Brama Południowa

Największe, podupadłe na skutek wojen miasto Autonomii i jej stolica. Wiele z budynków, w tym zachodnia brama miejska, stoi w ruinie, a liczba bezdomnych jest tutaj przerażająco wysoka. Miasto dzieli się na cztery dzielnice, a jego rynek jest największy w Znanym Świecie.
Awatar użytkownika
Elavir
Posty: 69
Rejestracja: 18 cze 2012, 07:47
GG: 6761131
Karta Postaci: viewtopic.php?p=30525#30525

Brama Południowa

26 gru 2012, 20:40

Druga pod względem wielkości brama Wolenvain, znajdująca się, jak sama nazwa wskazuje, w południowej części murów miasta. Pomimo upływu czasu i oblężenia z 410 roku EF jest ona w lepszym stanie, niż Zachodnia.
___

Elavir już dawno nie była tak nabuzowana, jak teraz. Żaden elf jej do tej pory tak nie upokorzył przed innymi. Cóż, można było powiedzieć, że sama się o to prosiła, no ale przecież się do tego nie przyzna. Jeszcze nieostrożnie pożyczyła Lenie pieniądze, a reszta, która jej została mogła wystarczyć jedynie na kilkudniowy pobyt w nowym mieście. Zapasów pożywienia i strzałek powinno jej wystarczyć na podróż. W każdym razie zamierzała teraz odejść z Wolenvain na jakiś czas, aby od niego odpocząć, ale także poszukać jakiegoś zlecenia. Uznała, że Minaloit będzie dobrym celem, głównie ze względu na to, że wybrano tam nowego burmistrza. Ten jeszcze jej nie zna, więc być może byłoby z tego względu łatwiej go orżnąć na więcej pieniędzy. Postanowiła, że kiedy już się odkuje, dołoży wszelkich starań, aby PANIĄ kapitan straży w Pałacu Sprawiedliwości spotkała… no właśnie, sprawiedliwość. Bo jaka inna sprawiedliwość należy się plugawym elfom, jak nie śmierć?

Z pełną świadomością tego, że prawdopodobnie zostanie zaczepiona w bramie przez strażników (o ile do tych dotarła już wieść o kłótni przed siedzibą majordoma), postanowiła iść normalnie, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Ostatecznie przecież niczego złego nie zrobiła. "Oj tam, głupia elfka usłyszała parę mocnych słów, straszne. Bo się zaraz popłaczę." Spodziewała się jednak, że będzie przepytywana i straci przez to cenny czas, dlatego miała przygotowane już kilka odpowiedzi na denerwujące pytania. Szczęściem od bogów okazało się jednak, że nawet nie zwrócili na nią uwagi, dlatego spokojnie ruszyła na trakt Iquański.

Prosiłabym o decyzję MG o tym, czy zt i czy mogę się udać na trakt Iquański.

//Wychodź z miasta, nie widzę przeciwwskazań – Ari.

<z/t>
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

20 lut 2015, 20:52

Na polu bitwy znalazł ekwipunek dosyć miernej jakości. Miał nadzieję, że w mieście zdoła zdobyć lepszy. Żadnych pieniędzy – jedynie tasak, kolczugę i “podarowany" przez Ajena płaszcz. Na razie musiało mu to wystarczyć – nie miał innego wyboru. Choć nie ukrywał, że liczył przynajmniej na jakiś średniej jakości miecz. No cóż – sytuacja nie była beznadziejna. Broń zdecydowanie była zdatna do użytku, a to Slaviusa zadawalało. Możliwe, że w drodze do miasta będzie musiał nią popracować. Zauważył, że w okolicy zaczęło kręcić się mnóstwo ludzi, którzy na wojowników nie wyglądali. Wręcz przeciwnie – jawili się raczej jako tacy, którzy wolą wbić ofierze sztylet w plecy, zabrać sakiewkę i jak najszybciej uciec.

Kiedy wrócił do namiotu, oznajmił, co wybrał. Posadę, jaką zaproponował mu ranny Berkwist. Półelfa naszła jedna myśl – co, jeżeli Brigord umrze? Wtedy Ajen zapewne anuluje awans Slaviusa, który nie znajdzie miejsca w Wolenvain. Półelf zląkł się lekko. Ranny dowódca nie wyglądał dobrze. Nie, nie mógł umrzeć. Nie teraz. Wszystko by się posypało, a mężczyzna byłby wręcz zmuszony do wybrania zaproponowanego przez Ajena wyjścia. Na razie jednak postanowił nie martwić się na zapas – stan Berkwista nie wydawał się aż tak tragiczny, żeby zanosiło się na zgon.

