Polana w lesie deszczowym

Niziny te dzięki wielu pomniejszym rzekom i strumyczkom są mocno zazielenione i bogate w różnoraką florę. Mimo ich uroku ludzie nieczęsto się tam zapuszczają - są to podobno ziemie minotaurów.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Polana w lesie deszczowym

22 wrz 2013, 22:53

Zróżnicowany krajobraz Nizin Szmaragdu niósł niesamowite wrażenia estetyczne. Położone na południu, potężne Góry Graniczne strzegły zdradliwych bagien, błękitnych rzek, dusznych lasów i trawiastych równin stanowiących dom dla wielu niepojętych istot. Nie było jednak łatwym dostanie się tutaj i podziwianie ich. Był to teren najeżony niebezpieczeństwami i niemal niezaludniony. To tutaj, mimo woli władyków miast takich jak Khan'Sal czy Quaten znajdował się jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody znanego świata. Żadna ludzka potęga nie odważyła się go zdobyć, nawet mimo ogromnych bogactw, które domniemanie skrywała ta ziemia.

Gdzieś na południowym zachodzie Nizin, w głębi potężnego lasu deszczowego znajdowała się mała, pokryta niską, wielkolistną roślinnością polana. Co dziwne, wydawało się, jakby ktoś o nią dbał – każda roślina miała dostęp do światła słonecznego, przy czym nie było widać tutaj ani jednego, choćby bardzo młodego drzewka. Pośrodku polany znajdował się płaski, zaokrąglony jajowato, omszały głaz.


MG

Umierające, niewidoczne zza drzew słońce zabarwiło pełne szarych chmurek niebo krwistą poświatą. Hałaśliwe życie ustępowało miejsca życiu o wiele bardziej tajemniczemu, działającemu w ukryciu. Jak codziennie o tej porze w lesie następował istny przełom, inny jednak od tego, jaki miał tutaj miejsce o wschodzie słońca. Budziły się siły, które niezdolne były do istnienia w świetle Lorven. Przesycone mocą dwóch odmiennych światów przejście pomiędzy dniem a nocą było idealnym czasem, aby dokonać czegoś wiekopomnego. Spokój polany, której centrum stanowił omszały głaz, został zakłócony.

Było ich czterech. Spotkawszy się o zachodzie słońca, potajemnie, niepewnie wkroczyli na polanę. Ich ubrania przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, zakrywając tylko najbardziej wstydliwe części ich starych ciał. Nadeszli niemal równocześnie, przedzierając się przez mięsiste liście. Minotaur, elf, wilkołak i krasnolud. Zobaczyli się już z daleka, ale powstrzymali okrzyki radości i pozdrowienia. Nie było tu miejsca na konwenanse czy wylewne okazywanie emocji. Mieli tutaj coś do zrobienia, coś, czego nie robili już od bardzo dawna. Ryzyko było ogromne, ale ich podupadająca tradycja i zwyczaje wymagały od nich tego śmiałego ruchu. Potrzebowali go, jak wysuszona ziemia deszczu. Chcieli jeszcze raz, wspólnie, dokonać czegoś wielkiego.

Szamani zbliżyli się do eliptycznego kamienia, ustawiając się symetrycznie po jego bokach. Pozwolili sobie nawet wymienić uśmiechy, nie odzywając się jednak ani słowem. Atmosfera skupienia była tak gęsta, że można było ją ciąć mieczem. Wszystko zostało już ustalone, obgadane i postanowione, nie było czasu do stracenia. Swoje przygotowania rozpoczęli w skupieniu, tkając wspólnie jedną myśl. Zaśpiew rozpoczął łysy elf o najczystszym głosie. Dopełniona następnie przez basowe pomrukiwanie minotaura pieśń niespiesznie zyskiwała na mocy, nieinwazyjnie niczym lekki wiaterek przecinając ciężkie, duszne powietrze Nizin Szmaragdu. Krasnolud bez palców u lewej dłoni zaczął obchodzić głaz, zdrapując paznokciami mech w taki sposób, aby nieporośnięte nim już miejsca układały się w skomplikowany, cyrkularny wzór. Jego siwa, przerzucona przez lewe ramię broda zaczęła powiewać z lekka, gdy nieczęsty w tej okolicy młody zefir wpadł z ciekawości w odwiedziny na polanę. Wraz z karłem krążyli wszyscy szamani, poruszając się z wolna w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara. Wilkołak poruszał się z opuszczonym pyskiem, mrucząc coś pod nosem. Jego wyliniała, szarobiała sierść była pomalowana szkarłatem w wielu miejscach, tworząc plemienny, piękny w swej prostocie wzór. Wyglądał, jakby spokojnie się modlił bądź rozmawiał z własnym sumieniem, pojednując się z samym sobą.

Ciągle śpiewający elf po zatoczeniu pełnego koła pochwycił leżący teraz u jego stóp, parciany worek, który zabrał tu ze sobą. Taniec zatrzymał się na chwilę, gdy długouchy wysypał całą zawartość pakunku na środek omszałego głazu. Była to zwyczajna kupka rozwiewającego się szybko na wzbierającym wietrze, szarego prochu. Mężczyźni ruszyli w przeciwnym kierunku, przyspieszając kroku. Wraz z nimi przyspieszała wichura, szarpiąc ich ubrania oraz strukturę rytuału. Zwyczajowy w tych stronach, obfity deszcz lunął na nich znienacka, jednak oni wyglądali, jakby byli na to przygotowani. Niewzruszeni niesprzyjającymi im warunkami pogodowymi szamani kontynuowali swe dzieło, wykonując kolejny pełny obrót, podczas którego krasnolud jeszcze raz sprawdził nakreślone przez siebie symbole. Dając znak przez kiwnięcie głową, brodacz położył swą okaleczoną dłoń na pierwszej wyrysowanej przez siebie runie. Wszystkie znaki rozświetliły się lekką czerwienią.

