Piaski pustyni

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Piaski pustyni

03 gru 2011, 22:08

Krajobraz nie był zachęcający dla podróżników. Piekielnie parzący piasek i dokuczające słońce dawały się we znaki. Przed oczyma nie było nic poza piaskiem i paroma skałami. Czasami jak się poszczęści, można znaleźć kaktus lub inną pustynną roślinę. Sama temperatura jest zabójcza. Rankiem słońce smaży niemiłosiernie, a nocą robi się bardzo mroźno. Środowisko może także uraczyć podróż swymi milusińskimi mieszkańcami. Różne bestie grasują na drodze i czekają na nieostrożnych aby złapać ich w śmiertelną pułapkę. Inne po prostu się rzucają, gdy ujrzą potencjalny obiad na horyzoncie.
Brzmi zabawnie…
………

Aleksis i jego uczeń Dahhard oraz golem przemierzają przez pustynie, kierując się na południowy zachód w stronę najbliższej oazy. W czasie swej podróży, spotkali wędrownego kupca, który mniej więcej opisał pustynie. Golem niósł bagaż ludzi, przynajmniej on nie odczuwał słońca.
-Bardzo przyjemnie, ale mogło, by być trochę cieplej, bo mrozi– obudził się sarkazm alchemika. Optymistycznie zaczynał podróż. Zaczynał.
Aleksis zrobił ze swojej białej koszuli, coś podobnego do turbanu. Udar słoneczny, był gwoździem do trumny, więc należało czymś ochronić głowę, przed promieniami słonecznymi.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Sonneillon
Posty: 71
Rejestracja: 13 lis 2011, 21:38
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16225&highlight=#16225

28 maja 2014, 13:59

P

odróż dla Sonne nie była najprzyjemniejsza. Słońce mocno przygrzewało w rudą głowę, paliło koniuszki długich, elfich uszu. Narzuciła na głowę płaszcz, by chociaż odrobinę ochronić się przed słońcem. Jej grube, skórzane ubrania nie nadawały się na pustynię, gdzie temperatury osiągały pułapy niezbyt odpowiednie dla poszkodowanej przez życie elfki. Westchnęła głośno, użalając się w duszy na swoją egzystencję. Dlaczego znowu dała się wmanewrować w sytuację praktycznie bez wyjścia? W jej ryżej głowie, co prawda powstawał już ogólny plan ucieczki, ewentualnie jakiegokolwiek postępowania w razie wypadku, ale był to plan bardzo wstępny i niekompletny. W dodatku nie zakładał, co zrobi po ucieczce od jej porywaczy. Czekała ją przecież podróż przez całą pustynię, która była niebezpieczna. Śmiertelnie niebezpieczna. Ogromne skorpiony, palące słońce, wciągające piaski… Czego chcieć więcej? W dodatku zapewne zostanie sama, bez większych zapasów pożywienia i wody.

K

iedy wreszcie dotarli na miejsce, a poznała to po zatrzymaniu się wszystkich wozów, siedziała chwilę bez ruchu czekając na to, co zrobią. Nie zrobili nic, więc sama zwlekła się z wozu. Cała banda dalej nie zwracała na nią uwagi. Niezbyt chodziło jej się bez kostura, który zazwyczaj miała przy sobie. Stopy, odziane w skórzane trzewiki grzęzły w piasku, uszkodzone biodro i kolano mocno dawały znać o sobie. Okręciła się na pięcie dookoła siebie. Szukała kogoś lub czegoś, co dałoby jej jakiś punkt odniesienia gdzie się znajduje, jednak nie znalazła niczego takiego.

N

a myśl przyszedł jej chłopiec, o którym wspominała wcześniej Batsza. Zastanowiła się jak go znaleźć pośród mnóstwa ludzi, którzy znajdowali się między skałami, nie potknąć się o nikogo, a i samej nie przewrócić się przed czyimiś nogami. Zadanie skomplikowane, jak na ślepą i kulawą elfkę, która była zmuszona poruszać się bez kostura, który był dla niej podporą i ułatwiał przemieszczanie się między ludźmi.

M

usiała to być dusza niepodobna do żadnej innej, którą widziała wcześniej. Skrępowana, zapewne wściekła, być może chora z powodu braku kontaktu z innymi. Przemieszczała się ostrożnie, wypatrując duszy, która zgadałaby się z jej wcześniejszymi założeniami. Raz wpadła na kogoś, kto chyba nie wiedział, że nie jest w stanie ustąpić mu z drogi, kolejnym razem potknęła się o wystający kamień. Przysiadłszy na wystającej skale, jeszcze raz rozejrzała się po powstającym obozie. Znalazła w nim Batszę, która już była dla niej znajoma. Chyba bez jej pomocy nie da rady odnaleźć chorego chłopaka. Wstała więc i ruszyła w jej stronę.

