Zagadki fortów

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

Zagadki fortów

24 paź 2012, 19:12

ObrazekObrazekiasto śmierdziało miastem – nic nowego, jedni to kochali gdy inni nienawidzili. Nawet śnieg, który przykrył wszystko swoją białą peleryną nie był w stanie zahamować zapachów. Pod nogami przechodniów na ulicy, uciskana biel wydawała swoje skrzekliwe krzyki sprzeciwu wobec swojej sytuacji. Co jakiś czas ktoś się poślizgiwał na zmarzniętym kamieniu, kończąc z tyłkiem w białym puchu, zazwyczaj temu wydarzeniu towarzyszyły śmiechy dzieci gdzieś poukrywanych. Siedlisko miało swój urok, chociaż było stolicą krainy, miastem portowym i przepełnionym to niejednemu trubadurowi wyciskała łzy z oczu poruszając ich poetycką naturę.

Dokładnie za szesnaście dni miał się zacząć miesiąc mandragory. Miesiąc, który jako jedyny w roku sam tworzy własny okres – chaosu, na wsiach znany pod nazwą okresu strachu. Straż miejska zmieszana z najemnikami, z dodatkiem chłopów z okolic i innymi mężami zdolnymi unieść broń – służyła miastu. Warty na murach zmieniały się, a w koszarach odbywał się intensywny trening.
Oto był czas herosów, bohaterów, dowódców, władców, ale również tchórzy, złodziei, bandytów i dezerterów. Czas, w którym wszyscy stali razem nie mając innego wyjścia, niż ufać sobie nawzajem gdy nadejdzie pora.
Za szesnaście dni…

Obrazek
Obrazek sali panowała cisza. Odziany w czarny płaszcz mężczyzna stał pod ścianą spoglądając gdzieś za okno, spiczasty kapelusz na głowie niczym kartka na czole mówił – lubię magię. Na krześle niedaleko siedział człowiek z gładką i pięknie ogoloną twarzą, odziany skórzany strój o barwach ciemnozielonych i ciemnobrązowych. Niby się opierał i grzecznie czekał, chociaż jego wzrok co chwile wędrował na elfkę naprzeciwko. Ona, z długim brązowym lokiem opadającym na dekolt trzymała w ręku ziarenka, które chętnie zjadał ptak siedząc na jej barku – chyba jastrząb. Uśmiechała się do swego zwierzęcia, jednak milczała myślami zamknięta w swoim świecie.

Drzwi wyjściowe otworzyły się, wpuszczając do pomieszczenia kilkanaście płatków śniegu. Wszedł człowiek odziany w podszywany kożuch, dokoła siebie miał kilka tobołków. Twarz jego chociaż względnie atrakcyjna była roześmiana nadająca mu specyficznego uroku. Otrzepał się i chciał coś powiedzieć jednak drzwi naprzeciw niego otworzyły się, zza nich wyszedł mężczyzna w eleganckim stroju średniej wzrostu o wieku starczym.

– Władca Siedliska zaprasza do siebie. – powiedział kłaniając się i schodząc na bok w uprzejmym geście.

Wszyscy nagle wstali zarzucając na plecy cokolwiek ze sobą mieli, nowoprzybyły dołączył do grupy.
W nowym pokoju o kamiennych ścianach, z mnóstwem gobelinów i regałów z książkami najbardziej rzucało się w oczy duże biurko umieszczone na środku. Za nim był duży na całą ścianę, ewidentnie okratowany z zewnątrz witraż, który rozjaśniał całą salę przez swoje kolorowe szkła. Pomiędzy nim a biurkiem stał tęgi człowiek wysokiego wzrostu, na plecach zwisała peleryna zrobiona z jakiegoś bardzo futrzanego zwierza, a gdy się odwrócił okazało się, że ubrany był w wysłużoną zbroję, a w ręku trzymał duży miecz schowany w pochwie. Widać, że gdzieś się wybierał.

Witajcie moi najemnicy. – po sali rozległ się grzmiący głos, który jeśli byłby głośniejszy, z pewnością poruszyłby mury. – Jestem Drogdat, władca Siedliska. Nie mam za dużo czasu, więc nie dam wam ciepłego powitania i od razu przejdę do rzeczy. Fort Zachodni, macie się tam udać by dowiedzieć się dla mnie co się u licha na miejscu dzieje. Tydzień temu miał miejsce pożar – niby nic dziwnego w czasie takich chłodów. Ktoś po prostu mógł nieostrożnie rozpalić ognisko. Jednak budynek, który spłonął to koszary, zginęło przy tym kilku strażników, u których rozpoznano cięcia zanim ich zwłoki wrzucono do ognia. Miała miejsce również próba zabicia kowala najętego przez straż do produkcji zbroi i oręża, na szczęście nieudana. To ewidentnie nie jest przypadek, a ja chce się dowiedzieć kto za tym stoi. Musicie też ruszyć do fortu południowego i macie się upewnić, czy tam wszystko jest w porządku. Kiedy się dowiecie kto stoi za tymi zbrodniami macie się upewnić, że winowajca trafi przed obliczę straży, a jeśli będzie stawiać opór – musi zostać zgładzony. Oto list, który upoważnia czwórkę do śledztwa. Konie czekają na was w stajni przed bramą miasta. Jeśli macie coś do roboty, to pośpieszcie się i nie traćcie czasu. Droga jest łatwa, musicie tylko podążać traktem do fortu północnego, z niego na zachód i będziecie na miejscu. Żadnego wsparcia finansowego ode mnie nie otrzymacie, ale nagroda za wypełnienie zadania już na was czeka. Aha, na tym liście maja się pojawić podpisy i pieczęcie dowódców straży miejskich obu fortów, na dowód, że odwiedziliście te miejsca. To wszystko. Żegnam. – zarzucił miecz na bark po czym szybkim krokiem minął drużynę. Zanim opuścił budynek można było usłyszeć "Odprowadź gości do wyjścia." rzucone najpewniej do służby.

Zaraz po tym wszedł ten sam osobnik, który grupę zaprosił, lecz tym razem odprowadził ich na zewnątrz. Wszystkich czworo przywitało mocne, niczym z bicza uderzenie mroźnego wiatru po twarzach.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

05 cze 2014, 00:32

Obrazekapłan obrzygany przez Iwana zdawał się nie przejmować tym faktem. Skupiał się na zdrowiu poszkodowanego, także gdy ten się obrócił na bok, uzdrowiciel złap go natychmiast, ratując przed upadkiem na podłogę. Prawdopodobnie nie był to pierwszy raz, gdy otrzymał taki podarek od swoich podopiecznych. Uspokajał dawnego bandytę słowami, jakby uświadamiającymi go o powrocie do świata żywych. Gdy leczony próbował wstać, kapłan dał znać Rucie, by ta pomogła im zaprowadzić go do karczmy. Jeśli nie zapije się tam na śmierć, to pobyt w miejscu, w którym lepiej się Iwan czuje z pewnością pomoże mu wrócić szybciej do zdrowia.

