Trakt Iquański

Szlaki lądowe rozchodzące się we wszelkich kierunkach świata. Często uczęszczane gościńce są wybrukowane, ale w świecie gry nie brakuje też wąskich, niebezpiecznych ścieżynek.
Awatar użytkownika
Niniel
Posty: 1038
Rejestracja: 27 lut 2011, 18:10
GG: 7112066
Karta Postaci: viewtopic.php?t=170

Trakt Iquański

08 kwie 2011, 19:26

Szlak ten przyjął swoją nazwę od Jeziora Iqua wysuniętego od niego trochę na wschód. Rozciąga się od Wolenvain na południe, aż do samych stóp gór Ikrem. Już od ich podnóża prowadzi przez strome doliny prosto pod bramy miasta Minaloit.

Trakt został zrobiony porządnie i jest odnawiany każdego sezonu. Dzięki temu nie ma w nim zbyt wielu zagłębień a zaprzęgi z wozami mogą poruszać się po nim szybkim tempem, jakkolwiek prowadząca do miasta dolina bywa czasem kłopotliwie wąska.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

09 maja 2015, 12:55

- Yl, Yl, Yl - zaczął powtarzać imię krasnoluda. - Dziwne. Takie… gardłowe. Yl. - Uśmiechnął się, kiedy tamten postanowił uścisnąć jego dłoń. Wyraz twarzy błazna nieco jednak zmienił się, kiedy ręka Yla już dotarła na miejsce. Zacisnął zęby z bólu, a na jego twarzy pojawił się grymas. Kiedy już uwolnił dłoń spod imadła zaczął ją trzeć. To bolało. Krasnolud zdecydowanie był dosyć silny.

- Wolenvain - poprawił odruchowo. Przeszedł na przód wozu i popatrzył na drogę? Daleko? Jak daleko? Musiał chwilę pomyśleć. - Nie więcej niż sto mil wolenvaińskich z Derinu. Kilka dni drogi w dobrym tempie - zrobił chwilę przerwy. - Tak właściwie, to co chcesz robić w Wolenvain, Ylu? Czym się zajmujesz? Chcesz sprzedawać swoje produkty, o te tam? - wskazał na wóz i rzeczy w nim. Był ciekaw tego, co krasnolud tu robi. Sam Trefniś nie widział w Wolenvain nic ciekawego prócz karczm, w których zawsze się coś działo.

Znalazł sobie miejsce obok krasnoluda i usiadł. Znudziło mu się jechanie w ciszy. W końcu nie po to znajdywał towarzysza. Na jego usta powrócił uśmiech. Gapił się na okolicę, czekając, aż Yl mu odpowie. Musiał przyznać sam przed sobą, że trochę tęskni za Wolenvain. Co jak co, ale pochodził z tamtej okolicy i tam odnajdywał się najlepiej. Chociaż i tak niezbyt dobrze, jak na wędrownego błazna przystało. Tam byli przzywyczajeni do dziwaków i nie wylatywał z karczm. Przynajmniej tyle dobrze.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

13 maja 2015, 19:56

MG

Dwójka podróżnych spokojnie przemierzała trakt, nie wiedząc jeszcze jakie niespodzianki na nich czekają. Chociaż nie znali się zbyt długo, widać było, że od razu się polubili. W końcu zawsze jest lepiej jechać przez Autonomię w czyimś towarzystwie niż samotnie. Nie tylko "dobre" osobniki wędrowały po drogach tej uroczej krainy. Wyjście bez broni na szlak mogło się skończyć źle dla każdego podróżnego, bandyci nie należeli do rzadkości, chociaż aktualna pora roku niezbyt sprzyjała napadom i wszelkiego rodzaju rozbojom. Krasnolud był jednak odpowiednio zaopatrzony. Można nawet powiedzieć, że miał całą zbrojownię pod ręką, ale nie było w tym nic dziwnego.

Błazen szybko znudził się siedzeniem w całkowitym milczeniu i próbował zacząć jakąś rozmowę z Ylem. Chyba nawet całkiem nieźle mu szło bo krasnolud nie chciał go zabić. Przynajmniej na razie. Śnieg nie padał, niebo było bezchmurne, dookoła piękne widoki, jeśli tylko ktoś miał wrażliwą duszę. Ptaszki co prawda nie śpiewały, ale to pewnie dlatego, że dogorywały gdzieś w białym puchu z zimna. Życie to nie jest sielanka, jak to mówią.