Nazajutrz wyruszyli. Slavius dostał brązowego konia. Nie wyróżniał się raczej niczym szczególnym. Ot, zwyczajny. Zwyczajnego wzrostu, zwyczajnego umięśnienia. Z tego wszystkiego Slavius nazwał go "Szary". Jako że wydawał się kompletnie szary na tle całego… końskiego społeczeństwa? Slavius spostrzegł absurd swoich myśli i od razu przeskoczył na coś innego. Stan dowódcy nie zdawał się polepszać. Jednak Slavius nie miał czasu, aby się tym zamartwiać. Wsadzono go na konia. A on teraz przypomniał sobie, że nigdy w życiu nie jechał na koniu. Już na początku podróży odczuł skutki. Od ciągłego obijania się o koński zad, jego własna tylna część ciała zaczęła boleć. Ze względu na zdrowie Brigorda postoje były częste na tyle, aby miał szansę odpocząć.

Nauczono go kilku podstawowych umiejętności, o których wcześniej nie miał pojęcia. Teraz mniej więcej wiedział, jak dbać o kolczugę i ostrzyć broń. Od razu zauważył poprawę w użyteczności obydwóch. Wyglądały też nie tak źle, jak na samym początku. Slavius przestał przypominać losowego bandytę biegającego z zardzewiałym, tępym ostrzem. Z kolczugą poszło oporniej niż z orężem. Ta była w wyjątkowo złym stanie. Dziwił się, że nie znalazł na polu bitwy niczego lepszego. Począł codziennie się nią zajmować. Po kilku dniach podróży wreszcie nabrała zdrowszego, bardziej przypominającego metal, koloru. Uznał to za małe, osobiste zwycięstwo.

Po drodze borykał się jednak jeszcze z kilkoma innymi problemami. Pierwszym było towarzystwo, które zwyczajnie go nie akceptowało. Nikt z nich nie widział, co Slavius robił w walce z demonem. Ba! On sam nie do końca wiedział! To coś po prostu w niego… wstąpiło. Znów powrócił myślami do tej mocy. Nie mógł przestać o niej myśleć. Odzyskanie jej stało się pewnego rodzaju marzeniem.

Jeden z Patriotów – człowiek imieniem Aerndal – po kilku dniach podróży zaczął litować się nad półelfem i pomagać mu w czynnościach, z którymi miał – ze względu na ranę – widoczny problem. Widząc umiejętności jeździeckie nowo mianowanego kapitana, postanowił także dać mu kilka lekcji. Od tamtego momentu Slaviusowi żyło się trochę lepiej – do tego wydawało mu się, że Aerndal naprawdę go polubił. Człowiek był stosunkowo wysoki – ledwie 2 lub 3 centymetry niższy od półelfa. Miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy i nosił długą, tego samego koloru brodę. Na polu bitwy walczył włócznią.

Mimo tego, że nowy kompan zdawał się go w pełni akceptować, reszta nadal trzymała się od niego z daleka. Widocznie w Wolenvain będzie musiał udowodnić naprawdę wiele rzeczy. Że nadaje się do dowodzenia. Że umie pojednać się z ludźmi. Że umie walczyć i naprawdę miał wpływ na bitwę z demonem.

Sam nie był źródłem wszystkich swoich problemów – pozostały także incydenty, które zdarzały się, kiedy ocaleli Patrioci chcieli pomóc mieszkańcom pobliskich wsi. Dezerterzy naprawdę potrafili dać się we znaki. Uciekając z bitwy zatracili wszelaki honor. Teraz już nie mieli nic do stracenia. Nie bali się gwałcić i zabijać. W niektórych momentach sami Patrioci musieli dać spokój, bo było ich zwyczajnie mniej. Do tego – tamci wyglądali na mniej zmęczonych i rannych.

Zdarzyło się kilka razy, że Slavius musiał popracować nową bronią. Wyszło mu to na dobre – zdołał lekko przyzwyczaić się do zdobytego oręża i walka nim nie szła mu tak źle. Kolczuga za to zdążyła ochronić go już od jednego czy dwóch ciosów. Wracał do formy, chociaż ciężko zranione palce ciągle dawały mu się we znaki.