Ataki z gór nagle ustały i każdy wiedział, że bynajmniej nie z powodu braku sztyletów do rzucania. Drużyna skręciła za wzniesieniem w lewo. Wstąpiła na dłuższy, prosty odcinek ku południu. Po prawej, na skraju brzegu, znajdowały się pojedyncze drzewka, małe zagajniki. Po lewej – góry niezmiennie. Paladyn zatrzymał się, jego głos zamilkł…

Życie człowieka, życie w ogóle. Mówi się, że gdy się rodzisz, podświadomie wiesz tylko to, że umrzesz. Otrzymujesz Dar od swych Stwórców, dar unikalny i kompletnie twój. Zrobisz z nim to, co będziesz ty uważać. Życie. Wszystko ma jednak swą cenę. Klątwa, piętno wilkołacze. Dar, którego musisz bronić. Nie będzie sławy, nie będzie nagród, nie będzie wygranej. Życie wykorzystywane tylko po to, by go bronić przed nieuniknionym. Czy jednak śmierć wyznacza koniec Daru? Któż to wie poza tym, od którego Dar otrzymujesz. Żyć i walczyć o kolejne dni, które są tym samym – zawsze.

Los i przeznaczenie. Istnieją? Pytanie czy muszą istnieć. Czy droga musi istnieć, by nią podążać, czy wystarczy pustka, gdzie droga nie istnieje. A może wystarczy jedna skaza na Darze doskonałym. Skaza, która spacza wszelkie Dzieło. Co się stanie i co zrobisz z Darem, gdy wyprzesz skazę i zostanie tylko doskonałość. Czy udźwigniesz jego prawdziwy, nieskazitelny majestat… Zuchwale byłoby sądzić, że tak, nieprawdaż?

Kilkaset kroków, oto Droga, którą drużyna musiała przebyć teraz. Aż do następnego zakrętu. Droga, w której zawarta była prawdziwość ich świata, łatwa, brutalnie nieskomplikowana. Siedmiu chłopa na początku i dwa wilkołaki na końcu. Błądziły między drzewami, a górami. Pomiędzy nimi tylko pusty gościniec. Każdy jeden człek potrafił odróżnić trzy podstawowe rodzaje wilkołaków – zwiadowca, wojownik, kolos. Na końcu znajdowali się pierwszy i drugi. Nie trzeba było długo czekać aż spojrzenia się skrzyżują, aż mięśnie się napną.

Paladyn odwrócił się w stronę swego giermka. Młody, przerażony człowiek. Nie było murów za którymi można było się schować. Nie istniało wsparcie konnicy i innych paladynów. Nie było cydrianek, nie było kapłanów. Chociaż przyłbica zasłaniała zupełnie lico paladyna, wiadomo było, że jego mina mówiła powiedzenie rodu Sosny, które przyjęło się w krainach ludzkich – wygrana nie istnieje. Giermek wiedział co trzeba zrobić. Uderzył drzewcem proporca o kamienie schowane pod puchem śniegu. Postawił flagę, która trzepotała na wietrze.

Najemnicy spojrzeli po sobie i za siebie. Odwrót nie miał sensu. Uścisnęli sobie ramiona.

Kolejni – powiedział mnich.

Kolejni, bracie – odpowiedział mu wojownik.

Paladyn wrócił wzrokiem do bestii. Podniósł ponownie głos, pieśń sławiąca Aela zabrzmiała. Ruszył na wprost pewnym krokiem. Wilkołaki susem rozpoczęły niepowstrzymaną szarżę na drużynę…

Obrazek
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

05 cze 2014, 10:23

Wiedział, że droga, którą obrał, była pełna niebezpieczeństw. I to czyniło ją wartą świeczki. Tutaj nic nie przychodziło bez poświęcenia, bez narażenia swojego życia. Nie można było czegoś uzyskać, nie dając najpierw czegoś w zamian. Droga prowadziła właśnie do zysku – do odebrania swojej należności. Droga prowadziła w górę. Nie zawsze widoczna, lecz zawsze obecna.

Wszystko w Krainach Południowych groziło śmiercią. Każdy, nieważne jak silny, choćby był u szczytu mocy, mógł zostać zabity przez chorobę, zbłąkaną strzałę czy jakiegoś ciecia, który zakradnie się z tyłu i wbije sztylet w plecy. Śmierć zawsze była obecna, a kluczem było przygotowanie. Gotowość. Gotowość, by w każdej chwili stanąć do walki decydującej o śmierci lub przeżyciu. Pokonanie potrzeb ciała, wyostrzenie umysłu. Stanie się tak surowym jak całe Krainy Południowe. Jakże chciałby teraz położyć się i usnąć, odpocząć i przespać cały dzień – coś, do czego rzadko miał okazję. Sztuką było odpędzić to pragnienie. Czyniło ono ludzi słabymi i nieprzygotowanymi.

Widział zbyt wiele śmierci, widział zbyt wiele rzeczy, których nigdy miał nie dostrzec i sam zbyt wiele razy otarł się o ostateczną granicę, by tak po prostu poddać się czemuś, co może zmóc zwyczajnego człowieka. Musiał pokonać własne zmęczenie i to, co toczyło jego organizm – szczęściem, obydwa nie były za silne. Musiał pokonać samego siebie. Czynił to już wiele razy; nadszedł czas, by zrobić to po raz kolejny.

Podkład

Na jego twarzy nie znać było strachu, gdy dostrzegł wilkołaki, lecz wewnątrz było go aż nadto. Strach był sprzymierzeńcem. Jeśli się bał, to znaczy, że jeszcze żył. Nigdy nie pozwolił mu, by obezwładnił go, lecz zawsze wykorzystywał jako motywację. Przekuwał w siłę – kolejny element duchowego pancerza, który miał chronić go przed złem… i nim samym. Własną słabością.

Przeszkoda. Kolejna, większa niż zwykle. Większa niż on sam. Nie do ominięcia. Trzeba ją rozpierdolić, sama wręcz się o to prosi. Ale nie będzie to proste. Ukrył twarz w dłoni i zamknął oczy. Przygotował się tak, jak tylko mógł.

– Zawsze staliśmy w jednej linii przeciwko całemu nieprzychylnemu światu – przemówiły jego myśli, wyraźniej niż kiedykolwiek. – Potrzebuję cię. Przybądź do mnie. Razem nie mamy sobie równych.

Nawoływał Mistrza, który musiał tam gdzieś być. Chwilę potem dotarła kolejna myśl, równie jasna i wyraźna.

– Czerwona Istoto, spłacę swój dług, daj mi tylko znak.

Zacisnął palce na skroniach, pobudzając świadomość tak, jak tylko był w stanie, nie przeginając i nie wyczerpując się. By stanąć do tej walki, musiał być potężniejszy niż kiedykolwiek był. Musiał dać z siebie absolutnie wszystko, by wyjść z tego żywym. Musiał przekroczyć barierę pomiędzy słabością a siłą. Ludzką słabością a nadludzką siłą.

Walka wręcz z tymi monstrami nie wchodziła w grę, szczególnie że nie miał swojej głównej broni. Musiał wykorzystać swój talent do walki na dystans, by zasypać te przyobleczone w futro gówna strzałami. Od zawsze dobrze strzelał. Miał w rękach łuk, zanim kiedykolwiek podniósł miecz. Najdalsze, najgłębsze wspomnienia w większości związane były ze strzelectwem. Doszedł do wprawy nie tylko pracą, ale i talentem. Teraz miało mu to ocalić skórę, jeśli zdoła dobrze to wykorzystać.