Nagle na środek głazu jednym susem wskoczył dotychczas spokojny wilkołak. Jego włochate stopy zostały oblepione przez zmieszany z deszczem proch. Pozostali rytualiści zapełnili lukę po swym towarzyszu, oddalając się od siebie, aby nadal zachować pełną symetrię. Znajdujący się w centrum szaman długo popatrzył każdemu z nich w oczy, zanim zamknął swoje i odetchnął głęboko, z ulgą. Bezwłosy, nieprzerywający swego pięknego śpiewu elf przyłożył stulone dłonie do swego mostka, a w powietrzu przed nim zaczęły materializować się niewyraźne, chwiejne kształty. Duszki otoczyły ciągle stojącego na głazie wilkołaka, podrygując wokół niego i rozmazując jego sylwetkę. W pewnym momencie zaczął z nimi tańczyć jeszcze jeden cień, nieco większy i mniej podobny do reszty. Ciało humanoida zaczęło się zmieniać, jednak szczegóły tego procesu nie były widoczne.

Kierowane przez długoucha, niematerialne istoty zabrały ze sobą tę większą, która pojawiła się już po nich. Wzleciały ku górze, znikając gdzieś w chmurach. Ciało wilkołaka osłabło, tracąc pion, jednak zanim zdążył on upaść, do akcji wkroczył krasnolud. Wykrzykując kilka twardych, jednosylabowych, mocnych słów wywołał reakcję uprzednio wyrysowanych symboli, które doprowadziły znajdujący się pośrodku polany głaz do stanu magicznego wrzenia. Upłynniona nagle skała poruszyła się w górę, oblepiając znajdującego się w środku szamana niemal w tym samym momencie, gdy ziemią wstrząsnął pierwszy burzowy grzmot. Minotaur z lubością spojrzał w niebo, po czym wraz ze swoimi towarzyszami oddalił się od kryjącego żywy rdzeń, bulgoczącego pomnika. Jeden ruch zaciśniętej pięści byka zesłał błyskawicę dokładnie na głowę tego, który poświęcił się dla sprawy. Wilcza sylwetka zapłonęła żywym ogniem, ogniem, którego nawet silny deszcz nie był w stanie ugasić. Szamani pracowali niestrudzenie, nadal prowadząc rytuał, każdy na swój sposób. Płomienie opadły wreszcie, a wraz z nimi słabł też deszcz. Ostatnie płomyki pełgały leniwie po szarym futrze. Z dogasających ogników wyłonił się… Tarreth.

Były, jeszcze do tej chwili uznawany za martwego majordomus Autonomii Wolenvain kwilił jak dziecko, krzycząc w Wolnej Mowie przez łzy. Wyglądał, jakby został wyrwany z rozemocjonowanej konwersacji i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Jego ciało nie miało na sobie ani jednej blizny, jawił się też jako młodszy, niż przed śmiercią. Jego mięśnie były słabe, organy zawodne, a skóra zwiotczała. Z początku niewiele pamiętał. W jego głowie częściej niż faktyczne wspomnienia pojawiały się jedynie mgliste odczucia na temat jego przeszłości. Ledwo udało mu się odzyskać zdolność składnej mowy, gdy przypadł do niego łysy, stary elf w przepasce biodrowej.

- Odrodzony przez ogień, grom, ziemię, wodę i powietrze! Zesłany przez przodków ku ich chwale! Zniszczony ludzką tyranią Tarrethu, powstań! - wykrzyknął starzec, a z jego nosa buchnęła krew. Długouchy zatoczył się, upadając na plecy. Od razu dopadli do niego podobnie ubrani towarzysze – minotaur i krasnolud. Ułożyli go płasko na ziemi, sprawdzając tętno. Zamieszanie, jakie powstało wokół słabującego szamana pozwoliło Tarrethowi rozeznać się nieco po okolicy. Silny zapach ozonu szczelnie wypełnił jego nozdrza, nie pozwalając wyczuć żadnej innej woni. Cudem ożywiony wojownik znajdował się w głębokim lesie, w otoczeniu roślin, których nigdy jeszcze w życiu nie widział. Właśnie przestało padać, wszystko było jeszcze mokre od deszczu. Powoli docierały do niego odgłosy budzącej się nocy, a jego wilcze zmysły dostrajały się do nowych warunków. Czuł, jakby wszystkie napędzające jego ciało mechanizmy poruszały się niezwykle ociężale, zardzewiałe od długiego czasu nieużywania. Mógł tylko czekać, aż rozruszają się na tyle, aby pozwolić mu na jakieś działanie.

//Rozpoczynamy pierwszy rozdział sesji (po)wskrzeszeniowej – Przetrwanie. Rozdziałów będzie cztery bądź pięć, w zależności od rozwoju sytuacji fabularnej. Więcej informacji mogę udzielić Ci drogą prywatną.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 kwie 2014, 12:31

MG

Kolejne miesiące mijały, a Tarr widywał swojego dawnego, byczego mentora tylko z rzadka, w szczególnych okazjach, kiedy ten przybywał do jego chaty, aby ocenić progres nowonarodzonego majordoma. Ten zaś był niemały. Wilkołak wyrabiał sobie prymitywny oręż, z którego pomocą trenował. Jego nowy nauczyciel, Kilgarmatin ze Złotego Wąwozu zdawał się być niezwykle elastyczny pod tym względem. Korygował postawę Tarra, pokazywał, jak poprawnie wykonywać manewry i zmuszał do myślenia, szkoląc nie tylko ciało, ale i umysł swego podopiecznego. Często stawiał przed nim pytania, które rozpoczynały dłuższe debaty. Głównie dotyczyły one taktyk w pojedynkach i mniejszych bitwach. Wilkołak powoli przypominał sobie wiedzę z poprzedniego życia. Był wojownikiem, ale też dowódcą, strategiem i twardym politykiem. Przy okazji tych żarliwie toczonych dyskusji dowiadywał sie niejako przy okazji wielu faktów z przeszłości okaleczonego krasnoluda.