Wreszcie – po dosyć długiej podróży dotarli do południowej bramy Wolenvain. Siedmiu konnych – Slavius, Aerndal i pięciu innych Patriotów, którzy mieli się w miarę dobrze. W tym sam Ajen Firaar. Za nimi jechał ciągnięty przez muły wóz z rannymi. Na nim między innymi pan Berkwist. Było ciemno.

Slavius dosłyszał jakieś głosy spod bramy, kiedy się zbliżali. Strażnik mówił coś do rudej kobiety, która chyba chciała przez ową bramę przejść. Cóż – to nie jego sprawa. Nie zamierzał się w to mieszać. Przecież oni, jako Patrioci, byli w pełni uprawnieni, aby wejść do miasta.

- No proszę. Ktoś tu chyba nie przewidział, że koło bram będą czekać strażnicy – Slavius usłyszał głos dobiegający z jego prawej strony. To Aerndal. Półelf parsknął cicho. Lubił uwagi kompana. Tylko z nim mógł rozmawiać – nic innego mu nie zostało. Podejrzewał jednak, że jakby inni w pełni go zaakceptowali, i tak przypadliby sobie do gustu z tym człowiekiem.

Kiedy zbliżali się do bramy, Slavius postanowił, że czas się przyzwyczajać do nowej pozycji. Stał się poniekąd dowódcą. Kiedy przejeżdżał obok, spojrzał z góry – bo nie miał innej opcji, siedział na koniu – na rudą kobietę. Nie wyglądała na specjalnie ciekawą. Ignorując ją, zwrócił się do strażnika.

- Otwórz bramę, dobry człowieku. Patrioci wrócili – nie uznał za potrzebne, aby mówić, skąd – chociaż to raczej strażnik i tak wiedział – i czemu jest ich tak mało. Nie miał pojęcia, czy przerasta tamtego rangą. Miał nadzieję, że tak, bo i wrażenie takiego starał się sprawiać. Jeżeli strażnik zacznie go wypytywać, raczej nie będzie wiedział, co odpowiedzieć. Przez krótką chwilę pomyślał, czy tę kwestię nie lepiej było zostawić Ajenowi.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

24 lut 2015, 23:16

Lota nadal dziwiła się, że nie próbowała podobnych sztuczek wcześniej, a nawet jeśli – nie na taką skalę. Co sama wiedziała najlepiej, wiele przez to dzisiaj nie osiągnęła. Nie odpadły jej ręce z zimna, to prawda, znalazła także zajęcie na całą podróż. W ostatecznym rozrachunku okazało się jednak, że… udało jej się poruszyć powietrze, ogrzewając je. Wielka sprawa…

Małe osiągnięcie rozbudziło apetyt na odrobinę więcej, choć teraz rudowłosa była zbyt zmęczona na dalsze eksperymenty. Mogła jedynie myśleć o następnych krokach i wykorzystaniu tego, czego dzisiaj się dowiedziała. Zaskakujące, ile nowości i praktycznych zastosowań miała jej przynieść magia – Tedrig mówił przecież jasno: wielka sprawa, poważne rzeczy. A tu okazuje się, że byle drobną sprawę można było załatwić za pomocą własnych, nadzwyczajnych umiejętności.

Lota miała za sobą kawał drogi, który wyjątkowo postanowiła pokonać za jednym razem. Wiedźma powoli opadała z sił. Nic więc dziwnego, że nie miała ani ochoty, ani nerwów na rozmowę ze strażnikiem pod bramą. Było późno, nie spodziewała się jednak najmniejszych nawet kłopotów z przejściem – najwyraźniej nie uwzględniła głupich, znudzonych mężczyzn bez krztyny ambicji czy, co sądzić można po tanich zagrywkach, rozumu. Opluła ich wszystkich słownie w myślach, nie zdradzając się jednak w żaden widoczny sposób.

Wyprostowała się. Marudziła we własnej głowie, mimo że strażnicy wcale nie naprzykrzali się w jakiś okrutny sposób. Zmęczenie, tak. To na pewno przez zmęczenie.

Sama – potwierdziła, nie obciążając rozmówcy skomplikowanymi rachunkami. Najwyraźniej szukał kogoś za jej plecami, zupełnie jakby samotna kobieta nocą była niespotykanym widokiem.

Cóż. Może była.

Zwą mnie Lota i… – urwała kwestię, po czym odwróciła się.