Batszo, oddasz mi mój kostur i sakwę, zanim cokolwiek się z nimi stanie w tym skwarze, pośród tych ludzi.– Wyszeptała jej na ucho, gdy tylko udało się jej dobrnąć do wojowniczki.– I wskaż mi swojego syna. Chcę zobaczyć, czy coś da się z nim zrobić.– nie wiedziała, co prawda jak mogą poskutkować jej śmiałe żądania, ale miała nadzieję, że z pozytywnym skutkiem.
Awatar użytkownika
Misser
Posty: 110
Rejestracja: 09 mar 2012, 21:42
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1678

13 lip 2014, 23:52

Krok za krokiem, metr za metrem, mila za milą, Misser połykał kolejne etapy podróży ku zapomnieniu. Piaski pustyni boleśnie obmywały mu stopy mimo wyposażonych w wysokie cholewy butów. Początkowo, był to drażniący szczegół, pozwalający skupić się na nim a nie na wspomnieniach, jednak z czasem Empata przywyknął do regularnego szelestu wydobywającego się z własnych i zadbanych butów. Od śmierci Cari minął już rok, ale ból ciągle prześladował myśli mężczyzny. Z każdym krokiem, przed zakrytymi czarną opaską oczyma Missera rozbłyskiwały ponownie sceny ich spotkania, życia aż do jej śmierci… Chwilami zdawał się iż w oddali widzi jej sylwetkę okalaną jej bujnymi, czarnymi włosami, jednak pozostałe resztki zdrowego rozsądku oraz trzeźwego podejścia w mig rozprawiały się z złudzeniami. Dni mijały, a skromne zapasy jakie zgromadził na oczyszczają ze smutków podróż, powoli zaczynały się wyczerpywać. Czwartego dnia podróży, pozbywszy się trefnej mapy zakupionej w Vartii empata postanowił w końcu zadecydować co dalej. Porwał się na tę podróż powodowany niesamowitym smutkiem, ale czas spędzony w samotności oraz nieustannej, morderczej wędrówce zrobił swoje, przywracając Misserowi jego spokój. Spocząwszy na jednej z wielu skał, rozluźnił się i delikatnie, jak za czasów nauki, rozszerzył swój zmysł na coraz większy teren. Początkowo niemal już nie odczuwał wysiłku, jednak z czasem zaczął odczuwać napinające się granice talentu. Gdy dotarł do kresu swoich sił, skończył rozszerzać percepcję i zaczął analizować wyniki. Zaczynając od terenów najbliższych przeszukiwał pustynię w poszukiwaniu emocji. W kilka godzin marszu od swojej aktualnej pozycji poczuł zgęstkę uczuć. Przybliżywszy ją, poznał po rozczytaniu emocji jednego z nich iż należą do karawany. Wróciwszy do rzeczywistości, wstał i podjął marsz w kierunku napotkanej empatią karawany


Jak mogę napisać że już przy karawanie jestem to dopiszę dalszą część
edit = poprawa znacznika
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Supernothing

14 lip 2015, 17:33

//Post dla Sonn i Missera.
MG

Rację miała Sonneillon, której od początku całej tej farsy towarzyszyło sceptyczne nastawienie. Hipnotyczne sztuczki karczemnego barda zbliżyły ku sobie trójkę kompletnie nieznających się osób – ją, Luvien oraz Vahzaha – namawiając ich do podróży w kierunku Lasu Cieni. Niewidoma zareagowała najmniej entuzjastycznie, ale ostatecznie podjęła decyzję o wyruszaniu na przygodę wraz ze swoimi nowymi towarzyszami. Cały czas dręczyły ją wątpliwości. Jak się okazało później, były to wątpliwości całkowicie uzasadnione.

Na miejsce zbiórki nie dotarł Vahzah. Zamiast niego pojawiła się harda kobieta, Batsza, zastępując woja, ponieważ rzekomo był on niedysponowany. Cała sprawa mocno śmierdziała, a później bylo już tylko gorzej. Kiedy trzy kobiety ruszyły w obranym przez siebie kierunku, sformowały niezbyt zgraną grupę. Nie chodziło nawet o niepewność, jaką należało (przynajmniej początkowo) okazywać prostolinijnej Batszy, ale o różnice charakterów. Drużynniczki musiały się po prostu dotrzeć. Może i by się im powiodło – podróż miała w końcu trwać kilkanaście dni – gdyby nie to, że jedna z nich postanowiła nie dzielić się znalezionymi cudami z pozostałymi. Uknuła plan, nie działając samotnie i doprowadzając do rozbicia drużyny. Uśpiła tak Luvien jak i Sonneillon, pozbywając się tej pierwszej i porywając drugą. Niewidoma padła, nieprzytomna, na kilka ładnych dni, budząc się dopiero poza granicą kraju, gdzieś na Pustyni Śmierci.

Była głodna, spragniona i wyczerpana, nic się jej nie zgadzało. Batsza usprawiedliwiała się chorym synem, ale jej słowa były nieskładne. Wyrażała się zupełnie inaczej niż podczas krótkiej podróży w kierunku Lasu Cieni, co jasno dowodziło, że planowała to wszystko od samego początku wyprawy. Nawet akcent jej się lekko zmienił. To od niej pochodziła cała ta historyjka; kobieta utrzymywała, że tak Vahzah jak i Luvien żyją, a pozbyła się ich, aby – wedle wskazówek barda – stanąć przed Studnią Życzeń w trzyosobowej grupie. Sama miała już towarzysza, który chciał do niej trafić i najwyraźniej nie mogła się go pozbyć z taką łatwością, z jaką wykorzystała grupkę Sonneillon do swoich celów.