Mijała minuta za minutą, godzina za godziną. Nie działo się kompletnie nic. Wędrowców prędzej zabije nuda niż bandyci. Albo mróz. Brak przeciwności losu raczej nie powinien przeszkadzać krasnoludowi. W końcu razem z nim jechał błazen i to nie taki zwykły. Byli już całkiem daleko od Derinu, gdy zobaczyli przed sobą człowieka w bieli. Właściwie to był ubrany na szaro, ale wiatr i śnieg, dwaj koledzy, którzy w odpowiednim momencie zadziałali, sprawili, że samotny wędrowiec zyskał nieco na tajemniczości, przynajmniej dopóki się nie zbliżył.

- Stójcie! - Krzyknął nieznajomy mocnym głosem, chociaż trząsł się, nie do końca wiadomo czy z zimna, czy ze strachu. Był wysokim mężczyzną w średnim wieku na pierwszy rzut oka. Jego głowa była całkiem pozbawiona włosów, łysina wręcz lśniła w promieniach słońca. Miał na sobie szarą togę, przewiązaną w pasie zwykłym sznurem. Oprócz tego miał jeszcze kaptur i kij do podpierania się w lewej ręce. Przez prawe ramię wisiała mu smętnie torba, która najpewniej ziała pustką, jeśli dwójka na wozie lepiej by się przypatrzyła.

- Czy poświęcicie odrobinę czasu dla skromnego wyznawcy naszej najjaśniejszej Pani Lorven, Protektorki Dusz? - Zapytał człowiek ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie miał zielonego pojęcia kto znajduje się na wozie. Przy życiu trzymała go chyba tylko silna wola i wiara, rzecz jasna. Gdy się zbliżył, Trefniś i Ylzziril mogli wywnioskować, że jest przeraźliwie chudy. Ciężko w ogóle uwierzyć, że ktoś samotnie zaszedł tak daleko w zimie bez odpowiedniego ubrania.

Awatar użytkownika
Astallia
Posty: 79
Rejestracja: 11 lis 2012, 14:04
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 40233331
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2317

27 maja 2015, 13:33

Tak właśnie upłynął poranek, który był równie paskudny jak miniona noc. Księżniczka jadąca na wozie, westchnęła ciężko, analizując swoje skołowane myśli. Do uszu dobiegały miłe odgłosy przyrody, kontrastujące z obrzydliwością sytuacji, w której się znajdywała. Na szczęście, albo i nie szczęście, zapach tępego osiłka, prostackie zachowanie jej świty, dawały pewność, że to co się z nią dzieje nie jest elementem wyśnionego koszmaru. Z oddali dołączył do niej co prawda obcy przybysz, ale daleko mu było do wymarzonego księcia na białym koniu, który zwyczajnie ocalił by ją z rąk oprawców.

Godziny dłużyły się bardziej niż na dworskich ucztach, które były niegdyś stałą formą wymuszonej rozrywki jej i całego szlacheckiego świata. Bardzo możliwe, że niebawem ponownie wróci do tego stylu, grając laleczkę i ozdóbkę tych, którzy w erze emapncypacji kobiet, grają główne skrzypce w rozdaniu kart losu. Powoli ogarniał ją marazm, zwątpienie i senność… Któż by pomyślał, że tak właśnie skończy się jej wielka przygoda? Z drugiej strony, mogła być z siebie dumna, pokazała charakter i, że nie można tak sobie handlować jej godnością i miłością. Ale czy miłość w ogóle istnieje? Świat uczy ją, że wszystko jest kwestią ceny.