Przerwał jej imponujący orszak, który zbliżał się do Bramy Południowej. Zdarzenie to odwróciło na moment uwagę wiedźmy od potrzeby dostania się do miasta, skupiła się na nadjeżdżających osobach. Czuć było smród. Byli konni, niektórzy szli. Kobieta zauważyła wóz z bliżej nieokreślonym załadunkiem ciał. Było już późno i w rudowłosej głowie natychmiast urodziło się zainteresowanie, skąd ci ludzie mogą wracać. Patrioci…

Nigdy nie słyszała.

Minął ją ktoś, kto równie dobrze mógł towarzystwu dowodzić. Spojrzał z góry na Lotę i choć było to wymuszone usadzeniem na koniu, z jakiegoś powodu bardzo się to wiedźmie nie spodobało. Usłyszała złośliwy komentarz, który dodatkowo ją rozdrażnił.

Pragnęła odpocząć. Przejść i odpocząć.

Nadal nie martwiła się o możliwość przekroczenia bram miasta, po prostu natychmiast uznała, że z tym cudacznym orszakiem wydarzy się to znacznie szybciej. Niewiele obchodziło ją, czy sytuacja była poważna, zbiorowisko jedynie trochę rozbudziło jej ciekawość. Najważniejsze było to, że bramy najpewniej staną otworem i nikt w obecnej sytuacji nie zainteresuje się niewielką, rudowłosą podróżniczką.

Planowała wejść wraz z nimi, a w razie zatrzymania – spokojnie odpowiedzieć na wszystkie pytania, które strażnik planował jej zadać. Rozdrażnienie w niczym przecież nie pomoże.

Lota posłała uśmiech, który zupełnym przypadkiem trafić miał do mijającego ją przywódcy – co stwierdziła po tym, jak ten się odezwał. Odrobina wymuszonej sympatii nigdy nie szkodziła. Kobieta zaczekała na rozwój wydarzeń, mając jednocześnie nadzieję, że nikt więcej nie będzie chciał z nią rozmawiać.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Fahey

07 mar 2015, 20:58

MG

Nadłamane cięciem miecza palce Slaviusa nie goiły się zbyt dobrze, nie pozwalając mu na zbyt wyszukane manewry. Jego broń również nie była do tego przystosowana, więc w walce musiał polegać na tych, którzy byli nieco bardziej sprawni. Sztywna dłoń nie rokowała dobrze na przyszłość. Jeżeli chciał powrócić do dawnej sprawności w posługiwaniu się orężem, musiał wyćwiczyć swoją lewicę. Innej opcji po prostu nie było. Kości zrastały się dobrze, ale ścięgna kciuka i palca wskazującego nie mogły się tak po prostu zregenerować. Samo trzymanie broni było dla Slaviusa trudne, o walce nie wspominając. Oczywiście ogromne znaczenie miało też to, że przez te kilka dni jego rany nie zdążyły się jeszcze prawie w ogóle zagoić, ale wszyscy, którym pokazywał swoje obrażenia, tylko kręcili głowami. Nie było szans, aby te palce jeszcze kiedykolwiek działały tak, jak przed bitwą. Cóż, nie tylko on wyniósł spod Lwiego Brodu jakieś pamiątki ciała.

Mimo że pozostali Patrioci – poza Aerndalem – nie pałali do niego przyjaźnią, podczas walki pomagali mu tak samo jak każdemu innemu. Patrioci stanowili jedno ciało, chroniąc swoich i niosąc pokrzepienie dobrym ludziom. Wszędzie, gdzie się pojawili, spotykali się z dobrym przyjęciem, darmową strawą i noclegiem. Ich sława wzrosła po bitwie, a ich stan był świadectwem, że żaden z nich nie stronił od walki. Slavius już czuł się jednym z kapitanów tej formacji, choć formalnie nie otrzymał jeszcze awansu ponad rekruta. Pierwsza rzecz, jaką usłyszał o swoim dowodzeniu była jednocześnie ostatnią. Brigord w ostatnich dniach czuł się na tyle źle, że nie można było z nim nawet porozmawiać. Temat ten nie był poruszany przez innych, chyba że w formie zgryźliwych komentarzy wymienianych pomiędzy tymi, którzy byli Slaviusowi najbardziej przeciwni (a wbrew pozorom nie było wśród nich Ajena).