Umyśliła sobie, że ruda, pokaleczona i całkiem ślepa dziewoja musi skrywać pewne tajemnice, które jej pomogą, nie zdradziła jednak żadnych szczegółów. Możliwe, że zauważyła, iż długoucha Sonn nie zachowuje się, jakby była całkowicie niewidoma; być może wyczuła jej aurę. Obecność zimnej wody w bukłaku, który przez dłuższy czas musiał przecież leżeć na nagrzanym wozie, była wystarczającym dowodem na to, że Batsza miała jakąś znajomość sztuki magicznej. Przemawiał za tym także fakt, że jej mąż zdolny był do rzucania klątw (wszak jedną z nich obdarzył ich syna przed śmiercią), a związek maga ze zwykłą kobietą nie wydawał się prawdopodobny.

Tragizm sytuacji był dostrzegalny, jednak trudno było Batszy współczuć – nawet, jeśli (jak utrzymywała) zły urok miał być skierowany na nią, nie zaś na jej syna. Okazała się zdolną oszustką, a ufanie w jej słowa mogło przysporzyć dodatkowych problemów. Niestety, Sonneillon nie miała innego wyjścia.

Z tego, co zdołała ustalić, karawana musiała posuwać się blisko traktu. Wozy zaprzężone były w konie, które nie były zdolne do poruszania się po piaskach pustyni. Teraz jednak zboczyli z gościńca, udając się do dogodnego miejsca na rozbicie obozu. Zbliżała się zimna noc, a nagrzane ciepłem słońca kamienie tworzące dziwaczną formację pośrodku niczego miały pomóc w jej przetrwaniu. Do początkowej piątki karawaniarzy dołączyła kolejna piątka, z których każdy jechał konno. Zwiadowcy byli dobrze uzbrojeni, chroniąc wypełnione ładunkiem wozy kupieckie. Ze strzępków rozmów, jakie dotarły do uszu Sonn, zrozumiała ona, że kierują się do Khan’Sal. Nie dażyli zbyt wielkim szacunkiem tak długouchej jak i Batszy, którą tolerowali tylko dlatego, że sowicie zapłaciła im za możliwość podróżowania na jednym z ich pojazdów… Oraz za milczenie. Nikt bowiem jej nie wypytywał, nie zaczepiał i nie dochodził, dlaczego wiezie ze sobą nieprzytomną, pokaleczoną i ślepą dziewczynę.

– Dam ci tylko kostur – rzekła Batsza w odpowiedzi na propozycję Sonneillon. Nie zdradziła, dlaczego taka była jej decyzja, bez dalszych słów udając się wgłąb formowanego przez obytych w takich warunkach kupców i ich eskortę. Przyniosła dobrze znany długouchej kij, dzięki któremu mogła odzyskać przynajmniej odrobinę samodzielności. Przyprowadziła też dziecko. Chłopiec miał może sześć lat, a mimo tego kobieta niosła go na rękach, przez które i tak leciał. Światło jego duszy było bardzo słabe, Sonn początkowo zdawało się wręcz, że w ogóle nie istnieje. Było tam jednak, tląc się jakby ostatkiem sił, gotowe przygasnąć niczym słaby płomyk przy lekkim podmuchu wiatru. Żal Batszy był wręcz namacalny – to musiał być jej syn.

– Musisz mi pomóc… – powiedziała proszącym tonem, lekko układąc chłoczyka u stóp rudej. Gdzieś za nią wychynął bacznie przyglądający się calemu wydarzeniu mężczyzna, którego jednak rozpaczająca matka nie przepłoszyła. Wyglądało na to, że jest to jej towarzysz, o którym już wspominała.

Tymczasem do obozu zbliżył się Misser. Jego zapasy były na wykończeniu, był mocno zmęczony i okropnie chciało mu się pić. Spierzchnięty język i brudna od pyłu twarz nie dawały mu spokoju. Wiedział, że jeżeli nie znajdzie pomocy, ta noc na Pustyni Śmierci może być pierwszą, od której rozpocznie się jego powolny upadek. Nie miał dość trunków, aby dotrzeć do Varti czy Khan’Sal, jednak gdyby mu się to udało, prawdopodobnie padłby ofiarą ciężkiego odwodnienia. Nieprzemyślana podróż z dala od cywilizacji odbiła się także na stanie jego odzienia, które – brudne i poszarpane na brzegach – wisiało na nim jak na zwykłym łachmaniarzu. Od jego lewego buta zaczęła odłazić podeszwa, a drugi pełen był piasku, uwierając silnie. Misser wiedział, że dalej już dzisiaj nie pójdzie, choćby nawet świat miał się skończyć. Karawaniarze zwrócili na niego swą uwagę, ale zajmowali się dalej swoimi sprawami, bacząc tylko na mężczyznę od czasu do czasu.

//Misserze – wyrandomowałeś się na tych piaskach pustyni kompletnie od czapy, po dłuższej przerwie od gry, urywając wątek, w którym uczestniczyłeś. Postanowiłem, że uznam Ci tego posta, a w międzyczasie wydarzył się tzw. skip fabularny, który omówimy prywatnie. Na razie możesz sobie tutaj grać.
Awatar użytkownika
Sonneillon
Posty: 71
Rejestracja: 13 lis 2011, 21:38
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16225&highlight=#16225

Big pile of nothing.