Totalnie zniechęcona, była coraz bliżej zejścia na ziemię i porzucenia swoich marzeń. W mig nauczy się gospodarności, zostając panią Adrikoetto, a przy odrobinie rozumu, dostatecznie dobrze urządzi się w niecodziennej, nudnej i fałszywej rzeczywistości. Miała dość wszystkiego, nawet gdyby istniała szansa na ucieczkę, to czy owi zawodowcy z eskorty, nie dopadną jej równie szybko? Nie jeden wcześniej próbował… Wzdrygnęła się na myśl o Nibie zwanym Chłodem, który nie tylko był śmiertelnie niebezpieczny, ale wielce przerażający. Musiała również przyznać, że akurat jego, sama przecięła swoją bronią! Uśmiechnęła się z satysfakcją, chociaż jedna z umiejętności dworskich okazała się przydatna w życiu. Zauważyła, że pozbawienie kogoś życia, wcale nie jest takie straszne, jak wyobrażała sobie wcześniej.

Chirurg wciąż bawił się skalpelem, jakby sugerując jej cel dołączenia do szajki. Może mogłaby ukraść nożyk, ale co dalej? Zmęczona i znudzona nie miała nawet ochoty knuć, ani naprzykrzać się eskorcie. Elf wydawał się obojętny na wszystko, dwaj pozostali za głupi, żeby cokolwiek zrozumieć, a główny czarny bohater… Pewnie sam się przeklina za wzięcie tego zlecenia. Zadziwiające, że każdy z nich, był raczej zainteresowany swoim życiem, niż budowaniem współpracy z pozostałymi. Musieli uznać misję za wyjątkowo łatwą.


Niebawem zarządzono postój. W samą porę, bo organizm Astalli domagał się już wypróżnienia. Zeskoczyła z wozu, podchodząc do przewodnika.

-Słuchaj pan, panie…- zastanowiła się, czy zbir zdążył się przedstawić. –To ja teraz na chwilę pójdę załatwić… No… To, gdzie książę Lokent chodzi sam… No rozumiesz…- jej przebieranie nogami musiało oddawać sens niejasnej wypowiedzi. –Widzisz? Związane ręce- ja nie uciekać…- tłumaczyła niczym ogrom zasady kultury. –Ja zrobić swoje, wrócić i być spokojna przez resztę drogi. Słowo!- nie czekając na jego reakcje, podbiegła trochę z dala w zarośla, na tyle daleko, żeby ją zasłoniły. Po chwili słychać było jak wypływa z niej strumień moczu, załatwiła swoje i spokojnie wróciła do reszty. –Widzisz? Żadnych sztuczek.- zrobiła jak obiecała, usiadła sobie na wozie, rozprostowując nogi i patrząc tępo przed siebie, z przekonaniem, że im szybciej oddadzą ją do Lokent, tym mniej będzie użerała się z debilami i osiłkami.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Helium 28

30 maja 2015, 22:52

MG

Trudna do jednoznacznego określenia breja trafiła prosto w ubrudzoną, zaropiałą i pokrzywioną gębę Ropnia. „Woda”, jak powiedział to Latarnik, pachniała zgniłym jajem i starą kapustą. Odpowiedź garbusa nie zadowoliła jego ciemiężców, choć nie została podważona przez osobnika, który najwyraźniej miał jakiś wgląd w to, czy słowa wypisywane przez kalekę są prawdziwe, czy też nie są. Zielonooki pytał swego towarzysza kilkukrotnie, za każdym razem otrzymując jednoznaczną odpowiedź. Ropień nie kłamał.

– Jesteś bezużyteczny – dowiedział się niedoszły sługa świątyni Lorven w Wolenvain, zaraz po tym otrzymując kilka jakże bawiących przywódcę bandy kopniaków. Nie były mocne i miały na celu nie zrobienie mu krzywdy, ale raczej zbadanie odruchów jego pokracznego ciała. Latarnik był po prostu ciekaw, jak taka poczwara może się zachowywać w sytuacji, jaką przed nią postawić. Zachowywała się całkiem zwyczajnie, a mimo tego nie zniechęcał się. Kolejny badacz życia.