Niegdysiejszy mieszkaniec Złotego Wąwozu jako jeden z niewielu opuścił go samotnie, aby nigdy więcej się tam nie pokazywać. Przyjął umierającą wiarę w Przodków jako własną, idąc świat po śmierci swojego mentora. Krasnoludy zapomniały już, skąd wywodzi się ich wiara, Kilgarmatin był bodaj ostatnim z tych, którzy nadal hołdowali przedwiecznym tradycjom, kiedy bogowie nie mieli jeszcze imion. Prawdą było, że z początku nauczono go wiary w trzech bogów – Mealena, Indrumona i Zeatela, później jednak jego podejście diametralnie się zmieniło. Poznał żyjącego na uboczu starca, którego słowa niosły za sobą prawdziwą mądrość. Kil stał się pielgrzymem, ale jego działania okazały się płonne. W nieco bardziej liberalnej religijnie Autonomii Wolenvain znalazł co prawda garstkę wyznawców kultu Przodków, ale krzewienie tej wiary pośród innych zakończyło się fiaskiem… i utratą palców lewej dłoni. Brodacz postanowił zaszyć się na Nizinach Szmaragdu, gdzie prezencja Duchów nadal była obecna. Tarr dowiedział się, że kiedyś szamanów było tutaj więcej, że istniały nawet całe plemiona oddające Przodkom należną część. Teraz jednak nawet tutaj pamięć o nich przemijała. Wilkołak był ostatnim świadectwem umierającej religii.

W miarę jak dawny majordomus Autonomii odzyskiwał siły i stawał się coraz bardziej sprawny w walce, rozmów było coraz więcej. Kilgarmatin nie mógł nadążyć za swoim podopiecznym, który nie miał mu tego za złe. Trenował również samotnie, wzmacniając się pod każdym aspektem. Krasnolud zaskoczył go, oferując lekcje nie tylko w walce, ale także w skradaniu oraz, co ciekawe, operowaniu językiem krasnoludzkim. Narzecze to było używane przez ziomków Kila w Złotym Wąwozie, a jego szczątkową wersję znały nawet niektóre z krasnoludów Autonomii Wolenvain. Tarr nauczył się podstaw tego trudnego, burkliwego języka, uważając lekcje tego typu za dobrą odskocznię od rutyny codziennych treningów. Ostatecznie poznał nawet kilka run, którymi zapisywało się poszczególne słowa w poznawanym przezeń języku.

Widać było, że niski mentor wilkołaka usilnie stara się nie podsycać żądzy zemsty, z jaką się u niego spotkał. Jego poglądy były jasne, choć nieco niezgodne z zasadami, jakie wyniósł z domu Tarr. Krasnolud miał w sobie gorycz i wiele frustracji, jednak zdawał się być z nimi pogodzony. Pojawienie się na horyzoncie nowej nadziei rozbudziło dawny ogień w jego sercu. Przekazywał swoją wiedzę najlepiej, jak potrafił, dbając o każdy szczegół. To tylko pogłębiało początkowe wrażenie odmienności od minotaurzego szamana. Aż dziw brał, że tak różni osobnicy dawali radę się dogadać, działając na rzecz wspólnego dobra. Na szczególny podziw zasługiwał w przypadku Kilgarmatina jego upór. Chociaż miał możliwość obstania przy dawnej wierze, udał się na dobrowolne wygnanie i pozostał wierny swoim przekonaniom. Samo to wzbudzało szacunek, a jeżeli dołożyć do tego jeszcze jego zdolności bojowe i umiejętność cierpliwego przekazywania swojej ogromnej wiedzy, jego status wydawał się zasłużony. Był dobrym szamanem. Jego podopieczny zaczął dostrzegać plan trójki istot, które zdecydowały się na jego wskrzeszenie. Minotaur był łagodny, powolnie wprowadził go w podstawowe tajniki świata, który go otaczał, dbając o to, aby nie doznał szoku. Pielęgnował jego kiełkujące na nowo wspomnienia, objaśniał, jak czerpać z natury wszystko to, co najlepsze. U jego boku Tarr nauczył się tworzyć prymitywne narzędzia i broń, poznał podstawy zielarstwa oraz gatunki flory i fauny Nizin Szmaragdu. Następnie, gdy myśli wilkołaka były już poukładane i harmonijne, nadszedł czas na ich zmącenie za pomocą treningu bojowego. Jego wola była jednak silna, nie poddał się i podołał zadaniu. Wiedział, że wreszcie nadejdzie ostateczny etap jego powrotu do żywych – szkolenie u łysego, bardzo starego elfa. Gdy ostatni raz się widzieli, był umierający, musiał go nosić na swoich plecach. Czy teraz było z nim lepiej?

Ostatni trening był nieco inny. Kilgarmatin kazał Tarrowi siłować się z nim… jedną ręką. Niecodzienna sytuacja, w jakiej został postawiony dawny majordomus Wolenvain nie zbiła go jednak z pantałyku. Zwyciężył, powalając na ziemię podobnego skałom krasnoluda. Stabilność przedstawicieli jego rasy była wręcz legendarna, a choć Kil był stary i relatywnie słaby, wilkołak miał powód do dumy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, jednak Tarrowi nie dane było powrócić do swojej chatki. Czuł, że coś się zmieniło, że dzisiejszy dzień nie będzie taki, jak dziesiątki poprzednich.