22 lip 2015, 22:10

U

brania, na które tak narzekała wcześniej teraz stawały się przydatne. Zachodzące słońce paliło co raz mniej, aż w końcu, kiedy schowało się za horyzontem na pustyni zapanował chłód, kiedy lekki piasek przestał się nagrzewać. Schronienie zbudowane z ogromnych kamieni chroniło trochę przed zimnem, ale nie na tyle, by od czasu do czasu nie szczęknąć zębami. Otuliła się szczelniej płaszczem, by nie przewiało jej przepoconej za dnia koszuli. Jakoś nie wyobrażała sobie podróżowania przez pustynię z gorączką i kaszlem, chociaż jeżeli temperatury by się wyrównały to za dnia nie byłoby jej tak bardzo gorąco…

C

ierpliwie czekała przy kamieniu, aż Batsza wróci z jej dobytkiem. Nie wysilała się zbytnio ze swoim Wzrokiem, nie chcąc marnować mocy na wyglądanie za nią i sprawdzanie gdzie idzie i co robi. I tak była przemęczona upałami. Była lekko zaskoczona, dowiadując się, że kobieta oddaje jej tylko kostur, ale cóż – jej decyzja. Mogła pomóc odegnać zmęczenie i jej i innym ludziom w karawanie, ale jak nie to nie. Nie będzie wyrywać się przed szereg. Ujęła kawał solidnego dębu w dłoń i od razu poczuła się nieco lepiej. W razie czego nie była już całkowicie bezbronna, chociaż strażnicy karawany wydawali się groźni i podobne było ich nastawienie do jej i Batszy. Coś grało w ich duszach, kiedy przechodzili obok dwóch kobiet i nie było to nic przyjemnego. Sonn już dawno nauczyła się obywać bez odczytywania emocji z twarzy czy gestów. Ton głosu i wyraz duszy wystarczał aż nadto… Do tej pory. Batsza musiała być całkiem dobra w ukrywaniu uczuć, tak dobra, że elfka nie domyśliła się jakie zamiary ma kobieta. Teraz ruda musiała za to przypłacić własną szansą na odzyskanie wzroku i pełnej sprawności.
Nareszcie mogła przyjrzeć się chłopcu, dzięki któremu znalazła się na tej przeklętej pustyni. Szczerze mówiąc nie spodziewała się, że jego dusza będzie w tak okropnym stanie. Spodziewała się, że będzie przytłumiona, stłamszona i wściekła, gotowa wydostać się z oków. Wtedy byłoby łatwiej niż tutaj. Przygaszona… Prawie wygasająca. Usiadła obok niego, a przynajmniej przez dłuższą chwilę starała się to zrobić, wykonując skomplikowane akrobacje, mocno opierając się na kosturze. Kiedy wreszcie znalazła się na ziemi położyła swoją dłoń na dłoni chłopca. Mimo ciepła, które panowało przez cały dzień, skóra była chłodna jakby wyszedł z piwnicy. Posłała nieco swojej mocy w stronę jego ciała, chcąc dowiedzieć się więcej o jego stanie. Współczuła Batszy, to oczywiste, ale jakoś nie mogła do końca uwierzyć w jej historię. Nie po tym jak porwała ją tutaj.

-

Wiesz, że Studnia Życzeń to może być tylko mit, który jakiś szaleniec rozpowiada po karczmach, a kiedy tam dotrzemy spotkamy tylko wielką górę… niczego. – nie wiedziała nawet jak ma się wyrazić – poza tym starożytne magiczne artefakty nie zawsze działają tak jakbyś chciała. Chcesz zakończyć cierpienia tego chłopca? Studnia może go zabić. To na pewno zakończy cierpienie. – skończyła niezbyt optymistycznie. Nie to, że chciała zatrzymać wszystko dla siebie. Ona sama nie wiedziała czego pragnie. Kalectwo przeszkadzało jej w pewnym stopniu, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Może chciała mieć wreszcie spokój? Śmierć jest z pewnością spokojna, a magia bywa zdradziecka. Nie kieruje się ona uczuciami, ludzkim czy elfim rozumem, ale czystą, bezduszną logiką i sprawiedliwością. Nic miłego.
Awatar użytkownika
Misser
Posty: 110
Rejestracja: 09 mar 2012, 21:42
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1678

23 lip 2015, 08:06

Krok po kroku. Lewa noga za prawą, prawa zaś - za lewą, Misser przemierzał coraz to większą odległość na pustyni. Mimo że wyruszył w celu jakże szczytnym i poważnym, miał już serdecznie dość tej przeklętej pustyni, która to miast oczyścić jego duszę i umysł, zwyczajnie przyćmiła ważkie problemy kwestiami dnia codziennego. Wszechobecny piasek, gryzący w twarz, wchodzący za ubrania, szeleszczący przy każdym kroku niczym złowieszczy chichot jakiegoś przeklętego ducha... A to dopiero początek niedogodności, na które mężczyzna skazany został prawomocnym wyrokiem trybunału natury, za swoją dziecinną głupotę i pasje. Co rusz, nachodziły go nieprzyjemnie realne myśli iż jego aktualny stan jest prostą karą dyscyplinującą, za uleganie uczuciom i pasji. Za każdym razem jednak, gdy Misser odbiegał myślami od paskudnej rzeczywistości, obcierający mu prawą kostkę piasek czy opadająca podeszwa w lewym bucie, przywracały mężczyźnie świadomość jego obecnego stanu i prawdziwych problemów. Bądź co bądź, odkąd wyruszył, minął już pewnie z miesiąc czy dwa, choć sądząc po wydłużającej się w nieskończoność ilości czasu spędzonego na tym pustkowiu, mógł on opuścić cywilizacje już lata temu. Jedyną miarą czasu, okazało się jego własne ciało, które za pomocą rozczochranych i o wiele dłuższych niż zazwyczaj włosów czy zmierzwionej i nieprzystrzyżonej od zbyt długiego czasu brody - wskazywało przedział, w którym można by doszukiwać się czasu spędzonego z dala od balwierza czy poręcznej brzytwy przy lustrze i świecy.