Mężczyźni odeszli kawałek, a ze strzępków rozmowy, jakie dotarły do uszu Ropnia, wywnioskował, że nie tego się po nim spodziewali. Miał być kimś innym i niezbyt wiedzieli, co w takiej sytuacji z nim zrobić. Mieli ułożony plan, który został nagle zburzony. Nie mieli dostatecznej ilości informacji i mogło być nawet tak, że niepotrzebnie narazili się Lorveniuszom. Zadbali o to, aby ślady zostały zatarte, ale rozbójnicy, z którymi współpracowali, z pewnością nie będą trzymać języków za zębami. Wszystkich zaś nie mogli zabić. Choć zakon był słaby, a na krainę spaść miała niebawem wojna domowa, która rozegra się pod jego twierdzami, wzniecanie konfliktu na linii Autonomia-Księstwo nie było Latarnikom na rękę. Postawili wszystko na jedną kartę, a teraz okazywało się, że nie dowiedzieli się niczego nowego. Zabicie garbusa było kuszące, ale oznaczałoby przypieczętowanie tego, czego nie chcieli przyznać – że zmarnowali czas i wszystkie starania, które doprowadziły do ujęcia kreatury były całkowicie niepotrzebne.

W końcu zapadła jakaś decyzja, a Ropień został podniesiony do pionu i brutalnie zapakowany na konia. Przykryto go brudnym, burym płaszczem, który wcześniej należał do jednego z kupców podróżujących z Lorveniuszami. Latarnicy nie bali się niemego, całkowicie rozwiązując mu nogi i ręce. Usiadł przed mężczyzną, który dystansował się od podejścia swego zielonookiego przełożonego. Wypadało na to, że był dla kaleki najmilszy – nie kopał go ani nie grzebał mu w głowie w poszukiwaniu kłamstw. Inna sprawa, że w ogóle nie wszedł z nim w interakcję. Nie wykonywał jednak gwałtownych, niepotrzebnych ruchów i nie wyżywał się na maszkarze, a już samo to poczytać można było za pozytyw. Niemowa z powrotem dostała od niego swoją tabliczkę, mogąc pisać na niej podczas podróży (o ile zdoła to zrobić w kłusie, do jakiego rozpędzili Latarnicy swoje konie). Skupiony na trakcie jeździec siedzący za nim nie sprawiał jednak wrażenia chętnego do czytania jakichś mądrości swego ładunku. Nie odzywał się też do niego poza udzieleniem kilku drobnych wskazówek na temat tego, gdzie ma się trzymać i co zrobić, jeśli zechce zsiąść za potrzebą. Ropień był wywożony z dala od Dunriku, w stronę Wolenvain – tam, gdzie wcześniej tak bardzo pragnął się udać.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

02 cze 2015, 10:39

Ropień skrzywił się. Chciał zapłakać. Jednak nie umiał. Widocznie zatracił tę zdolność razem ze zdrowym ciałem. Nienawidził tych ludzi. Został przyjęty do kapłaństwa, a oni... oni wszystko zepsuli! Rzucił się w pojedynczej, trudnej do określenia konwulsji, kiedy na jego twarzy wylądowało... coś. Przynajmniej woda to z pewnością nie była.

Mówili mu, że był bezużyteczny? Na Lorven, przecież on doskonale o tym wiedział. Nie potrzebował, żeby jakiś... Latarnik, cokolwiek to było, mu to mówił. Zaczął zwijać się na ziemi, kiedy znów spadały na niego kopnięcia. Nie liczył ich. Nie miał nawet nadziei, że przestaną. Chciał umrzeć. Jedyne pragnienie i potrzeba, jaką w tej chwili czuł.

Uderzenia ustały. Odetchnął, korzystając z okazji. Nie podnosił wzroku. Bał się, że zobaczy, jak tamten szykuje się do czegoś gorszego. Mimo że ból nękał go od dawna, ale ciągle nie był dla niego czymś, co znosił bez żadnego odczuwalnego dyskomfortu. To jednak był ból. Oh, jak chciałby, żeby to wszystko się skończyło.

Dosłyszał urywki rozmowy tych dziwnych ludzi. Spodziewali się, że będzie kimś innym? Może oni mogli mu pomóc w odzyskaniu wspomnień? Natychmiastowo przypomniał sobie obelgi i uderzenia. Nie. Oni nie są tutaj, by mu pomóc. Wyciągną z niego jakieś informacje i zabiją. To oczywiste. Pewnie tak właśnie działali.