Wiedział, jak poleci strzała. Wystrzelił ich aż nadto, by zapamiętać tor lotu pocisku tak, jak cydrianki zapamiętują poranną litanię. A teraz miał coś, czego nie miał nigdy. Swoje wyostrzone zmysły i zwiększoną koordynację. Korzystając ze wszystkiego co potrafił i dając z siebie wszystko miał przypuścić ostrzał na większego wilkołaka, celując dokładnie w ślepia.

Szybkim i bardzo zwinnym ruchem napiął łuk i nie celując dłużej niż sekundę wystrzelił. Niedługo potem znów. I znów.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

06 cze 2014, 12:27

Drużyna wkroczyła na prosty odcinek prowadzący ku karczmy. Domowir przygotowany był na kolejne ataki członków tajemniczego zakonu. Charakternik był czujny, musiał pełnić swoje zadanie jak tylko najlepiej potrafił. W głębi serca wiedział, że sztylety były jeno niewinną pieszczotą przygotowującą siedmiu chłopa na prawdziwe chędożenie. Szaradnik obserwował okolicę przez zmrużone oczy.

Ataki ustały. Przed orszakiem mężczyzn pojawił się przerażający obraz. Potomek Wenerada nie mógł uwierzyć, że już na samym początku będzie musiał przetrzymać wilczą zagładę. Bowiem, tam – w oddali, dwa wilkołaki zwinnie kroczyły między nagimi drzewami i skałami podnóża gór. W końcu ślepia najgroźniejszego drapieżnika Krain Południowych zetknęły się z człowieczym spojrzeniem. Ręce charakternika zadrżały.

Zaiste, życie człowieka w Krainach Południowych to odwieczny dramat. Balansuje on między rozpaczą a szczęściem, zaczepia swoją nadzieję w jakieś sile – najczęściej boskiej. W każdym miesiącu mandragory świat pragnie śmierci człowieka, albowiem wtedy światem rządzi wilk. To zaskakujące, że dzieci Trójcy nie poddały się jeszcze, nie odrzuciły dzierżonego oręża, nie klęknęły przed wrogiem i nie oddali żywota potężniejszym bytom. W ludzkiej duszy, gdy życie stawało się drogą przez mękę, budziły się instynkty. Pragnienie życia! Pragnienie trzymania w żelaznym uścisku własnego i unikalnego życia, które przeżywamy w tym świecie wyłącznie raz. Chcemy go niczym dziecko chcące miłości matki. Stajemy się kwiatem rosnącym ku słońcu, źródłem drążącym skalne ściany.

Czym było życie? Domowir miał wiele hipotez, filozoficznych rozważań uciekających gdzież poza realny świat. Nigdy nie dostał jawnej i wartościowej odpowiedzi, sam poszukiwał jej w mgle niejasności i kłamstw, które często sam sobie tworzył. Teraz widział klarownie. Życie to nic innego jak dom, który trzeba ochronić za wszelką cenę. Życie nie było ognikiem, to ognisko wszystkich innych żyć, które wpływało na to wyjątkowe – na jego własne.

Sam był nikim. Musiał walczyć dla innych.

Artemus dobył swego łuku, najemnicy być może ostatni raz bratersko złapali za swoje ramiona. Domowir niepewnie spojrzał na Boroka i Artemusa, bo widział w nich dobrych przyjaciół, w których mógł odnaleźć wsparcie. Nadchodziła brutalna śmierć, agonia w kakofonii dźwięków pękającego metalu i pożeranego mięsa. Giermek postawił sztandar, paladyn pewnym korkiem szedł ku nieuniknionemu. Nie było nadziei…

Błękitnooki uśmiechnął się w końcu. W jego wnętrzu szalała adrenalina i wizja walki z istotami znacznie silniejszymi. Nie było nadziei, pozostało kucie własnego przeznaczenia. Burza emocji przeistaczała się w wir, który budził esencję jestestwa Domowira. On i Artemus stawiali czoła przeciwko dziesięciokroć mocarniejszych od siebie. Duet szedł pod prąd… Każdy dzień dwójki przyjaciół mógł być ostatnim.

Oczy charakternika chytrze błysnęły, nadchodząca śmierć była ekscytująca! Ta walka odmieni wszystko, blizny pozostaną na zawsze. Do walki kontaktowej jeszcze nie doszło, dlatego Domowir postanowił nadal wypełniać rozkaz paladyna. Utrzymywał razem z Borokiem energetyczną kopułę. Gdyby Artemus wystrzelił, Domowir otworzyłby na krótką chwilę szczeliny w barierze, aby strzały przeleciały przez magiczną strukturę.

– Artemusie, to będzie kurewsko zabawny dzień. – rzekł ironicznie, przypominając kompanowi atmosferę starych dziejów.

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

09 cze 2014, 23:02

Iwan

nie do końca zdawał sobie sprawę ze swojego położenia, dzięki pomocy kapłanki nie musiał znosić bólu lecz nadal doskwierało mu zmęczenie. Nadal był otumaniony, czy to przez leki, magie czy uraz. Gdy zdołał odepchnąć od siebie koszmary posłyszał rozmowę. Stęknął cicho i z pomocą kapłana podniósł się. Wiedział, że szybko znudzi mu się siedzenie w tym brzydkim miejscu. Na dodatek śmierdziało tu wymiocinami i krwią. Te zapachy nie mogły ze sobą współgrać.

Jakimś

cholernym cudem udało im się z Rutą i dotarli na miejsce. Nie omieszkał Iwan wywrócić się wielokrotnie, splunąć przypadkowo na szatę cydrianki, a nawet delikatnie palcami przejechać po jej talii. Rzecz jasna były to skutki ciężkiego choróbska i magii. Gdy poczuł ciepło bijące od jego ulubionej karczmy wrzasnął z radości. Od razu odezwały się żebra nieprzygotowane na ataki radości miecznika. Kaszlnął, a słychać w tym kaszlu było ból. Grzecznie poprosił Rutę by zaprowadziła go do pokoju gdzie wygodnie zalęgnął się na łóżku. Nie omieszkał się wykorzystać jej dobroci i sakiewki. Maślanymi oczami poprosił o garniec potrawki i wino do tego. Nie można były tego choremu odmówić, potrzebował sił by wrócić do zdrowia przecież! Gdy dotarła lub nie z daniem miał ostatnią prośbę, niemrawo zapytał…

Ruto

… czemu nigdy nie pokazujesz swojej twarzy? Bo… zawsze mnie to interesowało. Znaczy się jak wyglądasz, obiecałaś coś tej cholernej Cydrii pewno haha? – znów kaszlnął boleśnie - … ale zrozum, jak mam Ci w pełni zaufać jak nawet nie widzę twojej gęby he? – mistrzem romantyzmu nie był, niedelikatnie dotknął jej ramienia - nosz Ruta, gorączka może mnie wykończyć, chciałbym sprawdzić jak blisko moja wyobraźnia była haha! Nie daj się prosić, wiesz że umiem to robić przez długie godziny.