Wbrew jednak wszystkiemu, otoczony fizyczną niewygodą i prostym bólem, Misser zdołał zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Jak widać, niedogodności proste, pozwalają złagodzić nerwy skołatane problemami ważkimi. Niestety jednak, opamiętanie przyszło dla Missera zbyt późno, by stan jego nieprzemyślane zrobionych w Varti zapasów, pozwalał na łatwy powrót w przyjazne dla życia strony. Nim jednak podjął się trudu drogi powrotnej, Misser poczuł coś jakby zanikający strzęp emocji, nikły ślad, który jednak wsparty - okupioną silnym bólem głowy - analizą wzrokową otoczenia, pozwolił mu dojść do prostej nawet dla laika w kwestiach tropienia konstatacji.
Piaski, w miejscu w którym stał, ewidentnie różniły się od tych znajdujących się ledwie kilkadziesiąt metrów dalej! Ponownie korzystając więc ze swego wzroku, Misser zorientował się, iż w oddali podłoże powoli wygładza się, za sprawą niosącego gryzący pył wiatru. Nie mając więc lepszej alternatywy, Misser skierował swe bolesne kroki w stronę, w którą prowadził go udeptany szlak, w nadziei iż dane mu będzie spotkać inną żywą duszę, skłonną do podzielenia się swoimi zapasami. Nim jednak wiele powodowanych niewygodą i prostym bólem jęków Missera rozniesionych zostało przez powietrze, usłyszał on lekki hałas, jaki stworzyć potrafi tylko kupa ludzi. W miarę zbliżania się do źródła dźwięku. Misser powoli zaczynał dostrzegać cały obóz. Jakaż ulga po bezkresnej pustce pustyni! Dar mężczyzny, niemal z radością ponownie napełnił umysł Missera, zasklepiając lukę powodowaną opaską założoną na oczy.
Gdy Empata kierował swe kroki ku karawanie, Misser zdał sobie sprawę iż przysłonięte oczy podróżnika, mogą zwrócić niepotrzebnie dodatkową uwage. Mając to na względzie, z bólem serca - a niebawem i głowy - lekkim ruchem ręki symulującym podrapanie swędzącego miejsca na głowie, poluźnił węzeł za uchem - pozwalając niemal połowie materiału opaść z oczu na dolną część twarzy. Taka zasłona zaś - mimo iż nie do końca spełniała swoją pierwotną rolę, doprowadzając mężczyznę tym faktem do szewskiej pasji - nie powinna już przynajmniej nikogo zdziwić.
Wraz z kolejnymi krokami jednak, Misser doświadczał narastającej uwagi, jaką obozowicze raczyli niecodzienną postać samotnego podróżnika na pustyni obdarzyć. Nie zmieniając kroku, Misser zaczął wyszukiwać w karawanie osobowości aż emanującej swymiemocjami, gdyż w kimś takim spodziewał się odnaleźć przywódcę karawany, u którego mógłby wyprosić lub kupić nieco zapasów, lub nawet zorganizować możliwość przyłączenia się do grupy na czas podróży. Przygotowany na silny bodziec, zmylił krok i niemal wywrócił się jak długi, gdy jego umysł na chwilę ogarnęła ciemność. Przez ułamek sekundy, jego głowę przeszywały paniczne myśli, jednak pustka błyskawicznie zamieniła się w standardową gamę kolorów i barw, pozwalając mężczyźnie odzyskać równowagę fizyczną i duchową. Udając iż nie widzi lekkich, kpiących uśmiechów obozowiczów, przeanalizował na szybko to czego doświadczył. Niewiele czasu zajęło mu zorientowanie się iż nie stracił daru, a jedynie otrzymał mniejszą informację, z racji ograniczenia percepcji. Szybko również zorientował się, iż brak doświadczenia wzrokowego, nie oznaczał wyciszenia całej gamy -nieco subtelniejszych odczuć nie związanych z wzrokiem. Mimo iż fakt takiego lenistwa jakim było przyzwyczajenie się mężczyzny do bodźców wzrokowych był haniebny, to fakt ten pozwolił mu także szybciej zrozumieć pewną oczywistość, jaką był fakt iż w obozie tym, realnie blisko Missera znajduje się ślepiec! Kto zaś na wyprawę bierze niepełnosprawnego!? Czyżby trafił zatem na właściciela karawany? Nie widząc sensu w dalszym marszu przez obóz w nieokreślonym w dalszej perspektywie kierunku, Misser zatrzymał się na chwilę, pozornie by odetchnąć, w rzeczywistości jednak - by zorientować się gdzie znajduje się ów ślepiec. Sczytawszy okolicznych, mężczyzna skierował się w stronę dwóch kobiet, by zbliżywszy się doń spokojnym i powolnym krokiem, unieść ręce i wesoło zapytać:

Nie znalazło by się trochę wody i jadła dla strudzonego wędrowca?. Za sprawą jednak zaschniętego gardła, miast pięknie wyartykułowanych słów, dały się słyszeć jedynie burknięcia i pomruki. Przełknąwszy więc ślinę, Misser ponownie zdobył się na wysiłek godny arystokracji - jakim dlań było otwarcie tak długo już zamkniętych ust i ponowne wymówienie tych słów w nieco już wyraźniejszy i dający się zrozumieć sposób.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

D n' B

24 lip 2015, 14:44

//Misserze – proszę o używanie w postach znacznika P, w którym zamknąć należy pełną treść akapitu. Dodaje on wcięcia, ułatwiając przyswojenie tekstu, szczególnie, gdy jest to dłuższa publikacja. Dodatkowo proszę o wyróżnianie wypowiedzi postaci zgodnie z zasadami języka polskiego, tj. za pomocą myślników. Przykłady możesz znaleźć niżej w tym poście.
MG

Wrażliwe oczy Missera dały mu się we znaki mimo zapadającego zmroku. Swoją delikatną (teraz już mocno przybrudzoną i zniszczoną) opaskę przesunął na dół twarzy. Uznał, że dzięki temu wzbudzi mniej podejrzeń i miał w tym względzie rację. Jego krok był zbyt pewny i zbyt szybki aby uznać go za właściwy dla osoby, która nie posługuje się wzrokiem. Oczywiście zmysł ten nadal odgrywał dla Missera marginalną rolę, ale teraz przynajmniej nie sprawiał wrażenia odmieńca, za którego mogli uznać go karawaniarze. Mocno zmrużone patrzałki nadal przepuszczały zbyt wiele światła, żeby nie narazić głowy mężczyzny na dotkliwy ból. Poza tym Misser nie zetknął się z tak dużą grupą myślących istot od momentu swego wkroczenia na Pustynię Śmierci, co dodatkowo spotęgowało jego dyskomfort. Nadal pozostawał w pełni świadomy swoich zdolności, ale zetknięcie z jaźnią Sonneillon zachwiało nie tylko jego ciałem (wędrowiec niemal się bowiem wywrócił), ale też umysłem. Prócz czerni, jaka go zalała, jasno sugerując, że ma do czynienia z niewidomą, Misser doświadczył także wrażenia, że w owej ciemności czai się coś więcej. Dotarły do niego mgliste obrazy świetlistych obłoków, jakie występowały w głowie Sonn niemal na tej samej pozycji, na jakiej znajdowały się wrażenia wzrokowe u zdrowych osób.

Wszystko to było na tyle dziwne, że wyksztuszenie jakichkolwiek słów stało się dla wędrowca niemal niemożliwe. Stanął jak wryty, czując na sobie nerwowe spojrzenia strażników karawany, do których zdążył już dość blisko podejść. Jaźń niewidomej była bardzo skomplikowana, ale też bardzo podobna do misserowej. Nie wiedział, czy znalazł kogoś sobie podobnego, czy też jest to zupełny przypadek, ale sprawa ta musiała go zaciekawić. Wreszcie odezwał się, odrobinę uspokajając spiętych wojów.

– Jak wędrowiec broń złoży, to może i się znajdzie – odkrzyknął mu ktoś z głębi formującego się obozu. Na przód wyszedł zażywny, ale wyglądający na zdrowego i silnego mężczyzna. Jego mocno opalona twarz, przewiązana chustą głowa i wytrawione pustynnym słońcem wzory na jego szacie sugerowały, że taka podróż nie jest dla niego pierwszyzną. Ciemne oczy uważnie lustrowały przybysza. Wyglądało na to, że jest to przywódca karawany, o którego znalezienie tak wystarał się Misser. Kupiec położył rękę na swej szabli o złoconej rękojeści, a towarzyszący mu khansalski albo nomadzki młodzieniec mocniej zacisnął swe długie palce na drzewcu dzierżonej przezeń włóczni. Jego skóra była ciemna – lecz nie tak ciemna, jak u mieszkańców dalkiego Południa – z natury, a mięśnie rysujące się delikatnie na jego odsłoniętym, nagim torsie robiły wrażenie. Wydawało się, ze swej ojczyzny młodzieniec ów wyruszył całkiem łysy i gładko ogolony, teraz jednak porastał powoli czarnymi, kręcącymi się lekko włosami. Powiedział coś cicho w swym pustynnym języku, na co niektórzy mężczyźni świadkujący całej sytuacji roześmiali się krótko. Emanowali niechęcią, niepewnością i lekkim strachem, który maskowali adrenaliną.

– Wiem o tym więcej, niż myślisz – ucięła chłodno Batsza, nie chcąc najwyraźniej przyjmować żadnych tego rodzaju uwag od strony Sonneillon. Ta nie dostrzegła żadnych zmian w jej duszy, ale nie było to nic dziwnego, zważywsz na to, jak dobrze kobieta się maskowała. Zbadanie jej esencji kosztowałoby dużo czasu i energii; bez tego Sonn widziała tylko jej zarys.

Sprawdzanie syna Batszy nie dało spektakularnych efektów. Jego ciało było bardzo słabe, ale zdrowe. Działało zgodnie ze swoją powinnością, odpowiednio pompując krew do działających, choć słabo rozwiniętych organów. Chłopiec zdawał się być pogrążony w głębokim śnie, który, sądząc z jego stanu, trwał już od bardzo dawna.