Niedługo potem podniesiono go i wsadzono na konia. Wieźli go gdzieś. Po co? Czy nie mogli przepytać go tu i teraz? Czy to naprawdę było potrzebne? Nie chciał. Wiedział jednak, że stawianie oporu nic tu nie da. Przez chwilę zastanawiał się nad tym. Myślał, czy nie zacząć się szarpać i zmusić ich do zabicia go, ale po chwili zrezygnował i dał im się ponieść.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

03 cze 2015, 17:47

MG

Tłumaczenia szlachetnej damy okazały się skuteczne, chociaż najemnik miał na nią oko. Był gotowy ruszyć w jej kierunku, gdyby tylko coś wydało mu się podejrzane. Nawet krótka zwłoka kobiety mogła okazać się dla niej przykra w konsekwencjach. Na swoje szczęście jednak uwinęła się szybko i była gotowa do dalszej podróży. Niesłusznie założyła, że cała ferajna została wynajęta do jej eskorty. Byli to tylko przypadkowi ludzie, którzy podróżowali w tym samym kierunku, a jedynym jej strażnikiem był porywacz, który towarzyszył jej od samego początku i jako jedyny właściwie zwracał na nią uwagę.

Im dłużej trwała podróż, tym bardziej pani Ardikoetto była zrezygnowana. Zupełnie nie przejęła się "propozycją" Vertrusa, który również na postoju nie okazał jej najmniejszej oznaki zainteresowania. Zwątpiła w swoje plany i szanse na ucieczkę. Powoli zaczęła się chyba przyzwyczajać do nieuniknionego, czyli powrotu do swojego domu. Nienawidziła swojego poprzedniego życia, ale wszystko wskazywało na to, że do niego wróci. Przynajmniej będzie żyła w dostatku, opływając w luksusy, czego niejeden jej na pewno zazdrościł. Tym razem jednak będzie lepiej pilnowana i ponowna ucieczka może okazać się niemożliwa.

Droga do Derinu zajęła im sporo czasu, ale wszyscy dotarli cali i zdrowi, co było niezłym osiągnięciem, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne. Z rzadka zatrzymywali się przy przydrożnych oberżach, żeby trochę odpocząć i uzupełnić zapasy. Do Lokent ciągle jednak była daleka droga i niezbyt łatwa. Astallia miała okazję trochę odpocząć w mieście, podczasz gdy najemnik zbierał informacje i szukał towarzyszy dalszej wędrówki. Mogli ruszyć dalej przez Las Cieni, ale tam robiło się coraz bardziej niebezpiecznie i mało kto był skłonny do podróżowania tym szlakiem. "Ochroniarz" pani Ardikoetto nie zamierzał ryzykować i wybrał dłuższą, ale znacznie bezpieczniejszą drogę. Tymczasem kobieta nudziła się w lochu, chociaż ciężko powiedzieć, że była więziona. Na pewno lepiej ją traktowano niż innych, których tam przetrzymywano, ale do luksusów, które kiedyś miała było daleko. Nie mogła jednak narzekać, a nawet gdyby chciała, nie miała komu. Najemnik odwiedzał ją bardzo często, jakby bojąc się, że mu ucieknie w jakiś sposób.

Po kilku dniach mogli ruszyć dalej, tym razem nieco w większej grupie. Astallia i jej wierny towarzysz dołączyli do licznej karawany, która zmierzała w stronę Aparilume, a stamtąd było już bardzo blisko do celu. Dni powoli upływały szachciance na podróży, nikt się nią nie interesował, nikt za bardzo nie próbował się spoufalać. Kobiecie nudziło się potwornie, ale przynajmniej była bezpieczna. Siedzenie nie bolało jej już tak bardzo jak w pierwszych dniach, powoli się przyzwyczajała, zresztą nie miała większego wyjścia. Natomiast najemnik miał coraz lepszy humor, w końcu z każdą godziną znajdowali się bliżej jego wypłaty, no i Astallia przestała mu uprzykrzać życie. Poluźnił jej nawet nieco więzy, ale ciągle pilnował jak oka w głowie. Była dla niego bardzo cenna.