- Wiesz już, co teraz nastąpi – rzekł Kilgarmatin, który podczas miesięcy trenowania wilkołaka sam przypomniał sobie, jak rozmawia się w Wolnej Mowie. – Pójdziemy do Szyszy. Nie obawiaj się, że zapadnie noc, poradzisz sobie. Weźmiemy tylko trochę żarcia – rzekł, podając Tarrowi porządny, pleciony kosz. – Zatrzymaj go sobie - dodał. Pojemnik wyposażony był w pas, który pozwalał zawiesić go na ramieniu. Wewnątrz znajdował się prowiant w znanej wilkowi formie – owoce, suszone, doprawione wonnymi ziołami mięso, liście i pędy. – Będzie ze dwa dni drogi – mówił dalej szaman. - Ja ci jeno pokażę trakt, potem już sam pójdziesz. Kiedyś go znajdziesz. Weź broń – zakończył, zbierając się już do drogi. Poprowadził Tarra jeszcze dalej na południe. Teren tutaj wznosił się stopniowo, a gdy wilkołakowi dane było wyjść na jedną z licznych tutaj polan, napotkał widok znanych mu gór. Wcześniej dowiedział się od Kila, że pasmo to zwane jest Górami Granicznymi. Ich szczyty były potężne, a po wilkołaku wyraźnie oczekiwano, że uda się na szlak prowadzący do ich podnóża. Po jakimś czasie, zgodnie z zapowiedzią, krasnolud opuścił go. Obyło się bez łzawych pożegnań i marudzenia. W końcu nie żegnali się na zawsze. Tarr odnalazł drogę pod górę, jednak zapadała już noc. Mógł legnąć obozem bądź podróżować dalej. Wydawało się jednak, że jego nauczyciel wyprowadził go tutaj o tej porze nie bez powodu. Czyżby oczekiwał, że Tarr będzie podróżował po zmroku?

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

01 kwie 2014, 14:40

"Kiedyś go znajdziesz. Weź broń" – te słowa trochę zaniepokoiły wilkołaka, lecz nie przestraszyły. Pamiętał już o wiele, wiele więcej, niż wcześniej – wiedział zatem, na co go stać i że nie powinien się bać. Wilkołak starannie wybrał broń, którą miał ze sobą wziąć. Były to toporki i nóż, które schował za pasem i łuk z tymi kilkoma strzałami do walki na dystans.
Ta puszcza nie brała jeńców, była bezlitosna. Tarr nauczył się już, ze w tych gęstwinach, wielka broń jest mniej skuteczna, niż broń krótka. Ta bowiem ma mniejsze szanse na zahaczenie o jakiś pień, bądź zaplątanie się w roślinność. Jest poza tym szybsza. Nóż wziął "w razie czego", a łuk dzierżył w rękach, gotowy do użytku. Było to proste: Cokolwiek się zbliży, a będzie miało wrogie zamiary zostanie ostrzelane, a jeśli jakimś cudem przeżyje, to spotka się z Ożywionym w zwarciu. A nikt nie wyszedł z tego cało. Nawet morderca Tarra zginął przed nim ze zmiażdżonym gardłem. I to było w istocie… zadziwiające. Wyruszać w podróż o tej porze. Te słowa o broni… To musiał być jakiś test. Idąc za ciosem, wilkołak postanowił jednak nie rozbijać obozu. Szedł przez trakt spokojnie, a kły, wiszące na jego butach obijały się o jego nogi i siebie nawzajem.
Podróżując, wojownik nie stronił od stanięcia na chwilę, wsłuchania się w okolicę i węszenia. Nieraz mu to pomogło polowaniu i uniknięciu niepotrzebnego niebezpieczeństwa.
Szedł środkiem drogi, unikając zbyt małej odległości od podejrzanych drzew i zarośli. Różne rzeczy lubiły się tam chować. Gdyby jednak coś się stało, coś… zaatakowało, to w zależności, czy sytuacja by na to pozwalała Tarr strzeliłby we wroga. Gdyby jednak to nic nie dało, bądź było to po prostu niemożliwe, odrzuciłby łuk i chwycił za toporki, cofając się między drzewa, by z nich formować sobie element obronny i manewrowy, dzięki któremu miał nadzieję zdobyć przewagę nad wrogiem.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

04 kwie 2014, 13:49

MG

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Tarr parł przed siebie, obserwując zmieniający się krajobraz. Zapadająca wokół niego noc nie odstraszyła go od dalszej wędrówki. Dostrzegał przed sobą ledwo wydeptaną ścieżkę, której postanowił się trzymać. Drzewa wokół niego przerzedzały się powoli, podczas gdy on szedł pod górę. Wiedział, że taki spacer to nic łatwego, ale dla jego doskonale przygotowanego ciała stanowił on ledwie kolejne, możliwe do pokonania wyzwanie. Wilkołak czuł się rześko, czujnie obserwując okolicę. Gdy w jego polu widzenia pojawił się troll, wyznawca Przodków był przygotowany.

Coś jednak powstrzymało jego rękę. Stwór był zbyt daleko, aby go dostrzec, nie zachowywał się ponadto agresywnie. Szedł zwyczajnie ścieżką w drugą stronę, zdążając na niziny. Tarr miał mnóstwo czasu, aby zastanowić się nad dalszymi poczynaniami. Jego bystry wzrok i czuły węch ostrzegły go przed nadciągającym stworem z dużym wyprzedzeniem. Wiedział, że jest w stanie wystrzelić kilka strzał, zanim tamten zdąży do niego dobiec.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