– To wszystko? – zapytała Batsza, kierując swój wzrok w kierunku zamieszania, jakie spowodowało pojawienie się Missera. Wyraźnie nie chciała zostawiać swojej pociechy z Sonneillon, ale wyrywała się ku miejscu spotkania z wędrowcem, jakby była to dla niej szansa, aby się wykazać. Jej towarzysz zniknął chwilę wcześniej, podążając do miejsca zdarzenia.

Awatar użytkownika
Sonneillon
Posty: 71
Rejestracja: 13 lis 2011, 21:38
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16225&highlight=#16225

02 sie 2015, 22:21

W

zruszyła ramionami. Niech sobie Batsza robi, co chce. Ona nie będzie się wtrącać, będzie szła, a raczej jechała na wozie gdzie jej każą. Sama by sobie w środku pustyni nie poradziła. Zdechłaby pod jakimś kamieniem, a jej zmumifikowane zwłoki straszyłyby niepozornych wędrowców przez długie lata. To, że nie da się jej niczego wynieść z tej wyprawy wiedziała już dawno. Teraz zastanawiała się czy da radę wyjść z tego wszystkiego żywa.

P

obieżne oględziny ciała chłopca nie dały jej wielkich nadziei na wyleczenie go konwencjonalnymi sposobami. Batsza najwidoczniej nie chciała zostawiać go pod opieką Sonneillon (jakby ta miała interes w krzywdzeniu sparaliżowanego chłopca), by ta mogła spokojnie nad nim popracować. Nie zrobiłaby mu nic złego, spróbowałaby tylko dodać trochę energii jego duszy. Nie wiedziała jakby się to mogło skończyć, ale warto spróbować.

-

To wszystko, Batszo. Na tę chwilę nie mogę niczego wymyślić. – i oddała go w ręce matki. Kiedy ta zabrała chłopca, Sonn znowu dokonywała cudów akrobacji na swoim kosturze usiłując wstać. Nie było to łatwe na sypkim piasku, ale w końcu udało się to i stanęła jako tako na nogi. Pierwsze, co rzuciło jej się „w oczy” to obecność kogoś nowego w obozie. Kogoś o zupełnie innej duszy… Nie wyrwała się jednak jak głupia w tamtą stronę. Czekała, aż przybysz raczy przyjść do nich, bo chyba kierował się w tę stronę.
Awatar użytkownika
Misser
Posty: 110
Rejestracja: 09 mar 2012, 21:42
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1678

07 sie 2015, 11:27

Misser nie spodziewał się takiego przyjęcia jakie go spotkało. Oto wchodzi sobie pojedyncza i widocznie zdrożona źle przemyślaną wyprawą osoba, a otoczenie reaguje aż tak agresywnie? Ciekawa sprawa, jednak Missera bezpośrednio nie dotycząca. Mało bowiem prawdopodobnym wydawało mu się, by cała dobrze zorganizowana karawana była jedynie pospolitą acz nieco sprytniej zawaolowaną pułapką na podróżnych - tych bowiem spodziewać się w tej okolicy wedle empaty było dość ciężko. Jednak życie - jakie by nie było - już dawno nauczyło go reagować odpowiednio do sytuacji i oczekiwań otoczenia, nie zaś swoich przewidywań i dalekich kalkulacji.

- Skoro pojedynczy wędrowiec z skromną, podręczną bronią jawi się wam zagrożeniem, tedy - Tutaj Misser powolnym ruchem jednej ręki, wyciągnął z pochwy miecz i w postawie - ręce daleko od ciała - upuścił go niedbale na piasek w odległości może metra od siebie, po czym odszedł od upuszczonego oręża na kilka kroków, by sama jego bliskość nie irytowała strażników - nie śmiem się sprzeciwiać. Czy teraz mogę zapytać o możliwość rozwiązania mojego wcześniej wspomnianego problemu z równie wodą co żywnością? Jeśli moja sakiewka okaże się wystarczająco ciężka, chętnie zdobyłbym również jakieś odpowiednie do obecnych warunków ubranie - dodał wskazując na swoje, znajdujące się w opłakanym stanie szaty.

Mężczyzna miał szczerą nadzieję iż otwarte i bezkonfliktowe podejście, uspokoi nieco strażników, gdyż wysoce zainteresował się tą dziwną osobą, która tak namieszała mu w głowie - a co za tym idzie - liczył po cichu na możliwość udania się wraz z karawaną. By jednak jego życzeniom mogło stać się zadość, musiał aktualnie skoncentrować się na obecnej rozmowie, która mogła okazać się nieco trudniejsza niż zazwyczaj, a to za sprawą wrodzonej ostrożności Missera, niechętnego do korzystania z wpływającej na innych części swego daru w nierozpoznanych okolicznościach i otoczeniu.

