu stał, wspierając się ciężko na włóczni i patrzył na nią, tyle. Później zerknął na istotę, do której przemawiała, jednak świetlisty blask szybko sprawił, że znów odpuścił. Światełko natomiast wyglądało na to, że kontaktuje się z pozostałymi inaczej, niż przy użyciu słów. Najwyraźniej odpowiedziało Loki, trudno stwierdzić czy negatywnie. Następnie odwróciło się do drugiej osoby i… wyciągnęło doń rękę?

Kotołak mimowolnie się wzdrygnął. Nie, jakoś potrząsanie dłonią takiej istoty w jego opinii nie było pomysłem interesującym. Byt ten zdawał się zbudowany z czegoś, co kojarzyło mu się z jego magicznymi płomieniami, skondensowanymi w tak małej przestrzeni, że kontakt z nimi… Uh. Ale najwidoczniej mylił się, gdyż mężczyzna zareagował wyciągnięciem swojej dłoni. Wszystko wyglądało w porządku.. przez chwilę.

Myślał, że jego ręka jest w kiepskim stanie. Otóż, w tej chwili mógł uznać, że się pomylił. Nie pomylił się za to w innej kwestii, dotykanie tego czegoś nie było dobrym pomysłem. Czyżby to był koci szósty zmysł? Nieznajomy upadł na ziemię, a jego dłoń była w opłakanym stanie. Naprawdę opłakanym. Bardzo opłakanym. Było tragicznie. Kotołak nie potrzebował się zastanawiać, by stwierdzić, że mężczyzna potrzebuje teraz bandaża, opieki i maści na oparzenia. Dużo maści, która może zresztą nie wystarczyć. Nie był może i chirurgiem, jednak jego wiedza była dostateczna, by stwierdzić, że ta ręka już raczej nie będzie poprawnie działać. Ciekawe czy to samo można było powiedzieć o jego własnej. Tego już nie potrafił ocenić.

Dopiero teraz niedoszły zdobywca drzwi Wiecznej Biblioteki zdał sobie sprawę z faktu jak niebezpieczną istotą jest to światło. Przypomniał sobie o ciosie, który otrzymał drzwiami biblioteki, które zresztą też przygniotły mu rękę. Czyżby jakieś perwersyjne upodobanie? W tej sytuacji nabrał ochoty by odejść, mimowolnie obejrzał się za siebie w stronę… niczego. Tak, niczego. Nie miał gdzie iść, nie mógł nigdzie iść. Musiał stać. Stać i liczyć na to, że to coś się do niego nie zbliży. Jak do tej pory był ignorowany, niech więc i tak pozostanie.

Xariel zanotował w pamięci, żeby nie dotykać przypadkiem tej istoty, ani niczego jej podobnego. Nie miał zamiaru dorobić się podobnych obrażeń przez swoją bezmyślność, a nauka na cudzych błędach była równie skuteczna co na własnych… i dużo przyjemniejsza. Mimowolnie przeniósł wzrok na nazwanego wcześniej Aganatelem mężczyznę, który zwijał się ze śmiechu kawałek dalej. Albo się nie cierpieli, albo też leżący tam Aganatel był niezłym pojebem.
- Ciekawi przyjaciele. – wycharczał. Czując, że ma już jednak dość stania bezceremonialnie usiadł na ziemi, ściskając w dłoni swoją włócznię. Dyszał ciężko, choć przecież nie odbył wcale tak długiej podróży. Zmęczony, obolały, ranny kot. Któremu zresztą nikt nie kwapił się pomóc.

Wróć do „Obrzeża miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.