07 kwie 2014, 14:20

Mógł oddać strzały. Mógł zdobyć przewagę i ją wykorzystać. Las na to pozwalał. Strzelić, schować się, strzelić z innego miejsca, wejść na drzewo i zeskoczyć na rozjuszonego, zdezorientowanego trolla.
Lecz nie znał się na trollach, mógł to przekalkulować. Wilkołak postanowił być ostrożniejszym. Schował się przy drzewie. Chciał być pewny, że mieszkaniec lasu będzie blisko. W końcu umiejętności strzeleckie Tarra nie pozwalały mu na gwarantowane trafienie. Schował się za drzewem i przygotował łuk. Wyrównał oddech. Musiał być pewny tego, co robi. Spojrzał na swoje przygotowane do strzału ręce, obejrzał się za toporkami. Musiał być przygotowany…
I czekał. Czekał, aż istota będzie w zasięgu 10 metrów. Wtedy Tarr chciał oddać strzał, celując w głowę, albo szyję. Niezależnie od powodzenia tej akcji, wiedział, że istota będzie kontratakować. Szarża. Poczekałby na potwierdzenie tego przez rozpoczęcie biegu. I tuż przed wbiciem się w wilkołaka… Tarr odskoczyłby za drzewo. Tak, jak trenował – okręciłby się wokół niego, dobywając toporków i wyskoczyłby zza trolla, prosto na niego. Liczył na wykorzystanie zaskoczenia i pędu stwora, by uderzyć mu w plecy. Wbić się – czy to bronią, czy pazurami – a drugą ręką siekać go brutalnie po karku, plecach. Szlachtować, jak mięso.
Rzecz jasna nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Tarr zawsze wierzył swojemu szóstemu zmysłowi, swojemu refleksowi. Walka musi być płynna. Akcja-reakcja. Niczym woda, wyparta przez upadający kamień, robiąca mu miejsce, by ten osiadł na dnie – tak i Tarr trenował po to, by jak kiedyś być stworzonym do walki.
Możliwy unik, odskok, wykorzystanie nawet niepomyślnej sytuacji na swoją korzyść. O to każdy wojownik musiał dbać.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

07 kwie 2014, 21:09

MG

Idąca ścieżką istota wydawała się całkowicie bezbronna. Troll był wysoki, barczysty i miał nieco głupkowatą minę, ale poza tym nie sprawiał wrażenia groźnego. Oczywiście pozory mogły mylić. Wiedział o tym Tarr, który ukrył się wygodnie w rosnących nieopodal krzakach. Durny olbrzym nie zauważył go, zapatrzony w ścieżkę przed sobą. Gdy zbliżył się na odpowiednią odległość, oberwał.

Prymitywna strzała, jaką wykonał wilkołak wbiła się niezbyt głęboko w okolice masywnego obojczyka trolla. Ten wyglądał na zaskoczonego. Jego pierwszym ruchem było wyciągnięcie żądlącego patyka ze swojego ciała, co też natychmiastowo uczynił. Małe oczka rozejrzały się po okolicy, dostrzegając w końcu przeciwnika. Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami potwór ruszył na Tarra, który był już na to przygotowany. W ostatniej chwili, wykorzystując przewagę swej zwinności, okręcił się wokół drzewa i wypadł zza trolla, godząc go zbudowanymi z drewna i kamienia toporkami. Skóra potwora okazała się twarda, przez co stworzona przez dawnego majordoma Wolenvain broń ledwo zdołała się w nią wbić. Oczywiście nijak to stworowi nie zaszkodziło. Obrócił się dość szybko, obrywając raz po raz, przystępując do młócenia swoimi wielkimi łapami. Starał się pochwycić Tarra w niedźwiedzim uścisku, jednak ten był dla niego zbyt szybki. W pewnym momencie olbrzymowi udało się uderzyć w toporek, pięścią drugiego ramienia trafiając silnie w klatkę piersiową wilkołaka. Wyprowadzony z równowagi i odrzucony na prawie dwie stopy wyznawca Przodków poczuł ten cios całym swoim ciałem. Powietrze zostało siłą wydarte z jego płuc, boleśnie raniąc tchawicę. Czujność uratowała go przed kolejnym szaleńczym atakiem opętanego furią trolla. Walka trwała i nie zanosiło się, że zostanie szybko zakończona.