Nieco

się podpierając ułożył się w pozycji leżąco-siedzącej. Popatrzył kapłance prosto w oczy, bo tyle mu zostało. Był cholernie ciekawy co skrywa jego towarzyszka pod tymi szatami.
- No Ruciu, nie każ mi się zakradać do łaźni. – zapytał słodka niczym mokry szczur wyciągnięty z łajna. Uśmiechnął się natomiast nawet ładnie.
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

18 cze 2014, 04:03

ObrazekObrazekilkołaki pędziły wprost na drużynę. Piana z ich pysków sączyła się, aż jej krople skapywały na ziemię. "Żarcie!" Wołały ich dzikie ślepia, w których dostrzec można było dzieciną radość z otrzymania nowej zabawki. Niemal same siebie przepychały na bok, w wyścigu które pierwsze rozszarpie paladyna. Zaprawdę chaos i szał istniały w ich pędzie.

Nie było wiadome czy paladyn maszerował wprost paszczy śmierci z otwartymi oczami. Ród Sosny był jednym z najznamienitszych rodów Myrwen i Tire Nel razem, słynącym z wewnętrznego poczucia beznadziei graniczącym z szaleństwem. Dlatego nic dziwnego w tym było, że im bliżej wilkołaków, tym chętnej paladyn dreptał wprost na nich. Uniósł pawęż i podniósł miecz, a pieśń chwaląca Aela nabierała na sile.

Najemnicy – rozsądnie – zsiedli z koni. W starciu z wilkołakami na rumakach istniała pewna śmierć, bez nich aż – niemal pewna. Ruszyli na przód bariery, ale nie przekraczali lekko widocznej magii charakterniczej. Mnich zakołysał ciężkim cepem bojowym, wprawiając go i swoje ciało w ruch. Wyglądało to niczym taniec z bronią, gdzie tylko co trzeci, bądź czwarty ruch napędzał pęd kuli. Najemnik natomiast dobył dwuręcznego ostrza i szykował je na kontrę szarży wilczej, by jednym sprawnym ruchem okaleczyć wroga. Dwa wilkołaki, siedmiu chłopa. Istniała nikła szansa, że jeden wyjdzie z tego z życiem. Warto było ją wykorzystać na swą korzyść.

Im bliżej były psie syny, Domowir tym mocniej czuł jak Borok wzmacnia barierę – czy to ze strachu, ekscytacji, bądź świadomie – nieistotne. Faktem było przygotowanie charakternika. Paradoksalnie do wszystkich, giermek Gardomira zwolnił i kroczył na granicy wewnętrznej bariery, jakby go to miało przed czymkolwiek uchronić. Ale niedługo po tym, jak dostrzegło szykujących się najemników, oraz gotującego się mistrza – zeskoczył z konia i dołączył do mężów z przodu. Poczuł czym są krainy południowe, poczuł, że jeśli ginąć to tylko z braćmi.

Bojowa szarża wilkołaków przemieniła się w pogoń za darmową wyżerką. Strategiczne ruchy dwóch wilczych synów, szybko po tym gdy uświadomiły sobie swoją druzgoczącą przewagę nad siedmioosobową drużyną, zamieniły się w susy do wyżerki i zabawy. Pierwsze strzały Artemusa chybiały haniebnie. Lecz oddawanie strzał w takim szaleńczym wietrze nie równało się niczemu innemu. Dopiero potem, gdy wilkołaki były stosunkowo blisko strzały padać zaprawdę blisko głów oponentów. Niektóre muskały się o ramiona, lecz żadne nie wbijały się. Co dziwne – wszystkie strzały zbliżające się do wilkołaków rozmywały się niejako i ludzkie oko gubiło ich ślad. Zupełnie, jakby wilkołaki ktoś chronił czarem. Faktem widocznym jednak było, że przeciwnicy byli coraz bliżej – niezranieni.

Im bliżej były wilkołaki tym szybszego tempa nadawał drużynie paladyn. Pomimo swej zbroi oraz płaszcza, a przede wszystkim wieku, dreptał ku śmierci, jakby ją witał z radością i błogosławieństwem bożym. Dopiero tuż przed impetem, zatrzymał się i trzy dolne szpikulce pawęża wbił w ziemię pod puchem śniegu. Schował się za nią, zapierając nogi na nadchodzący atak. Wołał przy tym w pełni sił głosu "BARIERA!", a Domowir razem z Borokiem wzmocnili ją na polecenie dowodzącego na tyle, by przetrwały uderzenie wilków.

Gdyby się temu przyjrzeć w nieco wolniejszych chwilach – tak wyglądała jedna z najczęstszych przyczyn śmiertelności ludzi. Powiewające melancholijnie na wietrze gładkie futro, żaden włos nie był zlepiony z sąsiednim. Żaden włos nie był ubabrany w gównie. Atak z wyskoku, więc wyprężone wszystkie pazury, napięte mięśnie, oraz paszcza otwarta do ewentualnego ugryzienia bądź odgryzienia kończyny. Przed Epoką Porządku, szaleni charaktenicy wraz z równie szalonymi kapłanami udowodnili, że ugryzienie wilkołaka jest w stanie oderwać zupełnie zdrową nieosłoniętą ciężko kończynę ludzką.

Paladyn naciskający na swą tarczą czekał na impet. Nie słychać było żadnej eksplozji, żadnego uderzenia. Jakby opór paladyna był oporem kłosa trawy przeciwko wiatrowi. Nie było nic, prócz nadnaturalnego, sekundowego, rozmazania, które Domowir zdążył dostrzec. Wilkołaki zderzyły się o paladyńską barierę magiczną i zniknęły, jakby ich nigdy nie było, jakby wskoczyły do guślarskiego portalu i po prostu znikły. Konsternacja nastała w drużynie. Dopiero po chwili bariera Boroka, na rzecz oszczędności energii osłabła. Najemnicy poczęli się rozglądać dookoła, lecz nic nie było widać. Po stoku górskim rozszedł się odgłos złowieszczego, ironicznego oraz prześmiewczego chichotu. Dwójka najemnych braci wyszła z bariery wrzeszcząc wściekle i wyzywająco, rozglądając się dookoła. Jednak chichotowi nie było końca. Tyle energii zostało zużyte… na sztuczkę. Tak, każdy miał wrażenie, że dał dupy wrogom. Ale jakie było inne wyjście?

Paladyn bez słowa odetchnął spokojnie, złapał za ramiona sojuszników po czym wrócił ich do szeregu. Włożył dłonie pod przyłbicę i przetarł twarz. Podniósł miecz, wydobył z pomiędzy kamieni szpikulce tarczy i ruszył spokojnie dalej. Tym razem jednak nic nie śpiewał, jakby rozkoszując się dźwiękiem wiatru. Zaprawdę dziwna była to magia, która oplotła umysły wszystkich drużynników niepostrzeżenie. Dwie możliwości wplatały się w myśli – jeśli wrogowie władają na tyle potężną magią umysłu, iż nawet charakternicy nie zdali sobie sprawy z ich operacji, to sytuacja jest z góry przegrana. Co jednak jeśli istnieje inne rozwiązanie?