///Bardzo przepraszam za opóźnienie względem deklarowanego terminu posta, jednak z przyczyn odemnie niezależnych, od poniedziałku do dnia dzisiejszego byłem całkowicie odcięty od świata i internetu.
///edit: drobna poprawka gramatyczna
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Space Loop 430

09 sie 2015, 13:42

MG

Kiedy Misser rzucił miecz, lekkie napięcie stojących przed nim mężczyzn nie zmieniło się ani na jotę. Wydawało się, że nadal na coś oczekują, nie odpowiadając zrazu na słowa wędrowca. Chwila ciszy, jaka zapanowala, zwróciła uwagęzebranych na zbliżającą się z głębi obozu Batszę. Wraz ze swym towarzyszem stanęła nieco z boku. Bez słowa podała mu swego syna i podeszła bliżej, uważnie przypatrując się przybyszowi. On również ją zauważył, dostrzegając, że jest znacznie spokojniejsza od otaczających ją mężczyzn. Nie emanowało z niej zaniepokojenie czy napięcie, była tylko stanowcza i twarda, dążąc do celu, którego empata nie znał. Misser znał za to sposób ochrony, jaki uskuteczniała i zrozumiał, że ma oto do czynienia z kimś, dla kogo ukrywanie własnego, wewnętrznego potencjału nie jest niczym niezwykłym. Tłumaczyło to, dlaczego nie udało mu się wykryć Batszy wcześniej. Choć wzbudziło to jego ciekawość, po chwili musiał poświęcić całą uwagę przywódcy karawany. Mężczyzna uniósł brwi w wyrazie gniewnego zdumienia. Coś go wyraźnie oburzyło.

– Masz mnie za głupca? – odkrzyknął, a jego osobisty strażnik jakby na ten znak wykrzywił twarz, ujmując włócznię jak do rzutu i markując uderzenie. Pozostali mężczyźni również wykonywali gesty świadczące o ich poddenerwowaniu – machali rękami, wskazując Missera z niesmakiem i głośno rozmawiali między sobą. Ktoś nawet posunął się do wymierzenia w jego kierunku skrzętnie wcześniej ukrytej kuszy. Nie ulegało wątpliwości, że karawaniarze zaczynają postrzegać Missera jak szaleńca, któremu odbiło od słońca. Jasnym było też, o co im wszystkim chodzi: Misser rzucił miecz, ale na jego torsie nadal pyszniły się dwa długaśne, gotowe do szybkiego dobycia noże. Jeżeli złożenie broni miałoby polegać wyłącznie na symbolicznym odłożeniu samego miecza, które deklarowałoby nieodwołalnie brak złych zamiarów, Lewiatan byłby lepszym miejscem. Teraz jednak oczekiwano od Missera czegoś więcej.

Tymczasem do Sonneillon przystąpił jakiś nieznany jej wcześniej młody mężczyzna. Dostrzegła go już z daleka, a jego dusza emanowała niemal wyłącznie pozytywnymi zamiarami.

– Imię Selsil – rzekł chłopak łamaną Wolną Mową. Jego silny akcent zdradzał, że musiał być tutejszy, a pustynia była dla niego naturalnym domem. Podał kobiecie bukłak z cienkim winem. – Może? – zapytał i czekając chwilę na odpowiedź – docelowo pozytywną – ujął niewidomą pod ramię, prowadząc ją w kierunku jednego z wozów. Choć Sonn nie mogła tego wiedzieć, nad pojazdem rozwieszono sporą płachtę, która mogła ochronić siedzącą na koźle osobę przed słońcem. Idąca ze swym kosturem Sonn wyczuła, że znajdują się pod nim jakieś skrzynki i beczki. Selsil delikatnie usadowił ją na jednej z nich.

– Tu jedzenie, tu śpi, tu jedzie – mówił, delikatnie kierując jej kostur kolejno na małe zawiniątko leżące przy pobliskim kufrze, na górę wozu oraz na kozioł. Wyglądało na to, że będzie miała całkiem wygodnie, bo wymoszczono jej pośledniej wprawdzie jakości, ale za to miękkim materiałem krawieckim. Ze swej obecnej pozycji Sonneillon słyszała wszystko, co działo się na krańcu obozu, wiedząc, że sytuacja nie jest zbyt szczęśliwa dla podróżnego, który pojawił się przy odpoczywającej karawanie.

Awatar użytkownika
Misser
Posty: 110
Rejestracja: 09 mar 2012, 21:42
Lokalizacja postaci: Piaski pustyni
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1678

16 sie 2015, 20:51

Czując jak napięcie otaczających go ludzi nie osłabia się wraz z jego akcją odrzucenia miecza, zrozumiał że popełnił podstawowy błąd. Obecni tutaj ludzie nie byli wymuskanymi elegancikami, za zagrożenie uważającymi jedynie miecz, ale twardymi i pragmatycznymi wojownikami, doskonale zdającymi sobie sprawę z możliwości jakie dają noże. Nie chcąc prowokować żadnego aktu agresji, powolnym i płynnym ruchem wyciągnął najpierw jeden majcher, po nim zaś drugi - oba odrzuciwszy na ziemię koło miecza. Fakt pozbawienia go najgroźniej wyglądających noży jednak nie pozbawiał go jego najsilniejszej broni - ułudy.

- Czy teraz możemy spokojnie porozmawiać? Czy najpierw wypatroszycie mogącego się bronić jedynie kozikiem wędrowca? - Rzucił w kierunku przywódcy zdegustowane i pełne rezygnacji spojrzenie, powoli i bardzo delikatnie zagłębiając się w myśli kusznika, celem uzyskania jakiegoś atutu na wypadek ataku ze strony karawaniarzy.

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 16 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Bing [Bot], Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.