Podróżowali długo, ale spokojnie, bez żadnych niespodzianek. Po wielu dniach dotarli w końcu do Aparilume, ostatniego przystanku stojącego na drodze do dworu pani Ardikoetto. Mężczyzna pilnujący kobiety chyba już się nieco niecierpliwił, gdyż w mieście spędzili tylko jedną noc. Widać było, że spieszno mu do wypłaty i uwolnienia się od przykrego obowiązku pilnowania Astalli. Najemnik tym razem nie szukał nikogo kto podróżowałby w tym samym kierunku tylko ruszył od razu do Lokent, uprzednio uzupełniając zapasy. W krótkim czasie udało im się dotrzeć do granicy Niezależnego Księstwa.



*Nie wymagam napisania postów opisujących podróż, ale jeśli się jakieś pojawią to będą oczywiście mile widziane i dodatkowo "punktowane", że tak powiem. Vertrus ma wolną rękę i może zrezygnować z dalszej podróży, w takim wypadku zostaje w Derinie lub może też dalej podróżować z Astallią i jej ochroniarzem. Dalsza część soon.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Eat Me Alive

04 cze 2015, 13:20

MG

Jego pokaleczone ciało nie było przystosowane do jazdy konno, choć na grzbiecie siedział jako pasażer. Każdy postój oznaczał krótkotrwałą, podszytą strachem ulgę. Wsiadanie, czy też – w przypadku Ropnia – wpychanie go na wierzchowca, oznaczało bowiem powrót tortur. Za każdym razem było gorzej. Zdawało mu się, że lada chwila otarte uda lub zmęczone plecy odmówią posłuszeństwa. Kaleka nie wierzył w swoje siły, poddając się losowi. Ból sprawiał, że nie miał ochoty choćby na rozważenie próby ucieczki. Złamany, podporządkowany silniejszym umysł Ropnia po raz kolejny nie pozwolił mu na bunt. Nie miał mocy sprawczej pozwalającej mu na wzięcie spraw w swoje pokrzywione ręce. W prawej brakowało mu zresztą palca wskazującego. Nie miał pojęcia, kiedy go stracił, ale żywił graniczące z pewnością przekonanie, że nastąpiło to przed wydarzeniami, jakie doprowadziły go do stanu obecnego. Ostatnie przeżycia zaburzyły jego z trudem wypracowany spokój wewnętrzny. Prócz oczywistych konsekwencji negatywnych, miało to też swoje pozytywy. Nowe sytuacje sprawiły, że umysł Ropnia pracował na zwiększonych obrotach. Podróż traktem była dlań jednocześnie czymś nowym i znajomym, jakby już kiedyś przemierzał te lub podobne drogi. Powróciło wrażenie, że dawne życie jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko po nie sięgnąć.

Latarnicy jechali praktycznie cały dzień, z krótkimi przerwami na popas, podczas których garbus dostawał do jedzenia jakieś podłe resztki. Słudzy księcia Lokent uważali najwyraźniej, że Ropień – mimo swojej bezużyteczności, co do której istnienia wszyscy zebrani byli całkowicie przekonani – może się jeszcze przydać. Nie pozostawiali jednak złudzeń, że tylko dlatego pozostawili kalekę przy życiu.

– Co wiesz o Lokent? – odezwał się ten, z którym niedoszły sługa Świątyni Światła w Wolenvain jechał na jednym koniu. Pozostali oddalili się od miejsca, przy którym grupa przystała na noc. Z tego, co wywnioskował Ropień, udali się do pobliskiego osiedla ludzkiego w celu uzupełnienia zapasów i wysłuchania wieści ze świata. Ich więzień nie stanowił żadnego zagrożenia. Mogliby właściwie zostawić go samego, przywiązanego pod jakimś drzewem, ale nie zamierzali kusić losu. Poza tym ostatni Latarnik był dla niego najmilszy, jakby stwierdził, że Ropień dostatecznie cierpi bez udziału osób trzecich. To prawdopodobnie na jego prośbę przywódca grupy przestał wyżywać się na garbusie. Zresztą, wyraźnie znudziło mu się to po kilku razach. Jego ofiara nie była zbyt zabawna, a jej umysł był już dawno złamany. Nie było potrzeby, aby wpędzać ją w jeszcze większą depresję.