Wspomniany pan Firaar koso spojrzał na odzianego w kolczugę niedoszłego kapitana, strofując go za wyniosłość w kontaktach ze strażnikami. Sam zsiadł z konia i podszedł do zbrojnych, wymieniając z nimi kilka słów, pytając o sytuację w mieście i życząc powodzenia. Wyraźnie go znali, w przeciwieństwie do Slaviusa, który zachował się trochę jak możny pan. Po chwili Ajen przystąpił do Loty, widząc, że ta nie za bardzo ma się gdzie podziać. Brama otwierała się na oścież, a to chwilę trwało. Szlachcic poinformował strażników, że kobieta wchodzi do miasta z nimi. Nie oponowali. W obecności tak dużej grupy uznanych dla miasta osób nie mieli już ochoty na dalsze zabawy kosztem wiedźmy.

- Ajen z rodu Firaara – przedstawił się woj, biorąc Lotę pod ramię i przeprowadzając ją przez uchylone wrota do Wolenvain. Drugą ręką ciągnął konia za uzdę. Śmierdział niemożebnie, jak cała zgraja jego towarzyszy, co mocno kontrastowało z jego próbą pozostania czarującym i szarmanckim. Mimo swego żałosnego stanu był niesamowicie pewny siebie, a z jego słów znać można było mądrość, jaką wbiło mu do głowy rycerskie wychowanie i masa doświadczeń życiowych. Gdyby nie to, jego dotyk mógłby być nieprzyjemny, ale w obecnej sytuacji zdał się nawet pomocny. W końcu to poniekąd dzięki niemu Lota trafiła za bramę. - Nie chciałbym się narzucać, ale widać, że panna przyjezdna – powiedział bez ogródek. - Jeżeli nie ma się panna gdzie się tej nocy przespać, to w siedzibie Patriotów zwolniło się kilka łóżek. Poza tym, potrzebujemy wieści z okolic i kilka pokrzepiających opowieści na pewno by nam pomogło, a i sami mamy sporo do opowiedzenia. Bo widzi panna… wracamy z rzezi – prawił, idąc z nią ulicami stolicy.

Nieliczni ludzie, którzy również je przemierzali, przystawali i patrzyli z ciekawością na pochód Patriotów. Nie obyło się bez kilku chwalących ich męstwo okrzyków oraz innych dowodów uznania dla ich poświęcenia. Widać wieść o bitwie pod Lwim Brodem dotarła także tutaj.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

19 mar 2015, 00:58

Kobieta poczuła mdłości. Nie skrzywiła się i nie odsunęła, więcej – pozwoliła ująć pod ramię przez nieznanego mężczyznę bez słowa skargi. Smród przepoconego, męskiego ciała robił jednak swoje. Odór wwiercał się w nozdrza, wykrzywiał i obrzydzał, a przez tę jedną chwilę Lota nie mogła skupić się na niczym innym. W moment przypomniała sobie zapach mężczyzn Aldhalu, tak samo przepoconych, brudnych i zaniedbanych, zaraz potem mężczyzn, którzy tak licznie odwiedzali jej chatę. Wszyscy oni… śmierdzieli.

Tak bardzo tego nienawidziła.

I choć Ajen z rodu Firaara nie zasłużył sobie na to, rudowłosa początkowo nie potrafiła go potraktować ze szczerą serdecznością. Zwalczyła wszelkie odruchy, które mogłyby zdradzić jej słabość, i uśmiechnęła się krzywo w odpowiedzi. Nikt specjalnie nie zwracał na nią uwagi w nocnej aferze Bramy Południowej. Równie dobrze mogła uchodzić za zdezorientowaną.

Łóżek – powtórzyła, nie mogąc się powstrzymać. Przy zawartości swojej sakiewki i porze, którą wybrała na podróże do miasta, mogła pomarzyć w normalnych warunkach o noclegu… z łóżkiem. Ale to nie były normalne warunki. – Chciałabym się okazać odpowiednim gościem waszej siedziby, ale… tam, skąd przybywam, niewiele się teraz dzieje. Na pewno nie tyle, by ucieszyć wasze zmęczone uszy ciekawymi historiami, panie.

Przez cały ten czas Lota intensywnie przeczesywała pamięć – kim, na choroby, byli ci Patrioci? Co robili, kim byli, skąd teraz wracali? Nic jej przecież "rzeź" nie mówiła. Wypadało zapytać? Czy mądrym posunięciem było teraz pójść z nimi, nic o nich nie wiedząc?