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

30 kwie 2014, 13:24

Twardy drań. Jego uderzenie sprawiło, że Tarra zalała ekscytacja, uniesienie, przebudzenie. Czuł się, jakby dopiero wstał z łóżka i oblał pysk świeżą wodą z rzeki, słuchając okolicznej natury, jej tworów i dzieciąt, tak bliskich Duchom, które się tym wszystkim opiekują po wsze czasy. Jak nowo narodzone dziecko, płaczące z zimna, tak Tarr doznał szoku, który wręcz powołał go do życia.
To był dobry ból.
Wyszczerzył kły w grymaśnym, owładniętym żądzą boju uśmiechem. Ścisnął w dłoniach swą broń mocniej. Teraz ją dosłownie czuł – nie, jako broń, a niemal istoty żywe, łaknące krwi. Czuł ich żądzę i dzielił ją. Nie mógł się doczekać kolejnego starcia! Przed nim wszakże stał ogromny i twardy przeciwnik, którego cios potrafi pogruchotać kości człowieka, jakby były z piasku. W oczekiwaniu na atak, gotowy wydał tylko krótki, wyzywający szczek.
I czas, jakby zwolnił. Świat istniał na innej płaszczyźnie bytu, którą wilkołak w poprzednim życiu opuszczał, gdy tylko widział wroga i łapał za broń. Zawsze czuł się wtedy, jak w objęciach matki, której objęcia sprowadzają na dziecko spokój. Drugą matką Tarra była wszakże Wojna.
Stwór musiał zaatakować. Mocarną łapą przeciąć powietrze, by dosięgnąć agresora – drapieżnika, który go zaatakował. I nie było ważne, z której strony stwór zaatakuje – Tarr czekał i miał wypracowaną odpowiednią, płynną i naturalną odpowiedź. Dla Ożywionego bowiem Bitwa nie była jedynie żywiołem, w którym czuł się najlepiej. Było to jego środowisko naturalne. Jak ryba w wodzie, jak ptak w powietrzu i jak kret w ziemi. Jak wilk w lesie – Tak czuł się Tarr w bitwie. Paradoksalnie, czuł się tam bezpieczniej, niż poza bitwą, gdzie jego zmysły – teraz ostre, niczym brzytwa – zasypiały w oczekiwaniu na przebudzenie. Na zew walki. To wszystko stare nawyki, stare przyzwyczajenia żołnierza, które przetrwały Próbę Śmierci.
Atak trolla musiał spotkać się z odpowiednią reakcją. Jego wielkie, ciężkie ataki musiał być przygotowane – szybkie, jednak Tarr już zdążył skosztować szybkości przeciwnika, wypracować odpowiednie pole reakcji.
A odpowiednią na atak był odskok. Niewielki – być może tylko uchylenie – aby być w stanie uderzyć szybko w mocarne ramię olbrzyma swoją ręką (tą bliżej eki przeciwnika) – atak, mający na celu zmuszenie przeciwnika do odzyskania pełni władzy nad poruszoną kończyną. To był atak wyłącznie, mający na celu zyskać na czasie. Bowiem faktyczny atak miał nastąpić z drugiej ręki. Topór miał się wbić w staw łokciowy i wyrżnąć jednym pociągnięciem jak najwięcej ciała trolla. I tuż po tym, drugą, wcześniej użytą ręką wykonać cios pięścią, bądź uchwytem topora w gębę przeciwnika. Kolejny atak, wyprowadzający z równowagi, dający czas. Akcja, trwająca najwyżej sekundy.
Reszta nie była nawet kwestią planu, a automatycznej reakcji. Gładkiego, naturalnego obrotu spraw, jak w tańcu, gdzie kroki były dopasowane.
Kontratak giganta był nieuchronny i natychmiastowy. Odzyskując wszelką równowagę prawdopodobnie zaatakowałby z furią. Z potęgą, zdolną zabić byka jednym ciosem. Mogła być też nagła, obronna. Do wszystkiego da się jednak dostosować. Również odpowiedni, płynny unik. Połączony z szybkim obrotem za przeciwnika, dającym pęd i siłę ciosowi topora, wycelowanemu w staw kolanowy. Broń, sięgająca go zostałaby tam. Siedząc w ranie narobi więcej smrodu, utrudniając ruchy przeciwnikowi. I wtedy z pewnością troll zachowałby się, jak osaczona zwierzyna. Rzucał naokoło, chcąc odgonić napastnika. I to byłby ostatni gwóźdź do jego trumny. Ruchy chaotyczne, odsłoniłyby w końcu drugą nogę – dając wojownikowi szansę na powtórzenie ciosu i w tamten staw. Poprawiony kopniakiem w utkwioną broń, a potem w zad lub plecy, by stwór padł na ziemię.
Rana w ręce utrudniłaby mu powstanie, dając do dyspozycji tylko jedną rękę.
Leżący troll, zwierzyna. Tarr pochwyciłby sztylet z kamienia, schowany za pasem, a który też ze sobą wziął i skoczył bestii na plecy. Następnie został tylko szybki cios w kark, w szyję. Żądza krwi, pobudzona do życia przy pierwszym kontakcie zmusiłaby wilkołaka do brutalnego pociągnięcia ostrza, by wyrwać je bokiem, jednocześnie urywając kawał cielska z szyi wroga.
Tak wyglądałby koniec.
Walka bywa jednak niewdzięczna, coś może pójść nie tak. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak dopasować się do sytuacji, jak w tańcu. Źle wykonane kroki muszą być poprawione, bowiem Przedstawienie Musi Trwać. Uniki – nawet między drzewa – wykorzystywanie otoczenia przeciwko trollowi, który uderzałby w drzewa i był zza drzew atakowany.
Kluczem do zwycięstwa jest długość walki, jej elementy. Każda akcja ofensywna i defensywna karmią wojowników, którzy są coraz bardziej niebezpieczni, w miarę przedłużania się boju. Każdy ryk trolla napędzałby Duszę Wojownika Tarra, a każda rana – karmiłaby jego żądzę krwi.
Im dłużej walczył Tarr, tym groźniejszym przeciwnikiem był.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

06 maja 2014, 01:46

MG

Mocarny przeciwnik Tarra nie pozwolił wilkołakowi nawet na chwilę wytchnienia. Za pierwszym trafionym ciosem poszedł kolejny, mijając dawnego majordoma Autonomii dosłownie o włos. Wyznawca Przodków ledwo zdążył się uchylić, ale kolejna z jego reakcji była już natychmiastowa. Troll wkładał w swe uderzenia mnóstwo siły – na tyle, że cofnięcie się po tego typu ataku przychodziło mu nad wyraz wolno. Jego rywal wykorzystał to, waląc silnie w cofające się powoli ramię z zamiarem zmienienia jego ruchu na tyle, aby możliwym stał się bezpieczny atak. Tak jednak jak idealnie funkcjonowało to w przypadku broni, którą można było najzwyczajniej w świecie zbić z dala od oponenta, tak w przypadku wielkiego niczym konar młodego drzewka ramienia trolla podziałało to nijak. Uderzenie włochatej pięści nie zachwiało maszkarą ani nawet jej nie spowolniło. Tarr nadal jednak miał swoją drugą szansę, wykorzystując ją do potężnego trafienia swego przeciwnika toporkiem w łokieć. Niewiele więcej mógł zdziałać, bowiem w jego kierunku zdążała już druga pięść bijącego niejako na oślep potwora.

Trafiony silnie w bark wilkołak odpowiedział pięknym za nadobne, waląc prosto w mordę stwora. Okazało się, że jego czaszka jest nadzwyczaj twarda. Uderzenie to nie zrobiło na trollu większego wrażenia, zgodnie z planem rozsierdzając go jeszcze bardziej. Maszkara próbowała pochwycić dawnego majordomusa w niedźwiedzi uścisk, jednak ten wywinął się zgrabnie i z całą mocą uderzył w jej rzepkę kolanową. Kamienny toporek nie miał na tyle mocy, aby wbić się w nią i tam pozostać, ale sądząc po znajomym Tarrowi uczuciu swoistego mrowienia w dłoni zdołał zgruchotać kość. Troll zawył z bólu, ledwo stojąc i miotając się na wszystkie strony. Pewny zwycięstwa wilkołak unikał jego chaotycznych wymachów, wyczekując odpowiedniego momentu do ataku na drugą nogę osłabionego przeciwnika. Udało mu się tego dokonać, jednak sam oberwał pięścią w pysk, tak, że aż zobaczył Przodków przed oczami. Gdy ocknął się na tyle, aby ponownie zorientować się w sytuacji, poczuł niesamowicie mocny uścisk na gardle. Troll leżał, unosząc nad sobą wilkołaka, którego próbował jednorącz udusić. Drugą ręką zamierzył się pod żebra Tarra, jednak ten zablokował jego pięść własnym toporkiem, który nadal ściskał w lewej łapie. Druga broń leżała nieopodal, porzucona niczym niechciane dziecko. Dziw brał, że mocarne ramię potwora jeszcze nie zmiażdżyło krtani majordoma, jednak szybko okazało się, że bezrozumny troll próbował zrobić to prawą, osłabioną wskutek ciosu w łokieć dłonią. Gdyby nie ta rana, Tarr z pewnością już by nie żył.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