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

18 cze 2014, 13:18

Pogodził się ze swym losem. Śmierć nadchodziła w wilczych susach. Widział potęgę mocarnych kończyn potworów, ich żelazne mięśnie zdawały się być jedną z najpotężniejszych broni krain Południowych. Charakternik, potomek Wenerada, jeno się uśmiechnął. Niedługo się rozpocznie potańcówka, ubaw po pachy będzie – nie ma co.

Podniecała go myśl o walce z czymś, co mogło go rozszarpać w mgnieniu oka. Pojedynek ze zwierzyną zdolną powalić i natychmiast uśmierć łowcę jednym ciosem łapy. Więc, kto był właściwym myśliwym? Odpowiedź była oczywista, niemniej czasem rola się odwracała, a wtedy to wilkołak się stawał obiektem łowów. Dzisiaj owa rola była niezmieniona – to ludzkość się utrzymywała za tarczą.

Wyczuł poczynione przez Boroka wzmocnienie osłony magicznej. Charakternik niedawno rychtował umysł przed potyczką z nieludzkim adwersarzem, teraz przygotował się faktycznie – aktywnie wpłynął na energetyczną kopułę. Najemnicy się zbliżyli do krańca bariery. Złapali za ciężkie dwuręczne bronie, gotowali się na – być może – walkę ich życia. Nie było w nich paraliżującego strachu, jeno istniał w nich instynkt, który napędzał ich do boju. Uczucie nakazujące do stawienia oporu. Tym była natura ludzi południa – odwieczne przetrwanie. Determinacja łączyła się z szaleństwem i beznadzieją – idealnie ukazywał to paladyn drużyny.

Nawet giermek zdecydował się na braterstwo, niżeli na strachliwe obserwowanie swych kompanów z tyłu. Domowir poczuł nieopisaną dumę z młodzieńca, był znacznie lepszy od charakterników-adeptów, którzy byli przez jakiś czas pod dowodzeniem błękitnookiego. W barierze nie było miejsca dla męskich niedojdów, który uciekaliby przed potyczką. Każdy miał swoje zadanie i wypełniaj je z należytą starannością. Współpraca była niezbędna do przeżycia szarżującego gówna z uszkami i ogonkiem. Charakternik pocieszał się faktem, że te bestie wyglądały jak popierdółki. Czyste, powiewające na wietrze futerko – prawie jak szlachcice, który wiecznie siedzieli w swych dworkach i dupska nigdzie nie ruszali poza miesiącem mandragory.

Dostrzegł dziwne zjawisko. Wystrzelone strzały, co prawda nie trafiły, przeleciawszy obok potworów, uległy dziwnemu załamaniu w przestrzeni. Jakby się rozmazały, na chwilę tracąc klarowność swych kontur. Światło padające na wilkołaki ulegało nienaturalnej anomalii. Czyżby cholernicy, zakonni najemnicy nałożyli magiczne ochrony na wilki?

W końcu nadeszła ta wyczekiwana przez wszystkich chwila. Kilka sekund przed uderzeniem, piękna rzecz. Serce Domowira waliło jak młot kowalski w kowadło. Widział już oczami wyobraźni, jak wilkołaki przedzierają się przez rycerza, by następnie przebić się przez barierę i wedrzeć się do środka. Krew i krzyki, majestat walki z potworami. Tak, to było piękne i ohydne zarazem – dualizm tej sytuacji mógłby być tematem rozważań na długie godziny, lecz teraz nie było na to czasu. Wojownik Aela wbił w ziemię swą tarczę i rykną do swych kamratów. Domowir i Borok natychmiast wpłynęli na barierę, aby przygotować ją na konfrontację z siłą przepotężnych nieprzyjaciół.

Wyparowały, gdy przekroczyły niewidzialną barierę anty-magiczną.

Kpiący rechot rozbrzmiał na górskim trakcie. Domowir ze zdziwieniem rozejrzał się po okolicy, próbując zauważyć źródło poniżającego jego i przyjaciół śmiechu. Nie dostrzegł go.

Wraz z Borokiem osłabił natężenie energetyczne kopuły, sporo mocy zostało spożytkowane na marne. Charakternik wichrów docenił posunięcie wroga, było genialne. Odwracając planszę, wczuwając się w sprytnych oponentów, zobaczył prawdopodobną przyszłość następnych posunięć. Zakonnicy jasno dali do zrozumienia, że potrafią manipulować przestrzenią i oszukiwać drużynę. Dali do zrozumienia, że mogą mieszać obraz prawdziwy z fałszywym, doprowadzając grupę rycerza z rodu Sosny do skrajnej dezorientacji.

Domowir musiał odnaleźć rozwiązanie z tej sytuacji, inaczej wysra się z mocy razem z Borokiem, a to doprowadzi do rychłej śmierci.

Szybkim spojrzeniem ujął najemników, którzy opanowali swą wściekłość i wrócili do szeregu. Domowir raz spojrzał na Artemusa, raz na mnicha. Trza było z nimi porozmawiać, albowiem znają się na kolorze Umysłu. Wariant z grupowym atakiem mentalnym wydawał się Domowirowi wielce nieprawdopodobny. Dawka mocy na oszukanie umysłów wszystkich musiałaby być ogromna i różna w stosunku do magicznej odporności każdego z nich – paladyn byłby najgorszym celem. Niemniej – zakonnicy musieliby czarować przed pojawieniem się bariery paladyna, a to oznaczałoby wprowadzenie w iluzję przed wejściem na prosty, górski odcinek.

– To nie mogła być zbiorowa iluzja koloru Umysłu. – Zaczął, mówiąc głównie do mnichów. – Niemniej nie mamy do czynienia z ludźmi, a ja nie mogę sobie pozwolić na lekceważenia owego koloru. Macie wyostrzone umysły, jesteście wstanie stwierdzić po fakcie czy doszła tutaj ingerencja mentalna? Czy iluzja wynika z zakłócenia naszego umysłu, a nie przyrody? – rzekł opanowanym, nawet zaciekawionym głosem. To zdawało się podejrzane: Domowir bardzo szybko przywrócił swą stabilność emocjonalną, stając się teraz kimś, kto właśnie czytałby sobie księgę i dumał nad problemami natury matematycznej przy kielichu wina

.

Po usłyszeniu odpowiedzi zamknąłby swe oczy. Niebo stało się czarne niczym węgiel. Góry były bielsze od śniegu, a sam biały puch był trzykroć bielszy od naturalnego. Konie były całe czerwone i nieco rozświetlone, wydobywała się od nich złowroga łuna. Ludzie błękitni niczym domowirowski wzrok – pancerze, ubranie, skóra – wszystko to zalała jedna barwa. W oddali nacierały fioletowe wilkołaki, ale poruszały się zbyt wolno, jakby pływały podwodą i każdy ich ruch był namiastką tego, który byłby wykonywany na powierzchni.

Jeno jeden charakternik wyglądał naturalnie. Był nim Domowir. Patrzył uważnie na bestie i intensywnie myślał. Spojrzał w górę i niczym bóg zmaterializował nad sobą słońce zmierzające ku zachodowi. W jednej chwili Domowir pojawił się przed wilkołakami niczym guślarz wychodzący ze swego magicznego portalu. Wyciągnął bez strachu rękę i zanurzył ją w fiolecie ciała bestii. Kończyna człowieka przenikała przez futro, weszła do pustego wnętrza i badała je.