Rudowłosa wiedziała jednak, że z propozycji skorzysta. Sytuacja była przedziwna, nie spodziewała się czegoś takiego; kierowały nią ciekawość i zmęczenie, trochę głód. Mogła odłączyć się teraz od tego głośnego, śmierdzącego i – co można było sądzić po reakcji zebranych gapiów – zasłużonego towarzystwa, ale po co? Po co, skoro z nieba spadła jej okazja, która mogła się już nie powtórzyć? Po co, skoro znalazła się przypadkiem w nie byle jakim tłumie osób, z którymi być może warto się było pokazać?

Ajen z rodu Firaara potrzebował pokrzepiających wieści…

…a co ona, zmyślać nie potrafiła?

Dziękuję ci, Ajenie – dodała w końcu, komentując udzieloną pomoc przy przejściu przez bramę. Postanowiła więcej nie wracać do tej niezręcznej sytuacji. – Choć, muszę przyznać, nie wiem, skąd wracacie, widzę, że przyda wam się tej nocy radosne towarzystwo. – Uśmiechnęła się na dowód i sama z zaskoczeniem odkryła, że tym razem przyszło jej to znacznie łatwiej. O ile przyjemniej szło się ze świadomością, że zaśniesz w obiecanym znikąd i bez konkretnej przyczyny łóżku… – Zwą mnie Lota. Powiedz mi… co tam zaszło. Skąd wracacie?

Zagarnęła niedbale rudy pukiel włosów. Choć bardzo starała się w żaden sposób tego nie okazać, nic nie mogła poradzić na lekkie zdenerwowanie. Coraz bardziej była świadoma, że trafiła w centrum jakiegoś wielkiego zdarzenia – przypadkiem i niekoniecznie z własnych chęci.

Poszła jednak z Ajenem, zostawiając za sobą Bramę Południową.

z/t
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

22 mar 2015, 16:14

Slavius zauważył spojrzenia i Ajena, i strażników. Cóż. Czego miał się spodziewać? Mieli przepuścić jego, nikomu nieznanego mieszańca, bez słowa? Patrzył, jak dowódca zsiada z konia i mówi do strażnika. Slavius w ogóle nie powinien był się odzywać. Nie miał innego wyjścia, jak uczyć się na błędach. Teraz tylko czekał.

Wyglądało na to, że Ajen zainteresował się także rudowłosą kobietą, która stała na ich drodze. Tego akurat Slavius by nie robił, ale tutaj nikt raczej nie miał zamiaru słuchać jego opinii. Zaproponował zaopiekowanie się ją. Półelf mało nie splunął. Patrioci przygarniali wszystkich bezdomnych wędrowców? A może Ajen ma słabość do rudych? Wzruszył ramionami.

Kiedy brama się otworzyła, mężczyzna ruszył razem ze wszystkimi. Sam nie mógł się doczekać, aż wreszcie odpocznie. Wspomnienia po bitwie ciągle były żywe. Ciągle nie wiedział, co się tam stało. I ciągle tego pragnął. Nie wiedział, czemu. Po prostu wtedy czuł się naprawdę żywy. I tęsknił do tego.

z/t
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

25 sie 2015, 23:00

Zeler stanął pod bramą gotowy do podróży. Do południa wciąż brakowało dużo czasu, dlatego, tak jak się spodziewał, nie było tu wciąż nikogo, z kim miał się spotkać. Zaopatrzony chwilę temu na rynku, postanowił usiąść pod murem, czekając na resztę drużyny. Minie zapewne kilka długich chwil, zanim ktokolwiek się pojawi. Miał wrażenie, że pierwszymi osobami, jakie przyjdą się z nim spotkać, będzie rudy krasnolud oraz jego towarzysz, błazen. Ciekawiło go, czy ich towarzystwo będzie znośne.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

25 sie 2015, 23:07

Yl kiwał się lekko to w przód to w tył, na wpół słuchając słów Trefnisia, a na wpół poskrzypywania wozu. Ten najwidoczniej w końcu postanowił nieco porozmyślać, a był to chyba pierwszy taki przypadek jaki Ylzziril widział. No a zmuszony był oglądać błazna codziennie od paru tygodni.

- Ja nie wiem. Jak się pamięć odzyskuje twoim zdaniem? Nie mam pojęcia jak miałbym ci w tym pomóc - odparł krasnolud. - No znam kilka osób, które może i by potrafiły pomóc. Ale na twoim miejscu, to bym się od nich i Minaloit raczej wolał z daleka trzymać.

Krasnolud westchnął cicho i przez chwilę prowadził wóz w milczeniu, bo zaraz Trefniś eksplodował w swoim głupkowatym stylu, którego nie udało się na długo zażegnać.