28 cze 2014, 16:47

MG

Siła śmiertelnego uścisku prawicy trolla zwiększyła się jeszcze, pozbawiając Tarra tchu. Z doświadczenia wiedział, że wytrzyma w tej sytuacji tylko kilka chwil, zanim jego przeciwnik nie zdruzgocze mu gardła bądź go nie udusi. Potwór chwycił dzierżony przez swego przeciwnika kamienny toporek, starając się wyrwać go i odrzucić, co po kilku sekundach wreszcie mu się udało. Były majordomus Autonomii Wolenvain stał się bezbronny, z lewą ręką przytrzymywaną w nadgarstku przez mocarnego stwora, z potężnym uściskiem na gardle i wiszącym po sobie prawym ramieniem, z którego niewątpliwie zapomniał w tych zapasach skorzystać. Chwila jego śmierci zbliżała się niechybnie i chyba tylko sami Przodkowie mogliby go wyratować – o ile zechcieliby zrobić to dla niego po raz kolejny, co było bardzo mało prawdopodobne.

Czyżby szamani pomylili się, wskrzeszając kogoś takiego jak Tarr? Jeżeli ich wielki plan miał zostać pokrzyżowany przez byle trolla, lepiej chyba było, aby wilkołak sczezł po raz drugi właśnie teraz. Było to rozwiązanie o wiele lepsze, niedające złudnej nadziei. Jeżeli nie potwór z gór, to piaski Pustyni Śmierci albo bandyci po traktach – ktoś wreszcie dopadłby ożywieńca i wydusił z niego skradzione bogom życie. Wszystkie nauki, jakie pobrał przez ostatnie kilka miesięcy nie dały mu żadnej przewagi nad swoim przeciwnikiem, który mimo odniesionych ran zdawał się wygrywać. Starania mentorów poszły jak krew w piach, ulatując bezpowrotnie wraz z odpływającą świadomością Tarra. Mimo wszystko wojownik naiwnie czuł, że jeszcze nie wszystko stracone, a mimo beznadziejnej sytuacji zdołałby się ocalić. Miał niewiele czasu, zanim straciłby przytomność, ale sądził, że gdyby udało mu się go odpowiednio wykorzystać, zwycięstwo byłoby jego. Póki co jednak nie kwapił się do wprawienia swego cielska w ruch, tracąc cenne sekundy. Być może spowodował to szok, być może gorączkowe poszukiwanie wyjścia z impasu. Bezruch majordoma nie wynikał przecież z braku odwagi i poczucia beznadziejności, prawda?

Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

30 cze 2014, 19:02

Siłowanie się z tym olbrzymem było tragicznym pomysłem. Nawet młode ciało wilkołaka, mierzącego blisko 2,5 metra nie było w stanie mierzyć się z górą mięśni, zdolnej rzucać głazami, jak piłką. I dlatego też Tarr zaczynał tracić siły. Czuł to. Branie tych znikomych dawek powietrza stawało się coraz trudniejsze, powodując, ze ten krztusił się. Czuł, jak opuszczają go siły, czuł, że zaczyna odpływać w cierpieniu, lecz jego organizm, jakby czekał na koniec tego letargu. Słyszał coraz mniej, jego słuch przytępiany przez utratę świadomości przestał zwracać uwagę na głos trolla, warczącego groźnie. Jakby to już nie było warte. Nie zdający nawet sobie sprawy z powagi sprawy… zasypiał. Odpływał do krainy wiecznego snu – ponownie.
I wtedy usłyszał krzyk. Zew. Rozkaz.
Alexandros Nikolaidis – Slaves No More
TARRETH! – zagrzmiał głos jego ojca, wściekłego na syna, który bodaj chciał się poddać. Głos oficera, który zawsze dumnie patrzył na syna za życia i zza światów. Który po wsze czasy dumny z niego będzie! Miał zostać teraz… zawiedziony?
NIE!
Wszystkie pozostałe siły Tarr skupił na swej świadomości. Musiał się obudzić. Musiał mieć siły! Potrzebował mocy tej samej, którą czuł, gdy jego krzyk zza światów wywołał burzę! Gdy jego głos sprowadził szamanistycznych mentorów, by wyprowadzili go z mgieł śmierci. Musiał czuć tą moc raz jeszcze! Musiał raz jeszcze zwyciężyć samą śmierć! Zmusić ją do uległości wobec tego, który od dziesięcioleci był jej wcieleniem! Impuls gniewu, napędzanego celem, zemstą! Tarr po prostu nie mógł zginąć TU z ręki jakiegoś trolla! Żar w nim drzemiący nie mógł jedynie płonąć. On miał trawić wszystkie granice wytrzymałości i sił! Musiał niszczyć bariery.
Zebrany w sobie otworzył szeroko oczy i zmusił swe zmysły do ostatniej uległości jego woli. Teraz, lub nigdy.
Instynktownie dobył noża wolną ręką i ścisnął go w dłoni mocno, jak tylko potrafił. To miał być jego ostatni atak, który mógł uratować mu życie, bądź skazać na śmierć. Nie mógł się pomylić. Czując, że nie jest sam, że jest wspierany. Gdyż jego siła zawsze płynęła z wewnątrz! Z jego serca, poświęconego sprawie, zawsze oddanego swoim przekonaniom. Mistyczna siła, która potrafi każdą istotę zmienić w coś o wiele potężniejszego, niż śmiertelnik. To nieśmiertelna wola walki, wola życia i instynkt przetrwania. To dzięki nim nawet ranne, zapędzone w róg zwierzę, będące przyszłą kolacją watahy wilków jest o wiele groźniejsze, niż stado na wolnym polu.
Wymierzony cios noża w nadgarstek. Nie ważne, jak dokładny. Wojownik miał zamiar rozerwać tą rękę na strzępy – prędzej, czy później. Musiał się przede wszystkim uwolnić.