Po chwili w głowie szaradnika się pojawiły pewne spekulacje.

Otworzył oczy.

– Słuchajcie, mam pewne wnioski. Uważam, że nasi przeciwnicy posłużyli się prawdopodobnie dwoma kolorami, gdzie Starożytni był głównym. Moja hipoteza jest następująca: wrogowie posłużyli się powietrzem, aby załamać światło. W załamanej sferze, gdzie światło wtedy winno było zniekształcać nam obraz drogi przed nami, wykorzystali kolejny kolor, aby wykreować obraz wilkołaka. Był to, panowie, miraż. Wrogowie kontrolowali powietrze, tym samym kontrolując światło, a to dawało im kontrole nad widzianym przez nas obrazem. Drugi kolor stworzył obraz wilkołaka, być może była to sztuczka koloru Chaosu, lub ich kontrola nad cząstkami światła jest na tyle zaawansowana, iże mogli wykreować nawet tę bestię.

– Przypomnijcie sobie czy słyszeliście jakiś dźwięk, gdy wilkołaki na nas nacierały? Ja nie mogę sobie tego przypomnieć. Jeśli dźwięk nie istniał, wilkołaki były jeno pół-fizycznym zjawiskiem. Czy zostawiły ślady na śniegu? Bo ich nie widzę, może jestem ślepy. Aby drugi raz nie wpaść w tę samą pułapkę, musimy dokładnie obserwować teren. Uważam, że Artemus byłby w tym zadaniu najlepszy, albowiem jest świetnym łucznikiem, chociaż teraz się nie popisał. Ma wprawne oko. Gdy spotkamy się z kolejnym oporem, Artemusie, musisz obserwować przestrzeń obok obiektu będącego prawdopodobną iluzją. Jeśli nie zostawia po sobie śladów, przestrzeń wydaje się złamywana, od razu o tym mówisz i wskaż nam ten cel.

– Mnichu czy byłbyś wstanie wyostrzyć zmysł wzroku Artemusa? Lub sprawić, aby je skupienie było większe? Poprosiłbym o to Boroka, ale my obaj mamy już swoje zdanie. Mnichu – w ogóle, jak się zwiesz – spraw, aby koncentracja Artemusa była większa, może dzięki temu lepiej będzie dostrzegać kolejne miraże.

– Jeśli wilkołaki pozostawiły po sobie ślady i wydawały właściwy sobie dźwięk, nadal może być to robota koloru Starożytnego. Cóż, mimo wszystko było to mirażem, a mój pomysł może pomóc nam przetrwać. Może ktoś wpadł na coś lepszego? Chętnie wysłucham. – powiedział szczerze.

Gdy prawił, nadal miał na uwadze okolicę i barierę. Dzięki podzielnej uwadze, mógł sobie pozwolić na monolog.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

18 cze 2014, 13:43

Dot

arli do karczmy, podtrzymując Iwana. Ten potykał się, kaszląc i plując resztkami krwi. Nie przepadała za dotykiem, dlatego przy każdej możliwej próbie upadku po prostu łapała go mocniej pod ramię, tak by ten nie musiał chwytać się rozpaczliwie wszystkiego dookoła. W ten sposób ona zachowała swoją przestrzeń osobistą, nienaruszaną męskimi dłońmi, a on był bezpieczny. Czyż to nie było najlepsze z możliwych rozwiązań?

P

oprosił ją, by zamówiła mu jedzenie. Żal było jej odmawiać, jednak wiedziała, że nadszarpnięcie gościnności oberżysty, u którego i tak żyli przecież za darmo, nie byłoby dobrym posunięciem. Zdecydowała więc, że Iwan, zajęty chorobą, nie przemyślał tego wystarczająco. Po odprowadzeniu go na górę, do pokoju, podeszła do lady.

Przepraszam, czy mogę jeszcze jeden raz powołać się na pańskie dobre serce? Nie chciałabym się narzucać, jednak mój kompan został ciężko ranny. Żeby dojść do zdrowia, przydałoby się cokolwiek ciepłego do jedzenia, picia. Nie proszę o wyśmienite dania, jeno coś na rozgrzanie się. Czy mogłabym?

P

o dostaniu tego, o co poprosiła, wróciła do pomieszczenia. Przysiadła przy mężczyźnie, wzrokiem pytając, czy pomóc mu w posileniu się. Jeśli tak – nie miała problemu, stanowiło to dla niej coś normalnego. Na zadane pytanie zmarszczyła brwi, zdziwiona.

Nie okazuję swojej twarzy według zasad zakonu, do którego przynależę. Nie mam zamiaru ich łamać. Myślę, że okazałam ci wystarczająco, że można na mnie polegać i okazanie mojej twarzy nie jest potrzebne. I proszę, wyrażaj się. Tylko dzięki temu, że Cydria nad tobą czuwa jeszcze tutaj jesteś. Nie powinieneś jej obrażać.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

21 cze 2014, 12:25

Jak się okazało, wiatr wiał zbyt mocno, by dało się skutecznie wycelować. Całe skupienie i koncentracja spełzły na niczym. Dopiero gdy bestie zbliżyły się, strzały zdawały się przenikać przez ich ciało. Zrozumiał, że to podstęp i wstrzymał ogień na kilka sekund przed tym, jak obrazy rozbiły się o tarczę paladyna. Gdyby były prawdziwe, to byłby koniec ich wszystkich – pozostawiony bez wsparcia, zarażony jakimś syfem i z wyczerpanym umysłem nie dałby rady im wszystkim. Opuścili go wtedy, gdy najbardziej ich potrzebował, ale nie było to zaskoczeniem.

– Nie dam rady z dużej odległości dostrzec tego, czy są prawdziwe czy nie. Zauważyłem to dopiero na chwilę przed ich zniknięciem. Przez ten pieprzony wiatr ni cholery nie dam rady ich trafić – przekazał pozostałym. – Jedno jest pewne, skoro zdołali jakoś wykreować te obrazy, musieli mieć wzór, czyli prawdziwego wilkołaka. Pytanie tylko, czy jest przez nich kontrolowany, czy po prostu czai się w okolicach. Nie ma sensu marnować energii na dostrzeganie iluzji, łatwiej spróbować ją rozproszyć. Nawet słaby atak antymagiczny powinien jakoś naruszyć strukturę iluzji, przez co straci ona swą wartość.