- Łohohoho, zwolnij - przerwał nagle krasnolud, aż ciągnący wóz wół posłuchał, mimo iż nie do niego były to skierowane słowa.

- Z jakiej beczki ty nas kompanami chcesz zwać? Raz, jedynie żeśmy razem z Derinu tutaj przejechali. A dwa, cóż ty chcesz jako "kompan" wnieść, hę? Walczyć wnioskuję nie umiesz, dyskutować z tegom co widział też ni. Chyba nie powiesz, że pasożytować na mnie chcesz, co?

Gdy Trefniś zamilkł i Yl przestał się odzywać. Krasnolud nie był z natury szczególnie gadatliwy, więc ta chwila ciszy nawet mu pasowała. Spokojnie, nucąc pod nosem cicho coś, co brzmiało jak wcześniejsza pieśń o Dravenghr prowadził wóz do bramy.

Po dłuższym czasie, który spędzili klucząc po ulicach i przedzierając się przez miasto trafili pod Bramę Południową. Yl wyjechał za miasto i zatrzymał wóz w niedalekiej, acz konkretnej odległości od muru. Nie chciał niepokoić strażników stawiając go tuż pod blankami, co raczej nie spotkałoby się z przyjazną reakcją. Liczył że w takim miejscu nie będzie musiał się szczególnie martwić o złodziei i rabusiów. Zresztą, w razie czego przecież potrafił się sam bronić.
Nie mówiąc już nic krasnolud wstał ze skrzyni, zeskoczył na dół i ponownie uwolnił częściowo wołu. Po tym obszedł wóz dookoła, podobnie jak zrobił to przed oberżą i wszedł do środka. Niezależnie od tego czy Yl miał zamiar pozwolić Trefnisiowi zostać na wozie, to ujawniła się prosta niedogodność - w środku nie było miejsca na dwie osoby, a przynajmniej nie ułożone w sposób komfortowy w takim wypadku. Trefniś musiał coś dla siebie wymyślić. O poranku mieli się w końcu zobaczyć z Zelerem.

Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

25 sie 2015, 23:38

- Niby tylko z Derinu żeśmy przejechali, ale i tu się razem trzymamy - Trefniś starannie pominął kwestię, że on po prostu chodzi za krasnoludem, a ten go jako-tako toleruje. - Życie pełne jest niespodzianek, Ylu. W walce wcale taki tragiczny nie jestem, a nuż coś ze mnie wyjdzie. Wiesz, tacy nieważni ludzie nie tracą pamięci ot tak. Jestem pewien, że byłem co najmniej królem. Jak odzyskam pamięć, obsypię cię złotem, masz to u mnie pewniakiem, rozumiesz - przy wszystkim uśmiechał się szeroko, nie dając znać, czy żartuje, czy naprawdę tak myśli. Naprawdę dobrze się dogadywał z Ylem. Przynajmniej w jego opinii. Myśląc o złocie, wyciągnął monety, które miał.

- Chociaż przyznam, że teraz do obsypywania kogokolwiek złotem mi daleko - mruknął, patrząc żałośnie na kilka monet. - Może potraktujesz to jako... inwestycję, co? - zakaszlał, markując zakłopotanie. Nie lubił prosić o pieniądze. Teraz rozglądał się wokół, próbując jakoś unikać wzroku krasnoluda. Jakoś nie wydawało mu się, żeby tamten skory był dawać mu jedzenie.

Kiedy dojechali pod bramę, Trefniś uznał, że jest zmęczony i ma zamiar jak najszybciej się położyć. Widział, że w wozie nie ma miejsca dla dwóch ludzi, a nawet dla człowieka i krasnoluda. Położył bez słowa lutnię w wozie. Miał nadzieję, że jego kompan zrozumie. Wolał dbać o intrument. Zdobycie drugiego mogłoby być nad wyraz kłopotliwe. Wyszedł z wozu i rozejrzawszy się, uznał, że pod nim będzie dla niego najlepsze miejsce. A więc wczołgał się tam, owinął i tak już brudnym płaszczem i zamknął oczy.

- Jak to mówią: raz na wozie, raz pod wozem - powiedział do siebie i zachichotał cicho, po czym zasnął.

Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 65
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

27 sie 2015, 16:18

Było jeszcze przed umówionym czasem, kiedy Wierzba zobaczyła Bramę Południową. Z nową sakwą w ręce przyspieszyła kroku, postanawiając sprawdzić czy jej druhowie przypadkiem nie zbierają się na zewnątrz. Nie spotkała tam jednak żadnej znajomej twarzy, więc postanowiła pospacerować trochę, skoro i tak miała jeszcze czas do południa. Podczas tej swojej przechadzki prawie wyminęła niepozornie wyglądający wóz. Z pewnością nie zatrzymała by się przy nim, gdyby nie cichy oddech wydobywający się spod niego i wspomnienie wczorajszego wieczora, kiedy to wokół podobnego pojazdu krążył rudowłosy krasnolud i jego komiczny współtowarzysz. Uśmiechnęła się do siebie, podnosząc z ziemi małą gałązkę i kucnęła przy jednym z kół, aby w miarę z bliska podziwiać śpiącą gębę wypłosza.

– Krasnolud cię do swojego leża nie wpuścił, czy co? Pewnie zła grzałka z ciebie. – Mruknęła pod nosem, po czym szturchnęła błazna gałązką i krzyknęła do niego – Serwus! – Na jej usta wkradł się wcale nie ironiczny uśmieszek. Szybko jednak straciła zainteresowanie budzącym się do życia mężczyzną, zupełnie jak on nią wczoraj. Podniosła się otrzepując kamizelkę z drobinek piasku i postukała w drewno wozu, rozglądając się przy tym za innymi członkami wyprawy. Po chwili jej wzrok odnalazł Zelera.

Jeszcze mogła się wycofać, wrócić do tej ruiny w której spędziła ostatnią noc i zaczekać w niej na jakieś lepiej zorganizowane zajęcie niż ta wyprawa w nieznane, do której najbardziej pasował komentarz Grynfy o burdelu. Wierzba jednak mimo swoich wątpliwości była ciekawską kobietą i nie chciała żałować później swoich wyborów, kiedy to do jej uszu dotrą plotki o dzielnych podróżnikach, którymi dowodził niejaki Zeler. Postanowiła więc spróbować swojego szczęścia w tej drużynie..... Jej wzrok padł na Trefnisia.....błaznów. Drużynie błaznów. Westchnęła cicho i ruszyła w stronę Zelera, zastanawiając się kiedy na miejsce dotrą Grynfa, Varame, Nifrea i ten dziwak w hełmie, który rzuca w kobiety kuflami bez powodu.

Awatar użytkownika
Trefniś
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

27 sie 2015, 16:47

Poderwał się, obudzony przez krzyk jednego z uczestników wyprawy. Z całej siły wyrżnął głową w podłogę, ale zignorował to i wyczołgawszy się spod wozu, odwrócił się do osoby mówiącej, która zdawała się już stracić nim zainteresowanie. Trefniś, chociaż nie do końca jeszcze rozbudzony, skojarzył osobę, którą wczoraj tak entuzjastycznie powitał. Podobało mu się to, ludzie zaczęli go rozpoznawać, a nawet się witać. Stawał się ważną osobą w drużynie - to na pewno. Kto wie, może wkrótce oddadzą mu przywództwo. Ten cały Zeler nie wyglądał zbyt dobrze. Trefniś to zupełnie inna sprawa.

- Serwus! - krzyknął za odchodzącą kobietą, biegnąc za nią, przy okazji próbując rozruszać kończyny po nocy. - Jak masz na imię? - zagadał, kiedy już się z nią zrównał. Pomyśłał, że dobrze będzie zapoznać się trochę z drużyną. W końcu przyszły lider musi znać potrzeby swoich ludzi. Odwrócił się i spojrzał na wóz, przypomniawszy sobie, że zostawił tam lutnię. Cóż, wróci za chwilę. Może jak już Yl się obudzi. Biorąc pod uwagę huk głowy Trefnisia uderzającej o podłogę wozu, prawdopodobne było, że ten już nie śpi, a może nawet szykuje jakiś topór, żeby chwilę pogonić za Trefnisiem. Ha, przyjaźń!

Szedł swoim typowym, tanecznym krokiem, nucąc cicho pod nosem. Spojrzał na słońce, by ocenić, czy zbliża się już południe, ale dla niego to była tylko żółta kula, więc starania spełzły na niczym. Rozejrzał się, szukając innych członków drużyny. Na razie zobaczył tylko Zelera. Czyli reszta albo zrezygnowała, albo wkrótce dołączy. Ciekaw był, czy pojawią się wszyscy, którzy stawili się wczoraj.

Wróć do „Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.