Pierwszy złapany oddech musiał wystarczyć, by odzyskać pełną świadomość. Bowiem walka trwała i bestia, która po ewentualnie udanym ataku miałaby do dyspozycji już tylko jedną łapę była być może jeszcze groźniejsza. Rzucić się na łapę, która była sprawna. Całym ciężarem ciała ją przygnieść, by zyskać na czasie. Szok, wywołany bólem drugiej łapy powinien wystarczyć do sukcesu owego manewru.
Wojownik wie, że nie może wypuścić broni z ręki – taki też był zamiar Tarra. Nóż musiał mieć za wszelką cenę przy sobie, jednak ciężko określić możliwość utrzymania go w takiej sytuacji.
Niezależnie jednak od tego, Tarr musiał walczyć o przeżycie, o przetrwanie. Z nożem, wycelowałby w łokieć zdrowej łapy i przeorał go najmocniej, jakby tylko potrafił. W przypadku braku broni jednak, walczyłby na kły i pazury – jak jego przodkowie przed tysiącleciami. Wgryzłby się w rękę, bądź dłoń przeciwnika, chcąc uwolnić drugą rękę. Musiał być wolny. Musiał zdobyć tą przewagę. Gdyby mu się to udało, zwiększyłby dystans i pozwolił sobie na kilka sekund wytchnienia. Nie za dużo, by wciąż móc wykorzystać przewagę.
Następnym krokiem było dobycie jednej z leżących nieopodal broni i przygotowanie się do ataku. W porównaniu do reszty walki, to powinno być stosunkowo proste – zmusić trolla do odpędzającego ataku, by zrobić sobie miejsce i celnie wymierzyć w gardło.
Ożywieniec był łowcą, a łowca nigdy nie daje za wygraną swej zwierzynie. I choćby to miało zabrać kilka podejść, bądź czekać, aż bestia się wykrwawi – Wilk dostanie swoją zdobycz! Nie odpuściłby za nic po tym wszystkim. Już nigdy. Już nigdy ni na sekundę nie opuściłby gardy, stał w miejscu. Jego Przodkowie go obserwują, dbają o niego. To Przodkowie przywołali szamanów, którzy przywołali go do życia. To Przodkowie chcą, by Tarr żył. I tak też będzie!
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 lip 2014, 19:47

MG

Kamienny, dzierżony przez włochatą łapę Tarra, wyrzeźbiony przez niego samego nóż wznosił się i opadał w równych odstępach. Wilkołak przystąpił do metodycznego wyżynania sobie drogi ku wolności, raz po raz uderzając w nadgarstek swego mocarnego przeciwnika. Chociaż posiadana przez niego broń była dość tępa, w jego mięśniach nie brakowało mocy, toteż obrzydliwa twarz trolla natychmiastowo skrzywiła się z bólu. Jego uścisk osłabł nieco, pozwalając Tarrowi na zaczerpnięcie łyku życiodajnego powietrza, jednak potwór nie puszczał, samemu walcząc o swoje istnienie. Leżący na nim wilkołak wił się i szamotał, chcąc wreszcie się wyswobodzić. Stało się to możliwe dopiero po dłuższej chwili, gdy skalny oręż przebił się wreszcie przez grubą skórę trolla, pokrywając całe jego przedramię krwią.

Tylko silny kark Tarra pozwolił mu na wyrwanie się ze śmiertelnego uścisku, a choć uszkodzona łapa jego przeciwnika nadal usiłowała go pochwycić, wywinął się jej i przypadł do drugiej, waląc potężnie kamiennym nożem w jego łokieć. Pozycja wojownika pozwoliła mu włożyć w uderzenia więcej siły, niż poprzednio, więc wyrwanie się ze szponów i tego łapska nie okazało się żadnym problemem. Stwór próbował złapać uciekającego mu wyznawcę Przodków, ale nie udało mu się to. Chciał powstać, jednak uszkodzona noga nie utrzymała jego ciężaru. Wszystko to dało Tarrowi nieco czasu, dzięki któremu zabrał z ziemi jeden z leżących nieopodal toporków. Unikanie chaotycznych ciosów wymęczonego i rannego trolla nie było dla byłego majordoma Autonomii żadnym problemem, toteż z łatwością wymierzył mocarny cios w jego gardło. Zmiażdżona z chrzęstem krtań wyraźnie zablokowała dostęp powietrza. Wyglądało na to, że oto nadeszły ostatnie chwile słaniającego się przed Tarrem potwora. Był już niegroźny, ale nadal uparcie trzymał się życia, spoglądając na zwycięzcę z niejakim wyrzutem.

Ten zaś, gdy powoli uchodziła z niego adrenalina, poczuł siniaki, jakich nabawił się podczas tego pojedynku. Poczuł też niesamowite zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Wiedział jedno – zlekceważył swego przeciwnika, przez co ledwo uszedł z życiem. Była to ważna lekcja, jednak w obecnej chwili nie był prawdopodobnie zdolny do wyciągnięcia z niej wniosków. Nadal stał nad trollem, czujny i gotowy do ataku, wiedząc, że być może walka nie jest jeszcze skończona. Dobicie przeciwnika zdawało się być teraz ledwie błahostką.

//Jeżeli chcesz, możesz zabić trolla i iść dalej pod górę.

Wróć do „Niziny Szmaragdu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Viridar
Liczba postów: 52209
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.