Nie pamiętał, by jeszcze kiedyś bardziej chciał znaleźć się w spokojnym miejscu i zwyczajnie odpocząć. Nadstawianie za kogoś karku przestało być zabawne.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

26 cze 2014, 07:54

ObrazekObrazekharakternik przemówił. Drużyna czekała i planowała, albowiem okazało się, iż wróg jest silniejszy niż można było przypuszczać na początku. Niestety czysta strona, na której powinny znajdować się informacje o wrogu takie niesie konsekwencje. Wierzy się w krainach południowych, że życie człowieka jest zapaloną świecą. Wszystkie tworzą Oświetloną Salę, nad którą ma pieczę Ael. Jej strażnikiem jest Greczdar, a Cydria Opiekunką Świec. Wysokie świece o spokojnym płomieniu to dzieci. Niskie, mrugające ogniem, to starcy. Świece krążą w tańcu, tworząc zagmatwane losy życia, dlatego jeśli ktoś ma dostęp do Oświetlonej Sali, może poznać przyszłość. W tańcu często jednak świece się przewracają i gasną wcześniej, łamiąc się. Zdarzają się też przeróżne ognie, z których można wyczytać wiele, choćby zdrowie człowieka. Mówi się, że płlomień przypomina samego człowieka. Ael właśnie zerkał na siedem różniących się świec, które złączyły taniec. Otaczały je sześć, których płomienie zakute były w lodzie…

To zdecydowanie nie była sztuczka umysłu – przemówił mnich – O ile nie mają ze sobą kryształu mocy, nie byliby w stanie wykreować tego w naszych wszystkich umysłach. Nie wiem natomiast o czym mówisz, nie wiem co to załamanie światła, nie wiem na czym takie zjawisko polega. Ale jest chujowo, skoro kreuje wilkołaki. Trzeba to załamanie zniszczyć jakoś! – powiedział głośniej. Giermek oraz druh mnicha wzrokiem poparli jego przemowę.

W takim razie zacznij już się o to modlić do Przedmatki Magii – odpowiedział paladyn – Ponieważ to jest jej część, jak ta zima… – smutnym tonem zawiesił swoją wypowiedź.

Wycia były fałszywe. Prawdziwe, a jednocześnie fałszywe. Reszta to nasza imaginacja. Śladów też nie było. – dowódca wskazał na biały, niezaburzony niczym śnieg przed nimi. – Znają nas lepiej niż my sami.

A to co za sztuczka…? – Gardomir przemówił chwilę po tym, jak Artemus przekazał odpowiedź drużynie wewnątrz bariery fizycznej. Patrzył w górę, w niebo. Te ciemniało i gęstniało. Chmury czarne zbierały się szybko, a nad nimi kształtował się jasny tunel. Domowir i Artemus znali to i wiedzieli, że nic dobrego to nie wróży…

Niedługo trzeba było czekać, aż czerwona kropka pojawi się w jaśniejącym tunelu. Kropka, która co chwilę przybierała na rozmiarach i zaczęła przypominać człowieka – chyba. Zaczął spadać. Opancerzony osobnik w kolczastą, czerwoną zbroję. Zdawał się być w całości ze stali. Rycerz, który w ręku dzierżył cep bojowy wielkości mnisiej broni.

Runął na ziemię z hukiem, cały śnieg wzniósł się w górę. Wstał z klęczek po lądowaniu i wyprostował się.

Na Aela… – wybełkotał paladyn, gdy reszta drużyny bez słowa cofnęła się o kilka kroków w przerażeniu, albowiem jego persona przerażała niczym stworzyciel śmierci.

Prosiłeś o znak, ślepy głupcze. Więc go masz. Takiego już nie przeoczysz! – zagrzmiało. Istota poczęła się zbliżać do drużyny, a rozmiarem przewyższał osobę, która siedziałaby na koniu.

Naprawdę myślisz, że zależy mi na śmierci tych podnóżków? Że fakt ich zabicia w moje imię coś zmieni?! Przekonajmy się. – przemawiał nieustannie zbliżając się. Nagle opancerzona pazurami dłoń chwyciła głowę Gardomira, uniosła go i bezceremonialnie, bez sekundy zawahania – zgniotła ją. Wysłannik Aela nie zdążył nawet krzyknąć. Truchło opadło, a gęste resztki mózgu spływały po czerwonych pazurach zaciśniętej pięści. Zbroja zaszeleściła, gdy obcy rozejrzał się dookoła siebie.

Nie widzę, żadnych zmian. Aczkolwiek, pewności nigdy za wiele, prawda?! – wyciągnął drugą dłoń w kierunku mnicha, jego kompana, oraz giermka. W jednej chwili ich ciała powyginały się w nienaturalnych kierunkach. Z ich ciał tylko mignęły jasne punkty w stronę niebios, gdy oni rozsypali się w proch, który natychmiast porwał wiatr. – Ty żałosny głupcze, przez tysiące lat istoty zabijały w imiona wielu, to nic nie zmienia. I tak przyjdą do mnie.

Obrazek

A o jakim to długu mówisz? Masz na myśli może dar, który ode mnie otrzymałeś? – istota wyciągnęła rękę do Artemusa. Na niej nagle zaczęła pojawiać się czysta światłość. – Nie ma żadnego długu, nędzny robaczku. Należysz do mnie, a ja nie mam zamiaru się tobą zajmować. Otrzymałeś ode mnie dar, Nosicielu, owszem. Oczekując jednak, że udzielę ci na jego temat jakichś wskazówek udowadniasz swoją i tak już pokaźną głupotę! Może Aela bawią takie gierki z ludźmi, mi zwyczajnie nie chcę się użerać z waszą bezdennością ślepoty. Zostałeś wybrany nie bez powodu, jednak zawiązaliśmy umowę… – podszedł do Artemusa, łapiąc go jedną ręką za twarz i unosząc – A mnie nie obchodzi, czy zrozumiesz jego sens czy nie, mizeroto. – puścił go, a mężczyzna upadł na kolana. Krew z ciała paladyna zalała okolicę, czerwieniąc śnieg. – Zamiast liczyć na łaskę kogokolwiek, lepiej zacznij się samemu starać, a przy okazji ja będę miał spokój – istota odwróciła się i odeszła kilka kroków. Zaczęła unosić się w powietrze, szybciej i szybciej w wir, z którego przyszła.

Siusie? – usłyszał głos – Artemusie! – przy następnym mrugnięciu oczu, dostrzegł wszystkich drużynników, którzy go otaczają. Pięciu chłopa pochylało się nad nim, a szósty – paladyn – obserwował zbocza.

Co się stało, cwaniaku? – przemówił mnich – Nagle się po prostu osunąłeś na ziemię.

Artemusie! – usłyszał w swojej głowie głos, a nie pochodził on od nikogo z drużyny, ale od jego dawnego Mistrza – Podczas nieobecności przeanalizowałem wszystko i uznałem, że trening fizyczny masz za sobą. Wychowałem cię jak swego syna, nauczyłem wszystkiego, co potrafiłem i tyle ile zdążyłem. Zostawiłem ci jednak lukę w sercu, gdy odszedłem. Czas jednak, byś wiedział pewne rzeczy. Pierwszym krokiem będzie, gdy udasz się do Siedliska, do portu. Znajdziesz charakterystyczny burdel Dziupla i tam postarasz się znaleźć Iporę. Pochodzi z ogromnie daleka… To… Twoja matka.

Z każdą chwilą jesteśmy słabsi. Musimy ruszać. Jeszcze jest nadzieja, że dotrzemy do oberży żywi. Ja chciałbym z niej skorzystać – powiedział paladyn – Wiemy, że posługują się iluzją. Zobaczymy co dalej mają.

Ale skoro Artemus nie może być zwiadowcą, jaki mamy plan dalej? – zabrał głos Borok – Z jednej strony ma on rację, o antymagii. Ale jeśli będzie to jakaś znów nowa broń, a nie iluzja? Nie stać nas na marnowanie kolejnej mocy. Dosłownie.