Z perspektywy Latarników było to całkiem korzystne. Musieli nienawidzić wyciągania informacji z silnych, butnych mężów, których męczenie zajmowało większość czasu przesłuchań. Z Ropniem nie mieli żadnego problemu. On sam nie mógł nawet stwierdzić, że poddawał się z premedytacją, chcąc uśpić czujność swoich oprawców. Był po prostu tak słaby, jak to okazywał, bez żadnych sztuczek. Do tego stopnia, że Latarnicy nie przejmowali się nawet informacjami, jakie może przypadkowo podłapać. Jeden z nich próbował właśnie wdać się z nim w pogawędkę.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

13 cze 2015, 17:41

Yl pociągnął lekko za wodze, zmuszając tym samym ciągnące wóz zwierzę do zwolnienia. Zmierzył stojącego na trakcie obdartusa nieprzychylnym wzrokiem. W jego domu takie pluskwy nie zaczepiały porządnych krasnoludów na traktach.

Dość już było, że w Autonomii przyszła zima i ich podróży towarzyszył chłód. Szczęśliwie Ylowi nie brakowało i cieplejszego odzienia, a nawet czegoś czym mógłby okryć w razie potrzeby zwierzę. Choć na razie muł zdawał się trzymać całkiem nieźle. Trudno się zresztą dziwić, to był porządny, krasnoludzki muł. Nawykły do każdych warunków i zdolen znieść niemal tyle, co krasnolud.

W końcu, chcąc czy nie zatrzymał całkowicie zwierzę. Co prawda nakazujące okrzyki ze strony łysej pały zachęcały raczej, aby przejechać dalej wprost po jego głowie, jednak nigdy nie wiadomo było co ludziom strzeli do głowy i kto jeszcze może być w pobliżu.

Ylzziril spojrzał niepewnie na tego dziwaka, który teraz nagle zaczął się dopytywać czy poświęcą dla niego trochę czasu. Wyleciał im przed wóz i zatrzymał go, już poświęcili czas.

- Ee? Wyznawcy kogo, kurwa? - wyrzucił z siebie w odpowiedzi spoglądając niepewnie na pytającego człowieka. Brodacz nadal nie rozumiał co taki obdarty człowiek robi pośrodku traktu na jakimś zadupiu i jak się tutaj znalazł. Oczywiście, pierwsza myśl była najlogiczniejsza - to jakaś pierdolona pułapka. Yl poprawił toporek u pasa, aby mógł po niego wygodnie sięgnąć.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

23 lip 2015, 18:14

Podróż Grynfy dłużyła się jeszcze bardziej, niż poprzednia, głównie z uwagi na coraz niższe temperatury, zwiastujące nadciągnięcie zimy. Szczęściem udało jej się dogonić jedną ze spóźnionych karawan, spieszącą do Wolenvain z jednym z ostatnich tegorocznych transportów narzędzi i surowców metalicznych. Mimo pośpiechu, grupie wędrowców nie udało się jednak uniknąć pierwszych śniegów. Te pewnego mroźnego poranka pokryły trakt białym, puszystym dywanem. Kolejne dni upływały na nieustannym ogrzewaniu zmarzniętych członków i wypatrywaniu miejskich bram. Te w końcu pojawiły się na horyzoncie, podnosząc zmarzniętych wędrowców na duchu. Po chwili Grynfa znajdowała się już w obrębie murów stolicy Autonomii. Pożegnawszy się ze współtowarzyszami, poszła dalej swoją drogą.

z/t
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

04 sie 2015, 02:10

Podróż przebiegła lekko. Karawana kupiecka, do której ochrony Zeler najął się w Derinie, poruszała się zaskakująco szybko. Postoje w okolicznych wsiach wcale się nie przedłużały, nie sprawiało to jednak problemu przy uzupełnianiu zapasów czy dorobieniu sobie czegoś na boku. Pieniędzy nigdy za wiele, a w przypadku Zelera - im więcej, tym lepiej.

Pomimo swojego gadulstwa, nie miał okazji porozmawiać dłużej se swoimi towarzyszami. Każde z nich było zajęte sobą, jednak był pewien, że nadejdzie jeszcze pora, by dobrze się poznać.

Dotarcie do stolicy zajęło około dwóch tygodni, po których zmęczony podróżą, zielonooki mężczyzna mógł odebrać swoją zapłatę, kontynuując przygotowania do własnej wyprawy.

z/t

Wróć do „Trakty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 26 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 24 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Rakczadra
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.