Oczywiście całą sytuację z czerwoną istotą widział tylko Artemus. Reszta drużyny widziała tylko omdlenie Artemusa.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

26 cze 2014, 12:26

Tym razem Domowir nawet nie skupił ułamka swego umysłu na filozoficzne rozważania.

Skupił swój potencjał intelektualny na tu i teraz, uważnie przesłuchując się słowom drużynników. Odpowiedź mnicha urodziła niczym ziemia dęby dwa wnioski. Charakternik zaczął analizować wypowiedź towarzysza od jej drugiej części. Wspomniał o czymś, co nazywa się kryształami mocy, Domowir pierwszy raz o tym słyszał lub nie zapamiętał nic o tym artefakcie – bowiem być może usłyszał coś o nim w przeszłości, ale uciekło to z jego świadomości jak piasek z rozbitej klepsydry. Aby pojąć właściwości tego przedmiotu należało zagłębić się w jego nazwę. Kryształy – czyżby niektóre kamienie szlachetne posiadały zdolności absorbowania mocy i magazynowanie jej w sobie? – mocy – ciała krystaliczne przechowywały w sobie konkretny ładunek: Moc. Jeśli była to nieskażona niczym Moc, to oczekiwała na Wolę, która nadałaby owej Mocy konkretny charakter, a to rodzi zaklęcie. Jeśli Domowir rozumował poprawnie, kryształy można użyć do większości kolor. Była jeszcze jedna rzecz. Mnich rzekł: O ile nie mają ze sobą kryształu mocy, nie byliby w stanie wykreować tego w naszych wszystkich umysłach. Zakładał, że kryształy mocy mogą mieć w sobie ogromny ładunek, który mógłby pokonać barierę paladyna, albowiem musieliby to uczynić, aby dostać się do umysłów orszaku Fortu Zachodniego. Pierwsza część odpowiedzi ziomka zaznaczyła to, iż istnieje duża szansa na brak rzadkiego przedmiotu magicznego w sakwach przeciwników. Domowir raz jeszcze sobie podkreślił: szansa. Mieli styczność ze starożytnym zakonem mających w swych szeregach istoty nadprzyrodzonymi, a te zapewne zdążyły zebrać w swych magazynach sporo ciekawych zabaweczek.

Paladyn napomknął o Przedmatce Magii. Wypowiedziane zdanie z ust członka rodu Sosny napomknęły o prabogu, który stworzył cały świat znany ludzkości i ten wykraczający poza jej mapy. Według mitologii to właśnie Magia zaniechała starania Trójcy chcącej wykreować najdoskonalszą istotę. Zaiste, można się do Przedmatki modlić lub ją wykorzystać w pobożny sposób. Przywódca później przypomniał wszystkim o wyciach, wtedy szaradnik na coś wpadł. Zamierzał to wyjawić za chwilę, ponieważ obecnie zbierał wskazówki z ust przyjaciół…

Artemus niespodziewanie upadł na ziemię niczym strącony bełtem kuszy. Charakternik zatrzymał konia i wzrokiem dał znać Borokowi, że chciałby zejść z konia. Borok uczynił to samo. Uważając na materiał noszący na sobie glif, słudzy Wieży zbliżyli się do leżącego na śniegu Nosiciela. Najemnicza brać również zainteresowała się losem nieprzytomnego. Sytuacja pogarszała się z każdym uwalnianym powietrzem z płuc ludzi, którzy niejednokrotnie powstrzymywali struny głosowe od panicznego krzyku. Byli mężczyznami idącymi jak Greczdar przykazał – do celu. Albo dojdą, biorąc na klatę każdą przeciwność losu, albo umrą i zostaną wpierdoleni przez ten świat, bo nic co materialne się tutaj nie marnuje. Ostatni z nich – dzielny przywódca – czuwał nad pozostałymi.

Mnich zamczyska Sowy otworzył swe oczy, które znów patrzyły na cały ten syf. Drugi mnich hardo i po męsku zwrócił się do Artemusa. Domowir uwzględnił niedyspozycję zdrowotną kompana w podróży…

Domowir raz jeszcze postanowił przemówić. Nie słyszał w drużynnikach żadnych konkretów. Paladyn prawił ogólnikami i tym, że trzeba przetrwać i mieć nadzieję. Słusznie. Mnich powiadał o tym, że trza pokonać te pierdolone przeciwności i przeć do przodu. Zmiażdżyć iluzję i napierdalać ile matka dała. Borok rodził pytania, które jedynie dowiadywały o jego wysokiej inteligencji, albowiem ten kto pyta był zawsze żeglarzem po wadach kłamstw i prawd.

Znają nas lepiej niż my sami. – Zacytował przywódcę. – Bo jesteśmy zbyt leniwi, aby patrzeć! – rzekł hardo.

– Nadzieja to wiara, ale samą wiarą ludzie nie trzymają gardy każdego miesiąca mandragory. Cokolwiek o mnie powiecie, nie zmienia to faktu, że jestem charakternikiem. Jeśli ten świat jest ciałem Przedmatki Magii, zamierzam właśnie uwzględnić jej każdy zakamarek, aby przetrwać ten bajzel. A wy przetrwacie to razem ze mną.

– Przygotowałem plan. Dobrze. Po pierwsze: kwestia iluzji. Tak, jak powiedzieliście, wilkołaki nie zostawiły śladu na śniegu. Oznacza to, że były mirażem. – Gdy skończył mówić, wskazał ręką na słońce, a później na cień paladyna, dając wszystkim coś do zrozumienia. – Miraże nie rzucają cienia. Tak rozpoznamy co jest prawdziwe, a co jest iluzją.

– Wojowniku. Spoglądasz na wschód, na góry. Wierzę, że masz dobre oko. Gdyby nie wiatr, zaproponowałbym strzelanie do potencjalnych celów. Spoglądaj na nadlatujące obiekty, na cokolwiek, co może przynieść nam zgubę. Informuj nas o tym, co jest prawdziwe, a co iluzją. Ty również paladynie, ponieważ zajmujesz się południem. Jeśli hełm ogranicza twoje pola widzenia, niechaj giermek wypatruje za ciebie.

– Po drugie: zbliżymy się do brzegu jeziora. Jeśli zamachowcy skupili się wyłącznie na górach, odsuniemy się od nich. Tutaj wchodzi mnich. Mamy przeciwko nam zawodowców, dlatego musimy spekulować, iże od wody również coś na nas czeka. Niemniej, musimy zaryzykować. Jeśli strona od wody okaże się czysta, wtedy mamy takie kierunki, które nam zagrażają: północ, północny-wschód, wschód, południowy-wschód i południe. Oznacza to, że mogę razem z Borokiem usunąć zachodnią część kopuły, tym samym ograniczając zużycie Mocy. Mam przeczucie, że jeśli cokolwiek ma tam na nas czekać, będzie to natury magicznej. Niemniej, zważaj na pułapki. Proponuję wzmocnić swą koncentrację kolorem Umysłu. Jeśli teren okaże się bezpieczny, ja i Borok usuniemy część osłony dla zagospodarowania sił.

– To tyle. Taki jest mój plan. Jakieś sprzeciwy? Dowódco?

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.